Czarny hetman - Barbara Sadurska - ebook + książka
NOWOŚĆ

Czarny hetman ebook

Sadurska Barbara

4,6

Opis

Druga - po nagrodzonej Nagrodą Literacką im. Gombrowicza debiutanckiej "Mapie" - prozatorska książka Sadurskiej. Tu także w fascynujący sposób nakładają się na siebie odległe czasy i losy ludzi.

 

Dawno, dawno temu człowiek ujarzmił przyrodę, nie przezwyciężył jednak śmierci, bo nie wyeliminował ze swojego życia przypadku. Wymyślił zatem grę, czyli taką sytuację, w której zawsze z przypadkiem wygra. Jej teoretyczną realizacją są szachy, życiową zaś - wojna. W długim opowiadaniu Barbary Sadurskiej historia tych arcyludzkich sztuczek sięga prehistorii, a współcześnie zapętla się, nie znajdując ostatecznego rozwiązania. W dobrej literaturze, a taką jest proza Sadurskiej, wszystko, co prawdopodobne, pozostaje w piękny sposób nierozstrzygalne.

Karolina Felberg

 

O AUTORCE:

Barbara Sadurska,

prawniczka, pisarka. Za debiutancki zbiór opowiadań Mapa (Nisza 2019) otrzymała Nagrodę im. Witolda Gombrowicza. Stypendystka Miasta Krakowie. Ma męża, dwoje dzieci, dwa koty i psa.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 130

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (9 ocen)
6
2
1
0
0

Popularność




Laufer

Koniec października. Wtorek

Nigdy nie pisałem. Od literatury trzymałem się z daleka, chociaż moja była żona niestrudzenie podsuwała mi niemieckie książki z dyskretną uwagą, że są warte przetłumaczenia na serbski. Ale miejsce urodzenia i nazwisko ojca to wszystko, co mi zostało po Sarajewie. Niczego nie będę tłumaczył. W dupie to mam. Nie jestem literatem.

Teraz odpalam komputer tylko po to, żeby zobaczyć na czarnym ekranie, jak wyglądałoby kilka ostatnich dni mojego życia.

Mam czterdzieści parę lat i wszystko zaczynam od początku. Znowu jestem w Krakowie. Przyjechałem na kilka tygodni i za chwilę ruszam dalej, przez Przemyśl, Tarnopol, do Żytomierza. Na cmentarz, do matki.

Wynająłem umeblowane mieszkanie w kamienicy na trzecim piętrze. Dwa pokoje, łazienka z wanną. Kuchnia z Ikei, łóżka też. Reszta chyba sprzed wojny. Czarna secesyjna szafa w przedpokoju. Trzydrzwiowa. Środkowe drzwi z lustrem, lustro pośniedziałe w rogach. Prawe drzwi lekko opadają, w lewych brakuje kluczyka. Za nimi półki i drążek.

Przesunąłem dłonią po drewnianych wieszakach, zaklekotały jak kości. Schyliłem się i otworzyłem szeroką szufladę. Pusta. W rogu strzępek metki na pożółkłym papierze i kurz. Zapach starej pasty do butów. Sądząc po wgłębieniach w parkiecie, szafa stoi w tym miejscu od bardzo dawna. Nie przeszłaby zresztą przez drzwi ani do salonu, ani do sypialni. Może to jest powód, że postawiono ją tu, w tym ogromnym przedpokoju? Jakichś trzech silnych facetów wniosło ją po szerokich kamiennych schodach na trzecie piętro. Dźwigali ją na pasach, to pewne. Kobieta w długiej sukni otworzyła obydwa skrzydła drzwi wejściowych. Kazała małemu chłopcu zostać w pokoju, ale on, zaciekawiony, i tak kręcił się tym facetom pod nogami. Chciał pomóc, tylko przeszkadzał. Faceci wnieśli szafę do przedpokoju i orzekli, że dalej nie przejdzie. Jeden pomierzył drzwi do pokojów. Za niskie, stwierdził. Kobieta załamała ręce. Kazała im ustawić szafę przy ścianie w korytarzu. Beznadziejne miejsce na szafę. Nie tak to miało wyglądać, nie tak to miało być. Faceci zainkasowali plik banknotów i zniknęli, mały wlazł do szafy, matka przegoniła go ścierką. Co powie ojciec, jak wróci z pracy?

Co powie ojciec? Nie pamiętam takiego pytania. Matka nie pytała, co powie ojciec. Po prostu skorzystała z pierwszej nadarzającej się okazji i wyjechała, najpierw do Salzburga, tam zrobiłem maturę, potem do siebie. Jugosławia się rozpadała, a ona bała się wojny. „Twój ojciec jest wojskowym. Znam takich jak on” – powiedziała. I później nigdy ze mną o nim nie rozmawiała.

Ojca pamiętam jak przez mgłę. Więcej o nim wiem z dokumentów, ze zdjęć i z filmów w internecie. Widziałem go w drugim, trzecim szeregu, szedł z generałami, uśmiechnięty, w pełnym słońcu, włosy zaczesane do góry. Papieros między wskazującym a dużym. Żadnych wspomnień, prawda, tato?

„Co to jest?” „Kość świętego Stefana Lazarevicia”. Miałem trzynaście, prawie czternaście lat. „Tego, którego ojciec zginął na Kosowym Polu?” „To relikwia”. „Pokaż, jak wygląda kość”. „Zostaw”.

Żadnych wspomnień.

Nagle kurewsko zachciało mi się palić. Rozpakowałem walizkę, wyjąłem szczoteczkę do zębów i ciuchy do biegania. Wieczorem zrobiłem małe kółko, płaska dycha, czterdzieści trzy minuty. Jestem w dobrej kondycji. Noga podaje, serce trzyma rytm, oddech głęboki, równy. Biegłem starą trasą, bulwarem koło Wawelu, po chwili moje ciało przypomniało sobie wszystko, jakbym nigdy stąd nie wyjeżdżał, jakbym niczego nie przeżył.

Jakbym nie przeżył.

Po powrocie wlazłem do wanny i zadzwoniłem do Roberta. Umówiłem się z nim na następny dzień w południe. Postanowiłem, że rano zrobię dwunastkę na kopiec Kościuszki. Ładne przewyższenia, można sobie podnieść tętno. Przygotowałem kolację, otworzyłem piwo i zrobiło się późno.

Nie mogłem spać. Leżałem i patrzyłem w okno. Po drugiej stronie ulicy stała czarna kamienica. Przez powybijane okna widać było zapadnięty strop między drugim piętrem a strychem, niżej resztki podłogi, strzępy starych tapet. Trudno mi było oderwać wzrok od tej pustej, ciemnej kamienicy, jakbym nie chciał przegapić momentu, gdy runie.

Sam nie wiem, kiedy w końcu kiedy zasnąłem.

Śnił mi się strażnik. Chodził w kółko nad moją głową, a ja leżałem skulony na podłodze. Przez szczeliny w suficie sypał mi się na głowę piasek. Strażnik tupał ciężkimi butami. Bałem się, że usłyszy mój oddech, i wtedy zorientowałem się, że nie oddycham. Że umarłem we śnie. Sprawdziłem bicie serca. Zero. Chciałem krzyknąć, nie mogłem. Mrtvi ne vrište, martwi nie krzyczą, pomyślałem po serbsku. I usłyszałem głos matki. Stała nad mogiłą w Żytomierzu. Mertvi ne kryczat – powiedziała po ukraińsku i spojrzała na mnie. Oczy miała puste.

Wtedy się obudziłem. Na zegarku był kwadrans po trzeciej.

Środa

Byłem umówiony z Robertem u niego w redakcji. Podałem kierowcy Ubera adres, a on zaczął do mnie nawijać po rusku.

– Zatknis’ – warknąłem.

Podgłośnił radio i rzucił mi ponure spojrzenie we wstecznym lusterku.

Czarna toyota sunęła alejami Trzech Wieszczów. Ciężkie miodowe słońce wdzierało się przez szybę i oblepiało wnętrze samochodu. Grzało mnie w ucho i spływało po karku, zostawiając słodki powidok na siatkówce oka. Złote liście w parku Krakowskim.

A więc znowu jestem w Krakowie. Jak wtedy z nią, jeszcze zanim urodził się Stefan.

Tutaj urodził się mój syn, pomyślałem, gdy mijaliśmy szpital. I wtedy, jak teraz, była jesień, a ona siedziała na tylnym siedzeniu, trzymała go w ramionach, a ja wiozłem ich do domu, żeby mieć tylko dla siebie moją kobietę i mojego syna, z którym później bawiłem się klockami i dla którego wymyślałem bajki. Stefan za dwa tygodnie ma czternaste urodziny. Boże!

Miał niecałe cztery lata, jak wiozłem go tą trasą do szpitala. Siedział w foteliku z czołem przyklejonym do szyby. Słońce muskało jego policzki. Chciałem go czymś zająć, żeby nie wkładał paluszków do nosa, więc zacząłem opowiadać bajkę o piesku, który błąkał się po świecie i szukał domu. W końcu znalazł. Chciałem, żeby bajka dobrze się kończyła.

– I przywiązali go do budy i kazali pilnować? – zapytał mój czteroletni syn.

Latem był z matką na Podhalu. Chodzili na długie spacery. Napatrzył się na polskie psy na krótkich łańcuchach.

– Aż pewnego razu dobry chłopczyk, który kochał pieska i go karmił, wszedł do budy i go odwiązał. I piesek był znowu wolny – powiedziałem radośnie, zatrzymując się na czerwonym. Po drugiej stronie Matecznego korek gęstniał.

– Ale wtedy zły gospodarz wyrzucił ich obu z domu? – podpowiedział ciąg dalszy mój syn. Nie dawał mi forów.

– Tak, poszli w świat, ale już nie byli sami, bo chłopiec miał pieska, a piesek chłopczyka.

– Oni są wymyśleni, prawda?

– To jest bajka.

– A ty masz kogoś wymyślonego, tato?

Czy mam kogoś wymyślonego?

– Zaraz będziemy na miejscu.

– Ten doktor odda mi lego czy sobie zabierze?

– Mam nadzieję, że odda – powiedziałem i ruszyłem buspasem, bo dwadzieścia minut wcześniej Stefan włożył sobie klocek do nosa, dlatego musieliśmy jak najszybciej znaleźć się u laryngologa. Gdyby było trzeba, gotowy byłem jechać autostradą pod prąd.

Kurwa mać! Autobus wyjechał mi z prawej i zatrzymał się na przystanku. Depnąłem po hamulcach.

– Kurwa mać! – krzyknąłem.

Pod stopami miałem pustkę.

Siedziałem na tylnym siedzeniu czarnej toyoty. Październikowe słońce roztapiało mi duszę. Ukrainiec z Ubera popatrzył na mnie jak na wariata. Kapela z Doniecka ryczała na cały regulator.

Dlaczego pamiętam autobus, który zajechał mi drogę dziesięć lat temu?

Przedostatni dzień października

Dzisiaj cały dzień boli mnie głowa. Nie biegałem. Wszystko mnie wkurwia na maksa. Wczoraj u Roberta w redakcji wszyscy w pośpiechu przed długim weekendem. Udało mi się wyrwać go do redakcyjnej kawiarni.

– U was teraz tylko Ukraińcy jeżdżą taksówkami? – zapytałem.

Zamówił podwójne espresso i gadał jak najęty, gęba mu się nie zamykała. Dziennikarzyna jeden – pomyślałem i przypomniała mi się inna jesień, pierwsza nasza wspólna. Byłem na drugim roku polonistyki na UJ. Polski znajomy matki, profesor z Żytomierza, doradził mi, żebym poszedł na studia do Krakowa. „Skoro znasz serbski i rosyjski, spodoba ci się gramatyka historyczna i staro-cerkiewno-słowiański. Zobaczysz, będziesz najlepszy na roku”. Miał rację, językoznawstwo było spoczko, ale polski romantyzm z jego chrystusowaniem narodom do pięt nie dorastał przymierzu Boga z Serbią. „Wy nic nie wiecie o Kosowym Polu?” – pytałem na zajęciach z historii literatury. Nie mogłem uwierzyć, że o tym nie słyszeli. Analfabeci.

A ona przyjechała wtedy z Berlina Wschodniego, na wymianę. Zamieszkała w akademiku, na naszym piętrze. Drobna blondynka w czarnej sukience. Jeszcze tego samego dnia zrobiliśmy imprezę.

– Wir haben eine Party. Kommst du vorbei? – zapytałem.

Stała w drzwiach swojego pokoju, boso. Szybki luk do środka – oprócz babskich fatałaszków uprząż i scarpy do wspinaczki, lustrzanka Pentaxa, torba z obiektywem, klisze Kodak Color Plus.

– Ich komme.

Przyszła.

Mieliśmy po dwadzieścia lat. Ja studiowałem polonistykę i germanistykę, Robert dziennikarstwo.

Który z nas miał większe szanse? Robert dawał z siebie wszystko. Tamtego wieczoru też gadał jak najęty. Chciał tej dziewczynie zaimponować. Jej porcelanowa buzia i zielone oczy. Wszyscyśmy chcieli.

– Jak jesteś taki mądry, to powiedz, gdzie są u was dobre skały do wspinania? Takie na sześć, sześć plus – zagrałem va banque, rzucając ukradkowe spojrzenie w jej stronę.

Na niej nie zrobiło to żadnego wrażenia, a jemu oczy rozbłysły. Zapomniał o tej Niemce, zapomniał o papierosie, zapomniał o bożym świecie. Jeszcze w tym samym tygodniu wylądowałem z nim na Zamarłej Turni. Tak się zaczęła nasza przygoda z górami.

– Może kopniemy się w skałę? – zapytałem dzisiaj. – Święto Niepodległości, trzy dni w górach – kusiłem.

– W górach-srórach – mruknął, dopił espresso, wstał i wyszedł. Ale wieczorem zadzwonił i powiedział, że będzie u mnie za dwadzieścia minut.

I był. Kupił łiskacza i przyszedł.

– Na rogu jest tabliczka, że w tym budynku Niemcy rozstrzelali grupę Żydów – powiedział, wieszając płaszcz w szafie.

Wzruszyłem ramionami.

– Tu wszędzie jest cmentarz.

Nic nie powiedział.

Wtedy okazało się, że uprząż i buty należały do jej koleżanki. Jej był pentax, bo chciała zostać fotoreporterką. Tak mówiła. Dopiero miesiąc później trafiła do mojego łóżka, ale za to została w nim na dwadzieścia lat. Aż do tej jesieni. Aż do teraz.

Z kuchni przyniosłem szkło i lód. Zrobiliśmy butelkę. Przypomniało nam się, jak w dziewięćdziesiątym którymś sprzedawałem używane narty na giełdzie. Za zarobione pieniądze mieliśmy pojechać do Włoch. Nikt tych nart, kurwa, nie chciał. Robert pomógł je opchnąć, ale starczyło nam tylko do Czech.

– Pamiętasz, jak wracaliśmy narąbani do Polski? Przez granicę można było przewieźć dwie butelki beherovki, pamiętasz? Trzecią miałeś w gaciach! – rzęziłem ze śmiechu.

– Nie dlatego nas zatrzymali. Strażnik zapytał o narodowość, a ty zacząłeś fikać. Przez ciebie nas przymknęli.

– Pierdolisz. Co ich, kurwa, obchodził Serb ze Srebrenicy? – Wzruszyłem ramionami. Nalałem whiskey do szklanek z grubego szkła. Lód brzęknął o ścianki. Noc gęstniała.

Robert wyszedł dobrze po północy.

Siedziałem w bokserkach na wynajętym łóżku.

Monika pojechała wtedy na Bałkany robić reportaż, zabrała pentaxa i torbę z kliszami. Po powrocie przez tydzień nie wychodziła z ciemni. Nie chciała mi pokazać zdjęć. Nie chciała ze mną rozmawiać. Przestała się ze mną kochać. Powiedziała, że nie chce mieć ze mną dziecka. Że nigdy nie będzie miała dzieci. Wiele lat minęło, zanim pozwoliła urodzić się naszemu synowi.

Siedziałem tak i siedziałem po ciemku. W końcu wstałem, włożyłem buty na bose stopy, na ramiona zarzuciłem płaszcz i wyszedłem w sam środek zimnej październikowej nocy. Nieruchome powietrze. Chłód ścisnął mi serce. W najbliższym całodobowym kupiłem jeszcze jedną butelkę i fajki, chociaż od wyjazdu z Polski nie paliłem. W Berlinie ani jednego, kurwa, maszka.

Kiedy wracałem, w bramie naprzeciwko siedział czarny pies. Nie wyglądał, jakby nie miał nic do roboty. Wyglądał, jakby czekał.

Ostatni dzień października

Rano obudził mnie bezdomny. Pochylał się nisko nade mną i szarpał mnie za ramię.

– Żyjesz? – zapytał.

Rozejrzałem się. Leżałem w bramie przytulony plecami do psa.

– Dzięki Bogu, żyjesz. Wiesz, ile kłopotu jest z ciałem?

Nie wiedziałem. Podniosłem się ostrożnie.

– To twój pies? – Pokazał brodą kundla.

Sięgnąłem po płaszcz. Był ciężki.

– Nie twój? – drążył temat.

W kieszeni tkwiła paczka papierosów i do połowy wypita butelka whiskey. Wcisnąłem mu ją i odszedłem.

W mieszkaniu runąłem w butach na łóżko.

Wstałem późno. Za oknem było ciemno. Kamienica z naprzeciwka zaglądała mi w oczy pustymi oknami. Usiadłem tyłem do niej. Zapaliłem papierosa. Wieczór sączył się przez okno do mojego wynajętego mieszkania. Wypełnił sobą cały pokój.

„Zabiję cię, kurwa, a szczeniak będzie skrobał twój mózg ze ściany”. „Idź do swojego pokoju, nie słuchaj tego”. „Czy on chciał cię zabić?” „Był bardzo zdenerwowany, miał trudny dzień. Nie myśl o tym. Śpij”.

Siedzę przy stole i patrzę w czarny ekran. Kurewsko boli mnie łeb. Ruszanie oczami rozsadza czaszkę. Im bardziej staram się przypomnieć sobie wczorajszy wieczór, tym trudniej mi myśleć. Wyświetlają mi się cudze wspomnienia na czarnym ekranie.

Dzisiaj nie popracuję.

1 listopada

Sklepy pozamykane. Przed cmentarzami wesołe miasteczka. Kupiłem dwie świeczki i odpustowe cukierki. Wróciłem do mieszkania, zrobiłem kawę, włożyłem do ust cukierek i do nocy tłumaczyłem dokumentację techniczną maszyn spawalniczych. Byłem głodny. Zasnąłem przed północą.

Śniła mi się boso, w sukience. Przyszła do mnie i bez słowa położyła się obok. Jak nieraz po awanturach i krzykach. Przytuliła się do moich pleców. Zaciskałem powieki i pięści, żeby nie czuć jej ciała, ale przysuwała się bliżej i bliżej. Odwróciłem się do niej gwałtownie i trafiłem ustami na jej usta, opuchnięte i słone. Wsunąłem dłoń pod włosy, miała mokry kark i plecy pod sukienką. Cała była mokra. „Wyszłaś z wanny?” – zapytałem, ale nie odpowiedziała. Zanurzyłem się w niej, a jej ciało parzyło mnie, paliło, musiałem mocno zaciskać palce, zaciskać palce na jej ramionach, na włosach, na piersiach. „To boli” – szepnęła, ale żeby zwolnić, żeby złagodnieć, musiałem jeszcze mocniej. Z jej ust dobywał się oddech, słodki, gorący, sączył się przez ucho, wlewał się we mnie i palił wewnątrz żywym ogniem, sączył się do mojego serca, do moich tętnic, do moich tkanek. Jej oddech, słodki i rozkoszny, wypełniał mnie tak, że nie mogłem już dłużej, byłem lawą, byłem pełny, przepełniony, potężny, bliski omdlenia, byłem bezbronny, słaby, pusty, samotny. Jej jasne włosy rozsypane na poduszce. Chciałem je całować, chciałem całować palce, drobne różowe paznokcie, ale leżałem tylko z twarzą wciśniętą w słoną poduszkę, z pięścią zamkniętą na brzegu prześcieradła. Obudziłem się, ale bałem się otworzyć oczy, bo wiedziałem, co zobaczę.

Zadzwonił budzik. Wtedy już jej nie było.

Zaduszki

Budzik zadzwonił o piątej trzydzieści. Wybiegłem z domu. Pobiegłem starą trasą, nad Wisłą, pod Wawelem na Salwator i dalej w górę, obok cmentarza na kopiec.

O szóstej biły dzwony. Gdzieś nad górami wstawało słońce, Kraków wyłaniał się z mgły. Na kopcu wiatr szarpał moje mokre ciuchy. Wstrząsnął mną zimny dreszcz, potem drugi. Czułem, jak na chłodzie sztywnieją mi mięśnie. Zbiegałem, zostawiając po prawej cmentarz pełen sztucznych kwiatów i zniczy. Nad grobami snuł się dym.

Przypomniało mi się zdjęcie, które Monika zrobiła swoim pentaxem. „Tam są tylko kości. Zęby na dnie i kości” – powiedziała. Pokazała mi jedną odbitkę. W błocie obok jeansów leżało pięć kości do gry. „Takimi kośćmi grałem z chłopakami w podstawówce” – ucieszyłem się. „On też grał” – powiedziała.

W drodze powrotnej kupiłem chleb. Położyłem go razem z kluczami na stole.

Siedzę przy stole.

Biją dzwony. Jest południe.

Chleb leży na stole.

Klucze leżą na stole.

W tych jeansach było ciało czternastolatka.

Wtorek

Zadzwonił Robert ze sprawą. Umówiliśmy się w Pięknym Psie. Business is business. Przy kawie okazało się, że jego kumpel potrzebuje tłumaczenia umowy koprodukcyjnej. Płaci niemiecka Filmförderungsanstalt. Dogadaliśmy termin i szczegóły.

Potem przenieśliśmy się na Kazimierz. Na Mostowej zrobiliśmy dłuższy przystanek na czeskie piwo. Przy okazji ustaliliśmy, że w długi weekend jednak Pośrednia Grań, Tatry Słowackie.

Po północy wylądowaliśmy po drugiej stronie Wisły. Zaliczyliśmy jeszcze dwie knajpy. Robert w którymś momencie zniknął, ale nie przeszkadzało mi to, bo spotkałem faceta, którego pamiętałem z poprzedniego pobytu w Krakowie. Nic się nie zmienił. Stał na moście i palił camele bez filtra. Nie wiem, czemu to piszę. To normalne, że palił. Zachwycało mnie co innego. Patrzyliśmy w niebo rozświetlone tysiącem świateł. Nad nami roztaczała się chłodna, sucha noc. Księżyc był już po pełni i malał. Zupełnie jak moje życie.

Poszedłem na jeszcze jedno piwo.

Czwartek

Wstałem późno, odpaliłem kompa, zrobiłem kawę. Sprawdziłem pogodę w Krakowie i w Berlinie. W skrzynce mailowej spam i mail od Moniki. Pisze, że Stefan mógłby przyjechać do mnie na parę dni w grudniu.

Tylko ja i mój czternastoletni syn. W Krakowie.

Zanim jej odpisałem, miałem już w głowie plan pobytu. Wyobraziłem sobie, że przyjedzie do mnie na miesiąc. Wiedziałem nawet, do której pizzerii pójdziemy pierwszego dnia. Próbowałem pracować, ale Robert dał mi do tłumaczenia jakieś gówno. Nie mogłem się skupić. Rozpierała mnie radość. Co chwilę sprawdzałem, czy Monika już przysłała daty. Żeby nie zwariować, wyszedłem do sklepu.

Z daleka słyszałem karetkę pogotowia. Długo stałem przed przejściem, zanim ją zobaczyłem. Wirujące światła, klakson i syrena. Jechała torowiskiem. Na skrzyżowaniu nagle ucichła, zwolniła, zmieniła pas. Serce we mnie zamarło. Przeszedłem na drugą stronę ulicy. Robiłem zakupy z pustką w głowie.

Przed spożywczakiem siedział kundel i żebrał o żarcie. Rzuciłem mu kawałek kabanosa.

– Nie karm tego psa – usłyszałem za plecami ponury głos. Bezdomny stał oparty o murek i dopalał peta. – Jeszcze kto pomyśli, że twój.

– Gówno cię to obchodzi – warknąłem i wróciłem do domu.

Zrobiłem sobie kanapki z pomidorem i bazylią. Otworzyłem mail. Brak odpowiedzi od Moniki. Sprawdziłem wiadomości. Moją uwagę przykuła informacja z okolic miasteczka, w którym zginęła moja matka.

W tamtejszych górach odkryto szczątki kilku osób. Testy DNA potwierdziły bliskie pokrewieństwo zmarłych. Przyczyną zgonu mogło być zbiorowe rytualne morderstwo, ale nie wyklucza się także przyczyn naturalnych, jak głód czy wyziębienie organizmu. Być może do ich śmierci przyczyniła się zmiana klimatu. Wśród ludzkich szczątków znaleziono szkielet udomowionego wilka. Dwóch mężczyzn, czworo dzieci w wieku od siedmiu do czternastu lat, czterdziestoletnia kobieta oraz zwierzę – wszyscy oni żyli w okresie górnego paleolitu. Podobne stanowisko kilkanaście lat temu znaleziono w okolicach Krakowa, w Polsce, stąd przypuszczenie, że przywędrowali oni z terenów Europy Środkowo-Wschodniej. To najciekawsze znalezisko archeologiczne ostatniej dekady.

Żyli. Przywędrowali.

Jak umarli?

Niedaleko nich na cmentarzu leży ciało mojej matki. Zginęła, mając tyle lat, co tamta kobieta. Tyle, co ja.

Tego dnia nie wróciłem do tłumaczenia tego gówna od Roberta.

8 listopada

Jak dobrze pójdzie, dzisiaj w nocy ruszam z Robertem w skały. Jedziemy jego samochodem. Mój został w Berlinie. Taki podział przy rozwodzie.

Pakowałem się na trzy dni, podekscytowany, pełen entuzjazmu, gdy nagle ogarnęło mnie zniechęcenie. Pogoda się skiepściła, kilka dni wolnego w domu też dobra rzecz. Ale namówiłem Roberta, głupio byłoby teraz się wycofywać. Jeszcze pomyśli, że pękam.

Wyskoczyłem do apteki po pastę do zębów ultralight. Po drodze w second-handzie kupiłem starą kołdrę i koc. Wracając, zajrzałem do pustej kamienicy. Nie było go. Zrobiłem mu posłanie i położyłem kawał mięsa w rogu. W dupie to mam, co kto sobie pomyśli. Polaczki pierdolone, psem nie wolno się zająć.

Dziś w nocy ruszam z Robertem w Tatry. Nie będzie mnie trzy dni.

Noc

Całą noc łażę po mieszkaniu. Czekam i czekam, a on chyba, kurwa, śpi. Ile razy przechodzę obok plecaka w przedpokoju, ta jebana szafa otwiera się z cichym skrzypnięciem na równo dwa centymetry. Mam ochotę jej przypierdolić. Zamykam ją najdelikatniej, jak potrafię.

Odchodzę.

Wracam.

A ona się otwiera. Z cichym skrzypnięciem.

Nienawidzę czekać.

Odchodzę. Dzwonię. Nie odbiera.

Wracam.

Skrzypnięcie.

Walę w nią pięścią.

Nic. Otwarta. Na dwa centymetry.

Telefon. Robertowi zachorował Jasiek. Pojedziemy jutro. „Wiesz, stary, Prokocim. Cztery godziny w izbie przyjęć”. „Rozumiem”. „Gówno rozumiesz. Cztery godziny w poczekalni z czterolatkiem”. „Rozumiem” – powtarzam. „Pojedziemy jutro” – mówi ugodowo.

Odchodzę.

Wracam.

Skrzypnięcie.

Ja pierdolę.

Oddałbym wszystko.

Cztery godziny w izbie przyjęć z synem. Wszystko.

Odchodzę.

Wracam.

Szafa.

Uderzam pięścią w czarne dębowe drzwi, aż pęka mi skóra na kościach. Uderzam, a oczy zalewa mi wściekłość. Zamykam je i widzę twoją twarz. Tęskniłeś za mną, tato? Błyszczą zęby w pełnym słońcu, wystają kości policzkowe. Chciałbym cię zabić. Patrzeć, jak umierasz.

„Chciałeś ją zabić”. „Gdybym chciał, tobym zabił”. „Ale straszyłeś, że ją zabijesz”. „Ja nie straszę, ja ostrzegam”. „Przykładałeś jej broń do głowy”. „Histeryzujesz. To nie była broń, to zastava kaliber 7,62 milimetra. Mógłbyś to wreszcie zapamiętać”.

Jak dzieciak wkładam rozwaloną łapę do ust. Smak rdzy.

9 listopada

Robert zadzwonił o szóstej z informacją, że pojedziemy później. Wyszedłem po bułki. Przynajmniej zjem śniadanie. Wciągnąłem jeansy na tyłek, włożyłem buty i wyszedłem na pole. Za progiem kamienicy świat się urwał. Ulica znikała za najbliższą latarnią, której miękkie światło grzęzło w szarości. Mgła. Wszechobecna mgła. Pies, który leżał w bramie pustej kamienicy, podniósł łeb i patrzył na mnie mokrymi oczami.

Wilgoć oblepiała mi włosy i twarz. Wdzierała się pod kurtkę. Kupiłem bułki. Zanim doniosłem je do domu, były mokre.

Otworzyłem drzwi kluczem. Podwójny chrzęst. Wszedłem do przedpokoju. Szafa powitała mnie cichym skrzypnięciem, otwierając się na całą szerokość. Wielka, czarna secesyjna szafa, zupełnie pusta w środku. W zaśniedziałym lustrze zobaczyłem odwrócony fragment pokoju, tapety, stół, okno, za nim wyłaniającą się z mgły zniszczoną kamienicę.

Gdyby to był sen, przy stole pod oknem siedziałby mój ojciec. Ale to nie był sen.

Wieczór

Zadzwonił Robert. Za pięć minut na dole.

Wziąłem plecak, zamknąłem drzwi. Gdy wyszedłem na ulicę, właśnie podjechał. Pies wylazł ze swojej bramy i stał na chodniku. Poklepałem go lewą ręką po twardym łbie. Wrzuciłem plecak do bagażnika, wsiadłem.

– Twój pies? – zapytał Robert, nie ruszając z miejsca.

– Niczyj – rzuciłem przez zęby. Bolała mnie rozwalona dłoń. Piekła pęknięta skóra. – Ruszaj – rozkazałem.

Robert sprawnie wszedł w zakręt. Czarny ani drgnął. Widziałem go w bocznym lusterku, dopóki Robert nie wyjechał na główną. Poczułem się jak zdrajca.

Nad ranem

Więc to było tak: rano chciałem zadzwonić do Stefana, bo ma dzisiaj czternaste urodziny. Chciałem zadzwonić pierwszy, obudzić go, usłyszeć jego zaspany głos: „Cześć, tato”. „Cześć, synu”. Całą drogę układałem sobie ten dialog w głowie. Włożyłem telefon głęboko do tylnej kieszeni jeansów i na stacji poszedłem do kibla.

Nie wkładajcie telefonu do tylnej kieszeni jeansów, jak idziecie się wysrać.

Spuściłem wodę. A potem stałem i patrzyłem, jak mój telefon leży na dnie kibla na stacji benzynowej. Zapiąłem spodnie. Wyłowiłem go i długo myłem ręce pod gorącą wodą. Mydło szczypało rozwaloną dłoń.

Nie działa. Suszyłem go papierowym ręcznikiem, ale nie działa.

Pojechaliśmy dalej.

Dzień

Stanęliśmy w Dolinie Zimnej Wody, nad naszymi głowami wznosiła się Pośrednia Grań. Pierwszy raz zdobyta w tysiąc osiemset siedemdziesiątym szóstym, zimą rozdziewiczona w tysiąc dziewięćset czwartym. I my, po dwóch godzinach wspinania, stanęliśmy na szczycie. Dwa tysiące czterysta czterdzieści. Rozejrzeliśmy się, rzuciliśmy okiem na polską stronę, przybiliśmy piątki i zaczęliśmy schodzić.

Co mnie podkusiło?

– I ot – odezwałem się do Roberta – cała ta wasza wolność zdobyta jedenastego listopada.

– I ot, cały ten wasz listopadowy układ podpisany w Dayton – odparł.

– Dlaczego nasz? Mój był bardziej mur berliński.

Robert nie skomentował, przyspieszył kroku.

„I ot, całe moje życie, rozłupane i rozsypane jak kamienie na Drodze Mlecznej” – pomyślałem i szarpnął mną gniew.

I ten pieprzony telefon utopiony w kiblu.

I nieodbyta rozmowa z synem.

I rozpalona dłoń.

I pulsująca skroń.

I kamień, i skok.

Zeskoczyłem z takiego małego kamienia. Nie był wyższy niż krzesełko w pokoju dziecka.

I cisza.

I w tej ciszy trzask kości i szum krwi w moich żyłach.

A potem ciemność.

Nieprzytomna ciemność.

Robert wrzeszczał i nacierał mi twarz śniegiem. Otworzyłem oczy. Do samochodu mieliśmy godzinę. Szliśmy nieskończenie długo. Robert niósł oba plecaki. Ja wspierałem się na jego ramieniu.

Co dziesięć kroków reset.

Gwiazdy przed oczami.

Czwartek, 13 listopada

No i siedzę w rozleniwiającej pozycji półleżącej, z wyciągniętą nogą obleczoną od pachwiny po piętę w biały gips.

Myślałem, o ja naiwny!, że takich miejsc jak szpital na Kopernika już nie ma.

A jednak.

– Takie nazwisko nie istnieje – powiedziała miła pani, kiedy podałem jej kartę ubezpieczeniową. Mówiła głośno i wyraźnie, żebym mógł ją zrozumieć po polsku.

– Wystarczy numer ubezpieczenia, reszta uzupełni się sama – podpowiedziałem. Odetchnęła z ulgą, nie wiem, czy dlatego, że odezwałem się w jej języku, czy dlatego, że coś jej się uzupełniło, ale minął jej dobry humor, kiedy się okazało, że jestem obywatelem Ukrainy z niemieckim ubezpieczeniem, miejscem pobytu w Polsce, a wypadek miałem na Słowacji.

– Pan jest Niemiec? – zapytała.

– Serb.

Spoważniała.

– Co pan tu robi?

– Tłumaczę.

– Zawód: tłumacz. – Zapisała na karcie.

Lubię rozmawiać z kobietami. Jestem teraz w takiej sytuacji, że nawet przez szybkę chętnie. Ale jest taki rodzaj kobiet, które uciekają ode mnie po piętnastu minutach. Ona była rekordzistką. Zadawała wciąż te same pytania o tożsamość, kręciła głową, gryzła długopis, patrzyła na mnie oczami: „Chciałabym panu pomóc, ale naprawdę nie mogę”. Spojrzałem na zegarek. Po sześciu minutach oznajmiła, że pójdzie po pomoc. I poszła. I już nie wróciła.

Kolejka za mną się wydłużała. Niecierpliwy facet o wyglądzie woźnicy krzyczał:

– Co pan tam tak długo robi?

Cóż, nie pierwsza to kobieta, która mnie zostawiła. A może i nie ostatnia – pomyślałem z nadzieją, ale woźnicy na wszelki wypadek tego nie powiedziałem. Po dwudziestu minutach przyszedł jakiś młody człowiek, aby mnie poinformować, że zostanę przyjęty za zgodą chirurga i zupełnie wyjątkowo. Być może będę musiał później zapłacić za ten zaszczyt. Podpisałem stosowne oświadczenie. Woźnica odetchnął z ulgą.

Przysadzisty chirurg pozwolił mi wejść do gabinetu po czterech godzinach.

– Pan tłumacz, jak sądzę – powitał mnie zza firanki, gdzie palił papierosa. – I co pan sobie zrobił?

– Zeskoczyłem z kamienia, doktorze.

– A ręka? Bił się pan z kimś?

– Z szafą.

– Z szafą. Silna musiała być ta szafa – powiedział i zamilkł.

Pod biurkiem tlił się papieros.

Milczeliśmy dłuższą chwilę.

– I czego pan ode mnie chce?

Wzruszyłem ramionami.

Chirurg zaciągnął się papierosem.

– Mam nadzieję, że nie przeszkadza panu, że palę. Taki nałóg – stwierdził i odesłał mnie na drugi koniec szpitala na rentgen.

A potem było jak we śnie: szedłem nieskończenie długim korytarzem. Dłońmi opierałem się o ścianę. Mijałem jakichś ludzi. Jedni byli w płaszczach i czapkach, inni w piżamach i szlafrokach. Patrzyli na mnie obojętnie. Miałem wrażenie, że ktoś bez przerwy podcina mi nogę, na której stałem. Czułem strużkę potu na plecach. Nagle ściana się skończyła, dotarłem na miejsce. Sanitariusze wywozili właśnie staruszkę, która wyglądała jak martwa, ale znikając za zakrętem tunelu, rzuciła mi przeciągłe spojrzenie. Żyła. Wtedy jeszcze żyła.

– Pan następny.

Koniec listopada

Mam ogromne mieszkanie. Z sofy do lodówki – ponad dwie minuty pięćdziesiąt sekund. Łazienka jest odległa o lata świetlne. Ale, jak już pisałem, jestem w świetnej formie. Moje nogi są silne i wytrwałe. Na kopiec Kościuszki ostatnio wbiegłem ze średnią jedenastu na godzinę. Ciekawe, jaki miałbym czas z gipsem?

Mam kłopot, żeby przenieść sobie kawę z kuchni do stołu. Piję nad zlewem, połowę rozlewam.

Po południu Robert wpadł do mnie z kulami. Przyniósł zakupy.