Czerwone ślady na czarnym - Iryna Ciłyk - ebook

Czerwone ślady na czarnym ebook

Iryna Ciłyk

0,0

Opis

„Czerwone ślady na czarnym” – zbiór opowiadań, który zyskał uznanie krytyków na całym świecie. Iryna Ciłyk, tworzy poruszające historie o codziennym życiu, pełne nadziei, humoru i nieoczekiwanych emocji.

„Gdy przed dziesięciu laty zbiór Czerwone ślady na czarnym ujrzał światło dzienne, krytyka błyskawicznie ochrzciła autorkę mianem „ukraińskiej Alice Munro”. Swoją książką Iryna Ciłyk tchnęła nowe życie w, zdawało się, wymierający już w Ukrainie gatunek opowiadania, a tezą wygłoszoną w jednym z ówczesnych wywiadów – że znacznie ciekawiej pisze się o innych niż o sobie, choć zrozumiała to dopiero po trzydziestce – udowodniła, że ukraińską kulturę zasiliło pokolenie nowej dojrzałości artystycznej (moje było daleko bardziej infantylne!). Bohater(k)ami Ciłyk są tak zwani mali ludzie, w różnym stopniu dotknięci bezradnością w zmaganiach z dramatem egzystencji; jakimś cudem autorce udaje się jednak utrzymać czytelnika w przekonaniu, że ów dramat nigdy nie jest całkiem pozbawiony sensu i że – jak wołaliśmy na wszystkich naszych Majdanach – miłość zwycięży! Właśnie ten posmak jest najważniejszym wyznacznikiem dobrej literatury”.

Oksana Zabużko

Iryna Ciłyk (ur. 1982 w Kijowie) – poetka, prozaiczka i reżyserka. Członkini Europejskiej Akademii Filmowej oraz ukraińskiego PEN Clubu. Współtworzyła Niewidzialny batalion – dokumentalną antologię filmową o żołnierkach walczących na froncie w Donbasie. Za pełnometrażowy dokument Ziemia jest niebieska jak pomarańcza otrzymała nagrodę reżyserską na festiwalu Sundance (2020) i Nagrodę im. Tarasa Szewczenki (2023). W 2022 roku miała premierę pierwsza pełnometrażowa fabuła autorstwa Ciłyk– Rock. Paper. Grenade, na motywach powieści Artema Czecha. Na swoim koncie literackim ma tomiki poetyckie, książki prozatorskie oraz publikacje dla dzieci. W Polsce była dotychczas kojarzona jako poetka, jej wiersze ukazały się w antologiach, czasopismach i oddzielnym tomiku Głębia ostrości i inne wiersze (2023). Jej teksty prozatorskie zasiliły antologię Wojna 2022. Eseje, wiersze, dzienniki (2023).

Katarzyna Fiszer – studiowała filologię polską i ukraińską na Uniwersyteсie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Absolwentka programu mentoringowego Translatorium oraz Polsko-Ukraińskiej Szkoły Przekładu Słowa na Słowa. Jako tłumaczka regularnie współpracuje z magazynem Dwutygodnik.com.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 187

Rok wydania: 2024

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Червоні на чорному сліди: збірка оповідань

Copyright © by Iryna Ciłyk

Copyright © by Katarzyna Fiszer

Copyright © by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu, 2024

Przekład: Katarzyna Fiszer

Redakcja: Magdalena Jankowska

Korekta: Patrycjusz Pilawski

Okładka: Jagoda Pecela

Skład: Daniel Malak, Jędrzej Malak

Opracowanie wydania elektronicznego:

Redaktorka prowadząca: Ewa Vaičiūnienė

This book has been published with the support of the Translate Ukraine Translation Program.

Wydanie książki zostało dofinansowane w ramach programu Translate Ukraine.

ISBN 978-83-7893-885-9

Kolegium Europy Wschodniej

im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu

ul. Zamkowa 2, 55-330 Wojnowice

Słowo od autorki

Kiedyś nie miałam w zwyczaju wracać do moich książek i filmów. Jak to się mówi: było, minęło. Ale każde dzieło przechowuje znamiona czasu, w którym powstało, a mój stosunek do spoglądania wstecz niedawno ewoluował. W starych opowiadaniach, wierszach i filmach nie szukam już z poirytowaniem błędów stylistycznych i niezgrabności. Szukam obecności ludzi i emocji – wtedy jeszcze żywych.

Mam między innymi na koncie dokument Ziemia jest niebieska jak pomarańcza, o życiu ukraińskiej rodziny w strefie przyfrontowej. Nakręciłam go po wybuchu wojny, ale przed pełnoskalową rosyjską inwazją. Film wyszedł całkiem pokrzepiający, choć realizowaliśmy go w miasteczku na Doniecczyźnie – okaleczonym przez działania zbrojne, mimo to wciąż pełnym życia, a nawet błogości. Od tamtej pory wiele się zmieniło. Rosjanie kompletnie zdewastowali i niemal w całości zajęli miasto. Budynku, w którym mieszkali moi bohaterowie, już nie ma. „Twój film to dla mnie teraz jedyna możliwość, żeby pobyć w domu” – mówi mi główna bohaterka.

Literatura dysponuje własnymi narzędziami do ocalania kruchych, łatwo utracalnych światów. Większość opowiadań ze zbioru Czerwone ślady na czarnym napisałam przed wojną, a więc ponad dekadę temu, i dziś patrzę na nie inaczej. Jaki to był luksus: pisać o czymś innym niż wojna. Choć, rzecz jasna, nikt nie zmusza ukraińskich autorów, by odmawiali sobie tej przyjemności również teraz, wydarzenia ostatnich jedenastu lat gruntownie przeformatowały nasz sposób postrzegania rzeczywistości. Wojna wszczepiła się w nas rozległymi przerzutami i zdążyliśmy zapomnieć, jak żyliśmy, czym się interesowaliśmy i o czym rozmyślaliśmy w dawnym świecie. Z rozrzewnieniem wspominam historie, które wtedy mnie ekscytowały. Przede wszystkim uwielbiałam przyglądać się zwykłym-niezwykłym ludziom wokół oraz ich codziennym, często niedostrzegalnym dla postronnych perypetiom.

Zdałam sobie sprawę, że tęskniłam za moimi bohaterami. Niektórzy mieli realne pierwowzory i niezmiernie mnie cieszy, że Saszka Hajtałer wyrosła na pewną siebie kobietę. Kostia z Innej perspektywy nadal wiedzie swoje ciche życie, niestety z rzadka opuszcza mieszkanie. Tolika i Kolki z Garnituru nie ma już wśród nas, a niezmordowana Nina kontynuuje chomiczy bieg w kołowrotku: praca, córka, wnuk, praca… Ostatnie pożegnanie nie wyrosło na rzeczywistym podglebiu, nakarmiłam je moimi osobistymi lękami i wielką słabością do ukraińskiej wsi. Później za to nakręciłam na jego podstawie film i dzięki temu uważnie przyjrzałam się na wpół żywym chutorom Czernihowszczyzny oraz cieniom ludzi, którzy kiedyś byli tam szczęśliwi.

Boleśnie o tym wszystkim się myśli. Zwłaszcza o chłopczyku z zamykającego książkę opowiadania Czerwone ślady na czarnym. Zdecydowanie wyróżnia się ono na tle pozostałych – to jedyna historia postmajdanowa, o wyraźnie osobistym i dokumentalnym charakterze. Właściwie może lepiej pasowałaby do półki z eseistyką. Tak czy inaczej, jest to swego rodzaju kamień milowy, finałowe przejście na inny poziom: od tej chwili nic, co napiszę lub wyreżyseruję, nie będzie takie jak wcześniej – przed wojną. Chłopczyk w czerwonej kurtce, mój syn, wydoroślał i z zabawnego, wrażliwego brzdąca przeistoczył się w krnąbrnego nastolatka, który potrafi skutecznie skryć się za maską cynizmu. Zapewne nie mogło być inaczej, w końcu całe jego świadome życie upływa pod znakiem wojny, wielkich tragedii jego kraju i codziennych wiadomości zawierających potężne dawki bólu – najwyraźniej do wszystkiego można przywyknąć. Jak w takich warunkach nie ubrać serca w solidną zbroję? W przeciwieństwie do mnie on innego świata nie pamięta.

Nie wiadomo, co będzie dalej, jak długo my, Ukraińcy, będziemy musieli iść tym szlakiem, wypluwać z siebie wojenne traumy i wszystkie te czerwone ślady na czarnym. W nieustającym wzmożeniu dzisiejszych życia i literatury ogromnie brakowało mi prostych, spokojnych, przytulnych tekstów, takich jak zawarte w tym zbiorze. Kiedyś znów będę pisać o małych radościach i nieskażonych wojną problemach ludzi wokół mnie. Szczerze pragnę w to wierzyć.

Iryna Ciłyk

Hajtałer

1

– Saaaszka, do mnie, natychmiast!

Saszka zamarła, kurczowo ściskając torbę.

– Tutaj, powiedziałam! – ponownie krzyknęła Luba.

Wychyliła się przez poręcz tak, że Saszka dostrzegła wielkie piersi telepiące się w wąskim prześwicie klatki schodowej.

– Co?

– Na górę, ale już! – Luba znacząco ściszyła głos.

Dreptała gorączkowo w klapkach wsuniętych na gołe stopy, jakby się wahała, czy powinna zejść niżej, czy jednak utrzymać wyższość nad małolatą. Jeszcze do niedawna zachowywała się znacznie skromniej: w bloku wiedziano o niej tyle, że pracuje jako konsultantka w drogerii i nie ustaje w poszukiwaniach kandydata na męża. Po dorosłemu zapuszczała długie paznokcie, ozdabiała je eleganckim francuskim manikiurem, a w każde piątek i sobotę pakowała swoje krągłości w naszpikowane dżetami dżinsy i ruszała do klubów na łowy. Pół roku temu złowiła sobie wreszcie faceta z małym warsztatem samochodowym i dołkiem w brodzie, wydała się za niego, wyraźnie przytyła i rozwinęła długo przykurczone skrzydła, przez co na klatce zrobiło się jakby ciaśniej.

– Już pędzę – odpowiedziała posępnie Saszka, ani myśląc ruszać się ze swojego schodka.

– A więc tak! Przekaż babuni, że jeśli jeszcze raz znajdę jakieś gówno pod wycieraczką, to wepchnę je wam obu do gardeł. Dotarło? Twoja babka będzie krwią srać, jak się nie uspokoi!

Saszka wyszła z klatki. Na dwór wypadł ostatni krzyk Luby: „Dotarło?!”. Było wietrznie – rozbudzony po letargicznym zimowym śnie oddech ulicy smagał policzki i łopotał kurtką, niósł zapachy świeżej farby oraz smażonej w jakimś mieszkaniu ryby. Na przystanku Saszka długo czekała na trolejbus, przesuwając palcem po naklejonych na kiosku ogłoszeniach. Wyblakłe papierki zapraszały na zajęcia jogi, obiecywały wygraną rzędu tysiąca hrywien i sugerowały oddanie włosów do skupu, ale odruchowo zdrapywała paznokciem kuszące cyfry, bo nie wierzyła w żadne cud-oferty, włosów nie miała zresztą szczególnie pięknych. Miała za to specyficzną budowę ciała i wzrost. Z tego względu przed dwoma laty nadano jej kolejne przezwisko; rozeszło się po całej szkole i przyczepiło do dziewczyny jak rzep. Znaczenia słowa „hajtałer”[1] Saszka nadal nie znała, nie spodziewała się jednak niczego przyjemnego, intuicyjnie wyczuwała w tym żelazobetonowym wyrazie logiczną kontynuację „wieprza” i „galarety” (tak wcześniej nazywano ją w klasie). Chociaż wcale nie była gruba – raczej duża. Wszystko u niej wyrosło proporcjonalnie: ramiona, uda, ręce, nogi, zwłaszcza stopy… Regularnie się dowiadywała, że kobiece obuwie w rozmiarze czterdzieści trzy jest zjawiskiem absolutnie nadzwyczajnym; nie omieszkali jej o tym informować – z wyraźną zawodową ekscytacją – sprzedawcy. Nie znajdowała w swojej inności żadnych zalet, poczucie odmienności ją przygniatało i w głębi duszy się bała, że jeszcze urośnie.

Podjechała na wpół pusta siódemka. Saszka przeskanowała bystrym spojrzeniem wszystkich pasażerów, po czym usadowiła się przy oknie. Dwóch starszych, siwiejących panów, staruszka z wózeczkiem-krawczuczką ani młoda kobieta z dzieckiem na rękach nie budzili podejrzeń – nowa pasażerka dobrze wiedziała, kogo trzeba się bać. Kilka razy wpadła w pułapkę, bo nie zareagowała w porę na ten osobliwy wzrok – przymrużone oczy chytrego drapieżnika, ukrywającego pazury w skórzanych kieszeniach i z demonstracyjną obojętnością, niby przez sen, uważnie śledzącego ofiarę, by wyszczerzyć przed nią paskudne zęby równo na minutę przed otwarciem drzwi trolejbusu. Za pierwszym razem Saszka straciła w ten sposób dwadzieścia dopiero co zarobionych hrywien, za drugim, nie znalazłszy przy niej ani jednego cennego drobiażdżku, dwaj kontrolerzy obmacali ją bezpośrednio na przystanku, po czym wypuścili. Od tego czasu już się nie myliła. Potrafiła błyskawicznie ocenić swoje szanse w wyznaczonych przez zamkniętą przestrzeń granicach i kupić bilet albo się ulotnić przy pierwszych symptomach jakiegokolwiek niebezpieczeństwa.

Przejechała kilka przystanków. Po drodze wpatrywała się w plamy mokrego asfaltu wystające spod ostatnich grudek brudnego śniegu. Wysiadła na pętli, koło rynku.

Jej ulubione miejsce – naprzeciwko kiosku, w którym sprzedawano pielmieni, syrnyky upstrzone rodzynkowymi pieprzykami i zwiotczałe naleśniki – zajęła wątła babcinka z adżyką w upaćkanych słojach i rzepą. Saszka zaklęła w myślach i rozłożyła się kilka kroków dalej. Niemal zawsze musiała stawać gdzie popadło, bo w przeciwieństwie do swoich sąsiadek pracę zaczynała dopiero po południu, to znaczy od razu po powrocie ze szkoły. Ułożyła sobie pod nogami karton, rozstawiła krzesełko, rozchyliła torbę i gestem ostatecznym wtrąciła kubek do jej ziejącego ciemnością wnętrza.

– Ile? – W tej samej chwili nachyliła się do niej kobieta w długim futrze. Zwinne palce otoczone złotem już grzebały w nasionach Saszki.

– Pięćdziesiąt. – Saszka dostrzegła ten błyskawiczny ruch.

Kobieta w zamyśleniu rozgryzła kilka ziarenek, resztę wrzuciła sobie do kieszeni, wyprostowała się powoli i odeszła, kołysząc słusznych rozmiarów futrzanym tyłkiem. „Darmozjad pieprzony” – pomyślała Saszka. Jakości swojego towaru była pewna, codzienną praktyką babcia osiągnęła mistrzostwo. Prażyła nasiona, bezbłędnie powtarzając wszystkie czynności, niczym doświadczony saper. Przez ostatnie cztery lata Saszka zdążyła jednak dobrze poznać zagrywki motłochu: raz po raz wysuwał macki, by za darmo poczęstować się jej towarem. W ciągu tygodnia niemal codziennie handlowała nasionami w pobliżu bazarku, a w piątki oraz weekendy jeździła do centrum, lokowała się w przejściu podziemnym i sprzedawała lizaki, których produkcję babcia wymyśliła sobie pół roku temu. Pomijając wszystkie oczywiste różnice pomiędzy miejscami akcji, i tu, i tam Saszka przechodziła szkołę walki o każdy swój metr kwadratowy pod słońcem albo bladą lampką oświetlającą pasaż: nieuniknione kłótnie z sąsiadami, ucieczki przed wszechwidzącym okiem organów władzy oraz ich dłońmi, wyciągniętymi w jednoznacznym geście, kontakt z klientami i tym podobne lekcje sprawiły, że już dawno wyszła poza abecadło samodzielnej działalności handlowej, wzniosła się na poziom wyższej matematyki.

– Pani owinie grubą szmatką, bo jak ostatnim razem robiłam sobie okład, to takie pęcherze wylazły… Wściekła ta rzepa jak szatan! – Trzy kroki dalej wątła babuleńka zachwalała swój asortyment.

Saszka rzuciła trochę nasion swoim wiernym towarzyszom wróblom, wyciągnęła z torby gazetę i zajęła się zwijaniem papierowych rożków.

– Te, Hajtałer. Po ile masz słonia?

Zesztywniała, niespiesznie podniosła wzrok. Stał nad nią kolega z klasy. Z demonstracyjnym uśmieszkiem, wymagającym zaangażowania wszystkich zasobów jego nieszczególnie bogatej mimiki, studiował zawartość Saszkowej torby. W swoich hand­larskich początkach dziewczyna czuła się niekiedy jak muzealny eksponat: klasowe towarzystwo urządzało sobie wycieczki na rynek, żeby się pogapić. W najlepszym razie zwiedzanie przebiegało w milczeniu. Z czasem przywykła do najróżniejszych spotkań na tym terenie – który, całkiem zrozumiałe, traktowała jak własny – ale w podobnych momentach gorzkawa żółć wciąż podchodziła jej do gardła.

– Na bogato. – Uśmiechnął się jeszcze szerzej, splunął i sięgnął po nasiona. – Uciułasz sobie na jakieś wieprzne szmatki.

Twarz Saszki zdrętwiała aż po najmniejsze mięśnie. „A żebyś zdechł, żebyś zdechł, żebyś zdechł” – powtarzała w myślach, wprawiając w ruch wewnętrzny mechanizm swojej nienawiści i usiłując przenieść spojrzenie z nurkującej w torbie ręki na cokolwiek innego. Ale tacy jak ten chłopak z jakiegoś powodu nigdy nie zdychali. Pluli przez zaciśnięte zęby, nosili markowe trampki, dostawali najnowsze modele telefonów, na święta latali z rodzicami do Turcji, przywozili stamtąd dodatkową warstewkę tłuszczu i zdrowy rumieniec, ale nigdy nie zdychali.

– Dima! – Gdzieś z góry rozległ się zniecierpliwiony kobiecy głos.

Lider osiedlowej bandy odwrócił się do niemłodej, zadbanej kobiety. Wsunęła mu w dłonie reklamówki z warzywami i burą wołowiną, po czym zerknęła pobieżnie na Saszkową torbę i z niezadowoleniem uniosła cienkie brwi.

– Mam już dosyć leczenia twoich zębów – powiedziała chłodno.

Ruszyła dalej, chłopak pobiegł za nią. Ani razu nie odwrócił się do Saszki.

– …pani pokroi w plasterki, trochę posoli, a jak siknie sokiem, to olejem zalać. Sałatka taka, że niebo w gębie! – rozgadała się tymczasem sąsiadka przed kolejną klientką, która długo i zawzięcie obmacywała czarną rzepę, a potem kupiła u innej handlarki pęczek pietruszki i wmieszała się w ludzki strumień.

Zbliżał się wieczór i tłum na bazarku gęstniał. Przeważały kobiety; po pracy zachodziły tutaj w odruchu ­bezwarunkowym, wiedzione odwiecznym instynktem zdobywania. Wnikliwie kosztowały kiszoną kapustę z plastikowych pojemników, obwąchiwały bałyki i sery, ze znużeniem się targowały, przebierały w otwartych pudłach z syntetyczną bielizną, a ich torebki i reklamówki pęczniały do niewyobrażalnych rozmiarów. Mimo to, doświadczone wieloletnimi treningami ciężkiej atletyki gospo­darstwa domowego, zawzięcie podnosiły i taszczyły swoje sprawunki, migając Saszce przed nosem fragmentami napiętych ciał i upolowanych zdobyczy. Te atletki nieczęsto były jej klientkami, zazwyczaj bowiem kupowały słonecznik na kilogramy i prażyły go samodzielnie – tak wychodziło taniej. Saszka się nudziła, obojętnie zerkała na przechodniów, a jej błądzący wzrok co chwilę zatrzymywał się na własnych „wieprznych” kozakach. Babcia kupiła jej te łapcie – na inne miano nie zasługiwały – poprzedniej jesieni na giełdzie, odżałowała czterdzieści hrywien, by potem długo i natrętnie przypominać o swojej bezgranicznej szczodrości. Kozaków równie tanich i paskudnych nie miał w szkole nikt. Nawet najbiedniejsi koledzy z klasy, nawet dzieciaki, których ojcowie przepijali i wynosili z domu wszystko – z porwanymi rajstopami swoich żon włącznie – nie chodziły w czymś takim. A Saszka tak. Ona i wiejskie baby. Nie w takie rzeczy zresztą musiała się wcześniej ubierać. Ledwie rok temu ostatecznie przerosła babcię wzdłuż i wszerz, dzięki czemu fizycznie uwolniła się od ubrań i butów pamiętających odległą babciną młodość.

Nachylił się nad nią Farruch.

– Saszkia, jeść chocziesz?

Kiwnęła głową i zaczęła składać swoje rzeczy: dzień handlowy już się dla niej skończył.

– Jedz, karaszo.

Jej karmiciel się uśmiechnął. Zwinął jawne świadectwo swojej życzliwości tak sprytnie, że kurczak z kapustą wytrysnęły z placka wszystkimi szczelinami, gdy tylko chwyciła go w dłonie.

Jeszcze do niedawna nie rozumiała osobliwych intencji uprzejmego Tadżyka z nieco zaokrąglonym brzuchem i wilgotnymi oczkami. Kiedy jednak kolejny raz przelicytował sam siebie na aukcji wspaniałomyślności, w głowie Saszki wszystko wreszcie wskoczyło na swoje miejsca.

– Saszkia, ile ty masz lat? Diewiętna-a-ście? Dwadie-e-eścia? – Farruch łypnął spod ciężkich powiek.

– Czternaście – odpowiedziała zgodnie z prawdą i wgryzła się w wilgotny lawasz.

– Ma-a-ało. – Nie potrafił ukryć rozczarowania.

Od tamtej pory z przyzwyczajenia – lub z innych, niewiadomych przyczyn – wciąż dokarmiał Saszkę, czasem jednak, uśmiechając się wstydliwie, przypominał jej o zupełnie niestosownych motywacjach swoich szlachetnych gestów. Wówczas wzdychała i w cieniu małego kiosku, w cierpkich oparach tłustego mięsa oraz marchewki po koreańsku, pozwalała mu pomacać swoje piersi. „Saszkia, ro-o-ośni szybko, da…?” – pomrukiwał przy tym i jęczał z rozkoszy.

2

Babcia dobijała osiemdziesiątki. Drobna i wysuszona, przypominała pomarszczony grzyb, niemniej całkiem żwawo poruszała się w przestrzeni swojego mieszkania, a na zewnątrz wychodziła wyłącznie wtedy, gdy miała ku temu szczególnie istotne powody. Odkąd Saszka sięga pamięcią, babcię stale absorbowały dwie rzeczy: własny pogrzeb oraz wojna domowa z najbliższymi sąsiadami. Obie wywoływały w niej jednakowo głęboki strach i wymagały pełnego zaangażowania ostatnich starczych sił. Przepracowała ponad czterdzieści lat w fabryce makaronu, co na swój sposób odcisnęło ślad na babcinej filozofii życiowej. Seniorka wiedziała, jak starannie i w najdrobniejszym szczególe dopracowano procedurę przeprowadzania ciasta przez wszystkie etapy obróbki, zanim trafi do suszarek i wyjdzie stamtąd jako produkt gotowy do użytku. Przez ostatnie piętnaście lat tak samo sumiennie przygotowywała swoje śmiertelne ciało na spotkanie z rajem. Podczytywała Biblię, doprowadzała dawne spory z wrogami do punktów kulminacyjnych, a od czasu do czasu kupowała sobie gustowne majtki i pończochy, po czym chowała je w specjalnie do tego przeznaczonej szufladzie. Niestety, sześć lat temu jedyna córka podłożyła jej świnię, umierając niespodziewanie w wieku czterdziestu czterech lat na raka żołądka. Świnia miała osiem lat i na imię Saszka. Późne dziecko, poczęte z głębokiego smutku dorosłej i niezbyt szczęśliwej kobiety, przy bezinteresownej pomocy przypadkowego nieznajomego, zwaliło się babci na głowę jak zeszłoroczny śnieg. „Ostatnia próba przed wrotami raju” – stwierdziła po długich wahaniach i zdecydowała się przygarnąć dziewczynkę.

Przez pierwsze dwa lata Saszka milczała. Chodziła grzecznie do szkoły, jadła, spała, słuchała babci, dokładnie wypełniała wszystkie jej nakazy, ale nie wydawała przy tym żadnego dźwięku. „Saszka, ty mnie nie denerwuj” – złościła się babcia. „Co, język ci usechł? Bo pasa wyciągnę!” Wnuczka patrzyła na nią ogromnymi, okrągłymi oczami i z pokorą czekała na egzekucję. Babcia rzucała parę mocniejszych przekleństw, a następnie dawała dziecku spokój na długie miesiące, rzadko podejmowała próby kontynuowania nieuniknionych rozmów wychowawczych.

Milcząca Saszka szybko rosła, co irytowało babcię równie mocno i nie mieściło się w jej planach finansowych. Już dawno przestała wydawać pieniądze na głupoty, a zaoszczędzone dzięki wstrzemięźliwości grosze odkładała do specjalnego pudełka, które trzymała pod bielizną. Za każdym razem, kiedy otwierała schowek, aby uzupełnić jego zawartość, czule głaskała banknoty suchymi, brązowymi palcami, oddając się marzeniom o tym, jaki piękny pogrzeb sobie za to sprawi, gdy nadejdzie czas. Teraz jednak całą jej emeryturę pożerały bzdurne wydatki na szmatki dla Saszki. „Tak, Saszka – oznajmiła pewnego dnia, przewertowawszy w myślach wszystkie możliwe kombinacje – będziemy robić biznes. Przez ciebie to ja nawet umrzeć po ludzku nie mogę”. „Dobrze” – zgodziła się Saszka, i było to pierwsze słowo, które wypowiedziała w domu w ciągu ostatnich dwóch lat.

Tak narodził się ich mały interes: handel wiktuałami, do których produkcji babcia miała największy dryg. Na tym tle znalaz-ły wreszcie coś na kształt wspólnego języka, i choć babcia nadal kupowała potrzebne Saszce rzeczy tak opornie, jakby z każdą wydaną hrywną wydzierała sobie kawałek skóry, dziewczynka intuicyjnie czuła, że powoli stają się równoprawnymi partnerkami. Innego biegu wydarzeń sobie nie wyobrażała, chociaż i teraz, kiedy miała już czternaście lat, czasem dostawała od wspólniczki po głowie za drobne niedociągnięcia i pomyłki.

Wracając do konfliktów z sąsiadami, gwoli sprawiedliwości należy zaznaczyć, że nie tylko babcia stosowała wyjątkowo brutalne wojenne chwyty. Cała klatka kipiała od zniewag i zemst – dawnych i zupełnie świeżych – dzięki czemu zdobyła sobie w dzielnicy szczególną, mroczną sławę. Nigdzie indziej ludzie z podobną zawziętością nie podawali sobie nawzajem martwej wody na stypach, nie podkładali innym magicznych zawiniątek z włosów i paznokci wroga, nie wbijali gwoździ po kątach, nie oblewali drzwi sąsiadów kocim moczem. Na przekór jakiejkolwiek logice świata materialnego i zdrowego rozsądku takie postępowanie wydawało, niestety, przerażające plony. Nie było półrocza, żeby w którejś spośród dwudziestu klitek nie doszło do nieszczęścia: lokatorzy się wieszali, zapijali do białej gorączki, porzucali noworodki, odkrywali u siebie nieuleczalne choroby; z nową wściek­łością atakowali więc swoich oprawców, po brzegi wypełniając własne rezerwuary karmy. Babcia Saszki, skrajnie złośliwa i drażliwa, zawsze znajdowała się w centrum tego typu wydarzeń: bez przerwy gotowała wywary ze śmierdzących ziół, pozyskiwała nie wiadomo skąd bycze serca, nie brzydziła się wydobywać z cudzych śmieci niezbędnych artefaktów, a z jej ust nieustannie sypały się na przemian przekleństwa i modlitwy.

W domu Saszka zastała babcię przy lizakach – staruszka przygotowywała zapas na nadchodzący weekend. Szurała ciężko nogami między stołem a kuchenką, mieszała cukrową wodę z jaskrawymi barwnikami, doprowadzała to wszystko do wrzenia w rondelku, a przed rozlaniem kolejnej partii masy do fo­remek w kształcie kogucików i zajączków tradycyjnie w nią spluwała. Saszka nie miała pojęcia, dlaczego babcia preferuje taki przepis: czy zabezpiecza lizaki przed podjadaniem ich przez wnuczkę, czy chce na swój sposób dobitnie wyrazić stosunek do nabywców tych „pierdół”, jak pogardliwie nazywała własny produkt.

– Jak jesteś głodna, nalej sobie zupy – powiedziała ponuro, mieszając gotującą się ciecz długą drewnianą łyżką.

Saszka obojętnie zajrzała do gara z barszczem i przysiadła na taborecie.

– Babcia… – zaczęła, nadając słowom niejednoznaczną intonację – bo ja tu dzisiaj Lubę spotkałam…

– Ta? – Babcia wzmogła czujność, zastygła z kopyścią w podniesionej ręce.

– Dlaczego babcia znowu podłożyła jej jakieś świństwa pod wycieraczkę?

– A tobie co do tego?

– Mnie nic… Ale babcia niedługo będzie krwią srać. Luba prosiła przekazać.

– Co za menda wszawa! – Babcia klasnęła w dłonie, a czerwony syrop chlusnął na kuchenkę i brudną podłogę. – A ja jej nogi z dupy powyrywam!

Saszka położyła na kuchennym stole utarg ze sprzedaży nasion.

– Powinna się babcia oszczędzać.

– Ty mnie, gówniaro, nie pouczaj! – Babcia aż się zatrzęsła ze złości. – Siedź cicho, póki ja cię żywię!

Saszka w milczeniu chwyciła dopiero co zdjętą kurtkę i wyszła na dwór.

[1] Hightower (z ang. high tower – wysoka wieża) – pseudonim wysokiego czarnoskórego dobrodusznego gliniarza z serii filmów Akademia policyjna, swego czasu popularnej wśród ukraińskich widzów.