Czerwień kości - Ann Cleeves - ebook

12 osób właśnie czyta

Opis

Trzeci tom kultowej serii od brytyjskiej mistrzyni suspensu nagrodzonej za swoje kryminały Diamentowym Sztyletem.

Kiedy młoda kobieta pracująca na wykopaliskach w Whalsay odkrywa pozostawione tam ludzkie szczątki, wieść elektryzuje mieszkańców Szetlandów, zwłaszcza że z początku nikt nie wie, z jakiego okresu pochodzą zwłoki. Niedługo później dochodzi do morderstwa, a detektyw Jimmy Perez rozpoczyna śledztwo. Wkrótce okazuje się, że otoczeni przez morską pustkę ludzie skrzętnie chronią swoje tajemnice.

Kiedy detektyw przygląda się po kolei ludziom uwikłanym w sprawę, odkrywa trwający od kilku pokoleń konflikt pomiędzy dwiema rodzinami. W końcu ginie kolejna osoba, a wyspę spowija upiorna mgła, która również utrudnia prowadzone śledztwo.

Poruszając się po omacku, detektyw Jimmy Perez musi odkryć tożsamość mordercy, zanim ten uderzy ponownie.

***

„Finał robi oszałamiające wrażenie”. The Scotsman

„Tożsamość mordercy zaskoczy wszystkich”. Publishers Weekly

„Cleeves daje z siebie wszystko w tej doskonałej powieści”. The Globe and the Mail

„Dzięki takim książkom jak ta Cleeves zasłużyła na miano nowej Królowej Kryminału”. Sunday Mirror

„Spisana pięknym stylem, niespieszna intryga”. Peter James

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 450

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Red Bones

Copyright © Ann Cleeves, 2009

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Poznańskie, 2018

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Alicja Laskowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Pola i Daniel Rusiłowiczowie

Fotografie na okładce: Steve Bower / Shutterstock

Fotografia autorki na skrzydełku: Micha Theiner

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-7976-136-4

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

ROZDZIAŁ 1

Anna otworzyła oczy i zobaczyła parę dłoni pokrytych lśniącymi smugami krwi. Żadnej twarzy. W jej uszach brzmiał przeraźliwy krzyk. Najpierw miała wrażenie, że jest w Utrze i Ronald pomaga Josephowi zabić kolejną świnię. To tłumaczyłoby krew, czerwone dłonie i straszliwy, wysoki dźwięk. Wtedy uświadomiła sobie, że słyszy swój własny krzyk.

Ktoś położył suchą dłoń na jej czole i wymruczał niezrozumiałe słowa. W odpowiedzi warknęła, rzuciła jakieś przekleństwo.

Jeszcze więcej bólu.

Tak właśnie się umiera.

Środek znieczulający najwyraźniej przestawał działać, ponieważ kiedy ponownie otworzyła oczy w jaskrawym, sztucznym świetle, nagle wszystko do niej dotarło. Zyskała jasność.

Nie, tak się dzieje, kiedy się rodzi.

– Gdzie mój syn? – Usłyszała słowa, nieco przytłumione działaniem petydyny.

– Miał problemy z samodzielnym oddychaniem. Właśnie podaliśmy mu trochę tlenu. Już wszystko w porządku. – Głos kobiety. Szetlandzka wymowa, nieco protekcjonalny, ale uspokajający ton, a to było najważniejsze.

Mężczyzna stojący nieco dalej, z rękami zakrwawionymi po łokcie, uśmiechnął się z zakłopotaniem.

– Bardzo mi przykro – powiedział. – Zatrzymanie łożyska. Lepiej było przeprowadzić zabieg tutaj, zamiast zabierać cię na salę operacyjną. Pomyślałem, że nie chciałabyś tego po porodzie kleszczowym, ale nie mogło to być przyjemne.

Znowu pomyślała o Josephie, o owcach kocących się na wzgórzu, krukach odlatujących z łożyskami w dziobach i szponach. Nie tego się spodziewała. Nie przypuszczała, że rodzenie dziecka może być aż tak brutalne i gwałtowne. Odwróciła głowę i zobaczyła Ronalda – wciąż trzymał ją za rękę.

– Przepraszam, że cię zwymyślałam – odezwała się do niego.

Spostrzegła, że mężczyzna płacze.

– Byłem przerażony – stwierdził. – Myślałem, że umierasz.

ROZDZIAŁ 2

– Minionej nocy Anna Clouston urodziła dziecko – powiedziała Mima. – Najwyraźniej trudny poród. Rodziła dwadzieścia godzin. Zamierzają zatrzymać ją przez kilka dni na obserwacji. To chłopak. Kolejny mężczyzna, żeby przejąć „Cassandrę”. – Zerknęła porozumiewawczo na Hattie. Można było odnieść wrażenie, że bawi ją ciężki poród Anny. Mima lubiła chaos, nieład, pech spotykający innych ludzi. Dawało jej to temat do plotek i utrzymywało ją przy życiu. Tak przynajmniej mówiła, gdy siedziała w swojej kuchni, chichocząc nad herbatą czy whisky i przekazując Hattie wyspiarskie wiadomości.

Ona z kolei nie wiedziała, co powiedzieć o dziecku Anny Clouston – nigdy nie przepadała za noworodkami i nie rozumiała ich. Noworodek był po prostu kolejną komplikacją.

Stały w Setter, na polu z tyłu domu. Promienie wiosennego słońca oświetlały prowizoryczne wiatrochrony z niebieskiego plastiku, taczki, wykopy ogrodzone taśmami. Patrząc, jakby widziała to wszystko po raz pierwszy, Hattie pomyślała, jak wielki bałagan zrobili na tym końcu działki. Zanim pojawiła się jej grupa z uniwersytetu, Mima za długą, pochyłą łąką miała widok na fiord. Teraz, nawet na początku sezonu, było tu błoto jak na placu budowy, a wzrok kobiety potykał się o stertę ziemi. Taczka zryła trawę dziesiątkiem kolein.

Hattie spojrzała nad tą skazą ku horyzontowi. Było to najbardziej odkryte stanowisko archeologiczne, na jakim pracowała. Całe Szetlandy były niebem i wiatrem. Nie rosło tu nic, co zapewniałoby jakąkolwiek osłonę.

Kocham to miejsce, pomyślała nagle. Kocham bardziej niż cokolwiek na świecie. Chcę tu spędzić resztę życia.

Mima, zdumiewająco gibka jak na swój wiek, mocowała klamerkami ręczniki na sznurze do bielizny. Była tak niska, że musiała podnosić wysoko ręce, aby dosięgnąć sznura. Hattie pomyślała, że wygląda jak dziecko podskakujące na czubkach palców. Kosz na pranie był pusty.

– Chodź i zjedz jakieś śniadanie – zachęciła ją Mima. – Jeżeli nie przybierzesz trochę na wadze, wiatr cię zdmuchnie.

– Garnki i czajniki – odezwała się, idąc za nią po trawie w kierunku domu. Pomyślała sobie, że drepcząca przed nią Mima wyglądała tak krucho i wiotko, że mogłaby zostać porwana przez burzę i zwiana nad morze. Wciąż jednak mówiła i śmiała się, choć do chwili, gdy zniknęła w drzwiach, wiatr szarpał jej ciałem jak ogonem latawca.

W kuchni na podokienniku stała misa z hiacyntami w pełnym rozkwicie; ich zapach wypełniał całe pomieszczenie. Były jasnobłękitne z białymi pasemkami.

– Ładne – zauważyła Hattie, odsuwając krzesło i siadając przy stole. – Takie wiosenne.

– Właściwie nie widzę w trzymaniu ich tu większego sensu. – Mima sięgnęła do półki, żeby zdjąć patelnię. – To paskudne kwiaty i śmierdzą. Dała mi je Evelyn i najwyraźniej spodziewała się, że będę jej wdzięczna. Ale wkrótce je wykończę. Nigdy dotąd nie utrzymałam przy życiu żadnej rośliny doniczkowej.

Evelyn była synową Mimy i tematem do wielu narzekań.

Wszystkie naczynia i sztućce w domu Mimy były nieco brudnawe, ale Hattie, zazwyczaj tak pedantyczna i o tak kapryśnym apetycie, zawsze jadła wszystko, co ta dla niej przygotowała. Dzisiaj smażyła jajecznicę.

– Kury znowu dobrze się niosą – oświadczyła gospodyni. – Weźmiesz ze sobą trochę jajek, wracając do Bod[1].

Jajka były pokryte kurzymi odchodami i słomą, ale Mima rozbiła je i wlała prosto do miski, gdzie zaczęła mieszać zawartość widelcem. Półprzezroczyste białko i ciemne żółtko pryskały na ceratę stołu. Tym samym widelcem kobieta oddzieliła kawałek masła z częściowo zawiniętej kostki i strząsnęła go na patelnię stojącą na kuchence gazowej. Masło zaskwierczało, a ona wlała na nie jaja. Wrzuciła parę kawałków chleba prosto na fajerkę i zapachniało spalenizną.

– Gdzie dziś rano podziała się Sophie? – zapytała, kiedy zaczęły jeść. Miała pełne usta i niezbyt dobrze dopasowaną protezę, dlatego Hattie nie od razu ją zrozumiała.

Sophie była asystentką Hattie na wykopaliskach. Zazwyczaj Hattie sama wszystko planowała i przygotowywała. Bądź co bądź, to był jej doktorat, jej projekt. Obsesyjnie starała się, żeby wszystko było jak należy. Ale tego ranka chciała znaleźć się na stanowisku jak najszybciej. Czasami dobrze było uwolnić się od młodej studentki. Przede wszystkim zaś była zadowolona, że może sama pogawędzić z Mimą.

Starsza kobieta lubiła Sophie. W czasie poprzedniego sezonu wykopalisk dziewczyny zostały zaproszone na tańce do miejscowej świetlicy i Sophie była duszą towarzystwa. Mężczyźni ustawiali się w kolejce, aby zatańczyć z nią reela. Flirtowała z nimi wszystkimi, nawet z żonatymi. Hattie obserwowała ją z dezaprobatą i niepokojem, ale też z zawiścią. Mima podeszła do niej od tyłu i przekrzykując muzykę, wrzasnęła jej do ucha: „Dziewczyna przypomina mnie samą, kiedy byłam w jej wieku. Wokół mnie też kłębili się faceci. To dla niej tylko nieco zabawy. Nic nie znaczy. Powinnaś się trochę rozchmurzyć”.

Jak bardzo brakowało mi zimą Whalsay!– pomyślała Hattie. Jak bardzo mi brakowało Mimy!

– Sophie trochę pracuje w Bod – wyjaśniła. – Papierkowa robota. Sama wiesz. Wkrótce tu będzie.

– A ty? – zapytała kobieta. Jej ptasie oczy błyszczały nad krawędzią kubka. – Znalazłaś sobie faceta, kiedy cię nie było? Może przystojnego naukowca? Kogoś, kto ogrzewa cię w łóżku w te długie, zimowe noce?

– Nie drażnij się ze mną, Mimo. – Hattie odcięła rożek tostu, ale nawet go nie spróbowała. Straciła apetyt.

– Może powinnaś poszukać sobie kogoś na wyspie. Sandy wciąż nie znalazł żony. Mogłabyś trafić gorzej. Ma w sobie więcej życia niż choćby jego matka.

– Evelyn jest w porządku – zaprotestowała dziewczyna. – Jest dla nas dobra. Nie wszyscy na wyspie patrzą przychylnie na wykopaliska, a ona zawsze nas wspierała.

Mima nie miała jednak zamiaru zostawić w spokoju kwestii życia uczuciowego archeolożki.

– Uważaj na siebie, dziewczyno. Znajdź sobie kogoś właściwego. Nie chcę, żebyś ucierpiała. Wiem o tym wszystko. Mój Jerry nie były takim aniołem, za jakiego wszyscy go uważali. – I nagle przeszła na dialekt: – Możebne żyć bez chłopa, możebne. Żyłam bez chłopa prawie sześćdziesiąt lat.

Puściła oko i Hattie przyszło do głowy, że chociaż nie miała męża od sześćdziesięciu lat, to najprawdopodobniej w jej życiu było wystarczająco dużo mężczyzn. Zastanawiała się, co stara kobieta usiłowała jej przez to powiedzieć.

Po umyciu talerzy dziewczyna natychmiast wróciła na stanowisko. Mima została w środku. Był czwartek i podejmowała Cedrica, swojego przyjaciela. Myśli o tym miejscu towarzyszyły Hattie całą zimę, ogrzewając ją niczym kochanek. Obsesje na punkcie archeologii, tej wyspy i jej mieszkańców połączyły się w jej świadomości w jedno; Whalsay, jeden projekt i jedno pragnienie. Po raz pierwszy od lat czuła ekscytację. Doprawdy, pomyślała. Nie mam powodu traktować tego w podobny sposób. Co się ze mną dzieje? Poczuła, że się uśmiecha. Muszę się pilnować. Ludzie pomyślą, że zwariowałam, i znowu mnie zamkną. Ale mimo to uśmiechnęła się jeszcze szerzej.

Kiedy przybyła Sophie, Hattie wysłała ją, żeby przygotowała wykop szkoleniowy.

– Jeżeli Evelyn chce zostać ochotniczką, musimy odpowiednio ją przygotować. Oczyść teren poza głównym stanowiskiem.

– Cholera, Hat! Czy naprawdę musimy ją tu mieć ? Uważam, że jest dość miła, ale to nudziara.

Sophie była wysoką, sprawną dziewczyną o długich, płowych włosach. Przez zimę pomagała przyjaciółce, pracując jako pokojówka w domku górskim w Alpach, i teraz miała opaloną, lśniącą skórę. Była spokojna, swobodna i nie przejmowała się niczym. Hattie czuła się przy niej jak znerwicowany truteń.

– Warunkiem naszej pracy na Szetlandach jest popieranie zaangażowania miejscowej społeczności – odparła. – Dobrze o tym wiesz.

O Boże, pomyślała. Teraz gadam jak podstarzała nauczycielka. Taka nabzdyczona!

Sophie nie odpowiedziała. Wzruszyła tylko ramionami i zabrała się do pracy.

Później Hattie oznajmiła, że idzie do Utry porozmawiać z Evelyn o przeszkoleniu do pracy przy wykopaliskach. To była wymówka. Nie miała dotąd okazji ponownie odwiedzić swoich ulubionych miejsc w Lindby. Słonce wciąż świeciło i chciała jak najlepiej wykorzystać dobrą pogodę. Kiedy szła obok domu, Cedric właśnie odjeżdżał samochodem. Mima stała w oknie kuchennym i machała mu na pożegnanie. Zobaczyła Hattie i podeszła do otwartych drzwi.

– Wpadniesz na herbatę?

Archeolożka pomyślała, że kobieta chce tylko wyciągnąć od niej więcej informacji i udzielić jej kolejnych rad.

– Nie – odparła. – Nie mam dziś czasu. Ale jeżeli masz ochotę zawołać Sophie, może zrobić sobie przerwę.

[1] Camping Bod – typowe dla Szetlandów schroniska turystyczne utworzone w starych chatach rybackich (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

ROZDZIAŁ 3

Noworodek Anny spędził pierwszą noc życia na oddziale intensywnej terapii. Położne wyjaśniły, że nie ma powodu do niepokoju. Dobrze sobie radzi i jest uroczym chłopczykiem, ale wciąż potrzebuje nieco pomocy w oddychaniu i muszą przez jakiś czas trzymać go w inkubatorze. Poza tym Anna była wyczerpana i powinna odpocząć. Rankiem przyniosą jej malca i pomogą go nakarmić. Nie ma żadnych przeciwskazań, by za parę dni nie znaleźli się w domu.

Budziła się i zasypiała. Lekarz dał jej więcej środków przeciwbólowych i miała bardzo sugestywne sny. Kiedy raz przebudziła się nagle, zastanawiała się, czy podobny stan świadomości nie jest skutkiem zażycia narkotyków. Na uniwersytecie nigdy nie czuła pokusy, aby ich spróbować. Zawsze uważała, że musi zachowywać kontrolę nad sobą.

Zdawała sobie sprawę, że Ronald jest przy niej. Parę razy słyszała, jak rozmawia przez komórkę. Pomyślała, że dobrze, by zadzwonił do swoich rodziców. Zaczęła mu tłumaczyć, że nie powinien używać telefonu w szpitalu, ale ogarnęła ją jakaś niemoc i właściwie nic nie powiedziała.

Obudziła się, kiedy było już jasno i czuła się bardziej sobą. Trochę obolała i zmaltretowana, ale sprawna umysłowo. Ronald mocno spał w fotelu w rogu pokoju, z odrzuconą do tyłu głową, i głośno chrapał. Pojawiła się położna.

– Jak się czuje moje maleństwo? – Anna wciąż nie bardzo mogła uwierzyć, że ma dziecko, że wszystkie przeżycia związane z rodzeniem nie powstały tylko w jej wyobraźni. Czuła się, jakby wydarzenia z poprzedniego wieczoru nie do końca jej dotyczyły.

– Przyniosę ci je. Radzi sobie już całkiem dobrze i oddycha samodzielnie.

Ronald poruszył się w fotelu i także się obudził. Ze szczeciną zarostu na podbródku wyglądał jak swój ojciec. Rozespany, miał nieco nieobecne spojrzenie.

Noworodek leżał na wznak w plastikowym pudełku przypominającym akwarium. Jego skóra miała nieco żółtawe zabarwienie. Anna czytała odpowiednie książki i wiedziała, że to normalne. Miał na główce ciemny puszek włosów, a po obu jej stronach dwa różowe ślady.

– Nie martw się tym – oświadczyła położna. Uznała, że domyśla się, nad czym zastanawia się Anna. – To po porodzie kleszczowym. Znikną za parę dni. – Podniosła noworodka, owinęła go w kocyk i podała matce. Ta spojrzała na maleńkie, idealne uszko.

– Czy nie powinniśmy go nakarmić?

Ronald był już całkiem rozbudzony. Usiadł obok żony, naprzeciwko położnej. Wyciągnął palec i przyglądał się, jak chłopczyk go chwyta.

Położna pokazywała Annie najlepszą metodę karmienia dziecka.

– Połóż poduszkę na podołku, o tak, podtrzymaj jego główkę dłonią i w taki sposób skieruj do sutka… – Anna, zazwyczaj tak kompetentna w sprawach praktycznych, czuła się niezgrabna i niezręczna. Nagle dziecko przywarło do niej i zaczęło ssać; uczucie to sięgało aż do jej brzucha.

– No proszę – oznajmiła położna. – Wszystko w normie. Jeżeli reszta pójdzie dobrze, nie ma powodu, żebyście nie znaleźli się jutro w domu.

Kiedy sobie poszła, nadal siedzieli na łóżku i przyglądali się dziecku. Naraz zasnęło mocno i Ronald podniósł je ostrożnie, a potem włożył z powrotem do plastikowego łóżeczka. Anna dostała własny pokój z widokiem na szare domy nad morzem. Napisali notkę, którą zamierzali zamieścić w „Shetland Times”: „Dwudziestego marca urodził się James Andrew, syn Ronalda i Anny Clouston. Pierwszy wnuk Andrew i Jacobiny Clouston z Whalesay oraz Jamesa i Catherine Brown z Hereford, Anglia”.

Termin narodzin Jamesa został zaplanowany, tak jak wszystko w życiu Anny. Uznała, że wiosna będzie idealnym czasem wydania dziecka na świat, a Whalsay powinno być cudownym miejscem, aby je wychować. Poród był boleśniejszy i bardziej nieprzyjemny, niż sobie wyobrażała, ale teraz było już po wszystkim. Nic nie stało na przeszkodzie, żeby życie ich rodziny ułożyło się gładko.

Ronald nie mógł oderwać wzroku od syna. Powinna była się domyślić, że będzie kochającym ojcem.

– Może poszedłbyś do domu? – zapytała. – Weź prysznic i przebierz się. Wszyscy zechcą usłyszeć wiadomość.

– Chyba tak zrobię. – Spodziewała się, że w szpitalu nie czuje się dobrze. – Ale może powinienem przyjechać i odwiedzić cię wieczorem?

– Nie. – Pokręciła głową. – Najpierw czeka cię taka długa jazda, a potem czas spędzony na promie. Powinieneś być tu z samego rana, żeby zabrać nas do domu. – Pomyślała się, że chętnie spędzi trochę czasu sam na sam z malcem. Uśmiechnęła się, wyobrażając sobie, jak Ronald urządza objazd wyspy, jak rozpierają go informacje o narodzinach i synu. Musiał odwiedzić wszystkich krewnych, by powtórzyć opowieść, jak wody jej odeszły, kiedy rozbili zakupy w sklepie Co-op, o trudnym porodzie i dziecku, które z wrzaskiem zostało wydobyte na świat.

ROZDZIAŁ 4

Hattie mogłaby się obejść bez Evelyn tkwiącej w Setter cały dzień. Wróciły na Whalsay na tydzień i miała inne rzeczy do przemyślenia; niepokoje dręczyły jej podświadomość, zastępowane od czasu do czas chwilami radości. Poza tym chciała wrócić do wykopalisk. Własnych wykopalisk, które od jesieni znajdowały się pod przykryciem. Teraz dłuższe dni i lepsza pogoda pozwoliły jej znów przyjechać na Szetlandy, aby mogła wreszcie ukończyć projekt. Nie mogła doczekać się powrotu na główne stanowisko, do przesiewania i datowania, kompletowania drobiazgowych danych. Chciała udowodnić swoją tezę i zagubić się w przeszłości. Gdyby mogła dowieść, że Setter było miejscem, w którym znajdował się dom średniowiecznego kupca, miałaby oryginalny materiał badawczy do swojej pracy doktorskiej. Co ważniejsze, odkrycie artefaktów pozwalających datować budynek i potwierdzić jego status, dałoby jej podstawy do wystąpienia z wnioskiem o finansowanie i przedłużenia wykopalisk. Dzięki temu miałaby wymówkę, aby pozostać na Szetlandach. Nie mogła znieść myśli o opuszczeniu wysp. Nie przypuszczała, że mogłaby kiedykolwiek znowu żyć w mieście.

Ale Evelyn była miejscową ochotniczką i wymagała szkolenia, a Hattie musiała zatrzymać ją na stanowisku archeologicznym. Wiedziała, że nie radzi sobie dobrze z ochotnikami. Była niecierpliwa i oczekiwała od nich zbyt wiele. Używała języka, którego nie mogli zrozumieć. Dzisiaj nie będzie łatwo.

Znowu obudziło je jasno świecące słońce, ale teraz znad morza nadpłynęła mgła, rozmywając jego blask. Dom Mimy był cieniem majaczącym w oddali; wszystko sprawiało wrażenie bardziej miękkiego i organicznego. Zupełnie jakby tyczki pomiarowe wyrosły z ziemi niczym wierzby, a sterta odkładu gruntu była naturalną fałdą terenu.

Poprzedniego dnia Sophie wytyczyła wykop szkoleniowy i wycięła darń w pewnej odległości od głównego stanowiska. Odsłoniła korzenie oraz pas nietypowo piaszczystej, suchej ziemi, a następnie wyrównała go motyką. Ćwiczenia mogły się zacząć. Górną warstwę ziemi przerzucono na istniejącą już stertę. Wszystko było gotowe, kiedy dokładnie o dziesiątej, tak jak zapowiedziała, zjawiła się Evelyn ubrana w sztruksowe spodnie i gruby, stary sweter. Była wyraźnie podekscytowana, gotowa do pomocy, jak uczennica chcąca przypodobać się nauczycielowi. Hattie omówiła z nią cały proces pracy przy wykopaliskach.

– Możemy już zacząć? – Hattie wiedziała, że Evelyn jest pełna entuzjazmu, ale na dobrą sprawę powinna traktować to poważniej i na przykład robić notatki. Dość szczegółowo przedstawiła jej metody sporządzania dokumentacji stanowiska, ale nie była pewna, czy kobieta zrozumiała. – Chcesz popracować szpatułką, Evelyn? Na takim stanowisku nie przesiewamy wszystkiego, chociaż możemy przepuścić urobek przez flotownik, a każde znalezisko powinno być osadzone w kontekście. Rozumiesz, jakie to ważne, prawda?

– Tak, tak.

– Pracujemy od znanego do nieznanego, dlatego poruszamy szpatułką zawsze od siebie. Nie chcemy deptać po rzeczach, które już odsłoniliśmy.

Evelyn spojrzała na nią.

– Może nie pracuję nad doktoratem – oznajmiła – ale nie jestem też głupia. Słuchałam, co mówisz. – Powiedziała to łagodnie, mimo to Hattie poczuła, że się czerwieni.

Kiepsko mi idzie z ludźmi, pomyślała. Nie tak jak z przedmiotami czy koncepcjami. Rozumiem, jak działa przeszłość, ale nie wiem, jak żyć ze współczesnymi ludźmi.

Starsza kobieta przykucnęła w wykopie i przystąpiła do ostrożnej pracy szpatułką. Zaczęła w jednym rogu, zdrapała górną warstwę gleby i wyciągnęła rękę, aby przesypać ją do wiadra.

Marszczyła brwi jak dziecko skupiające się na codziennych pracach domowych. W ciągu następnej półgodziny za każdym razem, gdy Hattie zerkała w jej stronę, wyraz jej twarzy pozostawał taki sam. Archeolożka miała właśnie podejść i sprawdzić pracę Evelyn, kiedy starsza kobieta sama ją zawołała.

– Co to takiego?

Hattie wyprostowała się i poszła zobaczyć. Na tle jaśniejszej, piaszczystej gleby i kawałków muszli widać było coś solidnego. Dziewczyna wbrew sobie samej poczuła podniecenie. Być może to kawałek ceramiki. Importowanej ceramiki świadczącej, że dom miał właśnie taki status, jaki pragnęła ustalić. Umieściły wykop szkoleniowy dość daleko od stanowiska, na którym pracowano, ponieważ nie chciały, żeby amatorzy natknęli się na jakieś cenne znalezisko, ale być może trafiły na latrynę, albo nawet przedłużenie samego domu. Kucnęła obok Evelyn, niemal ją odpychając, i zaczęła odgarniać ziemię z odsłoniętego obiektu. To nie była ceramika, chociaż miała czerwonobrązowy kolor gliny. Kość, teraz widziała to wyraźnie. Na podstawie studenckich doświadczeń spodziewała się, że stara kość będzie biała, kremowa lub szara, ale tu zaskoczyła ją intensywność barwy. Duży kawałek kości, okrągły, pomyślała, chociaż tylko fragment został odsłonięty.

Była rozczarowana, ale starała się tego nie okazać. Pierwsze znalezisko emocjonowało nowicjuszy. Na szetlandzkich stanowiskach archeologicznych zawsze znajdowali odłamki kości, najczęściej owczych, choć pewnego razu był to niemal całkowicie zachowany szkielet konia.

Zaczęła tłumaczyć to Evelyn, starając się wyjaśnić, co zwierzęce szczątki mogą powiedzieć o samej osadzie.

– Nie możemy tak po prostu wykopać obiektu – powiedziała. – Musimy utrzymać go w kontekście sytuacyjnym, nadal usuwając warstwę po warstwie. To  dobre ćwiczenie. Zostawiam ci tę robotę i wrócę za jakiś czas. – Zdawała sobie sprawę, jak niezręcznie by się czuła, gdyby to jej ktoś patrzył przez ramię. Poza tym sama miała co robić.

Później, w czasie przerwy, poszły do domu. Mima zrobiła im kanapki, a potem wyszła zobaczyć, co się dzieje. Kiedy Evelyn wróciła do pracy w wykopie, stara kobieta stała i przyglądała się. Miała na sobie czarne spodnie z krempliny i gumiaki z luźnymi cholewkami do kolan. Na ramiona narzuciła poprzecierane szare futerko. Hattie pomyślała, że kiedy tak tak stoi i obserwuje pracującą synową, przypomina wronę siwą.

– Wiesz, Evelyn, jak wyglądasz? – odezwała się teściowa ochotniczki. – Na czworakach, jak jakieś zwierzę. Przy tym świetle można by cię wziąć za jedną ze świń Josepha, ryjących tu w ziemi. Musisz uważać albo on poderżnie ci gardło i zje zamiast bekonu. – Roześmiała się tak głośno, że aż się zakrztusiła i zaczęła kaszleć.

Evelyn nie odezwała się. Uklękła i spojrzała na nią gniewnie. Hattie zrobiło się jej żal. Nie miała pojęcia, że Mima może być tak okrutna. Zeskoczyła do wykopu obok pracującej kobiety. Odsłonięta w większej części kość sterczała już z ziemi. Hattie wyciągnęła z kieszeni dżinsów własną szpatułkę. Koncentrując się mocno, odgarnęła jeszcze trochę ziemi, a potem wzięła pędzelek. Kształt kości był teraz wyraźniej określony – elegancki łuk, wyrzeźbione zagłębienie.

– Pars orbitalis – powiedziała. Szok i podniecenie sprawiły, że zapomniała o wcześniejszym postanowieniu, żeby się nie popisywać i używać prostego języka, zrozumiałego dla Evelyn.

Ta spojrzała na nią.

– Część oczodołowa – wyjaśniła Hattie. – To fragment ludzkiej czaszki.

– Och, nie – jęknęła Mima. Dziewczyna spojrzała na nią i zobaczyła, że twarz starej kobiety jest zupełnie biała. – To nie może być prawda. Nie, nie, to niemożliwe.

Odwróciła się i uciekła do domu.

ROZDZIAŁ 5

Sandy Wilson niepewnym krokiem szedł przez pole. Było kilka tygodni po tym, jak Hattie znalazła czaszkę, jedna z tych czarnych jak smoła nocy, często zdarzających się na wiosnę. Wcale nie było zimno, ale wyspę przykrywały niskie chmury, a gęsta, nieustająca mżawka nie pozwalała zobaczyć księżyca, gwiazd, a nawet oświetlonych okien domu za jego plecami. Nie miał latarki, ale wcale jej nie potrzebował. Dorastał tutaj. Jeżeli mieszka się na wyspie o długości sześciu, a szerokości dwóch i pół mili, zanim skończy się dziesięć lat, zna się już każdy jej cal. A wewnętrzna mapa pozostaje w człowieku, nawet kiedy już stąd wyjedzie. Sandy mieszkał obecnie w mieście, w Lerwick, ale uważał, że gdyby zrzucono go z zawiązanymi oczami w dowolnym miejscu Whalsay, byłby w stanie po kilku minutach powiedzieć, gdzie jest, po prostu czując ziemię pod stopami i dotykając najbliższego murku.

Zdawał sobie sprawę, że za dużo wypił, ale pogratulował sobie, że w porę opuścił Pier House Hotel. Matka czeka na niego. Jeszcze parę drinków i by się nawalił. A potem wysłuchałby starego kazania o powściągliwości i o swoim bracie Michaelu, który całkowicie rzucił gorzałę. Sandy pomyślał, że dobrze byłoby po drodze wpaść do babki na kubek mocnej kawy, po którym wróciłby do domu zupełnie trzeźwy. Na początku tygodnia zadzwoniła do niego i powiedziała, żeby wpadł do Setter, kiedy następnym razem będzie w domu. Mima nie robiła mu problemów, jeżeli widziała go zawianego. Sama dała mu pierwszy kieliszek, kiedy pewnego ranka szedł do wielkiej szkoły. Było zimno i powiedziała, że whisky odpędzi chłód. Parskał i krztusił się, jakby to było najpaskudniejsze lekarstwo, ale od tej pory zasmakował w tym trunku. Pomyślał, że Mima lubiła alkohol od kołyski, chociaż nigdy nie wyglądała, jakby ten miał na nią jakiś wpływ. Nigdy nie widział jej pijanej.

Pole opadało w kierunku drogi prowadzącej do zagrody babki. Usłyszał wystrzał. Huk zaskoczył go na moment, ale nie zwrócił na niego uwagi. To pewnie Ronald poluje na króliki z tym swoim wielkim reflektorem. Kiedy Sandy przyszedł zobaczyć ich dzieciaka, mówił, że się na nie wybierze, ale to była dobra noc na polowanie. Króliki oślepione światłem latarki stały jak posążki, jakby tylko czekały, żeby do nich strzelić. Nie było to legalne, króliki były jednak na wyspach takim utrapieniem, że nikt się nie przejmował kłusownictwem. Ronald był jego kuzynem. Któregoś stopnia. Chłopak zaczął się zastanawiać, jakiego rodzaju to pokrewieństwo, ale genealogia była skomplikowana, a on wypił zdecydowanie za dużo. W końcu pogubił się i dał sobie spokój. Dalszej jego drodze do Setter akompaniowały rozlegające się co jakiś czas wystrzały z dubeltówki.

Dotarł do zakrętu i zgodnie z oczekiwaniem zobaczył światło w oknie kuchni Mimy. Jej dom był przytulony do wzgórza, pojawiał się całkiem nieoczekiwanie. Wielu wyspiarzy było zadowolonych, że osłania go okoliczny teren, ponieważ wyglądał niechlujnie. W ogrodzie było pełno chwastów, framugi okien oblazły z farby i zmurszały. Evelyn, matka Sandy’ego, czuła się zawstydzona stanem zagrody Mimy i regularnie suszyła o to głowę jego ojcu. „Czemu nie pójdziesz i nie zrobisz tam porządku?” Ale Mima nawet nie chciała o tym słyszeć. „Przetrwa dłużej niż ja” – mówiła zadowolona z siebie. „Lubię ją taką, jaka jest. Nie chcę, żebyście pętali mi się po obejściu”. Joseph bardziej liczył się z matką niż z żoną, w związku z czym pozostawiono staruszkę w spokoju.

Setter była najbardziej osłoniętą zagrodą na wyspie. Archeolog, który przyjechał w ubiegłym roku z uniwersytetu na południu, powiedział, że ludzie mieszkali na tej ziemi od tysięcy lat. Zapytał, czy mogą wykopać parę rowów na polu niedaleko domu. „Projekt dla doktorantów” – wyjaśnił. Jedna z nich uważa, że w tym miejscu był wielki dom. Potem wszystko zasypią. Przywrócą dawny stan. Sandy myślał, że Mima zgodziłaby się tak czy owak. Historyk zrobił na niej duże wrażenie. „Bardzo przystojny mężczyzna” – powiedziała wnukowi. Oczy jej błyszczały. Sandy widział, jaka musiała być w młodości. Zuchwała. Bezwstydna. Nic dziwnego, że inne kobiety na wyspie miały się przed nią na baczności.

Z pola przy drodze dobiegły go jakieś dźwięki. Tym razem nie wystrzał, ale mruczenie, chrzęst i tupot. Odwrócił się i w odległości kilku kroków zobaczył zarys krowy. Mima była jedyną osobą na Whalsay, która jeszcze doiła ręcznie. Pozostali przestali się tym zajmować całe dziesięciolecia temu, zniechęceni ciężką pracą i przepisami higienicznymi uniemożliwiającymi sprzedaż mleka. Byli jednak ludzie, którzy nadal lubili niepasteryzowane i w zamian za dzbanek żółtego płynu co rano naprawiali Mimie dach albo wręczali butelkę whisky. Sandy nie by pewien, czy nadal byliby tacy chętni, gdyby widzieli, jak Mima doi. Ostatnim razem, kiedy przyglądał się, jak to robi, wydmuchała nos w brudny ręcznik, a potem wycierała nim wymiona. O ile jednak Sandy wiedział, nikt się przez to nie pochorował. Sam wychowywał się na tym mleku i wcale mu nie zaszkodziło. Nawet jego matka zbierała śmietankę z powierzchni płynu w bańce i poprawiała nią smak swojej owsianki.

Otworzył drzwi kuchni, spodziewając się, że zobaczy babkę siedzącą na fotelu obok pieca kuchennego, z kotem na kolanach, pustą szklanką na stole obok i oglądającą coś brutalnego w telewizji. Nigdy nie szła wcześnie do łóżka, można było odnieść wrażenie, że w ogóle niewiele śpi, i uwielbiała przemoc. Była w tej rodzinie jedyną osobą zadowoloną z wybranego przez niego zawodu. „Tylko pomyślcie – mówiła – glina!” Miała w tym momencie jakieś rozmarzone spojrzenie i był pewien, że wyobraża sobie Nowy Jork, broń, pościgi samochodowe. Tylko raz była na południu, w Aberdeen, na pogrzebie. Jej obraz świata ukształtowała telewizja. Robota policyjna na Szetlandach niezbyt przypominała filmy akcji, lecz mimo wszystko babka lubiła słuchać jego opowieści. Przesadzał w nich – ale tylko trochę, żeby sprawić jej przyjemność.

Telewizor był włączony, dźwięk ustawiony koszmarnie głośno. Mima traciła słuch, chociaż nie chciała się do tego przyznać rodzinie. Ale kot leżał na fotelu samotnie. Był wielki, czarny i złośliwy wobec wszystkich oprócz właścicielki. Matka nazywała go kotem czarownicy. Sandy wyłączył dźwięk, otworzył drzwi do wnętrza domu i zawołał:

– Mima! To ja!

Wiedział, że nie śpi. Nigdy nie zostawiała włączonego światła i telewizora, a kot dzielił z nią łóżko, podobnie jak fotel. Jej mąż zginął w wypadku na morzu, kiedy była jeszcze młodą kobietą. Krążyły plotki, że była szaloną młodą wdową, ale od kiedy ją znał, żyła samotnie.

Odpowiedzi nie było. Nagle poczuł się całkiem trzeźwy i obszedł pozostałą część domu. Był tam korytarz biegnący na tyłach trzech pokojów; wszedł do każdego z nich. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek wcześniej znalazł się w jej sypialni. Nigdy nie chorowała. Było to kwadratowe pomieszczenie zdominowane przez ciężką szafę z ciemnego drewna i łóżko tak wysokie, że nie mógł sobie wyobrazić, jak wdrapywała się na nie bez stopni. Na podłodze leżało takie samo grube, brązowe linoleum, jak w kuchni, i dywanik z owczej skóry, kiedyś biały, a teraz szary z mocno zbitym włosiem. Wypłowiałe, postrzępione kremowe zasłony z wzorkiem małych różyczek były niezaciągnięte. Na parapecie stało zdjęcie jej męża. Miał gęstą, rudą brodę, bardzo niebieskie oczy, sztormiak oraz wysokie buty i przypominał Sandy’emu ojca. Łóżko było zasłane, przykryte szydełkowaną kapą w kwadraty. Nie znalazł żadnego śladu Mimy.

Łazienka była bardziej współczesnym dodatkiem, przybudówką na tyłach domu, chociaż znajdowała się tam, od kiedy Sandy pamiętał. Wanna i umywalka były w nieprawdopodobnie błękitnym kolorze, ale na podłodze i tu leżało brązowe linoleum, częściowo przykryte jaskrawoniebieskim kosmatym dywanikiem. Pachniało wilgocią i mokrymi ręcznikami. Ogromny pająk wędrował wokół otworu odpływowego. Poza tym pomieszczenie było puste.

Sandy usiłował myśleć racjonalnie. Miał do czynienia z dochodzeniami w sprawie osób zaginionych i wiedział, że rodziny zawsze niepotrzebnie panikują. Kiedy tylko odkładał słuchawkę, żartował z zaniepokojonych rodziców lub partnerów: „Ubiegłej nocy była balanga w Haa. Tam właśnie będą”. Ale teraz przeżył szok spowodowany nieoczekiwanym, nieznanym. Mima nigdy nie wychodziła z domu nocą, chyba że na familijne spotkanie w domu jego rodziców albo na jakąś imprezę na dużej wyspie, na przykład na wesele. W takim wypadku jednak ktoś by ją podwoził i Sandy by o tym wiedział. Właściwie nie miała prawdziwych przyjaciół. Większość ludzi na Whalsay trochę się jej obawiała. Czuł, że przestaje panować nad myślami, usiłował zachować spokój. Co w tej sytuacji zrobiłby Jimmy Perez?

Mima zawsze zamykała kury na noc. Może wyszła to zrobić, przewróciła się i upadła. Archeolodzy wykopali te swoje rowy tuż koło domu, a ona się starzała i być może whisky w końcu wpłynęła na jej orientację w terenie. Jeżeli zboczyła w tamtą stronę, mogła łatwo wpaść do jakiejś dziury.

Sandy wrócił do kuchni i z szuflady stołu wyjął latarkę. Była tam od czasów, kiedy w każdym domu znajdował się agregat prądotwórczy, włączany tylko wieczorem na kilka godzin. Na zewnątrz poczuł chłód mgły i deszczu, jeszcze bardziej przenikliwy po gorącu buchającym z kuchenki. Musiało już być blisko północy. Matka pewnie zachodzi w głowę, gdzie się podział. Obszedł dom naokoło. Stała tam szopa, do której babka prowadziła krowę na dojenie. Kiedy jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności, światło padające z domu okazało się wystarczające, aby wyraźnie widział, dokąd idzie. Zostawił światło w łazience, a jej okno wychodziło na tę stronę. Jeszcze nie musiał włączać latarki. Kury były już pozamykane. Sprawdził, czy haczyk na drzwiach drewnianego kurnika jest założony, i usłyszał szmer poruszających się zwierząt.

Rano pogoda była ładna i Mima musiała zrobić pranie. Sznur ciągnął się od domu w kierunku miejsca, gdzie archeolodzy założyli swoje stanowisko. Na nylonowej lince przyczepiono ręczniki i prześcieradło. Obwisły ciężko i bez życia, jak żagle łodzi w czasie flauty. Inne kobiety na wyspie zebrałyby pranie natychmiast, gdy pogorszyła się pogoda, ale Mima się tym nie przejmowała, zwłaszcza jeżeli akurat piła herbatę albo czytała książkę. Właśnie ten jej brak odpowiedzialności tak bardzo irytował jej sąsiadów. Jak można nie dbać o to, co myślą ludzie? Jak można tak zaniedbywać dom?

Sandy przeszedł obok prania do miejsca pracy studentów. Kilka tyczek z rozciągniętym między nimi sznurkiem albo wyznaczało obszar poszukiwań, albo może służyło do pomiarów. Do metalowych prętów umocowany był wiatrochron z niebieskiego plastiku. Sterta staranie ułożonych płatów darni, obok kolejna ziemi. Dwa rowy zbiegające się pod kątem prostym. Poświecił do nich latarką, ale było w nich tylko kilka kałuż wody. Przyszło mu na myśl, że wygląda to jak miejsce zbrodni w jednym z programów, które jego babka tak lubiła oglądać.

– Mima! – zawołał. Miał wrażenie, że jego głos brzmi słabo i piskliwie. Prawie go nie poznawał.

Postanowił wrócić. Wyłączył latarkę i ruszył z powrotem do domu. Mógł zadzwonić z niego do Utry. Jego matka będzie wiedziała, gdzie jest Mima, bo wiedziała o wszystkim, co dzieje się na Whalsay. I nagle zobaczył płaszcz nieprzemakalny, który spadł ze sznura i leżał na trawie jak zmięty tłumok. Należał do którejś ze studentek. Sandy pomyślał, że pewnie Mima zaproponowała, że sczyści z niego błoto. Miał zamiar zostawić go na miejscu, przecież i tak nie trzeba będzie z powrotem wkładać go do pralki. Ale jednak pochylił się, żeby go podnieść i zabrać do środka.

To był nie tylko płaszcz, ale także jego babka. W żółtej pelerynie sprawiała wrażenie maleńkiej. Pomyślał, że jest niewiele większa od lalki, szczuplutka, z rękami i nogami jak patyczki. Dotknął jej twarzy; była zimna i gładka jak wosk. Poszukał pulsu. Przypuszczał, że powinien zadzwonić po lekarza, ale nie mógł się ruszyć. Był jak skamieniały, sparaliżowany z powodu szoku i koniecznością przyjęcia do wiadomości, że staruszka nie żyje. Spojrzał na jej twarz, białą jak kreda na tle błotnistej ziemi. To nie Mima, pomyślał. Niemożliwe. To jakaś straszliwa pomyłka. Ale oczywiście to była jego babka – widział jej źle dopasowaną protezę, rzadkie siwe włosy. Poczuł się słaby i bardzo, bardzo trzeźwy. Ale nie wierzył w swoją umiejętność oceny. Był Sandym Wilsonem, który zawsze coś schrzani. Może źle zbadał puls, a Mima w rzeczywistości żyje i normalnie oddycha.

Wziął ją na ręce, żeby zanieść do domu. Nie był w stanie znieść myśli, że mógłby zostawić babkę tu, na zimnie. Dopiero kiedy wniósł ją do kuchni, zobaczył rany na jej brzuchu oraz krew.

ROZDZIAŁ 6

Inspektor Jimmy Perez wyruszył na Whalsay pierwszym promem. Był w Laxo, terminalu na wschodzie głównej wyspy Szetlandów, i kiedy statek przyszedł z Symbisteru, czekał już na niego na nabrzeżu. Nikogo więcej tam nie było. O tej porze poranny ruch odbywał się głównie w przeciwnym kierunku – ludzie jechali z mniejszej wyspy do pracy w mieście, wciąż na wpół śpiące nastolatki, zbyt wyrośnięte, aby chodzić do gimnazjum na Whalsay, spieszyły na autobus do Lerwick. Przyglądał się, jak prom się zbliża, potem poczekał, aż pół tuzina samochodów wyjedzie, a grupka uczniów liceum Andersona przejdzie do oczekującego autobusu, aż w końcu zapuścił silnik. Dzisiaj na promie pracował Billy Watt. Cała załoga pochodziła z Whalsay, tak bowiem działo się na połączeniach promowych pomiędzy wyspami. Billy, gestykulując, skierował samochód Pereza na właściwe miejsce, poczekał, aż auto wolno przejedzie do przodu, a jego zderzak znajdzie się o kilka cali od żelaznej rampy, a potem z uśmiechem kiwnął głową. Whalsay była znana jako przyjazna wyspa, słynęła z tego, że ludzie machali do samochodów jadących drogą. Kiedy Billy podszedł, aby wziąć od Pereza pieniądze, nie pytał, po co detektyw tam jedzie. Nie musiał – większość ludzi na Whalsay już słyszała już o wypadku Mimy Wilson.

Perez chodził z Billym do szóstej klasy; zapamiętał go jako bladego, spokojnego chłopaka, który zawsze był najlepszy z francuskiego. Zastanawiał się, czy używa swojego talentu językowego w rozmowach z zagranicznymi turystami odwiedzającymi wyspy. Chociaż – prawdę mówiąc – Whalsay było właściwie nieobecne na mapach turystycznych. Na dobrą sprawę urlopowicze nie mieli się tam gdzie zatrzymać, poza kempingiem wykorzystywanym przez studentów i wędrowców oraz jednym hotelem. Symbister był głównie portem rybackim i tu znajdowało się siedem z ośmiu trawlerów pelagicznych. Dlatego mieszkańcy Whalsay nie musieli zarabiać na życie, sprzedając herbatę na kubki czy robione na drutach mitenki. Zachowywali stare tradycje gościnności i dziewiarstwa, ale nie robili tego dla pieniędzy.

Telefon Sandy’ego obudził Pereza. Najpierw go przestraszył, ale lęk nie miał żadnego związku z pracą detektywa. Jego dziewczyna, Fran, pojechała na południe, żeby spędzić tam kilka tygodni okołowielkanocnych i zabrała ze sobą swoją córkę, Cassie. „Moi rodzice nie widzieli jej od miesięcy” – powiedziała. „A ja chcę odświeżyć kontakty z wszystkimi przyjaciółmi. Gdy mieszka się tutaj, bardzo łatwo je utracić”. Perez wiedział, że to idiotyczne, ale na samą myśl o Londynie wizualizował sobie różne zagrożenia. Tak więc, kiedy Fran marzyła o wieczornych wypadach do teatru razem z przyjaciółmi w czasie, w którym kochający dziadkowie będą nadrabiali miesiące bez wnuczki, on wyobrażał sobie zbrodnie z użyciem broni palnej, nożowników i terroryzm.

Niepokój widocznie towarzyszył mu nawet we śnie, ponieważ dzwonek telefonu wywołał w nim natychmiastową panikę. Usiadł na łóżku i schwycił słuchawkę. Serce mu łomotało i był całkiem rozbudzony.

– Tak?

Usłyszał jednak Sandy’ego Wilsona, mamroczącego nieskładnie w swoim stylu o rodzinie, wypadku z bronią i że jego babka nie żyje. Słuchał go tylko połowicznie, bo drugą część jego umysłu wypełniało uczucie takiej ulgi, iż nagle uświadomił sobie, że się uśmiecha. Oczywiście nie dlatego, że nie żyje stara kobieta, ale ponieważ ani Fran, ani Cassie nie zdarzyło się nic strasznego. Zobaczył, że budzik na nocnym stoliku pokazuje prawie trzecią.

– Skąd wiesz, że to był wypadek? – odezwał się, przerywając w końcu Sandy’emu.

– Mój kuzyn Ronald poszedł na króliki, a widoczność była tak zła, że sam rozumiesz, jak to się mogło zdarzyć. No bo jak inaczej? – A po chwili: – Ronald lubi wypić.

– A co mówi Ronald?

– Nie może zrozumieć, jak to się stało. Jest dobrym strzelcem i nie mierzył w kierunku działki Mimy.

– Pił?

– Mówi, że nie. Niewiele.

– A ty co o tym myślisz?

– Że nie wiem, w jaki inny sposób mogło do tego dojść.

Na promie Perez wysiadł z samochodu i wszedł po schodkach do zamkniętej nadbudówki. Kupił w automacie kubek kawy i usiadł, oglądając przez brudną szybę, jak Whalsay wyłania się z półmroku poranka i mgły. Wszystko było w kolorach stonowanej zieleni oraz szarości. Żadnych jaskrawych barw czy ostrych krawędzi. Szetlandzka pogoda, pomyślał. Kiedy zbliżyli się do brzegu, mógł dostrzec kształty domów na wzgórzu. Dużych, obszernych domów. Wychowywał się na mitach o zamożności ludzi z Whalsay i nigdy nie był pewien, do jakiego stopnia były prawdziwe. Na Szetlandach istniało mnóstwo opowieści o ukrytych skarbach i zakopanym złocie. Mówiono, że pewnego roku szyper martwił się podatkiem do zapłacenia i musiał wziąć trochę pieniędzy z rachunku firmy. Rankiem Bożego Narodzenia jego załoga została wezwana na nabrzeże i zobaczyła na nim nowiutkie range rovery, a na każdym z nich było nazwisko załoganta. Perez nie był w stanie sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek widział mieszkańca Whalsay jeżdżącego range roverem, poza tym wszystkie łodzie należały do spółdzielni, ale to była dobra historia.

Sandy czekał na niego w samochodzie na nabrzeżu. Kiedy prom cumował, Perez zobaczył, jak wysiada. Chłopak stał, czekając z rękami w kieszeni, z naciągniętym kapturem chroniącym go przed wilgocią, aż Perez zjedzie samochodem z promu, a potem podszedł i usiadł z przodu. Inspektor zorientował się, że Sandy w ogóle nie spał.

– Przykro mi z powodu twojej babki.

Przez chwilę nie było żadnej reakcji, aż w końcu chłopak uśmiechnął się ponuro.

– Tak chciałaby odejść – powiedział. – Nie miała nic przeciwko odrobinie dramatyzmu. Nie chciała umrzeć we śnie czy w jakimś domu starców. – Umilkł na chwilę. – Nie chciałaby też, aby Ronald miał z tego powodu jakieś kłopoty.

– Niestety, to nie od niej zależy – stwierdził Perez.

– Nie wiem, co robić – Sandy rzadko kiedy wiedział, co robić, ale zazwyczaj nie przyznawał się do tego. – Czy powinienem go aresztować? Musiał popełnić przestępstwo, prawda? Nawet jeżeli to był wypadek. Nieostrożne obchodzenie się z bronią…

Detektyw pomyślał, że nieostrożność trudno udowodnić w sądzie.

– Nie sądzę, że powinieneś coś robić – oświadczył. – Poza tym w jakimś sensie jesteś stroną w tej sprawie. Znalazłeś ciało, ofiara była twoją krewną i jesteś z wszystkimi powiązany. To byłoby niezgodne z prawem. Z całą pewnością decyzja, czy aresztować Ronalda, nie należy do ciebie.

Ani do mnie, pomyślał. To sprawa pani prokurator. Będzie musiała przedstawić formalny akt oskarżenia w tej sprawie, a nie znał jej na tyle dobrze, aby domyślać się, jaka będzie jej reakcja.

Przednia szyba zaparowała, więc przetarł ją szmatką. Teraz mgła była tylko na zewnątrz. Prom zabrał już samochody i wyszedł w rejs powrotny do Laxo. Perez pomyślał, że takie kursowanie tam i z powrotem pomiędzy wyspami może być relaksującą pracą. Prawdopodobnie dlatego właśnie Billy Watt się tym zajął. Detektyw przypuszczał jednak, że po jakimś czasie sam mógłby się tym znudzić.

– Wiesz, że powinieneś wrócić do Lerwick – zwrócił się do kolegi. – Zostaw tę sprawę mnie.

Jeżeli w ogóle była tu jakaś sprawa. Najprawdopodobniej nie.

Sandy sprawiał wrażenie złamanego. Wiercił się w fotelu, ale nie zaczął wysiadać z samochodu. Inspektor zastanawiał się, jak by się czuł, gdyby to w jego rodzinie nastąpiła gwałtowna śmierć. Gdyby coś się stało Fran i Cassie. W przeszłości miały zbyt bliski kontakt z jedną ze spraw, które prowadził, i teraz nie mógłby tak po prostu zrezygnować i przerzucić odpowiedzialności na innego funkcjonariusza.

– Nie znam Whalsay – odezwał się wolno. – Przypuszczam, że dużo by mi dało, gdybym jakiś czas miał cię pod ręką, pomógłbyś mi zapoznać się z sytuacją. Ale nie wtrącaj się. Przedstawisz mnie swoim krewnym, a potem siedź cicho. Rozumiesz?

Młody policjant z wdzięcznością kiwnął głową. Długie blond włosy opadły mu na czoło.

– Zostawimy tu twój samochód, dobrze? Nie jesteś w stanie prowadzić. Jedźmy do Setter i pokażesz, gdzie znalazłeś swoją babkę.

– Przeniosłem jej ciało – przyznał się Sandy. – Było ciemno, zimno i nie widziałem rany. Myślałem, że zachorowała i może jeszcze żyje. Przepraszam.

Na chwilę zapadła cisza.

– Na twoim miejscu zrobiłbym dokładnie to samo – powiedział Perez.

Chłopak pokierował go do domu babki. Jimmy mógł policzyć na palcach jednej ręki, ile razy był na Whalsay. Kiedyś wezwał go tu przypadek wandalizmu – jedna z yoali[2] używanych w regatach została przedziurawiona i wrzucona do basenu portowego. Nikt poza nim nie był akurat dostępny, przyjechał więc, aby bez specjalnego zainteresowania zająć się tą sprawą. Potem Sandy zaprosił go i Fran na swoje przyjęcie urodzinowe – imprezę zorganizowaną przez jego rodziców w świetlicy w Lindby. Perez wiedział, że poprzedniego wieczoru Sandy wyjechał do Lerwick razem z młodszymi przyjaciółmi, ale na tamtą balangę szef nie został zaproszony. Zabawa na Whalsay była tradycyjna – z mnóstwem gorącej potrawki z baraniny i ziemniaków, orkiestrą i tańcami. Przypominała mu potańcówki w domu na Fair Isle, hałaśliwe, ale przyjacielskie.

Jego rzadkie wyjazdy na Whalsay nie pozwoliły mu dobrze zorientować się w geografii wyspy i panujących tu stosunkach. Ludzie z zewnątrz postrzegają Szetlandy jako jedną społeczność, pomyślał, ale wcale tak nie jest. Ile razy mieszkający w Lerwick byli na Fair Isle czy Foula? Niektórzy z Biddisa przez dziesięciolecia potrafili chować przed nami różne sekrety. Goście są bardziej skłonni do przygód niż ktokolwiek z nas.

Sandy powiedział mu, żeby przy wyjeździe z Symbisteru skręcił w drogę po prawej, i wkrótce znaleźli się na południowym brzegu wyspy, w miejscowości Lindby, garstce gospodarstw z polami opadającymi do brzegu, otoczonymi rozpadającymi się murami starych, opuszczonych domów, oddzielonych od reszty Whalsay wzgórzami, na których pasły się owce, torfowymi wałami i zatoką z brzegami porośniętymi trzciną.

Setter również przypomniało Perezowi dawne czasy w domu rodzinnym. Zagrodę staruszka, dla którego praca w obejściu była zbyt ciężka, ale który nie pozwalał, aby ktokolwiek mu pomagał.

Ktoś wypuścił kury i teraz, zmoknięte, grzebały w kępie zielska przy drzwiach. Wszystko było zaniedbane i zarośnięte. Pod ścianą obórki rdzewiał fragment jakiejś zupełnie niedającej się już rozpoznać maszyny rolniczej. W tamtych czasach ludzie chcieli osiągać większy dochód, niż mogły zapewnić tak małe działki. Na Fair Isle rodziny z południa przejęły niektóre gospodarstwa i zorganizowały tam małe firmy – informatyka, meblarstwo, szkutnictwo. Niedawno pojawili się nawet przybysze ze Stanów Zjednoczonych. Perez wiedział, że roztkliwianie się widokiem zapuszczonej zagrody to sentymentalizm, ale nawet lubił stare zwyczaje.

– Co teraz będzie z gospodarstwem? – zapytał towarzyszącego mu mężczyznę. – Czy było własnością twojej babki, czy je dzierżawiła?

– Należało do niej. Zawsze było jej. Odziedziczyła je po swojej babce.

– A co z jej mężem?

– Zmarł bardzo młodo. Mój ojciec był wtedy małym chłopcem.

– Spisała testament?

Sandy sprawiał wrażenie zaszokowanego tym pomysłem.

– Po prostu przejdzie na mojego ojca – wyjaśnił. – Nie miała żadnych innych bliskich krewnych. Nie wiem, co on z tym zrobi. Być może weźmie ziemię i sprzeda dom.

– Powiedziałeś, że jest też kuzyn, Ronald. Czy nie zgłosi roszczeń?

– Ronald jest spokrewniony ze mną przez moją matkę. Niczego nie zyska na śmierci Mimy.

Wciąż stali przed domem. Pereza miejscowi nazywali czarnym Szetlandczykiem; jego przodek był rozbitkiem z jednego z okrętów hiszpańskiej Armady. Odziedziczył nazwisko, ciemne włosy i śródziemnomorską karnację. Teraz czuł, jak zimno wnika w jego kości, i pomyślał, że odziedziczył po nim także miłość do słońca. Nie mógł się doczekać lata.

– Powinniśmy ogrodzić taśmą część ogrodu, w której znalazłeś ciało – powiedział łagodnie do Sandy’ego. – Nawet jeżeli prokurator uzna to za wypadek, na razie musimy traktować ten fragment jako miejsce zbrodni.

Chłopak spojrzał na niego nagle przerażony. Perez zdał sobie sprawę, że zasugerowanie przez niego rutynowych policyjnych czynności sprawiło, że śmierć Mimy znowu stała się czymś realnym.

Sandy otworzył drzwi i weszli do kuchni. Detektyw ponownie wrócił do lat dzieciństwa. Jego dziadkowie i kilka leciwych ciotek mieszkali w domach takich jak ten. Miał wrażenie, że zapach i większość mebli cofają go w czasie – zapach węglowego pyłu i dymu torfowego, konkretnego gatunku mydła oraz wilgotnej wełny. Ale przynajmniej było ciepło. Wieczorem dołożono do kuchennego pieca, który wciąż wydzielał mnóstwo żaru. Stanął przed nim i wyciągnął dłonie nad płytą.

– Nie mam pojęcia, co będzie z krową – powiedział nagle Sandy. – Ojciec wydoił ją rano, ale cholernie dobrze wiem, że nie zechce tego robić dwa razy dziennie.

Perez niechętnie odsunął się od pieca.

– Wyjdźmy na dwór – zaproponował. – Pokażesz mi, gdzie umarła.

– Wciąż myślę o tym, że gdybym nie został w barze na tego ostatniego drinka, mógłbym znaleźć się tu w porę, żeby ją uratować – oświadczył przygnebiony. – Mogłem ją namówić, by w ogóle nie wychodziła. – Przerwał na chwilę. – Ale przyszedłem tylko dlatego, bo chciałem wytrzeźwieć, zanim wrócę do rodziców. Gdybym poszedł prosto do domu, wsiadłbym rano na pierwszy prom i znalazłby ją ktoś inny. Zadzwoniła do mnie na początku tygodnia i zapytała, kiedy znowu będę w domu. „Wpadnij i wypij ze mną kieliszeczek, Sandy. Dawno nie gawędziliśmy”. Mogłem spędzić wieczór u niej, zamiast iść do Pier House razem z chłopakami.

– Co robiła na zewnątrz tak późno w nocy? – zapytał Perez. Usiłował wyobrazić sobie, co mogło zmusić starą kobietę, żeby dawno po zapadnięciu ciemności odeszła od ciepłego pieca i wybrała się na nasiąknięte wodą, zimne pole.

– Na sznurze wisiało pranie. Może poszła je ściągnąć.

Starszy policjant nie odezwał się. Sandy poprowadził go naokoło domu. Pranie wciąż wisiało, teraz tak mokre, że kapało z niego na trawę. Było to raczej pastwisko, a nie ogród, chociaż równolegle do sznura z praniem ciągnął się pas ziemi przekopanej pod sadzonki. Chłopak dostrzegł, że jego towarzysz patrzy na grządki.

– Mój ojciec to zrobił. Miałaby jedną grządkę kartofli i jedną brukwi. Co roku sadził trochę kapusty na paszę dla krowy.

– Nie ma kosza na bieliznę – zauważył Perez. – Gdyby wyszła zdjąć pranie, gdzie by je włożyła?

Chłopak pokręcił głową, jakby nie mógł zrozumieć, jakie znaczenie ma taki mały szczegół.

– A tam co się dzieje? – Starszy z policjantów kiwnął głową w kierunku rowów na końcu pola.

– Wykopaliska archeologiczne. Doktorantka prowadzi badania do swojej pracy. Będzie tu kopała przez kilka następnych miesięcy, razem ze swoją asystentką. Dwie dziewczyny. Były tu kilka tygodni w ubiegłym roku i właśnie wróciły. Mieszkają teraz w Bod. O tej porze roku nie ma zbyt wielu ludzi chętnych, aby tam kwaterować. Jest też profesor, który przyjeżdża od czasu do czasu i ma oko na wszystkie sprawy. Zatrzymał się w Pier House Hotel. Przyjechał z nimi.

– Musimy z nim porozmawiać – stwierdził Perez.

– Przypuszczałem, że będziesz chciał. Zadzwoniłem do hotelu, kiedy czekałem na prom. Powiedział, że się tam z nami spotka.

Detektywa zaskoczyło, że jego towarzysz wykazał tak wiele inicjatywy, i zastanawiał się, czy powinien mu pogratulować, czy zabrzmi to protekcjonalnie. W firmie Sandy był uważany trochę za palanta i Perez niekiedy podzielał tę niepochlebną opinię. Wciąż myślał, co odpowiedzieć, kiedy z mgły wyłoniła się potężna postać, jakby wyczarowana słowami chłopaka. Miała na sobie długi płaszcz marki Barbour i długie buty. Noszący je mężczyzna był wielkim, bardzo jasnym blondynem o krótko ostrzyżonych włosach. Podszedł do nich, wyciągając rękę.

– Dzień dobry. Jestem Paul Berglund. Chciał pan ze mną rozmawiać.

Chociaż nazwisko miał cudzoziemskie, wymowa była z północnej Anglii. Ostry ton głosu pasował do niego. Perez nie był pewien, czy tak właśnie wyobrażał sobie naukowca. Raczej nie jako ostrzyżonego na jeża tak dużego faceta o kategorycznym sposobie mówienia.

– Sandy wyjaśnił panu, że ostatniej nocy zdarzył się tu wypadek – powiedział Jimmy. – Wolelibyśmy, żeby pańskie studentki nie wchodziły dziś na stanowisko.

– Żaden problem. Hattie i Sophie wkrótce tu będą, żeby zacząć pracę. Czy będzie okej, jeżeli poczekam w domu? Trochę tu wilgotno.

Perez wahał się przez chwilę, a potem przypomniał sobie, że to przecież tylko wypadek, nic ponad to. Nie było sensu dramatyzować.

– Zgadzasz się, Sandy?

Chłopak nie zastanawiał się. Znowu gościnność z Whalsay.

– Oczywiście. Czemu nie.

Berglund odwrócił się i odszedł. Inspektor policji czuł się trochę głupio, ponieważ spotkanie było tak krótkie, ale w tej chwili nie miał do profesora żadnego konkretnego pytania. Gdyby zapytał o archeologię, zdradziłby swoją ignorancję. Poza tym… jaki związek mogłyby mieć prace archeologiczne ze śmiercią Mimy Wilson? Zamiast tego zwrócił się do młodszego kolegi:

– Czy studentki coś tu znalazły? – Intrygował go pomysł, że można zarabiać na życie, prowadząc wykopaliska. Uznał, że spodobałoby mu się takie zajęcie. Szczegółowe, skrupulatne wyszukiwanie tropów w losach innych ludzi. W swojej pracy najbardziej lubił właśnie sprawy tego typu.

Sandy wzruszył ramionami.

– Nie bardzo się tym interesowałem – powiedział. – Chyba niezbyt dużo. Parę skorup garnków. Nic podniecającego. Chociaż kilka tygodni temu wykopały kawałek czaszki. Val Turner, archeolog z Amenity Trust[3], przyszła na posterunek, żeby o tym zameldować. Powiedziała, że to raczej nic podejrzanego, a prokurator się tym nie zainteresowała.

Perez miał wrażenie, że słyszał rozmowy o tym w stołówce.

– Matka tu była, kiedy to odkryto. – Głos chłopaka ożywił się, kiedy zaczął mówić o czaszce, ale Jimmy wiedział, że aby chłopak naprawdę się podekscytował, potrzebny byłby skarb. Sztaby złota. Klejnoty. Wciąż jeszcze był dzieciakiem.

Przygarbieni, stali przez chwilę w wilgotnej mgle, patrząc na dziurę w ziemi. Jak żałobnicy nad otwartym grobem, pomyślał Perez.

[2] Yoal to łódź wiosłowa o poszyciu zakładkowym, używana tradycyjnie na Szetlandach do rybołówstwa przybrzeżnego. Przy sprzyjającym wietrze można było postawić maszt i podnieść prostokątny żagiel.

[3] Shetland Amenity Trust – założona w 1983 roku dobroczynna organizacja powiernicza dbająca o zachowanie i zabezpieczenie dziedzictwa historyczno-kulturowego Szetlandów.

ROZDZIAŁ 7

Ronald Clouston mieszkał w nowym domu blisko brzegu. Wydawał się nawet większy niż budynki widziane przez Pereza z promu – bungalow z mansardami i długą parterową przybudówką z jednej strony. Siedzieli przez chwilę w samochodzie, a Sandy przekazywał mu informacje o rodzinie.

– Jego matka i moja są kuzynkami – powiedział. Zmarszczył w skupieniu brwi. – Kuzynkami. Tak, sądzę, że tak jest. Jego ojciec sprzedał mu ten kawałek ziemi. Kiedy Ronald się ożenił, chciał gdzieś postawić dom dla siebie i żony. Zbudował go parę lat temu. – Przerwał. – Właśnie urodziło im się dziecko. Między innymi dlatego jestem na Whalsay. Chciałem dać im prezent, złożyć najlepsze życzenia. Sam rozumiesz.

– Jego ojciec nie żałował, że traci ziemię?

– To był tylko kawałek pastwiska, a on nigdy nie uważał się za rolnika.

– Z czego żyje Ronald?

– Dostał pracę na trawlerze pelagicznym ojca. Na „Cassandrze”. Piękny statek. Ma cztery lata, ale nadal jest nowoczesny.

Tego właśnie Perez się spodziewał. Informacja pasowała mu do obrazu ostro pijącego faceta, który wychodzi w środku nocy, żeby postrzelać. Większość jednostek na Whalsay była własnością rodzinną. Rybołówstwo jest ciężkim zajęciem i ludzie wyładowują się po zejściu na brzeg.

– W szkole był łebskim chłopakiem – ciągnął dalej Sandy. – Niezbyt dobry w jakichś praktycznych rzeczach, ale na sprawdzianach był okej. No wiesz, trochę marzyciel. Poszedł na uniwersytet, ale ojciec zachorował i pojawiło się miejsce na łodzi. Musiał je wziąć. Rozumiesz, jak to działa. Może był zadowolony, że rzucił studia, bo i tak nie otrzymałby stopnia naukowego. Tak mówi moja matka.

– Jego żona jest z Szetlandów?

– Nie. Anna to Angielka. Ale ślub wzięli tutaj, parę lat temu. Przyjechali wszyscy jej krewni. To była wielka impreza. – Powieki Sandy’ego opadły na chwilę, ale ocknął się z wzdrygnięciem i zapatrzył na padającą mżawkę. Skroplona para ściekała po wewnętrznej części przedniej szyby.

Perez pomyślał, że mimo wszystko to bardzo duży dom jak dla dwóch dorosłych osób i noworodka. Zastanawiał się, gdzie Ronald poznał swoją Annę. Było faktem historycznym, że mężczyźni z Szetlandów wyjeżdżali, aby znaleźć żony. Może w czasie krótkiego pobytu na uniwersytecie? Sam ożenił się z Sarah, delikatną, łagodną, urodziwą, jasnowłosą Angielką. Ale nie okazał się takim typem męża, jakiego pragnęła. Zbyt łatwo wciągały go problemy innych ludzi. „Zawsze trafiam na koniec twojej listy” – powiedziała. „Przede mną są: praca, twoi rodzice, problemy rozrabiającego syna sąsiadów i kota hydraulika. Kiedy znajdziesz czas dla mnie, jesteś wykończony. Nie masz mi nic do zaoferowania”. Początkowo myślał, że mówi tak, ponieważ właśnie poroniła. Ale teraz widział, że w jej słowach było trochę prawdy. Nie mógł powstrzymać się przed wściubianiem nosa w sprawy innych ludzi. Wmawiał sobie, że na tym polega bycie dobrym detektywem, ale był ciekawski nawet wtedy, kiedy nie wiązało się to z jego pracą.

Obecnie Sarah była bardziej szczęśliwa bez niego. Wyszła za lekarza i mieszkała w Borders razem z nim, jego dziećmi i psem. A on związał się z inną Angielką, rozwódką Fran Hunter. Sarah zawsze była wymagająca. A Fran, pomyślał, właściwie nigdy nie był tak naprawdę potrzebny.

Sandy wiercił się na fotelu. Długie milczenie towarzysza zawsze go niepokoiło.

– Możemy wejść do środka?

– Masz się nie odzywać – przypomniał mu Perez, a potem uświadomił sobie, że chłopak właśnie stracił babkę, więc uśmiechnął się, żeby złagodzić ostry wydźwięk tych słów. – Tylko mnie przedstaw, a potem trzymaj język za zębami.

Sandy kiwnął głową i wysiadł z samochodu.

Detektyw domyślił się, że dom zbudowano w tym miejscu ze względu na widok. Stał na niskim cyplu i morze widać było z trzech stron. Przy lepszej pogodzie na zachodzie można byłoby zobaczyć Laxo i główną wyspę. A także odmierzać czas na podstawie promu kursującego tam i z powrotem. Dom był prostokątnym, jednopiętrowym budynkiem z oknami dachowymi, niskim jak wszystkie tradycyjne domy z mansardami, ale wykonanym z drewna, co nadawało mu skandynawski wygląd. Pomalowano go na niebiesko. Długa przybudówka z boku miała niżej położony spadzisty dach. Zastanawiał się, do czego potrzebna jest ta dodatkowa przestrzeń. Na pewno nie trzymali tam zwierząt – na ścianie widać było szereg oszklonych okien. Na zapleczu domu mały ogródek opadał w stronę brzegu. Mur z kamieni ułożonych bez zaprawy osłaniał grządkę żonkili – barwną plamę we mgle. Sandy otworzył frontowe drzwi i zawołał. Perez usłyszał dobiegającą z wnętrza domu stłumioną odpowiedź i także wszedł do środka.

Małżonkowie siedzieli w kuchni. Detektyw odniósł wrażenie, że właściwie nie ruszyli się z miejsca, odkąd wrócili z Setter po tym, jak Sandy wpadł do bungalowu i powiedział im, że Mima nie żyje. Jakby skamienieli pod wpływem szoku.

– Dlaczego to zrobiłeś? – zapytał Perez, kiedy Sandy przyznał się, że pozostawił Mimę w jej domu i pobiegł do Cloustonów. Na litość boską, ten facet może być podejrzany.

– Doktora nie było na wyspie. Wyjechał na wakacje. Wiedziałem, że potrwa, zanim dotrze tu pogotowie lotnicze. Pomyślałem, że ktoś inny będzie wiedział, co powinno się zrobić. Ten dom jest najbliżej Setter. – Chłopak podniósł wzrok i spojrzał na niego. Wiem, że jestem głupi, ale odpuść sobie. Tylko dzisiaj. Dziś nie zniosę opieprzania. –