Czernucha - Antonina Kardaś - ebook

27 osób właśnie czyta

Opis

Ciekawe, co on sobie myślał wtedy? Ja tam nie wiem, ale teraz jak widzę tego gnoja, to mu się śmieje prosto w twarz, a on udaje, że mnie nie widzi, a jego żonka, to tak na mnie patrzy spod byka i od razu, go za rękę łapie. Szczęście ma, że ją złapałam, jak już w ciąży była, to jej nawet w pysk nie dałam, bo lasek w ciąży nie biję, a teraz to już niech spierdala, chciała gnoja, ma gnoja, mi jest wszystko jedno i lepiej mi teraz, bo mam znowu wolność i mogę się co sobotę bawić i tylko czekam na tą miłość i zakochanie, co już się pewnie stanie za niedługo, bo ładna jestem. I na komórce do mnie dużo piszą XD Z jednym takim byłam na spotkaniu wczoraj, ale to opiszę jutro, bo dzisiaj tylko tak na szybko chciałam, a teraz muszę kończyć, bo jutro do pracy mam, na pół etatu pracuję jako kosmetyczka, bo jeszcze zaocznie zarządzanie studiuję i w ogóle to ja jestem obrotna dziewczyna, ale to jutro opowiem, tylko na razie razie tylko to, że zarabiam dużo. Bo u Magdy pracuje i ona mi dość mało płaci, ale czasem jej klientów podbieram i im w domu robię różne zabiegi sama, jak mi się Magdzie uda jakieś kosmetyki zwinąć, a to bez problemu, bo ona w ogóle nie patrzy, cały dzień siedzi i pije kawę. Ja tam jestem od wszystkiego, a ona zbiera całą kase, to nawet nie mam wyrzutów sumienia. I mam u siebie w domu, taki mały salonik, mniej biore niż ona, ale co zarobię, to dla mnie do kieszeni, a jeszcze kosmetyki mam z tego vloga i ostatnio ze dwie reklamy dałam, to osiem stów za reklamę, to sobie na studia odłożyłam, już mam. No i dobrze sobie radzę, mama za granicą siedzi, to mi przesyła na mieszkanie i rachunki, więc mam i odkładam też i jeszcze trochę, a sobie kupię buty z Lacosty, już czwartą pare, bo mam wypaczone. <3
Fragment

***
Czernucha to mroczne podejście do otaczającej nas rzeczywistości, ale i nadzieja wyjścia ku lepszej sytuacji życiowej i egzystencjalnej.

***
Autorka ma niewątpliwy talent do obserwowania rzeczywistości.
Miłosz Biedrzycki

***

Antonina Kardaś - urodzona w 1990 roku w małej miejscowości pod Krakowem. Ukończyła filologię rosyjską i krakowską Szkołę wokalno-aktorską. W wolnych chwilach czyta i gotuje, a także tworzy amatorską muzykę pod pseudonimem Vilemo.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 201

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Antonina Kardaś, Czernucha, Kraków 2019
Copyright © by the Author, 2019 Copyright © for this edition by Korporacja Ha!art, 2019
Redakcja serii Piotr Marecki
RedakcjaMarta Syrwid
Projekt okładki Bolesław Chromry
Projekt typograficzny, skład i łamanie By Mouse | www.bymouse.pl
Wydanie I
ISBN 978-83-65739-82-7
Korporacja Ha!art ul. Konarskiego 35/8, 30-049 Kraków tel. 698 656 [email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

Seria prozatorska pod redakcją Piotra Mareckiego

• Jerzy Franczak, Trzy historye

• Sławomir Shuty, Bełkot

• Łukasz Orbitowski, Szeroki, głęboki, wymalować wszystko

• Piotr Cegiełka, Sandacz w bursztynie

• Sławomir Shuty, Cukier w normie

• Michał Palmowski, Przygody Hiszpana Dete

• Michał Witkowski, Lubiewo

• Marta Dzido, Małż

• Marian Pankowski, Rudolf

• Maciek Miller, Pozytywni

• Ewa Schilling, Głupiec

• Adam Wiedemann, Sceny łóżkowe

• Jan Dzban, Dentro

• Piotr Szulkin, Socjopatia

• Marian Pankowski, Bal wdów i wdowców

• Jerzy Nasierowski, Zbrodnia i...

• Piotr Czerski, Ojciec odchodzi

• Maciek Miller, Zakręt hipokampa

• Łukasz Orbitowski, Horror Show

• Joanna Pawluśkiewicz, Pani na domkach

• Joanna Wilengowska, Zęby

• Marta Dzido, Ślad po mamie

• Jan Krasnowolski, Klatka

• Marian Pankowski, Pątnicy z Macierzyzny

• Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Raz. Dwa. Trzy

• Michał Zygmunt, New Romantic

• Joanna Pawluśkiewicz, Telenowela

• Jerzy Franczak, Przymierzalnia

• Wojciech Bruszewski, Fotograf

• Krzysztof Niemczyk, Kurtyzana i pisklęta

• Sylwia Chutnik, Kieszonkowy atlas kobiet

• Juliusz Strachota, Cień pod blokiem Mirona Białoszewskiego

• Natalia Rolleczek, Drewniany różaniec

• Marian Pankowski, Niewola i dola Adama Poremby

• Maciek Miller, Cockring

• Dominika Ożarowska, Nie uderzy żaden piorun

• Ewa Schilling, Codzienność

• Marian Pankowski, Tratwa nas czeka

• Piotr Szulkin, Epikryza

• Jerzy Franczak, NN

• Sławomir Shuty, Jaszczur

• Darek Foks, Kebab Meister

• Tomasz Pułka, Vida Local

• Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian

• Wojciech Bruszewski, Big Dick. Fikcja dokumentalna

• Jan Krasnowolski, Afrykańska elektronika

• Daniel Kot, Kierunkowy 22

• Marian Pankowski, Nastka, śmiej się! Opowiadania

• Sławomir Shuty, Dziewięćdziesiąte

• Łukasz Orbitowski, Horror Show [wyd. II popr.]

• Joanna Dziwak, Gry losowe

• Søren Gauger, Nie to / nie tamto

• Maciej Bobula, Katarzyna Gondek, Adam Miklasz, Aleksander Przybylski, Michał Zantman, Bękarty Wołgi. Klechdy miejskie

• Ziemowit Szczerek, Siódemka

• Juliusz Strachota, Relaks amerykański

• Flash fiction. Antologia

• Dariusz Orszulewski, Zjednoczone Siły Królestwa Utopii

• Stanisław Czycz, Nie wierz nikomu. Baza

• Konrad Janczura, Przemytnicy

• Maciej Piotr Prus, Przyducha

• Marta Dzido, Frajda

• Olga Hund, Psy ras drobnych

• Juliusz Strachota, Turysta polski w ZSRR

• Jakub Michalczenia, Gigusie

• Anna Mazurek, Dziwka

• Natalka Suszczyńska, Dropie

• Antonina Kardaś, Czernucha

Anecie

Zaraza

Bóg ci zabronił

Mam małą kuchnię. Pomalowana na żółto, z niebieskimi dodatkami. Chciało mi się Grecji, ale wyszło jak zwykle. Krzywo pomalowałam. Zacieki. Na żółtym niebieskie, na niebieskim żółte. Plamy żółte od tłuszczu chociaż zakryły.

Kiedy stoję przodem do blatu, mój tyłek ociera się o kuchenkę gazową. Za dużo jem. Prawda. Ale też nie jestem otyła. Po prostu – mała kuchnia. Blaty się rozklejają, na podłodze linoleum.

Pokoje są aż cztery. Każdy z meblościanką i żyrandolem. Chciałoby się remontu, ale jestem na rencie. Córka też by chciała, ale poczeka, aż umrę. Będzie świeżo pod wynajem. Nie zapaćkam ostatnimi latami życia.

Umywalka spękana, wanna od dwudziestu czterech lat niezabudowana, płytki odpadają, fugi kruszeją. Mówię jej, w jakich warunkach matka żyje, to ty nie widzisz?! Na studia łożyłam, po studiach łożyłam, a przed studiami ugotowane miała i uprane. Jak tylko siły pozwalały. Doktorkę wychowałam. Tyłek jej podcierałam. A mnie na stare lata – meblościanka.

Studenci z góry i z dołu chodzą, krzyczą, krzesłami szurają. Ile oni ważą teraz, to głowa mała! Krok zrobią, a u mnie w głowie jak tysiąc słoni. Pukałam, pytałam, może ciszej, muzykę chociaż wyłączyć, może nie trzeba tak tymi krzesłami po całej kuchni walać? Tak, tak, proszę pani, my tu miłe, grzeczne chłopaki jesteśmy, nie będziemy szurać. Zeszłam do siebie – już szurają. Zatyczki mi z uszu wypadają, niekształtne te zatyczki mam, całą woskowinę do środka wgniatają, a to niezdrowo. A tu nigdy ciszy. Szaleje i szumi. A ja siedzę. Cała jak jedno wielkie ucho i tylko czekam, kiedy następny krok-łomot. Mówię córce – doktorkę wychowałam, to daczę mi chociaż kup. Ja tam bym nawet w zimie przecież mogła. Kilka szczapek do piecyka wrzuciłabym, butelkę z ciepłą wodą pod pierzynę i przezimowałabym przecież, już mi niewiele zostało przecież.

Nie da się i się nie da.

Po złości zaczęłam robić obrazy z włóczki. Całe mieszkanie obrazami we włóczkowe koniki i motylki obwiesiłam. Ładne, mówi. Dobrze, że na stare lata masz zajęcie, i herbatę pije, sernik pochłania, kupny jakiś kupiła, zrobić się jej nie chciało. Wszystko teraz kupne. Ładne obrazy, mówi. To ja już prychnęłam i nic nie powiedziałam. Siedzę w tej włóczce. Jak muszę mieć meblościankę, to niech będzie i włóczka.

Sama sobie teraz herbatę robię. Okno otwarte. A to środek Krakowa, centrum, ale cisza, bo to dobra dzielnica. Co drugi tu student, ale teraz akurat na zajęciach pewnie, więc cicho. A dlaczego oni w mniej spokojnej dzielnicy nie mogą? Przecież i tak nie śpią, po nocach szurają, dym papierosowy tak im z okien bucha, że już nie wiem, czy się pali u nich, czy co.

Ale teraz, w dzień, to spokój mam – w okno zawiewa wiatr i pachnie tak, że od razu mi się czegoś chce. Płakać chyba. Wiosna idzie i zawsze, jak wiosna była, to tak pachniało.

Jak byłam młoda, to płakać mi się od tego chciało, bo to było tak, jakby coś pięknego i wspaniałego się miało zdarzyć. Więc czekałam. A teraz to już mi się nie chce płakać, bo już wiem, że nic nie czeka. Że już umrę, i dobrze. I niech mi zrobią pogrzeb. Będę rechotać nad ich opuchniętymi od krokodylich łez pyskami.

Robi mi się naraz tak potwornie. Ściska mnie w żołądku i wiem, że już nigdzie dzisiaj nie wyjdę ani nic nie zrobię. Zatrzaskuję okno. Nienawidzę tego zapachu. Tej wiosny i tego, że studenci oblezą całe miasto, będą się całować, chodzić za ręce i przeżywać, będą czekać na coś wspaniałego i będą to mieć. A mnie w tym czasie wyjdą plamy wątrobowe na rękach. Za niedługo już wyjdą, już czuję, że wątroba mi puchnie. Wszystko mi puchnie. Oczy mi puchną, kostki, ręce całe, a najbardziej powieki po nocach pełnych płaczu.

Bo nocami to jednak płaczę. Płaczę i płaczę, i nie ma nikogo przy mnie. I wyobrażam sobie, że stoją nade mną ludzie. I cały świat widzi, jak leci jedna po drugiej, tłusta od tuszu, łza. I leci, i ginie w zmarszczkach, i zwisa na różowych ustach. I cały świat myśli: co się tej staruszce stało? Co się jej mogło stać? Ja bym ją przytulił, ja bym jej pomógł.

To dlatego chodzę spać z makijażem, bo lepiej mi się wyobraża, że mi współczują, kiedy jestem ładna.

I jeszcze czasem myślę sobie, że wśród tych ludzi on nade mną stoi. Piękny i młody, jak był czterdzieści lat temu.

I ona – dziewczyna, której nigdy nie poznałam, a cały czas tego żałuję. Była piękna i żyła. Chciałam żyć razem z nią, ale co z tego, że chciałam, jak ona nie chciała.

Telefon mam przy łóżku i udaję, że zaraz do kogoś zadzwonię, a ten ktoś po drugiej stronie odbierze i mi powie, że jest nim albo nią. A ja wtedy wszystko, wszystko opowiem.

Ale nie mam do kogo zadzwonić.

Fotel zapadnięty, wrzyna się w uda. Coś wystaje z niego. Deska czy klepka. W telewizji leci mnóstwo rzeczy. Oglądam je, oglądam i będę oglądać. Spędzę cały dzień przed tym telewizorem, bo go nienawidzę. Nic już dzisiaj nie zrobię i nigdzie nie pójdę. Nie chcę wpuszczać zapachu do mieszkania i przeraża mnie słońce. Ono gdzieś tam świeci, ale nie dla mnie. Nigdy nie świeciło dla mnie. Nie będę się mogła pod nim opalać ani czuć promieni na twarzy, bo jestem za stara.

Bo jestem za stara, bo mnie nie stać, bo nie mam nikogo.

Nigdy nie chciałam mieć dzieci. Ale potem jednak zachciałam. Telefonów nikt już nie odbierał, marzenia stały się śmieszne. Zaczęłam toczyć się przez życie jak kamień. Wiedziałam, że nie zdobędę już niczego, niczego nie zobaczę i nie poczuję. A zostało mi jeszcze jakieś czterdzieści lat życia. I nie chciałam o tym wszystkim codziennie myśleć, codziennie tego sobie przypominać.

Znalazłam męża.

Zakochałam się na szybko.

Dzieci chciał.

Ja też.

Żeby tylko nie myśleć. Żeby nie pamiętać, że chciałam czegoś i próbowałam, że się starałam, ale nie wyszło. Że teraz to tylko chleb rano, wieczorem i osiem godzin dziennie, żeby na to zarobić. Potem poczytać, pooglądać, żeby coś w środku urosło. Żeby sobie powyobrażać, że wymyśleni ludzie żyją i czują, i ja mogę razem z nimi też. Żeby nie pamiętać, że ona gdzieś tam dalej jest i że dla niej wiatr wciąż pachnie.

A może ona też już nie żyła wtedy.

Najgorsza była świadomość, że ona żyła i on żył. Że im się udało. A mnie trzeba było urodzić dzieci, żeby w ogóle jakoś dotrwać. Żeby wstać rano, potem obiad i poprasować i posprzątać, lekcje z nimi porobić, żeby poudawać, że po to właśnie się urodziłam i to jest ważne. Tak żyją ludzie przecież. Mnóstwo naokoło i są zadowoleni, i to jest ich szczęście prawdziwe.

On tak żyje pewnie.

A teraz ma do kogo zadzwonić. Ma wnuczkę, piękną, z czarnymi, kręconymi włoskami. Siedzi mu na kolanach. Rezolutna. Potem podrośnie i będzie miała każdego, kogo zechce, studia skończy, obrazy będzie malować, muzykę

grać, rzeczy projektować. A teraz siedzi mu na kolanach, szarpie go za brodę i się śmieją.

A ja do córki dzwonię i słyszę, że ona ze mną nie rozmawia. Przychodzi dwa razy w tygodniu na godzinę. Wcisnąć ciasto w siebie, wannę wyszorować, podłogi umyć, bo ja to się już schylać nie mogę. Byleby jak najdokładniej, byleby tylko nie spojrzeć na mnie. Byleby mnie nie zobaczyć i nie usłyszeć.

Za to też jej nienawidzę czasem.

Pamiętam, jak się urodziła.

W ciąży się bałam. Chodziłam z brzuchem jak balon i się bałam. Mąż wiązał mi buty, ludzie ustępowali miejsca w tramwaju, stare baby poklepywały po brzuchu. Cera mi się poprawiła, promieniałam, piękniałam, nie tyłam i tylko brzuch wywalało coraz bardziej i bardziej. Bałam się, że po co, że nie mam prawa nowego życia na ten świat, że co, jak chore albo jak brzydkie, albo jak nieszczęśliwe będzie? Że co, jak nie pokocham? Jak nic nie poczuję? Że co, jak ktoś ją porwie, zarąbie, zgwałci? Że to by była moja wina, bo ją urodziłam. Że prawa nie mam jej rodzić, żeby to wszystko złe potem czuła. I że jak zrobić, żeby była piękna, z kręconymi czarnymi włoskami, żeby projektowała, rysowała i każdego kogo chciała, to miała?

Poród był dwudniowy, zielone wody buchały z mojej macicy. Pani podniesie nogę. Pani opuści nogę. Pani rozłoży nogę. Jedną i drugą. Co pani prze, dziecko pani chce udusić? Co pani nie prze, dziecko pani chce udusić?

Rozkroili mi tam prawie od jednego do drugiego kraja, a potem i tak przy wychodzeniu głowa rozerwała mnie i rozpękałam się aż do odbytu. Pokazali dziecko. Zszyli. Do żył wpompowali что нужно. Mąż przyszedł, teściowa, matka. Ojojoj, dziewczynka. Masz tu pomarańcze. Do szpitala zawsze pomarańcze. Dwa dni umierałaś, to masz pomarańcze. Nagroda dla ożywieńca. I cycka wyciągaj, karm, chwal, tul.

Trzy dni leżałam pod firanką ich ciamkań nad małą, karmiłam i spałam. Lekarze mówili, żeby zostawić, że trzeba mnie zostawić.

Pomarańcze, poduszek poprawianie, karmienie małej. Pomarańcze, poduszek poprawianie, karmienie małej.

Potem gorączka.

Wyszłam z gorączki.

Pospałam.

Dali mi małą, tydzień już miała. Popatrzyłam na nią i się ujawniło, że jest piękna. Strasznie chciałam, żeby taka była – musiała być piękna, a ja musiałam ją kochać, bo po to była stworzona.

I wtedy ostateczna decyzja: przecież muszę być matką, tak tylko mogę się dotoczyć do końca.

A może było inaczej?

Może był szok poporodowy, potem gorączka, a potem moje dziecko, ujrzane po raz pierwszy i złota poświata z nieba, aureole nade mną i nad nią, cud narodzin, macierzyństwo, jedyne i niezmienne.

Które na starość gniją w rozpadającym się mieszkaniu na Bronowicach, gdzie studenci wciąż dokądś wchodzą i schodzą. Stukilogramowe, zdrowe, młode chłopy, które też kiedyś porozrywały głowami pochwy swoich matek.

A może nie? Może przyszli na świat ot tak. Jak śliwki ze słoiczka wyskoczyli.

A może było inaczej. Może był szok poporodowy, potem gorączka, a potem moje dziecko ujrzane po raz pierwszy i zwierzęcy instynkt: to jeszcze ja, to dziecko to mój brzuch. Teraz muszę bronić. Jak kocica przed szczurami.

Nie wiem.

Ale wiem, że poczułam.

I po raz pierwszy nie miało znaczenia dlaczego.

Pachniała tak, jak dziecko miało pachnieć. Łapeczki miała malusieńkie. Paznokietki miała.

Wzięłam ją do domu – talki, kąpiele, przeciery ze wszystkiego, co można było dla niej przetrzeć, pierwsze kroki, pierwsze siusiu do nocnika, pierwsze „mama”. Nie potrzebowałam niczego i nikogo innego. Miałam siebie, miałam ją i nareszcie znów miałam uczucia. Mogłam gotować, sprzątać, kłaść do snu i nie było innych myśli. Po raz pierwszy w życiu nie było innych myśli. Nie mieli znaczenia ani ona, ani on, co mnie nie chcieli i jeszcze wcześniejsi, ci pierwsi ona i on, co też mnie nie chcieli. Było tylko tu i teraz.

Moja córeczka była wszystkim dla mnie. Wplatałam jej tasiemki we włosy, zakładałam pieniste sukienki z różowych materiałów, po piątkę od metra, kupowałam i szyłam jak umiałam. A szyć umiałam zawsze. I malować, i wycinać. Szkicowałam jej kontury księżniczek, które potem kolorowała z nadętymi z zaaferowania policzkami, zarumienionymi, że te księżniczki są jak w bajkach. Kontury nie były pokrzywione, bo ręka mi się nie trzęsła. Po raz pierwszy od dawna mi się nie trzęsła.

Ona była artystką. Rosjanką. Wystawiała sztalugi na rynku, a wszyscy patrzyli, płakali i kupowali. Jedną ręką trzymała papierosa, drugą w trzech ruchach kreśliła mój portret i nigdy nie byłam tak sobą, jak na jej portretach. Oglądałam je potem i uczyłam się siebie. Trzy portrety mnie. Trzy różne osoby. Tyle we mnie zobaczyła.

Namalowała mnie i więcej na mnie nie spojrzała.

Wolała siedzieć w przydymionych kafeteriach, malować inne kobiety i innych mężczyzn, palić сколько есть i dyskutować o nowej sztuce i nowych tendencjach w niej, upijać się z pianistami i włóczyć po wąskich uliczkach z pisarzami, siedzieć do rana na balkonie i obserwować tłuszczę, uprawiać seks z młodymi sportowcami i nastolatkami w irokezach i tatuażach. Wtedy jeszcze sinych i niebieskawych. Dzisiaj to tatuaże są żółte, turkusowe i różowe. Wtedy cię brali, wciskali pod skórę czarny tusz, który potem siniał. I wiedziałeś, że to nie jest ładne, ale jest ważne, a to wtedy wystarczało.

Zrobiłam sobie taki tatuaż. Na przedramieniu. Żeby wszyscy widzieli, że też mam w środku bunt myśli i chcę zmian. Ale oni tylko patrzyli i patrzyli. I pytali: tatuaż? No, tatuaż. Garbiłam się, kuliłam, wiedziałam, że dalej nie wierzą, że mam myśli. Ja dla nich byłam bez myśli o społeczeństwie i egzystencji, a mój tatuaż według nich tylko udawał, że je mam.

Wzięłam zapalniczkę i spaliłam go. Powiedziałam potem, że się nie przyjął, że spłynął, że zajadził. Nic ich to nie interesowało, wzruszali ramionami i kiwali głowami. Potem wyśmiewali mnie w zadymionych kawiarniach, nad filiżankami z kawą i kieliszkami z wódką. Ale tylko jednym zdaniem, jedną chwilą, która trwała krócej niż minutę, bo więcej przecież dla nich nie znaczyłam. Rana mnie zaswędziała, jak teraz o tym myślę. Do tej pory mnie swędzi.

Brzydkie mam to przedramię – pokryte bliznami, czarno-sine.

Do tej pory mnie swędzi.

Ale nie ma po co.

Potem wyjechała do Petersburga.

Zrobiła wystawę.

Szkice mojej twarzy ktoś kupił za cenę niższą niż szkice twarzy chłopaka, który był pianistą i którego twarzy dotykała.

Nigdy nie dotknęła mojej twarzy. Tylko dwa razy ręki.

Trzy portrety.

Trzy spotkania.

Trzy godziny być może.

Może sześć.

Może osiem.

Ale więcej niż osiem to już nie.

I od tego czasu ręka zaczęła mi drżeć tak, że nie mogłam już trzymać pewnie ani pędzla, ani ołówka, ani węgla.

To, co tworzyłam wcześniej, było – tak mówili – obiecujące.

Jeśli tylko ręka mi nie drżała.

Ale dziwna to historia była, bo zawsze kiedy byłam o krok tylko od tego, żeby tę obietnicę spełnić, dłoń najpierw zaczynała sztywnieć, a potem szarpało nią niekontrolowanie. Wystarczyło odejść od płótna i już się uspokajała. Nikt nigdy nie wierzył w tę moją historię szarpiącej ręki. U lekarzy byłam trzech, ale tylko wstydu się najadłam. Obywatelka głowy nie zawraca, ręka do pracy zdatna.

Rzuciła okiem na moje obrazy i powiedziała, że ubabrane, ale też że nigdy nie widziała tego czy tamtego. To jest nowe, to jest świeże, takich oczu jeszcze nikt nie namalował – tak mi powiedziała. Ale zaraz potem, że generalnie za dużo, za krzywo i za wszystko. Oczy zgubione w masie kolorów i kresek bez zmysłu i tolku. Без смысла н толка.

Raz rozłożyłam się na rynku, ale zainteresował się tylko bezdomny. Drugi raz podchodzili, patrzyli, odchodzili. Poznałam swojego własnego pianistę. Pokazałam. Rzucił okiem. Wyszedł.

Nigdy go już więcej nie zobaczyłam, tylko kilka razy na ulicy cześć–cześć i dziś to już nawet nie pamiętam, jakiego koloru miał włosy.

A ja wciąż miałam w głowie wszystko i chciałam to pokazać. Brałam węgiel. Szkicowałam sylwetkę, twarz, usta i to było dokładnie to, co miałam w środku. Byłam szczęśliwa, bo wiedziałam, że nawet jeśli inni tego nie zauważą, to ja zawsze będę pewna, że pokazuję prawdę. I zawsze, kiedy już miało do tego dojść, ręka zaczynała mi drżeć. Nie mogłam dalej.

Próbowałam domalowywać resztę, trzymając pędzel w lewej ręce, w lewej stopie, w prawej stopie, w ustach. Przyklejałam drewniane klepki do ręki, ale na koniec zawsze kończyłam, wrzeszcząc na płótno, zalana łzami, raz krwią z nosa. Potem zatrzaskiwałam wszystkie przybory w szafie.

Czekałam. Szłam.

Był wiatr wiosny i zimy, jesieni i lata.

I zapominałam, że ja nie mogę, że mi Bóg zabronił, i znów wyciągałam wszystko z szafy. Rysowałam, mazałam. Euforia.

Cекундочная.

Chodziłam za nią potem jak pies. Gdzie ona, tam i ja. Ale nie odważyłam się podejść, a ona patrzyła przeze mnie.

Po trzech miesiącach wyjechała i dziś nie wie, że nadal jestem. Że siedzę tu, spalona słońcem jak ten nieszczęsny Michałkow i wciąż pamiętam jej imię.

Kiedy pchałam wózek do tramwaju, ludzie mi pomagali, ustępowali miejsca. Mała miała pięć lat, nie mogła sama długo ustać na krótkich nóżkach. Byłam królową, bo moje dziecko miało krótkie nóżki. Zawsze więc w tramwaju siedziałam. Miałam tę wartość. Mała pytała, co to, co tamto, ludzie w kolejce cmokali i się uśmiechali, a część tego uśmiechu spływała także na mnie.

Kiedy uczucie zaczęło topnieć, postanowiłam to zrobić jeszcze raz, a potem jeszcze raz, ale za trzecim razem nie wyszło i okazało się, że już więcej dzieci nie mogę mieć.

A teraz ona już nie ma pięciu lat.

A mnie nie ma kto wziąć do tramwaju na przejażdżkę, postać ze mną w kolejce, uszyć mi pienistej, różowej sukienki i narysować księżniczki o prostych konturach.

Dorosłość

Dzisiaj jestem na rynku.

Chciałam na Kleparz, sznurówki kupić, ale w zły tramwaj wsiadłam, a jeszcze zepsuł się pod Pocztą Główną i trzeba było iść przez rynek.

Kilka lat już tu nie byłam. Turyści ślizgają się na rozmoczonym gołębim gównie. Mży i mgła. A może to smog.

Kraków – najbardziej zasmożone miasto w Europie.

Fetor smutku, kłęby trującego gazu tworzą nad miastem posępną kopułę. Włosi, Hiszpanie, Niemcy – chodzą, oglądają. Kamienica taka, kamienica siaka. Sukiennice, Mariacki, Lajkonik.

Trąbi hejnał i urywa się, kiedy trzeba, a ja nie czuję wcale, że to urwanie jest nagłe niby od jakieś tam strzały.

Część remontowanych kamienic zasłonięta reklamami, na których piękne kobiety za 39.99.

Można sobie taką kobietę kupić razem ze strojem do pływania. Od rzęs w dół jej ciało nie pokrywa ani jeden włos, ale i tak jest tylko zwykłą sroką w porównaniu z moją starą pokraczną, wtedy młodą i pokraczną osobą, której trzy portrety powstały na Błoniach w świetle księżyca.

Co do włosów – ja mam ich dużo: siwe prą spod czapki; szare, kręcone kłębią się pod pachami; ostre i grube pokrywają nogi. Na nogach to czarne jak skrzydło kruka. Córka mówi: ogól. Zadbaj o siebie, może radość ci to jakąś w życiu przyniesie.

A ja mówię: nie ogolę.

Sznurówek mi potrzeba, idę po sznurówki, kupię, będę mieć. Nóg mi nie trzeba ogolić, nie golę. A jak ogolę, to i tak nie będę mieć.

Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz ją uderzyłam. Może to było po „nie dotykaj, bo się sparzysz”? A ona podchodzi i rękę wyciąga. No to klaps. A może jak w gościach porozrzucała wszystkie te buty obcych ludzi – powybierała sobie jakieś i zaczęła chodzić? Klaps. Bo tak się nie robi przecież.

Kiedy pierwszy raz ją obraziłam? Nie pamiętam też.

Może jak po całym dniu – obiad się spalił, plecy bolały, kwiatki zgniły, przelane, to patrzyłam w sufit i mówiłam „hm, hm”, kiedy pokazywała mi swoje pierwsze obrazki. I nic więcej, tylko „hm, hm”. I nawet nie spojrzałam. Może siedziałam w tramwaju obładowana siatami i puszczałam mimo uszu jej dziecięcą paplaninę? Ona pytała, a ja tylko „hm, hm”. A potem już nie pytała, bo wiedziała, że nie odpowiem.

Siedzi w pokoju smutna i zbuntowana. Chce czegoś. Ja nie wiem czego. A ona smutna, bez przyjaciół, zahukana. Taka zawsze była.

Niech się uczy. Doktorka będzie. Poradzi sobie.

Wchodzę w wąską uliczkę. Kiedyś, czterdzieści lat temu, była tu kawiarnia. Kilka lat nie byłam na rynku, ale na tej uliczce bywałam. Najpierw szukałam mojej Rosjanki. Potem to już tylko powspominać, popłakać sobie. Potem żeby samą siebie wyśmiać. A potem: po prostu. Bo coś było do załatwienia. To szłam. Dziecięce ubranka tanie były, więc szłam często. Kilka lat temu ciuchy dla bab starych otworzyli, to chodziłam. Tanie, używane. Tu w płaszczu dziura na wylot, tu spodnie się już nie dopinają, tu czapka mi w tramwaju została, to szłam kupić nową, choć po kimś.

Teraz na miejscu kawiarni, w której siedzieli, jest księgarnia naukowa. Jasna, oświetlona, nowoczesna. Książki lśniące ze śliskimi kartkami.

Wchodzę do środka. Wszystko odremontowane, ekspedientki z kokami, źle dobranymi spodniami, wystającymi brzuszkami i białymi, pomiętymi koszulami płyną po ciemnych kafelkach na płaskich butach i myśląc, że są eleganckie, rzucają mi spojrzenia spode łba.

Bo stara baba jestem, bo baba jestem, bo kobieta jestem, bo człowiek jestem. Człowiek, który może cię zeżreć, przeżuć i wypluć. Więc trzeba mu pokazać, że nie. Z tobą się tak nie da. Niech już od pierwszego spojrzenia wie, że nie z tobą takie numery. Że jesteś miła, bo ci za to płacą, ale masz swoje życie. Jesteś zmęczona i nie chcesz siedzieć w tej pracy po dziesięć godzin dziennie, bo płacą mało, a ty tu najlepsze lata życia, tu albo tam, a chciałoby się Wersalu i sukien, bo teraz każdy chce być księżniczką i wierzy, że mu księżniczki los przypisany i tylko zły los pomieszał.

A ja krok za krokiem sunę i widzę, że połączyli dwie kamienice, ścianę wyburzyli, nośna pewnie nie była albo сделали z nośnej nienośną, a z nienośnej nośną – teraz tak jest, że wszystko można. Nawet budynki po trzydzieści pięter stawiać, z papieru budować, ze styropianu, bo szklane domy to już przeszłość.

Idę i widzę, że druga część księgarni mnie nie interesuje, bo to w tej części, tej, gdzie stoję, była kiedyś zadymiona sala i widzę nagle, że dalej tu jest.

Podchodzę do końca sklepu – zachowało się, jest! Nie starli fresku, który tu był czterdzieści lat temu.

Jeden artysta go namalował. Miał kręcone włosy, piękną aparycję i potworny charakter człowieka, który wie, że jest dużo wart, chociaż tak naprawdę nie wart jest nic. Namalował świętego Jerzego, który penetruje smoka kopią, a smok jest kobietą, a kopia jest fallusem, ale to wiem tylko ja i ci, co wtedy siedzieli w tej knajpie, bo inaczej fresku już by tu nie było, byłby zamalowany albo zasłonięty styropianem.

Nie dla księgarni naukowej takie rzeczy.

Patrzę na zszarzały czterdziestoletni fresk i czuję dym papierosów, który w niego wsiąkł. Dym z papierosów, które ona paliła.

Schodził poprzez gardło, krtań, tchawicę, oskrzela aż do pęcherzyków płucnych. Rozprowadzał nikotynę po całym ciele. Pompował do serca, do mózgu, do duszy. A potem wypełzał na zewnątrz. Tulił się do jej wąskich czerwonych warg. Delikatnie gładził jej twarz z cofniętym podbródkiem i szerokimi brwiami. I wsiąkał, wsiąkał delikatnie we fresk.

Wyszłam stamtąd kroczek za kroczkiem.

Do widzenia od pierwszej ekspedientki w ekran komputera. Do widzenia od drugiej. Jak połączyć fetę z selerem, żeby wyszło dobrze, a żeby się nie zepsuła, bo kupiła już, w lodówce ma i żal wyrzucać. Do widzenia od trzeciej. Co ta baba tu robi, i tak jej nie stać, książek pewnie już nie czyta, widzieć nie widzi przecież.

Na rogu kiosk Ruchu.

Papierosy proszę, najtańsze, klubowe może. Nie ma klubowych, nie produkują, niczego już dla ciebie nie produkują. Jakiekolwiek. Z wielbłądem. Mogą być i z wielbłądem, a po co z wielbłądem, jak mogą być tańsze, nawet ze słoniem mogą być, tylko tanie, bo na rencie jestem, a inflacja rośnie szybciej niż mi włosy na nogach. Z kulką, mentolowe. Nie wiem. Papierosy. Takie papierosy jak kiedyś były. Daj mi coś, szmato, coś, co mi wypełni płuca, mózg i serce. Daj mi coś, bo mam lat więcej, niż jesteś w stanie sobie wyobrazić, więcej niż Mahatma Gandhi i Japonki na zdrowiej żywności. I te lata mi siedzą na plecach, każdy rok liczony za pięć, i ugniatają, a chcę, żeby się rozwiały jak dym, chcę, żeby się spaliły razem z czerwonym koniuszkiem, albo właśnie nie, chcę żeby, zostały, żeby zatruły mnie i przypomniały mi, że Bóg mi zabronił. Daj mi cokolwiek, bo zaraz rzucę swoimi torbami i starymi bezkształtnymi, spranymi, ciuchami z drugiej ręki, i zacznę się tarzać. Tu. Teraz. I wrzeszczeć. Żeby sobie tylko nie przypomnieć. Nie przypomnieć sobie gorszych rzeczy niż tylko jego i jej, którzy mnie nie chcieli ani tych wcześniejszych jego i jej, którzy też mnie nie chcieli, a już najgorsze, najgorsze, nie mogę sobie przypomnieć, nie mogę sobie przypomnieć tych jej i jej, których ja nie chciałam.

Będę krzyczeć i drzeć palcami