Daisho - Arkady Saulski - ebook

Daisho ebook

Arkady Saulski

5,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

BEZ PRAWA, BEZ LITOŚCI, BEZ ODWROTU

Karol Hotaro, były komandos i specjalista od ekstrakcji o polsko-japońskich korzeniach, powraca, by wykonać ostatnie zadanie.

Kiedy młody mężczyzna znika w rodzinnej Birmie, jedynie Hotaro może go odnaleźć. Kraj pogrążony jest w brutalnej wojnie domowej, będącej pokłosiem konfliktu między Rosją, Chinami a Zachodem. Hotaro podejmuje się zadania, korzystając z pomocy Kozaka oraz tajemniczej Alyny z ukraińskiego wywiadu wojskowego HUR. Przeciw sobie ma pana Li — emerytowanego chińskiego generała, który pragnie zemsty za śmierć swojego syna. Obaj są pionkami w grze, w której udział biorą chińskie służby, prywatne firmy wojskowe, a nawet technologiczny miliarder.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 490

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Daisho

Daisho – w języku japoń­skim dosłow­nie „duży-mały”. Zestaw dwóch mie­czy noszo­nych przez samu­raja w okre­sie Edo (1603–1868). Na daisho skła­dały się miecz długi (katana) oraz krót­szy (waki­za­shi), z któ­rych każdy miał inne zasto­so­wa­nie w przy­padku walki.

Prolog

Wojna jest naj­do­sko­nal­szym spo­so­bem roz­strzy­ga­nia prze­ci­wieństw.

Mao Zedong

Kiedy wal­czysz w mie­ście, otwarta prze­strzeń to ostat­nie miej­sce, w jakim chcesz się zna­leźć. „Więc dla­czego, do jasnej cho­lery, wła­śnie tutaj jestem?!” – myślał Karol Hotaro, bie­gnąc ile sił w nogach.

Walki o Bach­mut trwały od sierp­nia 2022 roku, a on i jego towa­rzy­sze nale­żeli do ostat­nich jed­no­stek pod­le­ga­ją­cych szta­bowi w Kijo­wie, które prze­trwały w ruinach.

Sta­no­wili jed­nostkę cudzo­ziem­ską zło­żoną z ochot­ni­ków. Hotaro słu­żył kie­dyś w duń­skich Jegrach, pozo­stali też mieli prze­szłość w woj­skach spe­cjal­nych – Willy Win­gham w bry­tyj­skim SAS, Japoń­czyk Makoto Saito w rodzi­mych SOG, wresz­cie dwoje Ukra­iń­ców z wywiadu woj­sko­wego HUR – Woło­dy­myr Załużny i Kalyna Ani­senko.

Ich zada­nie było pro­ste – zabi­jać Rosjan za liniami wroga, siać śmierć i znisz­cze­nie wszel­kimi meto­dami. For­mal­nie ich oddział nie ist­niał, nie było go w żad­nym reje­strze, nie miał nawet nazwy.

Zostali w zruj­no­wa­nym Bach­mu­cie, robiąc to, co potra­fili naj­le­piej.

A on, Karol Hotaro, w trak­cie jed­nego ze starć zna­lazł się w naj­gor­szym miej­scu, jakie można sobie wyobra­zić – na otwar­tej prze­strzeni, mię­dzy dwoma na wpół zruj­no­wa­nymi blo­kami.

Kule świsz­czały tuż obok, ude­rzały w nie­równy chod­nik, któ­rym biegł, wznie­ca­jąc cha­rak­te­ry­styczne „pac! pac! pac!”, gdy trza­skały o beton. „Ni­gdy wię­cej nie bie­gnę na szpicy!” – obie­cy­wał sobie.

Za sobą sły­szał ter­kot kara­bi­nów swo­jego oddziału, osła­nia­ją­cego jego ruchy, nad sobą dostrze­gał roz­bły­ski ognia wylo­to­wego broni nie­przy­ja­ciela. „Orko­wie” scho­wali się na trze­cim pię­trze bloku, któ­rego górne kon­dy­gna­cje przed mie­sią­cem zmiótł pocisk ter­mo­ba­ryczny. I to ten blok oddział Hotaro miał wyczy­ścić z Rosjan, by potem zało­żyć pułapki i się wyco­fać. Gdyby inna jed­nostka przy­była na zwiad, cze­ka­łaby ją przy­kra nie­spo­dzianka.

Odle­głość do klatki scho­do­wej wydłu­żała się nie­mi­ło­sier­nie. Hotaro oddy­chał mia­rowo, wie­dząc, że jeśli dobie­gnie do klatki zdy­szany, gło­śny oddech ścią­gnie nie­przy­ja­ciół i jedyne, co osią­gnie, to to, że umrze zmę­czony.

Jesz­cze trzy metry… dwa, jeden… Dobiegł do wej­ścia do klatki scho­do­wej.

Od razu scho­wał się za rogiem, nad głową miał beto­nowy daszek. Chwila odde­chu. „Tylko chwila”.

Wysu­nął się zza daszku i skie­ro­wał w górę lufę kara­binu. Wie­dział, że z chwilą, gdy jego AK-105 ode­zwie się ogniem, tę samą drogę, którą przed chwilą prze­był, będzie musiał poko­nać Załużny z resztą oddziału. Teraz to on ich osła­niał.

Pocią­gnął za spust, odda­jąc poje­dyn­cze, mie­rzone strzały w górę, ku oknom, z któ­rych przed chwilą strze­lano do niego. Kara­bin buchał iskrami ognia wylo­to­wego, poci­ski 5,45 × 39 mili­me­trów odłu­py­wały kawałki betonu, drewna i resz­tek szkła ze zruj­no­wa­nych okien. Ogień Rosjan nieco umilkł, na tyle, by dać szansę resz­cie.

Kątem oka Hotaro dostrzegł zie­lony kształt. Z powodu znisz­czeń i bom­bar­do­wań prze­strzeń wokół wyglą­dała jak czarno-biały film – wszystko było szare, pokryte pyłem, zmie­lo­nym beto­nem i azbe­stem, więc Załużny w swoim zie­lonym kamu­flażu wyróż­niał się tak, jakby miał nad głową świe­cącą strzałkę.

Walki w mie­ście to było naprawdę pie­kło.

Hotaro pocią­gał za spust raz za razem, chcąc dać przy­ja­cie­lowi nie­zbędny czas na dotar­cie do celu. Wresz­cie Ukra­iniec dobiegł do wej­ścia, nie­mal ude­rza­jąc o ścianę. Ski­nął głową na towa­rzy­sza.

Karol Hotaro wsu­nął się z powro­tem pod beto­nowy dach, wymie­nił maga­zy­nek w AK na świeży, pod­czas gdy Załużny zajął jego pozy­cję i walił teraz do góry, pocisk za poci­skiem, żeby uła­twić pozo­sta­łym prze­bie­gnię­cie.

Hotaro wymie­nił maga­zy­nek. Poprzedni, nie­mal zużyty, scho­wał do naj­dal­szej ładow­nicy po pra­wej, po czym skie­ro­wał lufę w kie­runku klatki scho­do­wej. Ubez­pie­czał teraz ten sek­tor, na wypa­dek gdyby nie­przy­ja­cio­łom z góry przy­szło do głowy zejść i wyku­rzyć ich sprzed wej­ścia.

Kroki. Do klatki dobiegł Japoń­czyk Saito, potem Win­gham, wresz­cie Kalyna. Dziew­czyna była mniej­sza od rosłych męż­czyzn. Kami­zelka, kara­bin, pokry­wa­jący czu­prynę jasnych wło­sów hełm – to wszystko wyda­wało się na nią za duże. A jed­nak Ani­senko była per­fek­cyj­nie prze­szko­loną ope­ra­torką, która swoje zada­nia wyko­ny­wała rów­nie dobrze jak kole­dzy. Kto­kol­wiek zlek­ce­wa­żyłby ją na pod­sta­wie drob­nej budowy, cóż – szybko by tego poża­ło­wał.

„Co naj­mniej pię­ciu, trze­cie pię­tro” – poka­zał im na migi Hotaro. Pozo­stali tylko ski­nęli gło­wami. Cze­kało ich teraz naj­trud­niej­sze zada­nie, tak zwane CQB, od angiel­skich słów close quar­ters bat­tle, czyli czysz­cze­nie bloku pię­tro po pię­trze, kory­tarz po kory­tarzu, pokój po pokoju – naj­cięż­sze zada­nie, jakie może spo­tkać żoł­nie­rza na polu walki. Hotaro szcze­rze wolał służbę w oko­pach.

„Idziesz na szpicy” – odparł zesta­wem wła­snych gestów peł­niący funk­cję dowódcy Załużny. Hotaro się skrzy­wił: idący na szpicy pro­wa­dził natar­cie. Wybie­rano do tego naj­lep­szych, ale i ryzyko było dla takiego żoł­nie­rza naj­więk­sze, więc Hotaro poka­zał przy­ja­cie­lowi środ­kowy palec. Ten na chwilę puścił broń, zbli­żył obie, pokryte zie­lo­nymi ręka­wi­cami Mecha­nixa dło­nie, skła­da­jąc palce w ser­duszko.

Hotaro wszedł do zruj­no­wa­nej klatki scho­do­wej powoli, celu­jąc w górę lufą AK. Lustro­wał oko­licę bro­nią, spo­glą­da­jąc przez zamon­to­wany na kara­bi­nie celow­nik holo­gra­ficzny, lewa dłoń obej­mo­wała obu­do­wane żebro­waną osłoną Zenitco B-30 łoże. Jedną z naj­więk­szych wad rosyj­skiego sys­temu Kałasz­ni­kowa był fakt, iż prak­tycz­nie nie spo­sób było porząd­nie wyze­ro­wać celow­nik, jed­nak teraz, w tak cia­snej prze­strzeni, nie miało to naj­mniej­szego zna­cze­nia – Hotaro wie­dział, że gdy doj­dzie do walki, będzie odda­wał strzały do prze­ciw­nika znaj­du­ją­cego się tuż przed nim, nie­mal z przy­ło­że­nia.

Wcho­dził powoli, stą­pa­jąc ostroż­nie po pokry­tych pyłem i gru­zem stop­niach. Po bokach miał wyrwane drzwi do miesz­kań, które spraw­dzali, jedno po dru­gim, wcho­dząc na górę. Ostat­nie, czego potrze­bo­wali, to prze­ciw­nika wyska­ku­ją­cego na nich zza ple­ców.

Pierw­sze pię­tro było czy­ste, dru­gie też. Gdy Hotaro posta­wił stopę na stop­niach wio­dą­cych na trze­cie, usły­szał u góry głosy. Nie roz­po­znał słów, ale ktoś tam wyda­wał pole­ce­nia. „Mamy ich!” – poka­zał gestem pozo­sta­łym.

Jakieś kroki u góry, jakby ktoś gdzieś biegł. Wtedy usły­szeli trzask gra­natu.

Okrą­gły kształt wyle­ciał z góry, poto­czył się po scho­dach i spo­czął mię­dzy Kalyną a Win­gha­mem. Dziew­czyna zare­ago­wała trzeźwo i w jedyny moż­liwy spo­sób – kop­nia­kiem posłała gra­nat dalej, w dół klatki scho­do­wej. W samą porę – rzu­ca­jący „goto­wał” go: przed rzu­ce­niem trzy­mał ze spusz­czoną łyżką po to, by skró­cić czas deto­na­cji. Wybuch wstrzą­snął budyn­kiem, odłamki ryko­sze­to­wały od beto­no­wych ścian, powie­trze wypeł­niło się kurzem. Ani­senko zmio­tło z nóg, ale teraz to Bry­tyj­czyk oka­zał się pomocny – mocarna dłoń zła­pała za uprząż kami­zelki dziew­czyny, wcią­ga­jąc ją do góry.

Hotaro mógł zro­bić tylko jedno. „Szok mamy z głowy, czas na prze­ra­że­nie” – pomy­ślał, wcho­dząc po scho­dach do góry i otwie­ra­jąc ogień w kie­runku, z któ­rego wyle­ciał gra­nat.

Huk wystrza­łów w tak cia­snej prze­strzeni byłby ogłu­sza­jący, na szczę­ście wetknięte w uszy męż­czy­zny ochron­niki Griz­zly Ears robiły swoje, wytłu­mia­jąc hałas. AK szar­pał w dło­niach przy każ­dym strzale, kule wla­ty­wały w świa­tło drzwi, wznie­cały gej­zery pyłu po tra­fie­niach w ściany. Męż­czy­zna dostrzegł jakby osu­wa­jący się ludzki kształt. Nie miał czasu iden­ty­fi­ko­wać zagro­że­nia, ana­li­zo­wać kroju mun­duru, kamu­flażu czy koloru opi­na­ją­cych ramiona i hełm taśm kle­ją­cych. „Każdy, kto nie jest z nami, jest wro­giem”.

Dopadł do naroż­nika, gdy z dru­giej strony prze­ciw­nik odpo­wie­dział ogniem. Poci­ski śmi­gnęły bli­sko, roz­łu­pały ściany, jesz­cze bar­dziej demo­lu­jąc i tak zde­mo­lo­waną prze­strzeń. Znowu jakieś okrzyki, znowu Hotaro nie roz­po­zna­wał słów.

Za nim towa­rzy­sze wcho­dzili na pię­tro, więc męż­czy­zna zro­bił im miej­sce, po czym zasy­gna­li­zo­wał przej­ście na drugą stronę kory­ta­rza, do miesz­ka­nia naprze­ciwko. Załużny klep­nął go w ramię, potwier­dza­jąco. Hotaro wziął głę­boki oddech i wyszedł za róg, celu­jąc mniej wię­cej w kie­runku, z któ­rego przed chwilą do niego strze­lano, i pocią­ga­jąc za spust.

AK trza­skał kolej­nymi strza­łami, raz, drugi, trzeci, gdy były Jegr poko­ny­wał prze­strzeń do dru­gich drzwi. Ciche „klik!” zasy­gna­li­zo­wało opróż­nie­nie maga­zynka, na szczę­ście był już za rogiem. Wymie­nił bły­ska­wicz­nie, sły­sząc, jak kule na drugą stronę posyła Załużny. Odgłos jego broni był o wiele cich­szy – Ukra­iniec zadbał o tłu­mik dla swo­jego AK-103, przez co nie­przy­ja­cio­łom trud­niej było oce­nić, skąd pada strzał. Gdy broń Ukra­ińca zamil­kła, ogień otwo­rzył Hotaro. Załużny wymie­nił maga­zy­nek i dał sygnał, że idzie na szpicy.

Wciąż strze­la­jąc, prze­stą­pił nad cia­łem żoł­nie­rza zabi­tego przez Hotaro. Kule zma­sa­kro­wały twarz męż­czy­zny, weszły też w pierś i gar­dło, nie­mal odry­wa­jąc głowę od torsu – to był wyjąt­kowo zły dzień dla tego kon­kret­nego „orka”. Osła­nia­jąc przej­ście ogniem, Załużny szybko dotarł do kolej­nego załomu, prze­ła­do­wał i osła­niał teraz ogniem przej­ście Hotaro i pozo­sta­łych. Coś poto­czyło się po ziemi, ter­ko­cząc meta­licz­nie – kolejny gra­nat!

Załużny cof­nął się za załom, Hotaro wsko­czył do miesz­ka­nia po dru­giej stro­nie, sły­sząc wybuch i czu­jąc szarp­nię­cie. Zwa­liło go z nóg, kara­bin wysu­nął się z pal­ców. „Szlag!”

Zali­czył mięk­kie lądo­wa­nie na znisz­czo­nej, pokry­tej pyłem kana­pie w miesz­ka­niu. Zła­pał za kara­bin, upew­nia­jąc się, że żaden odła­mek nie prze­ciął taśmy i nie uszko­dził mecha­ni­zmu, potem poma­cał się, szu­ka­jąc obra­żeń. Bólu nie czuł, adre­na­lina pra­co­wała tak, że nawet gdyby urwało mu stopę, zdałby sobie z tego faktu sprawę, dopiero pró­bu­jąc na niej sta­nąć. Do miesz­ka­nia wbiegł Win­gham, przy­siadł przy przy­ja­cielu, gdy Saito obsta­wił drzwi.

Bry­tyj­czyk nama­cał Hotaro, przy­glą­da­jąc się kry­tycz­nie nogom i kro­czu towa­rzy­sza broni.

– Wszystko okej, jaja też całe – skon­sta­to­wał. – Odła­mek prze­szedł kie­sze­nią, nie­zły fart.

Pomógł Hotaro wstać.

Z zewnątrz docho­dziła kano­nada. Musieli posu­nąć się naprzód, nie mogli zdo­by­wać tego pię­tra w nie­skoń­czo­ność – nie mieli poję­cia, jak Rosja­nie stali z łącz­no­ścią, ale musieli zakła­dać, że jakiś pod­ofi­cer wła­śnie wzywa posiłki. Mia­sto było w więk­szo­ści w rękach „orków”.

– Kończmy to! – rzu­cił do Bry­tyj­czyka.

– Popie­ram – odparł przy­ja­ciel, po czym wska­zał dziurę wybitą w ścia­nie miesz­ka­nia. Wyglą­dało na to, że pro­wa­dzi do sąsied­niego lokalu. A stam­tąd mogliby zajść prze­ciw­nika z flanki i wybić do nogi.

Był tylko jeden pro­blem – dziura była zbyt mała, by któ­ry­kol­wiek z nich się prze­ci­snął. Ale Kalyna – to inna sprawa!

Dziew­czyna wsko­czyła do miesz­ka­nia w momen­cie, gdy Saito opróż­niał maga­zy­nek. Jego miej­sce zajął Win­gham, pozwa­la­jąc Japoń­czy­kowi na wymianę. Hotaro wska­zał ope­ra­torce wyrwę w ścia­nie.

– Zmie­ścisz się? – szep­nął.

Poki­wała głową.

Pode­szli do wyrwy. Hotaro zaj­rzał do środka, gdy ope­ra­torka zdej­mo­wała ple­cak. Mogła wziąć ze sobą tylko kara­bin, reszta musiała na razie zostać tutaj. Zlu­stro­wał prze­strzeń po dru­giej stro­nie lufą kara­binu, ale dostrzegł jedy­nie mar­twego żoł­nie­rza, zapewne ścięły go kule któ­re­goś z ich towa­rzy­szy. Mieli naprawdę krótką chwilę.

– Teraz! – rzu­cił Hotaro.

Dziew­czyna prze­śli­zgnęła się jak mysz, już po dru­giej stro­nie przy­jęła podany jej przez kolegę kara­bin.

– Odlicz­cie do dzie­się­ciu – naka­zała.

Męż­czy­zna ski­nął głową.

Odszedł od wyrwy i poka­zał na migi Załuż­nemu i pozo­sta­łym, że mają nie­całe dzie­sięć sekund na szturm. Odli­czał na pal­cach.

Gdy zgiął ostatni, ruszyli naprzód.

W takim ude­rze­niu cho­dzi o to, by przy­gnieść prze­ciw­nika ogniem, nie dać mu moż­li­wo­ści odpo­wie­dzi. Kory­tarz wypeł­nił się kano­nadą, łuski spa­dały na zie­mię, odbi­ja­jąc się od ścian, dźwię­cząc meta­licz­nie, a oni krok po kroku zdo­by­wali prze­strzeń, skra­ca­jąc dystans do ostat­niego miesz­ka­nia.

Z boku sły­szeli głos kara­binu Kalyny. Zza rogu wysko­czył żoł­nierz, naj­wy­raź­niej cofa­jąc się przed jej ogniem, i padł ścięty strza­łami z broni Załuż­nego i Saito. Kolejny cofał się, nie wie­dząc, który cel obrać, oddał nie­celny strzał ku nim, potem obró­cił się tam, skąd nad­cho­dziła ope­ra­torka… jego AK zamiast wyplu­cia kuli wydało z sie­bie tylko ciche „klik!”.

Jeśli był gor­szy moment na koniec amu­ni­cji, Hotaro trudno było go sobie wyobra­zić.

Prze­ciw­nik obe­rwał w pierś, siła ude­rze­nia kuli popchnęła go na ścianę. Obró­cił głowę ku nad­cho­dzą­cym męż­czy­znom, tylko po to, by zaro­bić pocisk mię­dzy sko­śne oczy. Woj­skowy nie był etnicz­nym Rosja­ni­nem, raczej Buria­tem, choć i to trudno było oce­nić – zale­wa­jąca się krwią twarz była blada od pyłu.

– Wycho­dzę! – ryk­nęła Kalyna, chcąc mieć pew­ność, że kole­dzy nie ustrzelą jej, gdy wyj­rzy zza rogu.

– Dawaj! – odparł Załużny, po czym zajął sek­tor tuż przed wej­ściem do ostat­niego lokalu.

Tym­cza­sem Hotaro się rozej­rzał. Poli­czył trupy zale­ga­jące w kory­ta­rzu i miesz­ka­niu, które „wyczy­ściła” dziew­czyna.

– Co naj­mniej jeden w ostat­nim miesz­ka­niu – szep­nęła Ukra­inka, jakby czy­ta­jąc mu w myślach.

Ski­nął w odpo­wie­dzi głową.

Załużny się zawa­hał. Nie chciał brać sztur­mem tych ostat­nich pomiesz­czeń, zwłasz­cza że „orko­wie” naj­pew­niej zamie­rzali wal­czyć do końca. Uznał, że zmieni nieco tak­tykę.

– Ej, wy! – zawo­łał do środka po rosyj­sku. – Sda­vay­tes’ i vy budete zhit’! – „Pod­daj­cie się, a będzie­cie żyć!”

Żad­nej odpo­wie­dzi, tylko przy­tłu­mione głosy. Hotaro dalej nie roz­po­zna­wał słów.

Załużny powtó­rzył pole­ce­nie po ukra­iń­sku – bez efektu.

– To jacyś debile! – szep­nął do towa­rzy­szy.

W odpo­wie­dzi Hotaro się­gnął do kami­zelki tak­tycz­nej i zdjął gra­nat z pod­wieszki. Podał go przy­ja­cie­lowi.

– Nie ma innego wyj­ścia – rzekł cicho.

Ukra­iniec poka­zał im trzy palce, odcią­gnął zawleczkę od gra­natu, zwol­nił łyżkę, „gotu­jąc” go przez jakieś dwie sekundy, po czym wrzu­cił go do miesz­ka­nia, w któ­rym krył się wróg.

Wybuch nastą­pił nie­mal natych­miast, ku oddzia­łowi ze środka pole­ciał pył, odłamki zda­wały się ryko­sze­to­wać pomię­dzy ścia­nami, masa­kru­jąc wszystko na swo­jej dro­dze. Wpa­dli do pomiesz­cze­nia zaraz po eks­plo­zji, bły­ska­wicz­nie pokry­wa­jąc je ogniem, zaj­mu­jąc bez­błęd­nie swoje naroż­niki i sek­tory, nie dając prze­ciw­ni­kowi naj­mniej­szych szans. Wszystko to trwało może z pięć sekund, nie wię­cej. Było to tak wzor­cowe wej­ście, że ich instruk­to­rzy, gdyby mogli je zoba­czyć, cmo­ka­liby z wra­że­nia.

– Czy­sto! – zawo­łał Win­gham, spraw­dza­jąc pomiesz­cze­nie.

– Czy­sto! – odpo­wie­dział Saito, bio­rąc swój róg.

– Czy­sto! – potwier­dził Załużny, posław­szy jesz­cze po dwa strzały kon­tro­lne każ­demu z leżą­cych w lokalu tru­pów.

Budy­nek był ich.

Hotaro pochy­lił się nad jed­nym z ciał. Coś nie dawało mu spo­koju.

Męż­czy­zna nosił rosyj­skie opo­rzą­dze­nie i broń, ramiona i hełm były oble­pione czer­woną taśmą kle­jącą, by odróż­nić się od Ukra­iń­ców, któ­rzy prze­cież nosili bar­dzo podobny wizu­al­nie sprzęt. A jed­nak jego obli­cze nie było rosyj­skie – czło­wiek ów nie miał sło­wiań­skich rysów, ewi­dent­nie był Azjatą. Nie Buria­tem, jak począt­kowo sądził Hotaro, jego kar­na­cja była za ciemna. Był też niż­szy niż typowy Buriat, któ­rych to Rosja­nie wcie­lali do armii tysią­cami i tysią­cami posy­łali na śmierć. Wagne­ro­wiec? To też wąt­pliwe – najem­nicy mieli lep­szy sprzęt i sta­wia­liby o wiele bar­dziej zacie­kły opór.

Zaczął prze­szu­ki­wać kami­zelkę tak­tyczną mar­twego prze­ciw­nika. Zdjął z ładow­nic maga­zynki, spraw­dził kali­ber i z satys­fak­cją zabrał amu­ni­cję. Trup nie nosił zegarka, co nie miało zna­cze­nia, Hotaro i tak nie zbie­rał tro­feów, lecz pod kami­zelką, w wewnętrz­nej kie­szonce, nama­cał nie­duży, sztywny, pła­ski kształt.

Wycią­gnął prze­strze­loną ksią­żeczkę.

– Pasz­port – poka­zał pozo­sta­łym. – Ci goście to Bir­mań­czycy!

– Nic dziw­nego, że nie rozu­mieli, co do nich gadamy – skon­sta­to­wał Win­gham.

Hotaro podał pasz­port Załuż­nemu. Ten scho­wał doku­ment, który, po prze­ka­za­niu wywia­dowi, mógłby być użyty w jakiejś roz­grywce wywia­dow­czej lub dyplo­ma­tycz­nej.

– Zakła­daj­cie pułapki, szybko! – rzu­cił Ukra­iniec.

Pierw­sze poci­ski arty­le­ryj­skie ude­rzyły w blok w chwili, gdy Załużny koń­czył wyda­wać pole­ce­nie. Wstrząs był potężny, ścięło ich z nóg, a powie­trze wypeł­niło się pyłem. Hotaro upadł na plecy, fala eks­plo­zji zmio­tła go z nóg, wyry­wa­jąc kara­bin z dłoni.

Wtedy zawsze się budził.

Faza 1

Uśpiony wojownik

Oręż jest istot­nym, ale nie decy­du­ją­cym czyn­ni­kiem na woj­nie. O wyniku kon­fliktu decy­dują ludzie, nie przed­mioty.

Mao Zedong

Ten sen ostat­nio nawie­dzał go nocami coraz czę­ściej. Wspo­mnie­nie sprzed lat, z czasu służby na Ukra­inie, kiedy to Hotaro, podob­nie jak wielu innych ochot­ni­ków z całego świata, zde­cy­do­wał się wes­przeć napad­nięty naród.

Mieli wtedy wiel­kie szczę­ście – Rosja­nie zorien­to­wali się, że Hotaro i jego grupa „wyczy­ścili” przy­czó­łek w bloku, i po pro­stu zasy­pali to miej­sce arty­le­rią. Oddzia­łowi cudem udało się wyrwać, sam atak zaś był jedną z ich ostat­nich ope­ra­cji w Bach­mu­cie. To wła­śnie tam Hotaro zdo­był pierw­sze szlify jako spe­cja­li­sta od eks­trak­cji – ope­ra­cji ewa­ku­owa­nia ludzi z obsza­rów nie­bez­piecz­nych, dotknię­tych klę­skami żywio­ło­wymi lub znaj­du­ją­cymi się pod oku­pa­cją wro­gich sił. Ale dopiero ope­ru­jąc w Azji, Karol Hotaro zyskał przy­do­mek, pod któ­rym znany był do dziś – „Gaijin”. Bach­mut był dobrym poli­go­nem do nauki – Hotaro pro­wa­dził tam eks­trak­cje ludzi na zle­ce­nie ich rodzin, poma­ga­jąc poszko­do­wa­nym dostać się w inne regiony kraju lub nawet za gra­nicę, ale to nie w tar­ga­nej wojną Ukra­inie, lecz wła­śnie w Azji, jak się oka­zało, cze­kały go naj­trud­niej­sze tego typu zada­nia.

Zada­nia, które kosz­to­wały życie przy­ja­ciół.

Willy Win­gham zgi­nął ponad dwa lata temu pod­czas ope­ra­cji w Taj­lan­dii, kiedy to Hotaro pró­bo­wał odbić porwa­nego japoń­skiego biz­nes­mena. W intrygę, jak się oka­zało, zaan­ga­żo­wani byli rosyj­scy najem­nicy, sko­rum­po­wany taj­ski woj­skowy, a wszystko pilo­to­wały służby Pekinu. Rok póź­niej, w Kam­bo­dży, poległ Saito, zgła­dzony przez Chiń­czy­ków, któ­rzy dążyli do zemsty za tam­ten taj­ski bla­maż. Sam Hotaro też cudem uszedł z życiem po ope­ra­cji w Hong­kongu, kiedy wywo­ził Min Mei, młodą chiń­ską hakerkę, któ­rej służby Pekinu użyły, jak się oka­zało, jako przy­nętę na niego.

To była jego ostat­nia eks­trak­cja. Gaijin prze­szedł na eme­ry­turę.

Usiadł na kra­wę­dzi łóżka, ukrył twarz w dło­niach. Sen, prze­klęty sen.

Z jed­nej strony cie­szył się, że znowu ujrzał obli­cza przy­ja­ciół. Z dru­giej nie­po­ko­iła go czę­sto­tli­wość, z jaką sen się powta­rzał. „Chyba czas na jakie­goś dok­torka” – pomy­ślał, maca­jąc bli­zny po ranach postrza­ło­wych w lewym ramie­niu i na boku.

Jeśli cho­dziło o obra­że­nia fizyczne, które zadano mu w Hong­kongu, to otrzy­mał w Japo­nii naj­lep­szą pomoc, jaką można było sobie wyobra­zić – zope­ro­wano go jesz­cze na statku CIA, na który ewa­ku­owana została Min Mei, a potem zagwa­ran­to­wano wyborną opiekę już w Tokio. Prze­szedł długą reha­bi­li­ta­cję i bar­dzo powolny powrót do spraw­no­ści. Nie­peł­nej, jak przy­po­mi­nał mu orga­nizm przy każ­dym poran­nym biegu. Ale psy­chika… to było co innego.

Hotaro nie nale­żał do tej grupy twar­dzieli, któ­rzy uni­kali psy­cho­lo­gów jak ognia. Jesz­cze pod­czas służby w duń­skich Jegrach korzy­stał z pomocy tera­peu­tów regu­lar­nie – w odróż­nie­niu od wielu innych armii NATO duń­skie kró­lew­skie siły zbrojne nie gar­dziły zdo­by­czami tej gałęzi nauki, a żoł­nie­rzy zachę­cano do roz­mów z psy­cho­lo­gami. W Japo­nii jed­nak sprawa wyglą­dała ina­czej – kraj przo­du­jący w zdo­by­czach nauko­wych z wyso­kich tech­no­lo­gii pod wzglę­dem psy­cho­lo­gii tkwił w środ­ko­wym XIX wieku. Biz­nes­meni, pra­co­wici „sala­ry­mani”, musieli zara­biać pie­nią­dze, haru­jąc od rana do nocy, a nie wypła­ki­wać się tera­peu­tom. Ich żony tym bar­dziej nie potrze­bo­wały korzy­stać z takiej formy wspar­cia. W efek­cie pomocy psy­cho­lo­gicz­nej można było w tym kraju ze świecą szu­kać. Efekty widoczne były w wyso­kich sta­ty­sty­kach samo­bójstw. Hotaro tym bar­dziej miał pro­blem ze zna­le­zie­niem fachowca.

Udał się do łazienki. Tam prze­płu­kał twarz, umył zęby, po czym spoj­rzał na sie­bie w lustrze. Z odbi­cia spo­glą­dał na niego przy­stojny nie­mal czter­dzie­sto­la­tek o mie­sza­nych, sło­wiań­sko-azja­tyc­kich rysach. Matka Hotaro była Polką, ojciec Japoń­czy­kiem, toteż syn urodę odzie­dzi­czył po obojgu, zaś jej naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­styczną cechą były ogni­sto­czer­wone nitki łamiące jed­no­litą czerń wło­sów. Potęż­nie zbu­do­wany, zauwa­żał jed­nak, że w ostat­nich mie­sią­cach nieco się zanie­dbał. Mię­śnie tro­chę zwiot­czały, pod ubra­niem ryso­wał się deli­katny brzu­szek. Taki był efekt leże­nia przez trzy mie­siące, a potem bar­dzo powol­nej reha­bi­li­ta­cji. Wciąż nie do końca odzy­skał spraw­ność w pora­nio­nej kulami lewej ręce, dla­tego jeź­dził trzy razy w tygo­dniu na reha­bi­li­ta­cję do odda­lo­nego o nie­mal czter­dzie­ści kilo­me­trów szpi­tala pań­stwo­wego w miej­sco­wo­ści Taiki. Była to nie lada podróż z gór Naka­sat­su­nai, w któ­rych miesz­kał. Po ope­ra­cji hong­koń­skiej prze­pro­wa­dził się na pół­noc, naj­da­lej jak zdo­łał, opusz­cza­jąc gło­śne Tokio i prze­no­sząc się na wyspę Hok­ka­ido, kra­inę jakby z innego świata. Nabył nie­duży pię­trowy dom w oko­licy środ­ko­wej czę­ści biegu rzeki Sat­su­nai. Prze­pro­wadzka nie była uciąż­liwa – rze­czy oso­bi­ste z jego maleń­kiego, kupio­nego na firmę fasa­dową miesz­kanka w sto­licy Japo­nii zmie­ściły się w bagaż­niku Land Rovera Defen­dera, któ­rego kupił spe­cjal­nie na tę oka­zję. A potem po pro­stu wsiadł za kółko i ruszył.

Teraz miesz­kał tak, jak marzyło wielu jego kole­gów z woj­ska. Nie­duży dom był śmiesz­nie tani jak na japoń­skie warunki – Hotaro nabył go za gotówkę, pła­cąc rów­no­war­tość stu dwóch tysięcy dola­rów ame­ry­kań­skich. Na fał­szywe nazwi­sko, rzecz jasna, potwier­dzone per­fek­cyj­nie pod­ro­bio­nym pasz­por­tem – ostat­nie, czego potrze­bo­wał, to by go odna­le­ziono. A takie ryzyko ist­niało – w cza­sie lat pracy jako spe­cja­li­sta od eks­trak­cji Gaijin naro­bił sobie wielu wro­gów. Jed­nym z nich byli wło­da­rze z Pekinu. Hotaro więc po pro­stu znik­nął.

Sam dom stał na gra­nicy lasu i otwar­tego pola, które kilka kilo­me­trów dalej sty­kało się z nur­tem rzeki Sat­su­nai. Był nie­mal dosko­nale ukryty przed oczami ewen­tu­al­nych, nie­licz­nych w tych oko­li­cach, wędrow­ców. Oko­lice były piękne, ale tury­ści – jeśli już uda­wali się na Hok­ka­ido – wybie­rali raczej szlaki znaj­du­jące się wyżej biegu rzeki, tam, gdzie góry były naj­bar­dziej strome, a widoki – naj­pięk­niej­sze. Tutaj raczej nikt się nie zapusz­czał, a nawet gdyby ktoś się na to zde­cy­do­wał, dostrzegłby jedy­nie dom wybu­do­wany w latach osiem­dzie­sią­tych XX wieku, w któ­rym miesz­kał zapewne jakiś samotny sta­ru­szek.

We wnę­trzu domu także czas się zatrzy­mał – w środku miało się wra­że­nie, że „ejtisy” ni­gdzie się nie wybrały. Meble, cha­rak­te­ry­styczne brą­zowe szkła, fotele czy wypo­sa­że­nie kuchni – wszystko to miało co naj­mniej czter­dzie­ści lat, ale Hotaro nie narze­kał. Wnę­trze tak bar­dzo koja­rzyło mu się z domem rodzi­ców, że niczego nie zmie­niał.

O tak, to było dobre miej­sce.

Nie miał w zwy­czaju jeść przed poran­nym tre­nin­giem – zda­wał sobie sprawę, że post moty­wuje go do więk­szego wysiłku, a tylko wysi­łek mógł mu umoż­li­wić powrót do peł­nej spraw­no­ści. Ubrał się cie­plej – zima była za rogiem – wcią­gnął wygodne buty trek­kin­gowe, zabrał broń – Glocka 19 od Agency Arms, z celow­ni­kiem koli­ma­to­ro­wym Aim­po­int Acro i latarką pod­lu­fową. Odlu­dzie czy nie, Hotaro wolał nie być bez­bronny. Dotyk ręko­je­ści pisto­letu, świa­do­mość, że ma broń, któ­rej może użyć… to przy­po­mi­nało mu o sta­rych cza­sach.

Scho­wał broń do kabury wewnętrz­nej, po dru­giej stro­nie wsu­nął do ładow­nic dwa zapa­sowe maga­zynki. Dopiero wtedy wyszedł na ganek.

Był bar­dzo wcze­sny ranek, pogoda zaś – już nie tak cie­pła jak jesz­cze przed kil­koma tygo­dniami, ale jesz­cze nie tnąca zimo­wym mro­zem, była ide­alna do bie­ga­nia. Zamknął za sobą drzwi, nasu­nął czapkę moc­niej na uszy. Rozej­rzał się, wypa­tru­jąc zagro­żeń.

Stary nawyk.

Nie od razu pode­rwał się do biegu. Prze­szedł wpierw kilka solid­nych metrów spo­koj­nym kro­kiem, potem nieco przy­spie­szył, chcąc stop­niowo pobu­dzić mię­śnie do pracy, a dopiero po pew­nym cza­sie pode­rwał się do truchtu. Biegł pod górę, a im bar­dziej stromo się robiło, tym bar­dziej przy­spie­szał. Wie­dział, że jeśli choć mini­mal­nie zwolni, nie­chęć do wspi­naczki weź­mie górę. Mógł tylko zmu­sić się do więk­szego wysiłku, prze­bie­gnię­cia jesz­cze jed­nego metra, jesz­cze więk­szej stro­mi­zny.

Wspo­mnie­nie snu wró­ciło.

Twa­rze jego przy­ja­ciół, tam­ten blok, kano­nada. Potem pamięć o śnie ustą­piła miej­sca innym wspo­mnie­niom – kolejne ope­ra­cje w Azji, ryzyko, które podej­mo­wał dla obcych ludzi. Radość w oczach bli­skich, gdy ope­ra­cja się uda­wała, smu­tek i żal, gdy koń­czyła fia­skiem. Twa­rze ludzi, któ­rym pomógł, i ludzi, któ­rych zabił. Nie, to nie były wyrzuty sumie­nia, jedy­nie wspo­mnie­nie. „Albo oni, albo ja” – powtó­rzył sobie jak zawsze.

Cza­sami cho­ler­nie tęsk­nił za tą robotą. Radość oca­lo­nych to jedno, ale uczu­cie ogar­nia­jące ciało, gdy wyszło się cało z walki, wygrało ją – to było coś abso­lut­nie nie­po­wta­rzal­nego. Eufo­ria lep­sza niż nar­ko­ty­kowy haj czy seks.

O wiele lep­sza.

Nie czuł jej od dawna.

Mię­śnie zaczy­nały palić żywym ogniem, oddech sta­wał się coraz szyb­szy i kłu­jący, ale to wciąż nie był koniec poran­nego tre­ningu. Jesz­cze nie.

Hotaro skrę­cił nieco w lewo, wbiegł na skarpę. Tutaj las ury­wał się, jakby cięty mie­czem, ofe­ru­jąc widok na dolinę rzeki niżej, otwarte pole, wresz­cie – dom Gaijina.

Męż­czy­zna przy­kuc­nął. Nie dla­tego, że był zmę­czony – po pro­stu włą­czył się stary instynkt. Na wznie­sie­niu sta­no­wił łatwy cel dla poten­cjal­nego strzelca. Kuca­jąc, utrud­niał prze­ciw­ni­kowi zada­nie. Jego oczy odru­chowo zaczęły wypa­try­wać śla­dów snaj­pera w oddali.

Nie dostrzegł nikogo. Nawet tro­chę żało­wał.

Za to coś usły­szał – war­kot sil­nika. Od strony rzeki jechała ciemna tere­nówka. Nie klu­czyła, lecz pruła pro­sto ku jego domo­stwu. Przy­glą­dał się jej ostroż­nie, kuląc się nieco bar­dziej, sta­ra­jąc się być jak naj­mniej widocz­nym na tle zie­leni lasu.

Zapar­ko­wała tuż obok Defen­dera. Ze środka wysie­dli jacyś ludzie, roz­glą­dali się. Szu­kali go.

Gaijin miał spo­kojny oddech, ale krew grzmiała mu w żyłach, mię­śnie zda­wały się roz­grzane do bia­ło­ści. Ktoś przy­je­chał w odwie­dziny? Nie­przy­ja­ciel? Hotaro musiał się dowie­dzieć, ale sama świa­do­mość ewen­tu­al­nej kon­fron­ta­cji spra­wiała, że czuł, że żyje.

Nie zgnu­śniał do reszty, a reha­bi­li­ta­cja przy­no­siła owoce. Spoj­rzał na zega­rek, odzie­dzi­czony po dziadku srebrno-złoty Seiko 5. Była siódma czter­dzie­ści cztery. To zna­czyło, że poko­nał ten odci­nek szyb­ciej niż poprzed­niego dnia. „Każ­dego dnia będzie lepiej” – pomy­ślał, szy­ku­jąc się do drogi w dół.

Już nie­mal obok domu roz­piął kurtkę tak, by móc łatwiej się­gnąć po Glocka. Kto­kol­wiek go odwie­dził – znał go. Pyta­nie, czy był to przy­ja­ciel, czy wróg.

Obszedł budy­nek tak, by wyjść w pobliżu nie­spo­dzie­wa­nych gości. Jeśli to nie­przy­ja­ciel, łatwiej będzie otwo­rzyć ogień i wyeli­mi­no­wać go z takiego dystansu. Naj­pierw jed­nak musiał ziden­ty­fi­ko­wać przy­by­szów.

Wyszedł zza rogu gotowy na wszystko… i od razu się roz­luź­nił.

– Och, tu jesteś! – powie­działa Min Mei.

Hakerka nosiła kurtkę z wize­run­kami swo­ich ulu­bio­nych postaci z popu­lar­nej marki Line Friends – na mate­riale tań­czył brą­zowy miś, biała kró­liczka i żółty kur­cza­czek. Dziew­czyna uśmiech­nęła się, pobie­gła ku niemu i uści­snęła go mocno na powi­ta­nie. Ludzie za nią nie byli tak rado­śni.

Przy wozie stało mał­żeń­stwo w śred­nim wieku. Wyraź­nie zmar­twieni, byli Azja­tami, ale nie wyglą­dali na Japoń­czy­ków. Patrzyli w kie­runku Hotaro nie­pewni, jak mają się zacho­wać.

Ostatni czło­wiek, japoń­czyk po sześć­dzie­siątce, spo­glą­dał na Gaijina z mie­sza­niną cie­ka­wo­ści i pogardy. Spo­glą­dał na niego tak, jak spo­glą­dał zawsze.

– Cie­bie się tu nie spo­dzie­wa­łem, tato – rzekł do niego Hotaro.

Nie­chęt­nie zapro­sił ich do środka. Był zmę­czony po poran­nym biegu, nie­umyty, głodny i, co za tym szło, cho­ler­nie nie­szczę­śliwy. Mimo to wysi­lił się na uśmiech, wska­zał nie­spo­dzie­wa­nym gościom miej­sce w nie­wiel­kim salo­nie, po czym udał się do kuchni, by przy­go­to­wać kawę i her­batę.

Tajem­ni­cze mał­żeń­stwo sie­działo jak na szpil­kach, roz­glą­da­jąc się wokół. Wyglą­dali, jakby spo­dzie­wali się zupeł­nie czego innego. Kobieta znaj­do­wała się na gra­nicy pła­czu, toteż jej mąż co jakiś czas cicho ją pocie­szał. Hito­shi, ojciec Hotaro, spo­czął w głę­bo­kim fotelu tak, jakby ów fotel od zawsze był jego wła­sno­ścią, i także się roz­glą­dał, wład­czo i surowo oce­nia­jąc każdy ele­ment prze­sta­rza­łego wystroju, każdą książkę na półce, każde zdję­cie. Z nie­za­do­wo­le­niem zauwa­żył, iż tylko na jed­nej spo­śród wielu foto­gra­fii znaj­duje się on sam – zdję­cie było zro­bione w Parku Nara i przed­sta­wiało bar­dzo poważ­nego pana Hito­shi pozu­ją­cego obok fon­tanny z rów­nie poważ­nym chłop­cem. Małym Karo­lem Hotaro. O wiele wię­cej było zdjęć z matką, pol­ską pięk­no­ścią o ist­nej burzy wło­sów, jak rów­nież foto­gra­fii z woj­ska czy poje­dyn­czym zdję­ciu z Ukra­iny. Na nim dało się dostrzec czuj­nych, ner­wowo wodzą­cych wokół bro­nią żoł­nie­rzy ukra­iń­skich, idą­cych ulicą jakie­goś zruj­no­wa­nego mia­steczka. Pośrodku szedł Gaijin, z kara­bi­nem luźno zwi­sa­ją­cym na taśmie wzdłuż tuło­wia. Uśmie­chał się do foto­grafa, jakby nie prze­by­wał w stre­fie walk, tylko na spa­ce­rze w przy­ja­znej oko­licy.

Potem ojciec zaczął uważ­niej przy­glą­dać się książ­kom. I prych­nął z pogardą – dostrzegł grzbiety paper­bac­ków sta­rych powie­ści fan­tasy, które od nasto­let­nio­ści mania­kal­nie czy­tał jego syn. Stary Japoń­czyk ni­gdy nie pochwa­lał tych głu­pot. Z nie­chę­cią patrzył też na opra­co­wa­nia doty­czące broni pal­nej, roz­pro­mie­nił się nieco, widząc albumy obej­mu­jące tema­tykę daw­nej japoń­skiej broni bia­łej.

Mimo to dom, wystrój, to, co syn miał na pół­kach – ojciec Gaijina oce­niał to wszystko bar­dzo kry­tycz­nie.

Jak zwy­kle zresztą.

W kuchni Min Mei się­gnęła do jed­nej z szaf, wyjęła puszkę kawy i podała Hotaro, wyraź­nie suge­ru­jąc tym gestem, czego ma ochotę się napić. Znała każdy szcze­gół domu, była nie­mal współ­lo­ka­torką Gaijina. Miesz­kała w oko­licy, pra­cu­jąc jako archi­tekt sieci dla lokal­nych firm, pomo­gła też Hotaro usta­wić zabez­pie­czony przed śle­dze­niem, oparty na Star­linku inter­net w domu – inter­net, któ­rego Hotaro i tak nie­mal nie uży­wał. Bar­dzo się zżyli pod­czas hong­koń­skiej ope­ra­cji, kiedy to Gaijin oca­lił jej życie i wywiózł ją z kraju. Oboje zaszyli się na dale­kiej Hok­ka­ido, chyba naj­lep­szym miej­scu na glo­bie, jeśli chciało się znik­nąć. Tak jak Hotaro, tak i Min Mei pod­czas wielu lat dzia­łal­no­ści haker­skiej naro­biła sobie wro­gów. To ona stała za ubie­gło­rocz­nym wycie­kiem kom­pro­mi­tu­ją­cych danych na temat zna­czą­cych chiń­skich gene­ra­łów, biz­nes­me­nów i człon­ków Par­tii Komu­ni­stycz­nej. Wstrząs był krót­ko­trwały, wła­dza w Peki­nie się nie zawa­liła, ale kom­pro­mi­ta­cja była zna­cząca.

A par­tia nie zapo­mi­nała.

Na szczę­ście dla świata oboje prze­stali ist­nieć.

– Dla­czego go tu przy­wio­złaś? – zapy­tał wresz­cie Hotaro, kiedy Min Mei mie­szała swoją sypaną kawę. Była to ame­ry­kań­ska Black Rifle, o wzmoc­nio­nej dawce kofe­iny. Popu­larna wśród żoł­nie­rzy, była też przy­sma­kiem eks­ha­kerki, która naj­wy­raź­niej lubiła stan przed­za­wa­łowy.

– Co mia­łam zro­bić, prze­cież to twój tata – odparła cicho.

– Wła­śnie dla­tego trzeba było mu powie­dzieć… nie wiem, że nie ma mnie w domu?

– Mogłeś mnie uprze­dzić, że mię­dzy wami jest aż tak źle.

– Uprze­dza­łem.

– Nie pamię­tam – odfuk­nęła i wyszła z kuchni. Roz­mowa była skoń­czona, a Min, jak to kobieta, kon­fron­ta­cję wygrała.

Wes­tchnął.

Wylał parzącą się już kawę do zlewu i zamiast tego przy­go­to­wał napar z mięty. Jeśli miał sia­dać do roz­mowy z ojcem, lepiej, żeby nie pod­bi­jał sobie dodat­kowo ciśnie­nia.

Wró­cił z napo­jami i usiadł naprze­ciwko ojca i tajem­ni­czego mał­żeń­stwa.

– Pro­szę się napić – rzekł, poda­jąc kubki z napo­jami. – Chyba że są pań­stwo głodni? – zapy­tał parę, zręcz­nie omi­ja­jąc wzro­kiem rodzica. – Nie mam zbyt wyszu­ka­nego menu, ale zawsze coś się…

– Nie jeste­śmy głodni – odpo­wie­dział za wszyst­kich Hito­shi.

Hotaro spoj­rzał na niego, ale nic nie odpo­wie­dział.

Jego ojciec był drob­nym czło­wie­kiem. Prze­kro­czył już sześć­dzie­siątkę, jed­nak jego włosy wciąż były czarne jak noc, bez śladu siwi­zny. Hotaro, poza sko­śnymi oczami, kom­plet­nie go nie przy­po­mi­nał – musku­la­turę zawdzię­czał raczej sło­wiań­skim przod­kom, rodzic wyglą­dał przy nim led­wie jak jego cień. Mimo to coś ich łączyło – bystry błysk w oczach, zna­mio­nu­jący pewną poryw­czość. O tak, pod tym wzglę­dem byli do sie­bie nie­zwy­kle podobni.

Gaijin upił łyk mięty.

– No dobrze – powie­dział w końcu. – Czym mogę pań­stwu słu­żyć?

Kobieta i męż­czy­zna popa­trzyli na sie­bie nie­chęt­nie, po czym ona otwo­rzyła torebkę, wycią­gnęła coś ze środka. Zdję­cie. Podała je Hotaro.

Przed­sta­wiało mło­dego chło­paka, uśmiech­nię­tego, w todze wyraź­nie suge­ru­ją­cej, że to foto­gra­fia wyko­nana pod­czas ukoń­cze­nia liceum, może stu­diów wyż­szych. „Nie, zde­cy­do­wa­nie liceum – na stu­dia wygląda zbyt młodo”. Podobny raczej do matki niż do ojca, trudno orzec, czy przy­stojny, obli­cze miał sym­pa­tyczne.

– Nazy­wam się Suu Kyi – wyja­śniła kobieta, po czym wska­zała męż­czy­znę. – Mój mąż to Thura. Zdję­cie, które trzyma pan w dło­niach, przed­sta­wia naszego syna, nazywa się Zeya.

„Zeya” zna­czyło tyle co „zwy­cię­stwo”. Hotaro nie znał języka bir­mań­skiego, ale tyle aku­rat wie­dział. Przed nim sie­dzieli Bama­ro­wie, czyli naród zamiesz­ku­jący Birmę lub, jak coraz czę­ściej okre­ślano kraj w ostat­nich latach, Mjanmę. Bama­ro­wie nie uży­wali nazwisk w spo­sób, w jaki robili to Euro­pej­czycy czy Japoń­czycy, mogli też zmie­niać imiona, jeśli w ich życiu zaszło uza­sad­nia­jące to wyda­rze­nie – albo jeśli po pro­stu mieli taki kaprys.

Hotaro nie zdo­łał powstrzy­mać się przed zada­niem następ­nego pyta­nia.

– Skąd pań­stwo znają mojego ojca?

– Pan Thura jest dyrek­to­rem w mojej filii – wtrą­cił się Hito­shi. – To zna­ko­mity pra­cow­nik, lojalny wobec firmy i bar­dzo war­to­ściowy dla całego Mit­sui.

W tym jed­nym zda­niu ojciec Hotaro zdo­łał opi­sać nie tylko sie­dzą­cego obok czło­wieka, ale zara­zem cały sys­tem war­to­ści, według któ­rego oce­niał ludzi. Min Mei zro­biła dziwną minę – chyba zaczy­nała rozu­mieć nie­chęć przy­ja­ciela do tego nie­spo­dzie­wa­nego gościa.

– Jeśli mnie pań­stwo odwie­dzili, to ozna­cza, że syn… jest w tara­pa­tach? – bar­dziej stwier­dził, niż zapy­tał, Gaijin.

Kobieta wcią­gnęła powie­trze do płuc, jakby szy­ku­jąc się do pła­czu. A jed­nak odpo­wie­działa:

– Ucie­kli­śmy z Birmy lata temu, Zeya był jesz­cze mały – pod­jęła. – Wycho­wy­wa­li­śmy go w Male­zji, tam mąż pod­jął pracę, szybko piął się w górę. Synowi zapew­ni­li­śmy wszystko, czego potrze­bo­wał, wykształ­ce­nie, kore­pe­ty­to­rów, dodat­kowe zaję­cia…

– Młody Zeya jest wybor­nym zawod­ni­kiem polo! – Hito­shi nie odmó­wił sobie wtrą­ce­nia.

– T… tak… – kon­ty­nu­owała pani Suu Kyi. – Gdy ukoń­czył liceum, zapra­gnął udać się do kraju, z któ­rego pocho­dził. Pro­szę zro­zu­mieć, Zeya nie pamię­tał Birmy, ucie­kli­śmy z kraju, gdy był jesz­cze nie­mow­lę­ciem. Rozu­mie­li­śmy, że chciał poznać kraj swego pocho­dze­nia.

– Dobrze, kiedy dzieci inte­re­sują się swoim dzie­dzic­twem – wtrą­cił znów ojciec Hotaro.

Gaijin spoj­rzał na niego kry­tycz­nie, ale nie sko­men­to­wał. „Nie daj się spro­wo­ko­wać”.

– Zor­ga­ni­zo­wa­li­śmy tę wycieczkę – prze­jął nar­ra­cję ojciec. – Wyna­ję­li­śmy ochro­nia­rza.

– Kogo?

Podali nazwi­sko. Nic ono Hotaro nie mówiło. „Nie­do­brze”.

W 2021 roku wła­dzę w Bir­mie prze­jęła junta woj­skowa i krótko potem w kraju wybu­chła wojna domowa. Walki nie obej­mo­wały co prawda całego kraju, ale i tak rejon zna­lazł się na stro­nach inter­ne­to­wych wszyst­kich mini­sterstw spraw zagra­nicz­nych kra­jów zachod­nich, jako nie­re­ko­men­do­wany do tury­stycz­nych wycie­czek. Chło­pak jed­nak poje­chał, a rodzice posłali z nim jakie­goś ochro­nia­rza ama­tora. Wszyst­kich zawo­dow­ców ope­ru­ją­cych w Azji Połu­dniowo-Wschod­niej Hotaro bowiem znał.

Domy­ślał się dal­szego ciągu histo­rii.

– Po kilku dniach kon­takt z Zeyą się urwał – obja­śnił zmar­twiony Thura.

– Ochro­niarz?

– Nie mamy od niego wie­ści.

„Uciekł z kasą albo został zamor­do­wany. Tak czy ina­czej, nie liczył się”.

– Pan Thura zwró­cił się do mnie o pomoc – rzekł teraz Hito­shi, przej­mu­jąc kon­trolę nad spo­tka­niem. – Oczy­wi­ście nie odmó­wi­łem. A jako że zaj­mu­jesz się takimi… przy­pad­kami, uzna­łem, że mogę skie­ro­wać pań­stwa do cie­bie. Myślę, że zaj­miesz się tym naj­le­piej.

Taka pochwała brzmiała wyjąt­kowo podej­rza­nie w ustach jego ojca. „Gdzie jest haczyk?”

– Jed­nak widzę, że nieco się… zanie­dba­łeś – dodał męż­czy­zna, kry­tycz­nie lustru­jąc oczami oto­cze­nie, a na końcu – syna.

Hotaro wes­tchnął ciężko, powier­cił się chwilę w swoim fotelu, wresz­cie pod­niósł koszulę i się­gnął do kabury wewnętrz­nej. Wyjął ją zza paska razem z Gloc­kiem i odło­żył na sto­lik obok, wpra­wia­jąc tym gestem w osłu­pie­nie mał­żeń­stwo i wła­snego ojca.

Gdy Hito­shi wpa­try­wał się w broń z ustami roz­war­tymi jak śnięta ryba, Gaijin ucie­szył się z tego małego zwy­cię­stwa. Tylko na Min Mei widok pisto­letu nie zro­bił wra­że­nia. W Hong­kongu prze­szła przez pie­kło, widziała, co potrafi Hotaro. Widziała, jak zabija. Ni­gdzie nie czuła się bez­piecz­niej niż przy tym czło­wieku. Zwłasz­cza gdy miał broń.

– Mój ojciec być może o tym nie wie­dział – pod­jął wresz­cie Gaijin – ale miesz­kam na takim odlu­dziu nie bez przy­czyny. Nie pro­wa­dzę już eks­trak­cji.

– To zna­czy?! – zdzi­wił się Hito­shi.

Hotaro wzru­szył ramio­nami.

– Nie pro­wa­dzę. Można powie­dzieć, że prze­sze­dłem na eme­ry­turę. Przy­kro mi.

Od razu tego poża­ło­wał, widząc, jak mał­żon­ko­wie zapa­dli się w sobie, jakby pod cię­ża­rem jego słów. Hito­shi dał im nadzieję, a jego syn im ją ode­brał.

– Karol, chyba nie odmó­wisz… – zaczął Hito­shi, ale Hotaro tylko pokrę­cił głową.

– Nie chcę już wcho­dzić do tej rzeki – odparł. – Jeśli potrze­bują pań­stwo pomocy, napi­szę kilka nazwisk, prze­każę kon­takty, ale ja sam… – Uniósł dło­nie w bez­rad­nym geście.

Mał­żon­ko­wie byli zała­mani, ale robili wszystko, by oka­zać jak naj­mniej emo­cji. Wstali.

– Dzię­ku­jemy – powie­dzieli tylko i wyszli.

Min Mei zaofe­ro­wała, że ich odpro­wa­dzi. Odcho­dząc, deli­kat­nie poło­żyła dłoń na ramie­niu przy­ja­ciela. Mówiący wszystko gest wspar­cia.

Został sam z ojcem.

„No to zaczy­namy”.

– Nie mogłeś zała­twić tego deli­kat­niej? – wark­nął Hito­shi, spo­glą­da­jąc na syna tak kry­tycz­nie, jakby ten na­dal miał dwa­na­ście lat.

– Przy­by­wasz bez zapo­wie­dzi, przy­pro­wa­dzasz tych bied­nych ludzi i liczysz na to, że ugnę się pod pre­sją, że widząc ich żal, dam się prze­ko­nać… W moim prze­ko­na­niu zała­twi­łem sprawę aż nazbyt deli­kat­nie.

– Hmf! – Ojciec wstał powoli z fotela, ale nie zbie­rał się do wyj­ścia. Jego obli­cze zła­god­niało, mini­mal­nie, ale jed­nak. – A więc to tak miesz­kasz – stwier­dził, roz­glą­da­jąc się. Prze­szedł się po salo­nie. – Dużo ksią­żek – przy­znał jakby z uzna­niem, po czym szybko sko­ry­go­wał wypo­wiedź: – Szkoda, że na­dal fascy­nu­jesz się tymi… tymi… fan­ta­zjami!

– Co kto lubi, tato.

– Czy­ta­łem ostat­nio fascy­nu­jącą książkę o Ste­vie Job­sie. Mógł­bym ci ją poży­czyć, gdy­byś…

– Obej­dzie się.

Hito­shi ujął jedno ze zdjęć przed­sta­wia­ją­cych małego Karola z matką.

– Twoja mama… pięk­nie tu wygląda – stwier­dził.

– A jak tam twoja rodzina? – pyta­nie było celową szpilą. Hotaro wie­dział, że dru­gie mał­żeń­stwo ojca także nie było naj­szczę­śliw­sze, ale mimo wszystko trwało.

– Dobrze.

– A moje rodzeń­stwo? – Gaijin miał przy­rod­niego brata i sio­strę. Nie utrzy­my­wał z nimi kon­taktu.

– Sakura jest skrzy­paczką w ope­rze w Kuala­lum­pur. Powi­nie­neś kie­dyś przyjść na jej kon­cert, jest naprawdę wybit­nie uta­len­to­wana. – Obli­cze ojca aż jaśniało, gdy opo­wia­dał o dzie­ciach z dru­giego mał­żeń­stwa. – Z kolei Shi­geru sprze­daje swoje rzeźby za miliony dola­rów! Mówią, że jest naj­więk­szym talen­tem świata sztuki od lat, ist­nym obja­wie­niem.

– To dobrze, kiedy rodzic może być dumny z potom­stwa – odpo­wie­dział Gaijin, po czym upił łyk mięty.

Spo­dzie­wał się wybu­chu, ale zamiast tego Hito­shi wyraź­nie się zmie­szał. Spoj­rzał na syna. Z góry, ale jakby łagod­niej.

– Na więk­szość spraw patrzymy ina­czej – rzekł wresz­cie.

– To prawda.

– I nie zawsze popie­ra­łem twoje wybory życiowe.

– Nie zawsze.

– Mimo to… teraz zaczy­nam przyj­mo­wać, że może tak miało być. Nie posze­dłeś w moje ślady, ale Sakura i Shi­geru też nie. Widząc ich suk­cesy, czuję dumę, a patrząc na cie­bie…

– Okej, tato. – Hotaro wstał i wska­zał drzwi. – To była przy­jemna wizyta. Powie­dział­bym, byś mnie jesz­cze kie­dyś odwie­dził, ale chyba żaden z nas nie ma na to ochoty.

Przez obli­cze Hito­shiego prze­biegł prąd. Męż­czy­zna powoli ruszył przed sie­bie, ale nie skie­ro­wał się do drzwi. Zamiast tego pod­szedł do syna.

– Pocze­kaj, daj mi dokoń­czyć – popro­sił bar­dzo miękko. Jak nie on. – Chcę powie­dzieć tylko… chcę powie­dzieć… – Odchrząk­nął. – Nie czu­łem dumy z tego, co robisz. Ale gdy przy­szedł do mnie Thura, gdy wyło­żył swój pro­blem, zro­zu­mia­łem, że tkwi­łem w błę­dzie. Tak miało być, tak musiało się stać. – Pod­szedł do jed­nej z pó­łek, wyjął album obej­mu­jący dawne mie­cze japoń­skie. – Daisho – rzekł, otwie­ra­jąc na sto­sow­nej stro­nie.

– Zestaw dwóch mie­czy samu­raja – potwier­dził Hotaro.

Ojciec ski­nął głową.

– Nasz ród wywo­dzi się od daw­nych samu­ra­jów, synu. – Wska­zał na zdję­cie w książce. – Stąd na pewno wiesz, że samu­raj miał dwa mie­cze nie dla zabawy czy popisu, lecz dla­tego, że musiał być gotowy do walki w każ­dych warun­kach. Miecz… na każdą oka­zję. – Zamknął album. – Kiedy patrzę na moje dzieci, widzę, że jeste­ście wła­śnie jak ta broń samu­ra­jów. Każde stwo­rzone do czego innego. Mam córkę, która jest muzy­kiem, syna arty­stę i naj­star­szego syna… wojow­nika. Obra­łeś wła­sną drogę i nasze ścieżki nie zawsze się krzy­żo­wały. Ale teraz tak się stało. Moja, Thury i twoja, teraz, w tym miej­scu. – Odło­żył książkę na miej­sce. – Chyba się myli­łem, oce­nia­jąc cię tak surowo. Thura to mój pod­władny, ale i przy­ja­ciel. I tylko ty możesz mu pomóc.

– Tato…

– Pro­szę tylko, byś to roz­wa­żył, nic wię­cej. – To rze­kł­szy, Hito­shi opu­ścił dom.

Hotaro wes­tchnął ciężko. Wyszedł za nim.

Na zewnątrz pako­wali się do tere­nówki. Jego ojciec jesz­cze przez chwilę patrzył na sto­ją­cego obok czar­nego Defen­dera.

– Inte­re­su­jesz się moto­ry­za­cją? – rzu­cił jesz­cze do syna, jakby chcąc prze­dłu­żyć kon­takt.

Hotaro wzru­szył ramio­nami.

– Zależy czym – odparł.

– Mam dosko­nałą bio­gra­fię Enzo Fer­ra­riego. Przy­po­mnij mi się kie­dyś, przy­wiozę ci ją – zakoń­czył i wsiadł za kółko.

Min Mei zatrzy­mała się, chcąc poże­gnać się z przy­ja­cie­lem.

– I co? – zapy­tała.

– I nic – odrzekł.

– Serio im nie pomo­żesz?

– Min… o mało mnie nie zabili w Hong­kongu. Nie wró­ci­łem do pełni sił, a nawet gdyby… Tu jest mi dobrze – powie­dział.

– Jesteś jesz­cze za młody na eme­ry­turę.

– Mam pra­wie czter­dzie­ści lat. W moim fachu to dobry wiek na kap­cie i szla­frok.

Unio­sła dło­nie w geście zna­czą­cym mniej wię­cej: „Okej, nie naci­skam”. Uści­skała go i ruszyła do wozu.

Tere­nówka cof­nęła się, wykrę­ciła i powoli ruszyła w swoją stronę, ale jesz­cze nim stra­cił ją z oczu, Hotaro dostrzegł, że ojciec macha mu na poże­gna­nie. Po chwili pojazd znik­nął w tuma­nie kurzu.

Jako Nie­miec Mat­thias Ott­meyer zazdro­ścił Austria­kom wielu rze­czy: wspa­nia­łej kul­tury, boga­tej, raczej poko­jo­wej histo­rii, sło­dy­czy, które – jego zda­niem – zawsty­dzały słynne wyroby z Bel­gii, muzyki kla­sycz­nej, któ­rej Austria była ojczy­zną… Naj­bar­dziej jed­nak Mat­thias Ott­meyer zazdro­ścił Austria­kom ich sto­licy – Wied­nia.

Kochał to mia­sto. Prze­pro­wa­dziw­szy się tu przed laty, gdy obej­mo­wał kon­trolę nad rodzin­nym inte­re­sem, Ott­meyer uwa­żał moż­li­wość zamiesz­ka­nia w Wied­niu za praw­dziwy dar losu. Dar, na który sobie nie zasłu­żył.

Wywo­dził się z rodziny nie­miec­kich boga­czy, któ­rych mają­tek miał swoje początki jesz­cze w cza­sach pru­skich. Nie­stety, jak wiele podob­nych rodów, także i Ott­mey­ero­wie spla­mili się współ­pracą z nazi­stami. I to z jakże banal­nego powodu – dzia­dek Mat­thiasa pra­gnął po pro­stu pomno­żyć i tak pokaźny mają­tek. Tylko cud spra­wił, że Ott­mey­ero­wie nie stra­cili wszyst­kiego po woj­nie, jakoś udało im się wymknąć spod topora dena­zy­fi­ka­cji, jed­nak dla Mat­thiasa hańba była hańbą i pró­bo­wał on zma­zać ją tak, jak tylko potra­fił.

Odszedł od pro­wa­dzo­nych przez wieki inte­re­sów rodu, spie­nię­ża­jąc część zaso­bów, inne zaś prze­ka­zu­jąc kuzy­no­stwu, obej­mu­jąc nad biz­ne­sami jedy­nie patriar­chalną opiekę. Chciał zbu­do­wać coś swo­jego.

Tym czymś było Impe­ra­to­riae Cor­po­rum. W skró­cie – Imper­Cor.

Ktoś, kto wpi­sałby nazwę w Google, zna­la­złby tylko pro­stą stronę inter­ne­tową, na któ­rej prze­czy­tałby, iż Impe­ra­to­riae Cor­po­rum było firmą ofe­ru­jącą „roz­wią­za­nia na rzecz bez­pie­czeń­stwa mie­nia, per­so­nelu i infor­ma­cji”. Usługi obej­mo­wały zarówno „bez­po­śred­nie zaan­ga­żo­wa­nie” współ­pra­cow­ni­ków firmy, jak i „doradz­two”, zaś tere­nem dzia­łań Imper­Cor był cały glob.

Mat­thias Ott­meyer był bowiem wła­ści­cie­lem jed­nej z naj­groź­niej­szych pry­wat­nych firm mili­tar­nych (PMC – od Pri­vate Mili­tary Com­pany) na pla­ne­cie.

Oczy­wi­ście, o Imper­Cor nie mówiono w mediach. Grupa Wagnera, Aca­demi, Blac­kwa­ter… te PMC były powszech­nie znane, stały się wręcz mar­kami popkul­tury, co w oce­nie Ott­mey­era ogra­ni­czało ich moż­li­wo­ści dzia­ła­nia. Dys­kre­cja, sku­tecz­ność – to były główne cechy Imper­Cor. Kiedy chciało się wymie­nić rząd w jakimś kraju Trze­ciego Świata, prze­pro­wa­dzić pre­cy­zyjną ope­ra­cję prze­myt­ni­czą, ochro­nić jakiś obiekt tak, by ten nie przy­cią­gał uwagi, lub spra­wić, że ktoś zmieni zda­nie albo znik­nie… cóż, Imper­Cor było wtedy natu­ral­nym wybo­rem, gwa­ran­tu­ją­cym wyko­na­nie usługi.

Ow­szem, zda­rzały się wpadki, jak ta sprzed kilku mie­sięcy, kiedy to grupa „współ­pra­cow­ni­ków” Ott­mey­era została wyeli­mi­no­wana w Hong­kongu przez innych, naj­pew­niej dzia­ła­ją­cych na zle­ce­nie Waszyng­tonu najem­ni­ków, jed­nak Mat­thias to fia­sko zrzu­cał na trzy­ma­jące pie­czę nad ope­ra­cją chiń­skie służby. Jego ludzie bez wąt­pie­nia zro­bili wszystko, co się dało, by misja zakoń­czyła się powo­dze­niem, ale cóż, ist­nieją zada­nia nie­moż­liwe do wyko­na­nia.

Mat­thias Ott­meyer odbie­gał od wize­runku szefa PMC utrwa­lo­nego w świa­do­mo­ści zwy­kłych ludzi przez media czy wytwory kul­tury. Nie był pry­mi­tyw­nym gang­ste­rem jak nie­świę­tej pamięci Jew­gie­nij Pri­go­żyn czy eks­ko­man­do­sem jak zało­ży­ciel Blac­kwa­ter. O nie, Ott­meyer był czło­wie­kiem wyspor­to­wa­nym, ale nie umię­śnio­nym jak kul­turysta. W śred­nim wieku, cał­kiem uro­dziwy, o prze­ni­kli­wym wej­rze­niu ger­mań­skich, błę­kit­nych oczu. Jego uroda skry­wała drobny feler – jako absol­went legen­dar­nej szkoły dla chłop­ców Korps Hano­wera nosił bli­znę po poje­dynku szer­mier­czym. Tra­dy­cją szkoły były bowiem walki uczniów do pierw­szej krwi. Ott­meyer, rzecz jasna, także brał udział w poje­dyn­kach i została mu po tym pamiątka – dra­śnięty szty­chem szpady kącik ust źle się zrósł i w efek­cie obli­cze Mat­thiasa zawsze wyglą­dało jak roz­cią­gnięte w drwią­cym uśmieszku.

Prze­mie­rza­jąc uliczki swego uko­cha­nego Wied­nia, Ott­meyer uśmie­chał się jed­nak cał­kiem szcze­rze. Był ranek, ale mia­sto już dawno zbu­dziło się do życia – mię­dzy pamię­ta­ją­cymi Habs­bur­gów kamie­ni­cami toczyły się samo­chody i dostaw­cze fur­go­netki, piesi spie­szyli do swo­ich spraw. Kro­czący z teczką jego­mość w nie­bie­skim, per­fek­cyj­nie skro­jo­nym gar­ni­tu­rze, był jed­nym z wielu miesz­kań­ców, kom­plet­nie nie rzu­cał się w oczy.

Dotarł na Singerstraße, gdzie w dużym, dzie­więt­na­sto­wiecz­nym budynku, pod nume­rem 11 znaj­do­wało się główne biuro Imper­Cor. Mat­thias doszedł do bramki, użył karty magne­tycz­nej i wpro­wa­dził kod, a potem wszedł do środka. Dzięki poran­nemu spa­ce­rowi krew przy­jem­nie szybko krą­żyła mu w żyłach. Miał flotę wła­snych samo­cho­dów i kilku szo­fe­rów, ale nie miesz­kał daleko od biura i cza­sem po pro­stu chciał się przejść. Na pię­tro wszedł po scho­dach, zapu­kał do wiel­kich, zdo­bio­nych drew­nia­nych drzwi, by nie prze­stra­szyć sekre­tarki, która – jak wie­dział – zawsze przy­cho­dziła przed nim. Dopiero wtedy użył karty i naci­snął klamkę.

Pani Stein wstała zza biurka na powi­ta­nie, jak miała w zwy­czaju. Ta osiem­dzie­się­cio­let­nia, nie­gdyś bar­dzo piękna kobieta, wywo­dziła się z rodziny austriac­kich Żydów. Jej matka była jedną z nie­wielu oca­lo­nych z Holo­cau­stu człon­ków rodu. Uro­dziła córkę w jed­nym z obo­zów, na krótko przed wyzwo­le­niem go przez Ame­ry­ka­nów. Pani Stein była ist­nym wul­ka­nem ener­gii, co być może miało zwią­zek z tym, że za młodu tań­czyła w bale­cie. Z Ott­mey­erem współ­pra­co­wała prak­tycz­nie od początku ist­nie­nia Imper­Cor. Dobrze znała sekret rodu Ott­mey­erów, ale wie­działa też, że Mat­thias podej­muje wiele dzia­łań na rzecz tego, by zmyć rodową hańbę, choć kola­bo­ra­cja się­gała cza­sów przed jego naro­dzi­nami. A jed­nak pani Stein z uzna­niem poma­gała swo­jemu sze­fowi orga­ni­zo­wać sty­pen­dia i akcje wspie­ra­nia uta­len­to­wa­nych dzie­cia­ków z kra­jów Trze­ciego Świata czy orga­ni­za­cji żydow­skich – to, że tego typu akcje były świet­nym polem rekru­ta­cji nowych talen­tów do Imper­Cor, jej nie prze­szka­dzało. Prze­cież wiele z tych dzieci w doro­słym życiu i tak wylą­do­wa­łoby na ulicy z bro­nią w ręku. Współ­praca z Imper­Cor, u boku doświad­czo­nych ope­ra­to­rów, wete­ra­nów wojsk spe­cjal­nych, nie tylko dawała im więk­sze szanse prze­trwa­nia, ale też umoż­li­wiała roz­po­czę­cie nowego, o wiele lep­szego życia. A Mat­thias Ott­meyer był bar­dzo wybredny w dobo­rze kadr – jego współ­pra­cow­ni­kami nie mogli zosta­wać neo­na­zi­ści, nacjo­na­li­ści czy rasi­ści. Nad selek­cją kan­dy­da­tów czu­wał sowi­cie opła­cany, surowy zespół psy­cho­lo­gów, psy­chia­trów i wete­ra­nów.

Imper­Cor miało wyso­kie stan­dardy.

– Dzień dobry, jak minęła panu droga? – zapy­tała uprzej­mie pani Stein, wycho­dząc zza biurka i przej­mu­jąc od Mat­thiasa teczkę i płaszcz.

– Bar­dzo przy­jem­nie – odparł, kie­ru­jąc się do eks­presu z kawą.

To był ich poranny rytuał – pani Stein zaj­mo­wała się rze­czami szefa, on parzył dla obojga kawę. Dawali sobie zawsze jakieś dwa­dzie­ścia minut na roz­mowę przed roz­po­czę­ciem dnia. Nic tak nie buduje więzi mię­dzy sze­fem a lojalną współ­pra­cow­nicą jak szczera wymiana zdań.

– Przy­szły podzię­ko­wa­nia z Kibeho – rze­kła sekre­tarka. Pode­szła do biurka i poka­zała sze­fowi otwartą, dużą kopertę. Potem wyjęła ze środka list i kilka zdjęć przed­sta­wia­ją­cych ciem­no­skóre, nie­wi­dome dzieci w oto­cze­niu zakon­nic. – Sio­stry są bar­dzo wdzięczne za ochronę, jakiej udzie­lają im nasi współ­pra­cow­nicy, pytają, czy będzie moż­li­wość prze­dłu­że­nia kon­traktu na kolejny rok. Sytu­acja w Rwan­dzie jest sta­bilna, ale sam pan wie…

– Oczy­wi­ście! – odparł Mat­thias, poda­jąc kobie­cie fili­żankę kawy. – Dla sióstr z Kibeho zawsze znajdę ludzi. Po kosz­tach, oczy­wi­ście. W ciągu dnia zadzwoń do Pio­tra – wspo­mniał pol­skiego współ­pra­cow­nika, który zaj­mo­wał się sie­ro­ciń­cem dla nie­wi­do­mych dzieci w Kibeho – i prze­każ mu, by nie pako­wał wali­zek. A jak twoja wnuczka?

– Och! – Pani Stein aż pokra­śniała z dumy. – Rebeka będzie wystę­po­wać w Wie­deń­skim Bale­cie Naro­do­wym! Prze­szła eli­mi­na­cje.

– Gra­tu­luję! Zare­zer­wuję sobie miej­sca w pierw­szym rzę­dzie.

– Nie musi pan, już mam bilety!

– Jest pani nie­oce­niona.

Pili kawę, roz­ma­wia­jąc o zwy­czaj­nych spra­wach, aż w pew­nym momen­cie zadzwo­nił tele­fon. Pani Stein prze­pro­siła szefa, pode­szła do apa­ratu i ode­brała połą­cze­nie. Słu­chała z wyraź­nym napię­ciem na twa­rzy, po czym powie­działa, że oddzwoni, i odło­żyła słu­chawkę.

– Panie Ott­meyer – zwró­ciła się do szefa. – Ten klient z ubie­głego tygo­dnia… wła­śnie wylą­do­wał na lot­ni­sku Wien-Schwe­chat! Chce się pil­nie zoba­czyć!

– Och, cho­dzi o pana Pre­to­riusa? Byłem prze­ko­nany, że sko­rzy­sta z oferty Wol­fstone. – Mat­thias przy­wo­łał nazwę naj­więk­szego kon­ku­renta swo­jej firmy, ame­ry­kań­skiej PMC zało­żo­nej przez grupę byłych spa­do­chro­nia­rzy 82. Dywi­zji Powietrz­no­de­san­to­wej.

– Naj­wy­raź­niej chce się spo­tkać. Jak naj­szyb­ciej, jesz­cze dziś.

– Hmm… – Ott­meyer zasta­no­wił się przez chwilę. – Pro­szę prze­su­nąć dele­ga­cję suł­tana Bru­nei o dwie godziny. Niech pani im prze­każe, że mam nagły pro­blem zdro­wotny i zare­zer­wuję dla nich całe pię­tro w Casino Wien. Oczy­wi­ście pokry­wamy fun­du­sze na gry. Nego­cja­cje odbę­dziemy przy obie­dzie. Gdy pani to zała­twi, pro­szę oddzwo­nić do Pre­to­riusa i powie­dzieć, że jest moż­li­wość spo­tka­nia, ale tutaj, w moim biu­rze.

– Oczy­wi­ście! – odparła pani Stein, się­ga­jąc znów po tele­fon.

Jakieś czter­dzie­ści minut póź­niej poin­for­mo­wała Ott­mey­era, że gość zja­wił się w budynku.

Jake Pre­to­rius był mło­dym, świet­nie zbu­do­wa­nym czło­wie­kiem o przy­stoj­nej twa­rzy i kom­plet­nie mar­twych, rybich oczach. Poto­mek połu­dnio­wo­afry­kań­skich poten­ta­tów dia­men­to­wych wyemi­gro­wał do USA, gdzie zgry­wał self-made mana, geniu­sza tech­no­lo­gicz­nego, który do potęż­nego, wie­lo­mi­liar­do­wego majątku doszedł wła­sną pracą, pomy­sło­wo­ścią i deter­mi­na­cją. W isto­cie ten nie­zbyt lotny mło­dzie­niec suk­ces zawdzię­czał pokaź­nemu fun­du­szowi powier­ni­czemu, który pozwa­lał mu inwe­sto­wać w ryzy­kowne przed­się­wzię­cia, naj­czę­ściej te, które odstra­szały przed­się­bior­ców ryzy­ku­ją­cych wła­snym mająt­kiem. Teraz Jake Pre­to­rius był sze­fem kilku firm tech­no­lo­gicz­nych, z któ­rych naj­więk­sza, Blo­omAi, zaj­mo­wała się pro­duk­cją naj­wyż­szej klasy smart­fo­nów, choć maczała też palce w bada­niach nad sztuczną inte­li­gen­cją, chcąc zostać w tej dzie­dzi­nie naj­więk­szym inno­wa­to­rem na rynku. Sam Pre­to­rius przez ostat­nie lata zna­cząco zmie­niał wize­ru­nek – dawny hip­ster w klap­kach odszedł, zastą­piony kolejno przy­pa­ko­wa­nym spor­tow­cem, zawod­ni­kiem MMA i bok­se­rem.

Ot, kolejna zabawa boga­czy.

Na spo­tka­nie z Ott­mey­erem przy­szedł w płó­cien­nych spodniach i koszulce polo, uści­snął podaną dłoń i nie cze­ka­jąc na zapro­sze­nie, zajął miej­sce w fotelu naprze­ciw biurka szefa Imper­Cor.

– Mat­thias, mogę ci mówić po imie­niu, prawda? – zagad­nął.

Ott­meyer zajął swoje miej­sce, wyko­nu­jąc dło­nią gest zna­czący tyle co: „Nie krę­puj się”.

– No więc, Mat­thias, jak mówi­łem, jed­nak chcemy sko­rzy­stać z waszej oferty.

– Oferta Wol­fstone była nie­za­do­wa­la­jąca? – zapy­tał zain­try­go­wany szef Imper­Cor.

– Nie tyle „nie­za­do­wa­la­jąca”, ile sytu­acja, no, powiedzmy, się zmie­niła. Wol­fstone są bar­dzo mało wyra­fi­no­wani, a ja potrze­buję dys­kre­cji. Mam zada­nie dla chi­rurga, nie bok­sera.

– Zamie­niam się w słuch.

– Cho­dzi o sytu­ację w Bir­mie, czy tam Mjan­mie, ni­gdy nie mam poję­cia, jak oni chcą się nazy­wać… Od kilku mie­sięcy mam tam spory pro­blem. Jak pew­nie wiesz, od dwa tysiące dwu­dzie­stego trze­ciego roku na pół­nocy, wzdłuż gra­nicy z Chi­nami, trwa ofen­sywa Three Bro­ther­hood Alliance, która nie­źle sprała dup­sko Tat­ma­daw. – Pre­to­rius z cha­rak­te­ry­styczną dla sie­bie gra­cją przy­wo­łał nazwę rzą­dzą­cej Birmą woj­sko­wej junty.

– Ofen­sywa, z tego, co się orien­tuję, nieco spo­wol­niła w ubie­głym roku. Wręcz ugrzę­zła – odparł Ott­meyer, z pamięci przy­wo­łu­jąc sytu­ację w regio­nie, w któ­rym ope­ro­wali także i jego „współ­pra­cow­nicy”.

– Tak było, ale w ostat­nim cza­sie poja­wił się tam nowy ruch, pro­wa­dzony przez nie­zna­nego wcze­śniej dowódcę. Są fana­tyczni, waleczni, piorą dup­ska woj­sko­wym i bruż­dżą mi w inte­re­sach.

– W pana inte­re­sach?

– Pół­nocna Birma, w obsza­rze gra­nicy z Chi­nami, jest bogata w rudy cyny i metali ziem rzad­kich. Te ostat­nie, jak pew­nie wiesz, są nie­zbędne do pro­duk­cji smart­fo­nów. – Pre­to­rius wycią­gnął swój i poka­zał roz­mówcy, po czym scho­wał go szybko, jakby oba­wiał się, że szef Imper­Cor wyrwie mu go z dłoni. – Moich smart­fo­nów – pod­kre­ślił.

– Prze­pra­szam, pro­szę mnie popra­wić, jeśli się mylę, ale na stro­nie inter­ne­to­wej Bloom w sek­cji „Trans­pa­rent­ność” wypi­sane są obszary, z któ­rych czer­pią pań­stwo surowce. Pół­noc­nej Birmy nie ma na tej liście.

Mło­dzie­niec wes­tchnął, jakby ziry­to­wany tym, że musi wyja­śniać takie oczy­wi­sto­ści.

– Nie ma – odparł. – To pic dla naiw­nia­ków! Musimy poka­zy­wać takie rze­czy, żeby móc się pre­zen­to­wać jako etyczna firma. Ci wszy­scy znu­dzeni bojow­nicy o spra­wie­dli­wość ze spo­łecz­no­śció­wek chcą mieć poczu­cie, że tech­no­lo­gia, na którą wydają majątki, jest two­rzona z surow­ców wydo­by­wa­nych etycz­nie, bez wyzy­sku… a jed­no­cze­śnie chcą, by smart­fon kosz­to­wał tyle, by było ich na niego stać. No wybacz, tylko idiota może sądzić, że to da się pogo­dzić! Gdy­by­śmy brali mate­riały tylko z miejsc na naszej liście, towar kosz­to­wałby z pięć, o ile nie dzie­sięć razy tyle, ile kosz­tuje teraz. Jesteś biz­nes­me­nem, policz sobie!

Ott­meyer uśmiech­nął się cie­pło, kon­cy­lia­cyj­nie uno­sząc dło­nie.

– Rozu­miem, o co cho­dzi – rzekł. – Potrze­buje pan usług mojej firmy, by tro­chę uspo­koić sytu­ację w regio­nie.

– Dokład­nie! – Pre­to­rius ener­gicz­nie poki­wał głową. – Ale… to nie może się odbyć zbyt bez­czel­nie. Wiesz, metale ziem rzad­kich wydo­by­wają dla nas tam Chiń­czycy, my „tylko” – wyko­nał pal­cami gest cudzy­słowu – je od nich sku­pu­jemy za pośred­nic­twem firm-słu­pów. Jakby kto pytał, mamy czy­ste rączki.

– Więc zależy panu na tym, by moi ludzie for­mal­nie współ­pra­co­wali z Chiń­czy­kami?

– No! – Młody czło­wiek się oży­wił. – Wie­dzia­łem, że zała­piesz!

– Hmm… będę z panem szczery. Nie jestem entu­zja­stą współ­pracy z Peki­nem. Powiedzmy, że jakiś czas temu z powodu błę­dów popeł­nio­nych przez Chiń­czy­ków stra­ci­łem kilku ludzi. Bar­dzo dobrych ludzi.

– Och, daj spo­kój, „kilku ludzi”, na pewno masz już nowych! Zresztą, jestem gotów zapła­cić sporo, co powiesz na… – Pre­to­rius podał osza­ła­mia­jącą kwotę.

Ott­mey­erowi nawet nie drgnęła brew.

– Wbrew temu, co może pan sądzić – odparł wresz­cie – w tym inte­re­sie pie­nią­dze to nie wszystko. Ważna jest też repu­ta­cja i pewna… zawo­dowa etyka.

– Etyka, powia­dasz… no dobra, a co powiesz na to: Bloom to tylko jedna z moich firm. Poza wła­snymi ini­cja­ty­wami mam zna­jo­mo­ści, roz­ma­ite kon­takty. A teraz, jak wiesz, w Waszyng­to­nie sie­dzi nowa admi­ni­stra­cja. Admi­ni­stra­cja bar­dzo przy­ja­zna takim ludziom jak ja. – Zaśmiał się. – Głupi Ame­ry­ka­nie uznali, że gło­sem pro­stego robot­nika jest miliar­der, i wybrali miliar­dera. – Śmiał się coraz gło­śniej, jakby opo­wie­dział zna­ko­mity żart. – Wiesz, czyim gło­sem jest nowy pre­zy­dent? Naszym gło­sem. – Uspo­koił się nieco, ale chy­try uśmiech nie scho­dził mu z twa­rzy. – A świat nie robi się ani tro­chę bar­dziej bez­pieczny, kto wie, co sta­nie się za mie­siąc, dwa… Skon­tak­to­wał­bym cię, z kim trzeba, ludźmi na wyso­kich sta­no­wi­skach, a oni sie­dzą w komi­sjach, roz­ma­wiają z pre­zy­dentem. Czyż nie byłoby faj­nie, gdyby mieli twój numer w tele­fo­nach na nagłe wypadki? Gdyby twoi, jak to ują­łeś, „współ­pra­cow­nicy” mieli pierw­szeń­stwo w takich nie­spo­dzie­wa­nych sytu­acjach? Jestem w sta­nie to ogar­nąć, dla mnie to jedna roz­mowa, a dla cie­bie… – Pre­to­rius uśmiech­nął się szel­mow­sko.

Ott­meyer nie spusz­czał z niego wzroku. W końcu także się uśmiech­nął i rzekł:

– Myślę, że jest jeden czło­wiek, który mógłby być pomocny dla nas obu.

Kon­struk­cja z kloc­ków wyglą­dała impo­nu­jąco. „Mała będzie kie­dyś inży­nierką albo archi­tektką” – pomy­ślał z uzna­niem gene­rał Li Zhang, przy­glą­da­jąc się zaba­wie wnuczki.

Pię­cio­let­nia dziew­czynka budo­wała wie­żo­wiec, który – choć coraz wyż­szy i wyż­szy – zda­wał się zaprze­czać pra­wom gra­wi­ta­cji. Co jakiś czas dziecko zwra­cało się do dziadka, wska­zu­jąc kon­kretny klo­cek, a potem dołą­czało ele­ment do kon­struk­cji.

Li Zhang był od nie­mal roku na eme­ry­tu­rze. Odszedł z woj­ska krótko po wiel­kim skan­dalu, jakim było ujaw­nie­nie kom­pro­mi­tu­ją­cych fak­tów z życia jego kole­gów w mun­du­rach, ale też dzia­ła­czy par­tyj­nych i biz­nes­me­nów. Chiny, pań­stwo spe­cja­li­zu­jące się w dzia­ła­niach w cyber­prze­strzeni, samo stało się celem ataku haker­skiego o strasz­li­wych skut­kach. Nie oba­liło to reżimu, ale poka­zało Zhan­gowi, że jego dni w siłach zbroj­nych są poli­czone, a dal­sze fir­mo­wa­nie swoim nazwi­skiem i zasłu­gami reżimu w Peki­nie było pozba­wione sensu. Odszedł z hono­rami, jako powód poda­jąc sytu­ację oso­bi­stą.

Nikt nie poda­wał tego w wąt­pli­wość. Wszy­scy wie­dzieli o śmierci jego syna, ojca małej – Li Jinga.

Teraz wraz z żoną, synową i wnuczką gene­rał Li miesz­kał w swej pokaź­nej rezy­den­cji w pro­win­cji Zhe­jiang. Ta naj­bo­gat­sza pro­win­cja Pań­stwa Środka była ide­al­nym miej­scem na wycho­wy­wa­nie dziew­czynki. Zamożna i bez­pieczna (nie­mal sto pro­cent obszaru pro­win­cji było objęte zaka­zem foto­gra­fo­wa­nia, ni­gdy nie wpusz­czono tu też słyn­nego samo­chodu Google wyko­nu­ją­cego foto­gra­fie do usługi Street View), ofe­ro­wała byłemu woj­sko­wemu to, czego potrze­bo­wał naj­bar­dziej – spo­kój.

Wieża rosła i rosła, na­dal drwiąc z praw fizyki i gra­wi­ta­cji.

– Co takiego budu­jesz, Fen? – zapy­tał wresz­cie wnuczkę.

– Uczę się budo­wać – odparła rezo­lut­nie.

– Uczysz się?

– Tak.

– A czego?

Dziew­czynka spoj­rzała na niego tak, jakby ją dzi­wiło to, że komuś tak sędzi­wemu i mądremu jak jej dzia­dek musi wyja­śniać takie oczy­wi­sto­ści.

– Uczę się budo­wać wyso­kie wieże – wyja­śniła – bo wtedy, jak będę duża, zbu­duję naj­wyż­szą wieżę na świe­cie! Będzie tak wysoka, że się­gnie do nieba, a ja wejdę na szczyt i znowu zoba­czę się z tatą.

– Z… tatą?

Znowu to spoj­rze­nie – mała nie­mal wywra­cała oczami zmu­szona do wyja­śnia­nia tych bana­łów.

– Bab­cia powie­działa, że tata jest w nie­bie – odparła, roz­kła­da­jąc sze­roko ręce.

Zhang wstał szybko, prze­pro­sił małą. Wyszedł z pomiesz­cze­nia, nie­mal pobiegł do łazienki. Zamknął drzwi na klucz.

Dopiero wtedy się roz­pła­kał.

Jego syn zgi­nął, słu­żąc wła­dzom w Peki­nie. Wyko­ny­wał w Hong­kongu jakąś sekretną misję i został zamor­do­wany przez pra­cu­ją­cych dla Zachodu najem­ni­ków, wśród któ­rych znaj­do­wał się praw­do­po­dob­nie legen­darny Gaijin. Czło­wiek duch, jeden z tych, któ­rzy zna­leźli się na czar­nej liście Par­tii i jej służb.

Ode­brali mu jedy­nego syna, ale Zhang nie czuł wobec jego mor­der­ców nie­na­wi­ści. Prawdę mówiąc, miał o wiele więk­szy żal do Jinga. Zawsze się ze sobą spie­rali. Im star­szy i bar­dziej pozba­wiony złu­dzeń wobec ustroju sta­wał się Zhang, tym bar­dziej fana­tycz­nie jego syn ufał wła­dzom Par­tii. Sta­wał się podobny do swej babki, matki gene­rała, bojow­niczki Wiel­kiego Prze­wod­ni­czą­cego Mao, fana­tycz­nie mu odda­nej do samej śmierci. Tym fana­ty­zmem, naj­wy­raź­niej, zara­ziła wnuka. Tak jak Zhang spie­rał się z nią, tak Jing spie­rał się z nim.

A teraz nie żył. Nie zdo­łali się pogo­dzić. Nie zdo­łali się nawet poże­gnać.

Zhang pozwa­lał łzom pły­nąć. Psy­cho­lo­gia nie cie­szyła się uzna­niem w Chi­nach, nie uzna­wano jej tu nawet za naukę (no, chyba że cho­dziło o wyko­rzy­sta­nie jej zdo­by­czy do pro­wa­dze­nia ope­ra­cji wpływu na spo­łe­czeń­stwa Zachodu), jed­nak Zhang sam tro­chę poszu­kał w inter­ne­cie. Jako byłego woj­sko­wego cen­zura sieci go nie obej­mo­wała, więc bez trudu zna­lazł zagra­niczne arty­kuły o stra­cie i radze­niu sobie z nią. Wie­dział więc, że nie musi, nie powi­nien wręcz tłu­mić łez. Miał prawo czuć się słaby. Miał prawo do żałoby i bólu.

Ktoś zapu­kał do drzwi.

– Kocha­nie, mamy nie­spo­dzie­wa­nych gości – rzu­ciła przez drzwi żona gene­rała.

Odkaszl­nął, wytarł łzy. Odkrę­cił wodę w umy­walce i dopro­wa­dził się do ładu.

– Już idę – odparł, siląc się na spo­kój.

Zosta­wił wnuczkę pod opieką babci i zszedł na dół. Goście już sie­dzieli w salo­nie.

Jed­nego z nich znał – był to kolega z woj­ska, też gene­rał, Ba Yimou. Drugi męż­czy­zna, cał­kiem obcy – bez mun­duru, w skó­rza­nej kurtce i o chy­trej, pocią­głej twa­rzy – całym sobą prze­ka­zy­wał, że jego obec­ność ozna­cza kło­poty. Palił papie­rosa, tym sym­bo­licz­nym gestem dając do zro­zu­mie­nia, że to on tu rzą­dzi.

– Gene­rał Li, jak miło, żeś do nas dołą­czył – powie­dział. – Pro­szę usiąść, musimy poroz­ma­wiać.

Yimou nie powie­dział nic, był bar­dzo zmie­szany.

Zhang spoj­rzał przez okno na zewnątrz – na pod­jeź­dzie stał duży, ciemny SUV, przy któ­rym wartę trzy­mało kilku nie­umun­du­ro­wa­nych, bez wąt­pie­nia uzbro­jo­nych męż­czyzn.

Tajne służby Chin zło­żyły mu wizytę.

Zasiadł na kana­pie naprze­ciwko kolegi i czło­wieka w skó­rze.

– Gene­rale. – „Skó­rzany” zacią­gnął się, wydmu­chał dym. – Prze­pra­szamy za nie­spo­dzie­wane odwie­dziny, ale potrze­bu­jemy pana pomocy w pew­nej deli­kat­nej spra­wie.

Zhang odchrząk­nął.

– Widzę, że prze­cho­dzimy od razu do rze­czy – odparł.

– Bo i nie mamy czasu do stra­ce­nia! Czy orien­tu­jesz się w sytu­acji w Bir­mie?

Zhang, rzecz jasna, orien­to­wał się dosko­nale. W 2021 roku wła­dzę w kraju prze­jęła woj­skowa junta, krótko po tym wybu­chła wojna domowa. Bru­talna, bez­względna i krwawa, naj­więk­sze żniwo zbie­rała w pół­noc­nych pro­win­cjach, gra­ni­czą­cych z Chi­nami. Zor­ga­ni­zo­wana prze­stęp­czość, która i wcze­śniej była w tym obsza­rze silna, w cza­sie wojny roz­kwi­tła na całego – prze­myt ludzi, cyber­prze­step­czość, wresz­cie han­del nar­ko­ty­kami, wśród któ­rych naj­więk­sze zyski przy­no­sił obrót fen­ta­ny­lem, to była codzien­ność przy­gra­nicz­nego obszaru.

Chiny, oczy­wi­ście, potra­fiły wyko­rzy­stać sytu­ację na swoją korzyść. For­mal­nie ni­gdy nie poparły junty, a nawet potę­piły ją kil­ku­krot­nie pod­czas kon­fe­ren­cji mię­dzy­na­ro­do­wych, real­nie wspie­rały ją szko­le­niami i sprzę­tem, w zamian doma­ga­jąc się, by przej­mo­wany od prze­stęp­ców fen­ta­nyl nie był nisz­czony, lecz prze­my­cany do USA, gdzie zbie­rał strasz­liwe żniwo, osła­bia­jąc naj­więk­szego wroga Pekinu od środka. Była też kwe­stia Pasa i Szlaku, wiel­kiego pro­jektu trans­por­to­wego Chin, który miał prze­ci­nać Azję, odbie­ra­jąc han­dlowy pry­mat mor­skiej potę­dze Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Nie­stety, klu­czowy odci­nek Pasa i Szlaku miał prze­bie­gać wła­śnie przez pół­nocną Birmę… nie spo­sób było więc reali­zo­wać tej idei, dopóki trwała tam rzeź.

– Tak, orien­tuję się w sytu­acji – odparł Zhang.

– W takim razie wiesz też zapewne, że ostat­nio poja­wił się tam nowy przy­wódca bun­tow­ni­ków. Three Bro­ther­hood Alliance, czy też TBA, traci tam wpływy na rzecz jakie­goś nowego watażki. Nie­stety ów jest sku­teczny i nasi przy­ja­ciele z Tat­ma­daw nie­po­koją się, czy nie odmieni on losów wojny na ich nie­ko­rzyść.

– Co to ma wspól­nego ze mną?

„Skó­rzany” uśmiech­nął się prze­bie­gle.

– Powiedzmy, że poja­wiła się moż­li­wość roz­wią­za­nia tej sytu­acji – rzekł. – Jak wiesz, USA jest naszym naj­więk­szym wro­giem, jed­nak zgod­nie z tym, czego nauczają nas Sun Tzu i Wielki Prze­wod­ni­czący Mao, nie zamy­kamy się na współ­pracę z tymi Ame­ry­ka­nami, któ­rzy, w dłu­gim okre­sie, dzia­łają na szkodę swo­jego kraju. Jeden z nich jest dużym odbiorcą metali ziem rzad­kich z pół­noc­nej Birmy i tam­tej­szy kon­flikt także go nie­po­koi. Zor­ga­ni­zo­wał on środki i spe­cja­li­stów, któ­rzy pomogą w… zała­go­dze­niu kon­fliktu, jed­nak jego udział nie może wyjść na jaw. Zwró­cono się więc do nas po pomoc. Udzie­limy jej.

– Wciąż nie rozu­miem, co to ma wspól­nego ze mną. Jestem na eme­ry­tu­rze, nie biorę już udziału…

– Wła­śnie! Jesteś, gene­rale, eme­ry­tem, for­mal­nie bez związ­ków ze sferą woj­skową czy wywia­dow­czą. Tym samym nikt nie powią­załby two­jej obec­no­ści w Bir­mie z Peki­nem. Ot, dora­dzasz Bir­mań­czy­kom jako osoba pry­watna, twoje prawo.

– Miał­bym się udać do Birmy i pro­wa­dzić ope­ra­cję? – Zhang prych­nął i pokrę­cił głową. – Nie ma mowy! Jestem eme­ry­tem, mam, jak zapewne wie­cie, na wycho­wa­niu wnuczkę. Jestem potrzebny tu, na miej­scu.

Męż­czy­zna w skó­rza­nej kurtce wes­tchnął ciężko, zacią­gnął się ostatni raz papie­ro­sem i uga­sił go w doniczce sto­ją­cego na sto­liku drzewka bon­sai.

– Czy nie wyra­zi­łem się jasno? – powie­dział wresz­cie zim­nym jak lód gło­sem. – To nie była prośba! Ten dom, twoja żona, synowa i wnuczka macie wygodne życie, jasne, zapra­co­wa­łeś na to… ale nic nie stoi na prze­szko­dzie, by prze­nieść was na zachód. Życie w lepiance, bez bie­żą­cej wody i opieki medycz­nej, co ty na to? Chyba nie brzmi zbyt kusząco?

Zhang pode­rwał się na nogi. „Skó­rzany” był młod­szy od niego, ale mimo swo­ich nie­mal sie­dem­dzie­się­ciu lat były gene­rał zacho­wał krzepę. Czy zdo­łałby powa­lić tego czło­wieka? Na pewno by spró­bo­wał.

– Ostroż­nie, gene­rale! Wystar­czy, że zmarsz­czę brwi, a wasza sie­lanka się skoń­czy. – Męż­czy­zna także wstał i skie­ro­wał się do drzwi wyj­ścio­wych. Yimou poszedł za nim, wcze­śniej zer­k­nąw­szy prze­pra­sza­jąco na sta­rego przy­ja­ciela.

– Jutro rano masz cze­kać na lot­ni­sku Wenzhou – rzu­cił jesz­cze „skó­rzany”. – Spa­kuj rze­czy na co naj­mniej kilka tygo­dni.

Gdy nie­pro­szeni goście kie­ro­wali się do swo­jego wozu, na pod­jazd zaje­chał inny samo­chód. Kie­ro­wała nim Chun, synowa byłego gene­rała. Widząc nie­za­po­wie­dzia­nych gości, nie wysia­dała. Została w aucie, śle­dząc prze­ra­żo­nym wzro­kiem jed­nego z męż­czyzn. Dopiero kiedy SUV opu­ścił teren rezy­den­cji, pod­bie­gła do teścia i przy­tu­liła go.

– Tato, czy wszystko w porządku? – zapy­tała.

Zhang długo nie odpo­wia­dał. W końcu spoj­rzał na synową.

– Tak, Chun, dla­czego pytasz? – odrzekł wresz­cie.

– Ten czło­wiek w skó­rza­nej kurtce… – powie­działa drżą­cym gło­sem. – To on u nas był krótko przed śmier­cią Jinga. To on… nam gro­ził!

Star­szy męż­czy­zna wes­tchnął. Opie­kuń­czo objął synową. Zro­zu­miał wtedy, że zna­lazł się w sytu­acji bez wyj­ścia.

Kilka dni po wizy­cie ojca Hotaro udał się do pobli­skiego Taiki.

Była to typowa japoń­ska pro­win­cjo­nalna mie­ścina. Nie wio­ska, lecz mia­sto z praw­dzi­wego zda­rze­nia, choć bez wie­żow­ców, neo­nów i wszech­obec­nego hałasu reklam. Prze­cięte wpół przez rzekę Reki­fune, było domem Min Mei, a wła­śnie ją pla­no­wał odwie­dzić Gaijin.

Land Rover spo­koj­nie toczył się nie­zbyt sze­roką drogą wio­dącą z gór w kie­runku mia­sta. Hotaro dosko­nale znał tę trasę, był w sta­nie wska­zać każdy krzak, każdy zakręt, każdą dziurę w asfal­cie, mógłby ją poko­nać z zamknię­tymi oczami.

Ale jego oczy były sze­roko otwarte. I czujne.

Wypa­try­wał tego, co nie paso­wało – porzu­co­nych przy­droż­nych śmieci, resz­tek mebli, ścię­tych gałęzi, nawet zwa­łów ziemi pozo­sta­wio­nych po robo­tach dro­go­wych.

Wszyst­kiego tego, co mogło skry­wać zdal­nie odpa­lany ładu­nek wybu­chowy.

Nawyk jesz­cze z Afga­ni­stanu, ze służby w duń­skich Jegrach – śmieci było tam przy dro­gach o wiele wię­cej niż w czy­stej z reguły Japo­nii, wiele z nich skry­wało „nie­spo­dzianki” dla żoł­nie­rzy koali­cji. I zbie­rały strasz­liwe żniwo. Każdy patrol, każdy wypad poza obręb bazy, każda ope­ra­cja w tere­nie mogła być dla woj­sko­wych tą ostat­nią… albo zakoń­czyć się trwa­łym kalec­twem.

Czy Hotaro spo­dzie­wał się, że Moskwa, Pekin lub Pjon­gjang mogły zasta­wić na niego taką pułapkę? Albo kto­kol­wiek z wielu ludzi, któ­rym przez lata dzia­łal­no­ści w Azji nadep­nął na odcisk? Wro­gów dążą­cych do rewanżu nie bra­ko­wało.

Gaijin prze­szedł na eme­ry­turę nie bez przy­czyny – roz­wój tech­no­lo­gii śle­dzą­cych czy­nił jego pracę coraz trud­niej­szą, ryzyko zwięk­szało się z każdą eks­trak­cją. W któ­rymś momen­cie musiał powie­dzieć sobie dość. Tak przy­naj­mniej pod­po­wia­dała racjo­nalna część jego mózgu.

Ale była też ta mniej racjo­nalna.

Ta, która dzień w dzień przy­po­mi­nała mu o tym, jak bar­dzo tęskni za porzu­co­nym życiem.

Stare nawyki miały go ni­gdy nie opu­ścić – prze­szko­le­nie i doświad­cze­nie były wdru­ko­wane w jego ciało i duszę. Pod­czas poran­nego biegu instynk­tow­nie wypa­try­wał celów skry­wa­ją­cych się za drze­wami, a w cza­sie odpo­czynku – strzel­ców wybo­ro­wych. Uni­kał otwar­tych prze­strzeni, sta­rał się poru­szać bli­żej zaro­śli. Nocami czę­sto się budził, nasłu­chu­jąc odgło­sów w domu i na zewnątrz. A jadąc do Taiki, za każ­dym razem wypa­try­wał ukry­tych ładun­ków wybu­cho­wych i zasa­dzek.

A teraz przy­był ojciec i pró­bo­wał wcią­gnąć go w to wszystko z powro­tem. Jakby spo­dzie­wał się, że jego syn potrze­buje tylko pre­tek­stu.

Hotaro sta­rał się wyma­zać z myśli tę wizytę.

Doje­chał do Taiki i zatrzy­mał się przed skle­pem spo­żyw­czym. Tam kupił skrzynkę mro­żo­nej her­baty San­ga­ria. Jedną puszkę otwo­rzył od razu w samo­cho­dzie, po czym ruszył dalej.

Min Mei miesz­kała w dziel­nicy Naka­dori, tuż nad rzeką, jed­nak spo­tkali się w oko­licz­nej restau­ra­cji, o dziwo – wło­skiej. Hotaro zasta­na­wiał się, jaką lokal skrywa tajem­nicę, i zaga­dy­wał o to kel­ne­rów za każ­dym razem, gdy tu gościł, jed­nak oni tylko uśmie­chali się uprzej­mie, odpo­wia­da­jąc – jak to Japoń­czycy – w spo­sób miły i zara­zem nie­kon­kretny. Czy wła­ści­ciel był Wło­chem? A może Japoń­czy­kiem zako­cha­nym w sło­necz­nej Ita­lii? Trudno było orzec, ale jedze­nie było dosko­nałe, a kawa, parzona tra­dy­cyj­nie po wło­sku, umi­lała dzień.

Hakerka już cze­kała w środku, odziana – jak to ona – w bluzę z kap­tu­rem, na któ­rej nadru­ko­wano tań­czącą kró­liczkę i misia. Hotaro wie­dział już, że posta­cie nazy­wają się Cony i Brown, Min Mei mogła opo­wia­dać o nich godzi­nami. On rewan­żo­wał się, stresz­cza­jąc całe fabuły swo­ich ulu­bio­nych powie­ści fan­tasy. Prze­ko­ma­rzali się noto­rycz­nie, a dziew­czyna nama­wiała go na gry, któ­rych Hotaro aku­rat nie zno­sił. Nawet jeśli były to gry fan­tasy. Nudziły go.

Przy­wi­tali się ser­decz­nie, zamó­wili kawę i cia­sto, a potem roz­ma­wiali – jak to oni – o wszyst­kim i niczym. Ich widok nikogo nie dzi­wił, koja­rzono ich jako tajem­ni­cze rodzeń­stwo. Wie­dziano, że Min jest Chinką, zakła­dano więc, że Hotaro też. Miła kel­nerka kie­dyś wręcz zwró­ciła uwagę na łączące ich „rodzinne podo­bień­stwo”.

Bar­dzo ich to roz­ba­wiło. Na wszelki wypa­dek nie demen­to­wali. Natu­ralna, wyro­sła spon­ta­nicz­nie przy­krywka czę­sto oka­zy­wała się naj­sku­tecz­niej­sza.

„Rodzeń­stwo” piło kawę i gadało o głu­po­tach. W końcu jed­nak Min Mei zro­biła poważną minę. Gaijin wie­dział, że poja­wią się cięż­kie tematy.

– Twój tata…

– Min, nie zaczy­naj!

– Posłu­chaj mnie, pro­szę! Domy­ślam się, że wasza rela­cja jest, jak by to okre­ślić, nie­ła­twa, ale zawsze da się coś zro­bić. Pro­sił cię o pomoc.

– To duża sprawa, wiesz prze­cież. Nie bez przy­czyny skoń­czy­łem z eks­trak­cjami.

– Tak, wiem – przy­znała. Jej eks­trak­cja była wszak ostat­nią, jakiej się pod­jął. O mało go to nie zabiło.

– Moja matka… – zaczęła nie­spo­dzie­wa­nie – biła mnie. Nie rób takiej miny, w Chi­nach to cał­kiem nor­malna metoda wycho­waw­cza. Bije się dzieci, by zapa­mię­tały lek­cję, bije się je, gdy w pokoju jest nie­po­rzą­dek. Gdy nauczy­ciele sta­wiają słabe stop­nie…

– Z tego, co mówi­łaś, nie mia­łaś sła­bych stopni.

– Stopni nie, ale grzeczna też nie byłam. Kie­dyś, pamię­tam to dosko­nale, gdy mia­łam osiem lat, potknę­łam się i skrę­ci­łam kostkę. Strasz­nie bolało i, jak to dzie­ciak, roz­pła­ka­łam się. Wiesz, co zro­biła moja matka? Pode­rwała mnie do góry i spo­licz­ko­wała, przy całej ulicy. Było to strasz­nie upo­ka­rza­jące, ale momen­tal­nie prze­sta­łam pła­kać.

– Co za histo­ria, Min – prych­nął Gaijin. – Matka cię lała, a ty jesteś jej wdzięczna? To ma nawet chyba nazwę… Syn­drom kopen­ha­ski? Nie, jakoś ina­czej – zakpił, po czym uniósł prze­pra­sza­jąco dło­nie. – Wybacz mi, po pro­stu… wku­rza mnie to, co sły­szę! Jesteś dla mnie ważna, jesteś już rodziną. Myśl o tym, że takie rze­czy cię spo­ty­kały… – Pokrę­cił głową.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki