Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Gorące lato na wsi gdzieś na Dolnym Śląsku w latach osiemdziesiątych. Dwie siostry spotykają na rozgrzanej asfaltowej drodze obcego mężczyznę. Wysiada boso z białego samochodu, dziwnie się im przygląda. Kilka dni później w lesie zostaje znalezione ciało zamordowanej dziewczynki.
Ale to nie historia kryminalna. Debiut książkowy znanej scenarzystki i reżyserki to powieść o dziewczęcym dojrzewaniu, na które pada cień podniecenia i strachu. Wiecznie zirytowana matka nie ma dla córek czasu, sąsiadki podsłuchiwane pod drzwiami kuchni opowiadają niepokojące historie, ojcowie – każda z sióstr ma innego – dawno zniknęli, a wszyscy mężczyźni, gdy przyjrzeć się im uważnie, są łapczywi i zdolni do przemocy.
Dadzieja to także przejmujący portret siostrzanej więzi – nierozerwalnej, choć szorstkiej, przepełnionej rywalizacją i krótkimi chwilami bliskości. To filmowa w swojej intensywności opowieść, pełna zmysłowych obrazów i zatrzymanych ujęć, w których z pozoru zwyczajne lato migocze jak oniryczna, niepokojąca projekcja dorastania.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 294
Data ważności licencji: 3/11/2033
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Projekt okładki Alicja Biała na podstawie fotografii archiwalnej z zasobów fotopolska.eu
Fotografia przedstawia śledczych pruskich w Ogrodnicy (Schönau) pod Środą Śląską (Neumarkt) około 1910 roku na miejscu znalezienia ciała zamordowanej dziewczynki
Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś
Copyright © by Anna Jadowska, 2026
Redakcja Magdalena Budzińska
Korekta Aleksandra Jastrzębska, Małgorzata Poździk
Skład Robert Oleś
Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl
ISBN 978-83-8396-294-8
Dla mojego syna Antka, który wymyślił słowo dadzieja
Niczego, co się wydarzyło, nie mogę już ułożyć w całość. Nie umiem wyciągnąć żadnego wniosku ani stworzyć wiarygodnej historii. Nie ma końca ani początku.
Wiele razy, kiedy byłam dzieckiem, wydawało mi się, że umarłam, budziłam się w nocy i miałam pewność, że już nie żyję. Znajdowałam się w czarnej jak smoła pustce, nie było kierunków ani żadnej przestrzeni wokół, zawieszona ponad swoim ciałem czułam, że czas zwalnia i za chwilę się zatrzyma.
To spotkanie to był zupełny przypadek, w naszej wsi było kilkadziesiąt domów, ja z młodszą siostrą wychodziłyśmy często na koniec drogi, siadałyśmy na rozgrzanym asfalcie i wkładałyśmy palce głęboko w gorącą czarną maź. Myślałyśmy, że nasze ślady zostaną tam na zawsze, ale oczywiście tak się nie stało.
Teraz w tym miejscu jest nowa droga, bez dziur i z chodnikiem, który za kilka lat będzie ruiną. A w miejscu, gdzie dla nas kończył się świat, wyrosły nowe, eleganckie domy, które wyglądają jak namalowane przez przedszkolaka.
Któregoś razu, kiedy siedziałam przy drodze sama, bo siostra poszła w krzaki się wysikać, zatrzymał się przede mną samochód. Pamiętam, że był biały, bo słońce odbijało się od karoserii i raziło mnie w oczy. Z samochodu wysiadł on, miał wielkie bose stopy, palce dziwnie oddalone od siebie, jak u dłoni. Wyobraziłam sobie, że tymi palcami prowadzi auto i pali papierosa.
Nie widziałam jego twarzy, bo słońce było tuż za nim, patrzyłam tylko na te mamucie stopy z kępkami czarnych włosów.
Odezwał się głosem, który w ogóle do niego nie pasował, brzmiał, jakby przez długi czas do nikogo nie mówił, i zanim wydobył z siebie słowo, najpierw wolno i przenikliwie zaskrzeczał.
– Czy ta droga naprawdę się tu kończy?
Popatrzyłam na niego zdziwiona, ale nie wstałam z asfaltu. Nie było dobrej odpowiedzi na to pytanie, asfalt wprawdzie się tu kończył, ale dalej była piaszczysta droga, która zaraz za mostem rozgałęziała się w kilka stron.
– Myślałem, że to leży jakiś pies. Bym cię przejechał.
Wtedy z krzaków wyszła moja siostra, podciągała jeszcze krótkie spodenki, które tego lata okazały się na nią za ciasne. Nie zdziwiła się wcale na widok samochodu i tego człowieka. Usiadła obok mnie i pokazała mi, co znalazła w krzakach. Było to kolorowe szkiełko, fragment jakiegoś talerza, na białym tle drobne granatowe listki, nie przypominało to niczego, co było w naszej kuchni. Ułamany kawałek wyglądał jak pamiątka po innej, bardziej inteligentnej cywilizacji, na której zgliszczach żyjemy. Siostra splunęła na szkiełko i wytarła je o wewnętrzną stronę ciągle białego uda.
– Popatrz, tam – wskazała na krzaki – jest takich pełno. Musiał tu być jakiś dom.
Potem wszystkie sąsiadki powtarzały, że miałyśmy niewiarygodne szczęście, że to się mogło przydarzyć nam, że nie wiadomo, kto się tu kręcił. Nikomu nie wspomniałyśmy o facecie w białym samochodzie, ale też nikt o niego nie pytał.
Mama nigdy nie pozwalała nam słuchać opowieści sąsiadek. Kiedy któraś przychodziła, odsyłała nas do naszego pokoju. Pamiętam, że siedziałam wtedy na wersalce i próbowałam czytać jakąś książkę z przygodami, w które nie mogłam uwierzyć.
Do końca roku szkolnego zostały niewiarygodnie długie trzy tygodnie. A zza drzwi dochodził ściszony i gruby od papierosów głos sąsiadki, mieszkała nie tak daleko, dzieliło nas kilka domów i ogromne pole tytoniu. Sylwetka mamy poruszała się po kuchni, jej postać zniekształcały duże, brązowe kwiaty na szybie w drzwiach. Do mnie dochodziły tylko pojedyncze słowa. Sąsiadka mówiła prawie na bezdechu, jeszcze nigdy nie słyszałam jej tak podekscytowanej. Mama jak zwykle udawała, że nie słucha i zajmuje się gotowaniem. Ale nawet przez tę szybę w drzwiach czułam, że jest cała napięta i nie może się doczekać końca opowieści.
Podobno znaleźli ją Cyganie, zatrzymali się nad rzeką i kiedy jedna z kobiet weszła do lasu, znalazła dziewczynkę przykrytą gałęziami.
Chodziła ze mną do klasy, ale niewiele o niej wiedziałam. Miała na imię Kamila, sprowadziła się do naszej wsi w zeszłym roku. Mieszkała w domu zaraz przy kościele, należał kiedyś do jej babci. A po tym jak babcia zmarła, ona przeprowadziła się tu z tatą. Nie wiedziałam, co się stało z jej mamą.
Jej tacie zajęło kilka miesięcy, żeby całe podwórko zapełnić wrakami samochodów i starymi pralkami.
Ten tata Kamili miał wielkie wąsy, na końcach żółte od papierosów. Wydawał się inny od wszystkich mężczyzn w naszej wsi, miał białą, prawie przezroczystą skórę i długie, cienkie palce u rąk.
Po tym, jak się to wszystko stało, w ich domu nikt już nie zamieszkał, podwórko pełne złomu i starych gratów zarosło szybko trawą, a ludzie wracający z cmentarza zaczęli tam wrzucać doniczki po chryzantemach i stare znicze i po jakimś czasie spod góry śmieci nie było już nawet widać okien.
Przechodziłyśmy tamtędy z siostrą w czasie wakacji wielokrotnie, zerkając w otwarte na oścież drzwi, aż któregoś razu postanowiłyśmy przejść przez płot i zajrzeć do środka. Nikt nie wiedział, co się stało z ojcem Kamili, zniknął nie wiadomo kiedy, krótko po jej pogrzebie, potem pojawił się na chwilę i znów na długo wyjechał.
To był mały drewniany budynek ze spadzistym dachem, wyglądał jak domek dla krasnoludków. Kiedyś był chyba pomalowany na niebiesko, ale teraz zostały tylko niewielkie plamy farby.
W środku wszystko było powyrzucane z szaf i przysypane białym kurzem. Szłyśmy powoli, trzymając się za ręce i bojąc, że ten ojciec z żółtymi wąsami zaraz skądś na nas wyskoczy.
Na końcu korytarza były drzwi do pokoju Kamili. Ściany w nim były żółte, nad łóżkiem wisiała słomianka, a na niej powycinane zdjęcia z gazet. Na samym środku wisiał plakat Bajmu, piosenkarka klęczała na górze piachu ubrana w dziwną podartą sukienkę. Plakat był już zupełnie wyblakły, wyglądał, jakby ktoś sfotografował ducha.
Moja siostra przeglądała książki na półce.
– Ona wiedziała, że to się stanie – powiedziała nagle.
– Co ty gadasz?
– Widziałam ją kiedyś z jakimś facetem w lesie.
– Bredzisz.
– No mówię ci.
– To był ten facet z białego samochodu? Pamiętasz? Co się zatrzymał na końcu drogi?
Siostra sięgnęła po następną książkę, jakby nie usłyszała mojego pytania. Na okładce był Indianin na koniu, nie podnosiła na mnie wzroku. Wiedziałam, że zmyśla. Bała się na mnie popatrzeć, bo wtedy od razu bym rozpoznała. Podeszłam do niej bliżej.
– Kiedy to było?
– Co?
– No kiedy ich widziałaś?
– Nie wiem dokładnie…
– Wcześniej niż on wtedy podjechał?
– Nie wiem… A mówiłam ci, że mam pierwsze włosy pod pachami? Strasznie łaskoczą.
Siostra podniosła rękę i pokazała mi pachę.
– Przestań, nic tam nie masz, kiedy ich widziałaś?
– No nie pamiętam, może mi się wydawało.
Walnęłam ją z całej siły w plecy i wyszłam z domu. Drogą jechała kobieta, która mieszkała naprzeciwko sklepu. Przy kierownicy roweru miała zawieszone wiaderko i grabie, które wystawały wysoko ponad jej głowę, zdawały się częścią jej ciała. Cofnęłam się kilka kroków do korytarza, moja siostra już tam stała z książką pod pachą. Popatrzyłam na nią zdziwiona.
– Będziesz to czytać?
– No.
– Przecież w życiu nie przeczytałaś żadnej książki.
Prychnęła tylko i sobie poszła. Nawet na mnie nie poczekała.
Moja siostra jest ode mnie młodsza o rok, nawet niecały, kiedyś się zastanawiałyśmy, jak to możliwe, ciąża trwa przecież dziewięć miesięcy, ja urodziłam się w lipcu, a ona w czerwcu następnego roku. Mama nigdy nie odpowiadała na żadne z naszych pytań dotyczących tego tematu. Mimo to ciągle próbowałyśmy się czegoś dowiedzieć.
W soboty wieczorem, kiedy długo siedziała w łazience, przychodziłyśmy do niej, gdy po kąpieli czesała włosy. Była czerwona od gorącej wody.
Wiedziałyśmy, że odpoczęła i zaczęła liczyć od nowa, wszystkie nasze winy zostały zapomniane i to był najlepszy moment na trudne pytania. Chciałyśmy wiedzieć, jak się znalazłyśmy w tej wsi, w której nie mamy żadnej rodziny i wszystkich musiałyśmy dopiero poznać.
Mama odpowiadała półsłówkami, które nigdy nie składały się w całość. Podobno to był dom siostry jej babci, który latami stał pusty.
Wydaje mi się, że pamiętam zdjęcie tej cioci-babci: staruszka z białymi włosami, z zębami drobnymi jak u dziecka. Ale nie wiem, czy to zdjęcie istniało naprawdę, czy tylko je sobie wyobraziłam.
Sobotnie wieczory to były ulubione chwile mojego dzieciństwa, cały dzień we trzy sprzątałyśmy dom, a na końcu myłyśmy podłogi. W czerwonej plastikowej misce chlupała woda pełna piany, przesuwałam tę miskę nogą, a kiedy dochodziłam do drzwi, woda była już czarna.
Potem mama zamykała się w łazience i kiedy leżałyśmy już w łóżkach, słyszałyśmy przez ścianę, jak długo polewa się prysznicem. Woda leciała tylko z połowy dziurek. Czekałyśmy, aż zgrzytnie zasuwka, i wtedy biegłyśmy do jej sypialni, która była również dużym pokojem. Siadałyśmy na wersalce i patrzyłyśmy, jak się czesze. Miała długie czarne włosy. Kiedy byłyśmy bardzo małe, co sobota zawijała je na grube różowe wałki. Potem w kościele elegancko ułożone włosy mamy zwracały uwagę wszystkich, wyglądała jak aktorka z telewizji. Nawet ksiądz mówił kazanie tylko dla niej.
Kiedyś czekałam na mamę, bo pojechała coś kupić do miasta. Autobus miał przyjechać dziesięć po trzeciej, wyszłam na drogę, żeby zobaczyć, czy mama już wysiada. A może miała wrócić poprzednim autobusem i denerwowałam się, czy na pewno przyjedzie tym?
Na drodze były jeszcze wtedy kocie łby, każdy kamień był inny, tak wygładzony, że lśnił nawet w ciemności. Wyobrażałyśmy sobie z siostrą, że te kamienie pochodzą z samego dna oceanu, że wydobyto je z totalnej głębiny, gdzie nie dociera światło.
Mama rzeczywiście wysiadła z tego autobusu. Parę metrów dalej było to miejsce na końcu asfaltu, gdzie przesiadywałyśmy z siostrą. Autobus musiał zakręcić wokół wysokiego, pomalowanego brązową farbą krzyża, zatrzymywał się na zniszczonym przystanku.
Mama wysiadła jako ostatnia. Szła powoli. Miała buty na szpilce, ciemnobordowe, eleganckie, włosy upięte w kok nisko z tyłu głowy, a głowę trzymała wysoko, nie tak jak ja, ja się garbię. Szła w moją stronę, ja stałam przy furtce, patrzyłam na nią i byłam pewna, że moja mama jest najpiękniejsza na świecie.
Pamiętam, że kupiła wtedy zestaw siedmiu płaskich talerzy z rybami, ze złotym obramowaniem. Opowiadała, że musiała długo stać w kolejce w sklepie przemysłowym na 1 Maja, ale udało się jej dostać te talerze. Chciała kupić kryształy, ale zostało tylko to. Nam wydawały się nieskończenie piękne. Złoty szlaczek przy brzegu i duża szaroniebieska ryba z otwartymi ustami. Na każdym talerzu inna.
Tamtego dnia na końcu asfaltu przypomniałam sobie, że chyba widziałam już tego człowieka. To było w grudniu, poszłyśmy z siostrą na zabawę choinkową do świetlicy, ja miałam na sobie sukienkę mamy, sięgała mi do kostek. Była to jedna z sukienek, które mama dostała jako nastolatka od cioci z Ameryki. O tych paczkach opowiadała nam zawsze, jakby przychodziły z innej planety.
Po jakimś czasie ciocia z Ameryki przestała je wysyłać i kiedy my byłyśmy dziećmi, zostało już tylko kilka rzeczy, które wyglądały zupełnie inaczej niż wszystkie pozostałe ubrania. Gdy się ich dotykało, były miękkie i puszyste. Ta sukienka, którą miałam na zabawie, była niebieska w delikatne liliowe kropki, ciasno opinała talię.
Na scenie grał zespół, starsze klasy utworzyły koło, wszyscy trzymali się za ręce i bawili w „Mam chusteczkę haftowaną” – jedna osoba stała w środku z chusteczką, a reszta zgromadzona w kole śpiewała: „Mam chusteczkę haftowaną, wszystkie cztery rogi, kogo kocham, kogo lubię, rzucę mu pod nogi. Tej nie kocham, tej nie lubię, tej nie pocałuję, a chusteczkę haftowaną tobie podaruję”. Stojący w środku kręcił się w kółko z zamkniętymi oczami, reszta, trzymając się za ręce, wirowała wokół niego, a kiedy skończyła się rymowanka, osoba w środku otwierała oczy i musiała pocałować tego, kto stał przed nią.
Gdy teraz o tym myślę, boli mnie brzuch ze strachu. Jednocześnie chciałam i nie chciałam być wylosowana. Ze wstydem patrzyłam na całujące się pary, ciesząc się i żałując, że na mnie nie wypadło. Niektórzy całowali się delikatnie w policzek, inni długo dotykali się ustami. Wtedy wszyscy klaskali i gwizdali, krzycząc głośno: „Jeszcze, jeszcze”, prawie jak na weselu. Nie pamiętam, żeby choć raz na mnie wypadło, nie mam też kogo o to spytać.
Podobał mi się wtedy chłopak z ósmej klasy, bardzo chudy, w dużych okularach. Kiedy zabawa w chusteczkę się skończyła, on, przechodząc, zatrzymał się na chwilę i popatrzył na mnie. Wydawało mi się, że zaraz coś powie. Stałam przerażona, nie wiedziałam, co zrobić. Przestałam oddychać. Ale on przetarł tylko okulary spoconą koszulą i minął mnie, jakby nigdy nic. Puściłam się biegiem do mamy, która pomagała w kuchni, ale na samym środku sali potknęłam się o zbyt długą sukienkę i runęłam jak długa. Wszyscy na mnie patrzyli.
Kiedy wpadłam do kuchni, mama w ogóle nie słuchała, co do niej mówię. Rozlewała zupę ogromną chochlą, na twarzy miała rumieńce. Od pieca buchał żar, okna całkiem zaparowały. Po kuchni niósł się jej wysoki, perlisty śmiech. Jakaś gruba kobieta coś opowiadała i na mój widok zamilkła, mama nie mogła opanować śmiechu. Chochla, którą trzymała, aż się trzęsła, a zupa z sykiem pryskała na gorący piec.
Mama otarła mi łzy i poklepała mnie po plecach.
– Nie przesadzaj.
Potem, odchodząc korytarzem, usłyszałam, jak mówi, że jestem przewrażliwiona i za bardzo się wszystkim przejmuję.
Zajrzałam jeszcze z daleka na salę, akurat była przerwa w tańcach, wszyscy pomału wychodzili na dwór. Porwałam z haczyka kurtkę i pognałam w stronę domu. Nie chciałam, żeby ten chłopak znów na mnie popatrzył.
Na dworze było już ciemno, ale to była zupełnie inna ciemność niż teraz. Było czarno. Po chwili, kiedy wzrok się przyzwyczaił, widziałam jedynie zarysy drzew.
Po drodze do domu była tylko jedna latarnia, koło sklepu i zakrętu z krzyżem. Postanowiłam, że dobiegnę tam i odpocznę. Biegłam tak prędko, że w ogóle przestałam myśleć. Kiedy się zatrzymałam, prawie zwymiotowałam. Haustami łapałam zimne powietrze, latarnia buczała mi nad głową. Tutaj musiałam skręcić w swoją drogę z kocimi łbami, nie będę mogła już tak biec, bo się wywrócę.
Światło latarni sięgało tylko kilka metrów w głąb drogi, dalej była ciemność, w żadnym oknie nie paliło się światło. Pozwoliłam sobie na kilka wolnych kroków i zamierzałam przyspieszyć, jak tylko zniknę w ciemności. Kiedy byłam na granicy światła, za moimi plecami na zakręcie zatrzymał się samochód. Trzasnęły drzwi i ktoś mnie zawołał, nie jakimś przerażającym głosem, raczej tak miło, jakby chciał zapytać o drogę.
Obejrzałam się tylko raz, na mgnienie oka, pamiętam postać biegnącą za mną chwiejnym krokiem, przechyloną jakoś nienaturalnie na lewo. To był mężczyzna w rozchełstanej białej koszuli i zarzuconym na plecy kożuchu z postawionym kołnierzem, wydawało mi się, że koszula była rozpięta prawie do pępka.
– Hej, mała, chcę cię zapytać, gdzie mieszka Dorota! Nie uciekaj! Słyszysz? Który to dom?
Biegłam najszybciej, jak umiałam, unosząc wysoko stopy, żeby nie potknąć się o kamienie, falbankę sukienki trzymałam w rękach. Ale miałam wrażenie, że jego głos dochodzi tuż zza mnie, że ja uciekam, a on jest ciągle o krok. Że nie ma takiej siły, która pozwoliłaby mi od niego uciec.
Pamiętam zimną klamkę furtki. Do drzwi, które zawsze były otwarte, zostało mi kilka metrów. Wpadłam z impetem na podwórko i zderzyłam się ze ścianą. Nie zdążyłam nawet pomyśleć, co się stało. Podniosłam się i po omacku dotarłam do domu. Głosu mężczyzny już nie słyszałam, dzwoniło mi teraz w uszach.
Dopiero w łazience zapaliłam światło. Byłam czarna, twarz i ręce miałam zakrwawione. Sukienka była nie do poznania, podarta i usmarowana. Zaczęłam płakać, czułam, że ten chłopak, który tak mi się podobał, jakoś o tym wszystkim wie i widzi mnie teraz w tej łazience, patrzy, jak łzy ściekają mi po brudnej twarzy, zostawiając kręte białe ślady.
Kiedy mama mnie zobaczyła, nie mogła opanować śmiechu. Sąsiad przywiózł wieczorem węgiel i wysypał go na podwórko. Następnego dnia nosiłyśmy go z siostrą wiaderkami do piwnicy.
Siedzieliśmy na lekcji ZPT, kiedy pod szkołę podjechał radiowóz. Pan kazał nam wycinać szablon z kartonu, wydawało mi się to niemożliwe do zrobienia. Zawsze mówił do nas tak, jakby nie był niczym zainteresowany, jego monotonny głos sprawiał, że zawieszałam się i patrzyłam tępo w tablicę, a kiedy wracałam do rzeczywistości, okazywało się, że cała klasa wycięła już szablon albo zbudowała karmnik.
Gdy usłyszeliśmy sygnał zbliżającej się milicji, wszyscy rzucili się do okien. Radek, który mieszkał w domu pod lasem, zaczął machać do wysiadających milicjantów. Obydwaj mieli grube wąsy, które zasłaniały im usta, a spod czapek nie było widać im oczu. Szybko weszli do szkoły, nie zwracając uwagi na nasze piski.
Nauczyciel wyszedł na korytarz. Sala do ZPT była tuż przy wejściu, więc milicjanci trafili od razu na niego. My, przepychając się, podbiegliśmy do uchylonych drzwi.
– Dzień dobry, porucznik Grudzień, szukamy dyrektorki.
– Dziś jej nie ma – odpowiedział spokojnie nauczyciel, jakby codziennie był przepytywany przez milicję.
Wtedy nikt jeszcze nie wiedział, co się stało z Kamilą. Nie było jej w szkole od kilku dni, ale to zdarzało się często. Zawsze potem przynosiła usprawiedliwienie nabazgrane na kartce wyrwanej z zeszytu. Nikt nawet nie zanosił jej lekcji, chociaż szkoła była dokładnie naprzeciwko kościoła i wystarczyło mocno się wychylić przez ostatnie okno, żeby zobaczyć furtkę jej domu.
Z klasy obok wyszła nauczycielka geografii. Na każdym palcu miała po kilka pierścionków, dłonie trzymała wyciągnięte przed siebie, jakby chciała je zaprezentować milicjantom.
– Czego panowie szukają? – zapytała dostojnie.
Milicjanci pokazali na nas wychylających się zza drzwi i nauczycielka poprowadziła ich do pokoju nauczycielskiego na piętrze. Wchodziło się tam po krętych drewnianych schodach.
Ja też byłam bardzo ciekawa, po co przyjechali, ale byłam pewna, że jak wrócę do domu, mama na pewno będzie już wszystko wiedziała od sąsiadki. Dlatego bardzo się ucieszyłam, kiedy zwolnili nas z reszty lekcji. Nie czekając na siostrę, pobiegłam do domu. Zostawiłam nawet kurtkę w szatni.
Mama nie chciała mi nic powiedzieć, ale jej mina zdradzała, że coś wie.
Dopiero kiedy kładłyśmy się spać, moja siostra odezwała się cicho:
– Znaleźli trupa w lesie – powiedziała, zapinając piżamę.
– Co to za trup?
Siostra podniosła wysoko oczy.
– A skąd mam wiedzieć?
– Czemu mi wcześniej nie powiedziałaś?
– Nie chciałam przy mamie.
– Skąd wiesz?
– Słyszałam w sklepie. Przestali gadać, jak weszłam, usłyszałam tylko, że zabity.
– Boisz się? – zapytałam.
– Niespecjalnie – odpowiedziała, klęknęła przy łóżku i złożyła ręce do pacierza, ale mówiła go byle jak, co drugą sylabę, połykając końcówki.
Nad łóżkami miałyśmy obrazek anioła przeprowadzającego dwójkę dzieci przez mostek. Siostra co chwilę podnosiła na niego wzrok. Anioł był ubrany w długą białą szatę przepasaną błękitną szarfą, twarz miał gładką jak dziecko, trudno było powiedzieć, czy to kobieta, czy mężczyzna.
– Morderca może tu ciągle być – powiedziałam, niepewnie zerkając za okno.
Siostra wstała z kolan.
– Zamknij się – warknęła.
Położyła się do łóżka, zrobiła kilka ostentacyjnie głębokich oddechów.
– Zamierzasz wyłączyć światło? – zapytała w końcu.
Za oknem zaczął wiać potężny wiatr. Zerwał się nagle. Krzak, który rósł pod oknem, poruszał się rytmicznie, a jego gałęzie uderzały o szybę. Leżałyśmy w ciemności, oddychałyśmy szybko, ale żadna z nas się nie odezwała.
Następnego dnia w szkole wszystko było zupełnie inne, niby nic się nie zmieniło, ale coś stało się bardziej wyraźne. Kamila znowu nie przyszła, a my wiedzieliśmy tylko, że w lesie znaleziono trupa, kogoś nieżywego, zabitego. To było pierwsze morderstwo w moim życiu.
Niewiele było takich wydarzeń w moim dzieciństwie: pierwszy rozwód kilka domów za nami, lądowanie helikoptera, kiedy na największym zakręcie chłopak jadący po pijaku spowodował wypadek. Rok później kolegę z mojej klasy przejechała ciężarówka wywożąca drzewo z lasu. Wszystko to działo się jakby poza rzeczywistością, z niczym nie chciało się połączyć i inaczej odmierzało czas.
Następnego dnia mama zrobiła mój ulubiony obiad, buraczki i kotlety mielone, i zaczęła wypytywać, co wiemy o trupie w lesie. Po czym zabroniła nam wychodzić z domu.
– Mamo, ale ja się umówiłam, że pojeżdżę z Martą na rowerze – jęknęła moja siostra.
– Nie dzisiaj – odpowiedziała stanowczo mama.
– A czemu? – Siostra nie dawała za wygraną.
– Bo tak powiedziałam.
Mama rzuciła na nią okiem i odłożyła patelnię do zlewu. Siadła przy stole, jakoś tak za długo na nas patrzyła. Kiedy podniosłam wzrok zaniepokojona, powiedziała jak gdyby nigdy nic:
– No jedzcie, bo zaraz będzie zimne.
Mama rzadko z nami jadła, podawała do stołu, gotowała coś jeszcze. A myśmy siedziały bardzo długo, moja siostra zamyślała się nad każdą łyżką, a ja opowiadałam o wszystkim, co się wydarzyło w szkole. Kiedy kończyłyśmy, garnki były już pozmywane, a mama zaczynała nam robić kolację.
Kolejnego dnia Kamili nadal nie było. Puste miejsce w jej ławce zrobiło się niepokojące. Nauczyciele starali się zachowywać zwyczajnie, ale miałam wrażenie, że zbyt długo patrzą na jej krzesło.
Na jednej z pierwszych lekcji nauczyciel ZPT wszedł do naszej klasy, mieliśmy historię. Porozmawiał szeptem z naszym nauczycielem, a potem obaj wyszli. Patrzyliśmy, dokąd idą, wyszli z budynku, wsiedli do samochodu nauczyciela ZPT i odjechali.
Ale nie w stronę miasta, gdzie mieszkali, tylko dalej w głąb wsi, gdzie kończyła się droga.
Potem na lekcję przyszła do nas nauczycielka, która była koleżanką mamy, uczyła niemieckiego w starszych klasach. Kiedy byłyśmy małe, mówiłam do niej „ciociu”. Zadała nam do przeczytania rozdział w podręczniku, a po lekcji zawołała mnie do swojego służbowego mieszkania. Dała mi herbatę i ciastka.
– Jak tam w klasie? – zaczęła niepewnie.
– Wszystko dobrze.
– A co z tą Kamilą, no wiesz, co dzieci mówią?
– Nic.
– Jak to nic? – zapytała zdziwiona.
– No nie ma jej już chyba drugi tydzień.
– Aha, a mama coś ci mówiła?
– Ale o czym?
– A nic w takim razie.
– Ciociu, co się stało Kamili?
Westchnęła.
– Nic, nic się nie stało, lepiej, żebyś nic nie wiedziała, i w klasie też nie słuchaj, jak będą o tym mówić. To sprawy dorosłych.
Kiedy wracałam do domu, nagle zrobiło się bardzo pochmurno, jakby naraz zapadł wieczór. Na wielkim zakręcie, gdzie kilka lat wcześniej był ten wypadek i przyleciał helikopter, zatrzymałam się na chwilę. Tu był mój ulubiony widok w całej wsi.
Po jednej stronie drogi budowano właśnie dom z pustaków, ale po drugiej było pusto aż po horyzont. Pusto i płasko. Na końcu rysowała się tylko ciemna ściana lasu, była jedynie cieniutką kreską, jakby namalowaną flamastrem.
W domu sąsiadka, ta z grubym głosem, siedziała przy stole, na mój widok zamilkła, a mama kazała mi iść do pokoju. Wzięłam książkę i udawałam, że czytam, i wtedy wszystko połączyło mi się w całość: że ten trup znaleziony w lesie to Kamila przykryta gałęziami.
Podobno najpierw porzucił jej ciało w zbożu, przy lesie, był tam też taki mały staw, latem pełen komarów. Podobno jeździł tam co jakiś czas i obserwował, jak zjadają ją robaki. Sąsiadka przeczytała o tym w jakiejś gazecie, ale moja mama nie chciała w to wierzyć.
– Przecież to jakaś kompletna bzdura – powiedziała, kiedy sąsiadka wyszła. – Co on, nie miał nic lepszego do roboty? Skąd ta kobieta bierze takie głupoty.
Mama, kucając, skrobała ziemniaki i wrzucała je do zlewu. Kręciła głową i powtarzała słowa sąsiadki.
A mnie się to wydało bardzo do tego faceta pasować. Widziałam, jak parkuje białe auto na wąskiej drodze w głębi lasu. Przyjeżdżał, kiedy już zapadał zmrok, ale jeszcze nie było tak ciemno, żeby nie można było niczego zobaczyć.
Szedł w miejsce na środku pola, gdzie leżała Kamila. Miał wydeptaną ścieżkę. Kucał przy jej stopach i patrzył, jak zjadają ją robaki. Kucał tak długo, aż mu ścierpły nogi. Moja mama mogła kucać bardzo długo, on pewnie też. Przesuwał się, ciągle w kucki, i przyglądał się coraz to innym częściom jej ciała. I zawsze kończył na głowie.
Opowiedziałam to mojej siostrze, kiedy wieczorem leżałyśmy w łóżkach, ale nie chciała słuchać.
– Zamknij japę – powiedziała i odwróciła się na drugi bok.
Bardzo nie lubiłam, kiedy tak do mnie mówiła, więc zaczęłam opowiadać jeszcze raz:
– Kamila miała długie rozpuszczone włosy, które rozłożyły się dookoła jej głowy jak aureola, były ubrudzone krwią…
Moja siostra podniosła się szybko i wydarła:
– Zamknij się, słyszysz, zamknij tę swoją japę! Jeśli jeszcze raz się odezwiesz, to cię zabiję!
Nakryła głowę poduszką i rzuciła się na łóżko. Oddychała głośno, widziałam jej dłonie tak mocno zaciśnięte na poduszce, że po chwili zrobiły się białe.
Moja siostra nie mogła patrzeć na krew, najmniejsze zadraśnięcie, a uginały się jej kolana i przewracała się jak długa.
Kiedy byłyśmy małe, ja miałam sześć lat, pogryzł mnie pies sąsiadów. Szłyśmy, trzymając się za ręce, drogą tuż koło domu, miałam czerwone rajtuzy i ciemnozieloną spódniczkę. Weszłyśmy na podwórko sąsiadów, nie pamiętam po co, i nagle pojawił się ten pies, a moja siostra zniknęła. Pies szarpał mnie za lewą nogę. Nazywał się Azor. Ktoś reperował dach domu obok i zauważył mnie z góry.
Mama zawinęła mnie potem w biały obrus, który kładła na stół na Wigilię. Kiedy czekałyśmy na kogoś, kto nas zabierze do szpitala, leżałam na wersalce, a w moich nogach siedziała sąsiadka, modliła się i płakała.
Pamiętam, że kiedy przejeżdżaliśmy przez sąsiednią wieś, ktoś próbował złapać okazję, ale kierowca, który był mężem sklepowej, krzyknął przez otwarte okno:
– Wiozę dziecko do szpitala!
W szpitalu kilka pielęgniarek trzymało mnie za nogi i ręce, a lekarz wycinał poszarpane mięso. Wołałam wszystkich członków rodziny, nawet tych, których nie znałam, wołałam wszystkich ludzi ze wsi, którzy mogliby mi pomóc, ale nikt się nie pojawił. Mojej mamy też tam nie było.
Kilka dni później usłyszałam, jak opowiada sąsiadce, że nie dali mi żadnego znieczulenia.
Przewróciłam się na prawy bok, bo serce zaczęło mi bić szybciej. Moja siostra zawsze zasypiała po przyłożeniu głowy do poduszki. Ja po opowieści sąsiadki leżałam zdrętwiała w ciemności.
Często nie mogłam zasnąć, więc już dawno wymyśliłam sobie sposób: moja siostra oddychała głęboko i równo, a ja mówiłam w myślach na przykład sześćdziesiąt wyrazów na literę p. Ale tego dnia nawet to nie pomagało.
Pogoda, przygoda, przyroda i znów pojawiał się ten mężczyzna kucający w półmroku w rozchełstanej białej koszuli. Głośno oddychał, tak że w naszym pokoju unosiły się zasłony.
Jeśli już zasnęłam, to często budziłam się o szóstej, mokra ze strachu. Szłam wtedy do kuchni i włączałam radio, jedna stacja puszczała o tej porze lekcje angielskiego. Więc powtarzałam: „I am, you are”, żeby się uspokoić. W szkole mieliśmy rosyjski.
Kilka dni po odnalezieniu Kamili do wsi przyjechała telewizja. Dziennikarka miała długie blond włosy i krótką spódniczkę. Obok niej kręcił się wysoki, zgięty wpół mężczyzna w burym swetrze, z ogromną kamerą na ramieniu. Zanim kobieta zaczęła mówić do mikrofonu, włożyła różową marynarkę. Pierwszy raz widziałam coś tak intensywnie kolorowego, potem w czarno-białym telewizorze marynarka była szara, więc bardzo się cieszyłam, że mogłam zobaczyć, jak wyglądała naprawdę.
Kilkanaście osób zgromadziło się koło świetlicy, był mglisty niedzielny poranek. Ludzie stali w kręgu, a dziennikarka przechodziła z mikrofonem od jednego do drugiego i zadawała pytania:
– Kto odnalazł zwłoki? Czy ktoś z państwa widział ostatnio coś niepokojącego? Czy mają państwo jakieś podejrzenia?
Większość odpowiadała półsłówkami, nie podnosząc wzroku, zapatrzeni w ziemię mruczeli i charkali, a dziennikarka przesuwała się dalej.
W środku kręgu stała drobna staruszka, na głowie miała kwiecistą chustkę i odpowiadała na pytania dziennikarki, mimo że tamta była z mikrofonem jeszcze daleko.
Kiedy wreszcie do niej dotarła, wyglądało, jakby staruszka czekała na to całe życie. Odpowiadała długo i rozwlekle, skrzecząc do mikrofonu głosem, który co niedziela słyszałam w kościele. Kiedy wszyscy na mszy przestawali już śpiewać, zawsze okazywało się, że ona zna jeszcze trzy zwrotki i śpiewała je sama, póki wyczerpany organista nie przestał grać.
Teraz wyrywała dziennikarce mikrofon.
– Pani zobaczy, to się wszystko zaraz wyda! To jest dopiero początek. Takich trupów tu wkoło jest pełno poukrywanych. Zresztą, pani, co tu się dzieje! Ja mieszkam blisko przystanku, gówniarze tam przez całą noc siedzą, co oni tam wyprawiają, to ja to wszystko słyszę, spać nie mogę! Dziewczyny młode tam chodzą, co podstawówki jeszcze nie pokończyły. Tutaj nikt dzieci nie pilnuje, tu jest raj dla takich, za przeproszeniem, zwyrodnialców. Jeszcze te Niemcy przyjeżdżają, a kto ich tam zna? Po swojemu mówią, cukierki rzucają. Przecież taki weźmie dziecko do samochodu, niby że mu coś da, i kto takiego potem złapie? I jeszcze w tym naszym sklepie, pani powiem szczerze jak na spowiedzi, wódkę wszystkim sklepowa sprzedaje, czy ma osiemnaście lat, czy nie. Niech pani pójdzie i popatrzy. Dzieci po papierosy i wódkę wysyłają, a ta sprzedaje. Kasa się tylko liczy. Wiele razy żem widziała, jak w sklepie siedziałam. A potem w niedzielę do kościoła idą i pierwsi do komunii. A po nocach od domu do domu chodzą, ja spać nie mogę, to w oknie siedzę i wszystko widzę…
Dziennikarce w końcu udało się wyrwać mikrofon i przerwać kobiecie. Starowinka miała zamglone oczy i patrzyła przed siebie jak w transie.
– Ale czy podejrzewa pani, kto zabił? – zapytała dziennikarka, oczekując chyba, że padnie jakieś nazwisko.
Kobieta wzniosła oczy wysoko do nieba, nabrała głośno powietrza, jakby miała się udusić. Wszyscy wokół zamarli.
– Ja wiem, ja wiem, kto to zrobił, ale prawda też jest taka, że to mógł zrobić każdy, każdy, proszę pani, nawet ksiądz…
Ludzie popatrzyli na nią przerażeni. Odezwały się ciche głosy:
– Po co w to mieszać księdza…
Jakieś dziecko zaśmiało się nerwowo. Dorośli szemrali z niepokojem.
Wieczorem wieś była pusta, wszyscy oglądali regionalne wiadomości, a w nich informacje o naszym morderstwie. Materiał zaczynał się od tego, że sfilmowali całą wieś z jadącego samochodu, w tle mówiła coś dziennikarka. Ciemne zniszczone domy zdawały się w ogóle nie mieć okien. Przed nimi ludzie, którzy patrzyli z otwartymi ustami i nie mogli uwierzyć w to, co się dzieje, wszyscy jakby złapani na gorącym uczynku.
Z wypowiedzi staruszki zostało tylko ostatnie zdanie o księdzu. Brzmiało złowieszczo i groźnie. Jedno było w tym materiale pewne: morderca jest wśród nas.
Po wypowiedzi staruszki pokazano bezładną dyskusję gromady ludzi pod świetlicą, przekrzykiwali się i machali rękami, nie było słychać, co mówią.
Wyglądali jak tubylcy z filmów Tony’ego Halika, lubiłyśmy je z siostrą oglądać w niedzielę po kościele. Twarze czarne i poorane bruzdami, powykrzywiani, jakby się chcieli w sobie schować przed kamerą. A za nimi świetlica, która dopiero w telewizji wydała mi się stara i brzydka. Wyglądała jak opuszczona świątynia w środku dżungli.
Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby mieszkańcy wsi, po tym jak dziennikarka wyjechała, zrzucili ubrania i zaczęli wirować nago dookoła ogniska.
Pierwszy raz oglądałyśmy z siostrą wiadomości regionalne, wcześniej wydawały nam się nudne, prowadziła je starsza kobieta z krótko obciętymi włosami, za nią na szybie napisany był numer telefonu. Sześciocyfrowy.
Myśmy nie miały wtedy jeszcze telefonu, jedyny w całej wsi był u sołtysa. Jego dom stał zaraz przy świetlicy, sołtys jeździł na wózku inwalidzkim i przysłuchiwał się każdej rozmowie telefonicznej. Trzeba było mieć odliczone pieniądze.
Na początku wiadomości podawali te same co zawsze informacje o strajkach, strajkowali nauczyciele, fabryka obuwia i zakład maszyn rolniczych, materiał o naszej wsi był ostatni. Miałam wrażenie, że dziennikarka komentowała go z jakimś przekąsem, jakby to była mniej ważna wiadomość.
Nasza mama zdawała się w ogóle nie widzieć, co się dzieje w telewizorze. Po wiadomościach kazała nam iść spać, choć było jeszcze wcześnie.
– Mamo, a jak ktoś wejdzie do naszego domu w nocy i będzie chciał nas porwać? – zapytała moja siostra.
Mama popatrzyła na nią nieprzytomnie.
– Odrobiłyście lekcje?
– Już w piątek – odpowiedziałyśmy zgodnie.
– Mamo, a czemu ta staruszka mówiła o księdzu?
– Czy możemy jeszcze chodzić do kościoła?
Zasypywałyśmy ją pytaniami w drodze do łazienki. Mama nie odpowiadała. W końcu zatrzymała nas obie, schyliła się i popatrzyła nam głęboko w oczy.
– Ta kobieta jest nienormalna, wygaduje same bzdury, jak będzie was zaczepiać w sklepie, macie się nie odzywać. Podobno jej matka wyszła za swojego kuzyna.
– A to źle? – zapytałam zdziwiona.
– Bardzo źle.
– Ale dlaczego?
– Bo tak, a teraz idźcie się myć.
I zatrzasnęła za nami drzwi do łazienki.
Mama miała swoje tajemnice. Kiedyś w jednej z szuflad w jej pokoju znalazłyśmy czarny notes, nigdy wcześniej go nie widziałyśmy. Wyglądał na bardzo stary. Kartki w środku miał pożółkłe i był w połowie zapisany drobnym, zgrabnym pismem mamy, z bardzo okrągłymi a i o.
Zaczęłyśmy z siostrą przerzucać go szybko. Zatrzymałyśmy się tam, gdzie na marginesie było narysowane małe serduszko.
Mama opisywała, jak wracała z zabawy we wsi sąsiadującej z tą, w której mieszkała, była noc. Droga prowadziła przez las, w połowie przechodziło się przez most na małym wzniesieniu. Mama szła z jakimś chłopakiem, nie był z jej wsi, przyjechał do kogoś na wakacje, na twarzy miał ślady po ospie i mamie bardzo się to podobało. Napisała: „Nie broniłam się, kiedy mnie całował”.
Nie zdążyłyśmy dokończyć strony, bo mama weszła do pokoju. Wyrwała nam zeszyt, trzasnęła drzwiami i bez słowa wyszła z domu.
Potem powiedziała, że go spaliła i żebyśmy więcej go nie szukały.
Wyobrażałam sobie naszą mamę na tym moście, miała rozpuszczone włosy i całowała się z chłopakiem z dziobami po ospie na twarzy. Stali blisko siebie w mroku, nieruchomi, jakby byli rzeźbą.
Moja siostra twierdziła, że mama na pewno to wszystko wymyśliła. Siedziała pewnie znudzona w domu, nigdzie nie wychodziła i pisała takie historie. Teraz przecież też nigdzie nie chodzi. Zazwyczaj siedzi w kuchni i to sąsiadki przychodzą do niej, a i tak ona często każe nam mówić, że nie ma jej w domu. Albo chowa się z nami i zamyka drzwi na klucz, siedzimy cicho skulone na wersalce i czekamy, aż któraś z sąsiadek przestanie wołać pod oknem:
– Danuuusia, Danuuusia, jesteś? Słyszysz mnie, Danusiiia!
Nasza mama tak naprawdę miała na imię Ewa, ale wszyscy mówili na nią Danusia.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
Wydawnictwo Czarne sp. z o.o.
czarne.com.pl
Wydawnictwo Czarne
@wydawnictwoczarne
Sekretariat i dział sprzedaży:
ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice
Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa
Dział promocji:
Al. Jana Pawła II 45A lok. 56
01-008 Warszawa
Opracowanie publikacji: d2d.pl
ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków
tel. +48 12 432 08 50, e-mail: [email protected]
Wołowiec 2026
Wydanie I
