Destrukcja - Stanislav Biler - ebook

Destrukcja ebook

Stanislav Biler

0,0

Opis

Wybitna czeska powieść wyróżniona prestiżową nagrodą Magnesia Litera, w przekładzie Anny Maślanki. Bezimienny młody nauczyciel porzuca miasto i podejmuje pracę w wiejskiej szkole, licząc na spokój i odzyskanie równowagi. Trafia jednak do świata, w którym pozorny porządek szybko odsłania mroczne zaplecze. Biler kreśli obraz prowincji dotkniętej powolnym rozpadem: wysychające studnie, jałowe pola, pustoszejące ogrody. Rzeczywistość chwieje się coraz wyraźniej, ale nikt nie chce tego zauważyć. W czarnym humorze, absurdzie i grozie powieść odsłania mechanizmy zbiorowego wyparcia oraz bezwzględne narracje, którym zostaje podporządkowane życie ludzi i wspólnot. Historia o świecie na granicy wyczerpania – klimatycznego i egzystencjalnego – w którym rozpad staje się codziennością, a katastrofa czymś, do czego można się przyzwyczaić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 332

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



2.

Korzenie. Ziemia ojczysta. Porządna praca. Nowe życie. Idę zziębnięty przez ścięte mrozem pole, a w mojej głowie kłębią się myśli o nowej sytuacji. Niełatwo było zrezygnować z absolutnie wszystkiego i zacząć absolutnie od nowa. Opuścić przyjaciół. Wynieść się na drugi koniec kraju.

Miasto mnie wykańczało, myślę. Przyjaciół za bardzo nie miałem, uświadamiam sobie. Ten kraj nie jest duży, przychodzi mi do głowy. Może nawet z niczego nie zrezygnowałem, stwierdzam z przerażeniem. Uciekłem.

Nie da się rozwiązywać złożonego równania od środka. Należy zacząć od początku. Więc i ja wróciłem do początków. Na wieś. Do świata, gdzie dwa plus dwa wciąż jeszcze równa się cztery, a żadne niewiadome nie istnieją. Do świata, gdzie ludzie żyją razem, dla siebie, a nie obok siebie i przeciwko sobie. Do świata, gdzie wciąż jeszcze wiadomo, co jest dobrem, a co złem.

Wciągam do płuc nieskażone wiejskie powietrze. Solidną mieszankę spalanego węgla brunatnego i przedmiotów, które raczej spalane być nie powinny. Na skraju pola widnieje budynek szkoły podstawowej. Szkoły, w której naucza się elementarnych rzeczy. Rzeczy, o których możemy mówić w sposób pewny, tak jak na wsi możemy w sposób pewny żyć. Dwa i dwa to cztery, a mężczyzna współżyje z kobietą. Zasada nieoznaczoności Heisenberga i homoseksualiści niech lepiej zostaną w mieście. Horyzont zdarzeń nie wbije gwoździa w belkę, a penetracja alternatywnych otworów ciała nie zaowocuje poczęciem. Na wsi świat ma trzy wymiary, a czas wciąż płynie w tym samym tempie.

Powtarzam sobie to, co podstawowe, i staram się w to uwierzyć. Nie wątpić. Jeśli żyłem źle, teraz będę żył dobrze. Wtedy żyłem tak, a teraz będę żył na odwrót.

W szkole podstawowej naucza się podstawowych rzeczy, myślę i zastanawiam się, jak zacząć swój pierwszy dzień. W samym środku roku, a jednak od początku. Spoglądam na zapierające dech w piersiach piękno krajobrazu skrytego pod ciężkim kocem smogu. Las, ziemia, szkoła. Kilkadziesiąt centymetrów urodzajnej gleby dzieli nas od śmierci. Nogi marzną mi na ściętym mrozem polu, a ja coraz usilniej odpędzam natrętne pytanie, jaki jest sens tego wszystkiego. Puszczam się biegiem i liczę, że zapomnę, ale potknięcie i zderzenie twarzą z zamarzniętą ziemią przypominają mi, że ostatecznie raczej sam upadnę, niż rzeczywiście ucieknę lub dokądkolwiek dobiegnę. Wszystko mnie kiedyś dogoni. Wlokę za sobą swoje życiowe rupiecie, a im szybciej pędzę, tym głośniej przypominają mi o przeszłości. Jeśli chcę uciec, muszę się czołgać, powoli i w ciszy. Niemal się nie ruszać. Przestać oddychać.

Podnoszę z ziemi swoją rozbitą twarz. Brudną i zakrwawioną. Takie jest życie, myślę. Spoglądam na ścięte mrozem pole, na którym nie ma śladu po moim upadku, moja twarz za to jest pełna śladów ściętego mrozem pola. Rozważam, jak teraz ocalić godność. Spluwam.

Długo planowałem swój wyjazd. W każdej sytuacji nie do zniesienia powtarzałem sobie: mnie jest już wszystko jedno, i tak niedługo stąd zniknę, przecież tu nie da się żyć, odejdę z miasta dokądś, gdzie można jeszcze oddychać, gdzie człowiek nie zderza się wciąż ze ścianą, wspominam to, wdychając spalany węgiel brunatny i przedmioty, które raczej spalane być nie powinny. Moją twarz szpecą ślady ściętego mrozem pola.

Długo planowałem swój wyjazd. Długo o nim mówiłem. Wkrótce wyjadę, powtarzałem każdemu. Byłem bardzo przekonujący. Aż przekonałem w końcu sam siebie. Po pewnym czasie wielu nawet myślało, że już wyjechałem. Co? ty tutaj? z wizytą? – pytali ci, którzy mnie spotykali. Nie trzeba było już nikomu wyjaśniać, dlaczego chcę wyjechać. W powietrzu wisiało inne pytanie: dlaczego ciągle tu jestem?

I gdy później przychodziły sytuacje nie do zniesienia, to nie ja byłem tym, kto mówił: i tak wkrótce stąd wyjadę. Wtedy już inni mówili: tobie jest wszystko jedno, i tak wkrótce stąd wyjedziesz, będziesz miał spokój. Sytuacja stała się na tyle nieznośna, że sama moja obecność krępowała wszystkich wokół. Byłem tak przekonujący, że w końcu musiałem wyjechać. Życie z myślą o wyjeździe przychodziło z łatwością. Nic nie było na serio, nic nie było prawdziwe, wszystko tylko na chwilę i wszystko bez zobowiązań. Ale co teraz?

Tu na wsi wszystko jest proste. To jest szkoła, tutaj się uczy. Wchodzi się przez te drzwi, a później także wychodzi, tu są schody i one prowadzą na górę, a później także na dół, a tu, za tymi drzwiami, jest pana gabinet. Wszystko tak bardzo proste, jak dwa i dwa to cztery. Nie tylko pana. Tak proste to wcale nie jest, pana koleżanka chyba gdzieś wyszła na chwilę, nie mam pojęcia dokąd, może pan później spytać, dziś jest w zasadzie wolne, dlatego jej tutaj nie ma, a właśnie myślałem sobie, że siedzą te pędraki coś cicho.

Chodźmy teraz do mnie do gabinetu podpisać dokumenty. Ruszyłem za dyrektorem szkoły, lecz ku memu zaskoczeniu minęliśmy drzwi z tabliczką „Dyrektor” i zmierzaliśmy dalej do wyjścia. Przez popękany placyk z betonu doszliśmy do zielonych wrót budynku, który równie dobrze mógł być garażem. Zamek ustąpił, wrota zaskrzypiały, przestrzeń pracowni oraz mnóstwo rzeczy, które chyba komuś żal było wyrzucić, zalał blask migających jarzeniówek.

Gdzie ja to położyłem, zastanawia się dyrektor i otwiera szufladę biurka. Tu proszę mi podpisać – podaje umowę o pracę, upstrzoną plamami oleju. I umowa wynajmu domu. Podpisuję pośpiesznie. No, to mamy załatwione, odzywa się do mnie dyrektor i wrzuca papiery do kartonowego pudła, w którym dostrzegam żółć starych gazet i obnażone udo z okładki pisma „Leo”. Jak ma pan uczyć, pewnie pan wie, dzieci są wszędzie takie same, a gdyby pan czegokolwiek potrzebował, koleżanka wyjaśni co i jak. Mnie znajdzie pan tutaj, wszędzie – ale po co by mnie pan miał szukać? – spytał dyrektor w taki sposób, jak gdyby czekał na odpowiedź. Myślę, że będę kontynuować pracę poprzednika, najlepiej jak potrafię – próbuję przełamać ciszę raczej z przyzwyczajenia, niż żeby faktycznie mi przeszkadzała.

To przecież niemożliwe, odpowiada zdziwiony mężczyzna z zapadniętą klatką piersiową oraz wypukłym brzuchem.

...a czemu nie?

Bo nie żyje.

...nie wiedziałem, myślałem, że odeszła uczyć gdzie indziej.

Nie żyje.

...przykro mi.

Znał ją pan?

...nie, nie znałem, nie wiedziałem nawet, że to była kobieta, co jej się stało?

Umarła, gdzieś tu mógłbym znaleźć jej umowę o pracę, gdyby chciał pan zobaczyć.

...to raczej nie będzie konieczne.

Na pewno ją tu mam, mówi dyrektor i wyciąga z pudła najpierw moją umowę, później stare gazety poprzekładane starymi pismami porno. Widzi pan, tu jest, podaje mi wyblakłe, brudne dokumenty, a światło jarzeniówek odbija się od jego łysej głowy.

...ale to nie jest umowa, mówię w nadziei, że wszystko to jakoś się wyjaśni.

Nie, to gwarancja na podkaszarkę, widzi pan, skończyła się pięć lat temu, jak się zepsuje, będziemy musieli sami sfinansować naprawę, może już się nie będzie dało i trzeba będzie kupić nową, a za co? Kto nam ją kupi? Jak nie będziemy przycinać w ogrodzie, to cały nam zarośnie, w końcu pochłonie szkołę. Widziałem dokument o mieście opuszczonym przez ludzi, całe miasto wchłonęła puszcza, a po kościołach i szkołach ganiają dzisiaj małpy, mówi dyrektor, a w jego głosie narasta złość. Niewiele trzeba, ciągnie dyrektor, by cały świat runął w gruzy. Jedna zepsuta podkaszarka i świat pada jak domino, dyrektorowi trzęsie się głos, przysiada na stołeczku, ze stołu bierze archiwalny numer magazynu „Leo” i powoli go kartkuje. Jego oddech się uspokaja, a z rysów twarzy znika napięcie. Próbuję się pożegnać, ale nie reaguje. Odchodzę. Może koleżanka posłuży mi wsparciem, jak obiecywał, myślę, zamykając za sobą zielone wrota garażu. Podnoszę wzrok na budynek szkoły. Wygląda, jakby z kilku różnych fragmentów skleił go roztargniony bóg. Jak wtedy, gdy dziecko buduje domek z Lego i w trakcie prac zmienia przeznaczenie obiektu. Tej szkoły, myślę, nikt nie budował jako szkoły. Na jej fasadzie wiją się pęknięcia.

3.

Stoję w kuchni przy oknie. Spoglądam prosto w krwawe niebo. Popijam czarną kawę. Słońce odbija się od czerwonej fasady szkoły. Na drodze wiatr powiewa ulotką. Ciemność istnieje dlatego, że nie dostrzegamy światła, które ją rozjaśnia. Czuję chłodne powietrze, wnikające do środka przez szczeliny starych okien. Ulotka pozostaje bez ruchu w przestrzeni, a wokół niej powiewa świat. Mówimy „utkwić w czymś wzrok”, jak gdyby był to magiczny promień, nad którym mamy władzę. Tymczasem wystawiamy tylko siatkówkę na fale w spektrum widzialnym, jesteśmy jak chodzące radary z dziwnymi kończynami.

Nasz mózg z dotyku świetlnych cząstek składa dobrze nam znane kontury, pomijając wszelkie detale zbędne z perspektywy zwierzęcia, pomyślałem i upiłem z kubka trochę odurzającego płynu. Ale skąd mogę wiedzieć, przeraziłem się nagle, czy to, co widzę, naprawdę istnieje? Obserwuję gładki blat stołu, białą ścianę i napiętą skórkę jabłka. Wiem dobrze, że pod mikroskopem z tej spójnej, gładkiej warstwy świata nie zostałoby nic. Świat nie wygląda w ten sposób, ale ja go takim widzę. Punktem wyjścia wszystkich mych sądów o świecie jest kłamstwo. Świat jawi się niczym dziecięcy malunek. Poruszam się w debilnej parodii rzeczywistości, bo rzeczywistości nie jestem w stanie pojąć. Kubek kawy jest do połowy pusty. Uzupełniam go wódką, którą znalazłem w lodówce. Po chwili się uspokajam. Nim usiądę na krześle, przejeżdżam po nim ręką. By się upewnić, że naprawdę istnieje.

„Dodatkowo: dom komunalny do dyspozycji” – tak brzmiała pozycja w rubryce „Oferujemy” ogłoszenia, które przywiodło mnie aż tu, wspominam teraz przy stole. Własny dom z ogrodem, pewność i mocne fundamenty. Takie powinno być życie, myślę – i wciągam w płuca życie pokrytych grzybem ścian. Kuchnia. Stół przy oknie z widokiem na szkołę. Nad nim zwisająca z sufitu żarówka w oprawie. Dwa krzesła. Przybrudzone szafki kuchenne. Obok kuchni pokój, chyba dzienny. Zakurzony żyrandol. Jedno okno wychodzi na szkołę, a to naprzeciwko – na ogród. Drzewa w ogrodzie jeszcze bez liści, ale już niedługo, cieszę się. Między oknami przybrudzona kanapa. Przy niej stolik kawowy. Na ścianie jedna półka. Naprzeciw, przy drzwiach, wąska biblioteczka ziejąca teraz pustką. Drzwi do ostatniego pokoju. Sypialnia. Łóżko dla jednej osoby. Jedna szafa. Okno wychodzące na szkołę. Przesuwam łóżko do pokoju dziennego. Po chwili wahania ustawiam je w rogu obok okna, z którego widać ogród. Naprzeciw pieca. Przepycham szafę z sypialni do pokoju dziennego. Całą drogę jęczy i skrzypi. Boję się, że tego nie wytrzyma. Wytężam wszystkie siły. Nie mam ich za wiele. Z sypialni do pokoju ciągnie się ślad wyryty w drewnianej posadzce. Czas na szafę, którą zasłaniam okno wychodzące na szkołę. Światło przedziera się zza niej już tylko wąską szparą po prawej. Wyciągam się na łóżku. Spoglądam na sufit. Cisza. Na chwilę zasypiam.

Przechadzam się po ogrodzie. Szuram nogami wśród zgniłych liści. Jakby od lat nikt ich nie grabił. Spoglądam w korony drzew, nagie gałęzie. Goliznę świata zakryje zielony woal, już wkrótce. Uśmiecham się. Te małe radości nadają życiu głębię i sens, myślę.

Nie może pan tam wchodzić! – słyszę nagle. Zza ogrodzenia wyłania się posiwiała głowa, jest lekko przechylona na bok. Jej twarz wykrzywia wściekłość, wyrosła zapewne z grzybni tysiąca drobnych krzywd, jak bywa w przypadku podobnych zniszczonych życiem twarzy.

...przepraszam, jeszcze się nie znamy, staram się przyjąć życzliwy ton, brzmię jednak aż nazbyt niepewnie i bełkotliwie, ale ja tutaj mieszkam, to jest teraz mój ogród, właśnie się sprowadziłem, wyjaśniam mężczyźnie.

Wiem, wszystko wiem, pan jest nauczycielem, ma pan takie dziwne nazwisko, jestem tutaj wójtem, mówi mój sąsiad wójt.

Miło mi pana poznać, mówię mężczyźnie za ogrodzeniem i przez chwilę dumam, czy jesteśmy w stanie kogokolwiek naprawdę poznać, co dopiero w tak krótkim czasie. Jak może być mi miło, że go poznaję, skoro nie poznaję i nie znam, myślę, gdy potrząsam jego ręką, i jak w transie powtarzam, że miło mi go poznać.

Gmina zarządza szkołą, jak pewnie pan wie, jej własnością jest dom i ogród, jak pewnie pan wie. Więc nic tu nie jest pana, tylko nasze. Choć nasze też już właściwie nie jest. W każdym razie ja muszę pilnować, by posiadłości nic się nie stało, nieważne, do kogo należy, pan jest wykształcony, na pewno pan to rozumie, mówi wójt, a ja wolę nie zdradzać, że w zasadzie nic nie rozumiem. Co ci ludzie robią tu całymi dniami? – pytam ze strachem samego siebie, a pełen niepokoju wzrok kieruję z własnego wnętrza na czerwoną twarz sąsiada, którą według moich słów tak miło jest mi poznać.

Sam pan widzi, że będzie tu sporo pracy, sąsiad puszcza moją dłoń. Ogród jest zarośnięty. Drzewa są do przycięcia. Dom, sam pan widzi. Pokażę panu wszystko, co trzeba tutaj zrobić. Wokół chałupy jest zawsze kupa roboty, nie ma kiedy odpocząć. Dobrze to wiem, sam zbudowałem ten dom, pokazuje ogromny budynek. Zawsze jest w nim co robić, zawsze, powtarza.

To wielki dom, mówię, by cokolwiek powiedzieć. Cieszę się, że się panu podoba, odpowiada sąsiad, a ja wolę nie zdradzać, że jego dom podoba mi się średnio.

Nie przyszedłem na gotowe, ciągnie wójt gminy. Zbudowałem go sam. Cegła na cegle. Spoglądam na jego dom i zastanawiam się, czy tych cegieł nie miał przypadkiem za dużo. A jak nie ma co robić przy domu, sąsiad ciągnie swoją litanię, jest robota w ogrodzie.

To radość mieć taki ogród, próbuję go rozweselić i już się cieszę na moment, gdy znów będę szurał nogami w gnijących liściach, bo to jedna z tych życiowych radości, których nie umiem sobie odmówić. Nie wiem, czy pod stopami lubię bardziej szelest liści, czy trzeszczenie śniegu na mrozie. Cały rok czekam, aż liście stracą zieleń i osuną się na ziemię, a tam czekam już na nie ja, by spacerować wśród tej rozrzutności natury. Zgodnie z duchem czasu oraz kraju, gdzie – z woli ludzi, których nigdy nie znałem – przyszedłem jako dziecko na świat, jestem ateistą wierzącym w rozum i ludzkie poznanie. Mimo to, myślę, gdybym był bogiem, stworzyłbym świat dokładnie takim. Ze spadającym listowiem, ze śniegiem, morzami obmywającymi plaże i kruszącymi skały na piasek, z którego nasze ziemskie ślady znikają po kilku liźnięciach fal. Gdybym był bogiem, stworzyłbym świat dokładnie takim, jaki jest, i nic bym w nim nie zmienił, myślę i nagle przychodzi mi do głowy, że nie jestem niewierzący z wyboru, a raczej z niezdecydowania. O ile kiedyś ludzie musieli się zbuntować i podjąć decyzję, że w boga wierzyć nie będą, o tyle ja nie decydowałem o niczym. Nie wierzę z konformizmu, w ogóle się nad tym nie zastanawiam. Z tych samych powodów wierzę w rozum i ludzkie poznanie, mówię sobie w duchu i nagle dopada mnie lęk, że może nie wierzę też w rozum i ludzkie poznanie. Cały się trzęsę ze strachu, że nie wierzę ani w boga, ani w rozum. Ręką sięgam do ogrodzenia, by się upewnić, że jest prawdziwe.

Radość? – kontynuuje wójt, phi, tam to dopiero jest pracy! – I słowa sąsiada ściągają mnie w dół, gdzieś z wyżyn z powrotem do jego świata. Ciągle, w kółko, nie ma kiedy odpocząć, mówię panu, i na co to? Ja haruję, że szkoda gadać, ale sam pan widzi, nigdzie ani listeczka. Samo się tak nie zrobi. I faktycznie, w jego betonowym ogrodzie nie widzę ani jednego liścia, przeraża mnie to. A w pana ogrodzie za to pełno liści, spoglądamy razem na mój ogród, gdzie za to pełno liści, uspokajam się.

Liście spadają z drzew, próbuję się włączyć w debatę, której sens mi umyka, i nie jestem nawet pewien, w jakim porządku zdań ta debata się toczy. Które zdania padają naprawdę, a które tylko w mojej głowie.

Dokładnie, drzewa same ich nie zagrabią, prawda, panie nauczycielu, to musimy my, ludzie, nie? Te drzewa zresztą też do niczego, stare, nie owocują, będzie je pan musiał pościnać.

Ja lubię stare drzewa, niedługo będą zielone...

...zielone? Czemu by miały być zielone? O czym pan mówi?

...no, to znaczy, ich cień...

...jak cień, to najlepszy jest parasol, z niego żadne barachło nie spada, postawi pan tam, gdzie panu akurat potrzeba, mówi sąsiad, jakby to było takie proste – wiedzieć, czego człowiekowi akurat potrzeba.

Raz siedziałem pod drzewem i na głowę spadła mi gruszka, ciągnie wójt. Mam parasol, potem panu pokażę, też pan go sobie sprawi i będzie pan miał spokój. Nic na głowę nie spadnie. Sam pan będzie widział, że tak będzie lepiej. Wszyscy tu mamy parasole. Na wsi się ciągle haruje, radość, jak człowiek ma chwilę spokoju, mówi sąsiad wśród martwej ciszy późnego popołudnia. Zobaczy pan sam, jak pan to zagrabi, jak się w ogrodzie przejaśni. Potem zetnie pan drzewa, i spokój, słowa sąsiada znów budzą we mnie niepokój, a tymczasem promienie Słońca, które pokonały sto pięćdziesiąt milionów kilometrów, lecąc przez pustkę wszechświata, przedzierają się przez gałęzie starych jabłoni, by z prędkością trzystu tysięcy kilometrów na sekundę uderzyć w powierzchnię mojego niezagrabionego ogrodu. Ich odbicie postrzegam tak jak liście, gałęzie czy trawę, lecz w rzeczywistości patrzę na Słońce. Na chwilę przeraża mnie myśl, że właściwie to Słońce obserwuje nas, obserwuje mnie, gdy tak stoję i bełkoczę jak jakiś idiota, a nie jak szczytowe osiągnięcie ewolucji. Coś swędzi mnie na tyłku, ale próbuję zachować godność. Na wszelki wypadek trzymam się ogrodzenia, żeby nie upaść. Mam co prawda wrażenie, że stoję w miejscu, wiem jednak dobrze, że w miejscu nie stoi nic. Gdyby rotacja Ziemi przyspieszyła lub nagle zwolniła, na pewno nie ustałbym na nogach. Przytrzymuję się ogrodzenia i przez chwilę czuję się bezpieczny. Wygląda na to, że wszystko dokoła porusza się z tą samą prędkością. Na razie.

Wie pan, mówi dalej sąsiad, najważniejsze, żeby ludzie się dogadywali, mieć dobre relacje z sąsiadami – to podstawowa sprawa. To, co dzisiaj się dzieje, szaleństwo. Mózg staje. Wczoraj widziałem, jak dziewczynka wybiegła ze szkoły i pędziła jak chłopak. Co tu dużo gadać. Stał tu, w ogrodzie, taki stary orzech, musiałem go ściąć. Ale nie zatrzymuję, ma pan dużo roboty, mówi mi wójt, a ja wyobrażam sobie, jak by to było, gdyby mózg na chwilę faktycznie stanął.

Poszedłem się przejść po wiosce. Widzę, że w rzeczy samej na większości trawników nie leżą liście. Choć zwykle nie aż do tego stopnia, co u mojego nowego starego sąsiada. W większości ogrodów nie było żadnych większych drzew. W tych, gdzie drzewa jeszcze rosły, nie było pod nimi ani listeczka. Widać nad całą wsią czuwał starotestamentowy bóg, okrutną śmiercią karzący każdego, kto pozwolił, by zgniły liść leżał przed obliczem bożym.

Nadal idę, z prędkością w przybliżeniu trzech kilometrów na godzinę. Wokół Słońca pędzimy z prędkością stu ośmiu tysięcy kilometrów na godzinę. Nasz Układ Słoneczny porusza się wokół centrum galaktyki z prędkością siedmiuset dziewięćdziesięciu dwóch tysięcy kilometrów na godzinę. Sam wszechświat rozszerza się coraz szybciej. Wszelka materia zostanie w końcu rozproszona w nieskończonej przestrzeni, a cały kosmos zapadnie się w mroźną śmierć oraz ciemność. Spoglądam w niebo. Słońce skryło się za chmurami, ale ciągle tam jest, uspokajam się. Za pięć miliardów lat zamieni się w czerwonego olbrzyma i zlikwiduje całe życie na Ziemi. Nie rozumiem, skąd brać w tej sytuacji motywację do grabienia liści. Rozglądam się wokół siebie, widzę świat, o którym wiem, że wygląda inaczej. Wzruszam ramionami. Za chwilę umrę. Bez najmniejszych szans, by cokolwiek zrozumieć, uspokajam się. Ale co pocznę ze sobą do tego czasu? martwi mnie pytanie, przed którym miałem nadzieję tu uciec.

Przeszedłem przez płaską wieś i dotarłem mniej więcej do połowy. Po jednej stronie była szkoła, a więc i ja, po przeciwległej mieścił się kościół z wysoką białą wieżą. Tak przynajmniej jawiła się sytuacja z tej mojej małpiej perspektywy, na ile oświetlał ją blask naszej ukochanej gwiazdy. Z kilkoma zaledwie wyjątkami wszystkie domy są po remoncie, ocieplone, wyposażone w plastikowe okna i pomalowane farbami w najdziwniejszych odcieniach, jakie w życiu widziałem. A przy tym nie zdarzyło się, by jakiś kolor się powtórzył, zauważam. Będę musiał zapytać sąsiada, czy to miejscowy zwyczaj albo wyzwanie, za sprawą którego moi nowi sąsiedzi malują domy na odcienie wyżerające siatkówkę.

Po chwili przechadzania się i zaglądania do ogrodów dostrzegłem, że z każdego domu ktoś mnie obserwuje. Gdzieś porusza się firanka, gdzie indziej żaluzja. W oknach migają zarysy postaci. Tych ludzi pewnie dręczą te same problemy, co mnie. Chaos rosnący z każdym naszym ruchem i bezsens osobliwości.

Chciałem sprawiać przyjazne wrażenie, więc w dalszej części spaceru bezustannie się uśmiechałem. Pomachałem ludziom w niektórych oknach, ale nie uzyskałem żadnej reakcji. Tylko w jednym domu, o barwie jadowicie zielonej, uchyliły się drzwi. Może będzie okazja, by zapoznać się z kimś z miejscowych, z mieszkańcem gminy, której jestem już częścią, pomyślałem. Zza drzwi wybiegł pies, ze środka rozległo się: bierz go. Pies, szczekając, zbiegł po schodach. Golden. Po kilku krokach stanął. Nagle położył się i zaczął wściekle wylizywać swoje jądra, chyba żeby dodać sobie powagi.

Gdy wracałem do pleśniejącego budynku otoczonego zgniłymi liśćmi, który od teraz będę nazywał domem, zatrzymał się przy mnie radiowóz. Służby porządkowe w tej wiosce pracują jak należy, pomyślałem.

Dokąd pan idzie? – wrzasnął do mnie z auta policjant.

Idę do domu, odparłem przyjaźnie i z pewnym zadowoleniem, że przynajmniej na jedno pytanie znam odpowiedź.

To może powiedzieć każdy, kontynuował na oko czterdziestoletni policjant niezbyt życzliwym tonem.

Ma pan rację, przyznałem z namysłem, coś takiego faktycznie może powiedzieć każdy.

No, więc pan widzi, nie ma co się wypierać. Dokąd pan idzie?

Wie pan, ja właściwie nigdzie już nie idę. Tak długo mówiłem, że odejdę, aż w końcu musiałem iść. Skończyłem z tym. Jestem na miejscu. Tu jest mój dom, powiedziałem drżącym głosem.

Tu? Tu mieszka wójt. Jak się pan nazywa?

Jestem...

Że jak? Dowód osobisty, panie.

Nie mam, wyszedłem się tylko przejść, nie muszę mieć przy sobie dowodu osobistego, dodałem, przekonany, że tego również mogę być pewien.

Nie musi pan, co? Przejść się, co? Przecież mówił pan, że idzie pan do domu. Coś pan zaczyna kręcić.

Najpierw wyszedłem się przejść, a teraz już idę do domu, próbuję zachować spokój, choć muszę przyznać, że logika stróża porządku ma pewien sens i ład.

To po co szedł się pan przejść, skoro teraz pan idzie do domu, co? Mógł pan po prostu zostać w domu. Czemu ma pan taką poobijaną twarz?

Przewróciłem się. Na polu, dodaję.

Na polu? Co pan robił na polu? Pan jest rolnikiem?

Nie, proszę pana, jestem nauczycielem.

Skoro jest pan nauczycielem, czemu miałby pan wychodzić na pole?

Wczoraj byłem się przejść i...

To pan sobie tak chodzi już od wczoraj? Proszę mi dać ten dowód.

Ale przy sobie go nie mam. Poza tym nic nie zrobiłem, więc nie ma powodu, żeby mnie pan legitymował.

Słyszałeś go? Otyły mundurowy odwrócił się do umięśnionego kolegi. No to proszę, policjant wychodzi z auta, utrudnia pan śledztwo. Mam zgłoszenie od piętnastu osób, że porusza się tu podejrzany w czarnych spodniach i czerwonej kurtce, z poobijaną twarzą. Słyszał pan o kimś, kto tutaj nosiłby czarne spodnie i czerwoną kurtkę? – pyta mnie groźnie policjant.

To przecież żadne przestępstwo nosić czarne spodnie i czerwoną kurtkę, mówię mu w moich czarnych spodniach i czerwonej kurtce.

Znowu chce mnie pan pouczać? Panie mądraliński, funkcjonariusz przysunął swoją nie do końca urodziwą twarz bardzo blisko mojej, która jednak też zbyt urodziwa nie jest, raczej wręcz przeciwnie, mam tutaj kilka zgłoszeń, że po wsi kręci się włóczęga w czerwonej kurtce, zagląda ludziom w okna i macha do dzieci ze swoją poobijaną twarzą. Więc jeszcze raz: kim pan jest, dokąd pan idzie i po co?

Jestem... słyszę, jak głos odmawia mi posłuszeństwa i zaczyna mi się trząść lewa ręka, mieszkam w tym domu, tutaj, wczoraj się przeprowadziłem, sąsiad tutaj obok, pan wójt, może to potwierdzić, mówię wystraszony i powtarzam w duchu pytania stróża porządku. Kim jestem? Dokąd idę? I po co? Na żadne z nich nie umiem szczerze odpowiedzieć. Jak w ogóle może mi zadawać tyle złożonych pytań naraz?

Policjant wciska dzwonek u wójta, wujek, cześć, znasz tego faceta?

Cześć, co tam potrzebujesz?

Wujek, znasz tego faceta tutaj?

Kogo?

Kto to jest? – pyta policjant i pokazuje mnie ręką.

To nowy nauczyciel, wydarł się z okna wójt.

Podobno wyszedł się przejść, krzyknął do niego policjant, a ja nagle dostrzegłem, że na drodze koło nas stoi już kilku nowych słuchaczy, także zainteresowanych, kim jestem, dokąd idę i po co.

Po co? – spytał zdziwiony wójt.

Tego właśnie nie wiem, teraz mówi, że idzie do domu.

Czemu nie został w domu? Nie musiał chyba nigdzie chodzić. Do kogo pan szedł, panie nauczycielu?

Do nikogo nie szedłem, chciałem się tylko przejść po okolicy, żeby ją trochę poznać, wołam do otwartego okna przesadnie dużego domu.

Co chce pan poznać? Po co? Jak czegoś pan nie wie, mnie może pan spytać, nie musi pan nigdzie chodzić.

No, najważniejsze, że się to wyjaśniło, przejął inicjatywę policjant. Panie nauczycielu, nie może pan tak straszyć ludzi, chodzić po okolicy i na nich patrzeć. Jak już dokądś pan idzie, trzeba wiedzieć, do kogo i po co. Wie pan, tu na wsi jest w ludzi interesie, żeby się każdy interesował sam sobą. Wieś ma swoje zasady, musi pan je zaakceptować. Dziś damy panu spokój, bo jednak jest pan nowy, my też jesteśmy ludźmi.

Policjant wsiadł do auta i odjechał, a ja nawet podziękowałem i pomachałem na pożegnanie. Czułem się przy tym trochę jak idiota. Zamknąłem za sobą bramkę. Ludzie na ulicy stali i śledzili mnie wzrokiem, jakbym był im jeszcze dłużny jakieś odpowiedzi. U wójta zafalowała firanka. Zza okna obserwowała mnie jego sylwetka. Próbuję zachować spokój. Muszę się zachowywać normalnie, myślę. Tylko co tutaj jest normalne, pytam sam siebie. Mam ochotę wrócić do domu, ale na pewno by pomyśleli, że przed nimi uciekam, że się ukrywam, przemyka mi przez myśl.

W szopie znajduję, co trzeba. Idę przez martwe, rozkładające się liście. Ich woń znów mnie uspokaja. Z ulicy wciąż śledzi mnie kilka osób. Z okna, zza firanki, obserwuje mnie sąsiad. Praca daje poczucie ładu. I spokój, myślę sobie, przede wszystkim spokój. Stoję pośrodku ogrodu o wielkości pięciuset sześćdziesięciu trzech metrów kwadratowych. Grabię liście. Ludzie na ulicy już się rozeszli. Przeciągam grabiami tu i tam, by zebrać butwiejące liście na kupę. Wójt ciągle stoi w oknie. Czekam, aż wstąpi we mnie spokój i ład. Ostatnie promienie w stygnących warstwach powietrza ostrzeliwują nagie gałęzie drzew nad moją głową. Mroźne i jasne wczesne wieczory, gdy krawędzie świata są tak wyraźne, że można się o nie skaleczyć. Grabię zbutwiałe liście. Słońce zniknęło z nieba. Czekam, aż objawi mi się ukryty, głęboki sens tej monotonnej czynności. Musi mieć jakiś sens, inaczej nikt by tego przecież nie robił, myślę i zastanawiam się, czy Słońce też czasem wątpi w sens tego, że świeci, spala własną istotę i robi to tylko po to, by ludzie na Ziemi mogli w ogrodzie machać grabiami. Muszę to jakoś rozgryźć, stwierdzam w myślach i szaleńczo grabię liście wśród przerośniętej trawy. Spokój. Skupiam się na oddechu. Wdech, wydech. Być tu i teraz. Wszystko, co się dzieje, jest słuszne, powtarzam sobie. Pozwalam, by myśli płynęły, a tymczasem opadam w pustoszejący wszechświat. Wdech i wydech. Być tu i teraz. Wszystko, co się dzieje, jest słuszne, mówię sobie. Być może mógłbym być tu i teraz kiedy indziej, przychodzi mi do głowy. Pozwalam, by grabie spadły na ziemię, i idę do domu. Być tu i teraz gdzieś indziej. Za żaluzjami sąsiada porusza się cień.

5.

Gospoda jest na wpół pusta. Mimo to nie ma gdzie usiąść. Przy każdym stole siedzi jeden człowiek z jednym napoczętym piwem. Wszyscy ślą mi mętne spojrzenie. Patrzą gdzieś poza mnie, jakbym zasłaniał im widok. W tej samej chwili wszyscy odwracają wzrok i wbijają go w ekran telewizora. Wszyscy biorą łyk piwa. Wszyscy przełykają. Prezenterka oznajmia, że drużyna B pokonała drużynę A 2:1. Chuje, rozlega się przy jednym ze stołów.

Pan siądzie, zachęca mnie zniszczona staruszka za barem z miną oznajmiającą, że w życiu skomentowała już wszystko, co skomentować należało.

Zauważam wolny stół przy oknie. Ledwo ruszam w tę stronę, staruszka woła: tam siedzi stary leśniczy, on przychodzi o siódmej. Widząc moje zmieszanie na twarzy, skinieniem głowy wskazuje na prawo. I faktycznie, po jej prawej stronie jeden stolik jest wolny. Wciśnięty w przestrzeń pod telewizorem. Przed drzwiami toalety, jak po chwili odkrywam. Siadam. Kobieta bez pytania stawia przede mną piwo i wraca za bar. Podnoszę wzrok znad piwa, patrzę przed siebie. Osiem par oczu bacznie mi się przygląda. Potem kierują się o metr wyżej, zatrzymują się na ekranie. Wszyscy spoglądają w moją stronę, a mimo to nikt mnie nie widzi. Figlarny głos informuje o temperaturze i ciśnieniu atmosferycznym. I ten tydzień będzie piękny, bez jednej chmurki i kropli, a pod koniec na niżej położonych terenach doczekamy się niemal letnich temperatur, cieszy się bezimienna, pozbawiona zmarszczek, symetryczna i generyczna twarz. W pierwszych dniach lutego.

Wszyscy tutaj zdechniemy, ktoś wzdycha z rezygnacją przy jednym ze stolików. Wypijam piwo na jeden raz, jakby naprawdę miało być tym ostatnim. Zastanawiam się, czy będzie na miejscu zamówić jeszcze jedno. Bądź co bądź, jestem nauczycielem. Pierwsze wrażenie jest ważne, więc może nie wypada mi przesiadywać w niedzielę w gospodzie. Wzbudziłem już pewne poruszenie swoją przechadzką. Najlepiej będzie, myślę, jak zapłacę i wyjdę.

W myślach już wracam do domu. Na mojej drodze staje kolejne piwo na stole. Mężczyźni znów wbijają we mnie swój mętny wzrok. Dwaj z uznaniem kiwają głową. Jakby dopiero teraz przyjęli do wiadomości moją egzystencję.

Nowy nauczyciel, mówi jeden z nich, a ja nie wiem, czy to pytanie, czy odpowiedź. Kiwam głową. Na stole pojawia się jeszcze kieliszek. Witamy u nas, tu wszyscy są mile widziani, mówi podchmielona staruszka nieobecnym tonem i znów znika. We mnie znika zaś kieliszek cuchnącego płynu. Pewien mężczyzna wydaje z siebie pomruk uznania. Potem już nikt nic nie mówi. Każdy gapi się w swoje piwo, a zarazem pilnują jeden drugiego, by nikt nie siedział o suchym pysku. O dziesiątej staruszka wyłącza telewizor. Wraz z innymi ustawiam się w kolejce do płacenia. Jestem jednym z nich. Wreszcie gdzieś przynależę. Odwraca się do mnie myśliwy, wezmę pana z dziećmi do lasu, panu nauczycielu, żeby pan widział, jaką piękną przyrodę tu mamy, mówi pijany, ze szklistym spojrzeniem. Niech pan znów zajrzy, woła za mną na zewnątrz, gdy niepewnym krokiem ruszam do swojego domu, w gospodzie da się wszystko dogadać, mówi inny mężczyzna, a potem świat pogrąża się w ciszy. Idę od płotu do płotu, pewien, że jestem tu i teraz, w świecie, gdzie dwa plus dwa wciąż jeszcze równa się cztery. Ale za jaką cenę, pytam sam siebie.

7.

Pierwsze promienie Słońca, pędzące ku powierzchni planety, padły na nagie gałęzie drzew. 7:25. Spałem dłużej, niż planowałem. Nie zaskakuje mnie to. Rzadko kiedy bieg wydarzeń odpowiada moim zamiarom. Liczę się z tym. Że wszystko rozegra się inaczej. Wypijam zimną kawę zaparzoną dzień wcześniej, a z okna kuchni obserwuję niewielki ciąg aut rodziców przywożących swoje dzieci do szkoły. Muszą przyjeżdżać z daleka, myślę, może szkoła ma dobrą renomę, przychodzi mi do głowy. Spojrzenie w lustro. Gładka twarz z kilkoma szramami, której nie potrafiłbym nikomu opisać. Z kacem na języku zamykam za sobą drzwi domu. Moje oczy uderza blask budynku szkoły.

Macham wystraszony na przejeżdżający traktor. Zatrzymuje się.

Dzień dobry, coś tu panu cieknie, wygląda, jakby panu ciekł olej, mówię mężczyźnie za kierownicą, zdziwiony pewnością siebie, z jaką pozwalam sobie zatrzymać ponurego traktorzystę. Z jaką w ogóle cokolwiek pozwalam sobie zrobić.

W Chinach robią traktory, co nie potrzebują żadnego oleju, odpowiada traktorzysta o przekrwionych oczach, jakby kierował swoją maszyną od zarania dziejów.

To możliwe, ale z pana traktora olej cieknie, usiłuję powtórzyć swoją obserwację, podczas gdy wiatr pogłębia pustkę między nami.

Dziś już wszystko jest możliwe, kwituje machnięciem ręki mężczyzna, którego widocznie nic nie jest w stanie wyprowadzić z równowagi, zwariowane czasy, dodaje i zmierza ze swoim traktorem w stronę horyzontu zdarzeń dnia codziennego.

Muszę się jeszcze wiele nauczyć, myślę i spoglądam za traktorem. Przed horyzontem znów prychnął i stanął, chyba z obawy, by nie zniknąć bez śladu w pianie dni. Na ziemi walają się jakieś ulotki, zauważam.

Piętnaście par oczu przygważdża mnie do ściany i nigdzie żadnego horyzontu, w którym mógłbym się rozpłynąć. Ich spojrzenia i nieznośny kac.

Więc, dzieci, jestem waszym nowym nauczycielem, mówię im. Dzieci nie mówią nic. No, to powiedzcie mi coś o sobie, dodaję i uświadamiam sobie ze zgrozą, że sam nie mam im nic do powiedzenia.

Dzieci milczą. Może ty, jak masz na imię, pytam chłopca w pierwszej ławce. Chłopiec milczy. Uśmiecham się. Chłopiec płacze. Czuję zdenerwowanie. Wątpię, by traktorzysta kiedykolwiek czuł zdenerwowanie, myślę sobie. Przypominam sobie wszystkie te równe bruzdy, które widziałem tyle razy na polach. Jak pewny siebie musi być człowiek zdolny bez wahania, przez całe życie, ryć w ziemi jedną bruzdę za drugą. Ja wszystkie zrobiłbym krzywo. W połowie drogi bym się zatrzymał i dumałbym, dokąd dalej. W końcu bym się poddał, przychodzi mi do głowy, a mój strach pogłębia się niczym bruzda za traktorem ryjącym w ziemi na wszystkich miedzach świata.

Wiecie, życie jest jak bruzda, z nerwowym uśmiechem na twarzy próbuję zacząć od nowa. Na tablicy kreślę prostą linię symbolizującą bruzdę, ale po jej skończeniu dociera do mnie, że nie wiem, co dalej. Krawędzie tablicy są granicami świata, którego nie mogę opuścić. Stoję przed tablicą. Patrzę na prostą linię, niespecjalnie zresztą prostą. Dokąd może prowadzić? – pytam sam siebie i ogarnia mnie lęk przed tym, że dzieci o to spytają. Co bym im odpowiedział? Nie ma to sensu. Rysuję zająca. Sensu dalej nie widać.

To jest zając na polu, mówię dzieciom i pokazuję koło z uszami pośrodku krzywej linii, która prowadzi znikąd donikąd, choć tak naprawdę prowadzi od jednej granicy do drugiej. Dobrze, kto mi powie, co będzie dalej, przejmuję inicjatywę w duchu współczesnej pedagogiki dziecięcej.

Zastrzeli go myśliwy, mówi dziewczynka z siniakiem.

Tak! – wykrzykuję zachwycony, że ktoś ze mną rozmawia.

Cisza. Stoję przed tablicą, na której w bruździe leży martwy zając. Ktoś znowu płacze. Nowy początek. Dzieci patrzą z przerażeniem na mnie, a ja patrzę z przerażeniem na dzieci. Wdech i wydech. Wyobrażam sobie, że jestem gdzieś indziej. Ale i tam nie jest dużo lepiej.

Na wsi jest inna moralność. Człowiek musi ją zrozumieć. Ja już nie mogłabym mieszkać gdzie indziej. To całe moje życie, czy tego chcę, czy nie. Nigdzie indziej nie mieszkałam. Ta tragedia nie daje mi spokoju, ciągle o niej myślę. Tutaj o wielu rzeczach myśleć nawet się nie da. Młodzi chcieliby wszystko już, teraz, zaraz. Przyjdzie kolej każdego. Zawsze czułam, że ma w sobie jakiś smutek. Próbowałam jej pomóc, ale jak ktoś nie chce pomocy, to mu i tak nie pomożesz, nawet jeśli pomagasz. Młodzi nie chcą naszych rad. Jakby pan czegoś potrzebował, niech pan mówi, proszę się nie bać. Każdy musi dziś do wszystkiego dojść sam. Cieszę się, że pan tu jest. Ja nikogo nie potrzebuję. Od listopada ze wszystkim byłam sama. Jej klasa to była zupełna dzicz, ale zrobiłam z nią porządek. Już przywykłam, że wszystko załatwiam po swojemu. Może pan zauważył, bez pozwolenia nie pisną słowa.

Przez okno widzę dyrektora, jak z dziećmi zamiata trawnik. Każde dziecko ma swój metr trawnika i zamiata go już jakieś pół godziny. Zgarnia pył na kupkę, która przez parę sekund stawia opór wiatrowi, a potem bez śladu niknie w przestrzeni, jak słowa mojej koleżanki.

Co właściwie pana tu do nas sprowadziło, panie kolego? – zadaje mi znienacka podstępne pytanie. Serce zaczyna mi walić, czuję skurcz w żołądku, boję się, że zemdleję. Nie jestem pewien, czy moja fizyczna reakcja wskazuje na zawał, czy raczej udar. W głowie kłębią mi się powody, z których żaden nie jest wystarczający. Przecież nie mogę jej powiedzieć, że w to miejsce uciekłem. Chciałaby wiedzieć przed czym, a tego nigdy nie będę jej umiał wyjaśnić. Nie umiem tego wyjaśnić nawet sam sobie.

Uczyć, dzieci, wiedza, przekazywać, wyrzucam z siebie słowa i mam nadzieję, że któreś z nich ją zainteresuje.

Nie będzie tu panu lekko, nikogo pan nie zna. Ja znam rodziców i dziadków każdego z nich. Prawie każdego. Wszystkich rodziców, oprócz jednych, dawniej uczyłam. Jasne, zawsze był tu jeszcze drugi nauczyciel lub nauczycielka, później, niestety, ale i tak znam wszystkich. A jak się zna rodziców, to zna się też ich dzieci. Głupi rodzic mądrego dziecka mieć nie może, a jak już się to wie, nie męczy się takiego dzieciaka niepotrzebnymi rzeczami. Wręcz przeciwnie, w jego interesie odsuwa się od niego to, co niepotrzebne i zbyt skomplikowane, żeby nie zrobił sobie jeszcze krzywdy. Jak już się pan trochę rozejrzy, powiem panu, które dziecko ma jakich rodziców i czego można się po nim spodziewać, czego dziecko chce od pana i jakich ocen oczekują rodzice. Dobrze jest brać pod uwagę cechy dzieci, żeby razem nie sadzać tych, co się nie dogadają. Usadzić w jednej ławce Wodnika i Lwa – szaleństwo, z tego nie będzie nic dobrego. Jeśli ma pan w klasie Wodnika, trzeba poszukać mu Wagi, ale tylko jeśli nie będą razem rozrabiać i każde zajmie się sobą. Ale Wagi i Wodniki mogą się dogadać za bardzo, mogą się zmówić przeciwko panu, w tej sytuacji lepiej ich rozsadzić, w tej sytuacji lepiej nawet posadzić Wodnika i Lwa razem, to na bank nastawi ich przeciwko sobie, a kiedy dzieci są skłócone, to są po pana stronie. No dobrze, a pan jaki ma znak zodiaku? Nie, proszę nie mówić, ja zgadnę. Pan jest na pewno Panną, widzę to w pana oczach i z pana oczu czuję, że urodził się pan w ascendencie Skorpiona, mam rację? Aha, pan nie wie. Nauczy się pan. Zrobię panu horoskop. Jak zna pan swój horoskop, nic pana nie zaskoczy. Kto zna swoją przyszłość, wie wszystko. Kiedy się pan urodził? Rewelacja, będziemy się świetnie rozumieć, kamień spadł mi z serca, zobaczy pan, będą z nas dobrzy przyjaciele.

Na czym mam się oprzeć, czego uczyć? – pytam rzeczowo koleżankę, by wyjść z kącika astrologicznego.

Dzieci muszą się nauczyć, że cierpliwość jest cnotą, podkreśla koleżanka, a ja patrzę na dzieci zamiatające ziarenka pyłu na wietrze. Dzieci potrzebują porządku i dyscypliny, tylko tak można z nich zrobić porządnych ludzi. Muszą się uczyć szacunku. Nawet jeśli nie wiedzą, czemu coś robią, muszą nam ufać, że my to wiemy, mówi mi koleżanka, a dyrektor wrzeszczy na dzieci, jak gdyby to była ich wina, że wiatr przeradza się w huragan i wyrywa miotełki z ich rąk. Zwłaszcza po tej tragedii, dodaje koleżanka, muszą się zająć czymś innym.

Co jej się stało? – pytam kobietę, której cielesne kontury już dawno przegrały bój z grawitacją.

W zeszłym roku stało się wiele tragicznych rzeczy. Każda z nich była próbą, a nas te próby wzmocniły. W zeszłym lecie zmarł śmiercią tragiczną ojciec, głowa rodziny, dobry człowiek, wszyscy we wsi się zjednoczyli, by pomóc jego żonie. Tu, co prawda, każdy pilnuje swego, ale kiedy sprawa jest ważna, wszyscy trzymamy się razem. Zwłaszcza dyrektor fabryki, ten to jest złoty człowiek. Nigdy nie waha się zainterweniować, jeśli dla dobra gminy trzeba pociągnąć za sznurki, stwierdziła koleżanka, a ja byłem wdzięczny za jej słowa. Wzbudziły we mnie nadzieję, że ludzie jednak służą tu sobie wsparciem.

A moja poprzedniczka?

Dalej nie mogę o tym mówić, to jest straszne nieszczęście, gdy coś takiego się dzieje. Wie pan, ja uczę ponad trzydzieści lat i niech pan spyta, nikt o mnie nie powie złego słowa. Nikt. Nikt sobie nie pozwoli. Oprócz tamtej. Proszę na nią uważać. Koleżanka rzuca wściekłe spojrzenie za okno. Dopiero teraz dostrzegam, że z zarośniętej przestrzeni obok mojego ogrodu wystaje kawałek dachu, komin, dym. Ktoś tam mieszka.

Tam obok mnie ktoś mieszka? – pytam, by przypomnieć sobie, jak brzmi mój własny głos.

O każdym mówię dobrze, to panu potwierdzą wszyscy. O niej wolę nie mówić nic. To panu powie więcej niż tysiąc słów. Jak to mawiają, młyny boże mielą powoli, ale ode mnie nie usłyszy pan nic. Ta, zamiast której tu teraz pan stoi, siedziała u niej bez przerwy. I też bez przerwy tak wyglądała przez okno. Czemu wciąż wyglądała przez okna, dokładnie tak jak pan? Ile czasu tam spędzała, to nie było normalne. Ja nie oceniam, niech każdy sobie robi, co chce. Co ona tam ciągle robiła? Za dnia i w nocy? Ale, jak mówię, wolę nie mówić nic. Na wsi jest inna moralność. Każdy pilnuje swego. Pan jest mądry, sam pan sobie wyrobi opinię, ma pan swój rozum. Tutaj jest inna moralność. Ludzie dbają jeden o drugiego. Tragedia, to, co się stało. Ale to nie jest niczyja sprawa. Musimy myśleć o dzieciach. W szkole jesteśmy jedną rodziną. Ja i pan musimy się trzymać w kupie, mówiła mi koleżanka w budynku, który ledwo trzymał się w kupie.

Poczęstuje się pan kokosanką? Uwielbiam je. Piekę je sama. Wszystko robię sama. Całe życie jestem sama, mówi moja koleżanka i milknie. Chrupie kokosankę. Potem kolejną. Sama. Gdzieś we wnętrznościach szkoły coś pęka. Obserwuję swoich uczniów na trawniku. Spojrzeniem wracam na dach w sąsiednim ogrodzie. Dym wznosi się do nieba, które jest nieruchome jak ścięte mrozem pole i tak samo obojętne na ślady mojej egzystencji.

11.