Wydawca: Filia Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 496 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Deniwelacja - Remigiusz Mróz

Gdzie jest Wiktor Forst?

To pytanie zadają sobie zakopiańscy śledczy, gdy topniejący w Tatrach śnieg odsłania makabryczny widok na zboczach Giewontu. Odnalezione zostają zwłoki grupy kobiet, których za życia nic ze sobą nie łączyło.

Żadna wycieczka nie zaginęła zimą na szlakach, a wszystkie ofiary wypadków w górach zostały odnalezione. W dodatku na ciałach nie ma żadnych śladów świadczących o tym, by doszło do zabójstw. Kiedy w Zakopanem znikają jednak kolejne kobiety, nie ma wątpliwości, że na Podhalu pojawił się seryjny zabójca.

Policja odkrywa ślad prowadzący do Wiktora Forsta. Problem polega na tym, że nikt nie wie, gdzie od roku przebywa były komisarz…

Opinie o ebooku Deniwelacja - Remigiusz Mróz

Fragment ebooka Deniwelacja - Remigiusz Mróz

Ani i Adrianowi,

byście na wspólnym szlaku mieli

jak najwięcej ekspozycji, przewieszeń i trawersowania.

I żadnych pożarów do gaszenia.

Był taki rok pod Tatrami, kiedy milczały skrzypce i basy, nie niosły się po groniach wesołe śpiewki pasterek i juhasów, pustoszały całe zagrody, osiedla, polany.

Pod Tatrami hulała śmierć.

– Opowieści halnego wiatru. Legendy spod Tatr i Beskidów,

Urszula Janicka-Krzywda

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Jej spojrzenie nabrało wyrazistości dopiero, kiedy ją zabiłam. Wcześniej była niekompletna, zupełnie jakby to śmierć dopełniła jej obrazu.

Przez moment przyglądałam się mojej ofierze w zimnym świetle LED-owej latarki. Brak reakcji źrenic na światło potwierdzał, że to koniec. Zarówno dla niej, jak i dla mnie.

Nazywała się Edyta, ale za życia wszyscy mówili na nią Edi. Po śmierci będzie znana przede wszystkim jako N.N. Nomen nescio. Tak określi ją osoba sporządzająca protokół z oględzin zwłok.

Nie musiałam przesadnie się trudzić, żeby ukryć jej tożsamość.

Niewiele wysiłku kosztowało mnie też pozbawienie jej życia. Edi zawsze była ufna, choć nieraz powtarzałam, że w końcu ją to zgubi. I tak ostatecznie się stało. Planowałam to od dawna, właściwie od kiedy pamiętam. Byłam skrupulatna, nie popełniłam żadnego błędu.

Rzekomo nie ma zbrodni doskonałej. Bzdura. Wszak gdyby do niej doszło, nikt nigdy by się o niej nie dowiedział.

To tak jak z najlepszym kłamcą, prawda? Jest nim ten, kogo wszyscy uważają za prawdomównego.

Ale czy to, czego dokonałam, mogło być zbrodnią doskonałą? Być może. Zadbałam o to, by śledczy nie dotarli do

żadnych śladów wskazujących na mój udział. Zabiłam Edi w miejscu, z którym nie mam nic wspólnego, na niewielkim placu budowy przy Orkana. Za jakiś czas powstanie tutaj nowy hotel, zanim to się jednak stanie, rankiem policja ogrodzi miejsce zdarzenia i ustawi parawan wokół ciała.

Podłoże nie było idealne, zostawiłam odciski butów. Biegły z zakresu traseologii nie dokona jednak żadnego przełomu, zaraz bowiem pozbędę się obuwia, które kupiłam tylko na tę okazję.

Co z innymi śladami? Klucz stanowiło to, bym zostawiła ich nie jak najmniej, ale jak najwięcej. Śledczy zazwyczaj mieli ich do zabezpieczenia setki. Nie sposób było włączyć do materiału dowodowego wszystkich, więc na miejscu zdarzenia dokonywano selekcji. Zazwyczaj opierano się na intuicji i doświadczeniu. I czasem to wystarczało.

A czasem nie. Tak jak w tym przypadku.

Zrobiłam wszystko, by mieć pewność, że policyjni technicy nie znajdą niczego, co mogłoby wskazać na mnie. Oczywiście zostawiłam mnóstwo śladów biologicznych, ale te, które mogłyby się na coś przydać, zniszczyłam.

Ślady zapachowe zniknęły po użyciu wybielacza z chlorem. Specjalista z zakresu osmologii nie będzie zadowolony. Rękawiczki zaraz ściągnę, a potem stopię je razem z butami – to z kolei nie zadowoli technika robiącego badania gantiskopijne. Śladów dermatoskopijnych nie zostawiłam.

Nie pozbyłam się też narzędzia zbrodni, unikając jednego z najpowszechniejszych błędów. Amatorzy sądzili, że da się je ukryć. Że istnieje miejsce, w którym narzędzie w jakiś cudowny sposób zniknie.

Ja jednak do amatorów nie należę. I zdaję sobie sprawę z tego, że ślady zawsze prowadzą do rzeczy. A rzecz do osoby.

Zadbałam więc o to, by ta nie należała do mnie.

Mogłabym pozbyć się ciała, ale nie miałoby to żadnego praktycznego znaczenia. Zawsze z rozbawieniem słuchałam wszystkich tych opinii, w których podkreślano, że gdy nie ma ciała, nie ma zbrodni. Mnóstwo wyroków skazujących zapadło, mimo że do dzisiaj nie odnaleziono zwłok.

Moim największym zmartwieniem były ślady genetyczne. Nawet na kawałku włosa pozbawionego cebulki da się wykonać badanie mitochondrialnego DNA. I z tym jednak sobie poradziłam.

Równie istotny był wybór odpowiedniego momentu. Zależało mi na tym, by tej nocy dyżur prokuratorski pełniła niezbyt doświadczona osoba. Najłatwiej będzie bowiem uniknąć wykrycia, jeśli dojdzie do zwykłych ludzkich błędów.

Czynnik ludzki zawsze był najsłabszym ogniwem. A ja wiedziałam, jak to wykorzystać.

To było moje ostatnie zabójstwo, wisienka na torcie. Nigdy więcej nie odbiorę nikomu życia, wypełniłam swój plan. I nikt nigdy nie dowie się, na czym polegał.

2

Kolejność osób zjawiających się na miejscu zdarzenia zawsze była podobna. Jako pierwsi stawiali się policjanci patrolowi, zaraz po nich wzywano tych dyżurujących, a potem przyjeżdżali technicy. Prokurator zazwyczaj docierał jako ostatni.

Tym razem jednak było inaczej – ostatni przyjechał nowo powołany komendant rejonowy policji. Edmund Osica był starym wyjadaczem, który karierę zaczynał jeszcze w milicji. Widział wiele, spodziewał się wszystkiego, ale nie mógł wyobrazić sobie gorszego zainaugurowania nowego etapu kariery. Zrozumiał to tuż po tym, jak wysiadł z samochodu TPN-u.

Wystarczyło spojrzeć na minę młodego prokuratora, który odpowiadał za przeprowadzenie oględzin. Młokos czekał na niego na parkingu, sprawiając wrażenie, jakby stanął na minie i usłyszał niepokojący chrzęst pod stopami.

Osica zlustrował go wzrokiem. Gdyby minął chłopaka na Krupówkach, nigdy nie powiedziałby, że ma cokolwiek wspólnego z organami ścigania. Był chuderlawy, nosił kremowy polar, miał łagodne rysy twarzy i jasne, kręcone włosy. Wyglądał niewinnie.

Zbyt niewinnie, biorąc pod uwagę widok, jaki musiał zastać na zboczu Giewontu. Ciała z pewnością były dobrze zakonserwowane przez niskie temperatury, ale nawet bez zmian gnilnych niewątpliwie tworzyły makabryczną mozaikę.

Edmund podniósł wzrok i spojrzał w stronę krzyża górującego nad Polaną Strążyską. Jak dziś pamiętał wisielca, od którego rozpoczął się najgorszy okres w jego życiu. Okres, po którym jeszcze do końca się nie podniósł.

Tymczasem teraz zanosiło się na powtórkę. A być może nawet na gorszą wersję tego, czego dopuściła się Bestia z Giewontu.

Inspektor potrząsnął głową. Niepotrzebnie snuł takie myśli, na tym etapie nic nie było jeszcze przesądzone. Szybko złożył to na karb pogody. Nad odległymi szczytami wisiały ciemne, ołowiane chmury, które sprawiły, że nawet szumiący tuż obok Strążyski Potok robił złowrogie wrażenie.

– Wszystko w porządku? – zapytał prokurator.

Osica potrzebował chwili, by przypomnieć sobie, jak nazywa się młodzik. W końcu wyłowił z pamięci imię i nazwisko. Jacek Rapacz. Zaczął pracę w prokuraturze rejonowej zaraz po tym, jak zniknął Wiktor Forst. Po tym, jak wszystkie pożary wygasły. Od tamtej pory w Zakopanem było spokojnie, wydawało się nawet, że dochodziło do mniejszej liczby wypadków w górach. Ludzie byli jakby ostrożniejsi.

Aż do teraz.

– Panie inspektorze?

– Tak, w porządku – odburknął Edmund, a potem ruszył w stronę Giewontu. – Gdzie leżą te ciała?

Rapacz podążył za nim.

– Na zachodnim stoku.

– Widziałeś je już?

Nawet gdyby prokurator nie pokiwał głową, jego trupioblada twarz mówiłaby sama za siebie.

– Ile ich tam jest?

– Pięć.

– Wszystkie ubrane?

Prokurator zawahał się, jakby było to trudne pytanie.

– Tak.

– W co? – dopytał Osica. – Ciuchy górskie, bieliznę, worki pokutne?

Jacek Rapacz spojrzał na niego z rezerwą. Właściwie nie miał obowiązku odpowiadać na jakiekolwiek pytania. To on był panem i władcą na miejscu zdarzenia, to on kontrolował i nadzorował wszystko, co się działo.

I mógł po prostu zignorować bardziej doświadczonego policjanta. Wielu początkujących oskarżycieli publicznych na jego miejscu z pewnością tak by postąpiło. Wydawało im się, że skoro ustawy przyznają im określone kompetencje, w pakiecie wyposażają ich także w umiejętności śledcze.

Praktyka jednak nauczyła Osicę, że w takiej sytuacji to od takich jak on zależy najwięcej. Dlatego pofatygował się osobiście na miejsce. Dlatego wspinał się teraz czerwonym szlakiem w kierunku Przełęczy w Grzybowcu, sapiąc coraz głośniej. I coraz bardziej obawiając się tego, co zastanie na miejscu.

– Wygląda na to, że wszystkie ofiary były względnie dobrze przygotowane do wędrówki – podjął Rapacz. – Miały buty trekkingowe, kurtki nieprzemakalne i…

– Jakiej firmy?

– A to ma jakieś znaczenie?

– Może mieć.

– Wydaje mi się, że… Quechua?

Wymówił to jako „keczła”, co niegdyś świadczyłoby o jego obyciu i znajomości wymowy obcych słów. Teraz jednak dowodziło jedynie tego, że swego czasu zapewne przeglądał fanpage na Facebooku, na którym radzono, jak wymawiać nazwy zagranicznych firm.

– To chyba marka własna Decathlonu – dodał.

– Mhm.

Osica oddychał z coraz większym trudem.

– Ale dlaczego pan pyta?

– Bo mniej więcej wiem, co producenci montują w kurtkach.

Prokurator uniósł brwi i popatrzył na Edmunda pytająco.

– W większości jest recco – oznajmił komendant. – Niewielka blaszka, która odbija sygnał z nadajnika. Urządzenie pasywne, ale pomaga w poszukiwaniach. Niektóre modele mają elementy aktywne, pozwalające na lokalizację… ale raczej nie te z Decathlonu.

Osica urwał, nie mając zamiaru kontynuować. Jego kondycja pozostawiała wiele do życzenia, a Rapacz narzucił żwawe tempo.

– Dąży pan do tego, że ofiary mogły przeleżeć tam całą zimę. Nieodkryte.

– Tak.

– I nikt nie zgłosiłby zaginięcia?

Edmund charknął, a potem zaniósł się kaszlem. Niepotrzebnie po latach niepalenia coś podpowiedziało mu, żeby na powrót sięgnąć po papierosy. Nie, nie coś. Głupstwo, rzecz zupełnie prozaiczna. Usłyszał w radiu, że Leonard Cohen nie palił przez trzydzieści lat, a potem – tuż przed osiemdziesiątymi urodzinami – oznajmił, że zamierza wrócić do nałogu. I że czekał na ten moment przez całe te trzy dekady.

Właściwie w tym wieku nie mogło to już chyba niczego zmienić. Osica wyszedł z podobnego założenia, a poza tym nie widział już wielu powodów, by ciągnąć egzystencję na tym padole łez. Po stracie córki jedyną bliską osobą, która mu została, był Forst. Stanowiło to dość dojmującą sytuację.

Wszystko zmieniło się z momentem otrzymania awansu. Nie spodziewał się, że obejmie schedę po komendancie rejonowym, a jednak to właśnie jego wytypowano w komendzie wojewódzkiej.

Początkowo chciał odmówić, ale ostatecznie uznał, że zrobi, co może, żeby Zakopane znów zaczęło być kojarzone z góralskim folklorem, rozrywką i turystyką, a nie krwią niewinnych ludzi spływającą po stokach.

Pracę zaczął w poniedziałek. Dwa dni temu.

– Chce pan zrobić przerwę? – odezwał się Rapacz.

– Tak.

Prokurator się zatrzymał.

– Ale w życiu, nie we wspinaczce – wysapał Edmund, wskazując na szczyt. – Idziemy dalej.

Utrzymując dobre tempo, dotarliby na miejsce po niecałych dwóch godzinach. Koniec końców płuca Osicy kazały mu jednak zrobić kilka przerw. Wraz z prokuratorem stanął pod zboczem po niemal trzech godzinach od opuszczenia Polany Strążyskiej. Na miejscu pracował już zespół policjantów i techników. Wszyscy jak jeden mąż przerwali czynności i wyprostowali się, widząc komendanta.

Edmund odnalazł odpowiednio wiele sił, by zbyć to machnięciem ręki. Jednocześnie kątem oka dostrzegł, że Jacek Rapacz trzymał się dwa kroki za nim.

Osica westchnął.

– Jest pan jednym z tych, co haftują, tak? – zapytał mrukliwie.

– Słucham?

– Rzyga pan na widok śmierci?

– Nie, skąd, po prostu…

Komendant odwrócił się i miał wrażenie, że Rapacz pobladł jeszcze bardziej. A zatem rzeczywiście należał do tych, którzy z kostuchą jeszcze się nie oswoili. Właściwie powinien zdać sobie z tego sprawę już wtedy, gdy prokurator oznajmił, że po niego wyjdzie.

Klasyczne zagranie. Ci słabsi robili wszystko, by opuścić miejsce zdarzenia, mimo że formalnie to oni odpowiadali za zabezpieczanie śladów. W skrajnych przypadkach bywało, że prokuratorzy czekali kawałek dalej, a policjanci przynosili im zdjęcia, referując podejmowane czynności.

Bogiem a prawdą, niewielu było takich śledczych. Dziś jednak najwyraźniej właśnie taki się trafił.

– Niechże pan podejdzie, rzuci okiem.

– Miałem już okazję…

Osica obrócił się, złapał młodego za rękaw i przyciągnął. Wskazał na ciało leżące najbliżej.

Kobieta nie mogła mieć więcej niż trzydzieści lat. Widok zwłok nie był odpychający, przynajmniej nie dla Edmunda, który w życiu naoglądał się gorszych rzeczy. Niska temperatura doskonale zakonserwowała ofiarę. Nie doszło do rozdęcia gazami gnilnymi, co często skutkowało wybałuszeniem trupich oczu. Nie pojawiły się smugi dyfuzyjne, z nozdrzy ani z ust nie wypływały ociekliny gnilne, naskórek nie zaczął schodzić z ciała.

Kobieta wyglądała spokojnie, choć Osica przypuszczał, że w spokoju nie odeszła.

– Co jest z tobą nie tak? – zapytał komendant.

– Po prostu…

– Dziękuj Najwyższemu – wpadł mu w słowo Edmund. – Frigor mortis to niemal błogosławieństwo dla śledczego. Naoglądasz się znacznie gorszych rzeczy.

– Wiem.

Nie zabrzmiało to, jakby rzeczywiście miał taką świadomość. Osica przyjrzał mu się, starając się stwierdzić, ile czasu minie, nim młokos zorientuje się, że wybrał złą ścieżkę kariery. To się zdarzało. Rezultaty ludzkiego wynaturzenia szybko weryfikowały, czy ktoś nadaje się do tego zawodu, czy nie.

Edmund przeniósł wzrok na kobietę. Skórę miała białą, jakby spowił ją nieskazitelny całun. W szeroko otwartych oczach Osica dostrzegł kryształki lodu, a w ustach śnieg. Ubranie było nietknięte, podobnie jak plecak, który leżał kawałek dalej, przed kolejnym ciałem.

W powietrzu nie unosił się żaden smród, choć komendant spodziewał się, że to niebawem się zmieni. Śnieg wciąż topniał, ciało nie pozostanie długo w takim stanie. Temperatura wzrośnie, a bakterie natychmiast się uaktywnią, jakby przez ten cały czas od śmierci kobiety tylko czekały, by rozpocząć procesy rozkładu.

Osica przykucnął przy ciele. Coś strzeliło mu w kolanach, poczuł też ból w okolicy kostek. Wyciągnął paczkę viceroyów i zapalił jednego. Stać go było na lepsze papierosy, ale wychodził z założenia, że ostatecznie smak nie ma znaczenia. Trucizna jest trucizną, każda działa tak samo.

Wypuścił dym w bok, jakby w jakiś sposób mógł na świeżym powietrzu doprowadzić do kontaminacji materiału dowodowego. Obejrzał się przez ramię, skinął na Rapacza i wskazał rękę kobiety.

– Wygląda na to, że palce są w całości.

– Słucham?

– Nie doszło do autoamputacji – burknął Osica. – Innymi słowy, kobita się nie połamała podczas zamarzania. Znaczy to najpewniej, że zginęła już wcześniej.

Prokurator ukucnął kawałek za nim.

– Jest pan pewien?

– Nie – odparł bez wahania Edmund. – Pewność będą mieli sekciarze.

– Kto?

– Na litość boską… ci od sekcji zwłok.

– Nie słyszałem, by ktokolwiek tak ich nazywał.

Osica właściwie także nie. Wydawało mu się jednak, że to adekwatne określenie. Ilekroć zachodził do zakładu medycyny sądowej, odnosił wrażenie, że pracujący tam ludzie należą do jakiejś mrocznej sekty.

Sam uważał się za osobę obytą ze śmiercią. Oni jednak zdawali się zaznajomieni z nią lepiej niż z życiem.

– Trzeba szybko przenieść te ciała – zauważył. – Zaraz zacznie się gnicie i będzie po śladach.

Rapacz się rozejrzał.

– No, dzwoń po przewozówkę.

– Tyle że żadna firma pogrzebowa tu nie dojedzie…

– Mam na myśli TOPR – odparł ciężko Osica. – Nie mamy wprawdzie z nimi żadnej umowy, ale pomogą. Sprawdziliśmy to już w praktyce.

Prokurator pokiwał głową, doskonale zdając sobie sprawę, co Edmund ma na myśli.

– Pogoda jest dobra, może podlecą śmigłem – dodał komendant, a potem z trudem się podniósł. Spojrzał na Rapacza. Ten nadal sprawiał wrażenie zagubionego.

Bez wątpienia przyswoił sobie wszystkie procedury, przepisy ustaw i należytą kolejność podejmowania czynności na miejscu zdarzenia. Z jeszcze większą pewnością Osica mógł stwierdzić, że prokurator zapomniał niemal o wszystkim, czego się nauczył na studiach i po nich.

– Jak tylko zabiorą truchła, a technicy powiedzą ci, że ślady zostały zabezpieczone, najważniejsze będzie posprzątanie – bąknął, ruszając powoli ku kolejnej ofierze. – Urządzicie sobie tu ognisko.

– Ognisko?

– Zazwyczaj tak robimy przy oględzinach na otwartym terenie. Palimy wszystko, co zostało użyte do czynności.

Szczególnie lateksowe rękawiczki techników. – Osica zatrzymał się i wymierzył palcem w Rapacza. – To ważne, rozumiesz?

Prokurator niepewnie pokiwał głową.

– Rękawiczki… – mruknął.

– Tak. Jeśli ich nie spalisz, ktoś może je później odnaleźć – ciągnął Edmund, ruszając z powrotem w stronę zwłok. – A jak odnajdzie, może je podłożyć na innym miejscu przestępstwa. Tymczasem to bogactwo śladów. Od daktyloskopijnych przez zapachowe aż po biologiczne. Jasne?

– Tak.

Podeszli do następnej kobiety. Ta była młodsza, miała może dwadzieścia kilka lat. Była ubrana inaczej niż poprzednia, nie wydawała się odpowiednio przygotowana do górskich wędrówek.

Osica zmarszczył czoło i przez moment trwał w bezruchu.

– Coś nie tak? – odezwał się Rapacz.

Edmund milczał.

– Panie komendancie?

Policjant potrząsnął głową, jakby chciał usunąć sprzed oczu powidoki koszmaru, który przed momentem mu się przyśnił. Zbliżył się o krok, przyglądając się dziewczynie coraz uważniej.

– Co to ma być, do cholery? – mruknął.

Potoczył wzrokiem dokoła, po czym przywołał jednego z techników. Wziąwszy od niego parę rękawiczek, naciągnął jedną na dłoń i kucnął przy ofierze. Delikatnie odgiął jej kołnierz i znów na moment znieruchomiał.

– Panie komendancie? – powtórzył Rapacz.

Osica po raz kolejny zignorował pytanie. Wlepiał wzrok we flanelową, czerwono-czarną koszulę w kratę, która jednoznacznie przywodziła na myśl tę noszoną przez Wiktora Forsta.

W pierwszej chwili komendant powiedział sobie, że to niemożliwe. Zwykły przypadek, nic więcej.

Kiedy jednak zobaczył metkę ze Springfielda, opadło go dziwne uczucie. Tym bardziej że koszula nie wyglądała na nówkę. Przeciwnie, zdawała się nawet przetarta w tym samym miejscu, gdzie ta noszona przez Forsta.

Osica przełknął ślinę. Nie, to zupełnie absurdalne, skwitował w duchu. Zresztą takich koszul musiało być na pęczki. Tylko dlaczego ta kobieta ma na sobie męskie ubranie?

Oderwał od niej wzrok i zobaczył leżącą obok czapkę. Starą, zniszczoną czapkę z daszkiem, która z przodu i po bokach miała ślady farby. Edmund sięgnął po nią trzęsącą się ręką.

– O co chodzi? – spytał zaniepokojony prokurator.

– To… to moja czapka.

– Co takiego?

– To znaczy… ja…

Dopiero teraz Rapacz przykucnął obok. Przypatrywał się Osicy, jakby nagle zaczął podejrzewać, że to on odpowiada za wszystko, co tu się wydarzyło. Czapka świadczyła jednak o czymś zupełnie innym.

– Dałem ją Forstowi, kiedy…

Urwał, uświadamiając sobie, że nie może powiedzieć więcej. Pożyczył mu ją, kiedy pomagał mu się ukryć. Forst nigdy jej nie zwrócił. Najwyraźniej zabrał ją ze sobą tam, gdzie się udał.

A teraz była tutaj, pod śniegiem na zboczach Giewontu. Razem z jego czerwono-czarną koszulą.

3

W małopolskiej prokuraturze trwał dzień targowy. Cały czteropiętrowy, podłużny gmach przy Mosiężniczej zdawali się wypełniać handlarze prześcigający się w sprzedawaniu plotek. Dominika Wadryś-Hansen była jednak powściągliwa. Zarówno jeśli chodziło o styl bycia, jak i wymianę tego wątpliwej jakości towaru.

Zamknęła się w swoim gabinecie, otoczona łacińskimi sentencjami wiszącymi na ścianach, i starała się skupić na konkretach. Tych jednak na razie nie było wiele, w dodatku przesłaniała je mgła niedomówień i przypuszczeń.

Kiedy rozległo się pukanie do drzwi, podejrzewała, że opary niewiedzy stężeją jeszcze bardziej. Właściwie tylko jedna osoba mogła jej teraz szukać. Aleksander Gerc, prokurator zazwyczaj przodujący w snuciu wszelkich spekulacji.

Nie pomyliła się. Gerc wszedł do środka, nie czekając na zaproszenie, a potem zajął miejsce przed biurkiem. Założył nogę na nogę i się uśmiechnął.

– Na moje oko to kolejny seryjny – zauważył.

Przez moment miała ochotę powiedzieć, że wypadałoby się przywitać, ale przypuszczała, że zbyłby to niedbałym machnięciem ręki.

– Na szczęście twoje oko często się myli – odparła. – Najpewniej dlatego, że widzisz tylko to, co chcesz.

– Czyli co?

– To, co najgorsze w ludziach.

Skwitował jej uwagę wymownym prychnięciem, a Dominice przeszło przez myśl, że właściwie trafiła w sedno – jedyny wyjątek od tej zasady Gerc przyjmował, gdy patrzył w lustro.

– Ktoś inny powiedziałby po prostu, że mam odpowiednie doświadczenie.

– W takim razie ktoś inny by się pomylił.

– Jak wszyscy, co? – odburknął Gerc. – Bo tylko prokurator Wadryś-Hansen ma rację. Taka jest twoja filozofia życiowa, prawda?

– Nie mam dziś ochoty na przepychanki, Aleks.

– Nigdy nie masz.

Powiedział to z poważnym wyrzutem, jakby rzeczywiście miał jej to za złe.

– A przynajmniej jeśli chodzi o ostatni rok – dodał.

– Dasz spokój?

– Kiedyś, owszem, byłaś drętwa jak kij od szczotki, wyniosła i…

Odchrząknęła głośno. Tyle wystarczyło, by zorientował się, że za moment zabrnie za daleko.

– Mam na myśli, że od dobrego roku jesteś jeszcze gorsza – dodał i wzruszył ramionami. – Kiedyś mówili na ciebie Lady Mary, bo w całej tej swojej arogancji okazywałaś klasę i jakieś… bo ja wiem, dystyngowanie. Teraz jesteś…

– Aspołeczna?

– Nie o tym słowie myślałem.

– Wycofana?

– Raczej towarzysko sflaczała.

Uniosła brwi i przez moment zastanawiała się, jak na to odpowiedzieć. Ostatecznie przyjęła, że najbardziej wymownym komentarzem będzie milczenie. Aleksander miał zresztą trochę racji. Nie przeszkadzało jej, że niegdyś porównywano ją do postaci z brytyjskiego serialu, nawet jeśli kontekst nie był zbyt życzliwy.

Towarzyskie sflaczenie jednak w pewien sposób ją dotykało. Nie dlatego, że przejmowała się opinią innych – raczej ze względu na to, że stanowiło potwierdzenie tego, co ją spotkało. Urealniało ciąg zdarzeń, którego uczestniczką mimowolnie się stała.

Pomyślała, że Bestia z Giewontu nikomu już nie zagraża. Nikomu oprócz niej.

– Chcesz czegoś konkretnego, Aleks?

– Nie.

– W takim razie…

– Ale przynoszę dobre wieści.

Szczerze w to wątpiła. I nie miała zamiaru dopytywać, licząc na to, że Gerc sam zrozumie niewypowiedzianą sugestię, by opuścił jej gabinet. Zawiesiła na nim wzrok, ale jego reakcja sprowadziła się do tego, że rozsiadł się wygodniej.

– Jest kolejny trup w Zakopcu.

– Co takiego?

– Przed momentem się dowiedzieliśmy – dodał z satysfakcją, jakby rzeczywiście była to dobra nowina. – Kobietę znaleziono na jakimś placu budowy, podobno na miejscu jest niezły syf.

Następna ofiara? Związana z pięcioma ciałami, które odnaleziono wcześniej na zboczach Giewontu? Nie, to wydawało się niemożliwe. A mimo to teraz wzmianka Gerca o seryjnym zabójcy zaczynała mieć sens.

– Śladów jest co niemiara – ciągnął. – Od ubrań przez wydzieliny aż po puszki.

Wadryś-Hansen potrząsnęła głową.

– O czym ty mówisz? Jakie wydzieliny?

– Przede wszystkim szczochy, z tego, co słyszałem. Ale cholera wie, co tak naprawdę się tam znajduje. Zobaczysz na miejscu.

Przez chwilę się nie odzywała, nie odrywając wzroku od jego oczu. Nie po raz pierwszy dostrzegała w nich coś niepokojącego. Przy każdej tego typu sprawie cieszył się jak dziecko, wykazywał niemal chorobliwy entuzjazm. Być może jednak nie powinna przywiązywać do tego wielkiej wagi. W gruncie rzeczy był dobrym śledczym, a to, co sobą prezentował, miało drugorzędne znaczenie. Tym bardziej że było zapewne jedynie teatrem.

– Cokolwiek się tam stało, to nie moja sprawa – odparła Dominika.

– Mylisz się.

– Nawet jeśli odbiorą ją rejonówce, dostanie to ktoś z Nowego Sącza.

– Nie.

– Nie?

– Będzie decyzja z prokuratury krajowej o pominięciu zasad właściwości miejscowej.

Dominika przez chwilę milczała. Zbyt wiele myśli nagle pojawiło się w jej głowie.

– Dlaczego? – spytała w końcu.

– Ze względu na dobro prowadzonego śledztwa.

– Tak mówi rozporządzenie, Aleks. Ale ja pytam o to, co mówią ludzie?

Gerc uśmiechnął się pod nosem.

– Mówią, że prokurator krajowy ma do ciebie pełne zaufanie.

– Nigdy go nawet nie spotkałam – zastrzegła, jakby Aleksander w jakiś sposób ją uraził. – Nigdy nie chodziłam z żadnymi politykami na wódkę, nie bywałam na bankietach i nie dostarczałam nikomu kwitów na opozycję. Nie mam żadnych powiązań politycznych.

– Wiem.

Zmarszczyła czoło.

– I on też to wie – dodał Gerc. – I pewnie dlatego chce, żebyśmy to my prowadzili sprawę. A może zaimponowałaś mu sprawą Bestii z Giewontu, cholera go wie.

Rzeczywiście, cholera go wiedziała, uznała w duchu Wadryś-Hansen. Trudno było przejrzeć jego motywacje, ale gdyby miała zgadywać, powiedziałaby, że zwyczajnie nie ma zaufania do nowosądeckiej prokuratury. Sam zresztą pochodził z Krakowa, tutaj się wychował i zapewne miał lepsze rozeznanie w miejscowych śledczych.

A może przyświecał mu inny cel?

Szybko odsunęła tę myśl. Od czasu skandalu z jej mężem była stanowczo zbyt podejrzliwa. Właściwie z zasady przestała ufać wszystkim, nawet własnym dzieciom. Przyjmowała tę refleksję z bólem, ale wiedziała, że jest prawdziwa. W zachowaniu zarówno ich, jak i właściwie wszystkich innych dopatrywała się ukrytych motywacji i niecnych zamiarów.

Ale może to dobrze. Może jako prokurator właśnie tak powinna postrzegać otaczający ją świat. Dzięki temu nie popełni więcej błędów.

Na moment zamknęła oczy. Jeśli Gerc miał rację, przypadnie jej w udziale sprawa, przez którą znów znajdzie się na świeczniku. Zwłoki pięciu kobiet pod Giewontem będą głównym newsem w mediach przez kilka cykli informacyjnych. A szósta kobieta zamordowana w Zakopanem sprawi, że rozpęta się prawdziwa burza.

Wadryś-Hansen początkowo będzie w oku cyklonu. Otoczona iluzorycznym spokojem, obserwująca wszystko na zewnątrz z pozornie bezpiecznego miejsca. W rzeczywistości jednak to ona będzie wystawiona na największe ryzyko.

Otworzyła oczy i przekonała się, że Aleksander bacznie jej się przygląda.

– Myślałem, że się ucieszysz.

– Z czego?

– Masz szansę wrócić w chwale.

– Nigdzie nie odeszłam, żeby wracać, Aleks.

– Ty tak twierdzisz – odparł cicho. – Cała reszta…

– Nie obchodzi mnie cała reszta – ucięła, a potem się wyprostowała. – Co wiemy o ofiarach?

Gerc znów się uśmiechnął, jakby tylko czekał na to, aż przejdą do konkretów. W końcu zmienił pozycję, nachylając się w stronę Dominiki.

– Te na zboczach Giewontu to głównie młode kobiety, podobno najstarsza wygląda na trzydziestkę, najmłodsza na dwudziestkę. Poza tym niewiele ustalono. Causa mortis ignota.

Był to jeden z niewielu łacińskich terminów, który stanowił dla Wadryś-Hansen zmorę. Pojawiał się w opiniach biegłych po przeprowadzeniu sekcji zwłok, kiedy nie udało się ustalić przyczyny śmierci.

Przypuszczała, że w tym wypadku tak nie będzie i to tylko czcze gadanie Aleksa. Ciała z pewnością były w dobrym stanie, a zanim zaczną gnić, zostaną przetransportowane do prosektorium. Technicy zdążą ustalić wszystko, co istotne.

– Kiedy je znaleziono?

– Parę godzin temu.

– Kto złożył zawiadomienie?

– Pracownik TPN-u, który się na nie napatoczył.

– Co tam robił?

Gerc wzruszył ramionami, ale nie sprawiał wrażenia, jakby chciał wykonać gest niewiedzy – Dominice wydawało się to raczej sugestią, że wszystko, co dotychczas ustalono, należy traktować z rezerwą.

– Podobno sprawdzał oznaczenia szlaków po zimie.

– Podobno?

– Taką informację dostałem od jakiegoś chmyza z zakopiańskiej rejonówki – odparł ciężko Gerc i zgarbił się jeszcze bardziej. – Nie wiem na pewno, ale wydaje mi się, że gówniarz prowadzi swoją pierwszą sprawę.

– W takim razie mu współczuję.

Wprawdzie miał niebawem pozbyć się tego ciężaru, ale wszystko, co do tej pory zobaczył, zostanie z nim na długo. Dominika nieraz przekonała się, jak głęboko w pamięć potrafią się wgryźć makabryczne obrazy.

– Reszty dowiemy się na miejscu – dodał po chwili Gerc.

Wadryś-Hansen spojrzała na zegarek. Nawet gdyby teraz wyjechała, dotrze na miejsce jeszcze na długo przed tym, jak rozpocznie się badanie post mortem. Na pierwsze wyniki będzie musiała poczekać jeszcze trochę.

– A ta dziewczyna na placu budowy? – spytała. – Wiadomo coś więcej?

– Oprócz tego, że to prawdziwy burdel, nie. Dopiero co znaleźli trupa.

Dominika puściła to mimo uszu.

– Ale to wszystko tylko wstęp do tej dobrej wiadomości, z którą do ciebie przyszedłem – zastrzegł z zadowoleniem Aleksander.

– Doprawdy?

Pokiwał ochoczo głową.

– Najlepsze jest to, co znaleźli przy jednej z ofiar pod Giewontem.

– To znaczy?

– Koszulę pieprzonego Forsta.

Dominika miała wrażenie, że się przesłyszała. I być może przyjęłaby tę wersję, gdyby nie fakt, że Gerc wyszczerzył się, jakby wygrał los na loterii. Dla nikogo nie było tajemnicą, jak postrzegał Wiktora Forsta. A już szczególnie dla niej. Przez długie miesiące z bliska obserwowała, jak rosła niechęć Aleksa.

Ale czyżby naprawdę odnaleziono przy zwłokach ślad wskazujący na byłego komisarza policji? Wydawało się to niemożliwe.

– Nie wierzysz?

– A powinnam?

– Oczywiście – zapewnił ją Aleksander. – Nie wspominałbym o tym, gdyby to nie była pewna informacja.

Kiedy powiedział jej o czapce, którą Osica miał niegdyś przekazać Wiktorowi, wiedziała już, że nie może być mowy o żadnej pomyłce. Tyle w zupełności wystarczyło, by mieć pewność.

Poczuła nieprzyjemne ciarki na plecach.

Brytyjczycy określali to jako wrażenie, jakby ktoś chodził po twoim grobie. I być może mieli słuszność, uznała w duchu Dominika.

– Sukinsyn wrócił – oznajmił z satysfakcją Gerc. – I w jakiś sposób jest w to zamieszany.

Dopiero teraz zrozumiała, dlaczego od kiedy wszedł do jej gabinetu, używał liczby mnogiej. Pojedziemy, przekonamy się na miejscu, zobaczymy… Najwyraźniej zrobił wszystko, by wraz z nią prowadzić sprawę. I nie ulegało wątpliwości, co nim kierowało.

– Nie wyciągaj zbyt pochopnych wniosków, Aleks.

– Kiedy w grę wchodzi Forst, żadne nie są pochopne.

– Już raz się przejechałeś.

– Ale drugi raz nie zamierzam – odparł poważnym tonem, a potem się podniósł. – Idziemy?

– Za moment.

– Te trupy same się nie obejrzą.

– Idź. Zaraz zejdę.

Dominika poczekała, aż Gerc wyjdzie z pokoju, po czym opuściła głowę i przez moment trwała w zupełnym bezruchu. Potem zrobiła głęboki wdech, starając się uspokoić. Sięgnęła po telefon, przesunęła po nim palcem i wbiła wzrok w wyświetlacz.

Znów zamarła, zastanawiając się.

Po chwili skasowała ostatni SMS od Wiktora Forsta. Moment później usunęła też wszystkie wcześniejsze.

4

To nic odkrywczego, ale pewne rzeczy są uniwersalne. Umysł ludzki działa w określony sposób, dochodzi do takich samych wniosków i każe ludziom zachowywać się podobnie. Przykłady mogłabym mnożyć.

Łuk w tym samym czasie wymyślono w krajach bałtyckich, Chinach, Grecji czy Afryce. Einstein nie był jedynym, który skonstruował teorię względności – równocześnie zrobili to Poincaré, De Pretto i Langevin. Każdy z nich dotarł do tych samych wniosków.

Podobnie było z Darwinem i Wallace’em – obaj, niezależnie od siebie, ukuli tę samą teorię na temat ewolucji. Czasem dochodziło nawet do tego, że na nowe pomysły wpadano w ten sam dzień – jak w przypadku Bella i niejakiego Elishy Graya. Ci dwaj złożyli nawet wniosek patentowy w tym samym momencie i przez pewien czas nie było jasne, kto ostatecznie powinien figurować jako wynalazca telefonu.

Takie zjawisko w historii nasilało się, kiedy potrzeba rzeczywiście stawała się najbardziej troskliwą matką wynalazków. Jak wtedy, gdy wybuchła pandemia choroby Heinego-Medina. W latach pięćdziesiątych trzech naukowców w tym samym czasie opracowało szczepionkę, choć zapewne nawet nie wiedzieli o swoim istnieniu, a co dopiero o prowadzonych badaniach.

Nie dziwiło mnie to. Wszyscy jesteśmy tak samo skonstruowani i dotyczy to także morderców. Może nawet w szczególności właśnie nas. Nasz najczęstszy błąd powtarzany jest przez zbyt wiele osób, by był to przypadek. Sprowadza do tego, że wracamy na miejsce zdarzenia.

W tym względzie nie różnię się od innych. Chciałabym być u stóp Giewontu, obserwować, jak moje dzieło wprowadza innych w konsternację. Chętnie pojawiłabym się też w tłumie, który zebrał się przy Orkana. To tam na placu budowy leżała Edi.

Mimo chęci, potrzeby, zewu – czymkolwiek to jest – postanowiłam, że będę przyglądać się z oddali. Zostałam w domu, włączyłam telewizję i obserwowałam, co dzieje się w Zakopanem.

Wezwali dwójkę doświadczonych prokuratorów z Krakowa. Spodziewałam się, że prędzej czy później do tego dojdzie. Nie sądziłam jednak, że padnie na Wadryś-Hansen.

Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że jest na cenzurowanym. Po tym, jak wyszła na jaw sprawa Gjorda Hansena, cała jej kariera stanęła pod znakiem zapytania. Zresztą wystarczyło na nią spojrzeć, by przekonać się, że coś jest z nią nie tak.

Mężczyzna był jeszcze gorszy. Aleksander Gerc sprawiał wrażenie, jakby nie ścigał psychopatów, ale sam był jednym z nich. Dotychczas zasłynął przede wszystkim tym, że uparcie tropił pewnego byłego komisarza. Komisarza, który ostatecznie uniknął odpowiedzialności, mimo że powinien ją ponieść.

Dlaczego przydzielono do sprawy akurat tych dwoje? Nie miałam pojęcia.

Dopiero po czasie dowiedziałam się, że ma to związek z koszulą, którą miała na sobie jedna z dziewczyn.

Wydawało mi się, że jestem gotowa na wszystko. Wielu rzeczy się spodziewałam, ale nie tego.

Zadziwiające, jak losy ludzkie potrafią się plątać.

5

Osica nie czuł się dobrze w swoim nowym gabinecie. Miał wrażenie, jakby był intruzem, w jakiś sposób odpowiedzialnym za to, że za biurkiem komendanta rejonowego nie siedzi już ten sam człowiek, co jeszcze kilka dni temu.

Prawda była jednak taka, że Edmund nie miał z tym nic wspólnego. Jego poprzednik odszedł na emeryturę, dosłużywszy się słusznego stażu i stopnia. Tudzież emerytury. Corocznie państwo przeznaczało na ich wypłaty piętnaście miliardów złotych. Krowa była dojna, wystarczyło wysłużyć odpowiednio wiele lat.

Osica przypuszczał, że sam nie zabawi za tym biurkiem długo. Poczeka jeszcze rok, może dwa, a potem zajmie się czymś innym. Nic nie stało na przeszkodzie, by policyjny emeryt podejmował inną pracę. A w jego przypadku była to konieczność. Inaczej z pewnością by sfiksował.

Choć właściwie mogło się to zdarzyć znacznie wcześniej.

Inspektor potarł nerwowo czoło, słysząc pukanie do drzwi. Zdawał sobie sprawę, że czeka go nie tylko niełatwa rozmowa, ale także długie, żmudne śledztwo, które będzie musiał osobiście nadzorować. Minister spraw wewnętrznych dał mu to dziś wyraźnie do zrozumienia.

– Wejść – rzucił.

Dominika Wadryś-Hansen powoli otworzyła drzwi, a potem posłała mu ciepły, jakkolwiek zdawkowy uśmiech. Właściwie nie spodziewał się innej reakcji. Podobnie jak nie sądził, że przyprowadzi ze sobą Gerca.

Uścisnęli sobie ręce, a potem dwoje prokuratorów usiadło przed biurkiem.

– Znów tandem? – zapytał Osica, patrząc to na jedno, to na drugie. – Nie lepiej podzielić się obowiązkami? Jedno bierze dziewczyny spod Giewontu, drugie tę z placu budowy? – To jedna sprawa – zauważył Gerc.

– Tak? Skąd ta pewność?

– Z oparów śmierci, które unoszą się nad tym pieprzonym miastem gęściej niż smog.

Edmund niemal zakrztusił się własną śliną. Spojrzał z niedowierzaniem na prokuratora, a potem przeniósł wzrok na Dominikę. Wyglądała, jakby nie słyszała komentarza swojego towarzysza. Ani nie wychwyciła w jego głosie niezdrowego podniecenia.

– Nie ustalono żadnego związku – zaoponował Osica. – Ofiary na szlaku nie mają zresztą żadnych śladów świadczących o zabójstwie.

– Ta znaleziona przy Orkana ma? – spytała Wadryś-Hansen.

– Tak. Uderzenie tępym narzędziem w tył głowy.

– Jakieś konkrety? – mruknął Aleksander. – Szczegóły?

– Szczegółów jest aż nadto.

– To znaczy?

– Na miejscu przestępstwa znaleźliśmy kilkanaście przedmiotów, które mogły zostać użyte do zadania śmiertelnego ciosu – odparł ciężko Edmund. – Oprócz tego to jeden wielki śmietnik.

Dominika powiodła wzrokiem wokół, jakby szukała swoich sentencji łacińskich na ścianach. Właściwie jakby szukała czegokolwiek. Pokój był niemal pusty, Osica nie zdążył go jeszcze zagospodarować.

– Przepytaliście robotników? – zapytała. – Może to oni zostawili śmieci?

Edmund pokręcił głową.

– Nawet się co do tego nie łudzimy – oznajmił. – Ktoś podłożył cały ten syf.

– Mimo wszystko…

– Tak, tak – uciął Osica i machnął ręką. – Przepytaliśmy, kogo trzeba. Twierdzą, że nie znosili tych rzeczy na budowę, a ja jestem gotów im uwierzyć.

– Bo? – bąknął Gerc.

– Bo znaleźliśmy od cholery zgniłych jabłek, bananów i innych owoców, które nie dość, że stworzyły swoją własną florę bakteryjną, to jeszcze zatarły wszystkie ślady osmologiczne.

– I?

– Robotników nie podejrzewam o grupowe przynoszenie owoców do pracy – odbąknął inspektor. – Chyba że wyciąg z szyszek chmielu możemy pod to podciągnąć.

Dominika przyjęła poprawny uśmiech wyłącznie z sympatii. Osicy przemknęło przez głowę, że jest to jedyna osoba w prokuraturze, która odnosi się do niego z życzliwością.

Poznali się całkiem nieźle podczas sprawy Forsta i Bestii. Początkowo się ze sobą ścierali, ale ostatecznie oboje znaleźli się po dobrej stronie. Mimo że przez ostatni rok właściwie się nie kontaktowali, Edmund odniósł wrażenie, że nadal istnieje między nimi nić wzajemnej serdeczności.

Był zadowolony, że to właśnie ją przydzielono do sprawy. Nie mógł powiedzieć tego samego o Gercu.

– Więc co? – rzucił Aleksander. – Ktoś celowo doprowadził do kontaminacji miejsca zdarzenia?

Osica westchnął, a potem sięgnął do samotnej teczki leżącej na biurku. Otworzywszy ją, rozdzielił kopie fotografii między prokuratorów.

– Spójrzcie sami – powiedział, stukając palcem w jedno ze zdjęć przed Dominiką. – Makro jest całkiem niezłe.

Podnieśli na niego wzrok.

– Tak przynajmniej powiedział fotograf – dodał Osica, wzruszając ramionami. – Mnie interesuje tylko to, że na tych zbliżeniach widać, ile tam jest petów, włosów, zużytych chusteczek, papierowych ręczników, a nawet… – Urwał i pokręcił głową. – Zobaczcie sami.

Przez moment przeglądali zdjęcia w milczeniu. Edmund nie miał wątpliwości, że ostatecznie dotrą do takiego samego wniosku jak on. Ta scena została zainscenizowana.

Gerc prychnął, a potem zamknął teczkę.

– Co to ma być? – zapytał. – Wygląda, jakby ktoś splunął nam prosto między oczy.

– Ten jeden raz się z panem zgodzę – odparł Osica.

– I to nie żadną zwyczajną plwociną – ciągnął prokurator. – Ale odcharkniętą z samego dna płuc.

Wyobraźnia Edmunda mimowolnie zadziałała. Wzdrygnął się.

– Mniejsza z porównaniami – powiedział. – Nie ulega wątpliwości, że ktoś zna się na rzeczy. Cały ten bajzel nie znalazł się tam przypadkowo.

Wadryś-Hansen mruknęła w zamyśleniu. Wyglądało na to, że ma zamiar coś powiedzieć, ale gdy dwaj mężczyźni skupili na niej wzrok, tylko pokręciła głową.

Edmund odczekał chwilę. Kiedy prokurator dotarła do ostatniego zdjęcia, a potem zamknęła teczkę, nabrał głęboko tchu.

– Mimo tego całego bogactwa nie znaleźliśmy tam niczego, co łączyłoby to zabójstwo z ciałami spod Giewontu – dodał, po czym przeniósł wzrok na Gerca. – A więc pańska teza o…

– Trzeba być wyjątkowym idiotą, żeby nie łączyć jednego z drugim.

– Idiotą lub śledczym postępującym zgodnie ze sztuką.

– To synonimy – odparował Aleksander. – Dobry śledczy wychodzi poza schemat.

– A jeszcze lepszy się go trzyma.

Dominika znacząco odchrząknęła, ale Gerc nie miał zamiaru odpuszczać.

– To nie przypadek, że w jednym momencie odkryliście truchła na zboczu i na placu budowy.

– Te, jak pan mówi, truchła leżały nieopodal szlaku przez całą zimę. Ofiara w Zakopanem została zabita dziś nad ranem.

– Tak czy inaczej to nieprzypadkowe.

Osica popatrzył błagalnie na Dominikę, ale nie znalazł w jej oczach gotowości do wsparcia go. Niedobrze. Jeśli prokuratura na tym etapie gotowa była przyjąć, że to jedna sprawa, zapewne biuro prasowe już przygotowywało treść oświadczenia na konferencję prasową. Jeszcze dziś w świat pójdzie informacja, że w Zakopanem grasuje seryjny zabójca.

Rok spokoju. Tylko na tyle było stać to miasto.

– To zbyt pochopne – odezwał się. – I właściwie także zastanawiające.

– Zastanawiająca jest pańska rezerwa – odparł Gerc. – Naprawdę chce pan się łudzić, że jedno nie ma związku z drugim?

– Dopóki nie zobaczę dowodu potwierdzającego, że…

Osica urwał, nagle zdając sobie sprawę, dlaczego prokuratura przyjęła taką wersję. To nie był kaprys ani pochopna decyzja. Od rana w Krakowie musiano rozważać, co w istocie się wydarzyło.

Nie, nie w Krakowie. W Warszawie.

I kiedy tylko do ministra dotarły pierwsze informacje z Zakopanego, klamka zapadła.

– Chodzi o Forsta, tak? – zapytał Edmund. – Wasza robocza hipoteza jest taka, że to on za to odpowiada?

Prokuratorzy nie odpowiedzieli, a Osica zaśmiał się pod nosem.

– Niewiarygodne – skwitował. – Po tym wszystkim, co ten człowiek zrobił, nadal bierzecie go za głównego podejrzanego, kiedy tylko…

– Jego koszula i czapka były przy zwłokach – przerwał mu Aleks.

– Tak, wiem. Byłem tam, do cholery.

– Więc rozumie pan, że to podejrzane.

– Równie podejrzane jak to, że Księżyc kręci się wokół Ziemi. Bo przecież ktoś może nim sterować, prawda? – odpowiedział Osica. – To zbliżony rodzaj absurdu.

Oskarżyciele po raz kolejny zamilkli. Komendant pomyślał, że po Gercu właściwie powinien spodziewać się takich pomysłów. Mając na uwadze jego zatargi z Wiktorem, być może należało nawet oczekiwać gorszych.

Ale Wadryś-Hansen? Ona powinna być głosem rozsądku.

Na moment zawiesił na niej wzrok, jakby w ten sposób mógł sprawić, że prokurator stanie po jego stronie. Nie doczekawszy się żadnej reakcji, Edmund przeniósł spojrzenie na Gerca.

– Co chorego pan sobie wykoncypował? – zapytał. – Że Forst stał się osobą, którą kiedyś ścigał? Że przetrzymywał te kobiety w swojej piwnicy, zabił je, a potem przeniósł ciała w góry i ułożył jedno obok drugiego pod Giewontem?

Aleksander spojrzał na niego z wyraźnym politowaniem.

– Mówiłem już, że po Forście można spodziewać się wszystkiego. Jego psychika…

– Gówno pan wiesz o jego psychice.

– Na szczęście. Jak każdemu normalnemu człowiekowi trudno mi wniknąć w głowę psychopaty. Pan jednak najwyraźniej nie ma z tym problemów.

Osica wstał i oparł się o biurko. Zanim jednak zdążył powiedzieć o kilka słów za dużo, poderwała się także Dominika. Uniosła otwarte dłonie i właściwie tyle wystarczyło, by Edmund się zmitygował.

Niemądrze było robić sobie wrogów w prokuraturze okręgowej. Szczególnie jeśli już wcześniej miało się na pieńku z niektórymi oskarżycielami.

– Spokojnie, panowie – odezwała się Wadryś-Hansen. – Minister chce, żebyśmy działali razem, więc…

– Razem?

– Zostanie powołana grupa śledcza.

– Świetnie – odburknął Edmund. – Będziemy spędzać długie godziny na dyskusjach, zamiast działać.

Gerc podniósł się i posłał komendantowi zdawkowy uśmiech.

– Nikt nie ma zamiaru dyskutować – powiedział. – I pan również nie powinien.

– To będzie trudne, bo mam nawyk dyskutowania, ilekroć słyszę brednie.

– Panie inspektorze… – zaapelowała Dominika.

Błagalny ton głosu współgrał z niewypowiedzianą prośbą o wyrozumiałość, którą dostrzegł w jej oczach. Przez moment cała trójka stała w milczeniu, jakby nie było do końca przesądzone, co zaraz się wydarzy.

Osica podjął już jednak decyzję. Wyszedł z założenia, że najlepiej będzie przynajmniej przez jakiś czas tańczyć tak, jak mu grali. Nawet jeśli melodia przywodziła na myśl bolesną kakofonię dźwięków.

– Bierzmy się do roboty – rzucił w końcu. – Im szybciej zaczniemy, tym prędzej odrzucimy tę kretyńską tezę na temat Forsta.

Prokuratorzy najwyraźniej również nie mieli zamiaru tracić czasu. Chwilę później we troje siedzieli już w służbowym volkswagenie Gerca. Czarna limuzyna robiła imponujące wrażenie, przynajmniej biorąc pod uwagę to, jak prezentowało się stare mondeo Osicy.

Edmund doskonale wiedział, od czego zaczną.

– Ma pan klucze? – odezwał się Aleksander.

– Do szczęścia? Nie. Ale podobno Duńczycy je mają. Nazywają je hygge.

Wymówił to jako „huuge”, nie do końca pewien, czy dobrze. Poniewczasie uświadomił sobie, że biorąc pod uwagę przeszłość Wadryś-Hansen, uwaga była nie na miejscu. Kiedy jednak spojrzał na prokurator, przekonał się, że ta zupełnie ją zignorowała.

– Do mieszkania Forsta – rzucił Gerc.

– Mhm.

– To pomruk potwierdzający czy zwykły wyraz pana zgryzoty?

Edmund uznał, że w tym wypadku milczenie będzie wystarczającą odpowiedzią. Poprowadził Aleksandra do swojego domu, a potem na moment zostawił prokuratorów samych. Wszedł do środka i odsunął jedną z szuflad w przedpokoju. Zważył w dłoni klucze do mieszkania Forsta.

Były podkomendny zostawił mu je, zanim wsiadł do pociągu Intercity do Szczecina. Zaznaczył, że Edmund właściwie nie ma po co zaglądać do mieszkania przy Piaseckiego. Forst nie miał żadnych zwierząt, próżno było szukać u niego choćby pojedynczej rośliny, którą trzeba by podlać.

Osica nie wchodził tam od roku. I mimo że jeszcze przed momentem był przekonany, że wizyta w mieszkaniu to najlepsze, co może zrobić, by jak najszybciej oczyścić Wiktora, teraz opadły go wątpliwości.

Odsunął je na bok, uznawszy, że są irracjonalne. Forsta nie było w Zakopanem od dwunastu miesięcy. Mieszkanie stało puste.

Powtarzał to sobie aż do momentu, gdy otworzył drzwi.

Potem nie było już sensu dalej się okłamywać.

Wszystkie meble z dużego pokoju ktoś przemieścił na korytarz, a samo puste pomieszczenie okleił zapisanymi żółtymi karteczkami. Takimi samymi, jakie Forst zostawiał na swoim biurku w komendzie, gdy prowadził śledztwo.

6

Wiktor Forst nie odrywał wzroku od rozkładu lotów. W pewnym sensie stanowił odzwierciedlenie jego życia – destynacji było mnóstwo, ale wybór jedynie pozorny. Tak naprawdę były komisarz mógł wsiąść na pokład tylko jednego samolotu.

Boeing 737-800 linii Ryanair miał wylądować na lotnisku w Alicante po trzech godzinach i czterdziestu pięciu minutach lotu. Wiktor miał znajdować się na pokładzie.

Gdyby cokolwiek od niego zależało, być może obróciłby się na pięcie i opuścił lotnisko. A może kupiłby inny bilet i udał się w zupełnie inne miejsce. Gdzieś, gdzie mógłby się zgubić, uciec przed samym sobą.

Los jednak pozbawił go wyboru.

Nie, nie los. Zrobił to on sam, podejmując się tego, nad czym pracował od dawna. Wrócił do Zakopanego, przez długie miesiące nie ustawał w wysiłkach, aż w końcu udało mu się ustalić wszystko, czego potrzebował.

Pracował w mieszkaniu przy Piaseckiego, szczelnie pokrywając ściany samoprzylepnymi żółtymi karteczkami. Miał ich w nadmiarze, kiedyś właściwie bez nich nie zaczynał śledztwa.

Tyle że kiedyś miał do dyspozycji administracyjne zaplecze i legitymację służbową, nie wspominając już o policyjnym glocku, którego nosił w kaburze. Teraz był zdany wyłącznie na siebie i na to, co mógł pozyskać nielegalnie.

Forst zdał bagaż, przeszedł przez kontrolę bezpieczeństwa, a potem wypił kawę w jednej z lotniskowych kawiarni. Obserwował powoli formującą się kolejkę przed bramkami. Sam miał bilet z pierwszeństwem wejścia na pokład. Nie uśmiechało mu się czekać w grupie ludzi, którzy z nudów zapewne prędzej czy później wciągnęliby samotnego podróżującego w niezobowiązującą rozmowę.

Wsiadł do samolotu z duszą na ramieniu. Miał wrażenie, że w ostatniej chwili pojawi się ktoś, kto go zatrzyma. Po chwili jednak boeing oderwał się od płyty lotniska, a Wiktor odetchnął.

Zdawał sobie sprawę, że nie czeka go nic dobrego, mimo to poczuł pewną ulgę, kiedy maszyna wzbiła się w powietrze. Być może dlatego, że z każdą upływającą sekundą oddalał się o kolejne dwieście metrów od miejsca, w którym tak naprawdę nie chciał być.

Może właśnie z tego powodu opuszczał Polskę. Może wcale nie chodziło o odnalezienie człowieka, którego starał się namierzyć przez ostatnie miesiące. Może wszystko wynikało z tego, że próbował znaleźć sobie miejsce na Pomorzu, ale wszelkie próby okazały się daremne.

Nie miało znaczenia, gdzie się znajdował. Nieustannie myślał o tym wszystkim, z czego odarła go Bestia z Giewontu. I o tym, że stał się jedynie strzępem człowieka, którym niegdyś był.

Gdy boeing podchodził do lądowania w Alicante, Forst był już przekonany, że zmiana miejsca nie ma żadnego znaczenia. Czuł się jeszcze gorzej – i nie wynikało to z tego, że źle znosił świadomość braku kontroli podczas podróży samolotem.

Opuścił halę przylotów, ciągnąc za sobą niewielką torbę podróżną. Mieściła się w niej właściwie cała jego garderoba. W Zakopanem zostawił rzeczy, których tak naprawdę nie potrzebował i z którymi mógł się pożegnać bez zastanowienia.

Temperatura była wysoka, koszula szybko zaczęła kleić mu się do pleców. W powietrzu unosił się charakterystyczny zapach soli, cała okolica słynęła bowiem z jej przepastnych złóż, masowo wydobywanych ze słonych jezior.

Forst rozejrzał się, a potem skierował w stronę przystanku autobusowego. Na odjazd nie musiał czekać długo, bus kursował osiem razy dziennie. Wiktor miał akurat tyle czasu, by spokojnie wypalić czerwonego westa.

Pojechał w kierunku Torrevieja i po niecałej godzinie był na miejscu, bogatszy o widok bezkresnych słonych jezior i uboższy o siedem euro. Wysiadł na dworcu przy calle Antonio Machado, wyszedł na ulicę i się rozejrzał. Od razu skierował się do sklepu z dużym, sugestywnym napisem „tobaccos”.

Forst zerknął na zegarek. Człowiek, z którym był umówiony, miał na niego czekać za godzinę w jednej z restauracji przy plaży. Wiktor otarł pot z czoła, a potem podniósł głowę i poszukał wzrokiem chmur na lazurowym niebie. Bezskutecznie.

Nie czuł się tutaj dobrze, ale właściwie nie spodziewał się niczego innego. Nie należał do osób, na które promienie słoneczne działały pozytywnie.

Poszedł w kierunku morza, a chwilę później odnalazł restaurację, w której miał się spotkać ze swoim kontaktem. Zajął miejsce w innej, znajdującej się obok. Miał zamiar najpierw dokładnie przyjrzeć się rozmówcy, a dopiero potem do niego podejść.

Tyle że sam zapewne zostanie wcześniej wypatrzony. Jako jeden z nielicznych miał skórę bladą jak trup. Wszyscy inni klienci mogli pochwalić się albo brązową opalenizną, albo czerwoną spalenizną.

Westchnął i zamówił kawę. Dostał espresso, co bynajmniej go nie urządzało. Zanotował sobie w pamięci, by następnym razem poprosić o americano. Z jakiegoś powodu tak nazywano w podobnych miejscach dużą czarną kawę, podczas gdy w Stanach określano ją jako italiano.

Przepychanka kultur, skwitował w duchu, po czym jednym łykiem opróżnił filiżaneczkę, nie fatygując się, by wcześniej przepłukać usta podaną mu wodą.

Wciągnął powietrze nosem, wciąż nie mogąc przywyknąć do zapachu soli. Miał wrażenie, że od niej oraz żaru lejącego się z nieba spuchło mu całe ciało, a przede wszystkim dłonie.

Po chwili zmienił miejsce, uznając, że pod ścianą będzie mniej widoczny. Tym razem zamówił kawę słusznych rozmiarów. Zdążył zjeść niewielką tradycyjną paellę, zanim pojawił się mężczyzna, na którego czekał.

Nie znali się, nie wiedzieli, jak wyglądają, nigdy nawet ze sobą nie rozmawiali. Jedyne wiadomości przekazywali sobie za pośrednictwem Telegramu, rosyjskiej aplikacji, która umożliwiała nie tylko wymianę zdjęć, filmów i tekstu, ale także szyfrowanych treści.

Platforma była dostępna na każdym smartfonie i komputerze. Miesięcznie korzystało z niej przeszło sto milionów użytkowników, wymieniając między sobą ponad piętnaście miliardów wiadomości.

W przeciwieństwie do Facebooka, Twittera czy Instagrama kontrola rosyjskiej aplikacji była znikoma. Nie bez powodu korzystali z niej wszyscy ci, którzy mieli coś do ukrycia.

O ile amerykańskie twory można było z czystym sumieniem nazywać portalami społecznościowymi, o tyle do opisu tego należałoby raczej użyć określenia „antyspołecznościowy”.

Forst i jego kontakt ustalili miejsce spotkania, używając secret chatu, szyfrowanego połączenia, które gwarantowało, że wiadomości znajdują się jedynie w skrzynkach odbiorczej i nadawczej stron, które je nawiązywały. Telegram oferował nie tylko możliwość skasowania wszelkich śladów, ale nawet opcję samozniszczenia treści po zakończeniu secret chatu.

Wiktor spojrzał w stronę pustego zarezerwowanego stolika na uboczu. To tam miał czekać na rozmówcę.

Do umówionej pory został jeszcze kwadrans, ale mężczyzna zjawił się przed czasem. Był mocno opalony, ale wschodnioeuropejskie rysy twarzy nie pozostawiały wątpliwości, że nie urodził się w Hiszpanii.

Forst przyglądał mu się przez chwilę. Rozmówca zamówił espresso, wysączył je trzema łykami, a potem rozłożył gazetę. Po chwili poprosił o niewielki talerz owoców morza i zaczął przegryzać je jakby nigdy nic.

Wiktor odczekał jeszcze trochę, obserwując okolicę. Nie wyglądało na to, żeby ktokolwiek się na niego czaił. Nie wypatrzył też nikogo, kto mógłby pilnować mężczyzny przegryzającego krewetki.

W końcu Forst uregulował rachunek i przeszedł do restauracji obok. Zbliżył się do stolika i spojrzał z góry na młodego mężczyznę. Ten uśmiechnął się szeroko, jakby wreszcie doczekał się dobrego znajomego.

Podniósł się, wymienił serdeczny uścisk z Wiktorem i poklepał go po plecach. Obaj usiedli naprzeciwko siebie.

– Rób dobre wrażenie – rzucił po angielsku rozmówca.

Forst znał go jako Artioma, ale nie przypuszczał, by było to jego prawdziwe imię.

– Robię – odparł były komisarz.

– Niespecjalnie. Wyglądasz, jakbyś widział mnie pierwszy raz w życiu.

– Bo tak jest.

– Ale nikt nie powinien o tym wiedzieć.

Kiedy podszedł od nich kelner, Wiktor poczekał, aż rozmówca złoży zamówienie. Artiom z uśmiechem polecił mu jakieś danie, Forst nie oponował. Przynajmniej na moment przyjął maskę, której oczekiwał Rosjanin.

Pracownik restauracji przyjął zamówienie, skinął głową i się oddalił.