Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Gdyni
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 328
Rok wydania: 1992
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Jan Drzeżdżon
CZERWONY DWÓR
GDAŃSK 1992
Redakcja, redakcja techniczna, projekt okładki: Grzegorz Niewiadomy
ISBN 83-900759-0-3
Książka została wydana z funduszy Dariusza Kropidłowskiego
i za jego staraniem
© Copyright by Jan Drzeżdżon, 1992
Wydawnictwo ARKONA
Wydawca:
Wydawnictwo ARKONA – Gdańsk 1992
przy współpracy Wydawnictwa ZAWRAT
Skład komputerowy: Studio komputerowe BEA-BIT
Druk: Zakład Poligraficzny TONI, Gdańsk, ul. Rycerska 7
Patrzyłem przez okno na Czerwony Dwór. Był daleko od mojego domu. Nie sięgnąłbym go ręką – pomyślałem i uśmiechnąłem się do tej myśli. Czerwony Dwór został zbudowany przez jakiegoś maniaka, mówiono, nazywano go Zygfrydem. Dziś pozostała legenda o nim. W podziemiach dworu mieszczą się jego prochy.
Czerwony Dwór – dzieło maniaka – zastanawiałem się.
Jest to jednak rzeczywistość.
Nie sięgnę doń ręką – pomyślałem – ale można tam dojść. Dojdę kiedyś, może o poranku, pod jego próg. Wydało mi się jakby ktoś tam chodził, widziałem wyraźnie sylwetkę ludzką. Tu nie było złudzenie. Nic wiem czy ktoś tam mieszka. Może mieszka.
Otworzyłem więc okno, aby lepiej widzieć ową postać i całe otoczenie Dworu. Padał deszcz. Ulica była mokra. Nikt nie patrzył w moją stronę, mimo iż miałem okno otwarte. Nie zależało mi na tym. Mógłbym nawet iść w tym deszczu, mam płaszcz nieprzemakalny. Mógłbym iść w tym deszczu – dlaczego nie.
Jedną ręką trzymałem okiennice, a drugą opierałem się o parapet okna, było mi tak wygodnie. Ulica wydała mi się nieco pusta. Przyglądałem się jej przez kilka chwil.
Tak, jest wyraźnie wyludniona – pomyślałem.
Zamknąłem okiennice i wydało mi się, iż odciąłem się od deszczu, od ludzi i od widoku na Czerwony Dwór. Na stoliku leżał kawałek bursztynu. Zacząłem się nim bawić. Przekładałem z jednej ręki do drugiej, potem pocierałem tył głowy. Wierzyłem, że uśmierza ból, chociaż mnie nigdy jeszcze głowa nie bolała. Była to więc bardziej zabawa. Położyłem z powrotem kawałek bursztynu na biały obrus i przyglądałem się mu. Czyniłem tak codziennie. Patrząc na bursztyn nie myślałem o niczym, bawiłem się jedynie jego szklaną powłoką, za którą widziałem odbicie Czerwonego Dworu. Myślałem, jak to nieraz bywa, że ktoś inny wchodzi do naszego życia. Kiedy przekroczy ów próg, dla oka niewidzialny, a istniejący faktycznie, próg mojego pola widzenia, odczuwania, spostrzegania, w każdym razie pola przeze mnie zamieszkałego. To jest właśnie Czerwony Dwór – pomyślałem trochę rozbawiony. Kiedyś sądziłem, że Dwór powstał z popiołów wulkanicznych i jest to jedno z luster, które się nie rozbiło po wybuchach wulkanicznych. Takim lustrem mogła być i iskra życia obecna w bursztynie i w mieście.
Fantazja – roześmiałem się.
Mimo woli spojrzałem na swoje ręce i zauważyłem na nich odbicie czerwieni.
Czerwony Dwór.
Wyszedłem więc na ulicę i stałem przez chwilę skulony w deszczu. Miałem nieprzemakalny płaszcz i dlatego nie bałem się przemoczenia. Nie bardzo wiedziałem, dokąd iść, nie spodziewałem się też, że spotkam tu kogoś znajomego. Deszcz padał jednostajnie i odczuwałem drobne uderzenia kropel na ramionach i głowie. Nie musiałem szukać schronienia, miałem bowiem płaszcz nieprzemakalny. Bursztyn został w moim pokoju i leżał na stoliku na białym obrusie, niezależnie od tego, czy o nim myślałem, czy też nie. Przez chwilę przyglądałem się moim rękom, również zmoczonym przez deszcz. Były nieco zaczerwienione. Schowałem je do kieszeni. Potem znów wyjąłem i patrzyłem na nie. Deszcz padał jednakowo, czy to na płaszcz, czy to na moje ręce, które się od tego nieco zaczerwieniły.
Zauważyłem, że inni ludzie bardzo się spieszą i nie mają czasu na oglądanie swoich rąk, jak ja to czynię. Widocznie mogłem sobie pozwolić na ten luksus, a oni nie – pomyślałem. Nie mogłem jednak zrozumieć tego ich pośpiechu. Bawiła mnie na przykład taka oto myśl: ludziom, tym spieszącym się, wyrastają nagle korzenie, zewsząd – z nóg, uszu, pleców i przywierają czy to do ziemi, czy to do ogrodzeń, i w ten sposób ich unieruchamiają. Ludzie zaczynają się dziwić, że nie mogą iść dalej, ale czy wtedy zaczęliby oglądać swoje ręce, podobnie jak ja to teraz czynię – zastanawiałem się. Wszędzie pełno korzeni – pomyślałem rozbawiony. Można było zorganizować wystawę najpiękniejszych korzeni. Mielibyśmy wówczas do czynienia ze statyką. Można by też im nawrzucać do kieszeni kamieni – pomyślałem – wówczas zwolniliby swoje tempo.
Schroniłem się na moment w bramie i oparłem się o krawędź muru. Na chwilę tylko – pomyślałem – zaraz wyjdę. Oparłem też głowę o mur i zamknąłem oczy. Uderzyła mnie cisza tej bramy. Gdzieś słychać było otwieranie okna, ale bardzo daleko.
Świat zamknięty w tej bramie – uśmiechnąłem się. W tej bramie – mruknąłem. Krople deszczu rozpryskiwały się o płyty chodnika i zwilżały jednostajnie moje buty. Usiłowałem je wciągnąć bardziej w głąb bramy co w końcu nieco zmieniło sytuację i wilgoć nie dotarła już do nich. Brama nie miała zamknięcia, można było przez nią patrzeć na wylot, a u góry było moje mieszkanie. W ogóle było tam o wiele więcej mieszkań, ale między innymi i moje. Teraz było zamknięte i puste, ponieważ z niego wyszedłem, niedawno zresztą, deszcz wciąż padał. A był to deszcz poranny.
Dotknąłem muru dłonią. Poczułem zimno. Stwierdziłem, iż mur bramy, w której stoję jest o wiele zimniejszy aniżeli deszcz. Zdziwił mnie ten fakt. Może deszcz lecąc tutaj, częściowo już w mieście ogrzał się. Albo różnicę temperatur spowodowała jakaś nie znana mi siła. Dotknąłem drugą ręką muru bramy, w której stałem, a potem przyłożyłem doń twarz, właściwie jedną stronę twarzy. Gdy przyłożyłem twarz do muru, wydało mi się, że oparłem się o grubą zasłonę, za którą jest właśnie Czerwony Dwór. Nie przeraziłem się, poczułem się jedynie nieco osamotniony.
Byłem chyba mało widoczny na tle tej ściany, zresztą nie troszczyłem się o to. Wszystko wtapia się z czasem w tło – pomyślałem. Właśnie z czasem – dodałem w myśli. Bawiłem się chwilę tą myślą o wtapianiu się w tło. Lubiłem takie zabawy. Szmer deszczu przydawał moim myślom jakby innego wymiaru. Wyobraziłem sobie, że chodzą w tym deszczu ludzie bez płaszczy, może nawet nadzy i czują każde uderzenie kropli. Ja czuję jedynie delikatne dotknięcie zmasowanego uderzenia kropel i wtedy mam wrażenie, że ktoś kładzie mi na ramieniu rękę. Teraz słyszałem tylko szmer deszczu, pod sklepieniem bramy było sucho. Nie było tu nigdy żadnych drzwi – pomyślałem – w przeciwnym bowiem razie zauważyłbym ślady haków do zawiasów. Nie było więc tu żadnych drzwi – dodałem w myśli. Miałem wrażenie jakby ktoś włożył mi rękę do kieszeni.
Odwróciłem się więc gwałtownie i stanąłem przed nieznanym mi człowiekiem w szalu i szarym płaszczu. Dlaczego włożył mi pan rękę do kieszeni? – zapytałem.
Pan się myli – rzekł mężczyzna – chciałem zbadać, czy pan żyje i pociągnąłem go za płaszcz.
A pan jest suchy – rzekłem – przecież pada?
Zszedłem z góry – rzekł mężczyzna – mieszkam tutaj, wydaje mi się, iż pana kiedyś widziałem, może pan też tutaj mieszka?
Owszem – odparłem – na piętrze jest moje mieszkanie.
W takim razie jesteśmy sąsiadami – rzekł mężczyzna – ale nie znam pana.
Ja również pana nie znam – odpowiedziałem. Nie zna się wszystkich – dodałem – to naturalne. A pan sądził, że nie żyję.
Tak sądziłem – rzekł mężczyzna – dlatego się zatrzymałem.
Pada – powiedziałem – czy ten pański płaszcz nie przepuszcza wilgoci? – Mężczyzna spojrzał na swój płaszcz. Nie – rzekł – nie przepuszcza, widziałem przez okno, że pada, więc włożyłem ten płaszcz.
Jakiś dziwny – rzekłem – wygląda mi na to, że przepuszcza.
Nie, proszę pana – odparł mężczyzna – to jest naprawdę nieprzemakalny płaszcz.
Mój również – stwierdziłem – byłem przed chwilą na deszczu, ramiona mam jeszcze mokre. – Mężczyzna spojrzał na moje ramiona i rzekł – widać, są jeszcze mokre. Nie zdarzyło mi się stać w bramie, podobnie jak panu teraz – stwierdził on.
Mnie również nie – odrzekłem – jestem tutaj pierwszy raz, a gdyby nie deszcz, to nie wszedłbym i dziś do bramy – wszystko dlatego, że pada. Niech pan zobaczy, jak siąpi, krople rozpryskując się na chodniku tworzą dość grubą chmurę, w której od razu moczą się buty.
Spróbuję w tym pójść – rzekł mężczyzna – idę niedaleko, do znajomych, mieszkają na sąsiedniej ulicy. Wskazał ręką tę ulicę, a ja pomyślałem o Czerwonym Dworze, który stał w tym samym kierunku, ale nie na sąsiedniej ulicy.
Mężczyzna poszedł, a ja zostałem w bramie. Deszcz padał w dalszym ciągu, ale tutaj było sucho, można było nawet usiąść. Ja jednak nie usiadłem. Stałem oparty o ścianę plecami i patrzyłem na ulicę.
Przez chwilę zastanawiałem się nad człowiekiem, który stąd odszedł. Możliwe, że widziałem go uprzednio, nie mam pamięci do twarzy, a ta jakby mignęła mi kiedyś przed oczyma. Jedno było dla mnie pewne, że nie zamieniłem z nim nigdy ani słowa. Teraz zresztą też jego słowa jakby minęły bezpowrotnie, pozostał jedynie ciężki jakiś osad i wspomnienie dotyku jego rąk. Niósł teraz te ręce do znajomych, będzie nimi się witał, może krajał chleb albo też gestykulował przy rozmowie. Może też dotknie tymi swoimi rękami Czerwonego Dworu i wówczas będzie nimi poruszał w szklanej egzystencji Dworu.
Coś poruszyło się przy moich nogach. Pochyliłem się aby zobaczyć co to takiego. Okazało się, iż jest to kot, który nie zląkł się mojego doń nachylenia. Przyglądaliśmy się sobie przez chwilę, potem wstałem i starałem się zapomnieć, iż stoi tam przy moich nogach kot. Po chwili pomyślałem – może to posłaniec z Czerwonego Dworu – należałoby mu się przyjrzeć o wiele dokładniej. Pochyliłem więc się znów i szukałem znaków z Czerwonego Dworu. Niestety nie znalazłem.
Był to zwykły kot. Oczy błyszczały mu w tym półmroku, ale wiedziałem, że kocie oczy błyszczą w takich warunkach, można nawet powiedzieć, że świeca.
Usiadłem oparty o ścianę bramy i zauważyłem, że kot usiadł również, tuż obok moich butów. Zdziwiło mnie to, że mnie się nie bał. Siedzieliśmy teraz obaj z oczami skierowanymi na przeciwległą ścianę. Poczułem jakby podmuch wiatru i uderzenie kilku kropel deszczu w twarz.
Aż tutaj – pomyślałem – musiało mocno zawiać, a krople deszczu w sumie nie są ciężkie, taki wiatr łatwo nimi szasta. Zresztą może to w ogóle nie był wiatr, a zwykły przeciąg, brama jest dosyć duża i różnice w temperaturze i ciśnieniu muszą być wyrównywane. Spojrzałem na ulicę, a tam nie widać było, aby wiatr szastał kroplami deszczu. Padały równo, miarowo na chodnik, tworząc warstwę mgły tuż przy nim. Musiał to więc być przeciąg. Zauważyłem, iż kot również przymknął oczy, widać parę kropel musiało weń także uderzyć, podobnie jak we mnie. Chwilę siedzieliśmy, ale żaden przeciąg się nie powtórzył. Patrzyliśmy na przeciwległą ścianę bramy i jakby nas ktoś obserwował z zewnątrz. Tworzyliśmy dość nieruchome figury.
Musiałbym pójść do Czerwonego Dworu – pomyślałem. Wołałem jednak siedzieć, chwilami mając oczy zamknięte wsłuchiwać się w szelest deszczu za bramą. Zobaczyłem postać, która się tu wtoczyła i stanęła przede mną ociekając wodą.
A pan jeszcze tu siedzi – rzekł głos nade mną. To był ów sąsiad z góry, który był odwiedzić znajomych. Głos wydał mi się jakby ciężki, przytłaczający. Słuchałem go tak, jak się słucha przewalającej burzy lub ryku wodospadu. Dobrze, że nie musiałem iść do znajomych – pomyślałem – nie musiałem słuchać takich głosów. A teraz z tym coś trzeba zrobić, jakoś wydobyć się spod tego grzmotu. Byłem gotów stanąć na nogi i odpowiedzieć temu człowiekowi, że owszem jestem tutaj od tamtego czasu, ale bałem się, iż kot się spłoszy i w ten sposób znów zostanę sam. Zagadnięcie mężczyzny było jakby po drodze. Powie może jeszcze parę słów i pójdzie na górę.
W końcu rzekłem – nie był pan długo u tych znajomych, może w ogóle ich pan nie zastał, albo też trafił pan na nieporozumienia rodzinne.
Nie – rzekł mężczyzna – zastałem ich w domu, zjedliśmy śniadanie i wróciłem. To bardzo szybko – rzekłem – wygląda na to, że śniadanie było już gotowe, gdy pan przyszedł, może byliście umówieni.
Tak – potwierdził on – byliśmy umówieni, telefonowałem przed wyjściem. Zawsze dobrze się upewnić – rzekłem – gdy się idzie do znajomych, ja również tak praktykuję. Chociaż wie pan, bywają wizyty ważniejsze i mniej ważne – dodałem – ale zawsze należy zatelefonować. Ja w każdym razie mam taki zwyczaj, a widzę, że i pan również.
Owszem – potwierdził mężczyzna – dzięki takiej praktyce oszczędzamy sobie wielu niepotrzebnych niespodzianek. Myślę, że telefonowanie przed wizytą jest dobrym zwyczajem. Może pan się źle czuje? – rzekł nagle mężczyzna – mogę zawiadomić lekarza albo pogotowie, to żaden kłopot, wejdę tylko do domu i zatelefonuję.
Ależ nic podobnego – stwierdziłem – czuję się zupełnie dobrze, siedzę po prostu tutaj.
Niech pan przyjdzie do mnie – rzekł mężczyzna – pozna pan moją rodzinę.
Podziękowałem mu z całego serca i zaraz po tym poszedł. Wszedł w głąb bramy schodami do góry. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego ze mną rozmawiał. Czy tylko dlatego, że tu przechodził, czy też chciał się ze mną czymś podzielić, a jeżeli tak, to czym, nie powiedział nic ważnego. Szkoda, że nie zapytałem go gdzie mieszkają ci znajomi – pomyślałem. Mówił, że na sąsiedniej ulicy, ale ulica ta jest dość długa, jak wiem. Zresztą teraz już poszedł, dobrze, że kot się nie spłoszył, widać czuje się bezpiecznie przy mojej nodze.
Deszcz ustał. Można teraz wyjść z bramy.
Wstałem więc i poczułem, że nogi mi zdrętwiały. Brama wydała mi się teraz zaciszna. Kot patrzył na mnie i też wstał.
Pójdziemy – mruknąłem – w stronę Czerwonego Dworu. Kot patrzył w dalszym ciągu na mnie, ale nie mówiłem nic więcej. Nie wiedziałem zresztą, jak daleko jest do Dworu i którą drogą najbliżej tam dojść. A co innego mogłem mu powiedzieć. Wysunąłem głowę z bramy i pojedyncze krople spadły mi na włosy. Tak zwykle jest, gdy deszcz ustaje. Kot nie zrobił ani kroku, stał i obserwował mnie. Wtedy zauważyłem, że okno nade mną było otwarte, a w nim twarz owego mężczyzny, który był u znajomych. Chciałem szybko się schować, ale było za późno, zauważył mnie i roześmiał się głośno.
Przestało padać – rzekł – może pan teraz wyjść z bramy.
Uśmiechnąłem się do niego i powiedziałem – to nie ze względu na deszcz stałem w bramie, w ogóle jest tu zacisznie.
To dziwne – rzekł mężczyzna – ale mnie się wydawało, iż w bramie są przeciągi-
Poczułem jeden taki przeciąg – rzekłem – ale poza tym było tu zacisznie.
Mógł pan wybrać moje mieszkanie – rzekł mężczyzna – proponowałem panu.
Byłoby to dla mnie krępujące – rzekłem – nie znam pańskiej rodziny.
Nie wiem dlaczego miałby się pan krępować – rzekł mężczyzna – w końcu jesteśmy sąsiadami.
Faktycznie jesteśmy – stwierdziłem.
W tym momencie jąłem powoli wciągać głowę z powrotem w bramę, ale tempo nadałem takie, aby wychylony z okna mężczyzna nie zauważył mojego manewru. Sądzę, że nie spostrzegł, aż gdy zupełnie zniknąłem z jego pola widzenia, usłyszałem głos – gdzie pan jest, przestało padać, może pan już wyjść na ulicę. A może pan zdecydował się wejść do mojego mieszkania, więc proszę zapukać , tak żebym słyszał i zaraz panu otworzę. Stałem oparty o mur słuchając tych słów. Chciałem, aby się jak najszybciej skończyły. Zastanawiałem się jak teraz wyjść. Najlepiej będzie pójść szybkim krokiem, może uda się ominąć kolejne słowa wychylonego z okna mężczyzny. Najgorsze było to, że nie wiedziałem co mu odpowiedzieć. Skupiłem się w sobie, głowę skierowałem do przodu i zamierzałem szybkim krokiem wyjść na ulicę. W ostatniej chwili skręciłem i przywarłem do drugiej ściany bramy. Kot przez cały ten czas uważnie mnie obserwował. W końcu również przeszedł do drugiej ściany, ale w pewnej ode mnie odległości.
Znów skupiłem się w sobie i wysunąłem głowę do przodu i ruszyłem na ulicę. Ledwie jednak wysunąłem się z bramy, słyszałem słowa mężczyzny, który powiedział – nie wszedł pan jednak na górę, zostawiłem drzwi uchylone, tak aby mógł pan wejść bez pukania.
Nie odrzekłem, nie wszedłem i chciałem pójść dalej.
Ale – usłyszałem zaraz takie oto słowa – mogę panu dać adres moich znajomych, może ich pan odwiedzić, będą ogromnie zadowoleni, proszę skinąć głową, jeśli odpowiada panu ta oferta, a ja zaraz do nich zatelefonuję. Spadło to na mnie tak nagle, że w pierwszej chwili chciałem się skulić i uciec od tych słów albo też udawać, że ich w ogóle nie było. Nawet zgarbiłem się nieco i spojrzałem w górę, ale tylko na mgnienie oka. Widać mężczyzna to od razu zauważył, bo rzekł – widzi pan, otwieram okno bo wtedy czuję jak ulica paruje po deszczu, pan to wie najlepiej, bo pan się w tych obłokach pary jakby unosi. Ulica była przedtem rozgrzana, dlatego tak się dzieje. Nie wiedziałem co do niego powiedzieć. Wszystko to, o czym mówił, było prawdą, ale nie mogłem uchwycić żadnego wątku, aby coś w związku z tym powiedzieć.
Chwilę nastąpiła przerwa i sądziłem, że mogę już iść. Gdy znów padły takie oto słowa: podam panu adres, niech pan słucha. Wtedy zacząłem protestować.
Ależ dziękuję – rzekłem – idę w zupełnie przeciwnym kierunku aniżeli mieszkają pańscy znajomi, nie będę miał okazji ich odwiedzić.
To może w drodze powrotnej – rzekł mężczyzna – oni się naprawdę bardzo ucieszą, może mi pan wierzyć.
Nie wątpię – powiedziałem – zwłaszcza gdy pan do nich sam zatelefonuje, to spotka mnie tam na pewno szczere i serdeczne przyjęcie. Ale widzi pan, idę w zupełnie przeciwnym kierunku, a nie mam pewności czy wrócę.
Jak to – zdziwił się mężczyzna – przecież ma pan tutaj swoje mieszkanie.
Owszem – potwierdziłem – mam tu swoje mieszkanie, ale widzi pan, idę do Czerwonego Dworu.
A co to takiego? – zapytał mężczyzna.
Roześmiałem się – nie słyszał pan o Czerwonym Dworze? – zapytałem.
Nie – odparł on – nie słyszałem. Zapytam, czy ktoś w mojej rodzinie słyszał o tym. Po chwili wysunął znów głowę i rzekł – tak, moja córka Elza słyszała o Czerwonym Dworze, ale nigdy tam nie była.
Widzi pan – rzekłem – ten, kto tam już raz był, nie wraca. W każdym razie ma pan w rodzinie kogoś, kto słyszał o Czerwonym Dworze.
Jest tutaj – rzekł mężczyzna w oknie – mogę ją panu pokazać.
Nie, nie trzeba – odparłem – będę już musiał iść, jest już późno.
Gdzie tam późno – rzekł mężczyzna – przecież to są wciąż jeszcze godziny poranne, zresztą tak długo stał pan w bramie, a teraz mówi pan, że jest za późno, może panu nie odpowiada nasza rozmowa?
Ależ nic podobnego – odparłem – przecież co za problem pogawędzić sobie w tej podeszczowej porze i faktycznie wciąż można powiedzieć, że jest poranek, widać to po jaskrawym słońcu, które roziskrza całą ulicę.
No widzi pan – rzekł mężczyzna – więc proszę przyjść do mnie na górę, stąd pan dopiero zobaczy słoneczną i wilgotną ulicę, to zupełnie co innego, jak patrzeć z dołu.
Wtedy rzuciłem się w bok, potem znów w drugą stronę i tak zygzakiem znalazłem się o kilka domów dalej. Słychać było jednak wciąż głos mężczyzny, który wołał – proszę zaczekać. Elza poszła po pana na dół, niech pan nie ucieka.
W tym momencie zobaczyłem młodą kobietę, właściwie dziewczynę, była dość duża odległość między nami i widziałem jedynie jej sylwetkę, która wybiegła z bramy i jęła rozglądać się po ulicy. Mężczyzna z góry informował ją wskazując w moim kierunku ręką – patrz Elza, tam jest, stoi i nie wie, jaki obrać kierunek, musisz działać szybko, tak aby ci nie zginął z oczu, najlepiej pędź ile sił.
W tym momencie skręciłem znów w bok i znalazłem się za węgłem starej kapliczki, można też powiedzieć, iż był to maleńki kościół. Elza zauważyła, że skryłem się za kościołem i usiłowała mnie podejść od tyłu, ja tymczasem zrobiłem kilka kroków do przodu. Parę razy okrążyliśmy kościół nie spotykając się. Mężczyzna miał jedną część kościoła widoczną i mógł Elzę informować o moich ruchach, gdy tam właśnie byłem. Wołałem jednak – kryć się z drugiej strony.
W końcu wszedłem do środka. Było tam bardzo zimno i pusto, żadnego człowieka. Elza zorientowała się, że mnie nie ma na zewnątrz, więc weszła również do środka. Była bosa.
Dlaczego pan ucieka? – zapytała ona.
Nie mam czasu – odparłem – muszę iść do Czerwonego Dworu.
Niczego od pana nie chcemy – dodała – napije się pan gorącej kawy i pójdzie pan. Miała gęste długie włosy i ręce, które wydały mi się zdolne zepchnąć cały kościół na drugą ulicę. Było mi tutaj raźniej z nią, nie chciałem jednak iść tam do góry, wolałbym się gdzieś schować. Na razie staliśmy obok siebie w starej kaplicy i było tu znacznie chłodniej aniżeli na zewnątrz. Chciałem ją zapytać, czy zna drogę do Czerwonego Dworu. Na razie zrezygnowałem z tego, nie myślałem też chwilowo o ucieczce.
Staliśmy dłuższy czas zdumieni swoją tu obecnością. Zacząłem się zastanawiać jakby się stąd wycofać. Z jednej strony mieliśmy kamienną nieckę ze święconą wodą, a z drugiej obraz przedstawiający jakiegoś łysego człowieka z aureolą. Ochlapałem wodą całą swoją twarz, a potem nogi Elzy. Zauważyłem, iż cała zadrżała – to z zimna, pomyślałem. Potem polałem jej włosy wodą i znów zadrżała. Uklękła i ja również ukląkłem. Teraz klęczeliśmy niedaleko siebie, a z prawej strony mieliśmy kamienną kropielnicę z wodą, o którą mogliśmy się w każdej chwili oprzeć, ja prawym ramieniem, a Elza lewym.
Znów pomyślałem o ucieczce, ale teraz było to trudniejsze do wykonania aniżeli uprzednio. Nie wiem, dlaczego klęczeliśmy, nie potrafię też powiedzieć, dlaczego znaleźliśmy się w kaplicy, właściwie – małym kościółku. Jest to po prostu pewne zdarzenie – pomyślałem i roześmiałem się. Młoda kobieta pomyślała, że zareagowałem tak z jej powodu, że klęczy tu przede mną, i też roześmiała się. Nie było to jednak żadne porozumienie, myślałem w dalszym ciągu o ucieczce i obserwowałem drzwi.
W pewnej chwili położyłem się na brzuchu, a ona również. Udałem, że śpię, a jedno oko miałem tylko przymknięte i obserwowałem jej leżąca przede mną sylwetkę. Poczułem zimno, które rozchodziło się najpierw po brzuchu, a potem po nogach. W kopcu palców odczułem mrowie. Poza tym posadzka, na której leżeliśmy, była zakurzona i na pewno byliśmy również zakurzeni od spodu. Szparą przez drzwi sączyła się smuga światła. Podniosłem nieznacznie rękaw, aby w tym świetle zorientować się co do szarości kurzu z posadzki. Zauważyłam, że Elza czyni to samo. W tym momencie dojrzało we mnie postanowienie natychmiastowej ucieczki. Wykonałem gwałtowny skok w kierunku drzwi, ale zamiast przy drzwiach upadłem między ścianą a kamienną kropielnicą. Stało się tak ponieważ musiałem zmienić kierunek mojego lotu, jako, że Elza również zaczęła odbijać się od posadzki.
Siedziałem teraz częściowo schowany. Wystawały mi jedynie buty i jedno ramię. Gdyby nie to wówczas nie byłoby wiadomo, że tutaj jestem. W moim polu widzenia była jedna noga Elzy i ręka, nic więcej. Nie chciałem się wychylać, sądząc że może wszystko się odmieni i ona nie będzie chciała mi towarzyszyć. Usiłowałem bardziej schować moje nogi, niestety z powodu bliskości ściany i kamiennej kropielnicy operacja moja nie udała się. Nogi więc w dalszym ciągu miałem widoczne, z czego zdawałem sobie sprawę. Mógłbym wykonać następny skok, ale nad moją głową rozpościerała się czapa albo nisza kamiennej kropielnicy i gdybym się odbił od ściany, musiałbym w nią uderzyć głową i upaść w tym samym miejscu. Mógłbym oczywiście wydłużyć nieco szyję i w ten sposób głowa wystawałaby ponad niszę, ale nie wiadomo co działoby się z ramionami podczas lotu, mógłbym nimi również zawadzić o niszę. Poza tym należałoby dostosować twarz do sytuacji, a zupełnie nie miałem pojęcia, jaki wyraz twarzy miała w tej chwili Elza. Zgrać to wszystko razem byłoby niezwykle skomplikowane i wątpię, czy odniósłbym tutaj sukces. Drzwi są jednak bardzo daleko, a miejsca do odbicia bardzo niewiele, poza tym nie wiadomo, czy wypadałoby mi prowadzić z Elzą rozmowę podczas lotu, jeśli tak to na jaki temat? Musiałbym mieć gotowe odpowiedzi, w przeciwnym razie byłby to lot pełen pytań i w rezultacie milczący. Prawdę mówiąc nie lubię milczących lotów, są jakby bez celu. Lubię lot z w pełni gotowymi sformułowaniami, tak aby żadne z pytań nie pozostawało bez odpowiedzi. Nic na to nie poradzę, są to moje upodobania sprzed lat i zawsze biorę je na serio pod uwagę. Stanowczo nie lubię milczących lotów.
Z lekka wystawiłem głowę ponad kamienną niszę kropielnicy i mogłem obserwować cały kościółek, a więc drewniany ołtarz i białe ściany, na których gdzieniegdzie widać było świece. Mnie jednak nie chodziło o obserwację wnętrza kościoła, interesowała mnie aktualna sytuacja Elzy, a zwłaszcza w którą stronę jest zwrócona. Zauważyłem, iż obserwuje moje buty, natomiast wystająca ponad kamienną czaszę moja głowa jest poza jej polem widzenia. Przemknęła mi więc błyskawiczna myśl, aby z tego skorzystać, a więc poszybować ponad jej polem widzenia, a buty zostawić na miejscu. Trudno – pomyślałem – kupię inną parę w mieście, żaden problem. Zdecydowałem więc odbyć lot poza jej polem widzenia i w ten sposób błyskawicznie wydostać się z kościoła, tym bardziej, że znalazłem się tutaj zupełnie przypadkowo, a znam drogę do Czerwonego Dworu, nie muszę mieć nikogo, kto będzie mnie tam prowadził. Wiem, że droga ta jest żmudna i najeżona wieloma przeszkodami, ale nic to, skoro zdecydowałem się ją odbyć, to nic to – pomyślałem. Na razie czeka mnie szybowanie ponad polem widzenia Elzy, w kierunku drzwi starego kościoła, w którego wnętrzu oboje żeśmy się znaleźli.
Sprężyłem się w sobie, wyciągnąłem szyję przed siebie i odepchnąłem się.
Lot był znakomity, czym prędzej wypadłem na zewnątrz i zatrzasnąłem ciężkie drzwi starego kościoła. Poczułem jednak, że ktoś je szarpie w moją stronę. Byłem w rozpaczliwej sytuacji. Próg kościoła był kamienny i marzły mi nogi, w dodatku łatwiej było drzwi wypchać niż je przytrzymać od środka. Jąłem wołać do przechodniów mówiąc, aby mi przyszli pomóc, ponieważ jestem w bardzo trudnej sytuacji.
W końcu zbliżyły się dwie damy w kapeluszach i zapytały, o co mi chodzi. Trzymajcie panie chwilę te drzwi – rzekłem – muszę stąd uciec, a jak widać, ktoś je wypycha.
Dlaczego musi pan uciec – zdziwiły się damy – ale skoro panu tak bardzo zależy, możemy pomóc – i jęły wpychać drzwi do środka.
A w ogóle kto tam jest w środku i dlaczego chce wyjść – zapytały – może to ktoś obłąkany?
Ależ skąd – wrzasnąłem – to zupełnie normalny człowiek, nazywa się Elza i chce mi wskazać drogę do Czerwonego Dworu, ale ja tego nie potrzebuję, znam drogę.
My również ją znamy – rzekły damy – możemy tam z panem pójść.
Ależ nic podobnego – wrzasnąłem – najpierw muszę kupić buty, a w ogóle trzymajcie te drzwi.
Puściłem drzwi kościelne i rzuciłem się w bok, aby skryć się za kościół. Zauważyłem jednak, że damy leżą obalone i trzymają kurczowo swoje kapelusze, a Elza pędzi co sił za mną trzymając w jednym ręku moje buty. Rzuciłem się na drugi bok, ale tam mnie już dopadła.
Usiadłem zdyszany na ziemi, a ona podała mi moje buty, które niezwłocznie włożyłem, jako, że miałem nogi zmarznięte.
Damy były bardzo słabe – rzekła Elza – od razu poczułam, że pan puścił drzwi, a w dodatku zatarasowały mi przejście swoimi ciałami, musiałam przez nie przeskakiwać wierzchem, przy czym skok musiał być długi przez całe schody, dopiero nogami dotknęłam ziemi.
Więc ominęła pani całe kamienne schody? – zapytałem.
Owszem – odrzekła Elza – nie dotknęłam nogami schodów, przeleciałam nad domami jak wicher, dlatego zdążyłam zobaczyć, w którą stronę pan uciekał.
Faktycznie, skąd się te damy tam wzięły – zastanawiałem się – pomyślałem, że były silniejsze, ręce, a zwłaszcza nogi miały dość umięśnione, nie mówiąc już o szyjach – dodałem. – Widocznie nie było w nich żadnej energii – mruknąłem – poza tym musiały być oszołomione tym, iż tak gwałtownie pani wypadła z tego kościoła. Może spodziewały się tam zupełnie kogo innego, na przykład zakonnika. Nie zamieniła pani z nimi ani słowa? – zapytałem.
Nie – odrzekła Elza – nie było czasu. Siedzieliśmy teraz na trawie, a Elza przyglądała się moim rękom, zawiązywałem sobie buty.
Dobrze, że pani mi je przyniosła – rzekłem – zmarzły mi nogi. Mimo, że bieg mój był tak gwałtowny, to nogi wciąż mi marzły, w dodatku w końcach palców czułem dreszcze. Chciałbym się w jakiś sposób Elzie odwdzięczyć lub czymś ją wynagrodzić. Tak więc złożyłem w jej stronę ukłon, i to dość głęboki. Następnie jeszcze jeden, połączony z uśmiechem. Elza była bardzo młoda. Obserwowałem jej twarz. Miała jakiś uduchowiony wyraz twarzy, co mogło być skutkiem pobytu w kościele albo też powodowała to myśl o wyprawie do Czerwonego Dworu. Oczy miała też jakby na pół obecne tutaj, skierowane w nieznany mi punkt.
Dobrze pan włożył te buty? – zapytała ona i jednocześnie spróbowała czy jeden z butów da się zdjąć. Następnie zbadała drugi, po czym oznajmiła – dobrze, nie będzie panu teraz zimno w nogi. Myślę, że nie – odparłem. Byłem pełen uznania dla niej i nie wiedziałem, jak to wyrazić. Chciałbym jej coś dać i w tym celu jąłem przeszukiwać kieszenie. W jednej znalazłem miedziany grosz i podałem go jej z uprzejmym wyrazem twarzy. Elza wzięła grosz do ręki i nie patrząc specjalnie nań schowała do kieszeni. Nie byłem pewien, czy wiedziała o co mi chodzi. Aby się więc upewnić rzekłem: chciałem wyrazić pani wdzięczność w ten sposób.
Rozumiem – rzekła ona – dziękuję panu za pieniądz, będę go nosić przy sobie na pamiątkę naszego spotkania.
Roześmiałem się. Ależ proszę pani można go wydać, zawsze można zań coś kupić.
Sądzę, że niewiele – rzekła ona – może skarpetki. Poza tym nie są mi one potrzebne, chyba żebym kupiła je ojcu. Może pani sobie kupić pasek do sukni – rzekłem – skórzany.
Nie wiem czy wystarczy – powiedziała ona – za jeden grosz pasek, musiałabym chyba dołożyć.
Mogę dołożyć – rzekłem – ile taki pasek kosztuje?
Ależ proszę pana – powiedziała ona – z jakiej racji pan ma mi kupować pasek do sukni.
Z wdzięczności – rzekłem – jestem pani bardzo wdzięczny.
Za co? – zdziwiła się ona.
Za troskliwość – odrzekłem – okazała pani tyle troskliwości.
Nie musi pan dopłacać – rzekła ona – ten grosz najzupełniej wystarczy, gdyby pasek do sukni był droższy, dołożę sama.
Dobrze – rzekłem – skoro pani tak uważa, niech będzie, ale proszę pamiętać, że w każdy czas mogę dołożyć.
Chciałbym się teraz z panią pożegnać – rzekłem – może się już nigdy nie zobaczymy.
Dlaczego – zdziwiła się Elza, przecież mamy przed sobą drogę do Czerwonego Dworu?
Owszem – powiedziałem – ale wolałbym ją odbyć sam, znam drogę do Dworu, zatem dodatkowa informacja nie jest mi potrzebna.
Nie o to chodzi – rzekła Elza – ale ja też się tam wybieram, i to od dawna, a wolałabym iść w pańskim towarzystwie.
Dlaczego – krzyknąłem aż ona zadrżała, a ja sam przestraszyłem się swojego głosu. – Skoro chcę iść sam, to dlaczego pani upiera się iść ze mną, pani dobrze wie, jak tam trudno dojść. Znalazłem się w potrzasku. Nie było dokąd uciec, zawsze Elza mnie dogoni, poza tym uparła się iść ze mną. Nie wiedziałem, co robić. Patrzyłem bezradnie na kościół i na moje nogi. Elza stała się znów czujna, wiedziała bowiem, co zamierzam zrobić. Na razie poniechałem myśli o ucieczce.
Dlaczego chce pan iść do Czerwonego Dworu – zapytała Elza. Patrzyłem na nią przez chwilę i nic nie odpowiedziałem. Po jakimś czasie mówiła znów – wybierałam się do Czerwonego Dworu już od lat. Byłam tam jeden jedyny raz w dzieciństwie z moją matką. Siedziałam na progu, a ona weszła do środka. Pamiętam, że tuż obok progu stało gliniane naczynie pełne wody deszczowej, a matka powiedziała mi później, że mieszkańcy Dworu myją tam swoje włosy. Nie wiedziałam wówczas, ilu jest mieszkańców Dworu, teraz wiem, pan na pewno też wie.
Wsłuchiwałem się w jej głos i był on jak szelest strumienia płynącego leśnym wąwozem, chciałoby się w nim zanurzyć ręce albo zamknąć oczy i słuchać. Ja miałem oczy otwarte, ale głównie słuchałem jej głosu. Zdziwiły mnie jej dość masywne ręce i nogi i chwilę zastanawiałem się nad tym. Poza tym była boso i nie narzekała na zimno.
Kim jest pani ojciec? – zapytałem ją.
Fryzjerem – odparła ona – ma zakład na tej samej ulicy, na której mieszkamy.
Znam ten zakład – rzekłem – dziwne, że go nie poznałem, bywam tam nieraz i on strzyże mi włosy, jak mogłem go nie poznać. Inni fryzjerzy zwracają się do niego Ksawery, czy to jego imię?
Nie – odrzekła Elza – ma na imię Ignacy, a tak mówią do niego tylko fryzjerzy.
Rozumiem – powiedziałem – imię to jest bardziej familiarne i stanowi jakby kod wśród ludzi którzy się dobrze znają. Znam takie sytuacje – powiedziałem. – Inni ludzie nie pochwalają tego imienia, bowiem jest ono jakby zastrzeżone dla tych, którzy się dobrze znają. Myślę, że pani również zna takie sytuacje – rzekłem.
Owszem – powiedziała Elza – znam bardzo dobrze, inaczej jest wśród ludzi, którzy się dobrze znają, a inaczej wśród obcych. Zupełnie inaczej – powiedziałem – nie ma nawet co porównywać. Nieraz chodzę do tego zakładu – rzekła Elza – lubię się przyglądać ludziom w białych fartuchach i mam wtedy wrażenie, że zaklinają czyjś świat, a sami są jak te ptaki szybujące nad morzem. Chwilami przypomina mi to atmosferę Czerwonego Dworu. Ciekawe – dodała – że najbardziej zapamiętałam z tego czasu owo gliniane naczynie z wodą deszczową.
Fryzjerzy mogliby maczać w nim pędzle – rzekłem i roześmiałem się. Elza również roześmiała się. Podobało nam się to porównanie. Twarz mężczyzny, którą widziałem nad sobą w oknie bardziej przypominała twarz rzeźnika aniżeli fryzjera. Ale skoro Elza tak mówi, więc człowiek ten był na pewno fryzjerem.
Gdy tak rozmawialiśmy, podeszły do nas owe damy. Nie było na nich znać śladów owego wypadku, który zdarzył się przy drzwiach kościoła, szukałem na ich twarzach jakichś oznak wzburzenia – niestety nie znalazłem. Zdziwił mnie nieco fakt, że do nas podeszły, w końcu był to dla nich wstyd taki upadek tuż pod drzwiami kościoła. Ale być może, miały nam coś ważnego do zakomunikowania. Jedna z nich zaczęła mówić zwracając się do mnie:
Widzi pan, nie zdołałyśmy utrzymać drzwi kościelnych, tak jak pan prosił, ta oto młoda kobieta wybiegła z kościoła niczym huragan i nas zmiotło.
A czy nie jesteście panie poturbowane? – zapytałem – bo o ile wiem to upadłyście na samych schodach.
Owszem, upadłyśmy – rzekła ta sama kobieta – ale dzięki Bogu nic nam się nie stało, teraz chcemy wyrazić nasze ubolewanie, iż nie udało nam się spełnić pańskiej prośby.
Nie szkodzi – rzekłem – mimo wszystko jestem paniom wdzięczny za tę usługę. Stały jeszcze chwilę, ale nie podejmowaliśmy z nimi rozmowy, następnie pożegnały się lekkim skinieniem głowy i odeszły. Zdziwiło mnie to, iż nic więcej nie mówiły.
Wie pan – rzekła Elza – one chciały wiedzieć, czy jest pan związany w jakiś sposób z tym kościołem, dlatego tu przyszły.
Możliwe – mruknąłem – przecież nie jestem związany z tym kościołem, nigdy w życiu tam nawet nie byłem.
No tak – rzekła Elza – ale one o tym nie wiedziały.
Muszę jednak przyznać, że były bardzo taktowne – powiedziałem – nie narzucały się ze swoimi pytaniami.
Czekały aż podejmie pan inny jakiś temat – rzekła Elza – wówczas byłoby im łatwiej doń nawiązać.
Niestety, nie podjąłem – roześmiałem się. Starałem się nie myśleć o damach, najpierw zdarzenia następują po sobie tak szybko, dopiero potem przychodzi refleksja i zastanowienie. Tak było w przypadku dam. Wolałbym, abyśmy nie rozmawiali o nich z Elzą, sprawiały wrażenie wielkiego, a może nawet totalnego zagubienia, a nie wiem czy Elza to zauważyła. Wolałbym w ogóle o niczym nie myśleć, a może zasnąć i obudzić się samemu na drodze do Czerwonego Dworu.
Wie pan – rzekła Elza – mam taki powtarzający się sen. Otóż jestem na drodze, na której jest pełno kamiennych krzyży. Nie wiem, czy coś wskazują, mogę na nich usiąść, a ziemia na której trzymam nogi robi się niebieska, a potem fioletowa. To nie jest sen, droga pani Elzo – rzekłem – przecież pani wie, że takie miejsce musimy mijać idąc do Czerwonego Dworu.
Chciałam pana trochę rozerwać – rzekła Elza – dlatego mówiłam, że jest to sen.
Jak pani wie – rzekłem – najpierw będziemy mijać kuźnię, w której wytapia się gwiazdy. Zna pani kowala, ma w oczach jakby zmierzch lata. On daje podróżnym całą torbę gwiazd i prosi, aby w Czerwonym Dworze wspomnieć go.
Tak, znam tego kowala – rzekła Elza – właściwie pamiętam go bardziej z opowiadań mojej matki.
A krzyże są tuż za wzgórzem z kuźnią – rzekłem. Może dotknąłem nieopatrznie czegoś bolesnego albo też sprowadziłem drogę do Czerwonego Dworu do zwykłych wymiarów, w każdym razie zauważyłem łzy w oczach Elzy. Może mnie teraz nie widzi – pomyślałem i odczołgałem się nieco. Ona jednak przysunęła się bliżej i kolejna szansa na ucieczkę upadła. Byłem jednak gotów zapaść się pod ziemię aniżeli z kimkolwiek wybrać się do Czerwonego Dworu.
Jest pora obiadowa – rzekłem – na pewno czekają na panią z obiadem.
Nie szkodzi – powiedziała – nie jestem głodna. Ale jest pora obiadowa – powtórzyłem – w rodzinach nie lubi się, gdy ktoś się spóźnia na obiad. Ja to co innego mieszkam sam, mogę iść na obiad gdzie chcę.
Więc pójdźmy – powiedziała Elza – ja również mogę iść na obiad dokąd chcę.
Ależ nie o to chodzi – powiedziałem – wcale nie narzekam na to, że jestem sam, broń Boże, mówię jedynie, że jesteśmy każde w innej sytuacji, a więc w związku z tym musimy się w tej sytuacji odpowiednio znaleźć.
O co panu chodzi – rzekła Elza – na pewno chce pan sam iść do Czerwonego Dworu.
Znam drogę – powiedziałem.
Dlaczego nie możemy iść razem? – zapytała ona i widziałem, że cała drży. Dobrze – rzekłem – nie mówmy już o tym, może wszystko się jakoś ułoży.
Ale jak – zapytała ona.
Tego nie wiem – stwierdziłem – należy czekać.
Ale na co – krzyknęła Elza – nie chcę na nic czekać, ja pana stąd nie wypuszczę, nie chcę na nic czekać – powtórzyła.
Nie mówię, że na nic – powiedziałem – ale może się czegoś doczekamy.
Nie chcę – nie chcę – wrzasnęła Elza – nie chcę na nic czekać, wie pan kto czeka, te damy, które tu były czekają na swój upadek, jak dobrze idzie, a jak nie, to idą do znajomej na herbatkę. Nie sądzi pan, że poszły na herbatkę?
I co w tym złego – rzekłem – znajoma na pewno się ucieszy, czeka już z wrzątkiem w czajniku.
I co będzie robić z tym wrzątkiem – mówiła krzycząc Elza – pewnie im wyleje go na ich kapelusze. Nie chcę czekać, rozumie pan.
Dziwne, że najbardziej wzruszyły mnie jej bose stopy. Zbliżyłem się nieco do niej i dotknąłem tych stóp ręką. Były zimne.
Nie wierzy pan, że dojdę – rzekła ona.
Nie o to chodzi – powiedziałem – miałem kiedyś też takie delikatne stopy, gdy byłem młodszy.
Teraz ma pan takie same – rzekła ona – myślę, że się niewiele zmieniły, zauważyłam to, gdy zakładał pan buty.
Złapałem jej obie stopy i poczułem przenikliwe zimno rozchodzące się po moim ciele. Dlaczego chodzi pani boso? – zapytałem.
Nie zdążyłam włożyć butów – odparła – wszyscy w rodzinie popędzali mnie, abym szybciej zeszła na dół, bo może pan zniknąć za rogiem ulicy, nie było więc czasu na buty. Widzę teraz, że mieli rację, chwile decydowały o tym, że dostrzegłam pana.
Mogę pani pożyczyć na chwilę moich – rzekłem.
Dobrze – zgodziła się.
I tak włożyła moje buty na chwilę, a ja uniosłem nogi tak, aby nie dotykały trawy, która była mokra od deszczu. Siedzieliśmy więc obok siebie z nogami skierowanymi nieco w górę. A najważniejsze dla mnie było to, że Elza już nie krzyczała. Nie znaczy to, iż zupełnie się uspokoiła, raz po raz przyglądała mi się w napięciu chcąc wywnioskować, co myślę lub co zamierzam. Zachowałem jednak na twarzy zupełny spokój, ani cienia uśmiechu, ani nawet zaciekawienia nową sytuacją z butami. Po jakimś czasie Elza zdjęła buty i oddała mi je mówiąc, ugrzałam już swoje nogi, może je pan włożyć. Założyłem więc buty i zawiązałem, a Elza przyglądała się każdej czynności z zainteresowaniem. Sądziłem, iż powie może coś w końcu na ten temat, niestety nie, pewnie nie zdążyła sformułować swego zdania – pomyślałem.
Chłodno jest w tych butach teraz – rzekłem – miała pani lodowate nogi, od chłodnych nóg można nabawić się choroby. Nie chorowałam jeszcze w życiu – rzekła Elza – nie wiem, co to choroba.
Ma więc pani bardzo odporny organizm – powiedziałem. – W każdej chwili mogę pani pożyczyć znów moje buty – rzekłem – proszę tylko powiedzieć.
Owszem, gdy będzie mi bardzo zimno, to panu powiem – rzekła Elza. Właściwie mogę je pani dać od razu – rzekłem – lubię trochę chodzić boso. Dałem Elzie moje buty, wstałem i chodziłem boso wokół kościoła, a ona szła z tyłu za mną w moich butach. Za każdym stąpnięciem czułem mokrą trawę, ale dlatego, że szedłem stopy moje nieco się rozgrzały. Elza była dość wysoka, tak że wzrostem niemal ni dorównywała. Szła tak blisko za mną, że niemal czułem jej oddech na moim karku. Nie zamierzałem uciekać, po jej ostatnim wybuchu coś jakby się we mnie zmieniło. Chwilami było mi wszystko jedno, czy idzie za mną, czy też nie, a potem znów nie chciałbym, aby ode mnie odeszła, zwłaszcza w tych butach, była trochę śmieszna. Podczas gdy mojego stąpania nie było prawie w ogóle słychać, to jej kroki zgrzytały częściowo w piasku, a częściowo w trawie.
Minęliśmy już kilka razy schody i oswoiliśmy się z pustką wokół kościoła. Drzwi również były zamknięte. Była to właściwie większa kaplica, być może nie spełniała już funkcji sakralnej, a istniała raczej jako zabytek, tego nie wiedziałem. Chociaż wnętrze wyglądało tak jakby tam wciąż coś się odbywało. Zauważyłem również, że naokoło kościoła nie było żadnych śladów poza naszymi, zatem ludzie wchodzili tu wprost z ulicy schodami do środka, a procesje naokoło kościoła pewnie nie były w tutejszym zwyczaju.
Wiesz – rzekłem do Elzy – moglibyśmy tam wejść i zapalić świecę.
Owszem – rzekła ona – są tam świece, można je zapalić.
Rozmawialiśmy idąc.
Ale dlaczego chciałby je pan tam zapalić? – zapytała ona.
Ponieważ chciałbym w ogóle coś zrobić – odparłem – dlaczego by nie zapalić świecy w starym kościele.
Ach tak – rzekła Elza – chciałby pan coś zrobić, owszem, można zapalić, ale jak pan sądzi, czy tylko jedną świecę czy więcej?
Myślę, że na początek jedną – rzekłem – a potem się zobaczy, jaki będzie dalszy rozwój sytuacji.
Na zewnątrz czy wewnątrz kościoła? – zapytała ona.
Głównie wewnątrz – odparłem – ale należy brać pod uwagę sytuację na zewnątrz, na pewno nie będzie bez znaczenia.
Roześmieliśmy się oboje i przystanęli na schodach. Elza stała tuż za mną, czekając na dalsze moje kroki.
Idziemy zapalić świecę – rzekłem i otworzyłem drzwi małego kościółka, stanęliśmy w jego wejściu, ona – nieco bokiem i oparła się o mnie ramieniem, a drugim o otwarte na oścież drzwi. Można było sądzić, że się wślizgniemy do środka, co oczywiście nie było prawdą, ponieważ oboje staliśmy. Ja natomiast byłem zwrócony przodem do głównego ołtarza, a z tyłu miałem ulicę zresztą dość spokojną. Patrzyliśmy do wewnątrz kościoła obejmując wzrokiem wszystko co tam było, również ściany.
Idziemy – rzekła Elza – i poszliśmy główną nawą po chłodnej kamiennej posadzce, jedno obok drugiego, ze wzrokiem utkwionym w ołtarz i częściowo w ściany.
Marsz ku wieczności – pomyślałem – albo ku śmierci, może zresztą jest to jedno i to samo. Ale szliśmy tam zapalić światło, to nas różniło od cieni. Prawie nie słyszałem idącej prawdopodobnie obok Elzy, a kątem oka ledwie widziałem jakiś cień.
Nie widzę pani dobrze – rzekłem.
Ja również pana nie widzę – odparła – ale głos wydaje mi się tak blisko, że musi pan być obok mnie.
Proszę się nie martwić – rzekłem – właśnie jestem.
Byłoby to zresztą bardzo dziwne, gdyby pana nie było – dodała Elza – gdzie by się pan tak od razu podział.
No właśnie – rzekłem – musiałbym się cofnąć, a przecież idziemy zapalić świece.
Poza tym – dodała Elza – dobrze, że pan jest, czuję wsparcie, może pan w każdej chwili mnie obronić.
Przed kim miałbym panią bronić? – zdziwiłem się – poza tym nie znam reguł walki, a broni nie mam.
Ale w ogóle pan jest – rzekła Elza.
Owszem, jestem – stwierdziłem – nie mogę powiedzieć że nie, ale co z tego, nie mam broni.
Ja znam kilka chwytów – rzekła Elza – może wystarczy, a dobrze, że pan tylko jest.
Nie wiem, dlaczego pani na tym tak zależy – mruknąłem. – Najlepiej gdybyśmy znaleźli system sprawdzania naszej obecności, może to być okrzyk „halo”, ten drugi również musiałby powiedzieć „halo”.
Ponieważ idziemy jedno obok drugiego – rzekła Elza – może to być sygnał dotykowy, po prostu poczujemy ręką obecność drugiego, idącego obok. Może to też być sygnał świetlny – dodała – ołtarz bardzo się błyszczy i odbija nasze sylwetki, które możemy tam zobaczyć; w razie nieobecności drugiej sylwetki należałoby się rzucić tam, gdzie zniknęła.
Po dłuższym rozmyślaniu wybraliśmy sygnał dotykowy. I w ten sposób mieliśmy pewność, że idziemy razem. Wychyliłem rękę w bok i poczułem ramię Elzy. Po chwili ona uczyniła to samo. Sprawdziliśmy w ten sposób swoją obecność.
Spojrzałem na główny ołtarz, a stał tam anioł z trąbą i grał. Oczywiście tego grania nikt nie słyszał, mimo że wszędzie było cicho, a nasze kroki również były ciche. Zauważyłem pod stopami anioła napis. Przeczytaliśmy go. Napisane było „Justynian Helikon”. Dziwnie się nazywa, rzadko spotykane imię.
Mam wrażenie, że to w ogóle nie jest imię – rzekłem – może to jest nazwa góry, skąd ten anioł pochodzi.
Możliwe – rzekła Elza – słyszałam o takiej górze.
