Demoniczne dwudziestolecie. Czarownice, znachorzy i zaświaty na usługach zbrodni - Paulina Drożdż - ebook

Demoniczne dwudziestolecie. Czarownice, znachorzy i zaświaty na usługach zbrodni ebook

Paulina Drożdż

0,0
59,90 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Szarlatani, romanse i zemsta: mroczne kulisy życia w międzywojennej wsi

Diabeł w piersi chorej kobiety? Nocny rytuał znachora skończył się makabrycznym odkryciem

Dwudziestolecie międzywojenne to szczególny czas w historii Polski. Ograniczony końcem pierwszej i początkiem drugiej wojny światowej, dla naszego kraju oznaczał odzyskanie niepodległości, scalenie ziem trzech dawnych zaborów, intensywny rozwój, wreszcie - podjęcie zbiorowego wysiłku w celu nadrobienia zaniedbań ponad stu dwudziestu lat niewoli. W popkulturze II Rzeczpospolitą często się romantyzuje, ukazując wyłącznie pozytywne aspekty tego okresu i zapominając między innymi o ogromnym ubóstwie, w jakim żyła znaczna część polskiego społeczeństwa.

Bieda, analfabetyzm dosłowny i funkcjonalny, nieufność wobec nowoczesności, brak dostępu do opieki medycznej z prawdziwego zdarzenia skutkowały tym, że w sytuacjach niezrozumiałych, niepokojących, w chorobach i nieszczęściach masowo odwoływano się do zabobonów. Dotyczyło to również zdarzeń o charakterze kryminalnym - przestępcy, ich ofiary, a także świadkowie zbrodni w śledztwach nader chętnie powoływali się na interwencję sił nadprzyrodzonych. Czarownice, diabły i rozmaite złe duchy gęsto zaludniają łamy ówczesnej prasy relacjonującej procesy sądowe.

W co wierzyli ludzie zamieszkujący Polskę sto lat temu?

W jakie sprawki najchętniej mieszały się siły nieczyste w II Rzeczpospolitej?

Jak na powoływanie się na złego reagowali przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości?

O tym wszystkim przeczytacie w rewelacyjnym historycznym reportażu Pauliny Drożdż.

Paulina Dróżdż zabiera nas w fascynującą w podroż w czasie. Zagłębiamy się sto lat w przeszłość by przyjrzeć się konfrontacji ówczesnego wymiaru sprawiedliwości z powszechnymi jeszcze zabobonami. Były to czasy, gdy biegli psychiatrzy rozpoznawali u badanych debilizm, idiotyzm czy matołectwo. W międzywojennej Polsce wiara w czarną magię była wciąż silnie zakorzeniona. Na kartach książki poznajemy kryminalne historie, często brutalne zbrodnie, za którymi stoją przekonania o interwencji sił nadprzyrodzonych. Dotyczy to zarówno ofiar, jak i sprawców.

Jan Gołębiewski, najlepszy polski profiler kryminalny

Paulina Drożdż odkrywa przed czytelnikiem mroczne karty zapomnianych polskich zbrodni. Wciąga nas w mistyczny i niebezpieczny świat znachorów oraz czarownic. Po przeczytaniu tej książki zupełnie inaczej spojrzymy na czasy, w których wychowywali się nasi dziadkowie. Wówczas prawdziwa "Baba Jaga" mieszkała w niemal każdej wiosce, granica między życiem, a śmiercią bywała wyjątkowo cienka. Poznajcie szczegóły spraw, o których w wielu miejscach do dziś mieszkańcy boją się opowiadać.

Kamil Barnowski, autor podcastu kryminalnego Opowiem Ci historię

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 288

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Paulina Drożdż

Demoniczne dwudziestolecie.

Czarownice, znachorzy i zaświaty na usługach zbrodni

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Autor oraz wydawca dołożyli wszelkich starań, by zawarte w tej książce informacje były kompletne i rzetelne. Nie biorą jednak żadnej odpowiedzialności ani za ich wykorzystanie, ani za związane z tym ewentualne naruszenie praw patentowych lub autorskich.

Autor oraz wydawca nie ponoszą również żadnej odpowiedzialności za ewentualne szkody wynikłe z wykorzystania informacji zawartych w książce.

Redaktor prowadzący: Justyna Wydra

Helion S.A.

ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice

tel. 32 230 98 63

WWW: wydawnictwosploty.pl

ISBN: 978-83-289-3852-6

Copyright © Paulina Drożdż 2026

Kup w wersji papierowejPoleć książkę na Facebook.comOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » Nasza społeczność

Wstęp

Do historii garnęłam się od dziecka. Już na początku nauki w szkole podstawowej wiedziałam, że właśnie ten przedmiot będę zdawać na maturze. Pierwsza połowa XX wieku – z koszmarnym okrucieństwem wojen oraz po macoszemu traktowanym okresem między nimi – zupełnie mnie jednak nie pasjonowała. Wolałam epoki „ładniejsze” i bardziej tajemnicze. Wymyśliłam, że będę robić to, co mąż mojej ulubionej autorki kryminałów, Agathy Christie: wyciągać na powierzchnię wszelkie pozostałości po wygasłym ludzkim istnieniu. Bo właśnie sposób, w jaki żył kiedyś człowiek, interesował mnie najbardziej. Jego codzienne rozterki, wygląd domu czy smak potraw na świątecznym stole kusiły bardziej niż epickie bitwy.

Ukończyłam studia archeologiczne, ale ze świadomością, że to nie jest moja ścieżka. Kiedy po latach błądzenia wśród różnych profesji przez zupełny przypadek zaczęłam pisać za pieniądze, nie przypuszczałam, że uda mi się zrealizować kolejne naiwne marzenie: wydanie książki. Doświadczenia zdobyte w pracy scenarzystki podcastów true crime, a także wsparcie dobrych dusz, które miałam szczęście spotkać na rozstajach, pozwoliły jednak nadać mrzonkom kształt. Snucie opowieści niezwykłych, choć prawdziwych, i na swoich własnych warunkach stało się konkretnym celem. W ogólnodostępnych archiwach znajdowało się przecież mnóstwo prasy z okresu II Rzeczpospolitej z ukrytymi skarbami, o jakich nie śniło się nawet wiejskim filozofom. Trzeba je było tylko namierzyć, odkopać, wyczyścić i poskładać w całość, niczym popękaną skorupę cennej starożytnej wazy. Trudna rzeczywistość początku XX wieku wreszcie okazała się fascynująca.

Wbrew romantycznym przekonaniom wyniesionym z polskiej szkoły dotarło do mnie, że pomimo odzyskania przez kraj niepodległości jeszcze przez długie lata z wielu miejsc dochodził skrzek rozpaczy. Wywoływała go między innymi fatalna opieka medyczna na obszarach wsi – w 1937 roku z dwunastu tysięcy czterystu lekarzy tylko około dziesięć procent praktykowało poza miastem[1]. Zaściankowa diagnostyka polegała więc na zwracaniu się ku zabobonom. To w połączeniu z biedą i analfabetyzmem doprowadzało do zjawisk, które nigdy nie powinny mieć miejsca.

Czarownica z kulą, „Tajny Detektyw” 1932, nr 32(88), s. 3, Biblioteka Publiczna m.st. Warszawy — Biblioteka Główna Województwa Mazowieckiego

Każdą z części książki napisałam na podstawie archiwalnych artykułów prasowych lub innych starych publikacji. Niestety, międzywojenni dziennikarze chętnie podkręcali fakty i bez zahamowań powtarzali za sobą sensacyjne plotki. Próby ustalenia prawidłowych personaliów głównych bohaterów, a nawet nazw małych miejscowości, również okazały się problematyczne. Przed nazwiskami czasem brakuje imion, bo w ciasnych rubrykach poskąpiono liter. Niemniej jednak to właśnie dawnym redaktorom zawdzięczamy pełne grozy reportaże oraz celne refleksje na temat stanu ówczesnego społeczeństwa. Aby oddać należny im hołd, przywróciłam ich głos – cytaty z zakurzonych tekstów przeplatają się z moją narracją. Oferuję Ci, Czytelniku, jedenaście rozdziałów nie tylko o magii, lecz także (a nawet przede wszystkim) o ludzkiej głupocie, chciwości, żądzy zemsty i innych przywarach. Zanurz się w świecie strasznym i pięknym. Pięknym – bo minionym.

Rozdział 1.Czarowne ziele

Folwarki Nowosielskie, 1925

Zdjęcie na poprzedniej stronie: Kobieta na polnej drodze, Zaorane pole izadrzewienia śródpolne przy ul. Dębowe Góry. Widoczna kobieta wchuście idąca drogą iwtle po lewej stronie drogi Dąb Króla Kazimierza, 1935, Narodowe Archiwum Cyfrowe, 3/152/0/-/177/3

Ziemia bełska, która odziedziczyła swoją nazwę po zlikwidowanym księstwie staroruskim, to kraina historyczna przy współczesnej granicy z Ukrainą. Od epoki średniowiecza zasiedlający ją Polacy, niemieccy kolonizatorzy, Żydzi i inne narodowości tworzyli tam prawdziwą mieszaninę kultur, religii i zwyczajów. Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Przemyślem a Zamościem powstało miasto Cieszanów, do którego w okresie II Rzeczpospolitej należał przysiółek Folwarki Nowosielskie (obecnie po prostu Folwarki). Wielobarwne pola gospodarzy, niczym patchworkowy koc, żywiły ich i zapewniały pracę.

Do wybuchu Wielkiej Wojny wieś mogła się poszczycić prywatną szkołą ewangelicką. Niestety placówka nie zdołała wyplenić utrwalonych przez wieki zabobonów. Wybitny polski badacz Oskar Kolberg w swoim dziele Przemyskie. Zarys etnograficzny odnotował, że lud tutejszy wierzy mocno w potęgę wróżów, czyli czarowników i wróżek, czyli czarownic, znajdujących się w każdej wsi. Czarownice pochodzą niekiedy z małżeństwa chłopa ruskiego z cyganką. Są wróżki leczące ludzi, inne leczące bydło i krowy, wróżki doradczynie, inne (najczęściej z owych cyganek) przepowiadające przyszłość itp.[2]

Funkcję lokalnej czarownicy w pobliżu Cieszanowa pełniła żona gospodarza Józefa, niejaka Maria Jabłońska. Nie wiadomo, w jakiej dziedzinie się specjalizowała ani czy świadczyła magiczne usługi za pieniądze. Do dziennikarskich rewelacji o tym, że kobieta żyła za pan brat z szatanem, należy podchodzić z rezerwą – prawdopodobnym źródłem plotek była skonfliktowana z nią rodzina Krawców. Reporterzy nie podali przyczyny zatargu, który trwał od lat. Można się domyślać, że jak to pomiędzy najbliższymi sąsiadami, poszło o miedzę lub inne typowe dla dawnej wsi kwestie problemowe. Szczególną niechęcią do Jabłońskiej pałała pani domu, Katarzyna Krawiec. Wtórowały jej dwie córki, Maria i Aniela, za to syn Franciszek początkowo trzymał się z dala od awantur, przede wszystkim dlatego, że urodził się głuchy. Jego innym znakiem rozpoznawczym była kędzierzawa, intensywnie ruda czupryna.

Cieszanów, 1909, Biblioteka Narodowa, sygn. DŻS XII/8b/p3/4, skan 1r

Życie w obu domach toczyło się powoli i z trudem, czyli tak jak w całej powojennej Polsce. Pierwsza połowa 1925 roku w odzyskanym kraju obfitowała w wiele ważnych lub przynajmniej interesujących zmian: gazeta „Kurjer Warszawski” wydrukowała pierwszą krzyżówkę, w eterze wreszcie wybrzmiała oficjalna audycja radiowa, a Stanisław Grabski w imieniu prezydenta Stanisława Wojciechowskiego podpisał konkordat z Watykanem. Włościan w Folwarkach Nowosielskich bardziej jednak zajmowały lokalne wiadomości. Byli tacy, co z przejęciem trajkotali, że dwudziestopięcioletnia czarownica zakochała się szaleńczo w młodszym o rok sąsiedzie Franciszku. Zapewne budziło to zdziwienie, ponieważ płomiennowłosy chłopak porozumiewał się po swojemu, przez co otoczenie traktowało go jak wioskowego głupka. Według reporterów nie umiał też pisać ani czytać, zatem komunikacja tym bardziej była mocno utrudniona. Stoi to w sprzeczności z faktem, że Krawiec znał język migowy, który najprawdopodobniej opanował w słynnym Zakładzie Głuchoniemych we Lwowie, znajdującym się przy ulicy Łyczakowskiej. Galicyjski ośrodek dla dzieci z dawnego zaboru austriackiego powstał w 1830 roku dzięki inicjatywie anonimowego filantropa. Uczono w nim nie tylko rozmowy bez użycia głosu, czytania i pisania, ale też historii, geografii, szycia, rysunku i wielu innych przydatnych umiejętności. Całkiem więc możliwe, że „wiejski głuptak”, jak raczyli go nazwać dziennikarze, nawet jeśli faktycznie był nieco upośledzony umysłowo, swoją wiedzą przewyższał drwiących z niego chłopów.

Czy Maria Jabłońska dostrzegła w Krawcu wielkomiejskie obycie lub wyjątkowo atrakcyjny charakter? A może plotki o domniemanym uczuciu zamężnej czarownicy były tylko kolejnymi złośliwościami, które miały ją połączyć z rudym, czyli złym człowiekiem? W symbolice ludowej tę rzadką barwę włosów utożsamiano przecież z grzechem, karą boską i obłudą. Ryże włosy niesłusznie przypisywano między innymi Judaszowi[3]. Nieważne, gdzie leżała prawda, Franciszek i tak nie miał ochoty spoufalać się z sąsiadką. Widział, że rodzice oraz siostry żyją z nią w otwartym konflikcie, i jako niepełnosprawny nie zamierzał się im narażać. Sam zresztą też uważał, że Maria weszła w spółkę z siłami nieczystymi.

Ponoć kobieta bardzo przeżywała odrzucenie ze strony dwudziestoczterolatka, ale szybko znalazła wyjście z kłopotliwej sytuacji: postanowiła uciec się do magii. Etnograf Bohdan Baranowski w swojej książce Pożegnanie zdiabłem iczarownicą przytoczył niezwykle ciekawy (i zarazem dosyć obrzydliwy) sposób, rekomendowany przez „wybitną specjalistkę w czarach miłosnych” z łódzkich Bałut: „Między innymi zalecała ona przygotowanie dla ukochanego potrawy, w którą wmieszana była odrobina krwi owej zakochanej kobiety. W niektórych wypadkach miała to być krew pochodząca z menstruacji”[4]. Przyrządzenie kolacji dla upatrzonego chłopaka i podanie jej pod mężowskim dachem nie wchodziło jednak w grę. Na szczęście istniały jeszcze inne starodawne metody na zyskanie męskiej przychylności: napój z czarownego ziela.

Lekcje głuchych, Oddział przy ul. Rajskiej. Fragment sali szkolnej podczas lekcji matematyki, październik 1927, Narodowe Archiwum Cyfrowe, 3/1/0/10/2624/5

Tajemniczo brzmiąca nazwa mogła się odnosić do występującego niemal na całym świecie bielunia dziędzierzawy, rośliny, która ze względu na zawartość alkaloidów działa silnie pobudzająco na korę mózgu i ma właściwości halucynogenne. Najczęściej rozpoznawano ją na wsiach jako blekot (stąd powiedzenie, że ktoś „bredzi, jakby się blekotu objadł”[5]). W obiegu były również inne określenia, takie jak durna rzepa, pindyrynda czy świńska wesz. Równocześnie czarownym zielem mianowano też nasięźrzał – niską bylinę, o której wspomniał inny uznany naukowiec, Henryk Biegeleisen. Etnograf w 1929 roku opisał, co należy zrobić, aby zachować jej cenne, magiczne właściwości:

Na poszukiwanie tego ziela trzeba iść dziewce o północy w nowy czwartek (tj. na nowiu) tak, żeby nikt tego nie widział (w Tarnowskiem „każą iść nago i przed wschodem słońca”). Idąc ku niemu trzeba obrócić się tyłem (ażeby djabła oszukać, bo jakby ją ujrzał bies, który ziela strzeże, że je rwie i na nie patrzy, toby jej łeb urwał). Przybliżywszy się do ziela, nie obracając się (a więc tyłem) trzeba je rwać (palcami), trzymając ręce za plecami (dla zmylenia djabła) i mówić:

Nasięźrale!Rwę cię śmiale:Pięcią palcem, szóstą dłonią,Niech się za mną chłopcy gonią.Duzi, mali,By się wszyscy zalecali[6].

Najlepszym okresem na zebranie czarownego ziela była późna wiosna lub początek lata. W tradycji ludowej to właśnie w czerwcu siły przyrody wykazywały najsilniejszą moc[7]. Maria do wskazówek przodków podeszła raczej mało restrykcyjnie. W pierwszy czwartek czerwca 1925 roku przypadał bowiem nie nów, lecz prawie pełnia. Następnego dnia, w piątek 5 czerwca, kobieta eliksir miała już gotowy. To, co wieczorem zaszło na ścieżce za jej domem, przez wiele kolejnych dni pozostawało mrożącą krew w żyłach tajemnicą.

Kobiety sprzedające zioła, 1930–1939, Narodowe Archiwum Cyfrowe, 3/1/0/8/6003/1

Ciało Jabłońskiej odnaleziono skąpane we krwi. Fakt, że głowa została zupełnie roztrzaskana, wskazywał, że sprawca użył sporej siły i jakiegoś ciężkiego narzędzia, co spowodowało natychmiastową śmierć. Wkrótce do Folwarków Nowosielskich dotarła policja; do wykrycia sprawcy strasznego morderstwa władze wydelegowały wywiadowcę Rychlewskiego z lwowskiego urzędu śledczego. Doświadczony mężczyzna skrupulatnie rozpytywał mieszkańców przysiółka, zbierał dowody i poszlaki. Niechęć, jaką Krawcowie żywili do Jabłońskiej, nie była dla nikogo tajemnicą, dlatego to właśnie na nich padły pierwsze podejrzenia. Dziwnym zbiegiem okoliczności z radaru wiejskiej społeczności zniknął niemowa Franciszek. Chłopaka nie widziano od momentu odkrycia tragedii. Ponadto Rychlewski ustalił, że rudowłosy obiekt westchnień czarownicy trzymał w gospodarstwie solidną laskę zrobioną z żelaznej sztaby o ostrych kantach. Wywiadowca stwierdził, że przedmiot mógł być narzędziem zbrodni, więc po dwóch dniach śledztwa zarządził schwytanie podejrzewanego. Błądzący po polach i lasach uciekinier cieszył się wolnością przez kilkanaście dni. W końcu żandarmeria namierzyła go, zatrzymała i przetransportowała na przesłuchanie.

Policjant w trakcie obławy na przestępców, Policjant (trzyma karabin Enfield P14) na czatach podczas obławy wokolicy podmiejskiej, 1926, „Ilustrowany Kuryer Codzienny” 1930, nr 46, Narodowe Archiwum Cyfrowe, 3/22/0/-/304/1

Jak wyglądała pierwsza rozmowa z głuchym, niestety nie wiadomo. Zapewne sprowadzono tłumacza języka migowego. Krawiec, doprowadzony na miejsce, w którym pozostawił ciało, po swojemu pokazał, jak doszło do zabójstwa. Uparcie twierdził, że nie śledził Marii ani się na nią nie zaczaił. Po prostu około dwudziestej spotkał ją na ścieżce, w dodatku to ona zaczepiła jego, oferując napój z flaszki. Uprzejmy Franciszek wziął łyk, jednak płyn wcale mu nie posmakował – był nieprzyjemny i gryzący. Kiedy oddał resztę z niemałym obrzydzeniem, kobieta chlusnęła w niego dziwnym specyfikiem, co go wybitnie rozsierdziło. W rozumieniu chłopaka sąsiadka chciała go zaczarować, dlatego uderzył ją żelazną laską i natychmiast uciekł. Krawiec wcale nie ukrywał, że motywem była również złość spowodowana postępowaniem ofiary wobec jego rodziny. Przyznał się do winy, ale równocześnie obciążył matkę oraz obie siostry wyznaniem, że te namawiały go do zbrodni. Kanciasty przedmiot, który posłużył do ataku, ukrył w pobliskim kanale. Kiedy go znaleziono, okazało się, że kształt idealnie pasuje do ran na głowie Marii.

Gmach Sądu Karnego we Lwowie, Lwów, gmach sądowy, 1915, Biblioteka Narodowa, sygn. Poczt.2489, 1r

19 czerwca rodzinę Krawców aresztowano i osadzono w więzieniu we Lwowie. Proces rozpoczął się 5 listopada w Sądzie Okręgowym Karnym we Lwowie przy ulicy Kopernika 8. Zabójca miał szczęście: odpowiadał przed trybunałem zwyczajnym, a nie doraźnym, który zwykle dotyczył przestępstw największego kalibru. Przykrym paradoksem trybu doraźnego było maksymalne skrócenie wszelkich czynności dochodzeniowych i sądowniczych przy zaledwie dwóch możliwych wyrokach: uniewinnieniu albo karze śmierci. Naprędce prowadzone śledztwa często kończyły się niemal natychmiastowym rozstrzelaniem skazańców, ponieważ nie przysługiwało im prawo do apelacji. Franciszka taki los ominął być może ze względu na niepełnosprawność. „Kurjer Lwowski” w swojej relacji zaznaczył, że oprócz głuchego, jego matki i dwóch sióstr przed wymiarem sprawiedliwości stanął też niejaki Antoni Czmiel[8]. Prawdopodobnie był to krewny Krawców, również oskarżony o podżeganie chłopaka do zbrodni.

Sąd Okręgowy we Lwowie, który pochylił się nad sprawą brutalnego zabójstwa Marii Jabłońskiej, wciąż operował na podstawie prawa dawnego grabieżcy, czyli Austro-Węgier. Prace nad zunifikowanym kodeksem karnym ciągle trwały i miały zostać zakończone dopiero w 1932 roku. Do tego czasu obowiązywały lokalne przepisy. Jak wynika z podręcznika dla słuchaczy szkół policyjnych byłego zaboru austriackiego, sąd przysięgłych składał się z dwóch części: pierwszą stanowił trybunał przysięgłych, czyli troje zawodowych sędziów, a drugą dwunastu sędziów przysięgłych, którzy tworzyli ławę przysięgłych. Członkowie tej ostatniej byli wybierani spośród obywateli corocznie typowanych przez naczelnika gminy i dwóch mężów zaufania. Ustawa głosiła, że

zadaniem trybunału jest stawianie pytań ławie przysięgłych oraz wydawanie wyroku na podstawie werdyktu, wydanego przez sędziów przysięgłych; w razie zasądzenia oskarżonego ma trybunał przysięgłych orzec o rodzaju i wymiarze kary, o ewentualnych pretensjach prywatnych oraz kosztach postępowania karnego[9].

Na czele trybunału przysięgłych, który zebrał się we Lwowie, znalazł się sędzia Łucjan Malicki. Mężczyzna stał wówczas u progu błyskotliwej kariery zawodowej. Niestety krótkiej, bo przerwanej aresztowaniem po kapitulacji miasta i zabiciem przez NKWD w 1940 roku. W 1925 roku Malicki jednak przewodniczył sędziom oraz dbał o poprawny przebieg rozprawy. Oskarżycielem w procesie mieszkańców Folwarków Nowosielskich został prokurator Nowicki, natomiast obrońcą Franciszka Krawca – doktor Jan Pieracki. Adwokat nie był pierwszym lepszym mecenasem. Zdążył się już pokazać choćby w niezwykle głośnej sprawie nieudanego zamachu bombowego na prezydenta Wojciechowskiego, do którego doszło rok wcześniej we Lwowie.

Ważnymi postaciami procesu okazali się również doświadczeni psychiatrzy, którzy jako biegli wydali opinię na temat zdrowia psychicznego głównego oskarżonego. Pierwszym lekarzem był doktor Adrian Demianowski, późniejszy powojenny profesor i kierownik Kliniki Psychiatrycznej Uniwersytetu Wrocławskiego. Jako drugiego specjalistę powołano ordynatora jednej z najważniejszych placówek psychiatrycznych w okresie II Rzeczpospolitej, która znajdowała się w Kulparkowie pod Lwowem, czyli doktora Antoniego Iwanowskiego. By móc porozumieć się z rudowłosym zabójcą, w rozprawie uczestniczył również starszy nauczyciel Stanisław Niedźwiedzki ze wspomnianego już Zakładu Głuchoniemych we Lwowie.

Adwokat Jan Pieracki, Jan Pieracki, poseł. Fotografia portretowa, fot. Marek Munz, Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-A-648

Karta do głosowania dla sędziów przysięgłych, „Tajny Detektyw” 1932, nr 50(100), s. 3, Biblioteka Publiczna m.st. Warszawy — Biblioteka Główna Województwa Mazowieckiego

Przed obliczem sądu Krawiec powtórzył dokładnie to, co już powiedział w śledztwie. Cały czas również twierdził, że matka oraz jego siostry namawiały go do popełnienia zbrodni. W licznych relacjach prasowych najchętniej jednak rozgłaszano, że

niemowa uwierzył w czary i przeraził się, iż będzie musiał kochać czarownicę. Dla wyzwolenia się z jej mocy zaczął bić ją żelaznym drągiem, aby wypędzić djabła i tak bił, aż wyzionęła ducha. […] Głupkowaty chłopak zaklinał się i przysięgał, iż nie chciał zamordować czarownicy, tylko „stracił równowagę w ręce”[10].

Budynek więzienia (potoczna nazwa więzienia Brygidki), 1934, „Tajny Detektyw” 1934, nr 25, Narodowe Archiwum Cyfrowe, 3/1/0/3/687/1

Artykuły nastawione na sensację nie zawierały wyjaśnień reszty oskarżonych ani zeznań licznych świadków. Musiało brakować dowodów na przestępcze działania w przypadku domniemanych podżegaczy, skoro drugiego dnia procesu lwowski sąd oczyścił ich z zarzutów. Katarzyna, Maria i Aniela Krawiec oraz Antoni Czmiel opuścili budynek jako wolni ludzie. Franciszka Krawca też potraktowano nad wyraz łagodnie. Mężczyznę co prawda obarczono winą za zabójstwo, ale jako karę zasądzono mu jedynie sześć miesięcy ciężkiego więzienia. Prawdopodobnie trybunał częściowo wziął pod uwagę opinię biegłych psychiatrów, którzy dopatrzyli się u głuchego bliżej nieokreślonego upośledzenia. Według doktorów Demianowskiego i Iwanowskiego Krawiec nie powinien ponosić odpowiedzialności za swoje czyny – a przynajmniej tak podała „Gazeta Narodowa”. Adwokat Jan Pieracki zapowiedział złożenie odwołania na podstawie wydanej ekspertyzy. Niestety dalsze źródła milczą w sprawie oczekiwanej apelacji. Jeśli skazaniec nie otrzymał zmniejszenia wyroku, pół roku za kratami spędził zapewne we lwowskim zakładzie Brygidki, który działał w renesansowych murach dawnego zakonu Świętej Brygidy. Więzienie przy ulicy Kazimierzowskiej (a dzisiejszej Horodockiej) w 1941 roku stało się miejscem masowego mordu więźniów politycznych przez NKWD.

„Ilustrowany Kuryer Codzienny” sprawę zabójstwa rzekomej czarownicy z Folwarków Nowosielskich podsumował tak:

I cóż z tego, że we Lwowie czy w Warszawie dumnie królują uniwersytety, że może o kilka kroków od mieszkania pani Prorokowej łowią z jakiegoś ducha anteny radjowe słowa i dźwięki z odległości tysiąca mil. I cóż z tego, że może obok głuchoniemego Krawca mieszka przez ścianę lekarz, który wciela w życie genjalny wynalazek uczonego jakiegoś, zmierzającego naprzykład, do zniszczenia raka. I cóż z tego, że komuś roi się wyzyskanie elektryczności dla przyspieszenia rozwoju roślin, że postęp i nauka wcielają w życie cudowne fantazje… skoro można w ciepłej, dobrze oświetlonej sali, pod pozorem badań literackich, entuzjazmować się czarną magją lub upiorami…

Historyjki szare, codzienne i banalne, ale właśnie dlatego, że takie codzienne, mają społecznie sens głębszy, są dokumentem obyczajowym roku Pańskiego 1925. Nie rozdzierajmy szat, nie tragizujmy; notujmy![11]

Rozdział 2.Krew czarownicy

Wieliszew, 1926

Zdjęcie na poprzedniej stronie: Procesja, Pielgrzymi podczas modlitwy na dróżkach kalwaryjskich, 15 sierpnia 1937, Narodowe Archiwum Cyfrowe, 3/1/0/15/567/5

„Średniowieczne zabobony, błazeńskie odczyniania uroków, satanistyczne poglądy na uroki – oto kąkol, który mógł rozkwitnąć jedynie na bujnej niwie rozpowszechnionego wśród sfer włościańskich analfabetyzmu”[12] – grzmiał jeden ze stołecznych redaktorów. Inny, z „Expressu Kaliskiego”, odważnie mu wtórował: „My, ludzie uniwersyteckiego miasta, otoczonego siecią anten radjowych, budzonego co rano dzwonkami telefonów i sygnałami aut – my ludzie żywego kontaktu z cywilizacją nie mamy pojęcia o ciemnocie wsi”[13]. Tego rodzaju kategoryczne sądy, które można było usłyszeć i przeczytać po zajściu w mazowieckim Wieliszewie, brzmią dość żałośnie w zestawieniu z faktami. O tym jednak później.

Fenomen historii z podwarszawskiej miejscowości, rozsławiający ją nawet w odległych zakamarkach kraju, jest niesamowicie intrygujący. Zjawiska nie tłumaczy pojawienie się wśród obrońców jednego z najbardziej barwnych i kontrowersyjnych adwokatów epoki. Zygmunt Hofmokl-Ostrowski opisał głośny proces w swojej książce, ale zanim ktokolwiek zdążył choćby pomyśleć o wyrokach dla skazańców, od 4 stycznia 1926 roku gazety prześcigały się w drukowaniu kolejnych relacji, plotek i pouczeń związanych z ciemnym zabobonem. Prawdopodobnie jest to najlepiej udokumentowana sprawa o czary w całej historii Polski.

Żeby w pełni zrozumieć wydarzenia w Wieliszewie, trzeba się jednak na moment przenieść do sąsiedniej wsi, również położonej dość blisko Narwi – Skrzeszewa. To właśnie w niej urodziły się dwie postaci, wokół których kręci się opowieść. Matką pierwszej była Katarzyna Dupska, „zupełnie nietknięta kulturą” i nieufająca „dochtorom”[14]. Jej córka Apolonia wychowała się z mieszkającą za płotem nieco starszą przyjaciółką Józefą Zdunek. Zapewne pierwsza za mąż wyszła Józefa, ale dość szybko owdowiała; z kolei jej drugi wybranek, Paweł Sołtys, ruszył na Wielką Wojnę i nigdy z niej nie wrócił. Na szczęście kobieta miała solidny majątek i wsparcie w czwórce dzieci. Razem z nimi żyła spokojnie w Wieliszewie w gminie Nieporęt, uprawiając osiemnaście morgów ziemi (czyli około dziesięciu hektarów). Wieś, znajdująca się zaledwie dwadzieścia pięć kilometrów w linii prostej na północ od centrum Warszawy, nie była biedna ani zaściankowa. Cieszyła się nową, murowaną szkołą, własną parafią i szeregiem dworskich zabudowań, a do ulubionych rozrywek chłopów należały pogawędki w karczmie przy dźwiękach koncertów puszczanych z gramofonu.

W momencie dramatycznych zdarzeń w Wieliszewie stały sto trzydzieści dwa domy należące do stu dziewięćdziesięciu trzech rodzin. „Przy drodze od kościoła, witającego przybysza ze stolicy, szosą w kierunku Strugi, ciągną się chaty schludne z ogródkami, znać nawet pewną zamożność gospodarzy, wśród których bohaterzy afery «czarodziejskiej» należą do najbogatszych”[15] – donosił wysłannik „Kurjera Porannego”. Wygląd domostwa Józefy Sołtysowej rzeczywiście z daleka świadczył o dostatku. Reporter ciągnął swój plastyczny wywód: „W wąskiej uliczce, prowadzącej między kilku gospodarstwami do rozlanego stawu obok Narwi, stoi czysta bielona chata, w oknach firanki miejskie i papierowe kwiaty w doniczkach”[16]. Wspomniany wcześniej adwokat Zygmunt Hofmokl-Ostrowski oprócz tego zwracał uwagę na wygląd pani domu:

Nic w jej postaci nie zdradzało fatalnego dziedzictwa średniowiecznych tradycji. Zwyczajna baba w chustce na głowie, nawet nos był perkaty a nie orli i oczy jasne a nie czarne i chuda nie była a nabita w sobie. Ot typ, który znamy w mieście jako „śmietanczarkę” lub „babę z jajami”[17].

Pomyślnym zrządzeniem losu, jak przynajmniej mogło się zdawać na początku, w Wieliszewie zamieszkała również jej serdeczna koleżanka. Apolonia wyszła za mąż za Stanisława Stachnika, który razem z dwoma młodszymi braćmi, Antonim i Janem, prowadził duże, czterdziestomorgowe gospodarstwo. Zachowało się zdjęcie ukazujące drewniany, stylowy i całkiem przestronny dom pary – urocza chatka jak z bajki, z gankiem ozdobionym kolumnadą, otoczona płotkiem[18]. Wprost zapraszała do odwiedzin. Przyjaciółki zatem się widywały; może nie tak często, jak za dawnych lat, ale wciąż z zaufaniem i sympatią. Na początku 1925 roku Apolonia urodziła kolejne dziecko, więc tym bardziej potrzebowała życzliwej opieki. Kobieta cieszyła się szacunkiem wśród mieszkańców Wieliszewa, natomiast na Józefę zaczął padać coraz większy cień podejrzeń o konszachty z diabłem. Doszło do tego, że pewnego marcowego poranka zdyszana Sołtysowa z impetem wpadła do Stachników i zatrzymała się przy stole, na którym czekało już śniadanie. Zaskoczeni gospodarze podnieśli się z klęczek, bo właśnie odmawiali pacierz, kiedy Józefa wszczęła alarm. Wykrzyczała, że sąsiad Piotr chce ją złapać, by pięściami wymierzyć źle pojętą sprawiedliwość. Mężczyzna oskarżał ją o „zadanie fałszywej miłości” niejakiej Zofii Sylwerkowej, czyli o uniesienie tyłu spódnicy przed narzeczonym dziewczyny.

Ludzie przed domem Stachników, „Historyczny” dom Stachników, wktórym dokonano barbarzyńskiego zabiegu „krwią czarownicy”, „Kurjer Poranny” 1926, nr 8, s. 3, Biblioteka Uniwersytecka w Warszawie

Czterdziestojednoletnia Józefa znalazła u przyjaciół bezpieczne schronienie, jednak jej wizyta zrobiła na nich wyjątkowo złe wrażenie. Wkrótce potem Apolonia podupadła na zdrowiu, a we wrześniu zaniemogła tak, że nie wstawała z łóżka, tylko bredziła coś i przypominała dotkniętą obłędem. Przedziwne objawy, zupełnie niepodobne do grypy, anginy ani innych chorób, które często szalały pod strzechami, budziły zrozumiały strach. Według Stanisława żona „już po ludzku mówić nie umiała, tylko jęczała, zrywała się, rozmaicie wygadywała. Jak kto wszedł, to była zaraz taka bystra na oczach, dziecka nawet nie chciała znać”[19]. A niemowlę, dom i gospodarstwo wymagały przecież troskliwej kobiecej ręki. Kiedy żadne znane w Wieliszewie sposoby nie przyniosły pozytywnych efektów, zaniepokojony Stachnik postanowił zasięgnąć porady medyków. Najpierw udał się do pobliskiej Jabłonnej, gdzie przyjął go major doktor Kucharski. Następnie pojechał do Warszawy i poprosił o interwencję doktora Stępnia oraz doktora Steinbocka z ambulatorium szpitala Przemienienia Pańskiego na Pradze. Pierwszy z nich postawił diagnozę: ciężka postać anemii oraz histerja, jak wtedy nazywano zaburzenia nerwicowe. Być może orzeczenie lekarza było zgodne z prawdą, ale zniecierpliwiony gospodarz oczekiwał szybszych rezultatów zleconej kuracji. Stwierdził, że skoro tylu konwencjonalnych specjalistów nie potrafi pomóc jego żonie, to nie można im ufać i zwrócił się do znachora, który również przyjmował w stolicy. Niestety, w dalszym ciągu brak było jakichkolwiek zmian. Wtedy, z zawsze słuszną radą teściowej, wkroczyła sześćdziesięciopięcioletnia Katarzyna Dupska.

Katarzyna Dupska i znachor Ludwik Organowski, Znachor Organowski ita, która zbierała krew „czarownicy” do miski, „Kurjer Poranny” 1926, nr 10 + dod., s. 6, Biblioteka Uniwersytecka w Warszawie

To właśnie zabobonna matka Apolonii wysłała Stanisława do słynnego szarlatana spod Makowa. Doświadczony, już siedemdziesięcioczteroletni Ludwik Organowski wyglądał nad wyraz poczciwie i cieszył się ogromnym powodzeniem (nawet wśród kobiet!). Nie bez znaczenia był też fakt, że potrafił wystawiać recepty nagryzmolone po łacinie. We wsi Nowe Sioło mieszkał w skromnej chałupie, którą zbudował obok figury Świętej Rozalii, czczonej przez siebie z największym nabożeństwem. Na co dzień mężczyzna prowadził niewielkie, trzymorgowe gospodarstwo, ale główne źródło jego utrzymania stanowiła nielegalna praktyka medyczna. Z tajemną sztuką uzdrawiania Organowski po raz pierwszy zetknął się w trakcie wojny rosyjsko-tureckiej na Kaukazie. Pewien uzdolniony Kozak, który był felczerem, sprawował ponoć taką władzę nad naturą, że leśne zwierzęta kłaniały mu się nisko w ramach powitania. Ludwik nie miał aż takich ambicji. Dziennikarz „Kurjera Porannego” zjadliwie podsumował:

On nie chciał poznać wszystkich tajemnic kozackiego mistrza, a przyswoił sobie jedynie te, które mogą przynieść ludziom korzyści (?). W wyborze uznał za zupełnie zrozumiałe korzyść przede wszystkim – swoją, w znaczeniu dochodowem. […] „Praktykuje” od kilkudziesięciu lat (!) mając ustaloną sławę „lekarza”, który jeżeli nie pomoże – to stanowczo nikomu jeszcze nie zaszkodził i tem się chlubi, tłomacząc zawilsze komplikacje u pacjentów, tak silnymi czarami, iż jedynie „mistrz Kozak” mógłby coś poradzić, ale ponieważ kozaka niema pod ręką, więc chory czasem umiera…[20]

O wątpliwych usługach Ludwika Organowskiego napisał również przywołany w poprzednim rozdziale etnograf Bohdan Baranowski. Z zebranych przez niego informacji wynika, że znachora posądzono o zaczarowanie sąsiadki, z którą się pokłócił. Kiedy kobieta ciężko zachorowała na płuca, kumoszki podzieliły się na dwa stronnictwa. Część z nich wciąż wierzyła, że ich ojczulek jest świątobliwym mężem, a część, że to podstępny sługa piekieł, który rzucił na nieszczęsną urok. Spór pomiędzy zabobonnymi włościankami szybko nabrał wymiaru fizycznego. Jedna z kobiet została nawet przez swoją przeciwniczkę pobita pogrzebaczem. Lokalni duchowni patrzyli na to wszystko z przerażeniem. Któryś z nich, pragnąc zatrzymać szkodliwe szaleństwo, ogłosił z ambony, że Organowski jest pachołkiem diabła. Katarzyna Dupska nie wierzyła w tak podłe oszczerstwa i 1 grudnia 1925 roku namówiła zięcia na wyjazd do Nowego Sioła.

Krzyż przydrożny, Fragment miejscowości. Widoczny na pierwszym planie krzyż przydrożny, 1938, Narodowe Archiwum Cyfrowe, 3/131/0/-/267/2

Stanisław Stachnik był przygotowany: zabrał ze sobą próbkę moczu żony, którą znachor zbadał „przez «szkiełka»”[21] swym fachowym okiem. Zgodnie z wiedzą przekazaną przez Kozaka jasny kolor uryny nie wróżył pacjentowi nic dobrego, natomiast ciemny dawał ogromne szanse na rychłe wyzdrowienie. Co wyczytał Organowski, nikt niestety nie przekazał, natomiast podano przyczynę problemów Apolonii. Otóż według szarlatana cierpienie zostało „zadane przez jakąś kobietę, którą określił jako «czarniawą i niedużą»”[22]. Żeby odczynić urok, znachor nakazał klientowi sporządzić lekarstwo z „jakiegoś płynu, mchu skubanego z trzech krzyży przydrożnych i wody święconej”[23]. Tajemnicę mchu z krucyfiksów wyjaśniał później tak:

[…] złe ziarno z posiewu, co to wiater niesie, słupa krzyżowego, na którym wisi Jezusiczek milusieńki się nie chwyci, a ino owo czyste, niewinne. A jak noc nadejdzie i z męki Pańskiej pot serdeczny sękami spływać zacznie, to te ziarno ssie i ssie i mech z niego wyrośnie i temu taki czysty, tyle w nim siły cudownej[24].

Uzyskanie porady kosztowało Stachnika dwa złote, czyli – jak na ówczesne standardy – całkiem mało, co zachęcało do kolejnych wizyt.

Po powrocie do domu mężczyzna zastosował się do instrukcji, ale z niezrozumiałych powodów specyfik zupełnie nie pomógł Apolonii. Niezrażony pojechał zatem do znachora po dalsze wskazówki. Zdanie Organowskiego na temat istoty choroby było takie samo, natomiast wobec niepowodzenia operacji z mchem staruszek zaordynował:

Żonie sprawisz 9 kąpieli ze solą, ałunem, kwiatem macierzanki. Weźmiesz krzyptę mchu z krzyża przy drodze, piasku z dróg rozstajnych i żona powie przy dziewiątej, kto to. Byleś kąpał o północku. A bądź mądry i zły – i mojej wiedzy słuchaj, innej rady nie masz[25].

Jak miało się okazać, kuracja wcale nie była nowatorskim pomysłem szarlatana spod Makowa. Już w XVIII wieku w książce Czarownica powołana znalazł się niemal identyczny przepis na cofnięcie uroku. „Piasek z dróg rozstajnych” stanowił kluczowy element terapii. Jak stwierdził Organowski:

nieraz, to se wiater idzie polem, gwiżdże o badyle rozkłada i stanie na rozstajnej drodze i nie wie kędy dalej. I kręci się w kółko a drobniuteczkie ziarenuszeczka piasku lezą po wietrze w górę i drapią się, drapią, aż hen, gdzie oko nie widzi, do nieba. I wiater se odendzie, a ziarenki wracajom, a co w niebie napatrzył cudowności to tam w nich siedzi i w moc czarowną urasta. I dlatego, widzita, piasek musi być z dróg rozstajnych[26].

Pełen nadziei Stanisław wrócił do Wieliszewa, po czym rozpoczął serię nocnych zabiegów. Wreszcie, dokładnie jak głosiła przepowiednia, Apolonia przy dziewiątej kąpieli wyznała, że chorobę zadała jej Józefa Sołtysowa, kiedy w marcu wtargnęła do nich podczas śniadania. Podobno oprócz męża słowa te usłyszeli znajdujący się za ścianą Katarzyna Dupska, Jan Stachnik oraz Marianna Stachnikowa. Deklaracja chorej była oczywiście spójna z postawą gospodarza Piotra, który już na początku roku oskarżył Sołtysową o rzucenie czaru. Wkrótce kilka osób, w tym Józef Ponto, Franciszek Dupski i Piotr Zdunek, przypomniało sobie, że przecież w jej rodzinie zdarzały się już czarownice. Jedną z nich była Sylwesterka Żółkowa, której krwią leczono Mariannę Zbrachównę. Stachnik doszedł więc do wniosku, że pomawiana naprawdę ma wsparcie diabła. Elektryzujące wieści rozeszły się po wsi lotem błyskawicy, a do wspomnień o Żółkowej dołączyły inne rewelacje. Włościanie wreszcie znaleźli godny temat pozwalający wypełnić długie, mroźne wieczory. Nie plotkowały tylko gospodynie – z podobnym zapałem fantastyczne opowieści głosili również chłopi, zwłaszcza przy kieliszku w karczmie. Józefa, kobieta o „niesamowitym wzroku”, miała trzymać swoje czarcie dzieci w słojach zabezpieczonych różańcem lub innymi poświęconymi przedmiotami. Co jakiś czas wyprowadzała diablątka na spacery i wtedy najbardziej trzeba było się strzec, żeby nie przejęła władzy nad umysłem. Któryś z mieszkańców Wieliszewa zarzekał się, że kiedy wracał z gospody, zobaczył pod jej dachem maciorę karmiącą siedem prosiąt i że świnia nagle zamieniła się w człowieka. Do pełni obrazu malowanego pod wpływem etanolu brakowało tylko białych myszek. Pijackie historyjki miały jednak ogromną moc rażenia. Straszono nimi również dzieci, które zaczęły biegać za Sołtysową i krzyczeć „Czarownica!”.

Rysunki z sądu: Sołtysowa, Organowski i Stachnik, Józefa Sołtysowa, uważana wWieliszewie za „czarownicę”, Oskarżony znachor Organowski, Oskarżony St. Stachnik, mąż „chorej zoczarowania”, „Kurjer Poranny” 1926, nr 299, s. 5, Biblioteka Uniwersytecka w Warszawie

Tydzień przed Bożym Narodzeniem Stachnik, święcie przekonany o winie Józefy, po raz trzeci ruszył do Nowego Sioła. Organowski ponoć mu powiedział: „Musisz tę kobietę, o której żona twoja powiedziała, że ona zrobiła jej chorobę, uderzyć w twarz, wziąć od niej krwi i posmarować żonie tą krwią piersi!”[27]. To też nie była pionierska porada. W miesięczniku geograficzno-etnograficznym „Wisła” już w 1887 roku przytoczono kilka przykładów celowego okaleczania rzekomych czarownic, które ostatecznie podsumowano:

We wszystkich tych i innych wypadkach widzimy nową postać zabobonu: potrzebną jest krew czarownicy do odczarowania urzeczonego i dla tego ją biją do krwi, a czasem i zabijają. Być może iż ten odcień wierzenia z Niemiec do tamecznego ludu polskiego się dostał, bo gdzieindziej u nas o nim nie słychać[28].

Stanisław otrzymał glejt na przemoc, ale nie od razu zabrał się do dzieła. Dobrotliwie, razem z pomarszczoną teściową, 29 grudnia udał się do Sołtysowej. Zszokowana kobieta usłyszała, że jeśli z własnej woli nie przyjdzie odczarować Apolonii, to Stachnikowie przywloką ją siłą. Józefa odparowała, że zupełnie nie zna się na magii, po czym trzęsąc się ze strachu i słusznego oburzenia, pobiegła po pomoc do księdza oraz na policję. Zanim kapłan zdążył z ambony napomnieć parafian na niedzielnej mszy, a mundurowi zrobić rozeznanie, we względnie spokojnej do tej pory wsi wydarzenia wymknęły się spod kontroli.

Akademia chłopskiego rozumu nakazywała swoim absolwentom przeciwdziałać babom o złym spojrzeniu. Wobec tego w piątek po południu, pierwszego dnia 1926 roku, u Stachników zebrała się śmietanka gospodarzy: trzydziestosiedmioletni pan domu Stanisław i jego dwaj bracia, czyli dwudziestosześcioletni Antoni oraz dwudziestotrzyletni Jan, a także dwudziestosześcioletni Józef Ponto ze Skrzeszewa i czterdziestotrzyletni Józef Dupski. Pomocną pięść zaoferowali również trzydziestosześcioletni Leon Barszczewski, dwudziestoczteroletni Józef Miętek, a także trzydziestojednoletni Jan Oleksiak, który pochodził z Łajsk pod Jabłonną. Spiskowcy, pobłogosławieni przez kobiety i kierowani żądzą krwi, ruszyli pojmać czarownicę. Podburzeni sąsiedzi, spoglądający ciekawsko zza wykrochmalonych firanek, po kolei „wylegli jak kruki na pole”, by podążyć za wściekłymi Stachnikami. Dziennikarz „Naszego Ludu” relacjonował:

Za tym korowodem ciągnęła cała prawie wieś, śpiewając po drodze nabożne pieśni. Gdy przybyli wszyscy do zagrody Sołtysowej, zastano drzwi zatarasowane. Widocznie „czarownicę” ktoś przestrzegł rozumniejszy, aby nie dopuścić do średniowiecznej inkwizycji[29].

To, jak zajście wyglądało z drugiej strony barykady, przekazał wysłannik „Kurjera Porannego”. Józefa opowiadała:

– W sam Nowy Rok […] gdyśmy se po południu o godzinie 3 z córkami siedziały, wspominając, ile to już lat jak ojciec ich a mój drugi mąż, na wielką wojnę poszedł i zginął, słyszymy harmider wielu głosów za oknami.

– To po matkę! – krzyknęła jedna z córek.

– Zamknęliśmy drzwi, ale tak walili, że wysadzili[30].

Z kolei według aktu oskarżenia oprócz Sołtysowej w momencie ataku w chacie znajdowała się jej córka Stanisława, siostra Julia Wrzesińska oraz szwagierka Antonina Zielińska. Po sforsowaniu wejścia Stanisław Stachnik wskazał na rzekomą czarownicę i powiedział do braci: „Bierzcie ją”. Mężczyźni posłusznie chwycili Józefę za ręce, po czym powlekli do drzwi. Napadnięta z wrażenia zemdlała, natomiast jej siostra rzuciła się na pomoc. Niestety Jan Oleksiak złapał Wrzesińską za włosy, przewrócił na podłogę i przygniótł kolanami. Dzielna kobieta jakimś cudem zdołała się jednak oswobodzić. Chwyciła za wrzątek i zaczęła nim oblewać agresorów. Nieludzkie wrzaski zaalarmowały synów Sołtysowej, Andrzeja i Władysława, którzy przybiegli z siekierami w rękach. Mężczyźni wyparli bandę na podwórze, a następnie stanęli przed drzwiami, „grożąc śmiercią każdemu, kto ośmieliłby się wejść do mieszkania. Tymczasem koło domu Sołtysowej zebrał się tłum, złożony z paruset osób, który, podburzany przez napastników, wznosił okrzyki «Bierzcie ją, bierzcie czarownicę»”[31].

Wojowniczym chłopom nie trzeba było dwa razy powtarzać. Dwudziestosześcioletni Stefan Oktaba wyrwał siekierę Andrzejowi, trzydziestoośmioletni Bronisław Kochański przyparł go do ściany, a Józef Ponto, wymachując rewolwerem, odebrał siekierę Władysławowi. Uzbrojony Ponto od tej chwili odgrywał rolę strażnika synów Sołtysowej, natomiast reszta wyłamała haczyk, który na słowo honoru zabezpieczał domowników. Rozjuszona tłuszcza wpadła do chaty. Leon Barszczewski chwycił Julię Wrzesińską, po czym wyprowadził ją przed dom, żeby więcej, razem z wrzątkiem, nie stwarzała zagrożenia. Pozbawiona wsparcia gospodyni za namową córki, bojąc się śmiertelnego linczu, zgodziła się pójść do dawnej przyjaciółki. Była tak oszołomiona, że nie włożyła nawet butów. Boso na początku stycznia, tyłami zagród, obok znajomego stawu odbyła prawdziwy marsz wstydu zorganizowany przez sąsiadów. Prowodyr potwornego zamieszania cały czas z niej szydził i powtarzał: „Ładnie ci teraz iść, ładnie, jak cały tłum za tobą idzie?”[32].

W malowniczym domu z ganeczkiem czekali już między innymi czterdziestodwuletni Franciszek Dupski ze Skrzeszewa, dwudziestopięcioletni Marceli Pleban, stara Katarzyna oraz oczywiście chora Apolonia. Kiedy tylko Sołtysowa wkroczyła do sieni, Stanisław Stachnik uderzył ją w piersi z taką siłą, że upadła. Oprawca od razu ukląkł na pojmanej czarownicy i wymierzył jej trzy ciosy pięścią prosto w twarz. Z ust ofiary polała się upragniona krew, więc mężczyzna poprosił teściową o podanie miski. Katarzyna jedną ręką wsunęła zatem naczynie pod głowę Józefy, żeby zgromadzić czerwony eliksir. Dupska zdołała zebrać kilka naparstków krwi, co najwyraźniej wystarczało do odczynienia uroku. Stachnik natychmiast rozkazał smarować magiczną cieczą piersi żony, a sam w tym czasie kropił zebranych wodą święconą. Na koniec obrzędu Katarzyna okadziła wnętrze.

Prawdopodobnie nie zauważono, że już nikomu niepotrzebna czarownica z bólem podniosła się z ziemi i poczłapała do siebie, niezatrzymywana przez żadnego z gapiów. Miała podbite lewe oko, rozciętą wargę, brakowało jej dwóch zębów. W domu rodzina zawołała lekarza i troskliwie zajęła się Józefą. Ktoś zawiadomił też służby mundurowe. Wkrótce kilkunastu funkcjonariuszy z policji powiatowej otoczyło tłum, który ponoć na klęczkach błagał Stwórcę o uzdrowienie Apolonii. Aresztowano trzynastu najbardziej aktywnych uczestników zajścia, wśród których znalazła się Katarzyna Dupska. Zapewne właśnie wtedy powstało wielokrotnie powielane zdjęcie siedmiu chłopów zatytułowane Barbarzyńcy[33]. Sprawców niezwykłego pobicia skuto kajdanami i osadzono w areszcie. 4 stycznia przesłuchiwany przez sędziego śledczego Stanisław Stachnik przyznał się do urządzenia zbiegowiska, „które kierowane przez niego dokonało najścia na mieszkanie Sołtysowej oraz do dopuszczenia się gwałtu na osobie Józefy Sołtysowej, nadmieniając, iż uczynił to pod wpływem zmartwień z powodu choroby żony”[34]. Pozostali, czyli Antoni i Jan Stachnikowie, Józef Ponto, Katarzyna, Józef i Franciszek Dupscy, Leon Barszczewski, Piotr Miętek, Stefan Oktaba, Bronisław Kochański, Jan Oleksiak oraz Marceli Pleban nie poczuwali się do winy. Twierdzili, że nie brali udziału w żadnym rozruchu ani okaleczeniu sąsiadki.

Grupowe zdjęcie napastników, „Głos Polski” 1926, nr 10, s. 1, WBP im. Marszałka J. Piłsudskiego w Łodzi