Czerwone orchidee z Szanghaju - Morillot Juliette - ebook + książka
NOWOŚĆ

Czerwone orchidee z Szanghaju ebook

Morillot Juliette

0,0

Opis

O tym piekle świat miał zapomnieć. Ona przetrwała, by opowiedzieć prawdę.

 

Poruszająca i szeroko komentowana na świecie powieść, która zdobyła uznanie czytelników i krytyków za odwagę w ukazaniu przemilczanej historii kobiet.

 

Korea, 1937 rok. Czternastoletnia Kim Sangmi, wychowana w inteligenckiej rodzinie, marzy o nauce i wolności. Staje się jednak ofiarą brutalnej machiny japońskiego imperializmu. Trafia do wojskowego domu publicznego w Mandżurii jako „kobieta pocieszenia”. Wyrwana ze swojego świata i rzucona w piekło domów publicznych, odnajduje w sobie niezwykłą siłę, by walczyć z okrutnym losem.

 

„Czerwone orchidee z Szanghaju” to poruszająca, epicka saga o kobiecie, której odebrano wszystko – oprócz odwagi. Autorka przeprowadziła szeroko zakrojone badania, aby oddać sprawiedliwość zapomnianym ofiarom historii. Snuje opowieść inspirowaną prawdziwą historią, napisaną z ogromną empatią i historyczną precyzją.

 

„Poruszająca, wciągająca i pełna autentycznych emocji książka, która rzuca światło na przemilczany rozdział historii. –Page des Libraires

 

„Książka mocna i potrzebna – fikcyjna fabuła opiera się na rzeczywistości tysięcy kobiet, których głos przez dziesięciolecia był tłumiony”. – Librairie Mollat

 

„Imponująca powieść – zarówno pod względem bogactwa historycznego, jak i opowiedzenia losów Sangmi, kobiety o odwadze i determinacji, które budzą głęboki szacunek”. – Florine, księgarnia Le Phénix

 

„Opowieść o kobiecej sile, o przetrwaniu, ale także o tym, jak historia potrafi być brutalna – i jak ważne jest, by ją opowiadać”. – Blog „Le fil rouge lit”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 590

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



TYTUŁ ORYGINAŁU:

Les orchidées rouges de Shangai

Redaktorka prowadząca: Ewelina Czajkowska

Wydawczynie: Monika Rossiter, Ewelina Czajkowska

Redakcja: Anna Poinc-Chrabąszcz

Korekta: Anna Jasińska

Projekt okładki: Łukasz Werpachowski

Zdjęcia na okładce: © Image Republic; © suwi19; © Sanga / Stock.Adobe.com

Copyright © Presses de la Cité, 2001, et 2021 pour la présente édition.

Published by arrangement with Lester Literary Agency & Associates

Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Copyright © for the Polish translation by Paweł Łapiński, 2026

Copyright © 2025 for the Polish edition by Świetlik, an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2026

ISBN 978-83-8417-564-4

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

W 1995 roku spotkałam w Seulu kobietę

w starszym wieku. Mun halmeoni.

Pewnego wieczoru podzieliła się ze mną

historią swojego życia. Swoimi marzeniami.

Doznanymi krzywdami.

O świcie rozebrała się na moich oczach 

– pełnych niedowierzania.

Jej ciało było kamiennym posągiem wypolerowanym

przez minione lata, rzeźbionym za pomocą

czubka miecza i papierosa.

Dedykuję poniższe strony Mun halmeoni,

mojej koreańskiej halmeoni, która powierzyła

mi historię swojego życia.

Dedykuję poniższe strony tym, które nigdy

o sobie nie opowiedziały.

EPOKA PIERWSZA

PORWANIE

DZIADEK

Nazywam się Kim Sangmi. Jestem Koreanką. Córką mrocznego i pełnego zamętu okresu w historii mojego kraju. Urodziłam się w roku Gyehae[1] pod znakiem świni, w dość zamożnej rodzinie, w której nigdy nie brakowało ryżu ani pieniędzy. Moimi przodkami od strony matki byli biedni intelektualiści z prowincji Gyeongsang. Uczeni starej daty, rozmiłowani w książkach, literaturze oraz niekończących się dyskusjach filozoficznych.

Rodzina ojca pochodzi z dawnych ziem królewskich w regionie Buyeo. Może się poszczycić szlachetnym drzewem genealogicznym – małżeństwa zawsze aranżowano w przemyślany sposób, by zyskać majątek i reputację. Klan, niegdyś wpływowy i bogaty, dziś jest zrujnowany, żyje z nielicznych skrawków ziemi, których nie stracił w wyniku hazardu, naszej rodzinnej bolączki.

Przyszłam więc na świat w wyniku unii dwóch klanów: rodziny Yu i rodziny Kim, małżeństwa zawartego pod znakiem zawirowań, łączącego wodę i ogień, prawość i skąpstwo, szczerość i kłamstwo. Nieprawdopodobnego małżeństwa córki patriotów i syna kolaborantów.

Od najwcześniejszego dzieciństwa w moim domu panowało dramatyczne napięcie o nieznanym mi źródle. Było ono niczym szare niebiosa, które mogły w każdej chwili, niczym przy tropikalnych ulewach, zasnuć się chmurami i eksplodować. To stan poddaństwa, w jakim tkwił mój kraj – myślałam wówczas – odpowiada za ten ciągły niepokój, zagrożenie wiszące nieustannie nad naszymi głowami. Korea przestała bowiem istnieć 22 sierpnia 1910 roku i stała się, na oczach zobojętniałego Zachodu, prowincją Cesarstwa Japońskiego.

Kto w Paryżu, Londynie czy Nowym Jorku przejmowałby się tragedią, którą przeżywał ten mały azjatycki kraj na obrzeżach Chin i Japonii? Lud Korei, wykrwawiony po dekadach walk, został pozbawiony możliwości decydowania o swoim losie i przez kolejnych trzydzieści pięć lat, aż do końca drugiej wojny światowej w 1945 roku, musiał znosić okrutne panowanie Japonii i jej cesarza Hirohito, demonicznego półboga, który nie wahał się przed stosowaniem największych upokorzeń i tortur, żeby osiągnąć swój cel i stworzyć ogromne imperium na miarę swojej utopii.

Jedyne, co pamiętam z dzieciństwa, to niepewność i pytania, których się nie zadawało. Jako mała dziewczynka szukałam w oczach matki jakiegoś błysku, który by mnie rozbawił albo pocieszył w mojej potrzebie miłości. Tak długo patrzyłam w jej malutkie źrenice, do połowy skryte napiętym łukiem powiek, że zaczęłam sobie wyobrażać, że wpatruję się w ogromną i głęboką studnię. Gubiłam się w niej, otwierając szeroko oczy w ciemności. Lecz matka nigdy nie wyciągała do mnie ręki, a blask zawsze uciekał coraz dalej, w kierunku ciemności, niczym światełko lampki na czole górnika.

Czasem domyślałam się po jej uśmiechu, że mogłaby mnie kochać. Zresztą był pewien okres, krótki niczym przejaśnienie, kiedy jej gesty wypełniała miłość – było to przebranie, które pasowało do krzywizny jej warg i które wkładała z łagodną obojętnością.

„Aga! Zając biegnie po górach, hop, hop!” Jej palce galopowały po moim biodrze, podskakując, a ja się śmiałam. Matka potrafiła śpiewać mi wyliczanki, dmuchać na bolące miejsce, kiedy się uderzyłam, głaskać mnie po karku przed snem, a także, w epoce pełnej ograniczeń, szykować dla mnie ciasteczka z miodem i ziarnami sezamu, które rozpływają się tuż po włożeniu do ust, wydzielając słodki posmak. Ale nie potrafiła mnie kochać. Nie kochała mnie. I żaden kamuflaż, choćby najczulszy, nie był w stanie mnie zwieść.

Ta intuicja z wczesnego dzieciństwa potwierdziła się w wieku, w którym powstają pierwsze wspomnienia. Zamiast twarzy matki występuje w nich twarz babki, mojej halmeoni. Babka chodziła od rana do wieczora owinięta w cheone z pikowanego jedwabiu. Pomarszczony kark starej kobiety, przegrodzony srebrnym łańcuszkiem, stanowił dla mnie jedyny horyzont. Tkwiłam na jej biodrach, podtrzymywana materiałem, i to sponad jej ramion przyglądałam się światu, który kręcił się wokół mnie niczym karuzela. Z tą różnicą, że miałam wrażenie, iż to inni się ruszają, a nie ja.

Wkrótce zyskałam na tych ukochanych plecach takie poczucie niezniszczalności, że moją matkę zaczęło to irytować. Z dnia na dzień zabroniła mojej biednej halmeoni nosić mnie w ten sposób.

Nawiasem mówiąc, ja sama nadal nie mówiłam. Słowa jakoś nie przychodziły. Słyszałam je i rozumiałam, ale od świata odgradzał mnie niewidzialny mur. Cisza ma tę zaletę, że nie dostarcza żadnego punktu podparcia złości innych. Zdolność milczenia i wygaszania zdań, zanim się ze mnie wydobędą, to najcenniejsza cecha, jaką przekazała mi matka.

Tak więc aż do wieku czterech lat nie wypowiedziałam ani słowa, czekając na próżno, aż matczyne oczy wreszcie się otworzą i wyjawią mi swój sekret.

Matka nie darzyła mnie pogardą ani nienawiścią. Co gorsza, zwracała się do mnie miło, nie okazując najmniejszego uczucia, dawkując przygany i pochwały z tak idealnym chłodem, że zdawała się całkiem wyzbyta emocji. Jej wewnętrzny chłód zderzał się z wewnętrznym ogniem: zaskakiwała gwałtownymi decyzjami, a potem traciła do nich przekonanie i zamykała usta oraz oczy niczym forteca, w której podniesiono mosty zwodzone. Szybkość jej ruchów zapowiadała żywy i pełen energii charakter, jednak znużone spojrzenie i zawsze pochylony kark sugerował kompletny brak chęci życia. Wspaniały ptak uwięziony w niewidzialnej klatce, który mógłby w każdej chwili odlecieć, odzyskać radość życia, ale po konfrontacji z kratami spadał martwy na ziemię.

Moja babcia przeciwnie – była kobietą łagodną i czułą, a jedyną cechą łączącą ją z moją matką była wyjątkowa zręczność. Wieczorami halmeoni tkała biżuterię z jedwabnych tasiemek. Była jeszcze młodą dziewczyną, kiedy jej talent został dostrzeżony przez zarządcę królewskiego pałacu, gdzie babka uczyła się potem dalej tej sztuki za murami kobiecej dzielnicy. Jej sposób mówienia uległ zmianie, nabrał szlachetnego tonu. Jej zdania kończyły się niczym świergot wróbla złapanego w pułapkę. Babka potrafiła farbować, tkać nici, łączyć je ze sobą, skręcać i formować w plątaninę wielokolorowych tasiemek, które dopiero w ostatniej chwili, po długich dniach pracy, przeistaczały się – po pociągnięciu za jedną z nich – w motyla, żółwia lub kwiat…

Kiedy przyszłam na świat, halmeoni zamieszkała z moimi rodzicami, zostawiając dziadka samego w Heonni-dong, w ich starym rodzinnym domu krytym dachówkami. To był zaskakujący ruch. W naszym kraju częściej spotyka się młode pary, które przeprowadzają się do domu przodków, rzadko bywa odwrotnie. Na całe dzieciństwo powierzono mnie zatem halmeoni – w tamtych czasach nie rozstawałam się z nią ani na chwilę.

Kiedy w latach 1925 i 1926 urodzili się moi dwaj bracia, matka zatrudniła dziewczynę ze wsi, żeby się nimi zajmowała. Pomimo niewielkiej różnicy wieku nie bawiliśmy się razem. Oni mieszkali przy mojej matce w głównym budynku, gdzie przypadły im dwa pomieszczenia z ogrzewaną podłogą. Ja i halmeoni zajmowałyśmy dawną przybudówkę w głębi podwórka. To był uroczy mały pawilon z podłogą z woskowanego drewna. W lecie było tam cudownie chłodno, jednak zimą pawilonik zamieniał się w istną lodownię. Wtulałam się w halmeoni, chowając zimne stopy między jej nogi, i czekałam z przyjemnością, aż jej łagodny głos zacznie mnie napominać…

Kyoko urodziła się późno, w 1930 roku. Jej przyjście na świat świętowano bardziej, niż nakazywał obyczaj. Moja dziecięca pamięć wiąże z młodszą siostrą, która pojawiła się nieoczekiwanie pewnego śnieżnego poranka, pierwsze wspomnienia japońskiej okupacji. Cóż mogłam rozumieć w wieku siedmiu lat z realnego sensu „kolonizacji”? To było słowo, które rozpalało dorosłych i wywoływało groźne burze. A jednak w moim życiu codziennym przekładało się wyłącznie na żmudną naukę japońskiego pisma.

Na okoliczność drugich urodzin Kyoko, dwadzieścia jeden miesięcy po jej poczęciu[2], Satsuda-san, japoński fotograf i przyjaciel mojego ojca, przyszedł do naszego domu z kimonem w czerwone kwiaty owiniętym w kolorowy papier ryżowy. Ten dziecięcy strój wywołał w całym domu okrzyki zachwytu. Kimono, podszyte na całej długości niebieskim jedwabiem w małe geometryczne wzory, pochodziło od jednego z najlepszych krawców z dzielnicy Ginza w Tokio.

Wszyscy pozowaliśmy do dwóch zdjęć: na pierwszym mój ojciec, z czerwoną twarzą, wypinał pierś, ubrany w prążkowany garnitur w zachodnim stylu. Moja matka, w koreańskiej sukni, trzymała dziecko na rękach. Moi dwaj bracia i ja, stojący z dwóch stron obok rodziców, opieraliśmy się o sztuczne kolumny z gipsu dostarczone przez studio fotograficzne. Na drugim zdjęciu Satsuda-san, po naleganiach mojego ojca, dołączył do nas. Mężczyzna ułożył Kyoko ubraną w podarowane jej kimono w miniaturowym samochodzie – zabawce swoich dzieci, którą wypożyczył na okazję wizyty u nas. To była zabawka bogatych, ja sama nigdy czegoś takiego nie widziałam. Kyoko promieniała, a my biliśmy brawo z niewinnością właściwą naszemu wiekowi.

Dwadzieścia dni później goniec dostarczył do naszego domu grubą kopertę z brązowego papieru. Obydwa zdjęcia były wywołane w dwóch odbitkach na ziarnistym papierze wysokiej jakości i obramowane w zachodnim stylu w poskręcane złoto-czarne pałeczki. Osobisty prezent od Satsuda-san. Podniecenie sięgnęło zenitu. Postanowiono, że jedna z dwóch ramek zostanie podarowana mojemu dziadkowi z okazji nowego roku księżycowego. Odliczałam dni do zaplanowanych odwiedzin.

Popołudnia w Heonni-dong miały posmak czegoś zakazanego. W każdym słowie i geście dziadka pobrzmiewał bunt. Mówił, że mieszkamy w Seulu, a nie w Keijō. Dziadek, zagorzały patriota, opowiadał nam o założeniu pierwszego królestwa Korei przez Tanguna, o niemożliwym wyborze niedźwiedzia i tygrysicy[3], a do jedzenia używał wyłącznie srebrnych pałeczek. Ale przede wszystkim zwracał się do nas naszymi koreańskimi imionami.

Mieliśmy bowiem dwa imiona. Nasze rdzenne imiona koreańskie oraz japońską wersję zapisaną chińskim pismem[4]. To była największa przyjemność mojego dzieciństwa – pomimo irytacji ojca na kilka godzin stawaliśmy się na powrót Sangmi, Jongsik, Yongsik i Gyeongja. Japońscy okupanci zalecali też Koreańczykom zmianę nazwisk, które uważali za zbyt trudne do rozróżnienia. Kilka rodzin faktycznie zamieniło ostatecznie rodowe nazwisko swojego klanu, Park albo Li, na Matsushita alb Fujimoto. Każdy naginał się do praw lub je omijał w zależności od poziomu swojego strachu lub od przekonań.

Mój ojciec postanowił zachować swoje koreańskie imię, Kim Ho-Il, ale koledzy z uniwersytetu nazywali go po japońsku: Kawamoto-san. W odniesieniu do nas, dzieci, postanowiono raz a dobrze używać wyłącznie japońskich imion: Naomi, Masaki, Hideki i Kyoko.

– Dzięki temu dzieci niczego nie ryzykują – powtarzała moja matka. – Zresztą, żeby nie robić maluchom zamętu w głowie, lepiej używać tych samych imion, co w szkole.

Moja matka nigdy nie sprzeciwiała się ojcu. Nie potrafiła podnosić głosu, więc przytakiwała z opadniętymi ramionami i rękami złącznymi na podołku. Ja jednak wyczytywałam w jej oczach, że nie lubi tych imion o gwałtownej dźwięczności – imion, które nie należały do jej krwi. Z typowo kobiecym sprytem znajdowała różne kompromisy, mówiła do nas „starsza córko”, „mój kochany synku”.

– Yeobo, od dziś będziemy mówić w domu po japońsku – zarządził pewnego dnia mój ojciec. – Zachowaj koreański do swoich pogaduszek z Kyoko, skoro nie możesz się powstrzymać. Dopilnuj też, żeby Naomi nie nabrała złych nawyków od swojego dziadka.

Matka zmrużyła oczy. Nikt nie pytał jej o zdanie. Ojciec kontynuował.

– Czym byśmy byli bez Japończyków? Krajem pogrążonym w przeszłości? Czy nie mamy wspaniałej sieci kolejowej? Stolicy godnej europejskich miast, z tramwajami, autobusami? Jak w Londynie albo Paryżu?

Zimny gniew schwycił go za gardło. Ojciec trzasnął drzwiami. Schowana pod deskami maru, słyszałam łomot jego kroków nad głową, po czym dobiegł mnie nagły, melancholijny szloch mojej matki.

Przybyliśmy do dziadka wczesnym wieczorem, w nowych ubraniach na specjalną okazję. Halmeoni udała się tam już wcześniej i przygotowała ciasteczka z mąki ryżowej gotowane na parze, które przyozdobiła orzeszkami piniowymi i liśćmi piołunu ułożonymi w kwiatowe wzory, tak jak lubiliśmy. Podała te słodkości na tacy z drewna miłorzębu. Dyskretna niczym cień, przykryła je tiulem, żeby nie zwabiły owadów, po czym postawiła przy wejściu do gabinetu dziadka, a sama wróciła do kuchni.

Tak jak każe tradycja, ukłoniliśmy się trzy razy przed dziadkiem, dotykając czołem ziemi. Potem przyszła pora na matkę i ojca, którzy pokłonili się na żółtym ondol. U kobiet taki głęboki pokłon wymaga wielkiej elastyczności. Głowa musi dotknąć ziemi, tymczasem stopy są mocno dociśnięte do podłoża, a kolana powinny okalać twarz. Moja matka widziana w tej pozycji od tyłu wyglądała niczym wielki, dopiero co rozkwitły kwiat, bukiet rozwiniętych jaskraworóżowych szat. Matka wymówiła zwyczajową formułkę.

– Czcigodny ojcze i dziadku moich dzieci, przyjmij ten skromny prezent.

Nie unosząc głowy, podała swojemu ojcu fotografię, która była tak ciężka, że nadgarstki matki drżały. Dziadek się uśmiechnął. Złocone fragmenty ramki lśniły w promieniu słońca.

Dziadek utkwił nagle zwilgotniałe oczy w naszej grupce utrwalonej na wieki w bezruchu na tle scenografii ze studia fotograficznego. Spokojnie – albowiem sędziwy wiek pozwalał mu jedynie na ruchy o skrajnej powolności – chwycił za pokrywkę swojego kamienia atramentowego ozdobioną rzeźbionymi smokami. Zdawało mi się, że jego ręka zastygła nieruchomo jak szpony sępa krążącego po niebie, wisiała w powietrzu przez wieczność. Jego kościste palce z nabrzmiałymi sinymi żyłami zamknęły się na zimnym matowym kamieniu.

Matka nawet nie drgnęła. Kamień opadł na szkło. Kyoko, w czerwonym kimonie w wózku, rozpadła się na kawałki. Ocalała tylko jej uśmiechnięta dziecięca twarz. Rozbicie ramki natychmiast wywołało u mojej młodszej siostry napad piskliwego krzyku pomieszanego z zalęknionym płaczem. Babka pojawiła się przestraszona na progu gabinetu, przekonana, że któreś z dzieci zrobiło sobie krzywdę. Lecz jej powieki, które powoli zniżyły się w kierunku rozsypanych po podłodze odłamków, z powrotem zaciągnęły zasłonę ciszy. Mój ojciec wstał i bez pożegnania dał znak do wyjścia. W drodze powrotnej nikt się nie odzywał.

Ręka mojego dziadka zawieszona w powietrzu i trzymająca wspaniały kamień atramentowy jeszcze długo tkwiła mi przed oczami, chociaż nie pojmowałam sensu tego gestu. Nigdy nie podejrzewałabym dziadka o to, że nie kocha Kyoko. Potem, pewnego ranka, po przebudzeniu, wreszcie zrozumiałam. Byłam jak mój dziadek. W naszych ciałach krążyła ta sama krew, łączyła nas ta sama dzika duma: należeliśmy do ludu koreańskiego i nie zgadzaliśmy się na obcą dominację. Od tego dnia już nigdy nie włożyłam japońskiego stroju, jeśli nie byłam do tego zmuszona.

Babka zmarła w pierwszy nowy księżyc roku. To był dzień jeongwol daeboreum.

Pomogłam jej ugotować kaszę, czerwoną fasolę, indyjskie proso, groszek i kleisty ryż, żeby przygotować tradycyjny ogokbap. Babka, pochylona na oparami, które unosiły się nad ogromnym żeliwnym kociołkiem, szukała oparcia, żeby odzyskać oddech, aż wreszcie usiadła na schodku przy drzwiach, z twarzą równie bladą i gładką, co księżyc w pełni, którą świętowaliśmy. Nóż, którym obierała kasztany wodne i orzechy miłorzębu, wypadł jej z rąk trzy razy, chociaż ona zdawała się tego nie zauważać, tylko nadal mechanicznie sięgała po owoce i wrzucała je, nieobrane, do parującego kociołka. W trakcie dnia widziałam, jak rysy jej twarzy robią się coraz bardziej wyżłobione, a oczy się zapadają. Cały czas coś nuciła. Kiedy przez nieuwagę rozsypałam świeżo obrane orzeszki piniowe, znalazła w sobie siłę, żeby mnie upomnieć. Jej głos, nabrzmiały złością, miał nietypowy, wilgotny i brudny tembr, na który aż się wzdrygnęłam.

Popatrzyłam chwilę z zachwytem na ogromny księżyc tkwiący na niebie nad wierzbami, po czym wsunęłam się pod kołdrę do babki, która – jak się okazało – zapomniała rozczesać swój kok. Utrzymująca go srebrna szpilka lśniła w ciemności. Bałam się, że babka zrobi sobie krzywdę, więc wyciągnęłam szpilkę delikatnie, po czym zasnęłam, przytulona do pleców babki, z nosem przytkniętym do jej karku.

Kiedy się obudziłam, księżyca już nie było, wchłonęła go ogromna czarna chmura. Wiatr gwizdał w dachówkach i było mi zimno. Babka się nie ruszała. Jej palce w mojej dłoni trzaskały niczym drobinki szronu. Skóra na jej policzkach napięła się pod moimi wargami z lekkim zgrzytem marszczonego papieru. Moja halmeoni nie żyła. Nie ruszałam się aż do świtu, wtulona w jej lodowate ciało, starając się zapisać na zawsze w pamięci moich zmysłów delikatny łuk jej nosa, cienką szyję i charakterystyczny zapach piwonii i kadzidła, który kołysał mnie co noc do snu. Kiedy moja matka weszła do maru wczesnym rankiem, zaniepokojona ciszą, która panowała w naszym domku, udałam, że dopiero co się obudziłam. Matczyne krzyki w kilka chwil zastąpiły złotą ciszę naszej sypialni, która została tym samym sprofanowana. Matka natychmiast przegnała mnie stamtąd z misją zawiadomienia całego domu o śmierci starej kobiety. Wkrótce nikt już nie mówił o mojej halmeoni, tylko o jej pogrzebie, ubraniach żałobnych, które wypada włożyć, posiłkach do przygotowania oraz o tym, ile to wszystko będzie kosztować.

Przez nasz dom przewinęła się cała rodzina. Ciotki. Kuzyni. Przyjaciele i nieznajomi. Cienie nasączone odrętwiałą rozpaczą. Mój ojciec, markując smutek, pokłonił się nad ciałem babki szybkim ruchem, bez przekonania do roli zrozpaczonego zięcia.

Pawilonik w podwórzu przez dwa dni był wypełniony odgłosem płaczu. Trzeciego dnia rankiem mój dziadek zamknął drzwi na klucz i zażądał, żeby zostawiono go samego z ciałem. Nikt więcej nie wchodził tam aż do pogrzebu. Jednak pewnego wieczoru, usłyszawszy moje kroki na maru, dziadek rozchylił lekko jedno skrzydło drzwi. Wślizgnęłam się do pokoju wyłożonego białymi konopiami. Piękna twarz mojej babki, pośmiertnie stężała, lśniła w ciemności, otoczona mleczną poświatą pochodzącą z papierowej latarenki postawionej przy jej głowie. Dziadek płakał.

Rysy twarzy mojej halmeoni się wyostrzyły. Jej nos, pozbawiony powietrza, zrobił się ściśnięty, a jej usta, jakby poruszone niewidzialną ręką, ziały otwarte, wydzielając zapach śmierci, wilgotnej ziemi i deszczu. Jej skóra zrobiła się aksamitna niczym skrzydła motyla, ale pod tą zwodniczą łagodnością kryło się sztywne i zimne ciało jak z kamienia. Po kontakcie z moimi ustami powieki babki się zmarszczyły, mój pocałunek odcisnął na nich szary ślad. Dziadek przestał płakać. Mówił do mojej halmeoni, powtarzał cicho wszystkie słowa, których życie nie pozwoliło im sobie nawzajem powiedzieć, smutne i czułe słowa – czasem pełne gniewu, czasami po prostu błahe, od których drżał mu podbródek…

Faktem jest, że od momentu moich narodzin, dziadek prawie nie widywał swojej starej żony, która zamieszkała z nami. Ale ich miłość nie potrzebowała wspólnej codzienności, żeby nadal kwitnąć. Dziadek, pozbawiony swojej wiernej towarzyszki, zapadł się przez kilka tygodni o kilkanaście centymetrów niczym pozbawiony wody krzew i zamknął się w świecie wspomnień, żyjąc w nagromadzeniu nieznanych nam dat i miejsc, zadowalając się towarzystwem książek. Odmawiał przyjmowania gości, szczególnie odwiedzin swojej starszej córki. Przestał się już kryć z pogardą dla zięcia, mojego ojca – bez względu na jego pochodzenie ze znanej i poważanej rodziny, tytuł doktora i pożądane stanowisko profesora medycyny na uniwersytecie krajowym. Jak mógł wydać swoją starszą córkę za tę haniebną marionetkę bez honoru? Ojciec, odkąd sięgam pamięcią, był nieobecny w moim życiu zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie. Przeczuwałam w tym jakiś rodzinny dramat, rozdarcie schowane głęboko w przeszłości dwóch klanów. Nie mogąc znaleźć żadnej satysfakcjonującej odpowiedzi, poprzestawałam na logice czasów wojny i przypisywałam ten rozdźwięk przeciwnym poglądom politycznym.

Starego mężczyznę i jego zięcia dzielił cały świat. Mój ojciec prawie zawsze ubierał się po zachodniemu, w trzyczęściowy garnitur i czarne półbuty importowane z Anglii. Dziadek, jak wszyscy młodzi z jego pokolenia, także podążał kiedyś za zagraniczną modą. Ale dziś nosił wyłącznie nieskazitelnie białe ubrania typowe dla uczonych z dawnej dynastii Yi: szerokie spodnie z białej ramii i tunikę z rękawami w półksiężyce. Czyli dokładnie taki strój, jakiego zakazał japoński rząd. Miasto przemierzały specjalnie patrole wyposażone w kubły farby, przeczesujące ulice w poszukiwaniu niesfornych obywateli. Ileż razy białe stroje mojego dziadka suszące się na podwórzu były rozrywane albo plamione czarną farbą! Dziadek nigdy nie dał się zastraszyć. Choćby miał je zszywać i prać przez całą noc, następnego dnia pojawiał się w jeszcze bardziej bijącej po oczach bieli, kolorze symbolizującym niepodległość kraju, w którą on sam nie zamierzał nigdy zwątpić.

Kiedy radziłam mu większą ostrożność, mawiał: „Kto miałby zatrzymywać takiego starca jak ja za takie drobiazgi?”.

Dziadek wraz z patyną wieku nabrał pewnej łagodności, ale w jego oczach nadal było widać dawną waleczność.

Zawsze traktował mnie z zaskakującą czułością i był gotowy stanąć w mojej obronie, kiedy matka mnie sztorcowała. Gdy zawyrokowała, że dość się już nachodziłam do szkoły, dziadek się uparł, żebym uczyła się dalej, i zażądał, żeby wysłano mnie do chrześcijańskiego gimnazjum prowadzanego przez pewną Angielkę. Dziewczęta uczono tam francuskiego, angielskiego i matematyki. To była jedna z najlepszych szkół w mieście.

– Sangmi musi poznać języki obce. Jeśli my, Koreańczycy, będziemy odmawiać otwarcia się na świat, to inne kraje nigdy nie przyjdą nam z pomocą!

Dziadek bywał w młodości w Stanach Zjednoczonych. Jako członek Partii Niepodległościowej robił błyskawiczną karierę w polityce. Ale po kilku latach w Ameryce nagle odrzucił to łatwe życie na uchodźstwie i postanowił wrócić do kraju, by kontynuować walkę na miejscu. Ożenił się z halmeoni, której ciało falowało, a staranne słownictwo urzekało. Dostrzegł zarys jej kostek podczas konkursu chodzenia po równoważni. Zakochał się w niej „po amerykańsku”.

– Geurae, ot tak! – mawiał, pstrykając palcami w powietrzu.

Nie wiedziałam, co ma oznaczać „po amerykańsku”, ale ponieważ moi dziadkowie byli jedynymi osobami, które naprawdę kochałam, stwierdziłam, że ja także pewnego dnia zakocham się w ten sposób.

Klan mojego dziadka marszczył brwi w odpowiedzi na tak porywcze postępowanie wbrew tradycji, zgodnie z którą to rodzina wybiera dzieciom kandydatów do zaślubin. Ale jako że znaki narodzin tej dwójki młodych ludzi do siebie pasowały, a wróżby wskazywały na szczęśliwy związek, małżeństwo mogło zostać zawarte. Dziewięć miesięcy później przyszła na świat moja matka, potem urodził się mój wuj, a po nim halmeoni powiła jeszcze trzech chłopców.

Pierwszego marca 1919 roku dziadek szedł na czele manifestacji w Jongno i krzyczał wraz z innymi: „Manse, niech żyje Korea, manse!”. Tego dnia miliony ludzi podniosły głowy i domagały się wolności w imieniu koreańskiego ludu. Japończycy odpowiedzieli na to niebywale gwałtownie: w kilka dni szesnaście tysięcy osób zginęło, a drugie tyle zostało rannych, całe dzielnice miast spalono, setki osób trafiły do więzienia. Na bruku w centrum miasta jeszcze przez cztery lata było widać czerwone plamy krwi manifestantów. Korea nie uzyskała niepodległości, ale przynajmniej jej obywatele dali znać całemu światu, że „pokojowa kolonizacja” półwyspu to tylko złudzenie. Dziadek po tych marcowych wydarzeniach trafił do więzienia. Upychano po dziesięciu zatrzymanych w jednej celi. Potem dziadek przebywał w karcerze. Japończycy połamali mu okulary. Został wypuszczony kilka miesięcy później. Bez wyjaśnień. Wtedy dopadła go jakaś dziwna choroba, która pożerała pomału jego mięśnie i ciało i powstrzymała go przed realizacją jego ambicji. Dziadek, chodził z drewnianym gorsetem podtrzymującym plecy podpierając się laskami, i czekał, aż choroba dotrze do jego serca, żeby zabrać go z tego świata.

Po śmierci halmeoni nabrałam zwyczaju zaglądania wieczorami do dziadka w Heonni-dong. Obojętność, z jaką traktowała mnie matka, miała tę zaletę, że pozostawiała mi naddatek wolności. Matka zbywała moje pytania machnięciem dłoni. Liczyła się dla niej tylko Kyoko, to ją obdarzała strumieniem miłości, na który ja zawsze tak bardzo liczyłam. Pozwalała, by dziecko spało z nią, wtulone w jej brzuch, ryzykując przy tym, że udusi się pod jej kołdrą. Ich śmiechy i płacz rozlegały się czasem w środku nocy niczym letnie burze, które wybuchają bez deszczu.

Ojciec, którego pochłaniały ważne obowiązki w uniwersyteckim laboratorium, rzadko bywał w domu. Czasami przychodził na chwilę wieczorem, żeby napomadować włosy, zmienić koszulę na świeżą i wyjść z powrotem na spotkanie w klubie postępowców. Kiedy nie nocował w domu kilka dni z rzędu, matka traciła cierpliwość i czekała na niego nocą na podwórzu. Chodziła tam i z powrotem, aż wreszcie stukanie jej obcasów ustawało, a ja znajdowałam ją śpiącą na maru, skuloną na zimnie, jak dziecko.

Wysiadałam z tramwaju kilka kroków od domu mojego dziadka, starego budynku z masywną bramą z zamkiem w kształcie żółwia. Dziadek opowiadał mi o historii naszego kraju i objaśniał dawnych klasyków, uznając, że edukacja w gimnazjum pozostawia wiele do życzenia. Śmiał się, odsłaniając swoją bezzębne dziąsła, i usiłował sobie przypomnieć resztki angielskiego, które zapamiętał z pobytu w Ameryce.

– Wiesz, Sangmi, poznałem tam prezydenta Stanów Zjednoczonych, ucz się pilnie, a sama też będziesz podróżować.

Pewnego dnia wyciągnął z kufra białą panamę z ciemnoniebieskiego, grubo tkanego płótna i poprosił, żebym zawiązała mu na szyi szary jedwabny fular. Niestrudzony dziadek opowiadał mi o Ameryce. Windy, światła, sklepy… Kiedy jednak nasze rozmowy dryfowały w kierunku brzegów bliższej przeszłości, dziadek zamykał się i niezmiennie proponował, żebym przygotowała mu filiżankę herbaty z żeń-szeniem. Nigdy nie rozmawialiśmy o mojej matce ani o moim ojcu czy braciach. Kyoko, pomimo niewinności swego wieku, nie istniała. Dla dziadka przeszłość zatrzymała się na roku moich narodzin.

[1] Chodzi o rok 1923.

[2] Wiek w Korei liczy się tradycyjnie w latach księżycowych, to znaczy od poczęcia, przy czym przy okazji pierwszego nowego roku dodaje się jeden dodatkowy rok. Ten system, zależnie od daty narodzin, zasadniczo postarza o dwa lata w porównaniu z wiekiem zachodnim. Na przykład dziecko urodzone 31 grudnia 1991 ma w momencie urodzenia rok. Dwa miesiące później, 4 lutego 1992 roku, w nowy rok księżycowy, obchodzi swoje drugie urodziny. Kyoko, urodzona na początku 1930, ma w momencie narodzin rok, a dwa lata w nowy rok księżycowy w 1931.

[3] Nawiązanie do mitu o założeniu Korei przez Tanguna zrodzonego ze związku niedźwiedzia i tygrysicy.

[4] Większość imion w Korei, tak samo jak w Japonii, zapisuje się chińskimi pismem. Ideogramy odróżnia od siebie wyłącznie wymowa „po japońsku” albo „po koreańsku”.

KEIJŌ 1935[5] 1935

Japończycy chcieli uczynić rok 1935 symbolicznym dla procesu kolonizacji naszego kraju. Upłynęło dwadzieścia pięć lat od tego upalnego dnia 1910 roku, kiedy nasza stara dynastia Joseon musiała się pokłonić przed Imperium Wschodzącego Słońca.

W stolicy zorganizowano wielkie świętowanie i liczne defilady dla uczczenia aneksji naszego kraju, a przy okazji – pod kłamliwą nazwą dōka, czyli „asymilacja” – przyjęto liczne nowe prawa, których celem było wymazanie wśród naszego ludu wszelkiego poczucia tożsamości narodowej. Całkowicie przemodelowano system szkolnictwa, zaczęto także przyznawać zaświadczenia o „godnym zachowaniu” trafiające do Koreańczyków, którzy z radością podporządkowywali się nowym prawom. Moi bracia mogli się pochwalić rozdawanymi w formie zaświadczenia dyplomami i kiedy wracali do domu na koniec tygodnia, z przyjemnością kaligrafowali japońskie sylabariusze pod dumnym spojrzeniem mojego ojca, który obiecał, że w ramach nagrody zabierze ich do nowego zoo.

W szkole na trzydzieści pięć uczennic było nas tylko dziesięć Koreanek. Nasz język został zakazany. Uczyłam się historii Japonii, geografii archipelagu. Korea, teoretycznie część imperium, figurowała zaledwie jako dodatek, przed spisem treści i indeksem, a my nigdy nie docierałyśmy do tych ostatnich stron książki przed końcem roku szkolnego. „Półwysep”, tak bowiem Japończycy nazywali nasz kraj, żeby tylko nie wymieniać jego nazwy, służył jedynie za schodek prowadzący na kontynent japońskiego władcy o nienasyconej ambicji, cesarza i boga w jednym. Narzucono nam szintoizm. Zarządzono masowe prace, żeby zbudować w mieście nowe świątynie.

W szkole nikt, ani nauczyciele, ani uczennice, nie ważył się łamać nowych wytycznych.

Pewnego dnia, w odruchu zuchwałości, narysowałam na czarnej tablicy kontury Korei, która przypomina siedzącego zająca z uszami opadającymi w kierunku Chin. Pod rysunkiem napisałam koreańskimi znakami uri nara, nasz kraj. Pani So, nasza nauczycielka, zbladła, gdy tylko weszła do klasy, i gorączkowo zmazała tablicę, rozglądając się wokół siebie. Nie skomentowała w żaden sposób tego godnego pożałowania incydentu, ale przez całą lekcję trzymała wzrok utkwiony w sylwetkach pilnie słuchających dziewcząt z pierwszych ławek, a jej ręce drżały. W następnym tygodniu pani So nie wróciła już do prowadzenia lekcji.

Krążyły pogłoski, że uczennice doniosły na nią żandarmerii wojskowej, a ja, kiedy napotykałam krzywe spojrzenia swoich dwóch triumfujących koleżanek, zrozumiałam, że opór i odwaga nie zostały dane każdemu. Nigdy nie zapomnę zalęknionej twarzy pani So, kiedy opuszczała klasę tego popołudnia. Moja dziecięca beztroska przekreśliła jej los.

Na wiosnę ojciec, ogromnym kosztem, całkowicie przebudował lewe skrzydło naszego domu w stylu japońskim. Ściany między pokojami zostały zburzone i zastąpione przez papierowe przesuwne przepierzenia, które nie zapewniały żadnej intymności. Tradycyjna wykładzina z gładkiego woskowanego i pozłacanego papieru została w wielu pomieszczeniach pokryta grubymi matami tatami z plecionej słomy.

Koreańscy architekci budują domy w taki sposób, żeby ciepło płynące z podłogi nie uciekało. Właśnie dlatego ściany są grube, a pomieszczenia często półślepe, wyposażone wyłącznie w malutkie okna pod samym sufitem. Dzięki temu ciepłe opary, które krążą w rurach pod podłogą od pomieszczenia do pomieszczenia, podgrzewają powietrze w środku nawet w najsroższe zimy. Nasz dom po przebudowie stał się lodowaty. W kuchni ogień napędzający ondol szybko zaczął zużywać tyle paliwa, że kartki reglamentacyjne przestały wystarczać. Ciepło uwięzione przez tatami przestało się rozchodzić, wstrzymywane przez słomiane plecionki, a w tych nielicznych pokojach, gdzie na podłodze zachowano woskowany papier, ogrzewanie sprawiało, że robiła się ona rozpalona, ale potem ciepło uciekało drzwiami. Zaczęliśmy ogrzewać tylko jedno pomieszczenie. Gabinet mojego ojca. Byliśmy skostniali, ale za to mieszkaliśmy w nowoczesnym domu w stylu japońskim.

Miałam tylko trzynaście lat i naprawdę nie wiedziałam, w jaki sposób ojciec tak szybko się wzbogacił ojciec nagle zdobył tyle pieniędzy. Jego rodzina z Buyeo dysponowała niewielkim majątkiem, który stopniowo wyprzedawała, lecz ich dochody w żadnym razie nie mogły tłumaczyć nadzwyczajnych zakupów w czasach powszechnych ograniczeń. Podczas gdy większość Koreańczyków mieszało ryż z ziarnami jęczmienia, mój ojciec przebudowywał dom, odświeżał swoją garderobę i zafundował sobie samochód. Matka nie korzystała z tej tajemniczej manny, dostawała raptem kilka banknotów na miesiąc, żeby móc prowadzić dom. Skrępowana dumą, nigdy nie zniżyłaby się do proszenia o pieniądze swojego męża, który co wieczór pijał szampana w klubie, kiedy my musieliśmy uważnie liczyć worki ryżu w spiżarni.

Mój ojciec utrzymywał inną kobietę. Pomimo młodego wieku potrafiłam rozpoznawać znaki, które zdradzały niewiernego mężczyznę. Rozgorączkowane spojrzenie wieczorem, nieoczekiwana, przerysowana atencja okazywana mojej matce, nagłe wybuchy i słodkawy zapach mydła, który przenikał jego ubranie. Matka natomiast udawała, że nie wie o wybrykach męża. Zresztą zdawało mi się, że szybko zaczęła dostrzegać zalety tej sytuacji, bo prawdopodobnie pozwalała jej unikać obowiązków małżeńskich, na których wypełnianie nie miała już w ogóle ochoty.

Nie zaskoczyło mnie więc, kiedy pewnego dnia ujrzałam na Honmachi[6], jednej z arterii Seulu nazwanej tak przez Japończyków, mojego ojca idącego pod rękę z nieznaną mi kobietą o przypudrowanym karku i czerwonym ubraniu. Ojciec się śmiał, a kiedy mnie mijał, prześlizgnął się po mnie wzrokiem, nie dostrzegając mnie. Nie odwróciłam się, ale przystanęłam i wsłuchiwałam się w ich głosy oddalające się w uliczkach. Byli już daleko, a ja nadal ich słyszałam. Wzbierała we mnie mroczna wściekłość podszyta żalem kumulowanym od lat przeciwko zapatrzonemu w siebie ojcu, który ignorował członków własnej rodziny z oziębłą arogancją. Moja matka, na której skupiały się zazwyczaj moje pretensje, po raz pierwszy zaczęła mi się jawić jako ofiara w rękach tego mężczyzny bez duszy i godności. Pamiętam dokładnie, jak wyglądało miasto tamtego wieczoru. Moimi krokami kierowała wówczas złość. Napadało tak dużo śniegu, że trzeba było wstrzymać ruch w centrum miasta. Na ulicach nie było ani jednego samochodu. Nawet Honmachi było opustoszałe, niemal wymarłe, tramwaje i autobusy tkwiły porzucone na poboczach. Nie lubiłam tej dzielnicy i jej chorągiewek, plakatów pisanych po japońsku. Okupant naznaczył tu swoim paskudnym szponem każdy dom i każdy sklep. W uliczkach wychodzących na główną aleję panowało większe poruszenie, śnieg zepchnięto bowiem w wielkie bezkształtne zaspy u stóp domów, co umożliwiło przejazd spalinowych wózków dostawców. Ciekawa, ruchliwa mieszanka drobnych sylwetek obleczonych w ciemnoniebieskie kimona. Sklepikarze, przechodnie, studenci niosący rowery na ramieniu, młodzi ludzie w kapeluszach z miękkim rondem. Cudzoziemki, opasłe kobiety o różowej skórze, które kroczyły, bujając się na boki i pozostawiając za sobą smugę perfum. Ponieważ była to pora świąteczna i tylko tydzień dzielił nas od nowego roku, kilka kobiet przebrało się z powrotem w tradycyjne koreańskie stroje. W ich spojrzeniu można było dostrzec zuchwałość, a w sposobie, w jaki wprawiały obszerną suknię w wirowanie, dało się wyczuć złość. Jednak większość ludzi na mieście podążała za wytycznymi generalnego gubernatora i stawiała na bękarci strój będący zaprzeczeniem elegancji: szerokie spodnie i krótką kurtkę.

W zeszłym tygodniu doszło do incydentu, który poważnie rozzłościł ludzi. Jeden z wędrownych sprzedawców czapek z wydry, który raz do roku zjeżdżał z rodzinnych gór do miasta, żeby sprzedać wyroby z upolowanych zwierząt, miał czelność zagadywać klientów i zachwalać swój towar po koreańsku. Wojskowy samochód zawiadomiony przez nadgorliwego obywatela zahamował na wysokości sprzedawcy i bezpardonowo zgarnął go z ulicy, pozostawiając futrzane czapki porozrzucane na śniegu. Przechodnie stanęli w obronie górala. Zginęły cztery osoby, a dwie zostały ranne. Jak można było wymagać od tego starego człowieka, żeby posługiwał się językiem, którego nie zna? Skąd mógł wiedzieć o nowych prawach? W miejscu jego aresztowania ustawiono tablicę z wycinkami z gazet zachęcającymi do zadumy nad losem tego biedaka, który – jak można było przeczytać – żyje od tej pory w domu starców dzięki życzliwości japońskiego rządu.

Nie mogłam wyrzucić z głowy widoku mojego ojca idącego pod rękę z kochanką i ogłoszeń dotyczących kary nałożonej na biednego sprzedawcę. Słuchałam komentarzy przechodniów mijających to miejsce: jedni wyrażali je głośno, najwyraźniej nie bojąc się japońskiej milicji, i potępiali los, jaki spotkał starszego mężczyznę. Inni nie zabierali głosu, ale ich uparte milczenie i zaciśnięte usta zdradzały poczucie nienawiści do okupanta. Do tego dochodzili jeszcze inni, obcokrajowcy, którzy przybierali zatroskane miny i paplali coś po drodze, mówiąc na przemian o polityce, wyprawach górskich, chińskim rządzie w Mandżukuo, polowaniu na lamparta w Górach Diamentowych na północy Korei, napięciu politycznym we Francji.

Opanował mnie gorzki gniew. Nie znosiłam mężczyzn i kobiet, którzy ukradli nam ojczyznę. Ale nie znosiłam także hipokrytów z Zachodu, którzy przyglądali się udręce naszego kraju, jakby chodziło o lekcję biologii. Podobnie jak nienawidziłam wszystkich tych Koreańczyków, którzy, jak mój ojciec, zginali kark przed armią tych japońskich mikrusów i paradowali w centrum miasta z kochankami pod rękę! Nieważne, czy chodziło o Japonkę, czy Koreankę. Było mi żal matki i wstyd za ojca. Zastanawiałam się, czemu nie mogę jak moi bracia cieszyć się z odwiedzin Satsuda-sana, wieszać zaświadczeń dobrego obywatela na ścianach mojego pokoju? Czemu nie mogę na wzór matki oblec umysłu ciemną zasłoną i skreślić zewnętrznego świata?

Jakieś dwie kobiety czytały półgłosem wycinki na tablicy, wolno kiwając głowami, jakby chciały w ten sposób przekonać same siebie o dobrej woli Japończyków. Kiedy jednak z bocznej uliczki wyszli trzej żołnierze w czarnych pelerynach, kobiety oddaliły się, przemykając pospiesznie w cieniu sklepów jak uciekające szczury. Powoli cofnęłam się o dwa kroki, po czym złączyłam dłonie na wysokości klatki piersiowej w geście buddyjskiego pozdrowienia i ukłoniłam się z przymkniętymi oczami, gdy mnie mijali. To drobne zwycięstwo rozciągnęło moje kroki i nadało im skocznego, niemal radosnego charakteru. Pomyślałam, że dziadek będzie ze mnie dumny.

Maszerując ulicami Seulu, przemierzałam kolejne kilometry, nie zwracając uwagi na śnieg, który przesiąkał przez podeszwy moich butów, sprawiając, że drętwiały mi stopy. Zdałam sobie sprawę z rzeczywistości, której wcześniej nigdy nie odczuwałam, być może dlatego, że w Korei dziewczynki są raczej rzadko zachęcane do wyrażania swoich bolączek albo wątpliwości. Ja byłam inna, zarówno pod względem ciała, jak i myśli.

W sklepowych witrynach i spojrzeniach przechodniów zaczęłam nagle dostrzegać obraz za wysokiej, zbyt smukłej nastolatki, o zbyt bladej cerze i za szeroko otwartych oczach. „Masz oczy ciekawskiej dziewczynki” – marudziła łagodnie halmeoni. Byłam dumna z moich oczu, od kiedy przeczytałam, że w Ameryce bogaci chińscy emigranci wydawali fortuny, żeby je sobie zoperować i usunąć tę napiętą powiekę, która u Azjatów przemienia okrągłe oko w obrany migdał, smukły, jakby namalowano go jednym pociągnięciem czarnego pędzla. Moje oczy były duże, nieco uniesione w kierunku skroni jak za pomocą niewidzialnej nici, ale ich ciemna tęczówka połyskiwała bez przeszkód, obramowana lekko opalizującymi powiekami o długich rzęsach. To nagłe wrażenie, że nie należę do tego samego świata co moi rodzice, co moi bracia albo przechodnie, których mijam, nagle zostało podszyte jeszcze bardziej intensywną pewnością, że mimo wszystko, w głębi duszy, jestem znacznie bardziej koreańska od nich.

Szłam tak długo. A potem nagle straciłam kontakt z rzeczywistością, nie pamiętam, co się ze mną działo.

Blade niebo przecinane skrzydłami żurawi. Dojmujący chłód, który przeszywa kości. Duszę się, nie wiem, gdzie jestem ani kto do mnie mówi. Słyszę jednak głos, który powtarza pytanie:

– Namae wa?

Słyszę je po raz pierwszy w życiu, nie wiedząc, że to tylko pierwszy z wielu kolejnych. Twardy, ostry niczym stal ton brzmiący, jakby ktoś mnie policzkował.

– Namae wa? Jak się nazywasz?

Z trudem odpowiadam, potrząsając głową, która stała się ciężka i przepełniona dziwnym szumem.

– Kim Sangmi.

Kolejne pytanie. Znowu po japońsku.

– Oi, namae dayo!

– Kim Sangmi.

Moje ciało płonie. Światło jest takie mocne, rażące. Przeszywa moje oczy. Jak się nazywam? Kim Sangmi. Czego jeszcze pan chce? Mam trzynaście lat. Chodzę do szkoły dla dziewcząt Hongsa-dong, a mój ojciec nazywa się Kim Ho-Il. Wymawiam imię i nazwisko ojca po koreańsku. Zresztą w ogóle odpowiadam po koreańsku. Myślę o dziadku i zbieram się na odwagę. Zdaje mi się, że straciłam przytomność, a głosy, które teraz słyszę, powoli wyrywają mnie ze zlodowaciałego otumanienia, które paraliżuje moje mięśnie i krępuje moje słowa. Co ja tu robię? Gdzie jestem? Czyżbym została zakneblowana, skoro moje usta odmawiają poprawnego wysławiania się? Boże, jak tu zimno! Wyjękuję, że jestem Koreanką. Nic nie widzę. Wyczuwam duże poruszenie, jakby wokół mnie przechodziły dziesiątki ludzi. Ich głosy odbijają się echem od ścian. Buty stukają o posadzkę. Krzyki, wyzwiska. Nie sądzę, żeby były skierowane do mnie, chociaż czyjaś ręką mną potrząsa, a druga podsuwa mi do wypicia ciepłą wodę w blaszanym kubku.

Nie wiem, jak długo czekam na tym krześle. Nie znam tej drapiącej tkaniny, która przykrywa moje nogi. Nie mam na sobie swoich ubrań: niebieskiej spódniczki szkolnej i białego swetra, tylko chłopskie spodnie w kwiecisty wzór i jakąś kurtkę. Potem nagle, w tym bezkształtnym hałasie utkanym z cieni i krzyków, pojawia się znajomy głos, zarazem łagodny i zimny. Moja matka. Mówi coś po japońsku, spokojnie, z rękami ułożonymi na klamrze torebki. Teraz dostrzegam jej sylwetkę. Wyraźnie. Matka jest ubrana w obszerny płaszcz, przez co wygląda na wyższą i silniejszą niż japoński żołnierz, który ją przepytuje, przyglądając jej się przez szkła okularów. Widzę też samo pomieszczenie: biuro z małymi zakratowanymi oknami wychodzącymi na zaśnieżone wzgórze. Matka jakby się podłamała. Jej głos stracił swój śpiewny ton. Słowa wychodzą z jej gardła ospale.

– Proszę pani, otóż pani córka… Bo to pani córka, nieprawdaż? Jak by nie patrzeć, pani córka pociągnęła tę kobietę do rzeki! Czy pani to rozumie?

Japończyk unosi głos. Zaczyna szafować szczegółami, potem wyjaśnieniami dostarczanymi mu przez troje świadków, którzy pojawili się nagle ze wścibskimi oczami. Jest wśród nich jakaś kobieta o kręconych włosach porudziałych od trwałej ondulacji. Jest bardziej zjadliwa niż reszta, oskarżycielsko wytyka mnie palcem i krzyczy piskliwie. Teraz sobie przypominam.

Przypominam sobie, jak opuściłam Honmachi i poszłam w kierunku rzeki, na południe, a potem zbliżyłam się do promu, który pomimo mrozu pokonywał rzekę Han na zakolu, gdzie woda nie została uwięziona przez lód. Chciałam przysiąść na śniegu, popatrzeć na ogromną szarą powierzchnię zamarzniętego nurtu i wypatrywać życia pod czarnymi szczelinami ciągnącymi się w wzdłuż brodu. Woda gwałtownie wirowała tam, gdzie rzeka próbowała umknąć potwornym zlodowaciałym płatom, które ją dusiły, i oddychała przy tym głęboko, rozłamując lód z przerażającymi trzaskami.

Nagle wśród pasażerów, którzy czekali przy pachołku do cumowania, zobaczyłam ją – ubraną na czerwono kobietę o przypudrowanym karku, która nie tak dawno kroczyła dumnie uwieszona na ramieniu mojego ojca. Rozpoznałam jej słodki zapach, wznoszący się głos, sposób chichotania, kiedy tylko mężczyzna, który jej towarzyszył, zbliżał się do niej. Był to jakiś Koreańczyk, a może Japończyk, mniejsza z tym. Kolejny mężczyzna bez honoru i sumienia, całkiem jak mój ojciec. Poczekałam, aż prom odbije od brzegu, aż wszyscy pasażerowie wsiądą, ułożą swoje bagaże. Na pokładzie było kilku japońskich żołnierzy z bronią na ramieniu i kilkanaścioro cywili, głównie kobiety, jakieś dziecko i staruszka z osłem obwieszonym pustymi klatkami na kury.

Kobieta w czerwonym zostawiła towarzyszącego jej mężczyznę, po czym, niepewnym krokiem, ponieważ jej wysokie obcasy ślizgały się na mokrych deskach, dołączyła do przyjaciółki, która czekała na nią przy sznurze służącym za barierkę. Prom zakołysał się wśród gardłowego pomruku sternika, który za pomocą ogromnej drewnianej tyczki odsuwał od brzegu bryły lodu. Odbicie promu od brzegu sprawiło, że deski pod stopami zaskrzypiały. Skrzypienie wielokrążka nasilało się tak bardzo, że pasażerowie za każdym razem witali je chwilą ciszy, jakby przeniknięci strachem, który nie miał żadnego uzasadnienia, prom bowiem nigdy się nie wywrócił przy odpływaniu, nawet podczas wiosennych roztopów. Prawdziwe niebezpieczeństwo czekało dalej, w połowie drogi między dwoma brzegami, w miejscu, gdzie zanurzenie promu jest niewielkie, za to nurt gwałtowny. Przy każdym kolejnym kursie oczy sternika nabierały fioletowego blasku, palone przez nieustanny wysiłek wypatrywania połyskujących brył lodu, które mogły w każdej chwili zacisnąć swe szczęki na przeładowanym promie.

Obydwie kobiety dalej się śmiały, zagarniając swoje spódnice i torebki nerwowym ruchem za każdym razem, kiedy staruszka i jej osioł ocierali się o nie, wytrąceni z równowagi przez bujanie. Kto by się przejmował jakąś trzynastoletnią dziewczynką? Kiedy podeszłam do kobiety w czerwonym, ta spojrzała na mnie zdziwiona, ponownie zaciskając palce na torebce. Rozpoznała mnie? A może wzięła za młodocianą złodziejkę? Byłam pewna, że nie umie pływać. Ja uczyłam się tego jako dziecko nad brzegiem właśnie tej rzeki.

Teraz znów w mojej pamięci wszystko jest zamglone. Czy wypadła ponad liną służącą za reling? Ześlizgnęła się pod nią? Czuję, jak deski rozcinają mi rękę, kiedy ją popycham. Ona nawet nie krzyczy, tylko macha nogami jak noworodek. Robi, co może, żeby się chwycić relingu, i ostatecznie się odwraca, pociągając mnie za sobą do rzeki. Miota się, ale chłód momentalnie krępuje jej ruchy. Mam wrażenie, jakby na moich kostkach zaciskały się jakieś potworne obcęgi. Pułapka wody. Czuję, że tracę dech, jakiś ogromny i lodowaty ciężar uciska mi klatkę piersiową. Ale ręce z pomalowanymi na różowo paznokciami uczepiają się mojego swetra. Wrzeszczące usta duszącej się kobiety dodają mi przy każdym podrygu wystarczającej odwagi, żeby utrzymać głowę nad powierzchnią, aż wreszcie kępa czarnych włosów i upudrowany kark znikają, pochłonięte tchnieniem rzeki. Chciałam ją zabić. Naprawdę tego chciałam. Zabić ją moimi dziecięcymi rękami.

Prom się zatrzymał. Pasażerowie, który nie zrozumieli tak naprawdę, co się wydarzyło, myśleli, że kobieta w czerwonym wpadła do wody, a ja dzielnie wskoczyłam jej na ratunek, pocieszali mnie, okrywszy kocem. Jakiś mężczyzna wskoczył do rzeki i wyciągnął mnie na pokład. Mój język na nabrzmiałych wargach wyczuwał smak mułu pomieszany z bardziej słonym smakiem krwi. Straciłam przytomność.

Twarz mojej matki naprzeciwko mojej twarzy. Jej ziemista skóra. Oddech. Futrzany kołnierz jej płaszcza roztaczający zapach mokrego psa.

Nie dostrzegam na jej wargach żadnej czułości, chociaż mam ochotę wykrzyczeć, że przecież wepchnęłam tę kobietę do wody tylko dla niej, żeby mnie kochała, żeby zrozumiała, że mój ojciec to zwykły drań, że ona zasługuje na coś lepszego… Ale matka wpatruje się we mnie bez słowa swoimi połówkami źrenic w kolorze popiołu schowanymi pod powiekami.

Wchodzi mój ojciec. Umiem rozpoznać jego krok, odkłada torbę na krzesło.

Zaczynam instynktownie drżeć. Ten człowiek mnie przeraża. Zachowuje się jak w domu, wierzchem dłoni otrzepuje swój płaszcz ze śniegu. Rozmawia po japońsku z policjantami, którzy nagle przestali się tak emocjonować.

– Kawamoto-san? Sōdesune?[7]

Pokrzykiwania policjantów przestały być aroganckie i spotulniały na dźwięk tego nazwiska. Kawamoto. Matka, równie osłupiała co ja, stara się zamaskować nerwowymi gestami zażenowanie, które chciałabym postrzegać jako poczucie wstydu. Ojciec swobodnie siada. Owszem, to dziecko skulone na krześle to jego córka, ale ma dopiero trzynaście lat, więc to musiał być wypadek… Ta kobieta zapewne się poślizgnęła? Wszyscy wiemy, jakie chybotliwe bywają te promy!

Ich głosy przycichają, wychodzą z małego biura i kontynuują rozmowę w pomieszczeniu obok. Ojciec pali teraz w towarzystwie Japończyka w mundurze. Mówią głośno i chyba już nie na mój temat. Docierają do mnie strzępki ich rozmowy. „Zwykła kurwa! Jakaś dziewczyna z burdelu na dworcu… Kto by takiej żałował?” Nagle moje oczy wypełniają się łzami, dopadają mnie wyrzuty sumienia, przemożne i uporczywe, przerywane kilkoma haustami nadziei. Czy ta kobieta nie żyje? Czy tylko straciła przytomność? Zaczynam się o nią niepokoić. „Zwykła kurwa”. Jak mój ojciec śmie pogardzać w ten sposób wszystkimi istotami, z którymi ma do czynienia? Nie znoszę tego mężczyzny i jego wyrafinowanej buty. Jego jawna pogarda nagle przydaje wartości i człowieczeństwa nieznajomej kobiecie o upudrowanym karku. „Zwykła kurwa”. Jej piskliwy głos, pomalowane na różowo paznokcie i rozchybotany krok teraz mną wstrząsają. Próbuję odtworzyć w pamięci rysy jej twarzy, które postrzegałam tylko poprzez kipiącą we mnie złość. To spojrzenie oszalałe od wody, która wlewała jej się do ust, nosa i odbierała jej życie. Kobieta najpierw zdawała mi się frywolna i wulgarna, teraz mam ją za słabą i prostą. Dostrzegam w niej dziewczynę, która nie wybrała sama swojego losu. Ja się na nią zawzięłam, wczepiwszy ręce w jej czarne włosy, słysząc przy tym, jak błaga mnie między dwoma haustami powietrza. Nie targają mną wyrzuty sumienia, tylko znacznie straszniejsze poczucie: pomyliłam się, śmiertelnie się pomyliłam.

Ta biedaczka nie była niczemu winna, była zwyczajną zabawką w rękach mężczyzn. Po krótkiej chwili cała moja nienawiść kieruje się na jedyny obiekt, który na nią tak naprawdę zasługuje: mojego ojca.

Pochodzi do mnie w towarzystwie tego Japończyka – prawdopodobnie przerwali rozmowę na widok moich łez, które uznali za oznakę tak długo wyczekiwanych wyrzutów sumienia.

– Powinnaś była nam powiedzieć, że jesteś córką Kawamoto sensei!

Głos wojskowego, mężczyzny o średniej posturze, na którego nosie tkwią typowe dla wszystkich Japończyków okulary z okrągłymi oprawkami, nagle karci mnie niby to szorstko, ale jednocześnie z czułością.

– Taka śliczna panna! Wyglądasz teraz jak zmokły pies! Następnym razem musisz uważać, trzymaj się mocno, kiedy prom będzie odpływał!

Mężczyzna lustruje mnie podejrzliwym wzrokiem znamiennym dla kogoś, kto stara się zdemaskować wroga, po czym odwraca się do mojej matki i posyła jej ckliwe pozdrowienia.

Wychodzimy spokojnie z posterunku policji. Ojciec idzie przodem, obleczony w swój przepastny płaszcz. Jego samochód czeka na ulicy pod oczarem o bezlistnych gałęziach, obwieszonym przejrzałymi owocami. Powietrze jest chłodne, słodkawe od miąższu owoców kaki, które opadły i fermentują na ziemi. Bordowy zamsz tapicerki skrzypi, kiedy wsuwam się na tylne siedzenie. Matka siada po mojej lewej stronie ze zmieszaną miną, bardziej zbulwersowana tym, że miałam do czynienia z prostytutką, niż moim bezsensownym zachowaniem. Czekam na burzę, która nie nadchodzi. Ta kobieta jest tak mało matką, że nawet nie miała ochoty albo siły mnie skrzyczeć.

Nagle widzę ją oczami dorosłej osoby: to zwyczajny szkic kobiety, wykonany z cieni i niepokojów, bezbronna lalka – niewzruszona, bo cierpiąca z powodu, o którym nie mam pojęcia, ale który najwyraźniej był mojemu ojcu na rękę.

[5] Nazwa nadana podczas japońskiej kolonizacji obecnej stolicy Korei Południowej, Seulowi.

[6] Obecnie Chungmu-ro.

[7] Ach tak, pan Kawamoto? (jap.)

MOKPO

Dalsza część dostępna w wersji pełnej