Czas na ciszę - Anna Dąbrowska - ebook

Czas na ciszę ebook

Anna Dąbrowska

4,4

Opis

Oksana potrafi śpiewać tak, że jej głos przenika ludzkie dusze, rozpala serca, a z oczu wyciska łzy. Ale jej największe marzenie wcale nie jest związane z muzyką. Straciła już matkę, a teraz może również stracić młodszego brata, Tomka, który zmaga się z ciężką chorobą. Targana sprzecznymi emocjami dziewczyna decyduje się wystartować w eliminacjach do popularnego programu muzycznego, a ewentualną wygraną przeznaczyć na leczenie brata. Ta decyzja okaże się przełomowa i sprawi, że w jej życiu pojawi się ktoś, kto pomoże jej uwierzyć w siebie i zawalczyć o szczęście…

Anna Dąbrowska – autorka bestsellerowych romansów – kolejny raz szturmem podbija serca spragnionych emocji czytelniczek. „Czas na ciszę” to poruszająca historia miłości, która zjawia się w życiu nieproszona, by dać siłę do zmagań z wszelkimi przeciwnościami losu.

Nie mogłem oderwać oczu od tej niewielkiej osóbki. Po prostu nie potrafiłem patrzeć w inny punkt. Moje serce poderwało się, gdy Oksana zaśpiewała pierwszą zwrotkę. Moje powieki same się przymknęły, gdy wybrzmiał refren. Delektowałem się każdym dźwiękiem, który wydobywał się z jej ust. Była niesamowita. Śpiewała bez muzyki i zrobiła to, czego od niej oczekiwałem – zamieniła słowa w dźwięk. Lepiła ze zdań rytm. Otworzyła swoje serce i wypuściła z wnętrza emocje. Znowu to zrobiła! Zahipnotyzowała mnie. Czarowała mnie słowami: „Kochanie, jeśli twoje skrzydła są złamane, pożycz moje skrzydła, aby twoje także się otworzyły”. Inspirowała mnie do napisania nowych tekstów.

Anna Dąbrowska – inowrocławianka. Mama i żona. Niepoprawna marzycielka i fanka zespołu Thirty Seconds To Mars. Uwielbia koty, pić duże ilości herbaty, czytać i tworzyć piękne zdania. W swoich książkach stawia na emocje. Wydała dziesięć powieści i dwie antologie. Każda z jej historii zostaje niezwykle ciepło przyjęta przez Czytelniczki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 342

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




(…) Ale nie mogę sobie pomóc Nie mogę się powstrzymać Jestem szalony I nie mogę się powstrzymać Nie panuję nad sobą

Każdy zły urok można zdjąć za pomocą piosenki.

[…] im dłużej panuje cisza, tym trudniej ją przerwać.

Stephen King, Wielki Marsz

Dla Sylwii Leszczyńskiej, bo wiem, że są takie słowa, których nie trzeba wypowiadać na głos, by słyszeć, jak głośno dźwięczą w naszych uszach. Są ludzie, którzy pozostaną w naszych sercach na dłużej. Za wszystkie wyjątkowe chwile…

Rozdział 1

Kosma

Wiele razy brakowało mi odpowiednich słów, bym mógł wyrazić wszystko to, co czułem. Wszystko to, co działo się w moim sercu, a może tylko na samym jego dnie. Próbowałem upchnąć przeszłość jak najgłębiej. Zakopać ją w głębinach serca i naiwnie myśleć, że skoro już nie było jej widać, przestawała istnieć.

Niestety.

Przeszłość się zamazywała. Jednego dnia oddalała się na tyle, że mogłem spać spokojnie, natomiast drugiego… Mogłem tylko zamknąć oczy i liczyć, że uwolniony ból szybko odejdzie. Mogłem leżeć w łóżku i wpatrywać się godzinami w biel sufitu, a przy pierwszym powitaniu z promieniami słońca zsunąć ciało z łóżka i udawać, że przespałem całą noc. Trawiła mnie bezsenność, trawiło wszystko to, z czym nie potrafiłem się pogodzić. Dlatego doceniałem ciszę i muzykę, bo choć oba pojęcia były skrajnie przeciwne, to łączyło je coś, co otaczało nas zewsząd – melodia. Melodia ciszy niosła ukojenie i niepewność. Była tak wewnętrznie sprzeczna, a zarazem tak cholernie intrygująca. Tak bardzo tajemnicza… Lubiłem być tajemniczy, bo ludzie, w których tkwiła niepewność, byli trzymani na dystans. Wydawali się poważani bardziej niż ci wygadani. Ciekawsi przez swój introwertyzm.

Muzyka wypełniała każdą pustą przestrzeń w moim ciele. Każdy trudno dostępny zakamarek, każdą szczelinę. Melodią dostarczała mi tlenu potrzebnego do przeżycia. Niosła chwilową radość, której potrzebowałem, by się uwolnić od przeszłości. Tworząc melodię, pisząc słowa, żyłem tylko kompozycją. Czułem się niewolnikiem swojej weny. Kiedy tworzyłem, przebywałem w swoim małym świecie, którego nie zrozumiałby nikt. Do którego nikt nie posiadał biletu wstępu. To była kraina, w której moje serce zaczynało szybciej bić, puls przyspieszał, a usta otwierały się same, wydając dźwięk. To było miejsce, gdzie nie było żadnych praw, a moc posiadały tylko słowa.

Siedziałem w bujanym fotelu i brzdąkałem coś na akustycznej gitarze. Próbowałem stworzyć odpowiednią linię melodyczną pod refren, który napisałem kilkanaście minut wcześniej. Moje palce miarowo trącały struny, jednak wygrywany dźwięk wciąż wydawał się arytmiczny. Nie słyszałem w nim głębi. Nie słyszałem magii, która potrafiłaby poruszyć wszystkie struny duszy. A celem muzyki było wywołanie wielu emocji, a nawet łez. Przemyśleń i postanowień.

Niedbale uderzyłem dłonią o struny i usłyszałem zgrzytliwy dźwięk, który postawił włoski na moim ciele na baczność.

– To koniec na dzisiaj – powiedziałem i oparłem gitarę o stolik. Sięgnąłem po leżące na nim pudełko z papierosami. Wyciągnąłem jednego i zapaliłem; miałem ochotę poczuć zapach tytoniu. Od kilku lat paliłem, zarzekając się, że nie jestem uzależniony od papierosów. Robiłem to, by maksymalnie się wyciszyć, odprężyć, a czasami ukoić nerwy po stresującym dniu. Zapaliłem końcówkę białego rulonika i włożyłem ustnik między wargi.

– Co, do cholery! – warknąłem, słysząc dźwięk telefonu, którego unikałem od kilku dni. Miałem dosyć propozycji stworzenia nowego zespołu, zaśpiewania z kimś w duecie bądź wystąpienia w reality show. Dźwięk melodii wybrzmiewającej z telefonu napełniał mnie złością. Znajdowałem się na etapie życia, na którym łaknąłem spokoju. Rozpad zespołu wywołał burzę w całej Szwecji i sprawił, że nie mogłem wyjść samotnie na ulicę, pozostając nierozpoznanym. Gdzie nie spojrzałem, upierdliwi paparazzi robili mi setki zdjęć, które dwa dni później mogłem oglądać w serwisach plotkarskich i rozmaitych kolorowych gazetach. Czułem się zmęczony nagonką:

„Kosma ma dosyć swojego zespołu”; „Wokalista zespołu Lågor czuje się samotny w Szwecji”; „Kosma z Lågor ma dosyć. Rozwiązał zespół, kiedy ich piosenki zaczęły okupować szczyty list przebojów”; „Demoniczny, charakterny… Kim tak naprawdę jest Kosma z popularnego zespołu Lågor?”

Telefon wciąż dzwonił, więc zszedłem z fotela, odłożyłem papierosa w popielniczkę i podszedłem do komody. Zerknąłem na wyświetlacz.

– Pepe? – wymówiłem imię kumpla z lekkim zdziwieniem.

Pepe mieszkał w Polsce i wiedział o wszystkim, co działo się na rynku artystycznym, zwłaszcza muzycznym. Westchnąłem z niepewnością, po czym odebrałem.

– No w końcu! – buchnął mi do słuchawki dźwięczny głos kolegi. – Zapewne siedzisz schowany gdzieś w mysiej norze, bo te hieny biegające z aparatami nie dają ci wyjść na zewnątrz?

Zacząłem odpowiedź od teatralnego westchnięcia, lecz Pepe nie dał mi dojść do słowa.

– Musisz mi pomóc, stary, i jeszcze raz wystawić na pożarcie swoją piękną buźkę.

– W jaki sposób mam ci pomóc? – zapytałem z dobrze wyczuwalną niechęcią.

– Kosma, nie będę owijał w bawełnę. Mam wolne jurorskie krzesło w nowym programie werbującym śpiewające skowroneczki i na gwałt, powtarzam, na gwałt potrzebuję jeszcze jednej osoby. Musimy mieć mężczyznę, który jest charyzmatyczny i trochę popaprany jak ty.

– Dzięki za szczerość – odpowiedziałem, nie chcąc nawet brać pod uwagę tego pomysłu.

– Za tydzień widzę cię w Warszawie. Liczę na to, że połowa produkcji cię pokocha, a reszta znienawidzi.

– Brałeś coś, Pepe? – zapytałem, nie dowierzając, że mój rozmówca może być tak szczerym dupkiem.

– Siada mi kręgosłup, więc połknąłem trzy tabletki przeciwbólowe. Nie odmawiaj, Kosma. To twoja życiowa szansa.

– Już to kiedyś słyszałem, Pepe – wyznałem, przypominając sobie telefon od człowieka, który przekazał mi informację, że dostałem się do zespołu.

– Zatem masz zamiar zniknąć i zmarnować swój talent, tak? A może boisz się powrotu do Polski i konfrontacji z…

Nie pozwoliłem mu dokończyć i szybko rozłączyłem rozmowę.

– Pierdol się – wyszeptałem, wiedząc, że Pepe nie mógł mnie usłyszeć. Chciałem położyć telefon z powrotem na komodzie, gdy ponownie rozległ się znienawidzony przeze mnie sygnał połączenia.

Odebrałem.

– Pepe, nie wkurwiaj mnie, okej?

– Nie mam takiego zamiaru, ale chcę zauważyć, że masz u mnie pewien dług i zastanawiam się, czy przypomnieć ci, komu jeździłem i osobiście kupowałem bukiety najpiękniejszych róż.

Przymknąłem oczy i zacisnąłem wargi, czując się nagle tak, jakby z mojego ciała odpłynęła krew.

– Daj mi dzień do namysłu – poprosiłem nieco łagodniejszym tonem.

– Chciałbym, żebyś się zgodził, bo wiele dobrego zdążyłem już opowiedzieć o tobie komu trzeba.

– Ach… Co dobrego mogłeś powiedzieć o kimś tak popapranym? – zapytałem z uszczypliwością.

– Przekonasz się już wkrótce, a teraz wybacz, stary, muszę się położyć. Starość nie radość.

– Jasne – bąknąłem i rozłączyłem rozmowę. – Cholera! – wrzasnąłem wściekle, wiedząc, że Pepe trzymał mnie w garści. W Polsce miałem tylko jego. Nie było nikogo bliskiego oprócz śmiesznego, łysego faceta, którego wypięty brzuch rozrywał guziki koszuli. Nie rozważałem powrotu do ojczystego kraju, chociaż wiedziałem, że kumple z zespołu wyjechali już ze Szwecji.

– Zrobisz wszystko, by nie przypaść do gustu produkcji, a wtedy Pepe dostanie za swoje – wymyśliłem i złapałem się na tym, że mówiłem na głos. Wsunąłem palce w czarne włosy, które sięgały już za moje uszy.

Przydałaby mi się wizyta u fryzjera.

Może fotel jurorski rozruszałby mój coraz grubszy tyłek?

Tylko…

Nie wiem, czy mam w sobie tyle sił, by zmierzyć się ze spojrzeniami rodziców i brata.

Nie wiem.

Przymknąłem powieki i nabrałem powietrza do płuc. Otworzyłem oczy i rozejrzałem się po hotelowym pokoju. Sterylna biel już kurewsko raziła mnie w oczy. Czułem się w tym pokoju jak w jebanym hospicjum, w którym czekało się na rychłą śmierć.

Śmierć.

Nienawidziłem tego słowa. Nie lubiłem myśleć o śmierci, a jeszcze bardziej nie znosiłem o niej mówić. Śmierć w większości przypadków była usprawiedliwiona z racji dożycia sędziwego wieku, ale niekiedy bywała niesprawiedliwa, bo przedwczesna. Zabierała tak młode osoby, nie pozwalając im odkryć piękna świata. Nie pozwalała spędzić pierwszych wakacji bez rodziców w namiocie, doświadczyć smaku pierwszego pocałunku i stanąć na rozstaju dróg.

Czułem, że ogarnęła mnie twórcza niemoc. Przerażał mnie stan, w którym się znalazłem. Musiałem zapalić papierosa, więc spojrzałem na popielniczkę; tlił się w niej mały niedopałek.

– Kurwa! – ryknąłem, poirytowany rozpadem zespołu, obwinianiem o wszystko mnie, brakiem swobody i propozycją Pepe!

Sukinsyn miał mnie w garści!

Musiałem się zgodzić. Wiedziałem, że mu nie odmówię, tylko czy byłem gotowy na konfrontację z życiem, przed którym dotychczas uciekałem?

Ucieczka nie pomagała żyć. Nie ułatwiała zasypiania, kiedy oczy wciąż pozostawały otwarte. Ucieczka była tylko próbą zapomnienia.

Podszedłem do komody i drżącą dłonią chwyciłem za telefon. Wybrałem numer i ucisnąłem dwoma palcami górne miejsce na nosie.

– Tak? – Głos kolegi spowodował, że zjeżyły się włoski na moim ciele.

– Podeślij na mojego maila umowę – wyszeptałem, czując, jak w piersi łomoce moje serce.

– Jesteś szybszy, niż myślałem! – zawołał uradowany Pepe. – Dobra decyzja, Kosma! Gratuluję czwartego fotela, stary!

– Nie dziękuj, bo wcale się nie cieszę – odparłem, czując, jak z nerwów skurczył się mój żołądek.

– Nie pierdol, tylko przestań już żreć, żebyś jakoś wyglądał w telewizji! – poradził i zrobił to w dobrej wierze. Kamera dodawała kilogramów.

– Jedynym guzikiem, który odpadł z mojego ubrania, był ten przy rozporku spodni, a to świadczy tylko o rozmiarze mojego fiuta!

– Wypucuj go, Kosma, bo Polki cię pokochają i będą same pchać się do twojego łóżka!

– Odstąpię ci kilka za drobną opłatą – zażartowałem, gdyż wiedziałem, że Pepe był szczęśliwym mężem i ojcem.

– Zbieraj siły, Kosma. To tyle rad ode mnie i czekaj na wiadomość.

– Dobra.

– Cieszę się, że się zgodziłeś. Rozjebiesz cały system!

– Oby nie…

– Oby właśnie tak… W tym programie wieje nudą, a ty masz szansę go uratować. Cokolwiek zrobisz bądź czegokolwiek nie zrobisz, wiedz, że będę stał za tobą murem.

– Dzięki – wymamrotałem i poczułem ciepło w okolicy serca.

Fajnie było wiedzieć, że ktoś chciał mnie wspierać w projekcie, o którym nie miałem zielonego pojęcia.

– Najwyżej wdepnę w gówno – powiedziałem.

– Własnoręcznie je zeskrobię z twojego buta. Pamiętaj, że jakby coś, to obaj wylądujemy w łajnie!

– Wiem – odparłem i zakończyłem rozmowę.

Spojrzałem przez okno i pochyliłem głowę do przodu. Następnie zamachnąłem się i uderzyłem pięścią w komodę. Powtórzyłem cios jeszcze raz.

– Kurwa! – krzyknąłem, a następnie usiadłem na puszystym dywanie i podciągnąłem kolana pod brodę. Objąłem nogi rękami i zacząłem wsłuchiwać się w ciszę.

Czas konfrontacji z przeszłością właśnie nadszedł.

Oksana

Czekałam zniecierpliwiona na chłopaków, którzy zaginęli na złomowisku dobre czterdzieści minut temu. Jedną z atrakcji naszego obozu postapokaliptycznego miało być budowanie sprzętu ze znalezionego złomu. Miałam nadzieję, że właściciel nie zażąda wysokiej zapłaty za rupiecie.

Zerknęłam na zegarek, którego wskazówki pokazywały pięć po pierwszej.

– No dalej, pospieszcie się – wycedziłam, wiedząc, że za chwilę muszę wrócić do domu, by pomóc ojcu przy Tomku. – Proszę… Wracajcie już…

Prośby miały to do siebie, że czasami dolatywały do uszu adresata, a innym razem zmieniały bieg swojego lotu, podążając za kierunkiem wiatru.

Widok dwóch sylwetek przyjaciół sprawił, że odetchnęłam z ulgą.

– Dzięki za wysłuchanie – wymamrotałam i podbiegłam do furtki. – Macie coś ciekawego? – zapytałam z nadzieją, że koledzy znaleźli prawdziwe perełki. Ich usta wydawały się kurczowo zaciśnięte, a z oczu nie można było wyczytać żadnych emocji. Frank spojrzał na Alberta, po czym przeniósł swoje niebieskie oczy na mnie i się roześmiał.

Stanęłam, a mój żołądek nerwowo się zacisnął. Przygryzłam dolną wargę, by nie pozwolić sobie na grymas zawodu.

– Mamy cię, Oksi! Znaleźliśmy prawdziwe perełki! – zawołał radośnie Frank. Franciszek nie znosił brzmienia swojego pełnego imienia i wolał, gdy mówiono do niego Frank, co brzmiało bardziej zagranicznie… Był wysokim chłopcem, chociaż mienił się mężczyzną. Ja uważałam go za chłopca, bo liczył tylko dziewiętnaście lat. Byłam od niego trzy lata starsza. Natomiast Albert to mój rówieśnik i miłośnik literatury grozy. Z największym apetytem pożerał książki Howarda Phillipsa Lovecrafta. O Wielkich Przedwiecznych Cthulhu wiedział absolutnie wszystko.

– Oksano… – Albert wymówił moje pełne imię w specjalny sposób, po czym teatralnie zakaszlał i zakomunikował: – Znaleźliśmy cały silnik motorówki, tylko nie wiadomo, czy jest wciąż sprawny. Łożysko od jakiejś maszyny, maski samochodowe, ale jedna jest naprawdę wyjątkowa – mówiąc to, otworzył drzwi swojego auta.

Kiedy wsiadłam, zamknął je i dopiero wtedy sam usiadł na miejscu kierowcy. Albert był całkiem fajnym chłopakiem, nieco roztargnionym, ale sympatycznym. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego fajni chłopcy nie mogli znaleźć sobie dziewczyn, a ci niefajni mieli ich na pęczki.

– Kierunek dom, Oksi? – zapytał, choć i tak wiedział, co odpowiem. Zdążył się nauczyć mojego rozkładu dnia, jak wszyscy należący do naszej paczki.

Byłam im wdzięczna, bo zawsze rozumieli, że nie mogłam być z nimi dłużej, choćbym nawet bardzo tego pragnęła. Nigdy nie pytali o stan zdrowia brata, jakby wiedzieli, że ten z każdym mijającym miesiącem się pogarszał. Gdy Tomek był malutki, nie miał problemów ze zdrowiem. Choroba wybudziła się z uśpienia i zaatakowała go, gdy poszedł do pierwszej klasy. Z roku na rok przybierała na sile i biedak musiał zrezygnować z chodzenia do szkoły. Po kolejnych dwóch latach zupełnie przerwał naukę, a mój tato zwolnił się z pracy. W międzyczasie straciłam mamę, ponieważ wolała umrzeć wcześniej niż jej syn, którego ukochała mocniej niż mnie. Nigdy nie miałam do niej o to pretensji. Rozumiałam, że mój brat był poważnie chory i to jemu należała się cała uwaga. Ja byłam tylko małym skrawkiem tła naszego obrazu. Tomek znajdował się na pierwszym planie. Miał bogatą duszę artysty. Rysował komiksy, których bohaterami były straszne istoty z wieloma głowami. Wszystkie historie pomimo otoczki grozy kończyły się przemianą i dobro zawsze zwyciężało. Kochałam mojego małego wojownika i bardzo go podziwiałam. Za chęć do życia, gdyż ja już dawno bym ją straciła, musząc poddawać się codziennym inhalacjom, drenażom ułożeniowym, połykając garść tabletek na śniadanie, obiad i kolację w towarzystwie odżywczych kroplówek. Kiedyś policzyłam, że Tomek połykał pięćset tabletek miesięcznie. Mój braciszek musiał być zamknięty w czterech ścianach, nie mógł wychodzić na dwór przez zły stan powietrza oraz całodobowe podłączenie do tlenu. Jego płuca były już w opłakanym stanie. Ich wydolność wynosiła raptem siedemnaście procent. By żyć, Tomek potrzebował nowych płuc. Każdego dnia czekaliśmy na telefon z informacją o dawcy, który odda mu swoje płuca do przeszczepu. Telefon jednak uparcie milczał, a ja z tatą musieliśmy zrobić wszystko, by Tomek przeżył kolejny dzień. Mukowiscydoza była cichą zabójczynią.

– Tak – odparłam, denerwując się, że pewnie tata już rozpoczął oklepywanie ciała brata.

– Słuchaj, Oksi… Jakbyś czegoś potrzebowała, to wal śmiało – zaproponował Frank, a ja odpowiedziałam mu uśmiechem.

Nigdy nie chciałam nikogo o nic prosić, wolałam dawać.

– Pomagacie mi dostatecznie dużo. Organizacja obozu jest bardzo pracochłonna.

– Mamy czas. Prawda, Albert? – zagadnął.

– Jasne – przyznał kierowca. – Dzisiaj odbiorę znalezione skarby, więc o nic się nie martw. Skup się tylko na tym wokalnym programie i obozie, Oksi.

– Chciałabym, ale nie mogę – powiedziałam i westchnęłam.

– Wygrasz ten program i zgarniesz dużo hajsu, pojedziesz z Tomkiem za granicę i go wyleczysz.

Uśmiechnęłam się, bo chciałabym, by tak się stało. Zgłosiłam się do kolejnej edycji popularnego programu typu talent show przeznaczonego dla wokalistów, przeszłam preselekcję i w następną sobotę miałam zaśpiewać dla jurorów. Taśmę z moim nagraniem wybrała pani zajmująca się lekcjami śpiewu. Ostatnio jednak otrzymałam dziwną wiadomość, że przez nagłą chorobę męża musiała zrezygnować z jurorskiego fotela. Nie interesowałam się, kim będzie mój nowy opiekun, bo liczyłam się z tym, że mnie nie wybierze. Spośród setek nagrań wyłoniono moją piosenkę i zaproszono do zaśpiewania przed kamerą. Będę jedną z dwudziestu pięciu osób na scenie. Następnie juror wybierze sobie szczęśliwą piątkę, którą będzie prowadził w programach na żywo. Co tydzień odpadnie jedna osoba. Skoro jurorów jest czterech, o zwycięstwo w finale zawalczą cztery osoby.

– Nie wiem, co ja robię w takim programie jak „Szczęśliwa czwórka”. Nie wiem, jakim cudem moja piosenka znalazła się wśród setki innych piosenek i dlaczego stanę na scenie już w najbliższą sobotę.

– Wiem, że wygrasz ten program, Oksi… Wszyscy będziemy trzymać za ciebie kciuki!

– Lepiej nie trzymajcie, nie chcę was zawieść… – powiedziałam i zobaczyłam swój dom.

Albert zatrzymał samochód i pomachał do mnie na do widzenia. Odmachałam i pobiegłam do drzwi.

Otworzyłam je i usłyszałam, jak tata oklepywał plecy Tomka.

Poszłam do łazienki i namydliłam ręce mydłem antybakteryjnym, po czym spłukałam wytworzoną pianę gorącą wodą. Musiałam pamiętać o wzmożonej higienie, by nie przyczyniać się do rozwoju infekcji u brata. Każde przeziębienie powodowało u niego powikłania, przez które mógł trafić do szpitala. Nie chciałam, by tam przebywał i bardziej odczuwał swoją chorobę. W szpitalu każda choroba wydawała się trudniejsza do pokonania, kiedy obserwowało się cierpienie innych ludzi. W domu dostawało się namiastkę normalności.

Narzuciłam na ubranie jednorazowy płaszcz.

– Hej! – przywitałam się, ale mój głos nikł wśród dźwięków wydobywających się z radiowego głośnika i turkotu koncentratora tlenu. Stanęłam obok kanapy, na której leżał mój prawie piętnastoletni brat, i powiedziałam do taty: – Może zastąpię cię w oklepywaniu?

– Idź coś zjeść – powiedział ojciec beznamiętnym głosem.

Skinęłam głową, chociaż wiedziałam, że nikt nie dostrzegł tego gestu. Nauczyłam się żyć, będąc niewidzialną.

Poszłam do kuchni i wlałam zupę do kubka. Nieważne, że była tylko letnia, a zupę jada się gorącą. Nie miałam ochoty jej podgrzewać tylko dla siebie. Tata zakończy oklepywanie Tomka za kilkanaście minut, więc wtedy ją zje. Usiadłam przy stole i dzielnie powstrzymywałam łzy, wiedząc, że za chwilę muszę zbierać się do pracy. Pracowałam na nocnej zmianie w piekarni. Nie była to praca moich marzeń, lecz konieczność, która pomagała nam utrzymać dom. Marzyłam o studiach muzycznych, ale życie szybko zweryfikowało moje plany. Ojciec postawił mnie do pionu stwierdzeniem, że muszę pomagać bratu. I pomagałam, jak tylko potrafiłam najlepiej, choć czasami brakowało mi już sił. Czułam się fizycznie i psychicznie przemęczona. Potrzebowałam solidnej dawki odpoczynku, lecz zagryzałam wargi i sprzątałam dom jak najdokładniej, starając się utrzymywać czystość na wysokim poziomie ze względu na chorobę Tomka. Po pracy kładłam się spać na kilka godzin, następnie spędzałam czas z bratem, niekiedy z przyjaciółmi, po czym ponownie szłam do pracy. Każdy mój dzień wyglądał identycznie. Jedynie latem częściej wychodziłam na zewnątrz. Żałowałam, że brat nie mógł mi towarzyszyć i cieszyć się promieniami letniego słońca. Od dwóch lat zajmowałam się organizowaniem obozów tematycznych dla nastolatków. Tematem tego lata był świat po apokalipsie. Pomysłodawcą był Albert.

– Oksana! Czy możesz przygotować Tomkowi tabletki i kroplówkę?

– Jasne! – krzyknęłam i przestałam pić zupę, a zajęłam się wyjmowaniem kolorowych tabletek o najrozmaitszych kształtach. Mój brat dożywiany był poprzez gastrostomię, czyli przez specjalny przewód prosto do żołądka. Podawaliśmy Tomkowi pokarm wysokoenergetyczny, który sprawiał, że jego ciało przybierało na wadze. Kiedy wyciągnęłam słoiczek z wcześniej przygotowanym jedzeniem, w kuchni pojawił się tata. Miał szare sińce pod oczami i mocno wystające policzki. Wyglądał, jakby nie spał od wielu dni.

– Już? – zapytałam nieco zaskoczona faktem, że oklepywanie pleców brata trwało dzisiaj tak krótko. Spojrzałam na zegar i upewniłam się, że moje przeczucie czasowe mnie nie zawiodło.

– On ma już dosyć. Mówi, że nie chce, by jego życie wyglądało codziennie tak samo. Nie chce spędzać tylu godzin na rehabilitacji. Nie wiem, co robić, Oksano…

– Nie możemy pozwolić mu odejść, tato – powiedziałam i usiadłam naprzeciwko ojca. Ujęłam jego zimną dłoń w swoje ręce i pogłaskałam.

– Nie pozwolimy, ale on traci nadzieję na przeszczep. Uważa, że przez niego nasze życie stało się udręką. Już nie umiem sobie z nim radzić… Ma prawie piętnaście lat, a duszę wypaloną z chęci do życia… Nie wiem… Naprawdę nie wiem… – załkał ojciec, a jego szczęka zadrżała. Męskie oczy zwilgotniały, podobnie jak moje.

– To tylko chwilowy kryzys, zresztą jeden z wielu. Tomek musi zobaczyć, że my się tak łatwo nie poddamy w walce o jego zdrowie.

Dłoń ojca wyswobodziła się z mojego uścisku, po czym otarła zaszklone oczy. Głowa wykonała gest zrozumienia.

– A jak twój konkurs śpiewania? – zapytał nagle.

– Już w najbliższą sobotę muszę być w Warszawie. Wzięłam sobie dzień wolnego z pracy. Przegram i wrócę do domu, więc się nie przejmuj. Nie zostawię was samych – zakomunikowałam i uśmiechnęłam się do niego.

Ojciec spojrzał w moje oczy, zbyt długo i zbyt intensywnie, co mi się nie spodobało. Rzadko na mnie patrzył, bo przypominałam mu mamę. Jej śmierć bardzo go poruszyła. Nagle został sam z dwójką dzieci, z których jedno było poważnie chore. Przez te kilka lat tata bardzo się postarzał. Jego ciemne włosy posiwiały, a oczy straciły cały blask. Usta przestały się uśmiechać.

– Powinnaś wygrać ten konkurs.

– Tato, to mało realne. Mój głos jest znośny, ale kiedy stanę na jednej scenie z innymi śpiewającymi osobami, w większości profesjonalistami, wypadnę blado w świetle reflektorów.

– Słyszałem, jak śpiewasz. Masz kawał głosu, Oksi. Obiecaj mi, że kiedy będziesz już w Warszawie, przestaniesz myśleć o domu, o naszych codziennych trudach i skupisz się wyłącznie na śpiewie. Chciałbym, abyś wygrała, to wniesie do mojego pustego życia radość. Oksi… Od tak dawna się nie cieszyłem… – Twarz taty nagle przybrała posągowy wygląd. Opuścił wzrok, wstał z krzesła, zabrał pojemnik z jedzeniem Tomka i wyszedł z kuchni.

Nie wiedziałam, czy to, co usłyszałam, czasami mi się nie przyśniło. Tato pragnął mojego zwycięstwa, którego nie mogłam mu obiecać. Dawałam sobie raptem dwa procent szans na dostanie się do programów kręconych na żywo.

Jednak perspektywa wprowadzenia do mojego domu radości okazała się niezwykle kusząca…

Rozdział 2

Kosma

Po niecałych trzech godzinach podróży znalazłem się w ojczyźnie. Miałem do załatwienia kilka ważnych spraw i musiałem pojawić się w Warszawie jak najszybciej.

Pepe miał cholerną rację, sądząc, że ten program okaże się totalną klapą – wywnioskowałem, czytając kolejne załączniki umowy, na której miałem złożyć za kilka chwil swoje autografy.

– I jak będzie? Wchodzi pan do tej wody? – zapytał mężczyzna wystrojony w idealnie skrojony garnitur jakiejś drogiej firmy.

Spojrzałem na niego kpiąco, po czym rozchyliłem usta i wyszczerzyłem białe zęby.

– Pod warunkiem, że będzie płytko, bo nie umiem pływać.

– A jeśli będzie na tyle głęboko, że zamoczy pan swoją niechlujną bródkę?

Kurwa! Czy ten opasły kutas właśnie miał czelność wytknąć mi mój kilkunastodniowy zarost?!

– Wtedy wciągnę ze sobą pana, by pański ciężar spowodował rozpryśnięcie wody, czyli znaczny jej ubytek. Radziłbym ograniczenie spożywania kalorii i zapisanie się na siłownię. To tak po przyjacielsku, między nami… Kobiety nie lubią podwójnego podbródka u mężczyzn… Po cholerę im indyk z dużym wisiorem i koralami?

Siedzący przede mną cwaniaczek zrobił się purpurowy na twarzy i już wiedziałem, że mnie nie polubił.

Jaka szkoda…

Złożyłem kilka podpisów w odpowiednich rubrykach i oddałem papiery, a facet z podwójnym podbródkiem nie raczył mi nawet odpowiedzieć „do zobaczenia”.

Wychodząc z gabinetu, natknąłem się na łysego grubaska o szerokim uśmiechu.

– Kogo ja widzę?! – wykrzyknął, przecierając oczy ze zdumienia. – Kosma! Kupę lat…

– Chyba jeszcze nie oślepłeś, Pepito! – Wykrzykując zdrobniałą formę imienia tego radosnego człowieka, porwałem go w ramiona i mocno uścisnąłem, choć nigdy nie byłem wylewny.

Być może się starzałem…

Być może tak bardzo tęskniłem za obecnością Pepe…

– Stary, aż mi oczy zwilgotniały – wyjęczał, wciskając swój napompowany brzuch w moje ciało.

– Przyniosę ci papier toaletowy do podtarcia… oczu – wycedziłem i uwolniłem się z objęć kumpla.

– Jesteś skurwielem bez serca, Kosma – skwitował Pepe. – Pustym i zimnym sukinsynem z głosem, który przywraca życie nawet zmarłym. Ale i tak cię kocham.

– To źle. Kochaj żonę i dziecko, ale nie mnie… – poradziłem. Nikt nie powinien mnie kochać. Nigdy.

– Oni są priorytetem w moim życiu, ale ty jesteś tym jednym z pluszowych misiów kolekcjonerskich ustawionych na półkach w moich gablotkach.

– Nadal je zbierasz? – zapytałem, nie mogąc zrozumieć, po co dorosłemu facetowi do szczęścia misie.

Pepe przytaknął, po czym objął mnie za ramię i nakierował do gabinetu znajdującego się na samym końcu korytarza.

– Ale się ustawiłeś, grubasku! – jęknąłem z zachwytem.

– Jakoś tak wyszło – skwitował i gestem wskazał, bym usiadł na skórzanej dwuosobowej kanapie. Zrobiłem to i rozejrzałem się dookoła. Od razu zauważyłem okno skierowane na panoramę Warszawy, a obok niego biurko, na którym stała pozłacana klepsydra ze złotym pyłem.

– Jeśli mam być szczery… – zagaił Pepe, po czym się zawahał i zaczął pocierać dwoma palcami oba swoje podbródki. – Nie wierzyłem, że uda mi się ściągnąć cię do Warszawy. Sądziłem, że ruszysz swoje cztery litery za pół roku i wtedy zaczniesz coś piszczeć do mikrofonu.

– A widzisz… Będę piszczał od soboty. Z tego, co wyczytałem z umowy, czeka mnie zaśpiewanie dwóch piosenek solo i jednej w duecie. W razie wygranej członka mojej załogi zobowiązałem się również do piszczenia w finale.

– Musisz rozruszać ten program, Kosma. Kurwa, po prostu musisz. Na fotelu jurorskim zasiądzie sopranistka Róża Modrzejewska, raper Niko i ten smętny Pukiel… Jak on ma na imię? – zapytał i zmarszczył brwi. Westchnął ze złością, po czym postawił klepsydrę górą na dół, tak by wprawić złoty pył w ruch. – Myśl, Pepe… Kurwa, myśl… – wycedził pod nosem.

Zacząłem się śmiać, widząc chwilową amnezję kumpla.

– Czyżbyś mówił o Łukaszu? – zapytałem.

– O tak! Łukasz. Tak, Łukasz Pukiel… Tak. To ten smęciarz.

– A piasek opadł na dno. Nie wyrobiłeś się z odpowiedzią, co znaczy, że postarzałeś się, Pepito.

– Każdy z nas się postarzał, Kosma. Nie każdy z nas stanął w kolejce po dobre geny tak jak ty – dogryzł mi. – Ja stanąłem w kolejce po ścisły rozum.

– I tuszę.

– Aj! – jęknął Pepe. Nie moja wina, że łagodzę stres jedzeniem. Batoniki, chipsy i lemoniada to paliwo napędzające moje szare komórki do pracy.

– Możesz odstresować się na siłowni, stary. Potrzebuję towarzysza, nie znoszę ćwiczyć w samotności. Muszę wiedzieć, że ktoś na mnie patrzy.

– Lubisz, kiedy ktoś patrzy z zazdrością na twój sześciopak na brzuchu?

– Nie. Potrzebuję kogoś, kto powie mi „dość”. Nie znam umiaru, kiedy zaczynam ćwiczyć.

– Ale ja się nie nadaję do takich miejsc…

– Możesz na mnie patrzeć i żreć chipsy, które będziesz popijał gazowaną i słodką lemoniadą.

– Zasapię się już po minucie biegania na bieżni – tłumaczył się.

– Jeśli nie będziesz mnie hamował, z wycieńczenia spuszczę sobie na szyję bardzo ciężkie hantle i będziesz miał mnie na sumieniu.

W oczach Pepe zaczął malować się strach…

– Kosma, ty tak na serio? – zapytał i odruchowo wyciągnął z szuflady czekoladowego batonika, którego odpakował i ugryzł.

– Bardziej niż serio. Więc jak będzie?

Pepe skończył przeżuwać kęs. Spojrzał na mnie z trwogą i kiwnął głową.

– Jutro o siódmej. Weź ręcznik i sportowe ubranie – powiedziałem, wstałem z sofy, strzepnąłem długą, czarną marynarkę, po czym wyszedłem z jego biura. Tak bez słowa. Bez pożegnania, bo ja nigdy się nie żegnałem.

Bolały mnie wszystkie mięśnie brzucha, niestety nie od ćwiczeń, a od śmiechu. Patrzyłem i naigrywałem się ze zdyszanego Pepe, który zacięcie dreptał na bieżni, walcząc przy tym z wielkimi kroplami potu, które spływały z jego czoła.

– Może batonika?! – zaproponowałem z ironią.

Pepe skrzywił usta, z których wydostał się dyszący dźwięk pełen trwogi. Następnie ten dźwięk zamienił się w ryk rozwścieczonego niedźwiedzia. Nim się obejrzałem, oberwałem w twarz cuchnącym od potu ręcznikiem. Wzdrygnąłem się z obrzydzeniem i przestałem się podciągać.

– Zmień antyperspirant – wycedziłem i wyszedłem z sali, w której ćwiczyliśmy. Otworzyłem przydzieloną mi szafkę w szatni i wyciągnąłem swoją torbę. Nim się obejrzałem, domyśliłem się obecności Pepe po ostrym, nieprzyjemnym zapachu potu. Spojrzałem na czerwoną twarz kumpla i się roześmiałem.

– Może batonika?

– Odpierdol się, Kosma! W coś ty mnie wrobił?! – zapytał oskarżająco, wykonując po każdym słowie długą pauzę.

– Masz zadyszkę? Starość nie radość – zakpiłem z Pepe i uderzyłem go w plecy z otwartej dłoni. Usłyszałem tylko ciche „auć” i zobaczyłem kumpla zwijającego się z bólu na podłodze. Szybko ukucnąłem i spojrzałem w jego oczy. – Weź mnie nie wkręcaj, przecież nie kopnąłem cię w jaja!

– Ja… Ja… Nie… – wydukał, czerwieniejąc na policzkach coraz bardziej.

– Pepe, wstań… Proszę…

– Nie mo… gę… – Gardłowy głos kumpla naprawdę mnie zmartwił. – Ple… cy… Zła… ma… łeś… ple… cy…

Czytałem z ruchu jego ust, by się dowiedzieć, o co chodziło.

– Zadzwonić po karetkę? – zapytałem, na co Pepe pokiwał przecząco głową. – Jak pieprzysz się z żoną, też tak ci strzela w kręgosłupie?

Pepe nerwowo zaprzeczył oczami.

– Ona – wycedził z trudem – siedzi na mnie…

– Jeśli możesz gadać o świntuszeniu, możesz i wstać. No, dalej! – poganiałem kumpla, który wciąż z trudem łapał oddech.

– Zadzwoń do mojego le… karza… – poinstruował mnie i pokazał, żebym wyciągnął telefon z kieszeni jego spodenek.

– Mam go znaleźć pod tymi fałdami tłuszczu?! Zgłupiałeś?! To takie uczucie, jakbym grzebał wielorybowi w dupie! – parsknąłem z niechęcią, ale wyciągnąłem telefon i zacząłem szukać w kontaktach.

– Pan Bana… nek – jęknął Pepe i skrzywił się z bólu. – Uważaj tylko… – Zaczął sapać i złapał się za gardło. – On strzela guanem jak… Jak pin… gwin…

– Kto strzela bananem? – zapytałem i zmarszczyłem brwi, sądząc, że Pepe zaczął majaczyć.

– Du… pa…

– Twój doktorek strzela bananami z dupy? A to ciekawe! Zapytam go o to, jak tylko się zjawi. – Wybrałem numer „Bananka”.

– Witam cię, Patryku! W czym mogę pomóc? – zapytał mnie cienki i nieco piskliwy męski głosik, który brzmiał tak samo jak ja w trakcie przechodzenia mutacji.

– Patryk prosił, bym do pana zadzwonił, bo zwija się w szatni siłowni i pierdoli mi jakieś farmazony.

– Czyżby znowu wyskoczył mu kręg w odcinku lędź-wiowym?

– A kto to wie?

– Niech pan obróci Patryka na brzuch i spróbuje…

– Oszalał pan! – wykrzyknąłem. – Aż takich ciężarów nie dźwigam!

Pepe westchnął i zasłonił oczy dłonią.

– Daj mi go do telefonu – wyszeptał.

– Nasz ciężko chory przemówił. Oddaję mu telefon.

Podstawiłem słuchawkę do uszu Pepe, a ten zaczął rozmawiać z „Banankiem” jakimiś nieznanymi mi skrótami. Po zakończonej rozmowie powiedział tylko:

– Zaraz mnie stąd zabierze.

– A da radę cię udźwignąć? – zapytałem.

– Kosma, idź się wylataj na bieżni, bo chyba nazbierało się w tobie zbyt dużo testosteronu. – Albo idź do kibla i sobie strzep. W męskiej toalecie wisi plakat baby z dużymi cycami, to powinno ci wystarczyć do szybkiego ręcznego.

– Szybko się uczysz, grubasku. Leż tu grzecznie i czekaj na swojego „Tolka Banana”.

– Jak wstanę i zdołam się wyprostować, to skopię twoją kościstą dupę!

– Zanim ty uniesiesz nogę, ja zdołam ci uciec i przebiec ten budynek pięć razy dookoła.

– Po jakiego chuja załatwiłem ci ten program?!

– Mówiłem ci od samego początku, że to bardzo kiepski pomysł, ale ty, Pepe, nie chciałeś mnie słuchać.

– Kurwa! No nie chciałem! I teraz mam za swoje! – Ton głosu Pepita błagał o litość.

– Przyszedł Tolek – burknąłem, widząc wchodzącego szczypiorkowatego młodzieńca z dużą, skórzaną torbą na ramieniu.

– Kurwa! Nareszcie! – wrzasnął Pepe.

– Patryk, co ci odwaliło z tą siłownią?! – zapytał mężczyzna, który najpierw ułożył w prostej pozycji ciało Pepe, by następnie wyciągnąć do mnie swoją kościstą dłoń.

– Kosma – przedstawiłem się.

– Ryszard – odpowiedział.

– Rysiu?! – wycedziłem z rozczarowaniem. – Miałeś być bananikiem, który strzela z dupy pingwinami! Tak to szło, Pepe? – zapytałem, czując, że zrobiło mi się gorąco, gdy „Tolek” wyciągnął ze swojej torby dużą strzykawkę.

– Wolę cię o sto razy bardziej, gdy milczysz – odezwał się leżący Pepito. Podciągnął koszulkę i ukazał swój tłusty brzuch.

– W takim razie zostawiam was samych. Bawcie się dobrze – rzuciłem na pożegnanie, na co młody szczypior otworzył szerzej oczy.

– Sądziłem, że pomoże mi pan przetransportować Patryka do samochodu…

– Od kiedy wieloryba można zapakować do auta? – zapytałem.

Szczypior wybuchnął śmiechem. Patryk przewrócił oczami i zagryzł wargi, kiedy gruba igła wbijała się w jego skórę.

– Przydałoby się Patrykowi schudnąć dobre trzydzieści kilogramów. On o tym wie. Po raz ostatni ratuję mu życie. To jak będzie? Pomoże mi pan?

– Jeśli od dźwigania Pepe dostanę przepukliny na jajach, żywy wieloryb stanie się martwym wielorybem – odgryzłem się i zacząłem pomagać podnosić kumpla.

– Po chuj ci jaja, skoro nie masz zamiaru spłodzić dzieciaka? Bzykasz tylko i wpuszczasz swoje żyjątka w kondom. Mógłbyś mieć już gromadkę zielonookich bahorków…

– Panowie, proszę wybaczyć, ale ja tutaj wciąż jestem – odezwał się mężczyzna o imieniu Ryszard. – Wy tak zawsze? Kręcą was takie odzywki?

Spojrzeliśmy na siebie z Pepe i poczułem się w obowiązku wytłumaczyć.

– Nie widzieliśmy się wiele lat. Nasze głupie teksty wynikają z obopólnej radości.

– A to ciekawe… Zatem… – Szczypior spojrzał na mnie i pobladł. Zachowywał się tak, jakby w mojej osobie ujrzał ducha. – To jest ten Kosma?! Ten wokalista, którego filmiki mi przesyłałeś? On ma głos, który wywoływał ciarki na moich rękach!

– Pepe twierdzi, że piszczę, gdy śpiewam.

– Tak, to on – przyznał Patryk, który dzięki naszej pomocy wstał na nogi, choć wciąż krzywił się z bólu. – To ten jebaniec z magicznym głosem.

Uśmiechnąłem się pod nosem i kazałem kumplowi oprzeć się na moim ramieniu.

– Naprawdę ważysz tyle co mały słoń.

– To wieloryb czy słoń, bo już się pogubiłem?!

– Ja nie wierzę! Ja nie wierzę! – powtarzał pod nosem młody szczypior, wpatrując się we mnie jak w jakieś pieprzone dzieło sztuki. – Jak posadzimy wieloryba w samochodzie, będę mógł cię dotknąć? – zapytał i znów wpatrzył się we mnie tak intensywnie, jak gdyby był zahipnotyzowany.

– To zależy gdzie, bo jestem ubezpieczony. Moje pośladki, ramiona i kutas zostały wysoko wycenione, więc…

– Chcę cię tylko przytulić i ci podziękować – wyznał Ryszard, zapewne uważając, że faktycznie ubezpieczyłem niektóre części ciała.

– Nie słuchaj go, Rysiu. On wyjątkowo dużo dzisiaj gada. Zwykle to ja mówię, a on milczy.

– Nieważne, co gada. Ważne, by gadał więcej… – Ryszard mrugnął do mnie, kiedy stanęliśmy przy jego vanie.

Poczułem mroźny oddech, który rozszedł się automatycznie po całym ciele. Zbita gula śliny utknęła w moim gardle, nie dając mi możliwości powiedzenia czegokolwiek. Spojrzałem złowrogim wzrokiem na Pepe, który uśmiechnął się do mnie, choć widziałem, że jego twarz wyrażała ból.

– On nie jest groźny – wyszeptał, gdy upewnił się, że Ryszard nie był w stanie nic usłyszeć.

Jak to się stało, że nie wyczułem w tym szczypiorze pedała?

Pedał, nie pedał… Skoro Pepe mu ufał, koleś musiał być dobry w swoim fachu. Nie miałem nic do odmiennej orientacji seksualnej pod warunkiem, że żaden koleś nie posyłał mi słodkiego uśmiechu i nie robił do mnie maślanych oczu.

– Bananik – prychnąłem cicho i z niesmakiem. Już wiedziałem, dlaczego Pepe tak zapisał go w telefonie.

– Kosma, jedziesz z nami? – zapytał młodzik, na co wzruszyłem ramionami.

W sumie co mi szkodziło pojechać? Był ze mną Pepe, więc mogłem czuć się bezpiecznie. Usiadłem na tylnym siedzeniu i zapiąłem pasy. Położyłem obok siebie dwie torby sportowe i zacząłem przyglądać się Warszawie z bliska. Na kilka tygodni to miasto stanie się moim domem. Nie chciałem jeszcze myśleć, co będzie po zakończeniu programu. Nauczyłem się nie planować. Żyłem chwilą. Nie starałem się na siłę łapać czasu. Po prostu liczyło się to, co działo się teraz.

Oksana

– Oksi… Psst… Oksana, wstawaj! – Nie widziałam, kto do mnie mówił, ale słyszałam delikatny głos, który próbował nakłonić moje senne oczy do otwarcia się. – Za chwilę ktoś odkryje, że śpisz, i będziesz miała kłopoty! Słowo „kłopoty” podziałało na mnie jak kubeł zimnej wody wylany na głowę.

Zerwałam się na nogi i otworzyłam oczy. Spojrzałam w dół i zobaczyłam, że niezjedzona kanapka wciąż tkwiła w mojej dłoni. Zamknęłam się w kantorku, by spokojnie zjeść kolację, a moje oczy przymknęły się tylko na chwilę.

– To miała być tylko chwila… – wyszeptałam zmieszana. – Ostatnio chodzę przemęczona. Przepraszam – jęknęłam zbolałym głosem. Było mi wstyd.

– Nie martw się. Nic złego się nie stało. Nikt nie zauważył twojego zniknięcia… Jeśli nawet… Masz prawo do wypoczynku. Wszyscy wiedzą, jak ciężko pracujesz. Powinnaś skupić się tylko na dobrym występie w programie. Wszystko inne się nie liczy, Oksi… Dlatego powinnaś wziąć wolne i porządnie wypocząć.

– Musiałabym wyjechać, by odpocząć. W domu wciąż czeka mnie ciężka praca przy Tomku.

– No tak… Zapomniałam, że masz chorego brata. – Koleżanka z tej samej zmiany popatrzyła na mnie z litością. Położyła swoją dłoń na moim ramieniu i chwilę głaskała mnie w przyjacielski sposób. – Oksi, wracamy do pracy.

Skinęłam głową, nie mając ochoty wracać w miejsce, gdzie ciepłe powietrze wydobywające się z pieca buchało na moją twarz. Spojrzałam na swoje szorstkie palce, które już dawno straciły gładkość. Nigdy nie malowałam paznokci, ponieważ detergenty do sprzątania w domu zaraz zniszczyłyby kolorową powłokę lakieru. Wykonywana praca także nie pozwalała na noszenie zadbanych paznokci. Poczułam się nagle taka mała. Zbyt mała, by móc odmienić los mojego brata. Pracując w piekarni, zapewniałam stabilność finansową swojej rodzinie. Potrzebowałam czegoś więcej. Potrzebowałam cudu, by spróbować odmienić życie młodego chłopca, który miał tak wiele do zaoferowania światu. Jego grafiki oczarowałyby wielu rysowników. Może miałyby szansę znaleźć się na stronach książek?

Może Helena miała rację, uważając, że powinnam skupić się na programie? – pomyślałam, idąc obok koleżanki. – Muszę coś zrobić… Nie chcę całego życia spędzić w piekarni.

Nagle zatrzymałam się. Otworzyłam usta i napełniłam płuca gorącym powietrzem. W piekarni można było oddychać ciepłem. Poczułam, że moje oczy zaszły parą i zaczęły coraz mocniej wilgotnieć.

– Oksi, co się dzieje? – zapytała koleżanka. – Nie płacz. Jeśli zamierzasz płakać, rób to w domu, by nie dawać pożywki plotkarzom. Nie karm ich swoimi łzami, bo szkoda ich wylewać na ludzi, których serca wypełnia trucizna.

Otarłam palcami kąciki oczu, z których wciąż wypływała wilgoć.

– Masz rację – stwierdziłam. – Nie warto płakać. Trzeba wziąć się w garść i nie dać się pokonać słabości.

Muszę być dzielna dla niego. Wszystko, co robię, wszystko, co poświęciłam, jest dla niego. Tomek na to zasługuje.

Podeszłam do przydzielonej taśmy, nasunęłam niebieski czepek na głowę i uśmiechnęłam się, choć nikt nie zauważył radosnego grymasu na mojej twarzy. Nie sprawiło mi to przykrości, bo zawsze byłam przezroczysta.

– Oksi! Halo! Oksi! – obudziło mnie wołanie taty, dochodzące z salonu.

Szybko zerwałam się z łóżka, nie wiedząc w pierwszej chwili, gdzie jestem i co się dzieje dookoła. Na rozciągniętą koszulkę narzuciłam szarą, rozpinaną bluzę, ziewnęłam i pospiesznie wyszłam z pokoju.

– Tak, tato? – zapytałam, widząc strach malujący się w jego oczach. Ojciec trzymał w jednej dłoni stary, rtęciowy termometr, a w drugiej termometr, który przykładało się do czoła.

– Tomciu, ja sprawdzę dłonią, czy masz temperaturę – poprosiłam brata, który wcisnął się twarzą w sofę i lekceważył stan swojego zdrowia. Usiadłam obok niego i zaczęłam łaskotać łydkę jego nogi, na co brat zaczął nią wierzgać i śmiać się. – Nie przestanę, póki nie pozwolisz dotknąć czoła – zapowiedziałam.

– Dajcie mi spokój! – warknął brat, ale jego podniesiony głos ginął w materiałowym obiciu kanapy.

– Sorry, braciszku… Zapomnij o spokoju. – Ostrożnie wdrapałam się na chudą nogę brata, lekceważąc minę ojca, który wzrokiem błagał mnie, bym nie uszkodziła brata ani otworu do jedzenia. Wsunęłam palce pod koszulkę Tomka i zaczęłam go łaskotać. – Chyba spadł ci tlen i zaraz zwiększę ci poziom twojej saturacji – orzekłam.

– Mam… Mam osiemdziesiąt pięć procent saturacji. – Tomek zaczął kaszleć, a mnie od tego dźwięku rozbolało serce.

– Zaraz odkręcę ci dziesięć litrów i wpuszczę ci do niego gaz rozweselający.

Tomek odwrócił się na plecy. Widziałam, ile trudu sprawia mu tak prosta czynność. Ten widok też bolał.

– Może zmierzę ci tętno?

– Po co? Chcesz mi znowu wstawić beta-blokery? Nie chcę niczego! Mnie i tak wszystko boli! Serce, mięśnie, gardło, głowa! Wszystko!

Czasami czułam się egoistką, bo wolałam, by brat przestał mówić i się tak nie męczył. Słowa odbierały mu siły.

– Oksi, wracaj do swojego pokoju. Wiem, że chciałaś dobrze, ale Tomek jest za słaby na żarty. Wszystko go denerwuje. Synku, może poćwiczymy? Zmęczysz się i szybciej zaśniesz… – poradził tata.

– Nie chcę! – wykrzyknął brat, a ja przeraziłam się i szybko zeszłam z jego ciała.

– Pamiętaj, że podczas kwalifikacji do przeszczepu musisz ćwiczyć nogi. Może przeszedłbyś się z tatą po pokoju? – zapytałam.

– Dla mnie nie ma już nadziei. Dawno temu ją straciłem i dziwię się, że wy ją jeszcze macie!

Poczułam, jak ostre narzędzie wbija się w moje serce.

Tomek zaczął kaszleć i prawie się dusił. Białka w jego oczach robiły się czerwone.

– Tato, przynieść ci PEP? – zapytałam, chcąc przynieść ojcu aparat do oczyszczania dolnych dróg oddechowych i przesuwania wydzieliny do miejsca wydalenia.

– Możesz podać flutter.

– Dobrze – odpowiedziałam i przyniosłam małe urządzenie z kuleczką w środku, którego ustnik wprowadza się do ust i dmucha, by wprawić w ruch kulkę. Kulka wprawia w ruch wydzielinę.

– Nie chcę robić fizjoterapii. Mam dosyć. Zrozumcie. Nie mam już sił… – Głos Tomka słabł.

Znowu zaczął kaszleć. Gdy kaszlał, bolało go całe ciało.

Moje serce ściskało się z żalu, gdy słyszałam, jak brat każdego dnia tracił chęć do walki o swoje życie. Nie chciałam wracać do pokoju, położyć się na łóżku i płakać. Łzy nie pomagały nikomu. Nie sprawiały, że czułam się lepiej. Łzy nie leczyły… Były bezużytecznym wytworem oczu. Wzięłam flutter i położyłam go obok brata. Wyszłam z domu bez słowa. Musiałam wyjść, by nie udusić się własnym smutkiem.

Wieczorny wiatr muskał moje ramiona, więc zapięłam bluzę i skrzyżowałam ręce, a dłonie wsunęłam pod pachy. Żałowałam, że nie zabrałam z pokoju ukulele. Usiadłabym na pobliskim kamieniu i poddałabym się muzyce. Tylko ona była w stanie odgonić burzowe chmury z mojego nieba. Potrafiłam grać na tym niewielkim instrumencie, który brzmiał niezwykle wdzięcznie. Dzięki niemu zaczęłam śpiewać i odkryłam, że sprawiało mi to przyjemność. Moje sopranowe ukulele wybrzmiewało krócej i ciszej od większego, tak zwanego tenorowego. Grało mi się na nim łatwiej, a wyższe brzmienie idealnie tuszowało niedoskonałości mojego głosu. Przynajmniej tak uważałam.

– Którą piosenkę powinnam wybrać na sobotę?

Myśl, Oksi… Myśl…

Miałam dwie propozycje, ale żadna nie wydawała mi się dostatecznie dobra, by wykonać ją przed kamerami. Ziewnęłam ospale, odgarnęłam niesforny pukiel włosów, które rozwiewał wiatr. Wpatrywałam się w niebo i oddychałam ciszą, której miałam w życiu tak niewiele.

– Oksi! – Głos kierownika zmiany sprawił, że moje serce na chwilę się zatrzymało.

Powinnam się odwrócić i uśmiechnąć, lecz… Czy to dobry pomysł?

Spojrzałam przed siebie i napotkałam wpatrzone we mnie oczy Heleny, która uśmiechała się i pokazywała palcem, bym się odwróciła.

Raz, dwa, trzy… – policzyłam w myślach. – Co? Ale…

Pierwsze, co zobaczyłam, to kwiaty. Kolorowe i pachnące. Zza dużego bukietu wyłonił się spiczasty nos kierownika mojej zmiany, a następnie jego szare oczy. Poprawiłam uniform, wcierając w kieszenie lepką wilgoć dłoni. Moje ręce zawsze pociły się w sytuacjach stresowych.

Nie potrafiłam wydobyć z siebie głosu.

– Oksano, życzymy ci powodzenia i wiedz, że będziemy oglądać cię w telewizji! Nie wiem, jak śpiewasz, ale sam fakt, że dostałaś się do takiego programu, jest sporym wyróżnieniem. Pamiętaj, że będziemy trzymać kciuki i cierpliwie czekać na ciebie w pracy, jeśli zechcesz do niej powrócić.

– Ale… – Wszystkie dźwięki budujące słowa znowu zatrzymały się w moim gardle. – Dziękuję – wycedziłam, wciąż ocierając dłonie o biały pracowniczy płaszcz. – Wasze wsparcie wiele dla mnie znaczy, tylko… obawiam się, że nie mam szans przejść dalej. Ten odcinek będzie wyemitowany w niedzielny wieczór. Następne odcinki będą emitowane na żywo.

– Szansę ma każdy z nas. Walcz, Oksano, o swoje marzenia, bo jesteś jeszcze taka młoda. Masz przed sobą cały świat – powiedział kierownik i wcisnął mi bukiet kwiatów.

Pod powiekami zamigotały mi łzy. Nie spodziewałam się, że ktoś z piekarni pamiętał o programie.

– Może na koniec pracy zaśpiewasz coś dla nas? – zapytał mężczyzna.

– Jaki utwór wykonasz w programie? – dopytywała koleżanka ze zmiany.

– Jeszcze nie myślałam, co zaśpiewam. Boję się, by nie spanikować i stamtąd nie uciec – przyznałam. – Nigdy nie śpiewałam na profesjonalnej scenie, w dodatku przed jury.

– Kto jest w jury? – To pytanie zadało jednocześnie kilka osób, które przysłuchiwały się rozmowie.

– Róża Modrzejewska, Niko, Łukasz Pukiel i ktoś jeszcze… Jego nazwisko owiane jest tajemnicą.

– Pani Modrzejewska to ta słynna sopranistka? – zapytała piegowata kobieta, z którą nigdy wcześniej nie rozmawiałam.

– Tak.

– Będziesz w jej grupie?

– Nie – odparłam. – Moim sędzią będzie ta tajemnicza postać.

– Ciekawe, kto to…

– Też jestem ciekawa.

Przez kolejne piętnaście minut odpowiadałam na dziwne pytania, na które sama nie znałam odpowiedzi. Wciąż trzymałam kwiaty i mówiłam… W przerwie wysłałam SMS-a do Alberta z prośbą, by po mnie przyjechał pod budynek piekarni.

Odpowiedź przyszła niemal natychmiast:

Jasne, muzyczna Gwiazdo. Będę czekał przed wejściem.

Uśmiechnęłam się. Cieszyłam się, że miałam takiego przyjaciela. Franka także uwielbiałam, ale Alberta znałam od piaskownicy. Od zawsze był przy mnie.

Dziękuję! – napisałam.

Pospiesznie włożyłam telefon do kieszeni, napotykając pilny wzrok Heleny.

– Rumienisz się. Czy jest coś, o czym jeszcze nie wiem?

Spojrzałam na swoje lustrzane odbicie, stając naprzeciwko umywalki, i pokręciłam głową.

– Napisałam do przyjaciela, by odebrał mnie z pracy. Ten bukiet jest taki piękny! – jęknęłam pełna zachwytu. Zobaczyłam, jak koleżanka wciąż spogląda na mnie podejrzliwie. – To przyjaciel odkąd tylko pamiętam…

– Z przyjaźni rodzi się miłość.

– Bardzo lubię Alberta, ale nie potrafiłabym go pokochać tak, jak kobieta powinna kochać mężczyznę.