Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
BEZ PRAWA, BEZ LITOŚCI, BEZ ODWROTU
Karol Hotaro, były komandos i specjalista od ekstrakcji o polsko-japońskich korzeniach, powraca, by wykonać ostatnie zadanie.
Kiedy młody mężczyzna znika w rodzinnej Birmie, jedynie Hotaro może go odnaleźć. Kraj pogrążony jest w brutalnej wojnie domowej, będącej pokłosiem konfliktu między Rosją, Chinami a Zachodem. Hotaro podejmuje się zadania, korzystając z pomocy Kozaka oraz tajemniczej Alyny z ukraińskiego wywiadu wojskowego HUR. Przeciw sobie ma pana Li — emerytowanego chińskiego generała, który pragnie zemsty za śmierć swojego syna. Obaj są pionkami w grze, w której udział biorą chińskie służby, prywatne firmy wojskowe, a nawet technologiczny miliarder.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 490
Daisho – w języku japońskim dosłownie „duży-mały”. Zestaw dwóch mieczy noszonych przez samuraja w okresie Edo (1603–1868). Na daisho składały się miecz długi (katana) oraz krótszy (wakizashi), z których każdy miał inne zastosowanie w przypadku walki.
Wojna jest najdoskonalszym sposobem rozstrzygania przeciwieństw.
Mao Zedong
Kiedy walczysz w mieście, otwarta przestrzeń to ostatnie miejsce, w jakim chcesz się znaleźć. „Więc dlaczego, do jasnej cholery, właśnie tutaj jestem?!” – myślał Karol Hotaro, biegnąc ile sił w nogach.
Walki o Bachmut trwały od sierpnia 2022 roku, a on i jego towarzysze należeli do ostatnich jednostek podlegających sztabowi w Kijowie, które przetrwały w ruinach.
Stanowili jednostkę cudzoziemską złożoną z ochotników. Hotaro służył kiedyś w duńskich Jegrach, pozostali też mieli przeszłość w wojskach specjalnych – Willy Wingham w brytyjskim SAS, Japończyk Makoto Saito w rodzimych SOG, wreszcie dwoje Ukraińców z wywiadu wojskowego HUR – Wołodymyr Załużny i Kalyna Anisenko.
Ich zadanie było proste – zabijać Rosjan za liniami wroga, siać śmierć i zniszczenie wszelkimi metodami. Formalnie ich oddział nie istniał, nie było go w żadnym rejestrze, nie miał nawet nazwy.
Zostali w zrujnowanym Bachmucie, robiąc to, co potrafili najlepiej.
A on, Karol Hotaro, w trakcie jednego ze starć znalazł się w najgorszym miejscu, jakie można sobie wyobrazić – na otwartej przestrzeni, między dwoma na wpół zrujnowanymi blokami.
Kule świszczały tuż obok, uderzały w nierówny chodnik, którym biegł, wzniecając charakterystyczne „pac! pac! pac!”, gdy trzaskały o beton. „Nigdy więcej nie biegnę na szpicy!” – obiecywał sobie.
Za sobą słyszał terkot karabinów swojego oddziału, osłaniającego jego ruchy, nad sobą dostrzegał rozbłyski ognia wylotowego broni nieprzyjaciela. „Orkowie” schowali się na trzecim piętrze bloku, którego górne kondygnacje przed miesiącem zmiótł pocisk termobaryczny. I to ten blok oddział Hotaro miał wyczyścić z Rosjan, by potem założyć pułapki i się wycofać. Gdyby inna jednostka przybyła na zwiad, czekałaby ją przykra niespodzianka.
Odległość do klatki schodowej wydłużała się niemiłosiernie. Hotaro oddychał miarowo, wiedząc, że jeśli dobiegnie do klatki zdyszany, głośny oddech ściągnie nieprzyjaciół i jedyne, co osiągnie, to to, że umrze zmęczony.
Jeszcze trzy metry… dwa, jeden… Dobiegł do wejścia do klatki schodowej.
Od razu schował się za rogiem, nad głową miał betonowy daszek. Chwila oddechu. „Tylko chwila”.
Wysunął się zza daszku i skierował w górę lufę karabinu. Wiedział, że z chwilą, gdy jego AK-105 odezwie się ogniem, tę samą drogę, którą przed chwilą przebył, będzie musiał pokonać Załużny z resztą oddziału. Teraz to on ich osłaniał.
Pociągnął za spust, oddając pojedyncze, mierzone strzały w górę, ku oknom, z których przed chwilą strzelano do niego. Karabin buchał iskrami ognia wylotowego, pociski 5,45 × 39 milimetrów odłupywały kawałki betonu, drewna i resztek szkła ze zrujnowanych okien. Ogień Rosjan nieco umilkł, na tyle, by dać szansę reszcie.
Kątem oka Hotaro dostrzegł zielony kształt. Z powodu zniszczeń i bombardowań przestrzeń wokół wyglądała jak czarno-biały film – wszystko było szare, pokryte pyłem, zmielonym betonem i azbestem, więc Załużny w swoim zielonym kamuflażu wyróżniał się tak, jakby miał nad głową świecącą strzałkę.
Walki w mieście to było naprawdę piekło.
Hotaro pociągał za spust raz za razem, chcąc dać przyjacielowi niezbędny czas na dotarcie do celu. Wreszcie Ukrainiec dobiegł do wejścia, niemal uderzając o ścianę. Skinął głową na towarzysza.
Karol Hotaro wsunął się z powrotem pod betonowy dach, wymienił magazynek w AK na świeży, podczas gdy Załużny zajął jego pozycję i walił teraz do góry, pocisk za pociskiem, żeby ułatwić pozostałym przebiegnięcie.
Hotaro wymienił magazynek. Poprzedni, niemal zużyty, schował do najdalszej ładownicy po prawej, po czym skierował lufę w kierunku klatki schodowej. Ubezpieczał teraz ten sektor, na wypadek gdyby nieprzyjaciołom z góry przyszło do głowy zejść i wykurzyć ich sprzed wejścia.
Kroki. Do klatki dobiegł Japończyk Saito, potem Wingham, wreszcie Kalyna. Dziewczyna była mniejsza od rosłych mężczyzn. Kamizelka, karabin, pokrywający czuprynę jasnych włosów hełm – to wszystko wydawało się na nią za duże. A jednak Anisenko była perfekcyjnie przeszkoloną operatorką, która swoje zadania wykonywała równie dobrze jak koledzy. Ktokolwiek zlekceważyłby ją na podstawie drobnej budowy, cóż – szybko by tego pożałował.
„Co najmniej pięciu, trzecie piętro” – pokazał im na migi Hotaro. Pozostali tylko skinęli głowami. Czekało ich teraz najtrudniejsze zadanie, tak zwane CQB, od angielskich słów close quarters battle, czyli czyszczenie bloku piętro po piętrze, korytarz po korytarzu, pokój po pokoju – najcięższe zadanie, jakie może spotkać żołnierza na polu walki. Hotaro szczerze wolał służbę w okopach.
„Idziesz na szpicy” – odparł zestawem własnych gestów pełniący funkcję dowódcy Załużny. Hotaro się skrzywił: idący na szpicy prowadził natarcie. Wybierano do tego najlepszych, ale i ryzyko było dla takiego żołnierza największe, więc Hotaro pokazał przyjacielowi środkowy palec. Ten na chwilę puścił broń, zbliżył obie, pokryte zielonymi rękawicami Mechanixa dłonie, składając palce w serduszko.
Hotaro wszedł do zrujnowanej klatki schodowej powoli, celując w górę lufą AK. Lustrował okolicę bronią, spoglądając przez zamontowany na karabinie celownik holograficzny, lewa dłoń obejmowała obudowane żebrowaną osłoną Zenitco B-30 łoże. Jedną z największych wad rosyjskiego systemu Kałasznikowa był fakt, iż praktycznie nie sposób było porządnie wyzerować celownik, jednak teraz, w tak ciasnej przestrzeni, nie miało to najmniejszego znaczenia – Hotaro wiedział, że gdy dojdzie do walki, będzie oddawał strzały do przeciwnika znajdującego się tuż przed nim, niemal z przyłożenia.
Wchodził powoli, stąpając ostrożnie po pokrytych pyłem i gruzem stopniach. Po bokach miał wyrwane drzwi do mieszkań, które sprawdzali, jedno po drugim, wchodząc na górę. Ostatnie, czego potrzebowali, to przeciwnika wyskakującego na nich zza pleców.
Pierwsze piętro było czyste, drugie też. Gdy Hotaro postawił stopę na stopniach wiodących na trzecie, usłyszał u góry głosy. Nie rozpoznał słów, ale ktoś tam wydawał polecenia. „Mamy ich!” – pokazał gestem pozostałym.
Jakieś kroki u góry, jakby ktoś gdzieś biegł. Wtedy usłyszeli trzask granatu.
Okrągły kształt wyleciał z góry, potoczył się po schodach i spoczął między Kalyną a Winghamem. Dziewczyna zareagowała trzeźwo i w jedyny możliwy sposób – kopniakiem posłała granat dalej, w dół klatki schodowej. W samą porę – rzucający „gotował” go: przed rzuceniem trzymał ze spuszczoną łyżką po to, by skrócić czas detonacji. Wybuch wstrząsnął budynkiem, odłamki rykoszetowały od betonowych ścian, powietrze wypełniło się kurzem. Anisenko zmiotło z nóg, ale teraz to Brytyjczyk okazał się pomocny – mocarna dłoń złapała za uprząż kamizelki dziewczyny, wciągając ją do góry.
Hotaro mógł zrobić tylko jedno. „Szok mamy z głowy, czas na przerażenie” – pomyślał, wchodząc po schodach do góry i otwierając ogień w kierunku, z którego wyleciał granat.
Huk wystrzałów w tak ciasnej przestrzeni byłby ogłuszający, na szczęście wetknięte w uszy mężczyzny ochronniki Grizzly Ears robiły swoje, wytłumiając hałas. AK szarpał w dłoniach przy każdym strzale, kule wlatywały w światło drzwi, wzniecały gejzery pyłu po trafieniach w ściany. Mężczyzna dostrzegł jakby osuwający się ludzki kształt. Nie miał czasu identyfikować zagrożenia, analizować kroju munduru, kamuflażu czy koloru opinających ramiona i hełm taśm klejących. „Każdy, kto nie jest z nami, jest wrogiem”.
Dopadł do narożnika, gdy z drugiej strony przeciwnik odpowiedział ogniem. Pociski śmignęły blisko, rozłupały ściany, jeszcze bardziej demolując i tak zdemolowaną przestrzeń. Znowu jakieś okrzyki, znowu Hotaro nie rozpoznawał słów.
Za nim towarzysze wchodzili na piętro, więc mężczyzna zrobił im miejsce, po czym zasygnalizował przejście na drugą stronę korytarza, do mieszkania naprzeciwko. Załużny klepnął go w ramię, potwierdzająco. Hotaro wziął głęboki oddech i wyszedł za róg, celując mniej więcej w kierunku, z którego przed chwilą do niego strzelano, i pociągając za spust.
AK trzaskał kolejnymi strzałami, raz, drugi, trzeci, gdy były Jegr pokonywał przestrzeń do drugich drzwi. Ciche „klik!” zasygnalizowało opróżnienie magazynka, na szczęście był już za rogiem. Wymienił błyskawicznie, słysząc, jak kule na drugą stronę posyła Załużny. Odgłos jego broni był o wiele cichszy – Ukrainiec zadbał o tłumik dla swojego AK-103, przez co nieprzyjaciołom trudniej było ocenić, skąd pada strzał. Gdy broń Ukraińca zamilkła, ogień otworzył Hotaro. Załużny wymienił magazynek i dał sygnał, że idzie na szpicy.
Wciąż strzelając, przestąpił nad ciałem żołnierza zabitego przez Hotaro. Kule zmasakrowały twarz mężczyzny, weszły też w pierś i gardło, niemal odrywając głowę od torsu – to był wyjątkowo zły dzień dla tego konkretnego „orka”. Osłaniając przejście ogniem, Załużny szybko dotarł do kolejnego załomu, przeładował i osłaniał teraz ogniem przejście Hotaro i pozostałych. Coś potoczyło się po ziemi, terkocząc metalicznie – kolejny granat!
Załużny cofnął się za załom, Hotaro wskoczył do mieszkania po drugiej stronie, słysząc wybuch i czując szarpnięcie. Zwaliło go z nóg, karabin wysunął się z palców. „Szlag!”
Zaliczył miękkie lądowanie na zniszczonej, pokrytej pyłem kanapie w mieszkaniu. Złapał za karabin, upewniając się, że żaden odłamek nie przeciął taśmy i nie uszkodził mechanizmu, potem pomacał się, szukając obrażeń. Bólu nie czuł, adrenalina pracowała tak, że nawet gdyby urwało mu stopę, zdałby sobie z tego faktu sprawę, dopiero próbując na niej stanąć. Do mieszkania wbiegł Wingham, przysiadł przy przyjacielu, gdy Saito obstawił drzwi.
Brytyjczyk namacał Hotaro, przyglądając się krytycznie nogom i kroczu towarzysza broni.
– Wszystko okej, jaja też całe – skonstatował. – Odłamek przeszedł kieszenią, niezły fart.
Pomógł Hotaro wstać.
Z zewnątrz dochodziła kanonada. Musieli posunąć się naprzód, nie mogli zdobywać tego piętra w nieskończoność – nie mieli pojęcia, jak Rosjanie stali z łącznością, ale musieli zakładać, że jakiś podoficer właśnie wzywa posiłki. Miasto było w większości w rękach „orków”.
– Kończmy to! – rzucił do Brytyjczyka.
– Popieram – odparł przyjaciel, po czym wskazał dziurę wybitą w ścianie mieszkania. Wyglądało na to, że prowadzi do sąsiedniego lokalu. A stamtąd mogliby zajść przeciwnika z flanki i wybić do nogi.
Był tylko jeden problem – dziura była zbyt mała, by którykolwiek z nich się przecisnął. Ale Kalyna – to inna sprawa!
Dziewczyna wskoczyła do mieszkania w momencie, gdy Saito opróżniał magazynek. Jego miejsce zajął Wingham, pozwalając Japończykowi na wymianę. Hotaro wskazał operatorce wyrwę w ścianie.
– Zmieścisz się? – szepnął.
Pokiwała głową.
Podeszli do wyrwy. Hotaro zajrzał do środka, gdy operatorka zdejmowała plecak. Mogła wziąć ze sobą tylko karabin, reszta musiała na razie zostać tutaj. Zlustrował przestrzeń po drugiej stronie lufą karabinu, ale dostrzegł jedynie martwego żołnierza, zapewne ścięły go kule któregoś z ich towarzyszy. Mieli naprawdę krótką chwilę.
– Teraz! – rzucił Hotaro.
Dziewczyna prześlizgnęła się jak mysz, już po drugiej stronie przyjęła podany jej przez kolegę karabin.
– Odliczcie do dziesięciu – nakazała.
Mężczyzna skinął głową.
Odszedł od wyrwy i pokazał na migi Załużnemu i pozostałym, że mają niecałe dziesięć sekund na szturm. Odliczał na palcach.
Gdy zgiął ostatni, ruszyli naprzód.
W takim uderzeniu chodzi o to, by przygnieść przeciwnika ogniem, nie dać mu możliwości odpowiedzi. Korytarz wypełnił się kanonadą, łuski spadały na ziemię, odbijając się od ścian, dźwięcząc metalicznie, a oni krok po kroku zdobywali przestrzeń, skracając dystans do ostatniego mieszkania.
Z boku słyszeli głos karabinu Kalyny. Zza rogu wyskoczył żołnierz, najwyraźniej cofając się przed jej ogniem, i padł ścięty strzałami z broni Załużnego i Saito. Kolejny cofał się, nie wiedząc, który cel obrać, oddał niecelny strzał ku nim, potem obrócił się tam, skąd nadchodziła operatorka… jego AK zamiast wyplucia kuli wydało z siebie tylko ciche „klik!”.
Jeśli był gorszy moment na koniec amunicji, Hotaro trudno było go sobie wyobrazić.
Przeciwnik oberwał w pierś, siła uderzenia kuli popchnęła go na ścianę. Obrócił głowę ku nadchodzącym mężczyznom, tylko po to, by zarobić pocisk między skośne oczy. Wojskowy nie był etnicznym Rosjaninem, raczej Buriatem, choć i to trudno było ocenić – zalewająca się krwią twarz była blada od pyłu.
– Wychodzę! – ryknęła Kalyna, chcąc mieć pewność, że koledzy nie ustrzelą jej, gdy wyjrzy zza rogu.
– Dawaj! – odparł Załużny, po czym zajął sektor tuż przed wejściem do ostatniego lokalu.
Tymczasem Hotaro się rozejrzał. Policzył trupy zalegające w korytarzu i mieszkaniu, które „wyczyściła” dziewczyna.
– Co najmniej jeden w ostatnim mieszkaniu – szepnęła Ukrainka, jakby czytając mu w myślach.
Skinął w odpowiedzi głową.
Załużny się zawahał. Nie chciał brać szturmem tych ostatnich pomieszczeń, zwłaszcza że „orkowie” najpewniej zamierzali walczyć do końca. Uznał, że zmieni nieco taktykę.
– Ej, wy! – zawołał do środka po rosyjsku. – Sdavaytes’ i vy budete zhit’! – „Poddajcie się, a będziecie żyć!”
Żadnej odpowiedzi, tylko przytłumione głosy. Hotaro dalej nie rozpoznawał słów.
Załużny powtórzył polecenie po ukraińsku – bez efektu.
– To jacyś debile! – szepnął do towarzyszy.
W odpowiedzi Hotaro sięgnął do kamizelki taktycznej i zdjął granat z podwieszki. Podał go przyjacielowi.
– Nie ma innego wyjścia – rzekł cicho.
Ukrainiec pokazał im trzy palce, odciągnął zawleczkę od granatu, zwolnił łyżkę, „gotując” go przez jakieś dwie sekundy, po czym wrzucił go do mieszkania, w którym krył się wróg.
Wybuch nastąpił niemal natychmiast, ku oddziałowi ze środka poleciał pył, odłamki zdawały się rykoszetować pomiędzy ścianami, masakrując wszystko na swojej drodze. Wpadli do pomieszczenia zaraz po eksplozji, błyskawicznie pokrywając je ogniem, zajmując bezbłędnie swoje narożniki i sektory, nie dając przeciwnikowi najmniejszych szans. Wszystko to trwało może z pięć sekund, nie więcej. Było to tak wzorcowe wejście, że ich instruktorzy, gdyby mogli je zobaczyć, cmokaliby z wrażenia.
– Czysto! – zawołał Wingham, sprawdzając pomieszczenie.
– Czysto! – odpowiedział Saito, biorąc swój róg.
– Czysto! – potwierdził Załużny, posławszy jeszcze po dwa strzały kontrolne każdemu z leżących w lokalu trupów.
Budynek był ich.
Hotaro pochylił się nad jednym z ciał. Coś nie dawało mu spokoju.
Mężczyzna nosił rosyjskie oporządzenie i broń, ramiona i hełm były oblepione czerwoną taśmą klejącą, by odróżnić się od Ukraińców, którzy przecież nosili bardzo podobny wizualnie sprzęt. A jednak jego oblicze nie było rosyjskie – człowiek ów nie miał słowiańskich rysów, ewidentnie był Azjatą. Nie Buriatem, jak początkowo sądził Hotaro, jego karnacja była za ciemna. Był też niższy niż typowy Buriat, których to Rosjanie wcielali do armii tysiącami i tysiącami posyłali na śmierć. Wagnerowiec? To też wątpliwe – najemnicy mieli lepszy sprzęt i stawialiby o wiele bardziej zaciekły opór.
Zaczął przeszukiwać kamizelkę taktyczną martwego przeciwnika. Zdjął z ładownic magazynki, sprawdził kaliber i z satysfakcją zabrał amunicję. Trup nie nosił zegarka, co nie miało znaczenia, Hotaro i tak nie zbierał trofeów, lecz pod kamizelką, w wewnętrznej kieszonce, namacał nieduży, sztywny, płaski kształt.
Wyciągnął przestrzeloną książeczkę.
– Paszport – pokazał pozostałym. – Ci goście to Birmańczycy!
– Nic dziwnego, że nie rozumieli, co do nich gadamy – skonstatował Wingham.
Hotaro podał paszport Załużnemu. Ten schował dokument, który, po przekazaniu wywiadowi, mógłby być użyty w jakiejś rozgrywce wywiadowczej lub dyplomatycznej.
– Zakładajcie pułapki, szybko! – rzucił Ukrainiec.
Pierwsze pociski artyleryjskie uderzyły w blok w chwili, gdy Załużny kończył wydawać polecenie. Wstrząs był potężny, ścięło ich z nóg, a powietrze wypełniło się pyłem. Hotaro upadł na plecy, fala eksplozji zmiotła go z nóg, wyrywając karabin z dłoni.
Wtedy zawsze się budził.
Faza 1
Oręż jest istotnym, ale nie decydującym czynnikiem na wojnie. O wyniku konfliktu decydują ludzie, nie przedmioty.
Mao Zedong
Ten sen ostatnio nawiedzał go nocami coraz częściej. Wspomnienie sprzed lat, z czasu służby na Ukrainie, kiedy to Hotaro, podobnie jak wielu innych ochotników z całego świata, zdecydował się wesprzeć napadnięty naród.
Mieli wtedy wielkie szczęście – Rosjanie zorientowali się, że Hotaro i jego grupa „wyczyścili” przyczółek w bloku, i po prostu zasypali to miejsce artylerią. Oddziałowi cudem udało się wyrwać, sam atak zaś był jedną z ich ostatnich operacji w Bachmucie. To właśnie tam Hotaro zdobył pierwsze szlify jako specjalista od ekstrakcji – operacji ewakuowania ludzi z obszarów niebezpiecznych, dotkniętych klęskami żywiołowymi lub znajdującymi się pod okupacją wrogich sił. Ale dopiero operując w Azji, Karol Hotaro zyskał przydomek, pod którym znany był do dziś – „Gaijin”. Bachmut był dobrym poligonem do nauki – Hotaro prowadził tam ekstrakcje ludzi na zlecenie ich rodzin, pomagając poszkodowanym dostać się w inne regiony kraju lub nawet za granicę, ale to nie w targanej wojną Ukrainie, lecz właśnie w Azji, jak się okazało, czekały go najtrudniejsze tego typu zadania.
Zadania, które kosztowały życie przyjaciół.
Willy Wingham zginął ponad dwa lata temu podczas operacji w Tajlandii, kiedy to Hotaro próbował odbić porwanego japońskiego biznesmena. W intrygę, jak się okazało, zaangażowani byli rosyjscy najemnicy, skorumpowany tajski wojskowy, a wszystko pilotowały służby Pekinu. Rok później, w Kambodży, poległ Saito, zgładzony przez Chińczyków, którzy dążyli do zemsty za tamten tajski blamaż. Sam Hotaro też cudem uszedł z życiem po operacji w Hongkongu, kiedy wywoził Min Mei, młodą chińską hakerkę, której służby Pekinu użyły, jak się okazało, jako przynętę na niego.
To była jego ostatnia ekstrakcja. Gaijin przeszedł na emeryturę.
Usiadł na krawędzi łóżka, ukrył twarz w dłoniach. Sen, przeklęty sen.
Z jednej strony cieszył się, że znowu ujrzał oblicza przyjaciół. Z drugiej niepokoiła go częstotliwość, z jaką sen się powtarzał. „Chyba czas na jakiegoś doktorka” – pomyślał, macając blizny po ranach postrzałowych w lewym ramieniu i na boku.
Jeśli chodziło o obrażenia fizyczne, które zadano mu w Hongkongu, to otrzymał w Japonii najlepszą pomoc, jaką można było sobie wyobrazić – zoperowano go jeszcze na statku CIA, na który ewakuowana została Min Mei, a potem zagwarantowano wyborną opiekę już w Tokio. Przeszedł długą rehabilitację i bardzo powolny powrót do sprawności. Niepełnej, jak przypominał mu organizm przy każdym porannym biegu. Ale psychika… to było co innego.
Hotaro nie należał do tej grupy twardzieli, którzy unikali psychologów jak ognia. Jeszcze podczas służby w duńskich Jegrach korzystał z pomocy terapeutów regularnie – w odróżnieniu od wielu innych armii NATO duńskie królewskie siły zbrojne nie gardziły zdobyczami tej gałęzi nauki, a żołnierzy zachęcano do rozmów z psychologami. W Japonii jednak sprawa wyglądała inaczej – kraj przodujący w zdobyczach naukowych z wysokich technologii pod względem psychologii tkwił w środkowym XIX wieku. Biznesmeni, pracowici „salarymani”, musieli zarabiać pieniądze, harując od rana do nocy, a nie wypłakiwać się terapeutom. Ich żony tym bardziej nie potrzebowały korzystać z takiej formy wsparcia. W efekcie pomocy psychologicznej można było w tym kraju ze świecą szukać. Efekty widoczne były w wysokich statystykach samobójstw. Hotaro tym bardziej miał problem ze znalezieniem fachowca.
Udał się do łazienki. Tam przepłukał twarz, umył zęby, po czym spojrzał na siebie w lustrze. Z odbicia spoglądał na niego przystojny niemal czterdziestolatek o mieszanych, słowiańsko-azjatyckich rysach. Matka Hotaro była Polką, ojciec Japończykiem, toteż syn urodę odziedziczył po obojgu, zaś jej najbardziej charakterystyczną cechą były ognistoczerwone nitki łamiące jednolitą czerń włosów. Potężnie zbudowany, zauważał jednak, że w ostatnich miesiącach nieco się zaniedbał. Mięśnie trochę zwiotczały, pod ubraniem rysował się delikatny brzuszek. Taki był efekt leżenia przez trzy miesiące, a potem bardzo powolnej rehabilitacji. Wciąż nie do końca odzyskał sprawność w poranionej kulami lewej ręce, dlatego jeździł trzy razy w tygodniu na rehabilitację do oddalonego o niemal czterdzieści kilometrów szpitala państwowego w miejscowości Taiki. Była to nie lada podróż z gór Nakasatsunai, w których mieszkał. Po operacji hongkońskiej przeprowadził się na północ, najdalej jak zdołał, opuszczając głośne Tokio i przenosząc się na wyspę Hokkaido, krainę jakby z innego świata. Nabył nieduży piętrowy dom w okolicy środkowej części biegu rzeki Satsunai. Przeprowadzka nie była uciążliwa – rzeczy osobiste z jego maleńkiego, kupionego na firmę fasadową mieszkanka w stolicy Japonii zmieściły się w bagażniku Land Rovera Defendera, którego kupił specjalnie na tę okazję. A potem po prostu wsiadł za kółko i ruszył.
Teraz mieszkał tak, jak marzyło wielu jego kolegów z wojska. Nieduży dom był śmiesznie tani jak na japońskie warunki – Hotaro nabył go za gotówkę, płacąc równowartość stu dwóch tysięcy dolarów amerykańskich. Na fałszywe nazwisko, rzecz jasna, potwierdzone perfekcyjnie podrobionym paszportem – ostatnie, czego potrzebował, to by go odnaleziono. A takie ryzyko istniało – w czasie lat pracy jako specjalista od ekstrakcji Gaijin narobił sobie wielu wrogów. Jednym z nich byli włodarze z Pekinu. Hotaro więc po prostu zniknął.
Sam dom stał na granicy lasu i otwartego pola, które kilka kilometrów dalej stykało się z nurtem rzeki Satsunai. Był niemal doskonale ukryty przed oczami ewentualnych, nielicznych w tych okolicach, wędrowców. Okolice były piękne, ale turyści – jeśli już udawali się na Hokkaido – wybierali raczej szlaki znajdujące się wyżej biegu rzeki, tam, gdzie góry były najbardziej strome, a widoki – najpiękniejsze. Tutaj raczej nikt się nie zapuszczał, a nawet gdyby ktoś się na to zdecydował, dostrzegłby jedynie dom wybudowany w latach osiemdziesiątych XX wieku, w którym mieszkał zapewne jakiś samotny staruszek.
We wnętrzu domu także czas się zatrzymał – w środku miało się wrażenie, że „ejtisy” nigdzie się nie wybrały. Meble, charakterystyczne brązowe szkła, fotele czy wyposażenie kuchni – wszystko to miało co najmniej czterdzieści lat, ale Hotaro nie narzekał. Wnętrze tak bardzo kojarzyło mu się z domem rodziców, że niczego nie zmieniał.
O tak, to było dobre miejsce.
Nie miał w zwyczaju jeść przed porannym treningiem – zdawał sobie sprawę, że post motywuje go do większego wysiłku, a tylko wysiłek mógł mu umożliwić powrót do pełnej sprawności. Ubrał się cieplej – zima była za rogiem – wciągnął wygodne buty trekkingowe, zabrał broń – Glocka 19 od Agency Arms, z celownikiem kolimatorowym Aimpoint Acro i latarką podlufową. Odludzie czy nie, Hotaro wolał nie być bezbronny. Dotyk rękojeści pistoletu, świadomość, że ma broń, której może użyć… to przypominało mu o starych czasach.
Schował broń do kabury wewnętrznej, po drugiej stronie wsunął do ładownic dwa zapasowe magazynki. Dopiero wtedy wyszedł na ganek.
Był bardzo wczesny ranek, pogoda zaś – już nie tak ciepła jak jeszcze przed kilkoma tygodniami, ale jeszcze nie tnąca zimowym mrozem, była idealna do biegania. Zamknął za sobą drzwi, nasunął czapkę mocniej na uszy. Rozejrzał się, wypatrując zagrożeń.
Stary nawyk.
Nie od razu poderwał się do biegu. Przeszedł wpierw kilka solidnych metrów spokojnym krokiem, potem nieco przyspieszył, chcąc stopniowo pobudzić mięśnie do pracy, a dopiero po pewnym czasie poderwał się do truchtu. Biegł pod górę, a im bardziej stromo się robiło, tym bardziej przyspieszał. Wiedział, że jeśli choć minimalnie zwolni, niechęć do wspinaczki weźmie górę. Mógł tylko zmusić się do większego wysiłku, przebiegnięcia jeszcze jednego metra, jeszcze większej stromizny.
Wspomnienie snu wróciło.
Twarze jego przyjaciół, tamten blok, kanonada. Potem pamięć o śnie ustąpiła miejsca innym wspomnieniom – kolejne operacje w Azji, ryzyko, które podejmował dla obcych ludzi. Radość w oczach bliskich, gdy operacja się udawała, smutek i żal, gdy kończyła fiaskiem. Twarze ludzi, którym pomógł, i ludzi, których zabił. Nie, to nie były wyrzuty sumienia, jedynie wspomnienie. „Albo oni, albo ja” – powtórzył sobie jak zawsze.
Czasami cholernie tęsknił za tą robotą. Radość ocalonych to jedno, ale uczucie ogarniające ciało, gdy wyszło się cało z walki, wygrało ją – to było coś absolutnie niepowtarzalnego. Euforia lepsza niż narkotykowy haj czy seks.
O wiele lepsza.
Nie czuł jej od dawna.
Mięśnie zaczynały palić żywym ogniem, oddech stawał się coraz szybszy i kłujący, ale to wciąż nie był koniec porannego treningu. Jeszcze nie.
Hotaro skręcił nieco w lewo, wbiegł na skarpę. Tutaj las urywał się, jakby cięty mieczem, oferując widok na dolinę rzeki niżej, otwarte pole, wreszcie – dom Gaijina.
Mężczyzna przykucnął. Nie dlatego, że był zmęczony – po prostu włączył się stary instynkt. Na wzniesieniu stanowił łatwy cel dla potencjalnego strzelca. Kucając, utrudniał przeciwnikowi zadanie. Jego oczy odruchowo zaczęły wypatrywać śladów snajpera w oddali.
Nie dostrzegł nikogo. Nawet trochę żałował.
Za to coś usłyszał – warkot silnika. Od strony rzeki jechała ciemna terenówka. Nie kluczyła, lecz pruła prosto ku jego domostwu. Przyglądał się jej ostrożnie, kuląc się nieco bardziej, starając się być jak najmniej widocznym na tle zieleni lasu.
Zaparkowała tuż obok Defendera. Ze środka wysiedli jacyś ludzie, rozglądali się. Szukali go.
Gaijin miał spokojny oddech, ale krew grzmiała mu w żyłach, mięśnie zdawały się rozgrzane do białości. Ktoś przyjechał w odwiedziny? Nieprzyjaciel? Hotaro musiał się dowiedzieć, ale sama świadomość ewentualnej konfrontacji sprawiała, że czuł, że żyje.
Nie zgnuśniał do reszty, a rehabilitacja przynosiła owoce. Spojrzał na zegarek, odziedziczony po dziadku srebrno-złoty Seiko 5. Była siódma czterdzieści cztery. To znaczyło, że pokonał ten odcinek szybciej niż poprzedniego dnia. „Każdego dnia będzie lepiej” – pomyślał, szykując się do drogi w dół.
Już niemal obok domu rozpiął kurtkę tak, by móc łatwiej sięgnąć po Glocka. Ktokolwiek go odwiedził – znał go. Pytanie, czy był to przyjaciel, czy wróg.
Obszedł budynek tak, by wyjść w pobliżu niespodziewanych gości. Jeśli to nieprzyjaciel, łatwiej będzie otworzyć ogień i wyeliminować go z takiego dystansu. Najpierw jednak musiał zidentyfikować przybyszów.
Wyszedł zza rogu gotowy na wszystko… i od razu się rozluźnił.
– Och, tu jesteś! – powiedziała Min Mei.
Hakerka nosiła kurtkę z wizerunkami swoich ulubionych postaci z popularnej marki Line Friends – na materiale tańczył brązowy miś, biała króliczka i żółty kurczaczek. Dziewczyna uśmiechnęła się, pobiegła ku niemu i uścisnęła go mocno na powitanie. Ludzie za nią nie byli tak radośni.
Przy wozie stało małżeństwo w średnim wieku. Wyraźnie zmartwieni, byli Azjatami, ale nie wyglądali na Japończyków. Patrzyli w kierunku Hotaro niepewni, jak mają się zachować.
Ostatni człowiek, japończyk po sześćdziesiątce, spoglądał na Gaijina z mieszaniną ciekawości i pogardy. Spoglądał na niego tak, jak spoglądał zawsze.
– Ciebie się tu nie spodziewałem, tato – rzekł do niego Hotaro.
Niechętnie zaprosił ich do środka. Był zmęczony po porannym biegu, nieumyty, głodny i, co za tym szło, cholernie nieszczęśliwy. Mimo to wysilił się na uśmiech, wskazał niespodziewanym gościom miejsce w niewielkim salonie, po czym udał się do kuchni, by przygotować kawę i herbatę.
Tajemnicze małżeństwo siedziało jak na szpilkach, rozglądając się wokół. Wyglądali, jakby spodziewali się zupełnie czego innego. Kobieta znajdowała się na granicy płaczu, toteż jej mąż co jakiś czas cicho ją pocieszał. Hitoshi, ojciec Hotaro, spoczął w głębokim fotelu tak, jakby ów fotel od zawsze był jego własnością, i także się rozglądał, władczo i surowo oceniając każdy element przestarzałego wystroju, każdą książkę na półce, każde zdjęcie. Z niezadowoleniem zauważył, iż tylko na jednej spośród wielu fotografii znajduje się on sam – zdjęcie było zrobione w Parku Nara i przedstawiało bardzo poważnego pana Hitoshi pozującego obok fontanny z równie poważnym chłopcem. Małym Karolem Hotaro. O wiele więcej było zdjęć z matką, polską pięknością o istnej burzy włosów, jak również fotografii z wojska czy pojedynczym zdjęciu z Ukrainy. Na nim dało się dostrzec czujnych, nerwowo wodzących wokół bronią żołnierzy ukraińskich, idących ulicą jakiegoś zrujnowanego miasteczka. Pośrodku szedł Gaijin, z karabinem luźno zwisającym na taśmie wzdłuż tułowia. Uśmiechał się do fotografa, jakby nie przebywał w strefie walk, tylko na spacerze w przyjaznej okolicy.
Potem ojciec zaczął uważniej przyglądać się książkom. I prychnął z pogardą – dostrzegł grzbiety paperbacków starych powieści fantasy, które od nastoletniości maniakalnie czytał jego syn. Stary Japończyk nigdy nie pochwalał tych głupot. Z niechęcią patrzył też na opracowania dotyczące broni palnej, rozpromienił się nieco, widząc albumy obejmujące tematykę dawnej japońskiej broni białej.
Mimo to dom, wystrój, to, co syn miał na półkach – ojciec Gaijina oceniał to wszystko bardzo krytycznie.
Jak zwykle zresztą.
W kuchni Min Mei sięgnęła do jednej z szaf, wyjęła puszkę kawy i podała Hotaro, wyraźnie sugerując tym gestem, czego ma ochotę się napić. Znała każdy szczegół domu, była niemal współlokatorką Gaijina. Mieszkała w okolicy, pracując jako architekt sieci dla lokalnych firm, pomogła też Hotaro ustawić zabezpieczony przed śledzeniem, oparty na Starlinku internet w domu – internet, którego Hotaro i tak niemal nie używał. Bardzo się zżyli podczas hongkońskiej operacji, kiedy to Gaijin ocalił jej życie i wywiózł ją z kraju. Oboje zaszyli się na dalekiej Hokkaido, chyba najlepszym miejscu na globie, jeśli chciało się zniknąć. Tak jak Hotaro, tak i Min Mei podczas wielu lat działalności hakerskiej narobiła sobie wrogów. To ona stała za ubiegłorocznym wyciekiem kompromitujących danych na temat znaczących chińskich generałów, biznesmenów i członków Partii Komunistycznej. Wstrząs był krótkotrwały, władza w Pekinie się nie zawaliła, ale kompromitacja była znacząca.
A partia nie zapominała.
Na szczęście dla świata oboje przestali istnieć.
– Dlaczego go tu przywiozłaś? – zapytał wreszcie Hotaro, kiedy Min Mei mieszała swoją sypaną kawę. Była to amerykańska Black Rifle, o wzmocnionej dawce kofeiny. Popularna wśród żołnierzy, była też przysmakiem ekshakerki, która najwyraźniej lubiła stan przedzawałowy.
– Co miałam zrobić, przecież to twój tata – odparła cicho.
– Właśnie dlatego trzeba było mu powiedzieć… nie wiem, że nie ma mnie w domu?
– Mogłeś mnie uprzedzić, że między wami jest aż tak źle.
– Uprzedzałem.
– Nie pamiętam – odfuknęła i wyszła z kuchni. Rozmowa była skończona, a Min, jak to kobieta, konfrontację wygrała.
Westchnął.
Wylał parzącą się już kawę do zlewu i zamiast tego przygotował napar z mięty. Jeśli miał siadać do rozmowy z ojcem, lepiej, żeby nie podbijał sobie dodatkowo ciśnienia.
Wrócił z napojami i usiadł naprzeciwko ojca i tajemniczego małżeństwa.
– Proszę się napić – rzekł, podając kubki z napojami. – Chyba że są państwo głodni? – zapytał parę, zręcznie omijając wzrokiem rodzica. – Nie mam zbyt wyszukanego menu, ale zawsze coś się…
– Nie jesteśmy głodni – odpowiedział za wszystkich Hitoshi.
Hotaro spojrzał na niego, ale nic nie odpowiedział.
Jego ojciec był drobnym człowiekiem. Przekroczył już sześćdziesiątkę, jednak jego włosy wciąż były czarne jak noc, bez śladu siwizny. Hotaro, poza skośnymi oczami, kompletnie go nie przypominał – muskulaturę zawdzięczał raczej słowiańskim przodkom, rodzic wyglądał przy nim ledwie jak jego cień. Mimo to coś ich łączyło – bystry błysk w oczach, znamionujący pewną porywczość. O tak, pod tym względem byli do siebie niezwykle podobni.
Gaijin upił łyk mięty.
– No dobrze – powiedział w końcu. – Czym mogę państwu służyć?
Kobieta i mężczyzna popatrzyli na siebie niechętnie, po czym ona otworzyła torebkę, wyciągnęła coś ze środka. Zdjęcie. Podała je Hotaro.
Przedstawiało młodego chłopaka, uśmiechniętego, w todze wyraźnie sugerującej, że to fotografia wykonana podczas ukończenia liceum, może studiów wyższych. „Nie, zdecydowanie liceum – na studia wygląda zbyt młodo”. Podobny raczej do matki niż do ojca, trudno orzec, czy przystojny, oblicze miał sympatyczne.
– Nazywam się Suu Kyi – wyjaśniła kobieta, po czym wskazała mężczyznę. – Mój mąż to Thura. Zdjęcie, które trzyma pan w dłoniach, przedstawia naszego syna, nazywa się Zeya.
„Zeya” znaczyło tyle co „zwycięstwo”. Hotaro nie znał języka birmańskiego, ale tyle akurat wiedział. Przed nim siedzieli Bamarowie, czyli naród zamieszkujący Birmę lub, jak coraz częściej określano kraj w ostatnich latach, Mjanmę. Bamarowie nie używali nazwisk w sposób, w jaki robili to Europejczycy czy Japończycy, mogli też zmieniać imiona, jeśli w ich życiu zaszło uzasadniające to wydarzenie – albo jeśli po prostu mieli taki kaprys.
Hotaro nie zdołał powstrzymać się przed zadaniem następnego pytania.
– Skąd państwo znają mojego ojca?
– Pan Thura jest dyrektorem w mojej filii – wtrącił się Hitoshi. – To znakomity pracownik, lojalny wobec firmy i bardzo wartościowy dla całego Mitsui.
W tym jednym zdaniu ojciec Hotaro zdołał opisać nie tylko siedzącego obok człowieka, ale zarazem cały system wartości, według którego oceniał ludzi. Min Mei zrobiła dziwną minę – chyba zaczynała rozumieć niechęć przyjaciela do tego niespodziewanego gościa.
– Jeśli mnie państwo odwiedzili, to oznacza, że syn… jest w tarapatach? – bardziej stwierdził, niż zapytał, Gaijin.
Kobieta wciągnęła powietrze do płuc, jakby szykując się do płaczu. A jednak odpowiedziała:
– Uciekliśmy z Birmy lata temu, Zeya był jeszcze mały – podjęła. – Wychowywaliśmy go w Malezji, tam mąż podjął pracę, szybko piął się w górę. Synowi zapewniliśmy wszystko, czego potrzebował, wykształcenie, korepetytorów, dodatkowe zajęcia…
– Młody Zeya jest wybornym zawodnikiem polo! – Hitoshi nie odmówił sobie wtrącenia.
– T… tak… – kontynuowała pani Suu Kyi. – Gdy ukończył liceum, zapragnął udać się do kraju, z którego pochodził. Proszę zrozumieć, Zeya nie pamiętał Birmy, uciekliśmy z kraju, gdy był jeszcze niemowlęciem. Rozumieliśmy, że chciał poznać kraj swego pochodzenia.
– Dobrze, kiedy dzieci interesują się swoim dziedzictwem – wtrącił znów ojciec Hotaro.
Gaijin spojrzał na niego krytycznie, ale nie skomentował. „Nie daj się sprowokować”.
– Zorganizowaliśmy tę wycieczkę – przejął narrację ojciec. – Wynajęliśmy ochroniarza.
– Kogo?
Podali nazwisko. Nic ono Hotaro nie mówiło. „Niedobrze”.
W 2021 roku władzę w Birmie przejęła junta wojskowa i krótko potem w kraju wybuchła wojna domowa. Walki nie obejmowały co prawda całego kraju, ale i tak rejon znalazł się na stronach internetowych wszystkich ministerstw spraw zagranicznych krajów zachodnich, jako nierekomendowany do turystycznych wycieczek. Chłopak jednak pojechał, a rodzice posłali z nim jakiegoś ochroniarza amatora. Wszystkich zawodowców operujących w Azji Południowo-Wschodniej Hotaro bowiem znał.
Domyślał się dalszego ciągu historii.
– Po kilku dniach kontakt z Zeyą się urwał – objaśnił zmartwiony Thura.
– Ochroniarz?
– Nie mamy od niego wieści.
„Uciekł z kasą albo został zamordowany. Tak czy inaczej, nie liczył się”.
– Pan Thura zwrócił się do mnie o pomoc – rzekł teraz Hitoshi, przejmując kontrolę nad spotkaniem. – Oczywiście nie odmówiłem. A jako że zajmujesz się takimi… przypadkami, uznałem, że mogę skierować państwa do ciebie. Myślę, że zajmiesz się tym najlepiej.
Taka pochwała brzmiała wyjątkowo podejrzanie w ustach jego ojca. „Gdzie jest haczyk?”
– Jednak widzę, że nieco się… zaniedbałeś – dodał mężczyzna, krytycznie lustrując oczami otoczenie, a na końcu – syna.
Hotaro westchnął ciężko, powiercił się chwilę w swoim fotelu, wreszcie podniósł koszulę i sięgnął do kabury wewnętrznej. Wyjął ją zza paska razem z Glockiem i odłożył na stolik obok, wprawiając tym gestem w osłupienie małżeństwo i własnego ojca.
Gdy Hitoshi wpatrywał się w broń z ustami rozwartymi jak śnięta ryba, Gaijin ucieszył się z tego małego zwycięstwa. Tylko na Min Mei widok pistoletu nie zrobił wrażenia. W Hongkongu przeszła przez piekło, widziała, co potrafi Hotaro. Widziała, jak zabija. Nigdzie nie czuła się bezpieczniej niż przy tym człowieku. Zwłaszcza gdy miał broń.
– Mój ojciec być może o tym nie wiedział – podjął wreszcie Gaijin – ale mieszkam na takim odludziu nie bez przyczyny. Nie prowadzę już ekstrakcji.
– To znaczy?! – zdziwił się Hitoshi.
Hotaro wzruszył ramionami.
– Nie prowadzę. Można powiedzieć, że przeszedłem na emeryturę. Przykro mi.
Od razu tego pożałował, widząc, jak małżonkowie zapadli się w sobie, jakby pod ciężarem jego słów. Hitoshi dał im nadzieję, a jego syn im ją odebrał.
– Karol, chyba nie odmówisz… – zaczął Hitoshi, ale Hotaro tylko pokręcił głową.
– Nie chcę już wchodzić do tej rzeki – odparł. – Jeśli potrzebują państwo pomocy, napiszę kilka nazwisk, przekażę kontakty, ale ja sam… – Uniósł dłonie w bezradnym geście.
Małżonkowie byli załamani, ale robili wszystko, by okazać jak najmniej emocji. Wstali.
– Dziękujemy – powiedzieli tylko i wyszli.
Min Mei zaoferowała, że ich odprowadzi. Odchodząc, delikatnie położyła dłoń na ramieniu przyjaciela. Mówiący wszystko gest wsparcia.
Został sam z ojcem.
„No to zaczynamy”.
– Nie mogłeś załatwić tego delikatniej? – warknął Hitoshi, spoglądając na syna tak krytycznie, jakby ten nadal miał dwanaście lat.
– Przybywasz bez zapowiedzi, przyprowadzasz tych biednych ludzi i liczysz na to, że ugnę się pod presją, że widząc ich żal, dam się przekonać… W moim przekonaniu załatwiłem sprawę aż nazbyt delikatnie.
– Hmf! – Ojciec wstał powoli z fotela, ale nie zbierał się do wyjścia. Jego oblicze złagodniało, minimalnie, ale jednak. – A więc to tak mieszkasz – stwierdził, rozglądając się. Przeszedł się po salonie. – Dużo książek – przyznał jakby z uznaniem, po czym szybko skorygował wypowiedź: – Szkoda, że nadal fascynujesz się tymi… tymi… fantazjami!
– Co kto lubi, tato.
– Czytałem ostatnio fascynującą książkę o Stevie Jobsie. Mógłbym ci ją pożyczyć, gdybyś…
– Obejdzie się.
Hitoshi ujął jedno ze zdjęć przedstawiających małego Karola z matką.
– Twoja mama… pięknie tu wygląda – stwierdził.
– A jak tam twoja rodzina? – pytanie było celową szpilą. Hotaro wiedział, że drugie małżeństwo ojca także nie było najszczęśliwsze, ale mimo wszystko trwało.
– Dobrze.
– A moje rodzeństwo? – Gaijin miał przyrodniego brata i siostrę. Nie utrzymywał z nimi kontaktu.
– Sakura jest skrzypaczką w operze w Kualalumpur. Powinieneś kiedyś przyjść na jej koncert, jest naprawdę wybitnie utalentowana. – Oblicze ojca aż jaśniało, gdy opowiadał o dzieciach z drugiego małżeństwa. – Z kolei Shigeru sprzedaje swoje rzeźby za miliony dolarów! Mówią, że jest największym talentem świata sztuki od lat, istnym objawieniem.
– To dobrze, kiedy rodzic może być dumny z potomstwa – odpowiedział Gaijin, po czym upił łyk mięty.
Spodziewał się wybuchu, ale zamiast tego Hitoshi wyraźnie się zmieszał. Spojrzał na syna. Z góry, ale jakby łagodniej.
– Na większość spraw patrzymy inaczej – rzekł wreszcie.
– To prawda.
– I nie zawsze popierałem twoje wybory życiowe.
– Nie zawsze.
– Mimo to… teraz zaczynam przyjmować, że może tak miało być. Nie poszedłeś w moje ślady, ale Sakura i Shigeru też nie. Widząc ich sukcesy, czuję dumę, a patrząc na ciebie…
– Okej, tato. – Hotaro wstał i wskazał drzwi. – To była przyjemna wizyta. Powiedziałbym, byś mnie jeszcze kiedyś odwiedził, ale chyba żaden z nas nie ma na to ochoty.
Przez oblicze Hitoshiego przebiegł prąd. Mężczyzna powoli ruszył przed siebie, ale nie skierował się do drzwi. Zamiast tego podszedł do syna.
– Poczekaj, daj mi dokończyć – poprosił bardzo miękko. Jak nie on. – Chcę powiedzieć tylko… chcę powiedzieć… – Odchrząknął. – Nie czułem dumy z tego, co robisz. Ale gdy przyszedł do mnie Thura, gdy wyłożył swój problem, zrozumiałem, że tkwiłem w błędzie. Tak miało być, tak musiało się stać. – Podszedł do jednej z półek, wyjął album obejmujący dawne miecze japońskie. – Daisho – rzekł, otwierając na stosownej stronie.
– Zestaw dwóch mieczy samuraja – potwierdził Hotaro.
Ojciec skinął głową.
– Nasz ród wywodzi się od dawnych samurajów, synu. – Wskazał na zdjęcie w książce. – Stąd na pewno wiesz, że samuraj miał dwa miecze nie dla zabawy czy popisu, lecz dlatego, że musiał być gotowy do walki w każdych warunkach. Miecz… na każdą okazję. – Zamknął album. – Kiedy patrzę na moje dzieci, widzę, że jesteście właśnie jak ta broń samurajów. Każde stworzone do czego innego. Mam córkę, która jest muzykiem, syna artystę i najstarszego syna… wojownika. Obrałeś własną drogę i nasze ścieżki nie zawsze się krzyżowały. Ale teraz tak się stało. Moja, Thury i twoja, teraz, w tym miejscu. – Odłożył książkę na miejsce. – Chyba się myliłem, oceniając cię tak surowo. Thura to mój podwładny, ale i przyjaciel. I tylko ty możesz mu pomóc.
– Tato…
– Proszę tylko, byś to rozważył, nic więcej. – To rzekłszy, Hitoshi opuścił dom.
Hotaro westchnął ciężko. Wyszedł za nim.
Na zewnątrz pakowali się do terenówki. Jego ojciec jeszcze przez chwilę patrzył na stojącego obok czarnego Defendera.
– Interesujesz się motoryzacją? – rzucił jeszcze do syna, jakby chcąc przedłużyć kontakt.
Hotaro wzruszył ramionami.
– Zależy czym – odparł.
– Mam doskonałą biografię Enzo Ferrariego. Przypomnij mi się kiedyś, przywiozę ci ją – zakończył i wsiadł za kółko.
Min Mei zatrzymała się, chcąc pożegnać się z przyjacielem.
– I co? – zapytała.
– I nic – odrzekł.
– Serio im nie pomożesz?
– Min… o mało mnie nie zabili w Hongkongu. Nie wróciłem do pełni sił, a nawet gdyby… Tu jest mi dobrze – powiedział.
– Jesteś jeszcze za młody na emeryturę.
– Mam prawie czterdzieści lat. W moim fachu to dobry wiek na kapcie i szlafrok.
Uniosła dłonie w geście znaczącym mniej więcej: „Okej, nie naciskam”. Uściskała go i ruszyła do wozu.
Terenówka cofnęła się, wykręciła i powoli ruszyła w swoją stronę, ale jeszcze nim stracił ją z oczu, Hotaro dostrzegł, że ojciec macha mu na pożegnanie. Po chwili pojazd zniknął w tumanie kurzu.
Jako Niemiec Matthias Ottmeyer zazdrościł Austriakom wielu rzeczy: wspaniałej kultury, bogatej, raczej pokojowej historii, słodyczy, które – jego zdaniem – zawstydzały słynne wyroby z Belgii, muzyki klasycznej, której Austria była ojczyzną… Najbardziej jednak Matthias Ottmeyer zazdrościł Austriakom ich stolicy – Wiednia.
Kochał to miasto. Przeprowadziwszy się tu przed laty, gdy obejmował kontrolę nad rodzinnym interesem, Ottmeyer uważał możliwość zamieszkania w Wiedniu za prawdziwy dar losu. Dar, na który sobie nie zasłużył.
Wywodził się z rodziny niemieckich bogaczy, których majątek miał swoje początki jeszcze w czasach pruskich. Niestety, jak wiele podobnych rodów, także i Ottmeyerowie splamili się współpracą z nazistami. I to z jakże banalnego powodu – dziadek Matthiasa pragnął po prostu pomnożyć i tak pokaźny majątek. Tylko cud sprawił, że Ottmeyerowie nie stracili wszystkiego po wojnie, jakoś udało im się wymknąć spod topora denazyfikacji, jednak dla Matthiasa hańba była hańbą i próbował on zmazać ją tak, jak tylko potrafił.
Odszedł od prowadzonych przez wieki interesów rodu, spieniężając część zasobów, inne zaś przekazując kuzynostwu, obejmując nad biznesami jedynie patriarchalną opiekę. Chciał zbudować coś swojego.
Tym czymś było Imperatoriae Corporum. W skrócie – ImperCor.
Ktoś, kto wpisałby nazwę w Google, znalazłby tylko prostą stronę internetową, na której przeczytałby, iż Imperatoriae Corporum było firmą oferującą „rozwiązania na rzecz bezpieczeństwa mienia, personelu i informacji”. Usługi obejmowały zarówno „bezpośrednie zaangażowanie” współpracowników firmy, jak i „doradztwo”, zaś terenem działań ImperCor był cały glob.
Matthias Ottmeyer był bowiem właścicielem jednej z najgroźniejszych prywatnych firm militarnych (PMC – od Private Military Company) na planecie.
Oczywiście, o ImperCor nie mówiono w mediach. Grupa Wagnera, Academi, Blackwater… te PMC były powszechnie znane, stały się wręcz markami popkultury, co w ocenie Ottmeyera ograniczało ich możliwości działania. Dyskrecja, skuteczność – to były główne cechy ImperCor. Kiedy chciało się wymienić rząd w jakimś kraju Trzeciego Świata, przeprowadzić precyzyjną operację przemytniczą, ochronić jakiś obiekt tak, by ten nie przyciągał uwagi, lub sprawić, że ktoś zmieni zdanie albo zniknie… cóż, ImperCor było wtedy naturalnym wyborem, gwarantującym wykonanie usługi.
Owszem, zdarzały się wpadki, jak ta sprzed kilku miesięcy, kiedy to grupa „współpracowników” Ottmeyera została wyeliminowana w Hongkongu przez innych, najpewniej działających na zlecenie Waszyngtonu najemników, jednak Matthias to fiasko zrzucał na trzymające pieczę nad operacją chińskie służby. Jego ludzie bez wątpienia zrobili wszystko, co się dało, by misja zakończyła się powodzeniem, ale cóż, istnieją zadania niemożliwe do wykonania.
Matthias Ottmeyer odbiegał od wizerunku szefa PMC utrwalonego w świadomości zwykłych ludzi przez media czy wytwory kultury. Nie był prymitywnym gangsterem jak nieświętej pamięci Jewgienij Prigożyn czy ekskomandosem jak założyciel Blackwater. O nie, Ottmeyer był człowiekiem wysportowanym, ale nie umięśnionym jak kulturysta. W średnim wieku, całkiem urodziwy, o przenikliwym wejrzeniu germańskich, błękitnych oczu. Jego uroda skrywała drobny feler – jako absolwent legendarnej szkoły dla chłopców Korps Hanowera nosił bliznę po pojedynku szermierczym. Tradycją szkoły były bowiem walki uczniów do pierwszej krwi. Ottmeyer, rzecz jasna, także brał udział w pojedynkach i została mu po tym pamiątka – draśnięty sztychem szpady kącik ust źle się zrósł i w efekcie oblicze Matthiasa zawsze wyglądało jak rozciągnięte w drwiącym uśmieszku.
Przemierzając uliczki swego ukochanego Wiednia, Ottmeyer uśmiechał się jednak całkiem szczerze. Był ranek, ale miasto już dawno zbudziło się do życia – między pamiętającymi Habsburgów kamienicami toczyły się samochody i dostawcze furgonetki, piesi spieszyli do swoich spraw. Kroczący z teczką jegomość w niebieskim, perfekcyjnie skrojonym garniturze, był jednym z wielu mieszkańców, kompletnie nie rzucał się w oczy.
Dotarł na Singerstraße, gdzie w dużym, dziewiętnastowiecznym budynku, pod numerem 11 znajdowało się główne biuro ImperCor. Matthias doszedł do bramki, użył karty magnetycznej i wprowadził kod, a potem wszedł do środka. Dzięki porannemu spacerowi krew przyjemnie szybko krążyła mu w żyłach. Miał flotę własnych samochodów i kilku szoferów, ale nie mieszkał daleko od biura i czasem po prostu chciał się przejść. Na piętro wszedł po schodach, zapukał do wielkich, zdobionych drewnianych drzwi, by nie przestraszyć sekretarki, która – jak wiedział – zawsze przychodziła przed nim. Dopiero wtedy użył karty i nacisnął klamkę.
Pani Stein wstała zza biurka na powitanie, jak miała w zwyczaju. Ta osiemdziesięcioletnia, niegdyś bardzo piękna kobieta, wywodziła się z rodziny austriackich Żydów. Jej matka była jedną z niewielu ocalonych z Holocaustu członków rodu. Urodziła córkę w jednym z obozów, na krótko przed wyzwoleniem go przez Amerykanów. Pani Stein była istnym wulkanem energii, co być może miało związek z tym, że za młodu tańczyła w balecie. Z Ottmeyerem współpracowała praktycznie od początku istnienia ImperCor. Dobrze znała sekret rodu Ottmeyerów, ale wiedziała też, że Matthias podejmuje wiele działań na rzecz tego, by zmyć rodową hańbę, choć kolaboracja sięgała czasów przed jego narodzinami. A jednak pani Stein z uznaniem pomagała swojemu szefowi organizować stypendia i akcje wspierania utalentowanych dzieciaków z krajów Trzeciego Świata czy organizacji żydowskich – to, że tego typu akcje były świetnym polem rekrutacji nowych talentów do ImperCor, jej nie przeszkadzało. Przecież wiele z tych dzieci w dorosłym życiu i tak wylądowałoby na ulicy z bronią w ręku. Współpraca z ImperCor, u boku doświadczonych operatorów, weteranów wojsk specjalnych, nie tylko dawała im większe szanse przetrwania, ale też umożliwiała rozpoczęcie nowego, o wiele lepszego życia. A Matthias Ottmeyer był bardzo wybredny w doborze kadr – jego współpracownikami nie mogli zostawać neonaziści, nacjonaliści czy rasiści. Nad selekcją kandydatów czuwał sowicie opłacany, surowy zespół psychologów, psychiatrów i weteranów.
ImperCor miało wysokie standardy.
– Dzień dobry, jak minęła panu droga? – zapytała uprzejmie pani Stein, wychodząc zza biurka i przejmując od Matthiasa teczkę i płaszcz.
– Bardzo przyjemnie – odparł, kierując się do ekspresu z kawą.
To był ich poranny rytuał – pani Stein zajmowała się rzeczami szefa, on parzył dla obojga kawę. Dawali sobie zawsze jakieś dwadzieścia minut na rozmowę przed rozpoczęciem dnia. Nic tak nie buduje więzi między szefem a lojalną współpracownicą jak szczera wymiana zdań.
– Przyszły podziękowania z Kibeho – rzekła sekretarka. Podeszła do biurka i pokazała szefowi otwartą, dużą kopertę. Potem wyjęła ze środka list i kilka zdjęć przedstawiających ciemnoskóre, niewidome dzieci w otoczeniu zakonnic. – Siostry są bardzo wdzięczne za ochronę, jakiej udzielają im nasi współpracownicy, pytają, czy będzie możliwość przedłużenia kontraktu na kolejny rok. Sytuacja w Rwandzie jest stabilna, ale sam pan wie…
– Oczywiście! – odparł Matthias, podając kobiecie filiżankę kawy. – Dla sióstr z Kibeho zawsze znajdę ludzi. Po kosztach, oczywiście. W ciągu dnia zadzwoń do Piotra – wspomniał polskiego współpracownika, który zajmował się sierocińcem dla niewidomych dzieci w Kibeho – i przekaż mu, by nie pakował walizek. A jak twoja wnuczka?
– Och! – Pani Stein aż pokraśniała z dumy. – Rebeka będzie występować w Wiedeńskim Balecie Narodowym! Przeszła eliminacje.
– Gratuluję! Zarezerwuję sobie miejsca w pierwszym rzędzie.
– Nie musi pan, już mam bilety!
– Jest pani nieoceniona.
Pili kawę, rozmawiając o zwyczajnych sprawach, aż w pewnym momencie zadzwonił telefon. Pani Stein przeprosiła szefa, podeszła do aparatu i odebrała połączenie. Słuchała z wyraźnym napięciem na twarzy, po czym powiedziała, że oddzwoni, i odłożyła słuchawkę.
– Panie Ottmeyer – zwróciła się do szefa. – Ten klient z ubiegłego tygodnia… właśnie wylądował na lotnisku Wien-Schwechat! Chce się pilnie zobaczyć!
– Och, chodzi o pana Pretoriusa? Byłem przekonany, że skorzysta z oferty Wolfstone. – Matthias przywołał nazwę największego konkurenta swojej firmy, amerykańskiej PMC założonej przez grupę byłych spadochroniarzy 82. Dywizji Powietrznodesantowej.
– Najwyraźniej chce się spotkać. Jak najszybciej, jeszcze dziś.
– Hmm… – Ottmeyer zastanowił się przez chwilę. – Proszę przesunąć delegację sułtana Brunei o dwie godziny. Niech pani im przekaże, że mam nagły problem zdrowotny i zarezerwuję dla nich całe piętro w Casino Wien. Oczywiście pokrywamy fundusze na gry. Negocjacje odbędziemy przy obiedzie. Gdy pani to załatwi, proszę oddzwonić do Pretoriusa i powiedzieć, że jest możliwość spotkania, ale tutaj, w moim biurze.
– Oczywiście! – odparła pani Stein, sięgając znów po telefon.
Jakieś czterdzieści minut później poinformowała Ottmeyera, że gość zjawił się w budynku.
Jake Pretorius był młodym, świetnie zbudowanym człowiekiem o przystojnej twarzy i kompletnie martwych, rybich oczach. Potomek południowoafrykańskich potentatów diamentowych wyemigrował do USA, gdzie zgrywał self-made mana, geniusza technologicznego, który do potężnego, wielomiliardowego majątku doszedł własną pracą, pomysłowością i determinacją. W istocie ten niezbyt lotny młodzieniec sukces zawdzięczał pokaźnemu funduszowi powierniczemu, który pozwalał mu inwestować w ryzykowne przedsięwzięcia, najczęściej te, które odstraszały przedsiębiorców ryzykujących własnym majątkiem. Teraz Jake Pretorius był szefem kilku firm technologicznych, z których największa, BloomAi, zajmowała się produkcją najwyższej klasy smartfonów, choć maczała też palce w badaniach nad sztuczną inteligencją, chcąc zostać w tej dziedzinie największym innowatorem na rynku. Sam Pretorius przez ostatnie lata znacząco zmieniał wizerunek – dawny hipster w klapkach odszedł, zastąpiony kolejno przypakowanym sportowcem, zawodnikiem MMA i bokserem.
Ot, kolejna zabawa bogaczy.
Na spotkanie z Ottmeyerem przyszedł w płóciennych spodniach i koszulce polo, uścisnął podaną dłoń i nie czekając na zaproszenie, zajął miejsce w fotelu naprzeciw biurka szefa ImperCor.
– Matthias, mogę ci mówić po imieniu, prawda? – zagadnął.
Ottmeyer zajął swoje miejsce, wykonując dłonią gest znaczący tyle co: „Nie krępuj się”.
– No więc, Matthias, jak mówiłem, jednak chcemy skorzystać z waszej oferty.
– Oferta Wolfstone była niezadowalająca? – zapytał zaintrygowany szef ImperCor.
– Nie tyle „niezadowalająca”, ile sytuacja, no, powiedzmy, się zmieniła. Wolfstone są bardzo mało wyrafinowani, a ja potrzebuję dyskrecji. Mam zadanie dla chirurga, nie boksera.
– Zamieniam się w słuch.
– Chodzi o sytuację w Birmie, czy tam Mjanmie, nigdy nie mam pojęcia, jak oni chcą się nazywać… Od kilku miesięcy mam tam spory problem. Jak pewnie wiesz, od dwa tysiące dwudziestego trzeciego roku na północy, wzdłuż granicy z Chinami, trwa ofensywa Three Brotherhood Alliance, która nieźle sprała dupsko Tatmadaw. – Pretorius z charakterystyczną dla siebie gracją przywołał nazwę rządzącej Birmą wojskowej junty.
– Ofensywa, z tego, co się orientuję, nieco spowolniła w ubiegłym roku. Wręcz ugrzęzła – odparł Ottmeyer, z pamięci przywołując sytuację w regionie, w którym operowali także i jego „współpracownicy”.
– Tak było, ale w ostatnim czasie pojawił się tam nowy ruch, prowadzony przez nieznanego wcześniej dowódcę. Są fanatyczni, waleczni, piorą dupska wojskowym i brużdżą mi w interesach.
– W pana interesach?
– Północna Birma, w obszarze granicy z Chinami, jest bogata w rudy cyny i metali ziem rzadkich. Te ostatnie, jak pewnie wiesz, są niezbędne do produkcji smartfonów. – Pretorius wyciągnął swój i pokazał rozmówcy, po czym schował go szybko, jakby obawiał się, że szef ImperCor wyrwie mu go z dłoni. – Moich smartfonów – podkreślił.
– Przepraszam, proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale na stronie internetowej Bloom w sekcji „Transparentność” wypisane są obszary, z których czerpią państwo surowce. Północnej Birmy nie ma na tej liście.
Młodzieniec westchnął, jakby zirytowany tym, że musi wyjaśniać takie oczywistości.
– Nie ma – odparł. – To pic dla naiwniaków! Musimy pokazywać takie rzeczy, żeby móc się prezentować jako etyczna firma. Ci wszyscy znudzeni bojownicy o sprawiedliwość ze społecznościówek chcą mieć poczucie, że technologia, na którą wydają majątki, jest tworzona z surowców wydobywanych etycznie, bez wyzysku… a jednocześnie chcą, by smartfon kosztował tyle, by było ich na niego stać. No wybacz, tylko idiota może sądzić, że to da się pogodzić! Gdybyśmy brali materiały tylko z miejsc na naszej liście, towar kosztowałby z pięć, o ile nie dziesięć razy tyle, ile kosztuje teraz. Jesteś biznesmenem, policz sobie!
Ottmeyer uśmiechnął się ciepło, koncyliacyjnie unosząc dłonie.
– Rozumiem, o co chodzi – rzekł. – Potrzebuje pan usług mojej firmy, by trochę uspokoić sytuację w regionie.
– Dokładnie! – Pretorius energicznie pokiwał głową. – Ale… to nie może się odbyć zbyt bezczelnie. Wiesz, metale ziem rzadkich wydobywają dla nas tam Chińczycy, my „tylko” – wykonał palcami gest cudzysłowu – je od nich skupujemy za pośrednictwem firm-słupów. Jakby kto pytał, mamy czyste rączki.
– Więc zależy panu na tym, by moi ludzie formalnie współpracowali z Chińczykami?
– No! – Młody człowiek się ożywił. – Wiedziałem, że załapiesz!
– Hmm… będę z panem szczery. Nie jestem entuzjastą współpracy z Pekinem. Powiedzmy, że jakiś czas temu z powodu błędów popełnionych przez Chińczyków straciłem kilku ludzi. Bardzo dobrych ludzi.
– Och, daj spokój, „kilku ludzi”, na pewno masz już nowych! Zresztą, jestem gotów zapłacić sporo, co powiesz na… – Pretorius podał oszałamiającą kwotę.
Ottmeyerowi nawet nie drgnęła brew.
– Wbrew temu, co może pan sądzić – odparł wreszcie – w tym interesie pieniądze to nie wszystko. Ważna jest też reputacja i pewna… zawodowa etyka.
– Etyka, powiadasz… no dobra, a co powiesz na to: Bloom to tylko jedna z moich firm. Poza własnymi inicjatywami mam znajomości, rozmaite kontakty. A teraz, jak wiesz, w Waszyngtonie siedzi nowa administracja. Administracja bardzo przyjazna takim ludziom jak ja. – Zaśmiał się. – Głupi Amerykanie uznali, że głosem prostego robotnika jest miliarder, i wybrali miliardera. – Śmiał się coraz głośniej, jakby opowiedział znakomity żart. – Wiesz, czyim głosem jest nowy prezydent? Naszym głosem. – Uspokoił się nieco, ale chytry uśmiech nie schodził mu z twarzy. – A świat nie robi się ani trochę bardziej bezpieczny, kto wie, co stanie się za miesiąc, dwa… Skontaktowałbym cię, z kim trzeba, ludźmi na wysokich stanowiskach, a oni siedzą w komisjach, rozmawiają z prezydentem. Czyż nie byłoby fajnie, gdyby mieli twój numer w telefonach na nagłe wypadki? Gdyby twoi, jak to ująłeś, „współpracownicy” mieli pierwszeństwo w takich niespodziewanych sytuacjach? Jestem w stanie to ogarnąć, dla mnie to jedna rozmowa, a dla ciebie… – Pretorius uśmiechnął się szelmowsko.
Ottmeyer nie spuszczał z niego wzroku. W końcu także się uśmiechnął i rzekł:
– Myślę, że jest jeden człowiek, który mógłby być pomocny dla nas obu.
Konstrukcja z klocków wyglądała imponująco. „Mała będzie kiedyś inżynierką albo architektką” – pomyślał z uznaniem generał Li Zhang, przyglądając się zabawie wnuczki.
Pięcioletnia dziewczynka budowała wieżowiec, który – choć coraz wyższy i wyższy – zdawał się zaprzeczać prawom grawitacji. Co jakiś czas dziecko zwracało się do dziadka, wskazując konkretny klocek, a potem dołączało element do konstrukcji.
Li Zhang był od niemal roku na emeryturze. Odszedł z wojska krótko po wielkim skandalu, jakim było ujawnienie kompromitujących faktów z życia jego kolegów w mundurach, ale też działaczy partyjnych i biznesmenów. Chiny, państwo specjalizujące się w działaniach w cyberprzestrzeni, samo stało się celem ataku hakerskiego o straszliwych skutkach. Nie obaliło to reżimu, ale pokazało Zhangowi, że jego dni w siłach zbrojnych są policzone, a dalsze firmowanie swoim nazwiskiem i zasługami reżimu w Pekinie było pozbawione sensu. Odszedł z honorami, jako powód podając sytuację osobistą.
Nikt nie podawał tego w wątpliwość. Wszyscy wiedzieli o śmierci jego syna, ojca małej – Li Jinga.
Teraz wraz z żoną, synową i wnuczką generał Li mieszkał w swej pokaźnej rezydencji w prowincji Zhejiang. Ta najbogatsza prowincja Państwa Środka była idealnym miejscem na wychowywanie dziewczynki. Zamożna i bezpieczna (niemal sto procent obszaru prowincji było objęte zakazem fotografowania, nigdy nie wpuszczono tu też słynnego samochodu Google wykonującego fotografie do usługi Street View), oferowała byłemu wojskowemu to, czego potrzebował najbardziej – spokój.
Wieża rosła i rosła, nadal drwiąc z praw fizyki i grawitacji.
– Co takiego budujesz, Fen? – zapytał wreszcie wnuczkę.
– Uczę się budować – odparła rezolutnie.
– Uczysz się?
– Tak.
– A czego?
Dziewczynka spojrzała na niego tak, jakby ją dziwiło to, że komuś tak sędziwemu i mądremu jak jej dziadek musi wyjaśniać takie oczywistości.
– Uczę się budować wysokie wieże – wyjaśniła – bo wtedy, jak będę duża, zbuduję najwyższą wieżę na świecie! Będzie tak wysoka, że sięgnie do nieba, a ja wejdę na szczyt i znowu zobaczę się z tatą.
– Z… tatą?
Znowu to spojrzenie – mała niemal wywracała oczami zmuszona do wyjaśniania tych banałów.
– Babcia powiedziała, że tata jest w niebie – odparła, rozkładając szeroko ręce.
Zhang wstał szybko, przeprosił małą. Wyszedł z pomieszczenia, niemal pobiegł do łazienki. Zamknął drzwi na klucz.
Dopiero wtedy się rozpłakał.
Jego syn zginął, służąc władzom w Pekinie. Wykonywał w Hongkongu jakąś sekretną misję i został zamordowany przez pracujących dla Zachodu najemników, wśród których znajdował się prawdopodobnie legendarny Gaijin. Człowiek duch, jeden z tych, którzy znaleźli się na czarnej liście Partii i jej służb.
Odebrali mu jedynego syna, ale Zhang nie czuł wobec jego morderców nienawiści. Prawdę mówiąc, miał o wiele większy żal do Jinga. Zawsze się ze sobą spierali. Im starszy i bardziej pozbawiony złudzeń wobec ustroju stawał się Zhang, tym bardziej fanatycznie jego syn ufał władzom Partii. Stawał się podobny do swej babki, matki generała, bojowniczki Wielkiego Przewodniczącego Mao, fanatycznie mu oddanej do samej śmierci. Tym fanatyzmem, najwyraźniej, zaraziła wnuka. Tak jak Zhang spierał się z nią, tak Jing spierał się z nim.
A teraz nie żył. Nie zdołali się pogodzić. Nie zdołali się nawet pożegnać.
Zhang pozwalał łzom płynąć. Psychologia nie cieszyła się uznaniem w Chinach, nie uznawano jej tu nawet za naukę (no, chyba że chodziło o wykorzystanie jej zdobyczy do prowadzenia operacji wpływu na społeczeństwa Zachodu), jednak Zhang sam trochę poszukał w internecie. Jako byłego wojskowego cenzura sieci go nie obejmowała, więc bez trudu znalazł zagraniczne artykuły o stracie i radzeniu sobie z nią. Wiedział więc, że nie musi, nie powinien wręcz tłumić łez. Miał prawo czuć się słaby. Miał prawo do żałoby i bólu.
Ktoś zapukał do drzwi.
– Kochanie, mamy niespodziewanych gości – rzuciła przez drzwi żona generała.
Odkaszlnął, wytarł łzy. Odkręcił wodę w umywalce i doprowadził się do ładu.
– Już idę – odparł, siląc się na spokój.
Zostawił wnuczkę pod opieką babci i zszedł na dół. Goście już siedzieli w salonie.
Jednego z nich znał – był to kolega z wojska, też generał, Ba Yimou. Drugi mężczyzna, całkiem obcy – bez munduru, w skórzanej kurtce i o chytrej, pociągłej twarzy – całym sobą przekazywał, że jego obecność oznacza kłopoty. Palił papierosa, tym symbolicznym gestem dając do zrozumienia, że to on tu rządzi.
– Generał Li, jak miło, żeś do nas dołączył – powiedział. – Proszę usiąść, musimy porozmawiać.
Yimou nie powiedział nic, był bardzo zmieszany.
Zhang spojrzał przez okno na zewnątrz – na podjeździe stał duży, ciemny SUV, przy którym wartę trzymało kilku nieumundurowanych, bez wątpienia uzbrojonych mężczyzn.
Tajne służby Chin złożyły mu wizytę.
Zasiadł na kanapie naprzeciwko kolegi i człowieka w skórze.
– Generale. – „Skórzany” zaciągnął się, wydmuchał dym. – Przepraszamy za niespodziewane odwiedziny, ale potrzebujemy pana pomocy w pewnej delikatnej sprawie.
Zhang odchrząknął.
– Widzę, że przechodzimy od razu do rzeczy – odparł.
– Bo i nie mamy czasu do stracenia! Czy orientujesz się w sytuacji w Birmie?
Zhang, rzecz jasna, orientował się doskonale. W 2021 roku władzę w kraju przejęła wojskowa junta, krótko po tym wybuchła wojna domowa. Brutalna, bezwzględna i krwawa, największe żniwo zbierała w północnych prowincjach, graniczących z Chinami. Zorganizowana przestępczość, która i wcześniej była w tym obszarze silna, w czasie wojny rozkwitła na całego – przemyt ludzi, cyberprzestepczość, wreszcie handel narkotykami, wśród których największe zyski przynosił obrót fentanylem, to była codzienność przygranicznego obszaru.
Chiny, oczywiście, potrafiły wykorzystać sytuację na swoją korzyść. Formalnie nigdy nie poparły junty, a nawet potępiły ją kilkukrotnie podczas konferencji międzynarodowych, realnie wspierały ją szkoleniami i sprzętem, w zamian domagając się, by przejmowany od przestępców fentanyl nie był niszczony, lecz przemycany do USA, gdzie zbierał straszliwe żniwo, osłabiając największego wroga Pekinu od środka. Była też kwestia Pasa i Szlaku, wielkiego projektu transportowego Chin, który miał przecinać Azję, odbierając handlowy prymat morskiej potędze Stanów Zjednoczonych. Niestety, kluczowy odcinek Pasa i Szlaku miał przebiegać właśnie przez północną Birmę… nie sposób było więc realizować tej idei, dopóki trwała tam rzeź.
– Tak, orientuję się w sytuacji – odparł Zhang.
– W takim razie wiesz też zapewne, że ostatnio pojawił się tam nowy przywódca buntowników. Three Brotherhood Alliance, czy też TBA, traci tam wpływy na rzecz jakiegoś nowego watażki. Niestety ów jest skuteczny i nasi przyjaciele z Tatmadaw niepokoją się, czy nie odmieni on losów wojny na ich niekorzyść.
– Co to ma wspólnego ze mną?
„Skórzany” uśmiechnął się przebiegle.
– Powiedzmy, że pojawiła się możliwość rozwiązania tej sytuacji – rzekł. – Jak wiesz, USA jest naszym największym wrogiem, jednak zgodnie z tym, czego nauczają nas Sun Tzu i Wielki Przewodniczący Mao, nie zamykamy się na współpracę z tymi Amerykanami, którzy, w długim okresie, działają na szkodę swojego kraju. Jeden z nich jest dużym odbiorcą metali ziem rzadkich z północnej Birmy i tamtejszy konflikt także go niepokoi. Zorganizował on środki i specjalistów, którzy pomogą w… załagodzeniu konfliktu, jednak jego udział nie może wyjść na jaw. Zwrócono się więc do nas po pomoc. Udzielimy jej.
– Wciąż nie rozumiem, co to ma wspólnego ze mną. Jestem na emeryturze, nie biorę już udziału…
– Właśnie! Jesteś, generale, emerytem, formalnie bez związków ze sferą wojskową czy wywiadowczą. Tym samym nikt nie powiązałby twojej obecności w Birmie z Pekinem. Ot, doradzasz Birmańczykom jako osoba prywatna, twoje prawo.
– Miałbym się udać do Birmy i prowadzić operację? – Zhang prychnął i pokręcił głową. – Nie ma mowy! Jestem emerytem, mam, jak zapewne wiecie, na wychowaniu wnuczkę. Jestem potrzebny tu, na miejscu.
Mężczyzna w skórzanej kurtce westchnął ciężko, zaciągnął się ostatni raz papierosem i ugasił go w doniczce stojącego na stoliku drzewka bonsai.
– Czy nie wyraziłem się jasno? – powiedział wreszcie zimnym jak lód głosem. – To nie była prośba! Ten dom, twoja żona, synowa i wnuczka macie wygodne życie, jasne, zapracowałeś na to… ale nic nie stoi na przeszkodzie, by przenieść was na zachód. Życie w lepiance, bez bieżącej wody i opieki medycznej, co ty na to? Chyba nie brzmi zbyt kusząco?
Zhang poderwał się na nogi. „Skórzany” był młodszy od niego, ale mimo swoich niemal siedemdziesięciu lat były generał zachował krzepę. Czy zdołałby powalić tego człowieka? Na pewno by spróbował.
– Ostrożnie, generale! Wystarczy, że zmarszczę brwi, a wasza sielanka się skończy. – Mężczyzna także wstał i skierował się do drzwi wyjściowych. Yimou poszedł za nim, wcześniej zerknąwszy przepraszająco na starego przyjaciela.
– Jutro rano masz czekać na lotnisku Wenzhou – rzucił jeszcze „skórzany”. – Spakuj rzeczy na co najmniej kilka tygodni.
Gdy nieproszeni goście kierowali się do swojego wozu, na podjazd zajechał inny samochód. Kierowała nim Chun, synowa byłego generała. Widząc niezapowiedzianych gości, nie wysiadała. Została w aucie, śledząc przerażonym wzrokiem jednego z mężczyzn. Dopiero kiedy SUV opuścił teren rezydencji, podbiegła do teścia i przytuliła go.
– Tato, czy wszystko w porządku? – zapytała.
Zhang długo nie odpowiadał. W końcu spojrzał na synową.
– Tak, Chun, dlaczego pytasz? – odrzekł wreszcie.
– Ten człowiek w skórzanej kurtce… – powiedziała drżącym głosem. – To on u nas był krótko przed śmiercią Jinga. To on… nam groził!
Starszy mężczyzna westchnął. Opiekuńczo objął synową. Zrozumiał wtedy, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia.
Kilka dni po wizycie ojca Hotaro udał się do pobliskiego Taiki.
Była to typowa japońska prowincjonalna mieścina. Nie wioska, lecz miasto z prawdziwego zdarzenia, choć bez wieżowców, neonów i wszechobecnego hałasu reklam. Przecięte wpół przez rzekę Rekifune, było domem Min Mei, a właśnie ją planował odwiedzić Gaijin.
Land Rover spokojnie toczył się niezbyt szeroką drogą wiodącą z gór w kierunku miasta. Hotaro doskonale znał tę trasę, był w stanie wskazać każdy krzak, każdy zakręt, każdą dziurę w asfalcie, mógłby ją pokonać z zamkniętymi oczami.
Ale jego oczy były szeroko otwarte. I czujne.
Wypatrywał tego, co nie pasowało – porzuconych przydrożnych śmieci, resztek mebli, ściętych gałęzi, nawet zwałów ziemi pozostawionych po robotach drogowych.
Wszystkiego tego, co mogło skrywać zdalnie odpalany ładunek wybuchowy.
Nawyk jeszcze z Afganistanu, ze służby w duńskich Jegrach – śmieci było tam przy drogach o wiele więcej niż w czystej z reguły Japonii, wiele z nich skrywało „niespodzianki” dla żołnierzy koalicji. I zbierały straszliwe żniwo. Każdy patrol, każdy wypad poza obręb bazy, każda operacja w terenie mogła być dla wojskowych tą ostatnią… albo zakończyć się trwałym kalectwem.
Czy Hotaro spodziewał się, że Moskwa, Pekin lub Pjongjang mogły zastawić na niego taką pułapkę? Albo ktokolwiek z wielu ludzi, którym przez lata działalności w Azji nadepnął na odcisk? Wrogów dążących do rewanżu nie brakowało.
Gaijin przeszedł na emeryturę nie bez przyczyny – rozwój technologii śledzących czynił jego pracę coraz trudniejszą, ryzyko zwiększało się z każdą ekstrakcją. W którymś momencie musiał powiedzieć sobie dość. Tak przynajmniej podpowiadała racjonalna część jego mózgu.
Ale była też ta mniej racjonalna.
Ta, która dzień w dzień przypominała mu o tym, jak bardzo tęskni za porzuconym życiem.
Stare nawyki miały go nigdy nie opuścić – przeszkolenie i doświadczenie były wdrukowane w jego ciało i duszę. Podczas porannego biegu instynktownie wypatrywał celów skrywających się za drzewami, a w czasie odpoczynku – strzelców wyborowych. Unikał otwartych przestrzeni, starał się poruszać bliżej zarośli. Nocami często się budził, nasłuchując odgłosów w domu i na zewnątrz. A jadąc do Taiki, za każdym razem wypatrywał ukrytych ładunków wybuchowych i zasadzek.
A teraz przybył ojciec i próbował wciągnąć go w to wszystko z powrotem. Jakby spodziewał się, że jego syn potrzebuje tylko pretekstu.
Hotaro starał się wymazać z myśli tę wizytę.
Dojechał do Taiki i zatrzymał się przed sklepem spożywczym. Tam kupił skrzynkę mrożonej herbaty Sangaria. Jedną puszkę otworzył od razu w samochodzie, po czym ruszył dalej.
Min Mei mieszkała w dzielnicy Nakadori, tuż nad rzeką, jednak spotkali się w okolicznej restauracji, o dziwo – włoskiej. Hotaro zastanawiał się, jaką lokal skrywa tajemnicę, i zagadywał o to kelnerów za każdym razem, gdy tu gościł, jednak oni tylko uśmiechali się uprzejmie, odpowiadając – jak to Japończycy – w sposób miły i zarazem niekonkretny. Czy właściciel był Włochem? A może Japończykiem zakochanym w słonecznej Italii? Trudno było orzec, ale jedzenie było doskonałe, a kawa, parzona tradycyjnie po włosku, umilała dzień.
Hakerka już czekała w środku, odziana – jak to ona – w bluzę z kapturem, na której nadrukowano tańczącą króliczkę i misia. Hotaro wiedział już, że postacie nazywają się Cony i Brown, Min Mei mogła opowiadać o nich godzinami. On rewanżował się, streszczając całe fabuły swoich ulubionych powieści fantasy. Przekomarzali się notorycznie, a dziewczyna namawiała go na gry, których Hotaro akurat nie znosił. Nawet jeśli były to gry fantasy. Nudziły go.
Przywitali się serdecznie, zamówili kawę i ciasto, a potem rozmawiali – jak to oni – o wszystkim i niczym. Ich widok nikogo nie dziwił, kojarzono ich jako tajemnicze rodzeństwo. Wiedziano, że Min jest Chinką, zakładano więc, że Hotaro też. Miła kelnerka kiedyś wręcz zwróciła uwagę na łączące ich „rodzinne podobieństwo”.
Bardzo ich to rozbawiło. Na wszelki wypadek nie dementowali. Naturalna, wyrosła spontanicznie przykrywka często okazywała się najskuteczniejsza.
„Rodzeństwo” piło kawę i gadało o głupotach. W końcu jednak Min Mei zrobiła poważną minę. Gaijin wiedział, że pojawią się ciężkie tematy.
– Twój tata…
– Min, nie zaczynaj!
– Posłuchaj mnie, proszę! Domyślam się, że wasza relacja jest, jak by to określić, niełatwa, ale zawsze da się coś zrobić. Prosił cię o pomoc.
– To duża sprawa, wiesz przecież. Nie bez przyczyny skończyłem z ekstrakcjami.
– Tak, wiem – przyznała. Jej ekstrakcja była wszak ostatnią, jakiej się podjął. O mało go to nie zabiło.
– Moja matka… – zaczęła niespodziewanie – biła mnie. Nie rób takiej miny, w Chinach to całkiem normalna metoda wychowawcza. Bije się dzieci, by zapamiętały lekcję, bije się je, gdy w pokoju jest nieporządek. Gdy nauczyciele stawiają słabe stopnie…
– Z tego, co mówiłaś, nie miałaś słabych stopni.
– Stopni nie, ale grzeczna też nie byłam. Kiedyś, pamiętam to doskonale, gdy miałam osiem lat, potknęłam się i skręciłam kostkę. Strasznie bolało i, jak to dzieciak, rozpłakałam się. Wiesz, co zrobiła moja matka? Poderwała mnie do góry i spoliczkowała, przy całej ulicy. Było to strasznie upokarzające, ale momentalnie przestałam płakać.
– Co za historia, Min – prychnął Gaijin. – Matka cię lała, a ty jesteś jej wdzięczna? To ma nawet chyba nazwę… Syndrom kopenhaski? Nie, jakoś inaczej – zakpił, po czym uniósł przepraszająco dłonie. – Wybacz mi, po prostu… wkurza mnie to, co słyszę! Jesteś dla mnie ważna, jesteś już rodziną. Myśl o tym, że takie rzeczy cię spotykały… – Pokręcił głową.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
