Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Prawdziwa historia kobiety, która codziennie ryzykowała życie dla Hitlera!
Druga wojna światowa. Dwudziestosześcioletnia Rosa Sauer zostaje sama w zbombardowanym i zniszczonym Berlinie. Jej mąż, Gregor, walczy na froncie, a ona — bez pieniędzy, bez wsparcia i bez perspektyw — szuka ratunku u teściów na prowincji. Wierzy, że na wsi będzie bezpieczna. Zamiast tego trafia w sam środek koszmaru.
Pewnego dnia do domu pukają esesmani. Rozkaz jest prosty i przerażający: od tej chwili Rosa wraz z dziewięcioma innymi kobietami będzie próbować posiłków przeznaczonych dla Adolfa Hitlera. Trzy razy dziennie, w tajnej kwaterze Führera w Wilczym Szańcu, będą sprawdzać, czy jedzenie nie zostało zatrute. Każdy kęs może być ostatnim.
Zainspirowana prawdziwą historią Margot Wölk, degustatorki Hitlera w Krausendorf, Rosella Postorino snuje poruszającą opowieść o kobiecie uwięzionej w systemie przemocy — kruchej, a jednocześnie rozpaczliwie silnej. To historia strachu, głodu życia, pożądania i moralnych granic, które w czasach wojny nieustannie się zacierają.
Czy Rosa, codziennie ryzykując własne życie dla przywódcy III Rzeszy, staje po stronie zła? Czy można pozostać niewinnym, gdy każdego dnia służy się potworowi?
W 2025 roku powieść doczekała się ekranizacji Le assaggiatrici w reżyserii Silvia Soldiniego.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 325
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fragment
Tytuł oryginału: Le assaggiatrici
Przekład z języka włoskiego: Tomasz Kwiecień
Copyright © Rosella Postorino, 2026
This edition: © Gyldendal Astra/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt graficzny okładki: Monika Drobnik-Słocińska
Redakcja: Maria Wirchanowska
Korekta: Berenika Wilczyńska, Piotr Królak
ISBN 978-91-8098-825-4
Opracowanie e-booka:Marcin Słociński / www.monikaimarcin.com
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.
Gyldendal Astra /Gyldendal A/SKlareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
www.gyldendalastra.pl
Tak masz człowieku żyć, by pamięć sprzedać, Że także ty człowiekiem mógłbyś być
Bertolt Brecht, Opera za trzy grosze w przekładzie Romana Kołakowskiego
Cześć pierwsza
1
Weszłyśmy jedna za drugą. Po godzinach stania w korytarzu marzyłyśmy, żeby nareszcie usiąść. Pomieszczenie było obszerne, ściany pomalowane na biało. Pośrodku stał długi drewniany stół, już dla nas zastawiony. Dano nam znak, byśmy zajęły miejsca.
Usiadłam i zastygłam z dłońmi splecionymi na brzuchu.
Przede mną biały talerz z ceramiki. Byłam głodna.
Pozostałe kobiety usiadły bezgłośnie. Było nas dziesięć. Jedne siedziały prosto i skromnie, buzie w ciup, włosy w kok. Inne rozglądały się na wszystkie strony. Dziewczyna siedząca naprzeciwko mnie obgryzała skórki przy paznokciach i rozdrabniała je zębami. Miała miękkie policzki upstrzone trądzikiem. Była głodna.
O jedenastej rano wszystkie nas ssało w żołądkach. Nie miało to nic wspólnego z wiejskim powietrzem ani jazdą autobusem. To był strach. Od lat towarzyszyły nam głód i strach. I kiedy zapach potraw zakręcił nam w nosie, krew zapulsowała w skroniach, do ust napłynęła ślina. Popatrzyłam na dziewczynę z trądzikiem. Czuła to samo co ja.
Fasolka była polana roztopionym masłem. Nie widziałam masła od swojego ślubu. Zapach pieczonej papryki wiercił w nosie, mój talerz był pełny po brzegi, nie mogłam od niego oderwać oczu. Na talerzu dziewczyny siedzącej naprzeciwko piętrzyła się kopka ryżu z zielonym groszkiem.
– Jedzcie – powiedzieli nam z rogu sali i było to coś więcej niż zaproszenie, mniej niż rozkaz.
Widzieli łaknienie w naszych oczach. Półotwarte usta, przyspieszony oddech. Zawahałyśmy się. Nikt nie życzył nam smacznego, więc może mogłam jeszcze wstać i powiedzieć dziękuję bardzo, rano kury były hojne, jedno jajko mi na dziś wystarczy.
Ponownie policzyłam siedzące przy stole. Było nas dziesięć, to nie ostatnia wieczerza.
– Jedzcie! – powtórzyli z rogu, ale ja już wessałam fasolkę i poczułam, jak krew płynie mi aż do cebulek włosów, aż do koniuszków palców u stóp, czułam, jak moje serce zwalnia. Stół dla mnie zastawiasz – jakże słodkie są te papryki – stół, dla mnie, na drewnianym blacie, żadnego obrusa, ceramika z Aachen i dziesięć kobiet, gdybyśmy miały welony, wyglądałybyśmy jak zakonnice, refektarz klasztoru sióstr, które złożyły śluby milczenia.
Na początku odmierzamy kęsy, jakbyśmy nie musiały zjeść wszystkiego, jakbyśmy mogły odmówić spożycia tego posiłku, który nie jest przeznaczony dla nas, który dotyczy nas tylko przypadkiem, tylko przypadkiem jesteśmy godne uczestniczyć w jego uczcie. Później jednak pokarm prześlizguje się przez przełyk do ściśniętego żołądka i im bardziej go wypełnia, tym bardziej żołądek się rozszerza, a my tym silniej ściskamy widelce. Strudel z jabłkami jest tak dobry, że nagle łzy napływają mi do oczu, tak dobry, że wkładam do ust coraz większe kęsy, przełykając kawałek po kawałku, aż odchylam głowę i łapię oddech, na oczach moich wrogów.
Matka mówiła, że kiedy człowiek je, to walczy ze śmiercią. Mówiła to przed Hitlerem, kiedy chodziłam do szkoły podstawowej przy Braunsteingasse 10 w Berlinie, a Hitlera jeszcze nie było. Przypinała mi kokardę do fartucha, podawała tornister i upominała, żebym uważała i nie udławiła się podczas obiadu. W domu wciąż mówiłam, nawet z pełnymi ustami, za dużo gadasz, karciła mnie, a ja krztusiłam się, dlatego że mnie rozśmieszała tym swoim tonem jak z tragedii i tymi swoimi metodami wychowawczymi opartymi na groźbie śmierci. Jakby każdy akt nakierowany na przetrwanie wystawiał człowieka na niebezpieczeństwo kresu: życie jest niebezpieczne, a cały świat to zasadzka.
Kiedy posiłek się skończył, do stołu podeszli dwaj esesmani, a kobieta po mojej lewej stronie wstała.
– Siadać! Na miejsce!
Kobieta opadła na krzesło, nawet jej nie dotknęli. Jeden z jej warkoczy zwiniętych w kok uwolnił się spod wsuwki i lekko zwisał.
– Nikt wam nie pozwolił wstać. Będziecie siedzieć przy stole, póki nie dostaniecie innego rozkazu. W milczeniu. Jeśli jedzenie było zatrute, trucizna zadziała szybko.
Esesman przyjrzał nam się po kolei, chcąc sprawdzić, jakie wrażenie wywołały jego słowa. Zamarłyśmy. Potem zwrócił się ponownie do kobiety, która wstała; miała na sobie tradycyjny dirndl, może jej zachowanie było spowodowane chęcią okazania szacunku.
– Wystarczy godzina, uspokój się – powiedział do niej. – Za godzinę będziecie wolne.
– Albo martwe – dodał drugi.
Poczułam ucisk w klatce piersiowej. Dziewczyna z trądzikiem ukryła twarz w dłoniach, zduszając szloch.
– Uspokój się – syknęła siedząca obok niej brunetka, ale pozostałe też już płakały niczym syte krokodyle. Może taki był efekt uboczny procesów trawiennych.
– Mogę zapytać, jak się pani nazywa? – powiedziałam cicho.
Dziewczyna z trądzikiem nie zrozumiała, że zwracam się do niej. Wyciągnęłam rękę, chwyciłam ją za nadgarstek, wzdrygnęła się, spojrzała na mnie tępym wzrokiem; zobaczyłam czerwone żyłki na jej twarzy.
– Jak się nazywasz? – powtórzyłam.
Dziewczyna podniosła głowę, patrząc w kąt sali, nie wiedziała, czy wolno jej mówić; strażnicy zajęli się sobą, zbliżało się południe, byli już trochę ospali. Chyba nie zwracali na nas uwagi, bo szepnęła: Leni, Leni Winter, takim tonem, jakby to było pytanie.
– Ja jestem Rosa – odpowiedziałam. – Niedługo wrócimy do domu, Leni. Zobaczysz.
Leni jeszcze nie wyrosła na dobre z wieku dziecięcego, widać to było po jej pulchnych dłoniach; miała twarz dziewczyny, której dotąd nikt nie zaciągnął do stodoły, nawet w pełnym wyczerpania rozprężeniu pod koniec żniw.
W trzydziestym ósmym, po wyjeździe mojego brata Franza, Gregor zabrał mnie do Groß Partsch, żebym poznała jego rodziców. Zobaczysz, zakochają się w tobie, powiedział, dumny z berlińskiej sekretarki, którą zdobył. Sekretarki, która zaręczyła się ze swoim szefem, jak w kinie.
Ależ piękna była ta podróż w koszu motocykla. Kuwschodnimkrainomwiedzienaszszlak, brzmiały słowa pieśni. Nadawali ją przez uliczne megafony, nie tylko dwudziestego kwietnia. Urodziny Hitlera były codziennie.
Po raz pierwszy wsiadłam na prom i jechałam gdzieś sama z mężczyzną. Herta umieściła mnie w pokoju syna, a Gregora wysłała na poddasze. Kiedy jego rodzice poszli spać, on otworzył drzwi i wślizgnął się pod moją kołdrę.
– Nie – wyszeptałam. – Nie tu.
– To chodź do stodoły.
Oczy mi zwilgotniały.
– Nie mogę; co będzie, jak twoja matka się zorientuje?
Nigdy dotąd się nie kochaliśmy. Z nikim wcześniej się nie kochałam.
Gregor delikatnie pogładził moje wargi, wodził palcem po ich obrysie, potem przycisnął silniej, aż dotknął zębów, rozwarł mi usta, zagłębił w nie dwa palce. Czułam ich suchość na języku. Mogłabym go teraz ugryźć. Gregor nawet o tym nie pomyślał. Zawsze mi ufał.
W nocy nie wytrzymałam, sama poszłam na strych i otworzyłam drzwi. Gregor spał. Zbliżyłam wargi do jego pół otwartych ust, chcąc zmieszać nasze oddechy. Obudził się.
– Chciałaś wiedzieć, jak pachnę, kiedy śpię? – Uśmiechnął się do mnie.
Włożyłam mu w usta palec, potem dwa, potem trzy, wpuścił je do środka, czułam wilgoć jego śliny. To była miłość: zęby, które nie gryzą. Lub zgoda na ryzyko zdradliwego ukąszenia, jak u psa, który buntuje się przeciw panu.
Miałam na sobie naszyjnik z czerwonych kamieni, kiedy w podróży powrotnej chwycił mnie za szyję. Zrobiliśmy to nie w stodole jego rodziców, ale w pozbawionej bulaja kabinie promu.
– Muszę wyjść – szepnęła Leni.
Tylko ja to usłyszałam.
Brunetka siedząca obok niej miała mocno zarysowane kości policzkowe, lśniące włosy i coś twardego w spojrzeniu.
– Ćśśś. – Pogładziłam Leni po nadgarstku; tym razem się nie wzdrygnęła. – Jeszcze tylko dwadzieścia minut, już prawie koniec.
– Muszę wyjść – powtórzyła.
Brunetka popatrzyła na nią z ukosa.
– Naprawdę nie możesz usiedzieć cicho? – Szarpnęła ją.
– Co ty wyprawiasz? – prawie krzyknęłam.
Esesmani zwrócili się do mnie.
– Co się dzieje?
Wszystkie kobiety popatrzyły w moją stronę.
– Proszę – powiedziała Leni.
Jeden z esesmanów stanął naprzeciwko mnie. Chwycił dziewczynę za ramię i dobitnie powiedział jej na ucho coś, czego nie dosłyszałam, ale co straszliwie wykrzywiło jej twarz.
– Źle się czuje? – zapytał drugi strażnik.
Kobieta w dirndlu znów zerwała się na równe nogi.
– Trucizna! – krzyknęła.
Również pozostałe wstały z miejsc, a Leni zebrało się na wymioty, esesman w ostatniej chwili odskoczył, gdy zwracała posiłek na podłogę.
Strażnicy wybiegli z pomieszczenia, wezwali kucharza, zaczęli go wypytywać, Führer miał rację, Anglicy chcą go otruć, część kobiet padła sobie w objęcia, inne płakały z twarzami zwróconymi do ściany, brunetka chodziła tam i z powrotem, z rękami na biodrach i głośno, dziwacznie pociągając nosem. Podeszłam do Leni, chwyciłam ją za czoło.
Kobiety trzymały się za brzuchy, ale nie dlatego, żeby je coś bolało. Zaspokoiły głód, a nie były do tego przyzwyczajone.
Trzymali nas w środku przez ponad godzinę. Podłogę wytarto gazetami i mokrą ścierką, w powietrzu pozostała kwaśna woń wymiocin. Leni nie umarła, przestała tylko drżeć. Potem zasnęła z głową na blacie stołu, ściskając mnie za rękę i opierając policzek na ramieniu. Jak mała dziewczynka. Czułam, że zaczyna mnie wiercić w żołądku, ale byłam zbyt zmęczona, żeby się tym przejąć. Gregor zaciągnął się i wysłali go na front.
Nie był nazistą, nigdy nie byliśmy nazistami. Jako nastolatka nie chciałam wstąpić do Związku Niemieckich Dziewcząt, nie podobała mi się czarna chusta pod kołnierzem białej bluzki. Nigdy nie byłam dobrą Niemką.
Czas naszego trawienia dłużył się niemiłosiernie, ale w końcu odwołano alarm, strażnicy obudzili Leni i ustawili nas w kolejce do autobusu, który miał nas zawieźć do domu. Mój żołądek już się nie buntował: zajął się swoją pracą. Moje ciało przyjęło pokarm Führera, pokarm Führera krążył mi we krwi. Hitler był bezpieczny. Ja znów byłam głodna.
2
Tamtego dnia w białych ścianach stołówki zostałam degustatorką posiłków Hitlera.
Była jesień 1943 roku, miałam za sobą dwadzieścia sześć lat życia, pięćdziesiąt godzin podróży i siedemset przejechanych kilometrów. Tydzień wcześniej opuściłam Berlin i dotarłam do Prus Wschodnich, do wsi, w której urodził się Gregor, ale Gregora tam nie było. Przeprowadziłam się do Groß Partsch, żeby uciec przed wojną.
Zjawili się w domu moich teściów poprzedniego dnia, bez zapowiedzi, i oznajmili, szukamy Rosy Sauer. Nie słyszałam ich, bo byłam na podwórzu za domem. Nie słyszałam nawet warkotu silnika samochodu, który zajechał pod gospodarstwo, widziałam tylko uciekające kury, przepychające się w drodze do kurnika.
– Szukają cię – powiedziała Herta.
– Kto?
Odwróciła się bez odpowiedzi. Zawołałam Zarta, nie przyszedł: to był kot światowiec, codziennie rano wychodził na spacer po wsi. Potem poszłam za Hertą, zastanawiając się, kto mnie szuka, przecież nikt mnie tu nie zna, dopiero przyjechałam, o Boże, a może Gregor wrócił?
– Czy mój mąż wrócił? – zapytałam, ale Herta była już w kuchni, stanęła plecami do wejścia, zasłaniała światło. Także Joseph stał pochylony, opierając się dłonią o blat stołu.
– Heil Hitler! – Dwie ciemne sylwetki wyrzuciły prawe ramiona w moją stronę.
Ja również podniosłam rękę, przeszedłszy przez próg. W kuchni było dwóch mężczyzn w szarozielonych mundurach. Ich twarze przesłaniał zastygły cień. Jeden z nich powiedział:
– Rosa Sauer.
Skinęłam głową.
– Führer pani potrzebuje.
Führer nigdy nie widział mnie na oczy, a jednak mnie potrzebował.
Herta wytarła dłonie w fartuch, a esesman mówił dalej, zwracał się do mnie, patrzył tylko na mnie, przyglądał się, by mnie wycenić, rękodzieło o zdrowej i mocnej konstrukcji; oczywiście, głód mnie trochę osłabił, syreny wyjące po nocach zabrały mi sen, utrata wszystkiego i wszystkich zmatowiła spojrzenie. Ale twarz miałam krągłą, włosy gęste i jasne: młoda Aryjka już wytresowana przez wojnę, stuprocentowy produkt narodowy, tak dobry, jak to tylko możliwe, naprawdę świetny interes.
Esesman ruszył do wyjścia.
– Może coś wam podać? – zapytała Herta z karygodnym opóźnieniem.
Wieśniacy nie potrafią przyjmować ważnych ludzi. Joseph się wyprostował.
– Przyjedziemy jutro o ósmej, niech pani będzie gotowa – powiedział drugi esesman, który do tej pory milczał, i ruszył za pierwszym.
Esesmani albo odmówili z grzeczności, albo nie lubili kawy z żołędzi, choć może zostało wino, jedna butelka zachowana w piwnicy na powrót Gregora, w każdym razie nie przyjęli zaproszenia Herty, zresztą, co tu ukrywać, mocno spóźnionego. A może tylko nie chcieli folgować słabościom, hartowali ciało abstynencją, uleganie zachciankom osłabiało, a oni mieli siłę woli. Wrzasnęli Heil Hitler, energicznie wyrzucając ramiona do przodu – wskazywali na mnie.
Kiedy samochód odjechał, podeszłam do okna. Ślady kół na żwirze rysowały ścieżkę prowadzącą do miejsca mojej kaźni. Przeszłam do drugiego okna, do innej izby, zataczając się od ściany do ściany w poszukiwaniu powietrza, jakiejś drogi wyjścia. Herta i Joseph szli za mną. Proszę, dajcie mi pomyśleć. Dajcie mi zaczerpnąć tchu.
Z tego, co powiedzieli esesmani, wynikało, że moje nazwisko podał burmistrz. Taki burmistrz wiejskiej gminy zna każdego, nawet nowo przybyłych.
– Musimy znaleźć jakiś sposób. – Joseph gniótł dłonią brodę, jakby dało się z niej wycisnąć rozwiązanie.
Pracować dla Hitlera, poświęcić za niego swoje życie: czyż nie to robili wszyscy Niemcy? Ale żebym miała zjeść zatrute jedzenie i umrzeć w taki sposób, bez karabinowego wystrzału, bez eksplozji, na to mój teść nie umiał się zgodzić. Śmierć w ukryciu, za kulisami. Śmierć godna myszy, nie bohatera. Kobiety nie umierają jak bohaterowie.
– Muszę wyjechać.
Zbliżyłam twarz do szyby; próbowałam wziąć głęboki oddech, za każdym razem przerywało go kłucie na wysokości obojczyka. Zmieniłam okno. Kłucie w żebrach, płytki oddech.
– Przyjechałam tu, bo szukałam lepszego życia, a tymczasem mogę skończyć otruta. – Roześmiałam się gorzko, z pretensją, jakby to teściowie skierowali do mnie esesmanów.
– Musisz się ukryć – powiedział Joseph. – Gdzieś schować.
– W lesie – zasugerowała Herta.
– W lesie? Żebym umarła z zimna i głodu?
– Będziemy ci przynosić jedzenie.
– Oczywiście – potwierdził Joseph. – Przecież cię nie zostawimy.
– A jak będą mnie szukać?
Herta popatrzyła na męża.
– Myślisz, że będą?
– Dobrze tego nie przyjmą, to pewne… – Joseph nie chciał być do końca szczery.
Byłam dezerterką bez armii, byłam śmieszna.
– Możesz wrócić do Berlina – zasugerował.
– Właśnie, możesz wrócić do domu – zawtórowała mu Herta. – Aż tam nie będą cię ścigać.
– Nie mam już domu w Berlinie, zapomnieliście? Nigdy bym tu nie przyjechała, gdybym nie musiała!
Twarz Herty stężała. W jednej chwili rozbiłam wszystkie pokłady uprzejmości przypisane do naszych ról społecznych, do naszej powierzchownej zaledwie znajomości.
– Przepraszam, nie chciałam…
– Daj spokój – ucięła.
Zachowałam się wobec niej bez szacunku, ale jednocześnie szeroko otwarłam drzwi zaufania między nami. Poczułam, że jest mi bliska, chciałam jej się uchwycić, żeby wzięła mnie do siebie, żeby się mną zaopiekowała.
– A wy? – zapytałam. – Jeśli przyjdą i mnie nie zastaną, to mogą się zemścić na was.
– Damy sobie radę – odpowiedziała Herta i wyszła.
– Co chcesz zrobić? – Joseph przestał znęcać się nad swoją brodą.
Rozwiązania nie było.
Wolałam umrzeć w obcym miejscu niż w swoim mieście, gdzie już nikogo nie miałam.
Drugiego dnia w roli degustatorki obudziłam się o świcie. Kogut zapiał, a żaby nagle przestały rechotać, jakby wszystkie naraz zapadły w sen. Właśnie wtedy poczułam się bezbrzeżnie samotna po źle przespanej nocy. W odbiciu w oknie zobaczyłam sine obwódki wokół oczu i poznałam, że to ja. To nie była wina bezsenności ani wojny, zawsze miałam cienie pod oczami. Moja matka mówiła zamknij te książki, no sama zobacz, jak wyglądasz, mój ojciec mówił czy to nie brak żelaza, panie doktorze, a mój brat pocierał swoim czołem o moje, bo ten jedwabny dotyk go usypiał. W odbiciu w szybie widziałam te same oczy w ciemnych obwódkach, jakie miałam od dziecka, i zrozumiałam, że były zwiastunem mego losu.
Wyszłam poszukać Zarta, który drzemał zwinięty w kłębek przy ogrodzeniu kurnika, jakby czuł się odpowiedzialny za kury. Swoją drogą to nieroztropne zostawiać panie samym sobie – Zart był samcem ze starej szkoły, znał się na tym. A Gregor się zaciągnął: chciał być dobrym Niemcem zamiast dobrym mężem.
Na naszą pierwszą randkę umówił się ze mną w kawiarni niedaleko katedry i przyszedł spóźniony. Usiedliśmy przy stoliku na zewnątrz, mimo jasnego słońca było dość chłodno. Ja zachwycałam się odkrywaniem w ptasim chórze motywów muzycznych, a w ich locie – choreografii wykonywanej specjalnie dla mnie na tę właśnie chwilę, która wreszcie nadeszła i przypominała taką miłość, o jakiej marzyłam jako dziewczynka. Od stada oderwał się ptak; samotny, dumny, lotem nurkowym schodził nad samo lustro wody, muskał skrzydłami Szprewę i wzbijał się w górę – to było tylko spontaniczne pragnienie ucieczki, nieświadomość wyrywająca się ze stadnych zachowań, impulsywny gest upajającej euforii. Ta sama euforia wibrowała w moim ciele. W obecności mojego szefa, młodego inżyniera siedzącego ze mną w kawiarni, czułam, że szczęście dopiero się zaczyna.
Zamówiłam szarlotkę i nawet jej nie skosztowałam. Gregor zwrócił mi na to uwagę: Nie smakuje ci? Zaśmiałam się: Nie wiem. Przesunęłam talerzyk w jego stronę i kiedy zobaczyłam, jak pochłania pierwszy kęs, przeżuwając w pośpiechu, z typową dla niego łapczywością, sama nabrałam ochoty. Wzięłam kawałek, potem drugi; skończyło się na tym, że jedliśmy z jednego talerzyka, gadając o wszystkim i o niczym, nie patrząc na siebie, jakby to był już nadmiar bliskości, aż spotkały się nasze widelczyki. W tym momencie przerwaliśmy i podnieśliśmy głowy. Popatrzyliśmy na siebie przeciągle, ptaki wykonywały akrobacje na niebie albo przysiadały zmęczone na gałęziach, balustradach i latarniach, kto wie, może kierowały dzioby ku rzece, by rzucić się do wody i już więcej nie wypłynąć. Potem Gregor celowo przytrzymał mój widelczyk swoim i poczułam się tak, jakby mnie dotknął.
Herta spóźniła się po jajka: może i ona przez noc nie zmrużyła oka, a rano nie mogła się dobudzić. Siedzę nieruchomo na żelaznym pordzewiałym krześle, Zart zwinął się w kłębek na moich stopach; teściowa usiadła obok mnie, zapomniawszy o śniadaniu.
Zaskrzypiały drzwi.
– Już są? – zapytała Herta.
Joseph, oparty o futrynę, pokręcił głową.
– Jajka – powiedział, wskazując palcem podwórze.
Zart poszedł za nim, nieco zarzucając łapą, zabrakło mi jego ciepła na stopach.
Brzask cofnął się niczym morze podczas odpływu, zostawiając za sobą poranne niebo, blade i bezkrwiste. Kury zaczęły gdakać, ptaki zaświergotały, pszczoły brzęczały do świetlistego dysku wstającego nad nami, ale pisk hamulców uciszył je wszystkie.
– Wstawaj, Rosa Sauer! – usłyszeliśmy wołanie.
Herta i ja zerwałyśmy się na równe nogi, Joseph wrócił z jajkami w ręku. Nie zauważył, że ścisnął je nieco zbyt mocno, jedno z nich pękło mu w garści, między palcami ściekały lepkie, błyszczące strużki zabarwione na pomarańczowo. Nie mogłam oderwać od nich wzroku, za chwilę spłyną z dłoni i bezdźwięcznie wylądują na ziemi.
– Pospiesz się, Rosa Sauer! – poganiali esesmani.
Herta położyła mi rękę na ramieniu, poruszyłam się.
Wolałam poczekać na powrót Gregora. Wierzyć, że wojna się skończy. Wolałam jeść.
Rozejrzałam się szybko po wnętrzu autobusu i zajęłam pierwsze wolne miejsce, daleko od reszty kobiet. Były cztery, dwie siedziały obok siebie, dwie pozostałe osobno. Nie pamiętałam ich imion. Znałam tylko imię Leni, która jeszcze nie wsiadła.
Żadna nie odpowiedziała na powitanie. Patrzyłam na teściów przez szybę zabrudzoną po deszczu. Stali w progu, ona mimo choroby stawów podnosiła rękę, on wciąż trzymał zbite jajko. Patrzyłam na dom – dachówki poczerniałe od mchu, różowy tynk i kwiaty kozłka rosnące kępkami na nagiej ziemi – dopóki nie znikł za zakrętem. Będę na niego patrzeć codziennie rano, jakbym miała nigdy więcej go nie ujrzeć. Aż któregoś dnia przestanę za nim tęsknić.
Kwatera główna pod Rastenburgiem znajdowała się trzy kilometry od Groß Partsch, ukryta w lesie, niewidoczna z powietrza. Kiedy zaczęto ją budować, opowiadał Joseph, okoliczni mieszkańcy pytali, co znaczy ten ciągły ruch wozów i ciężarówek. Sowieckie samoloty nigdy jej nie zlokalizowały. Ale my wiedzieliśmy, że Hitler tam jest, że śpi całkiem niedaleko i może latem wierci się w łóżku, bez powodzenia tłukąc zakłócające mu sen komary; może i on rozdrapuje czerwone ślady po ukłuciach, szarpany przeciwstawnymi pragnieniami, które wywołuje swędzenie: choć nie znosisz archipelagu rumianej wysypki na skórze, jednak jakaś część ciebie nie chce się go pozbyć, bo drapanie przynosi tak wielką przyjemność.
Nazywali ją Wolfsschanze, Wilczy Szaniec. Wilk to był jego samozwańczy przydomek. Naiwna niczym Czerwony Kapturek znalazłam się w jego brzuchu. Tropił go legion myśliwych. Poświęcą moje życie bez wahania, byle tylko go dopaść.
3
Dojechawszy do Krausendorfu, wysiadłyśmy pod budynkiem z czerwonej cegły, w którym kiedyś była szkoła, a teraz mieściły się koszary, i ruszyłyśmy przed siebie zwartym rzędem, jedna za drugą. Przeszłyśmy przez bramę z uległością stada krów, esesmani zatrzymali nas w korytarzu i przeszukali. To było straszne, czuć, jak ich ręce przesuwają się po biodrach i pod pachami, i nie móc zrobić nic więcej, tylko wstrzymać oddech.
Odpowiadałyśmy, wywoływane po nazwisku, a oni odhaczali nas w rejestrze; usłyszałam, że brunetka, która szarpała Leni, nazywa się Elfriede Kuhn.
Kazali nam wchodzić po dwie do pomieszczenia, w którym unosił się zapach alkoholu, pozostałe czekały pod drzwiami na wezwanie. Oparłam łokieć na szkolnej ławce, mężczyzna w białym kitlu przewiązał mi ramię opaską uciskową i dwoma złączonymi palcami postukał po skórze. Pobranie krwi definitywnie potwierdziło nasz status królików doświadczalnych: jeśli to, co się stało dzień wcześniej, stanowiło inaugurację czy próbę generalną, to począwszy od tego momentu, nasze zatrudnienie w charakterze degustatorek nabierało ostatecznej mocy.
Kiedy igła trafiła w żyłę, odwróciłam wzrok. Elfriede siedziała obok mnie, zapatrzona w strzykawkę, która zasysała jej krew, wypełniając się coraz ciemniejszą czerwienią. Nigdy nie potrafiłam patrzeć na własną krew: świadomość, że ten ciemny płyn to coś, co pochodzi z mojego wnętrza, przyprawia mnie o zawroty głowy. A więc patrzyłam na Elfriede, na jej sylwetkę jak kartezjański układ współrzędnych, na jej obojętność. Instynktownie wyczuwałam jej piękno, ale jeszcze go nie widziałam – to było twierdzenie matematyczne, które dopiero czekało na przeprowadzenie dowodu.
Zanim zdałam sobie z tego sprawę, jej profil zmienił się w spoglądającą na mnie surowo twarz. Rozszerzyła nozdrza, jakby brakowało jej powietrza, a ja otwarłam usta, by zaczerpnąć tchu. Nie powiedziałam ani słowa.
– Proszę tu przytrzymać – pouczył mnie mężczyzna w kitlu, przyciskając mi wacik do skóry.
Usłyszałam, jak opaska uciskowa z lekkim trzaśnięciem uwalnia ramię Elfriede i jej zydel szura po podłodze. Ja też wstałam.
Przy stole poczekałam, aż usiądą pozostałe. Większość odruchowo skierowała się do tych samych miejsc co dzień wcześniej; wolne pozostało tylko jedno, naprzeciwko Leni, odtąd było już moje.
Po śniadaniu – mleko i owoce – podano nam obiad. Na moim talerzu leżała zapiekanka ze szparagami. Z czasem przekonam się, że podawanie różnych kombinacji potraw różnym degustatorkom było jedną z procedur kontrolnych.
Rozejrzałam się po stołówce – okna z wprawionymi żelaznymi kratami, wyjście na podwórze nieustannie pilnowane przez strażnika, ściany pozbawione obrazów – tak jak się rozgląda po obcym miejscu. Pamiętam, że pierwszego dnia w szkole, kiedy matka zostawiła mnie w klasie i poszła, zrobiło mi się smutno na myśl, że może mi się stać coś złego, a jej przy mnie nie będzie. Przygnębiał mnie nie tyle zagrażający mi świat, ile niemoc mojej matki. Myśl, że moje życie biegnie dalej, podczas gdy ona nic o nim nie wie, wydawała się nie do przyjęcia. To, co było przed nią ukryte, choć przecież nie celowo, już stanowiło zdradę. W klasie szukałam szczeliny w ścianie, pajęczyny, czegoś, co mogłoby się stać moją własną tajemnicą. Oczy błądziły po pomieszczeniu, które wydawało się olbrzymie: potem dostrzegłam brakujący fragment listwy przypodłogowej i to mnie uspokoiło.
Listwy przypodłogowe w stołówce w Krausendorfie nie miały ubytków. Gregora nie było, ja czułam się samotna. Buciory esesmanów odmierzały rytm posiłku, odliczały czas do naszej potencjalnej śmierci. Jakie pyszne są te szparagi, ale czy trucizna nie jest gorzka? Przełykałam i stawało mi serce.
Elfriede także jadła szparagi i wciąż mnie obserwowała, ja zaś piłam jedną szklankę wody za drugą, żeby rozcieńczyć udrękę. Może to moja sukienka ją interesowała, może teściowa miała rację, że ten deseń w kratę jest nie na miejscu, nie szłam przecież do biura, nie pracowałam już w Berlinie, przestań ubierać się jak miastowa, powiedziała, bo inaczej wszyscy zaczną na ciebie krzywo patrzeć. Elfriede nie patrzyła na mnie krzywo (a może jednak?), ale ja włożyłam moją najwygodniejszą sukienkę, najczęściej noszoną – uniform, jak ją nazywał Gregor. Tę, w której nie musiałam o nic pytać, ani czy dobrze na mnie leży, ani czy przyniesie mi szczęście; była schronieniem, także przed Elfriede, która przyglądała mi się badawczo i nawet nie starała się tego ukryć, wpijała wzrok w deseń sukienki z taką gwałtownością, że aż drżał, z taką gwałtownością, że strzępiły się brzegi ubrania, rozwiązywały się sznurówki moich trzewików na obcasie i opadała fala włosów na głowie, a ja piłam i czułam, jak mój pęcherz się wypełnia.
Obiad się jeszcze nie skończył i nie wiedziałam, czy wolno nam odejść od stołu. Czułam parcie na pęcherz tak jak w piwnicy przy Budengasse, gdzie chroniłyśmy się z matką razem z innymi mieszkańcami domu, kiedy nocą rozbrzmiewały syreny alarmowe. Tu jednak nie było kubła w rogu, a ja nie mogłam już wytrzymać. Zanim zdążyłam pomyśleć, już stałam i pytałam, czy mogę iść do łazienki. Esesmani zgodzili się; kiedy jeden z nich, bardzo wysoki mężczyzna o wielkich stopach, eskortował mnie korytarzem, usłyszałam głos Elfriede: Mnie też się chce.
Kafelki były wytarte, spoiny między nimi poczerniałe. Dwie umywalki i czworo drzwi. Esesman został w korytarzu, weszłyśmy, wślizgnęłam się do jednej z kabin. Nie usłyszałam, by którekolwiek z pozostałych drzwi się zamknęły. Elfriede znikła albo nasłuchiwała. Zawstydził mnie szum mojego moczu płynącego w absolutnej ciszy. Kiedy otwarłam drzwi, ona zablokowała je czubkiem buta. Chwyciła mnie dłonią za ramię, przycisnęła do ściany. Kafelki śmierdziały środkiem odkażającym. Zbliżyła twarz do mojej, zrobiła to niemal ze słodyczą.
– Czego chcesz? – zapytała.
– Ja?
– Dlaczego tak na mnie patrzyłaś przy pobieraniu krwi?
Próbowałam się uwolnić z jej uścisku, ale była silniejsza.
– Radzę ci, żebyś się zajęła swoimi sprawami. Tu, w środku, lepiej, żeby każda zajmowała się sobą.
– Ja po prostu nie mogę patrzeć na swoją krew.
– Ale na cudzą możesz, tak?
Stuk metalu o drewno spłoszył nas obie. Elfriede się cofnęła.
– Co tu wyprawiacie? – zapytał z zewnątrz esesman, potem wszedł do środka. Kafelki były wilgotne i zimne, a może to był mój pot na plecach.
– Zmawiacie się?
Nosił ogromne buty z cholewami, doskonałe do rozgniatania głów wężom.
– Zakręciło mi się w głowie, to pewnie przez pobranie krwi – wymamrotałam, wskazując na czerwony punkcik w zgięciu łokcia, na żyle. – Ona mnie podtrzymała. Już mi lepiej.
Strażnik uprzedził, że jeśli jeszcze raz nakryje nas na takich intymnych zachowaniach, da nam nauczkę. A właściwie to nie, właściwie to skorzysta z okazji, powiedział. I wtedy już nie będzie nas uprzedzał, zarechotał.
Wróciłyśmy do stołówki, wysoki esesman – odtąd nazywałam go Patykiem – za nami, bacząc na każdy nasz krok.
Pomylił się.
Między Elfriede a mną nie było żadnej intymności, tylko strach. Mierzyłyśmy innych i przestrzeń między nami z takim samym nieświadomym przerażeniem jak dziecko dopiero co wydane na świat.
Wieczorem, w łazience domu Sauerów, woń szparagów w mojej urynie przypomniała mi o Elfriede. Prawdopodobnie i ona, siedząc na sedesie, czuła ten sam zapach. A także Hitler w swoim bunkrze. Tego wieczoru uryna Hitlera cuchnęła tak samo jak moja.
4
Urodziłam się 27 grudnia 1917 roku, jedenaście miesięcy przed końcem wielkiej wojny. Spóźniony prezent na Boże Narodzenie. Moja matka mówiła, że Święty Mikołaj zapomniał o mnie, ale potem usłyszał, jak krzyczę w jego sankach, tak opatulona, że zupełnie nie było mnie widać, i choć niechętnie, zawrócił do Berlina: właśnie zaczął ferie i był zły na tę nadprogramową dostawę. Całe szczęście, że się zorientował, mówił mój ojciec, tamtego roku to był jedyny prezent, jaki dostaliśmy.
Ojciec był kolejarzem, matka krawcową. Na podłodze pokoju dziennego walały się zawsze szpulki i różnobarwne nitki. Matka śliniła końcówkę nici, by łatwiej było nawlec ją na igłę, a ja ją naśladowałam. W ukryciu ssałam kawałek nici i obracałam ją na języku, próbując jej konsystencji; potem, kiedy była już miękką grudką, nie mog łam się oprzeć myśli, żeby ją połknąć i sprawdzić, czy mnie nie zabije, kiedy już znajdzie się w środku. Następne minuty spędzałam na wypatrywaniu sygnałów nieuchronnie nadchodzącej śmierci, ale ponieważ wciąż żyłam, szybko puszczałam wszystko w niepamięć. Jednak w nocy przypominałam sobie o tym znowu, przekonana, że właśnie nadeszła moja godzina. Zabawa w śmierć zaczęła się bardzo wcześnie. Nikomu nie pisnęłam o tym słowa.
Wieczorem ojciec słuchał radia, a matka sprzątała nitki rozsiane po podłodze i kładła się do łóżka z egzemplarzem „Deutsche Allgemeine Zeitung”, by przeczytać kolejny odcinek swojej ulubionej powieści. Takie było moje dzieciństwo: zaparowane szyby okien wychodzących na Budengasse, tabliczka mnożenia opanowana przed czasem, droga piechotą do szkoły w najpierw za luźnych, a potem za ciasnych butach, główki mrówek odrywane paznokciem, niedziele, kiedy tato i mama uczestniczyli w liturgii, śledząc jej przebieg w mszalikach, a ja siedziałam z nimi w ławce, czasem zaciekawiona, częściej znudzona, jednofenigowa moneta w ustach – metal był słony, szczypał, przymykałam oczy z rozkoszy, językiem popychałam ją prawie do samego gardła, coraz bliżej granicy przełyku, gotową zsunąć się w dół, i wypluwałam ją w ostatniej chwili. Moje dzieciństwo to były książki pod poduszką, rymowanki śpiewane z tatą, zabawa w ciuciubabkę na podwórzu, drożdżowa strucla na Boże Narodzenie, wycieczki do Tiergarten, a także dzień, w którym podeszłam do kołyski Franza, chwyciłam zębami jego rączkę i mocno ugryzłam. Mój brat zaczął krzyczeć, jak krzyczą noworodki, nikt nie wiedział, co mu zrobiłam.
Moje dzieciństwo było pełne przewinień i sekretów, a mnie zbytnio pochłaniało ich strzeżenie, by zwracać uwagę na innych. Nie zadawałam sobie pytania, gdzie moi rodzice zdobywają mleko, które kosztowało najpierw setki, a potem tysiące marek, czy szturmują sklepy spożywcze, rzucając wyzwanie policji. Nawet wiele lat później nie pytałam, czy oni także czuli się upokorzeni traktatem wersalskim, czy nienawidzili Stanów Zjednoczonych tak jak wszyscy, czy uważali, że niesprawiedliwie uznano ich za winnych wojny, w której walczył mój ojciec – całą noc spędził w okopie razem z jakimś Francuzem i w pewnym momencie zdrzemnął się obok trupa.
W czasie kiedy całe Niemcy były jedną wielką raną, moja matka zwilżała końcówkę nici, przygryzając przy tym wargi – przypominała wtedy z twarzy żółwia, co mnie bardzo śmieszyło – ojciec po pracy słuchał radia, paląc papierosy marki Juno, a Franz drzemał w kołysce ze zgiętym ramieniem, z dłonią przy uchu i palcami zwiniętymi w miękką piąstkę.
A ja w swoim pokoju dokonywałam przeglądu moich przewinień i sekretów i nie czułam najmniejszych wyrzutów sumienia.
5
– Nic z tego nie rozumiem – biadoliła Leni. Siedziałyśmy po kolacji przy sprzątniętym stole, z otwartymi książkami i ołówkami, które przynieśli nam strażnicy. – Tu jest tyle trudnych słów.
– Na przykład?
– Alyma… nie, amyla… czekaj. – Leni sprawdziła w książce. – Amylaza. Albo ten drugi, pepsy… pepsynogen.
Na początku drugiego tygodnia do jadalni wszedł kucharz i rozdał nam książki i broszury na temat żywienia, zachęcając do lektury. Powiedział, że nasze zadanie jest poważne i należy do niego podchodzić w sposób profesjonalny. Przedstawił się jako Otto Günther, ale wiedziałyśmy, że wszyscy tu nazywają go Krümel, Okruszek. Tak mówili o nim esesmani, może dlatego, że był niski i drobny. Kiedy przyjeżdżałyśmy do koszar, on ze swoimi pomocnikami przygotowywał już śniadanie, którego my próbowałyśmy od razu, natomiast Hitler jadł je około dziesiątej, gdy zapoznał się już z raportami z frontu. Około jedenastej jadłyśmy to, co on miał dostać na obiad. Po odczekaniu godziny zabierali nas do domu, ale o piątej po południu znów po nas przyjeżdżali, żebyśmy degustowały kolację.
Tego dnia, kiedy Krümel wydał nam książki, jedna z kobiet przekartkowała swoją i prychnęła, wzruszając ramionami. Jej kanciaste barki były nieproporcjonalnie szerokie w stosunku do szczupłych kostek widocznych pod czarną spódnicą. Miała na imię Augustine. Leni tak zbladła, jakby zapowiedziano jej na jutro niemożliwy do zdania egzamin. Ja natomiast potraktowałam materiały jak coś na osłodę: nie dlatego, bym uważała, że przyda mi się zapamiętywanie zdań opisujących procesy trawienne, ani dlatego, bym chciała zrobić dobre wrażenie. Te schematy i tabele były dla mnie formą rozrywki. Mogłam przypomnieć sobie swoje dawne zamiłowanie do nauki i łudzić się, że nie straciłam samej siebie.
– Za nic w świecie tego nie zrozumiem – powiedziała Leni. – Myślisz, że będą nas z tego odpytywać?
– Że co, że strażnicy siądą za katedrą i będą nam wystawiać stopnie? Daj spokój. – Uśmiechnęłam się do niej.
Leni nie odwzajemniła uśmiechu.
– A lekarz przy następnym pobraniu krwi? Może zada nam z zaskoczenia jakieś podchwytliwe pytanie.
– To by nawet było zabawne.
– Co w tym zabawnego?
– Ja się tak czuję, jakbym grzebała we wnętrznościach Hitlera – powiedziałam z niepojętą wesołością. – Z tego, co tu piszą, da się nawet obliczyć, kiedy mniej więcej rozszerzy mu się mięsień zwieracza.
– To obrzydliwe!
To nie było obrzydliwe, tylko ludzkie. Adolf Hitler był istotą ludzką i trawił.
– Pani profesor skończyła już lekcję? Tak tylko pytam. Bo jak wykład się skończy, to dostaniesz od nas oklaski.
To była Augustine, ubrana na czarno kobieta o kanciastych ramionach. Strażnicy już nie żądali, byśmy były cicho, z woli szefa kuchni stołówka na nowo zaczęła przypominać szkolną klasę, a jego wolę należało uszanować.
– Przepraszam – powiedziałam, spuszczając głowę. – Nie chciałam ci przeszkadzać.
– Tak, tak, wiemy, że jesteś po szkołach w mieście.
– A co ciebie obchodzą jej szkoły? – wtrąciła się Ulla. – Teraz jest tutaj i je tak samo jak my: doskonałe potrawy, porządnie podlane sosem z trucizny. – Roześmiała się do siebie.
Szczupła w talii, z wysokim biustem, Ulla była ślicznot ką, tak ją nazywali esesmani. Wycinała z gazet fotografie aktorek i wklejała je do specjalnego zeszytu, czasem go przeglądała i pokazywała nam: patrzcie na te porcelanowe policzki Anny Ondry, która wyszła za boksera Maxa Schmelinga, na usta Ilse Werner, miękkie i soczyste, kiedy układały się w ciup i gwizdały w radiu refren piosenki SingeinLied wennDumaltraurigbist – bo wystarczyło zaśpiewać piosenkę, by nie czuć się smutnym i samotnym, trzeba to było powiedzieć niemieckim żołnierzom. Jednak ulubioną aktorką Ulli była Zarah Leander z brwiami podobnymi do skrzydeł mewy i zalotnymi loczkami, taka jak w filmie Habanera.
– Dobrze robisz, że się tak elegancko ubierasz do koszar – powiedziała do mnie. Miałam na sobie sukienkę w ciemnobordowym kolorze z kołnierzykiem i bufiastymi rękawami, uszyła mi ją matka. – Jeśli umrzesz, przynajmniej będziesz odpowiednio ubrana. Nie będą cię musieli specjalnie szykować do trumny.
– Dlaczego wciąż mówicie sobie takie straszne rzeczy? – oburzyła się Leni.
Herta miała rację, dziewczynom przeszkadzał mój wygląd. Nie tylko Elfriede, która drugiego dnia wpatrywała się w kratkę mojej sukienki, a teraz czytała, opierając się plecami o ścianę z ołówkiem w ustach przypominającym zgaszonego papierosa. Sprawiała wrażenie, jakby ciążyło jej trwanie w pozycji siedzącej. Jakby zawsze była gotowa, by sobie pójść.
– Podoba ci się ta sukienka?
Ulla się zawahała, a po chwili powiedziała:
– Jest trochę konserwatywna, ale ma niemal paryski krój. No i na pewno lepsza ona niż ten dirndl, w który chciałaby nas wcisnąć Frau Goebbels – ściszyła głos – i w którym chodzi ona – dodała, wskazując oczami moją sąsiadkę przy stole, tę, która pierwszego dnia samowolnie wstała po obiedzie. Gertrude jej nie usłyszała.
– Co za banialuki! – Augustine uderzyła otwartymi dłońmi o blat stołu, jakby chciała się lepiej odbić, wstała i odeszła.
Nie wiedziała, jak zakończyć to gburowate wystąpienie, i przyszło jej na myśl, by dołączyć do Elfriede. Ona jednak nie odrywała oczu od podręcznika.
– No więc podoba ci się czy nie? – powtórzyłam.
Z wysiłkiem, jakby wiele ją to kosztowało, Ulla przyznała:
– Tak.
– Dobrze, w takim razie ci ją podaruję.
Cichy stuk sprawił, że podniosłam głowę. Elfriede zamk nęła książkę i założyła ręce na piersi; ołówek wciąż miała w ustach.
– I co zrobisz? Rozbierzesz się przed wszystkimi jak Święty Franciszek i dasz jej sukienkę? – Augustine skrzywiła się szyderczo, szukając wsparcia u Elfriede.
Ta pozostała niewzruszona.
Zwróciłam się do Ulli.
– Przyniosę ci ją jutro, jeśli chcesz. Albo raczej kiedy ją wypiorę.
W sali rozległ się szmer. Elfriede odeszła od ściany i usiadła naprzeciwko mnie. Z trzaskiem rzuciła podręcznik na stół, oparła na nim dłonie: palce bębniły o okładkę, kiedy Elfriede przewiercała mnie wzrokiem. Augustine dołączyła do niej, przekonana, że zaraz padnie wyrok w mojej sprawie, jednak Elfriede milczała, jej palce znieruchomiały.
– Przyjeżdża z Berlina, żeby nam dawać jałmużnę – jątrzyła Augustine. – Lekcje biologii i chrześcijańskiej miłości. Naprawdę chce nam pokazać, że jest od nas lepsza.
– Chcę ją – powiedziała Ulla.
– Będzie twoja – potwierdziłam.
Augustine mlasnęła. Później odkryję, że zawsze tak robi ła, kiedy chciała wyrazić dezaprobatę.
– Co u diabła…
– Ustawić się w rzędzie! – rozkazał nagle jeden ze strażników. – Godzina minęła.
Dziewczyny wstały w pośpiechu. Teatrzyk odegrany przez Augustine wciągnął je, ale pragnienie wyjścia ze stołówki było silniejsze; także dzisiaj wracały do domów całe i zdrowe.
Kiedy zajmowałam swoje miejsce w rzędzie, Ulla musnęła mój łokieć.
– Dziękuję – szepnęła i szybko mnie wyprzedziła.
Elfriede stała za mną.
– To nie jest szkoła dla panien w Berlinie. To są koszary – syknęła.
– Zajmij się swoimi sprawami – odezwałam się ku własnemu zaskoczeniu. – Sama mnie tego uczyłaś, nie? – Brzmiało to bardziej jak wytłumaczenie niż prowokacja.
Pragnęłam być miła dla Elfriede, nie chciałam jej drażnić, choć nie wiedziałam dlaczego.
– W każdym razie – odpowiedziała – młoda ma rację: w tych książkach nie ma nic zabawnego. Chyba że lubisz wiedzieć, jakie symptomy wywołują różne rodzaje trucizny. Sprawia ci przyjemność przygotowywanie się do śmierci?
Szłam dalej, milcząc.
Tego wieczoru uprałam bordową sukienkę dla Ulli. Oddanie jej w prezencie nie było ani żadnym wielkodusznym aktem, ani próbą zaskarbienia sobie przychylności mojej towarzyszki. To miał być gest pożegnania ze stolicą. Akt rezygnacji.
Trzy dni później wręczyłam Ulli sukienkę, suchą i wyprasowaną, opakowaną w gazetowy papier. Nigdy nie zobaczyłam, by włożyła ją do stołówki.
Herta zdjęła ze mnie miarę i zrobiła poprawki w części swoich ubrań, żebym mogła je nosić, zwężając je w biodrach i skracając nieco na moje usilne prośby: taka jest moda, tłumaczyłam. Berlińska moda, odpowiadała ze szpilkami w ustach zupełnie jak moja matka, lecz ani jedna nitka nie leżała na podłodze jej wiejskiego domu.
Powiesiłam sukienkę w kratę razem z całą swoją garderobą urzędniczki w szafie, która należała do Gregora. Buty sobie zostawiłam. Gdzie idziesz na tych obcasach, upominała mnie Herta, ale tylko w nich rozpoznawałam swoje kroki, choć tak niepewne się stały. W najbardziej mgliste poranki zdarzało mi się niemal ze złością chwytać wieszak na ubrania, nie było żadnego powodu, bym miała się upodabniać do reszty degustatorek, nie miałam z nimi nic wspólnego, dlaczego tak mi zależało na ich akceptacji?
Potem w lustrze widziałam swoje podkrążone oczy i złość zamieniała się w przygnębienie. Odkładałam sukienkę w kratę do szafy, zamykałam jedno skrzydło drzwi. Te obwódki wokół oczu były ostrzeżeniem, a ja nie umiałam odczytać go na czas, żeby uprzedzić los, by zagrodzić mu drogę. Pojęłam, że nie ma już miejsca dla dziewczynki śpiewającej w szkolnym chórze, jeżdżącej z koleżankami na łyżwach w mroźne popołudnia i dającej im odpisywać zadania z geometrii. Nie było już sekretarki, która zawróciła w głowie swojemu szefowi – była kobieta, której wojna nieoczekiwanie dodała lat, bo tak zapisano w jej krwi.
Tamtej nocy w marcu czterdziestego trzeciego, kiedy mój los został przestawiony na inny tor, syrena odezwała się swoim zwykłym głosem: najpierw cichy jęk, a po chwili regularne zawodzenie, akurat tyle czasu, ile wystarczyło, by matka zerwała się z łóżka.
– Wstawaj, Rosa! – zawołała. – Nalot.
Od śmierci ojca spałam na jego miejscu, żeby być blisko niej. Byłyśmy dorosłymi kobietami, obie znałyśmy codzienność małżeńskiego łoża i obie ją utraciłyśmy, podobieństwo zapachu naszych ciał pod kołdrą miało w sobie coś nieprzyzwoitego. Ale chciałam jej towarzyszyć, kiedy budziła się ze snu, nawet jeśli nie zawyła syrena. A może bałam się spać sama? Dlatego po wyjeździe Gregora wyprowadziłam się z mieszkania, które wynajmowaliśmy przy Altemesseweg, i przeniosłam się do rodziców. Dopiero uczyłam się być żoną, a już na powrót musiałam stać się córką.
– Pospiesz się – powiedziała matka, widząc, jak szukam jakiegoś ubrania. Sama zarzuciła płaszcz na koszulę nocną i wzuła pantofle.
Alarm nie różnił się od poprzednich: długie kwilenie, które narastało, jakby miało trwać wiecznie, ale około dziesiątej sekundy cichło. I od nowa.
Jak dotąd wszystkie alarmy okazywały się fałszywe. Za każdym razem zbiegałyśmy po schodach z zapalonymi latarkami, choć obowiązywało zaciemnienie. W ciemności mogłybyśmy się potknąć, stratować innych mieszkańców, tak jak my spieszących do piwnicy z dziećmi na rękach, z kocami i manierkami z wodą. Albo z pustymi rękami i przerażeniem w oczach. Za każdym razem znajdowałyśmy dla siebie trochę miejsca i siadałyśmy na ziemi w świetle gołej żarówki dyndającej pod sufitem. Podłoga była zimna, ludzie stłoczeni, wilgoć przenikała do szpiku kości.
My, zamieszkali przy Budengasse 78, ściśnięci obok siebie płakaliśmy i modliliśmy się, i wzywaliśmy pomocy, sika liśmy do wiadra na oczach innych albo wstrzymywaliśmy mocz mimo parcia na pęcherz; jakiś dzieciak ugryzł kęs jabłka, drugi mu je zabrał i pożarł tyle, ile zdążył, zanim wraz z plaśnięciem w policzek zostało mu odebrane; byliśmy głodni i siedzieliśmy w ciszy albo spaliśmy, a rano wychodziliśmy ze zmiętymi twarzami.
Wkrótce obietnica nowego dnia spłynie na błękitny tynk okazałej kamienicy na przedmieściach Berlina i roziskrzy się światłem. Jednak my, schronieni w tym budynku, nie zauważymy tego światła i w żadnym wypadku mu nie uwierzymy. Tamtej nocy, zbiegając po schodach i trzymając matkę pod ramię, zastanawiałam się, w jakiej tonacji wyje syrena przeciwlotnicza. Jako dziewczynka śpiewałam w szkolnym chórze, nauczycielka chwaliła mnie za czystość intonacji i barwę głosu, ale nigdy nie uczyłam się muzyki i nie potrafiłam rozróżniać nut. Jednak kiedy zajmowałam miejsce obok Frau Reinach w brązowej chustce na głowie, kiedy patrzyłam na ciemne buty Frau Preiß zdeformowane przez haluksy, na włosy wyrastające z uszu Herr Hollera i dwa maleńkie siekacze Antona, syna Schmidtów, kiedy oddech mojej matki, szepczącej mi, zmarzłaś, przykryj się, stawał się jedynym zapachem, którego mogłam się uchwycić, zarazem obscenicznym i dobrze znanym, nie obchodziło mnie nic innego, tylko to, jakiej wysokości tonu odpowiada przeciągłe wycie syreny.
Ryk bombowców w jednej chwili uciął wszystkie myśli. Matka ścisnęła mnie za rękę, jej paznokcie wbiły mi się w skórę. Mała Pauline zerwała się na nogi. Anne Langhans, jej matka, próbowała przyciągnąć ją do siebie, ale dziewczynka wywinęła jej się z uporem trzylatki. Patrzyła w górę, odrzucając głowę w tył i obracając ją, jakby szukała źródła tego dźwięku, jakby śledziła trajektorię lotu maszyny.
Potem sufit zadrżał. Pauline upadła na ziemię, a ziemia zafalowała, ostry gwizd zagłuszył wszystkie inne dźwięki, nasze krzyki i jej płacz. Żarówka zgasła. Grzmot wypełnił piwnicę, wygiął jej ściany, podmuch powietrza rzucał nas z jednej strony na drugą. W dręczącym huku eksplozji nasze ciała zderzały się, owijały o siebie nawzajem, ześlizgiwały i odpływały gdzieś dalej, a ściany kaszlały tynkiem.
Kiedy bombardowanie ustało, szlochy i krzyki docierały do uszkodzonych bębenków usznych jak z oddali. Ktoś pchnął drzwi piwnicy: były zablokowane, kobiety krzyczały, nieliczni mężczyźni zaczęli kopać w drzwi, aż w końcu udało się je otworzyć.
Byliśmy głusi i ślepi, pył zniekształcił nam rysy, staliśmy się obcy nawet dla rodziców. Szukaliśmy ich, powtarzając mamo, tato, niezdolni wydusić z siebie jakiekolwiek inne słowa. Ja widziałam tylko dym. Potem dostrzegłam Pauline: krew płynęła jej ze skroni. Oderwałam zębami brzeg swojej spódnicy i przyłożyłam do rany, obwiązałam głowę dziewczynki kawałkiem materiału, szukałam jej matki, szukałam swojej, nie poznawałam nikogo.
Słońce wzeszło, kiedy już wyciągnięto wszystkich z piwnicy. Nasza kamienica nie została zrównana z ziemią, jednak w dachu ziała ogromna dziura i nie było ściany frontowej. Na ulicy leżeli ranni i zabici. Oparci o mur ludzie próbowali oddychać, ale w gardłach paliło od pyłu, zatkane nosy nie przepuszczały powietrza. Frau Reinach zgubiła chustkę, jej włosy były skrzepami tynku rosnącymi na głowie jak czyraki. Herr Holler utykał. Pauline przestała krwawić. Ja byłam cała i nic mnie nie bolało. Moja matka nie żyła.
6
– Oddałabym życie za Führera – powiedziała Gertrude, przymykając oczy dla podkreślenia solenności tego wyznania.
Jej siostra Sabine pokiwała głową. Miała cofnięty podbródek i przez to nie wiedziałam, czy jest od niej starsza, czy młodsza. Stół w jadalni był uprzątnięty, zostało pół godziny do wyjścia. Na tle ołowianego nieba ujętego w ramie okna odcinała się sylwetka innej degustatorki, Theodory.
– Ja także oddałabym za niego życie – potwierdziła Sabine. – Jest dla mnie jak starszy brat. Jak ten brat, którego już nie mamy, Gerti.
– Ja tam wolałabym go mieć za męża – rzuciła prowokacyjnie Theodora.
Sabine zmarszczyła brwi, uznawszy najwyraźniej, że takie słowa stanowią brak szacunku dla Führera.
Zadrżała futryna: to Augustine się o nią oparła.
– Weźcie go sobie i trzymajcie – powiedziała. – Tego waszego Wielkiego Pocieszyciela. To on posyła na rzeź waszych braci, ojców i mężów. Jak zginą, zawsze możecie udawać, że to on jest waszym bratem, co? Albo sobie marzyć, że za niego wyjdziecie. – Otarła palcami białą ślinę z kącików ust. – Jesteście śmieszne.
– Módl się, żeby nikt cię nie usłyszał! – oburzyła się Gert rude. – A może chcesz, żebym wezwała esesmanów?
– Gdyby to było możliwe – powiedziała Theodora – Führer uniknąłby wojny. Ale nie mógł zrobić nic innego.
– Przepraszam, wy nie jesteście śmieszne. Jesteście nawiedzone.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że od tamtej chwili „nawiedzone” stanie się epitetem określającym Gertrude i jej grupę. Ukuła go Augustine, pieniąc się ze złości. Jej mąż zginął na froncie, dlatego zawsze ubierała się na czarno, dowiedziałam się tego od Leni.
Kobiety wychowały się w tej samej wsi, rówieśnice chodziły razem do szkoły; znały się wszystkie, przynajmniej z widzenia. Z wyjątkiem Elfriede. Ona nie pochodziła z Groß Partsch ani z okolic i Leni powiedziała mi, że nie spotkała jej nigdy wcześniej. Tak więc Elfriede była tu obca, ale nikt jej z tego powodu nie dokuczał. Augustine nie ośmielała się jej niepokoić, za to wyżywała się na mnie, i to raczej nie dlatego, że pochodziłam ze stolicy, ale dlatego, że widziała moje pragnienie asymilacji – stawałam się przez to łatwym celem. Żadna z nas nie pytała Elfriede, skąd pochodzi, a ona nic o tym nie mówiła. Jej dystans wzbudzał respekt.
Zastanawiałam się, czy Elfriede tak samo jak ja uciekła na wieś w poszukiwaniu spokoju i tak samo jak ja została natychmiast zrekrutowana. Na jakiej podstawie dokonywano wyboru? Kiedy pierwszy raz wsiadałam do autobusu, oczeki wałam, że znajdę się w mateczniku żarliwych nazistek, pełnym pieśni i flag w łopocie. Szybko jednak zrozumiałam, że kryterium wyboru nie była wiara w partię, wyjąwszy może przypadek Nawiedzonych. Czy wybrano najbiedniejsze, najbardziej potrzebujące wsparcia? Te, które miały więcej dzieci do nakarmienia? Kobiety wciąż mówiły o swoich dzieciach, z wyjątkiem Leni i Ulli, które były najmłodsze, no i Elfriede. Nie miały ich tak samo, jak ja ich nie miałam. Ale one nie nosiły obrączki, ja zaś od czterech lat byłam mężatką.
Gdy tylko stanęłam w progu, Herta poprosiła mnie, bym pomogła jej poskładać prześcieradła. Nawet się ze mną nie przywitała: wydawała się zniecierpliwiona, jakby godzinami czekała, by się wreszcie zająć suchym praniem, i teraz, gdy już wróciłam, nie zamierzała dać mi ani minuty wytchnienia.
– Weź kosz, proszę.
Zazwyczaj pytała mnie o pracę, mówiła idź odpocząć, połóż się na chwilę, albo parzyła mi herbatę. Jej opryskliwość sprawiła mi przykrość.
Zaniosłam kosz do kuchni, postawiłam go na stole.
– Pospieszmy się – powiedziała Herta.
Trochę niezdarnie, zmieszana jej ponaglaniem, zaczęłam ostrożnie ciągnąć za rąbek zwiniętego płótna, by wydostać je ze środka, nie zrzucając przy tym kosza na podłogę. Szarpnęłam po raz ostatni, by całkiem wyciągnąć prześcieradło, a wtedy wzbił się w powietrze i zawirował w górze biały prostokącik. Przypominał chusteczkę: zaraz opadnie na ziemię i teściowa będzie zła. Dopiero w chwili, w której dotknęła podłogi, uświadomiłam sobie, że to nie jest chusteczka, tylko list. Spojrzałam na Hertę.
– Udało ci się! – roześmiała się. – Już myślałam, że go nie znajdziesz!
Roześmiałam się i ja, z zaskoczenia, z wdzięczności.
– Co, nie weźmiesz go?
Kiedy się schylałam, szepnęła:
– Jeśli chcesz, idź gdzieś spokojnie go przeczytać. Ale potem wracaj szybko i powiedz mi, jak się ma mój syn.
Kochanamoja,
nareszcie mogę Ci odpisać. Jechaliśmy długo, śpiąc w autobusach, przez tydzień nie ściągaliśmy mundurów. Im bardziej zagłębiam się w ulice i wsie tegokraju,tymwyraźniejwidzę,żewszędzietutajpanuje straszliwa bieda. Ludzie są wynędzniali, domy przypominająstarebudy,toniemanicwspólnego z zachwalanym przez bolszewików rajem ludzi pracy… Dojechaliśmy: niżej znajdziesz nowy adres, na którymożeszsłaćdomnielisty.Dziękuję,żetakczęsto do mnie piszesz, i wybacz, że ja piszę mniej niżTy, ale na koniec dnia jestem całkiem wyczerpany. Wczoraj spędziłem przedpołudnie na odśnieżaniu okopów, nocą przez cztery godziny stałem na warcie (pod mundurem miałem dwa swetry), a przez ten czas okop na nowo wypełniał się śniegiem.
Kiedypotymwszystkimpadłemnasiennik,śniłem o Tobie. Spałaś w naszym mieszkaniu przy Altemesseweg.Toznaczywiedziałem,żetonaszemieszkanie, choć pokój wyglądał inaczej. Dziwne było to, że na dywanieleżałpiesw typieowczarkai spał.Niezastanawiałem się, co robi pies w naszym domu, czy jest Twój, wiedziałem tylko, że muszę być cicho, żeby go nie obudzić, bo jest niebezpieczny. Chciałem położyć się obok Ciebie, zbliżałem się bardzo powoli, by nie zaniepokoić psa, ale on się obudził i zaczął warczeć. Ty nic nie słyszałaś, spałaś, a ja Cię wołałem, bałem się,żepiesCiępogryzie.W pewnymmomenciegłoś no zaszczekał, skoczył – i wtedy się obudziłem. Jeszcze długo potem miałem zły humor. Może to wszystko dlatego, że martwiłem się o Ciebie. Teraz, gdy już jesteś w Groß Partsch, jestem spokojniejszy, moi rodzice się o Ciebie zatroszczą.
Myśl,żejesteśsamaw Berliniepotym,cosięwydarzyło, bardzo mnie dręczyła. Wspominałem naszą kłótnię trzy lata temu, kiedy postanowiłem się zaciągnąć.Mówiłemci,żeniemożnabyćegoistą i tchórzem, że obrona kraju jest sprawą życia i śmierci.Pamiętałem,jakbyłopowojnie,tejpoprzedniej. Ty nie, byłaś za mała, ale ja pamiętałem tamtą biedę.Nasznaródbyłnaiwnyi pozwoliłsięupokorzyć. Przyszedł moment, żeby stwardnieć. Musiałem mieć w tymudział,nawetjeślitooznaczałooddalenieod Ciebie. Jednak dziś już nie wiem, co myśleć.
Następne zdania zostały zamazane: niepokoiły mnie te linie wykreślające słowa w taki sposób, by nie dało się ich odczytać. Na próżno starałam się czegoś przez nie dopatrzyć. „Jednak dziś już nie wiem, co myśleć”, napisał Gregor. Zazwyczaj unikał pisania tak kompromitujących rzeczy, obawiał się, że poczta zostanie otwarta i ocenzurowana; jego listy były krótkie, tak krótkie, że czasem wydawały mi się chłodne. To musiała być wina tego snu, że nie potrafił się powstrzymać, a potem już nie miał innego wyjścia, jak tylko gwałtownie zamazać to, co napisał. W niektórych miejscach papier był aż podziurawiony.
Gregorowi nigdy się nic nie śniło, tak twierdził, i stroił sobie żarty z powagi, z jaką traktowałam swoje sny, tak jakby miały moc objawień. Cierpiał z mojego powodu, dlatego napisał tak melancholijny list. Przemknęło mi przez myśl, że front odda mi innego mężczyznę, i zapytałam sama siebie, czy będę potrafiła go znieść. Siedziałam zamknięta w pokoju, w którym on spał jako chłopiec, ale nie znałam jego dziecięcych snów, a otoczenie przedmiotów, które do niego należały, nie wystarczyło, bym poczuła jego bliskość. Nie tak jak w naszym wynajętym berlińskim mieszkaniu, gdzie zasypiał na boku, wyciągając rękę, by złapać mnie za nadgarstek. Przerzucałam kartki książki jedną ręką – zawsze długo czytałam w łóżku – by nie uwalniać drugiej z jego uścisku. Czasami wzdrygał się we śnie, palce mechanicznie ściskały mój nadgarstek, potem zwalniały chwyt. Kogo trzymał się teraz?
Którejś nocy poczułam, że zesztywniała mi ręka, chciałam zmienić pozycję. Powoli, starając się go nie obudzić, uwolniłam się z jego dłoni. Zobaczyłam, że jego palce zamykają się jak obcęgi na niczym, łapią pustkę. Miłość ścisnęła mi gardło.
Totakiedziwne,wiedzieć,żejesteśu moichrodziców bezemnie.Niewzruszamsięłatwo,a jednakterazzdarza mi się to, kiedy pomyślę o Tobie, jak chodzisz po pokojach, dotykasz starych mebli, tych samych od zawsze, smażysz z moją matką powidła (dziękuję, że mi je wysłałaś, ucałuj ją ode mnie i pozdrów tatę).
Muszę kończyć, jutro o piątej pobudka. Cały czas grają organy Stalina, oni na to mówią Katiusze, ale już się do tego przyzwyczailiśmy. Wiesz co, Roso? Przetrwaniejestwynikiemprzypadku.Aleniebójsię: nauczyłem się już rozpoznawać po świście pocisków, czy padną daleko, czy blisko. Poza tym jest taki przesąd,którypoznałemw Rosji:pókitwojakobietajestci wierna,żołnierzu,pótyniezostanieszzabity.Niepozostaje mi więc nic innego, jak liczyć na Ciebie!
Napisałemażtyle,żebyCiwynagrodzićmojedługiemilczenie,niemożesz narzekać. Bardzo jestem ciekawy, jak wygląda Twój dzień. Po prostu nie potrafię sobie wyobrazić, jak ktoś taki jak Ty odnajduje się na wsi. W końcu się przyzwyczaisz, spodoba Ci się, zobaczysz. Opowiedz mi też o swojej pracy, bardzo Cię proszę. Powiedziałaś, że mi to wyjaśnisz, jak się spotkamy, że lepiej nie pisać o tym w liście. Mam się niepokoić?
Na koniec zostawiłem niespodziankę: na Boże Narodzenie dostałem przepustkę, przyjadę na jakieś dziesięć dni. Będziemy świętować razem, po raz pierwszy w miejscu, w którym się wychowałem, i nie mogę się już doczekać chwili, kiedy Cię pocałuję.
Zerwałam się z łóżka. Przeczytałam raz jeszcze: nie pomyliłam się, on to naprawdę napisał. Gregor przyjedzie do Groß Partsch!
CodzienniepatrzęnaTwojąfotografię.Noszęjąw kieszeni, więc jest coraz bardziej postrzępiona. Zrobiłosięnaniejzagięcie,któreprzecinaCipoliczek,jakjakaś zmarszczka. Kiedy przyjadę, daj mi nową, bo na tej wyglądasz starzej niż w rzeczywistości. Ale wiesz co? Jesteś piękna nawet jako staruszka.
Gregor
– Proszę mamy! – Wybiegłam z pokoju, powiewając listem, podałam go teściowej. – Niech mama czyta tutaj! – Wskazałam fragment, w którym Gregor wspomina o przepustce. Tylko ten, reszta dotyczyła mnie i mojego męża.
– Przyjedzie na święta – powiedziała, nie dowierzając. Nie mogła się doczekać, aż wróci Joseph, by podzielić się z nim wspaniałą wiadomością.
Niepokój, który czułam jeszcze kilka chwil wcześniej, znikł, szczęście zalewało wszystkie inne uczucia. Ja się o niego zatroszczę. Znów będziemy spali razem, obejmę go tak mocno, że nie będzie się bał niczego.
7
Siedzieliśmy przy piecu i snuliśmy plany na przyjazd Gregora.
Joseph postanowił, że zabije koguta na bożonarodzeniowy obiad, a ja zastanawiałam się, czy i tego dnia będę musiała jeść w stołówce. Czym się zajmie Gregor, kiedy ja będę w koszarach? Ma rodziców, zostanie z nimi. Zazdrościłam tego czasu, który teściowie spędzą z nim beze mnie.
– Może będzie mógł pojechać do Krausendorfu, w końcu jest żołnierzem Wehrmachtu.
– Nie – odpowiedział teść. – SS go nie wpuści.
Jak to często bywało, skończyło się na opowieściach o dzieciństwie Gregora. Teściowa mówiła, że aż do szesnastego roku życia był dość korpulentnym chłopakiem.
– Miał czerwone policzki, nawet kiedy nie biegał, wyglądał zawsze tak, jakby się czegoś napił.
– A raz rzeczywiście się upił – dodał Joseph.
– Tak było! – zawołała Herta. – Jakie ty rzeczy mi przypominasz… Posłuchaj, Roso, to jest dobre. Miał może siedem lat, nie więcej. Było lato, wróciliśmy właśnie z pola i zobaczyliśmy, że cały zadowolony leży na kufrze, właśnie na tym. – Wskazała drewnianą skrzynię pod ścianą. – Mamusiu, powiedział, jaki dobry jest ten sok, który zrobiłaś.
– Na stole stała otwarta butelka wina – wyjaśnił Joseph – opróżniona prawie do połowy. Zapytałem go: dlaczego to wypiłeś, na Boga? A on: bo bardzo chciało mi się pić. – Roześmiał się.
Także Herta śmiała się do łez. Patrzyłam, jak jej wykrzywione artretyzmem dłonie ocierają oczy, i myślałam o tych wszystkich porankach, kiedy to one gładziły Gregora na dzień dobry i odgarniały mu włosy z czoła przy śniadaniu, o tych wszystkich wieczorach, kiedy docierały z mydłem i wodą do wszystkich zakamarków jego ciała po tym, jak wymęczony i utytłany, z procą wystającą z kieszeni krótkich spodni, wracał z zabawy w wojnę na brzegu mokradeł. O tych wszystkich chwilach, kiedy wymierzała mu klapsa, a potem, siedząc w swoim pokoju, dałaby sobie uciąć rękę, która była powodem skandalu: skandalu uderzenia kogoś, kto kiedyś był tobą, a teraz jest osobną ludzką istotą.
– A potem nagle urósł – powiedział Joseph. – Zrobił się długi jak tyczka przez jedną noc, nawet nie musiał wstawiać nóg do wody.
Wyobraziłam sobie Gregora jako roślinę, wysoką topolę podobną do tych, które rosły po obu stronach drogi do Krausendorfu – długi i prosty pień, jasna kora usiana przetchlinkami – i poczułam ogromne pragnienie, by się do niego przytulić.
Zaczęłam liczyć dni, wykreślając je w kalendarzu, każdy krzyżyk odrobinę skracał oczekiwanie. By jakoś wypełnić ten czas, zmusiłam się do robienia serii rutynowych czynności.
Popołudniami, zanim ponownie wsiadłam do autobusu, razem z Hertą chodziłam po wodę do studni, a potem karmiłam kury. Rozsypywałam ziarno w kurniku, a kury zbiegały się, by je wyjadać nerwowymi dziobnięciami. Zawsze znajdowała się jedna, która nie potrafiła dostać się do paszy wraz z innymi i kręciła głową na wszystkie strony, nie wiedząc, co ma robić, a może niepokojąc się, że dla niej nie starczy. Jej mała sucha czaszka robiła na mnie silne wrażenie. Kura gdakała i przestępowała na łapach, szukając miejsca dla siebie, aż w końcu wciskała się między dwie towarzyszki z taką siłą, że jedną wypychała na zewnątrz. I wszystko zaczynało się od nowa. Jedzenia starczało dla wszystkich kur, ale one nigdy w to nie wierzyły.
Patrzyłam, jak ptak kokosi się w gnieździe, by złożyć jajko, zahipnotyzowana rozedrganym dziobem, długą szyją skłaniającą się to w jedną, to w drugą stronę, szybkimi nerwowymi ruchami. Ta szyja sprawiała wrażenie, że rozpęknie się w jednej chwili, gdy kura rozdziawiała dziób, wytrzeszczała szmaragdowe oczy i wydawała z siebie zdławiony zaśpiew. Zastanawiałam się, czy jęczy z bólu, czy także nad nią wisi odwieczna kara bolesnego porodu i za jaki grzech musi pokutować. A może przeciwnie, może to było wołanie triumfu: kura codziennie była świadkiem własnego cudu, którego ja dotąd nie doświadczyłam.
Któregoś razu zastałam najmłodszą z kur, jak dziobie jajko, które właśnie zniosła, chciałam ją nastraszyć, odsunąć kopnięciem, ale nie byłam dość szybka, już je zjadła.
– Zjadła własne dziecko – powiedziałam z przejęciem do Herty.
Teściowa mi wyjaśniła, że to się zdarza: kura niechcący tłucze jajko i instynktownie próbuje, co się znajduje w środku. A ponieważ jest smaczne, to je zjada.
W stołówce Sabine mówiła kiedyś Gertrude i Theodorze, że jej synek przestraszył się, słysząc głos Hitlera w radiu. Zaczął mu drżeć podbródek i się rozpłakał. To przecież nasz Führer, powiedziała mu matka, czemu płaczesz? Führer bardzo lubi dzieci, skomentowała Theodora.
Niemcy kochali dzieci. Kury zjadały własne potomstwo. Nigdy nie byłam dobrą Niemką i czasami przerażały mnie kury, żywe istoty.
Jednej niedzieli poszłam z teściem do lasu po drewno. Wiatr wygwizdywał wśród drzew swoją symfonię. Załadowaliśmy pniaki i gałęzie na wózek i przewieźliśmy je do stodoły, która kiedyś służyła do przechowywania paszy dla zwierząt. Dziadkowie Gregora uprawiali ziemię i hodowali krowy, tak samo jak pradziadkowie. W pewnym momencie mój teść sprzedał wszystko, by opłacić studia Gregora, i znalazł pracę jako ogrodnik w posiadłości von Mildernhagenów. Dlaczego to zrobiłeś, zapytał go syn. Jesteśmy już starzy, odpowiedział on, nie potrzeba nam wiele. Gregor nie miał rodzeństwa: jego matka urodziła jeszcze dwoje dzieci, ale wcześnie umarły, nawet ich nie poznał. Przyszedł na świat nieplanowany, kiedy rodzice już pogodzili się z tym, że zestarzeją się bezpotomnie.
W dniu, kiedy powiedział, że chce jechać do Berlina na studia, jego ojciec był rozczarowany. Nie dość, że ten ich syn, którego otrzymali, gdy stracili już nadzieję, wyrósł nagle, przez jedną noc, to teraz wbił sobie do głowy, że ich opuści.
– Kłóciliśmy się – wyznał mi Joseph. – Nie rozumiałem go, złościłem się, przysiągłem mu, że nie wyjedzie, że mu nie pozwolę.
– I co było dalej? – spytałam. Gregor nigdy mi o tym nie opowiadał. – Chyba nie uciekł z domu?
– Tego by nigdy nie zrobił. – Joseph zatrzymał wózek. Na jego twarzy pojawił się grymas; teść rozmasował sobie plecy.
– Źle się tata czuje? Może ja będę pchać wózek?
– Jestem stary – odparł – ale nie aż tak! – Ruszył dalej. – Przyszedł z nami porozmawiać jeden profesor z jego liceum. Usiadł przy stole ze mną i Hertą i powiedział, że Gregor jest bardzo zdolny, że zasłużył sobie na dalszą naukę. Rozwścieczyło mnie, że ktoś obcy zna mojego syna lepiej ode mnie. Byłem zły na tego profesora, potraktowałem go oschle. Potem, w stajni, Herta przemówiła mi do rozsądku i poczułem się jak idiota.
Po odwiedzinach nauczyciela Joseph postanowił sprzedać inwentarz, zostawiając sobie tylko kury, a Gregor wyjechał do Berlina.
– Ciężko pracował i uzyskał to, o czym marzył, ma świetny zawód.
Przed oczami stanął mi Gregor w swojej pracowni przy stole kreślarskim, balansujący na zydlu: poruszał prostowodem nad arkuszem papieru i drapał się ołówkiem po karku. Lubiłam patrzeć, jak pracuje, przyglądać mu się za każdym razem, kiedy coś robił, zapominając o całym świecie, o mnie. Czy to wciąż był on, kiedy mnie nie było?
– Gdyby tylko nie poszedł na wojnę… – Joseph znów przystanął, ale nie po to, by rozmasować sobie plecy.
Patrzył przed siebie, bez słowa, jakby potrzebował raz jeszcze przypomnieć sobie wszystko, co się wydarzyło. Zrobił właściwą rzecz dla swojego syna, ale właściwa rzecz nie wystarczyła.
W milczeniu ułożyliśmy drewno w stodole. To nie było smutne milczenie. Często rozmawialiśmy o Gregorze, tylko to nas łączyło, ale po takiej rozmowie musieliśmy chwilę pomilczeć.
Gdy tylko weszliśmy do domu, Herta powiedziała, że skończyło się mleko. Odparłam, że nazajutrz po południu ja po nie pójdę, znałam już drogę.
Silny zapach nawozu potwierdził, że jestem na miejscu, znacznie wcześniej, nim zauważyłam kolejkę kobiet z pustymi szklanymi butelkami. Przyniosłam kosz pełen warzyw na wymianę za mleko.
Muczenie krów rozchodziło się po polach niczym wołanie o pomoc, przypominało syreny alarmowe i miało w sobie tę samą rozpacz. Tylko mnie to poruszało, kobiety przesuwały się w kolejce, rozmawiając ze sobą albo milcząc, trzymając za ręce dzieci albo przywołując je, jeśli się oddaliły.
Zobaczyłam dwie wychodzące dziewczyny, wydały mi się znajome. Kiedy były blisko, uświadomiłam sobie, że to dwie degustatorki. Jedna miała chłopięcą fryzurę i suchą cerę, nazywała się Beate. Druga nosiła brązowy kostium z rozkloszowaną spódnicą, który opinał jej biust i szerokie biodra. Jej twarz przypominała płasko rzeźbę, na imię miała Heike. Odruchowo zrobiłam gest ręką, by je pozdrowić, ale natychmiast się powstrzymałam. Nie wiedziałam, jak dalece nasze zajęcie jest tajemnicą i czy może należy udawać, że się nie znamy. Nie byłam tutejsza i nigdy nie spotkałam ich koło obory. Poza tym przy stole nigdy jeszcze nie rozmawiałyśmy tak naprawdę, może witanie się z nimi było niewłaściwe, może nie odpowie działyby pozdrowieniem?
Przeszły obok mnie bez żadnego gestu. Beate miała zaczerwienione oczy, Heike mówiła do niej:
– Podzielimy się, następnym razem dasz mi trochę swojego.
Zawstydziło mnie, że podsłuchuję. Czy Beate nie mogła sobie pozwolić na mleko? Jeszcze nie dostałyśmy pierwszej wypłaty, ale miałyśmy być wynagradzane za pracę, tak mówili esesmani, choć nie podali sumy. Na chwilę zwątpiłam, czy te dwie kobiety naprawdę są degustatorkami, choć widziałam je z tak bliska. Jak to możliwe, że mnie nie poznały? Wiodłam za nimi wzrokiem z nadzieją, że się odwrócą; nie zrobiły tego. Oddaliły się i znikły, a po chwili nadeszła moja kolej.
W drodze do domu zaskoczyła mnie ulewa. Woda sprawiła, że włosy przylepiły mi się do głowy, i przemoczyła palto. Drżałam z zimna. Herta mówiła, żebym wzięła pelerynę, ale zapomniałam. W moich miejskich trzewikach z łatwością mogłam upaść w błoto, przez zacinający prosto w oczy deszcz mogłam zabłądzić. Nie bacząc na obcasy, zaczęłam biec. W pewnym momencie, niedaleko kościoła, dostrzegłam sylwetki dwóch kobiet idących pod rękę. Poznałam je po spódnicy, a może po plecach, które codziennie rejestrował mój wzrok, gdy szłyśmy gęsiego do stołówki. Gdyby kobiety rozpostarły peleryny, mogłybyśmy się pod nimi schronić we trzy. Zawołałam, grzmot zagłuszył mój głos.
Zawołałam ponownie. Nie odwróciły się. Może się pomyliłam, może to nie były one. Zwolniłam i stanęłam, nieruchoma w strugach deszczu.
Następnego dnia w stołówce kichnęłam.
– Na zdrowie – powiedział ktoś z prawej strony.
To była Heike. Zdziwiłam się, że rozpoznaję jej głos dobiegający zza zasłony ciała siedzącej między nami Ulli.
– Ty też się wczoraj przeziębiłaś?
A więc mnie widziały.
– Tak – odparłam. – Przeziębiłam się.
Nie słyszały, jak je wołałam?
– Gorące mleko z miodem – powiedziała Beate, jakby czekała na Heike, by sama się do mnie odezwać. – Ech, żeby mieć aż tyle mleka, pozwolić sobie na taką rozrzutność, to by było lekarstwo na wszystko.
Mijały tygodnie i podejrzenia wobec potraw zmalały, jak wobec zalotnika, któremu pozwalasz na coraz więcej zażyłości. My, służebnice, zachłannie pochłaniałyśmy wszystko, ale zaraz potem wzdęty brzuch gasił entuzjazm, ciężar w żołądku zdawał się ciężarem w sercu i przez godzinę po uczcie czułyśmy przygnębienie.
Każda z nas wciąż się bała, że zostanie otruta. Strach odzywał się, gdy chmura zasłoniła słońce w samo południe, odzywał się w tych paru sekundach zagubienia i popłochu, które często poprzedzają zmierzch. A jednak żadna z nas nie potrafiła ukryć ulgi, jaką dawała nam Griessnockerlsuppe, rosół z pszennymi kluskami, które rozpływały się w ustach, ani absolutnego uwielbienia dla Eintopf, choć brakowało nam w nim wieprzowiny, wołowiny czy kurczaka. Hitler był wegetarianinem i przez radio zalecał ludziom, by jedli potrawkę z jarzyn przynajmniej raz w tygodniu. Myślał, że tak łatwo dostać jarzyny w mieście podczas wojny. A może go to nie obchodziło; Niemiec nie umiera z głodu, a jeśli umiera, to znaczy, że jest złym Niemcem.
Myślałam o Gregorze i dotykałam brzucha, był pełny i nic więcej nie dało się zrobić. Moja bitwa z trucizną toczyła się o zbyt wysoką stawkę, by nogi nie drżały mi za każdym razem, kiedy sytość wyłączała mechanizmy obronne. Oszczędź mnie do Bożego Narodzenia, przynajmniej do Bożego Narodzenia, powtarzałam w myślach i palcem wskazującym kreśliłam ukradkowy krzyż w miejscu, w którym kończy się przełyk – a przynajmniej tam, gdzie się go domyślałam, przypominając sobie wnętrze swojego ciała widziane w książkach od Krümla.
Łzy z wolna zaczęły nam się wydawać czymś żałosnym, dotyczyło to nawet Leni; gdy zaczynała panikować, brałam ją za rękę i gładziłam policzki usiane trądzikiem. Elfriede nigdy nie płakała. Obowiązkową godzinę po jedzeniu spędzała wsłuchana w swój głośny oddech. Kiedy coś ją rozpraszało, jej spojrzenie zapominało o zwykłej twardości i stawała się piękna. Beate przeżuwała jedzenie z taką samą energią, z jaką mogłaby naciągać prześcieradła. Heike siadała naprzeciwko niej – od dzieciństwa były sąsiadkami, jak powiedziała mi Leni – i krojąc lewą ręką pstrąga faszerowanego masłem i pietruszką, podnosiła łokieć, którym szturchała w ramię Ullę. Ta się tym nie przejmowała, dalej oblizywała kąciki ust. Ów dziecinny gest, powtarzany odruchowo, musiał robić wrażenie na esesmanach. Ja przyglądałam się potrawom leżącym na talerzach innych degustatorek, a dziewczyna, która dostała to samo co ja, tego dnia była mi droższa niż najbliższy krewny. Czułam nagłe wzruszenie z powodu krostki, która wyskoczyła jej na policzku, energii albo opieszałości, z jaką rano obmywała sobie twarz, zmechacenia starych wełnianych pończoch, które może wkładała, zanim położyła się do łóżka. Na jej przeżyciu zależało mi tak samo jak na swoim własnym, bo dzieliłyśmy ten sam los.
