Czterdziestu rozbójników - Gosia Lisińska  - ebook

Czterdziestu rozbójników ebook

Gosia Lisińska

4,0

Opis

Beneria nie jest panną z dobrego domu, lecz krasnoludką z wielkim temperamentem i skłonnością do pakowania się w tarapaty. Szczególnie, gdy męczy ją ciekawość dotycząca niezwykłej barwy włosów pewnej kobiety lekkich obyczajów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 47

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (3 oceny)
1
1
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Czterdziestu rozbójników

Panny z dobrego domu nie klną, nie piją, nie puszczają się i nie szlajają nocami po szemranych szynkach. Beneria rzadko żałowała, że nie jest panną z dobrego domu. Generalnie lubiła swoje życie. Przygody, szaleństwo i zmienność. Lubiła niepewność jutra i to, że niczego nigdy nie planowała. Nie musiała się martwić o przyszłość, a świadomość tego, co nadejdzie, nie spędzała jej snu z powiek. Zawsze trafiły się jakiś dach nad głową, jakaś przyjazna karczma i nieszpetny fundator.

Taaa… Beneria rzadko żałowała, że nie jest panną z dobrego domu. Tego ranka jednak, gdy obudziła się w śmierdzącej stajni okryta brudną derką, z koszmarnym kacem, kompletnie nie pamiętając, jak się tam znalazła… Tego ranka, nim jeszcze otworzyła oczy, zatęskniła do bycia córką szlachetnej rodziny, z wpojonymi nudnymi zasadami. Miała niejasne wrażenie, że wtedy jakiś szalony królik nie buszowałby w jej trzewiach, a odzienie nie cuchnęłoby… Właśnie, co to za straszliwy odór? Niechętnie, gdyż czuła hordę doboszów wygrywających marsza tuż pod obolałą czaszką, uniosła powieki.

Wielkie ciemne oczy patrzyły na nią z zainteresowaniem. Chrapy siwka drgnęły lekko, jakby ze zdziwieniem wyczuwając obecność gościa. Beneria krzyknęła i odsunęła się od zwierzęcia. Uderzyła przy tym w cienką drewnianą ściankę rozdzielającą boksy. Koń parsknął cicho i pochylił łeb.

– Fuj! Wynocha! A sio! – Krasnoludka nerwowo przetarła rękawem oblizany przez czworonoga policzek. – Czy ja, do jasnej cholery, cmokam cię nieproszona? Dobra, dobra, wiem, że wlazłam ci do łóżka, ale to jeszcze nie powód do takiej poufałości! No, poszedł! Wszystkie chłopy takie same! Bez względu na gatunek! Jesteś mężczyzną, co? – Przekręciła głowę, żeby się upewnić. – Jasne, że jesteś. Żadna baba nie wciskałaby się z czułościami nieproszona. Poszedł wreszcie!

Koń jednak nie poszedł. Wręcz przeciwnie, z lubością przytulił pysk do szopy rudych włosów dziewczyny. Beneria przewróciła oczyma, odsunęła gniewnie łeb zwierzęcia i wstała. Świat zawirował w wesołym tańcu, przypominając pannie o ilości miodu wypitego poprzedniego wieczoru. Jęknęła cichuteńko, wspierając się o ściankę. Deski ugięły się lekko. Przez nieprawdopodobnie długą chwilę wspomniany miodzik podróżował to w górę, to w dół krasnoludzkich trzewi i wreszcie postanowił nie opuszczać tychże. Beneria odetchnęła głęboko.

– No i czego tak się wgapia, ha? – rzuciła do ogiera. – Baby z kociokwikiem nie widział?

Koń zarżał, trącając ramię kobiety.

– Jasne, jasne. Pewnikiem nie zaglądają do ciebie za często. Nic to, przyjacielu. – Ulga złagodziła nastawienie Benerii, więc dziewczyna z namiastką czułości poklepała biały pysk. – Się będę zbierać. Miło było, chociaż śmierdzi w tym twoim wyrku… gorzej niż u jednej krasuli. Bywaj, chłopcze. – Przesłała mu całusa i ruszyła do wyjścia.

Nie zrobiła nawet trzech kroków, gdy zobaczyła dwie wchodzące postaci. Cofnęła się błyskawicznie. Nigdy nie wiadomo, kogo niosą złe demony. Schowana za potężnym filarem przyglądała się idącym. Wyższa postać wydała jej się znajoma. Mgliście znajoma, ale zawsze. Ognistoczerwone włosy niższej z całą pewnością nie były naturalne i aż dziw, że tak ściśnięty gorset pozwalał kobiecie oddychać.

– Jesteś pewna? –\ Męskie odzienie oraz szczupła, pozbawiona krągłości sylwetka i krótkie czarne włosy sugerowały mężczyznę, lecz głos zdecydowanie należał do niewiasty. A to niespodzianka! Beneria wgapiła się w kobiety i nadstawiła uszu.

– Przecież wiesz, że oni lubią się chwalić – odpowiedziała niższa. – Zwłaszcza kiedy już skończą i…

– Daruj mi szczegóły, Terise. Chcę tylko wiedzieć, czy jesteś pewna.

– Kapitan powiedział, że pojadą Zielonym Jarem, bo tam nigdy nie spotkali zbójców, a i trudno się ponoć tam na kogoś zaczaić. Całą kwartalną daninę od jaśnie wielmożnego rządcy będą przewozić. Mówił, że z pięćset sztuk złota. Wyobrażasz sobie taki majątek? Można by pół hrabstwa za to kupić… a może i całe. Miałabym taki duży dom, nad morzem… – rozmarzyła się dziewczyna.

Wyższa pochyliła się i położyła dłonie na ramionach czerwonowłosej.

– Powinnaś przystać do nas, Terise – powiedziała cicho.

Niższa roześmiała się perliście.

– Do lasu? Do wilgotnych, zimnych jaskini? I co ja bym tam robiła? Och, nie patrz tak na mnie, Ali. To nie jest takie straszne. Gospodyni mnie lubi. Pozwala mi wybierać klientów. Mam dom, strawę, mogę odłożyć trochę talarów na gorsze czasy… Już mi się na chatkę z ogródkiem prawie, prawie uzbierało. A klientów wybieram samych miłych i niebrzydkich. Sprawiam im przyjemność, ale oni mi też nie żałują. No i zbieram dla was informacje. Kto by wam donosił, jakbym z tobą poszła?

Czarnowłosa westchnęła w odpowiedzi i pokręciła w milczeniu głową.

– Mam taką prośbę… – Terise się zawahała.

– Mów.

– Ten kapitan… On taki milusi jest. Zawsze był dla mnie dobry. Płacił z naddatkiem, a w pościeli…

– Do sedna, proszę.

– Nie zrób mu krzywdy, dobrze?

– Zdumiewasz mnie, Terise. – Ali uśmiechnęła się ponuro.

– Proszę.

– Dobrze. Powiem wszystkim, że kapitana nie wolno uszkodzić.

Czerwonowłosa się rozpromieniła.

– Dziękuję. Bardzo dziękuję. To ja już pójdę. Lepiej, żeby nas nikt nie przyuważył.

Zbójniczka potaknęła. Rozeszły się błyskawicznie, każda w inną stronę.

Beneria stała jeszcze przez chwilę, patrząc za niższą z kobiet, i zachodziła w głowę, jak się robi takie włosy. Już miała wyjść z ukrycia, gdy kątem oka zauważyła ruch u wejścia do stajni. Naszła ją myśl, że to zdumiewająco ruchliwe miejsce jak na tak wczesną porę dnia.

Chudy krasnolud wychynął z ciemnej wnęki. Rozejrzał się nerwowo i wybiegł z budynku.

Siwek za plecami dziewczyny zarżał cicho. Westchnęła i zerknęła na konia.

– Nie moja sprawa, chłopcze – szepnęła. – Moją sprawą jest wysupłać zza paska kilka kwartników, znaleźć przyzwoitą gospodę i najeść się do syta. Bywaj.

Głośne parsknięcie zatrzymało ją przed wyjściem. Odwróciła się ponownie.

– No, czego?

Ciemne oczy wgapiały się w oblicze kobiety jak żywy wyrzut sumienia.

– Oż, daj spokój! Też się podkuty święty znalazł! – zezłościła się krasnoludka. – I co się mnie pchać między rządcę i zbójców? Nie ślep tak! I bez tego wiem, że z rządcy skurwiel jakich mało i że ten kurdupel, co dziewuchy podsłuchiwał, z ciepłą dupcią poleciał do jaśnie wielmożnego, żeby mu donieść. Pewnie zasadzkę wyszykują, a tę rudą końmi ciągać będą po placu, coby innych od stawiania się władzy odstraszyć. – Zamyśliła się na moment. – No wiem, że trochę szkoda. Żeby tak włosy wymalować… Ciekawe, jak to zrobiła, no nie? Ty wiesz? Może i masz rację. Pójdę i zapytam.

Siwek poruszył łbem, zupełnie jakby przytakiwał. Rozbawiona Beneria skinęła głową.

– Miło cię było poznać, chłopcze. A i za gościnę dzięki. Jakbyś kiedyś w moje okolice się zagalopował, odwdzięczę się. Bywaj.

To rzekłszy, ruszyła w ślad za czerwonowłosą.