Cynamonowy smak jesiennych dni - Gabriela Gargaś - ebook + audiobook + książka

Cynamonowy smak jesiennych dni ebook i audiobook

Gabriela Gargaś

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.



Dowiedz się więcej.
Opis

Zapach cynamonu, szelest złotych liści i historia, która otula jak puszysty jesienny koc.

Trzydziestopięcioletnia Majka odkrywa, że jej partner od dawna prowadzi podwójne życie. Wyrzuca go z mieszkania, lecz po toksycznym związku nie przychodzi ulga, tylko cisza, pustka i bolesne poczucie minionych lat, w których stopniowo traciła siebie.
Za oknem jesień gęstnieje, dni się kurczą, świat pachnie chłodem i wilgocią, a codzienność zamienia się w monotonną walkę o przetrwanie między znienawidzoną pracą a pustym mieszkaniem, które zbyt głośno przypomina o nieobecności.
Pewnego jesiennego popołudnia do drzwi puka sąsiadka Majki, Judyta, z talerzem jeszcze ciepłych, pachnących cynamonek. Ten prosty gest okazuje się początkiem zmiany, której nikt nie planował.
Między kobietami, które dzieli ponad sześćdziesiąt lat, rodzi się niezwykła więź. Judyta, niosąca w sobie wojenne wspomnienia, emigrację i dawne miłości, pokazuje, że nawet po najciemniejszej jesieni można odnaleźć światło. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 294

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 32 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Mikołaj Krawczyk

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Gabriela Gargaś, 2026

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz

Elementy okładki powstały z użyciem AI

Redakcja: Katarzyna Wojtas

Korekta: Maria Czerniak, Marta Akuszewska

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

PR & marketing: Andżelika Wojtkiewicz

ISBN: 978-83-8441-805-5

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

ROZDZIAŁ 1

Majka tydzień temu skończyła trzydzieści pięć lat, siedziała w kawiarni i piła spicy latte, które smakowało jak słodka pociecha za siedemnaście złotych. Patrzyła na rdzawoczerwone liście spadające do błotnistej kałuży. Liście wpadały, nasiąkały, kleiły się do siebie i do wszystkiego wokół. Dokładnie tak samo wyglądała jej miłość do Oskara. Taplała się w błocie. Bez godności. Bez sensu.

Oskar ją zdradzał. To już nie było podejrzenie ani intuicja. To była wiedza. Twarda, lepka i nie do zignorowania. Wiedziała też, co musi zrobić: wejść do mieszkania i powiedzieć, żeby spierdalał. Bez rozmów. Bez „usiądźmy i pogadajmy”. Bez terapii par i świeczek z Ikei.

Po prostu: „Oskarze, spierdalaj. Wiem, że sypiasz z Andżelą w moim łóżku, więc spierdalaj”.

Była zła. Na niego. Na siebie. Na cały świat. Na to latte, które smakowało średnio. Na jesień. Na fakt, że w ogóle kiedyś uznała, że to dobry pomysł, by sobie tutaj siedzieć i świętować nie wiadomo co.

Wyszła z kawiarni, liście chrzęściły jej pod butami jak tanie efekty dźwiękowe w dramacie o życiu. Weszła do klatki, potem do mieszkania. Drzwi były otwarte. Jakby los chciał jej oszczędzić wysiłku.

Oskar siedział na kanapie. Miał trzydzieści osiem lat i grał w grę o potworach. Majka nie wiedziała i nie chciała wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. Na ekranie jakiś potwór ryknął, po czym zginął, a Oskar klikał z przejęciem godnym neurochirurga ratującego życie.

– Ty serio grasz? – zapytała, choć pytanie było czysto retoryczne.

Nie odpowiedział od razu. Musiał dobić potwora. Priorytety.

Stała i patrzyła na niego, a w głowie robiła szybki bilans związku. Co jej dawał?

Nic.

Absolutnie nic.

Zero.

Gówno.

Jedno wielkie, śmierdzące gie.

Dawał jej nieobecność, niedomyte kubki, seks raz na miesiąc i to taki, po którym człowiek bardziej czuł zmęczenie niż bliskość. Dawał jej poczucie, że przesadza, że dramatyzuje, że „inni mają gorzej”. A teraz jeszcze na dodatek Andżelę. W jej łóżku. Jakby to był Airbnb.

– Oskar – powiedziała w końcu spokojnie, aż sama się zdziwiła. – Spierdalaj.

Oderwał wzrok od ekranu.

– O co ci chodzi?

I wtedy Majka pomyślała, że naprawdę, naprawdę szkoda na niego życia.

***

Poznała Oskara półtora roku wcześniej i to był błysk. Jedno spojrzenie, dwa zdania i trzecia lampka wina, po której człowiek już wie, że przepadł. Zamroczyło ją. Jakby ktoś zgasił światło rozsądku i zapalił neon z napisem: „MIŁOŚĆ. Podążaj tędy”.

Oskar był freelancerem. Brzmiało to dumnie. Wolny duch. Człowiek projektu. Kreatywny. Robił „różne rzeczy dla firm”. Jak pytała jakie, to mówił: kampanie, content, strategie. Czasem logo. Czasem copywriting. Czasem wymyślał „koncept”. Majka nie dopytywała, bo to było sexy. Facet, który pracuje na swój rachunek. W dodatku była to kreatywna robota. Taki trochę artysta, trochę przedsiębiorca, trochę tajemniczy.

Na początku miał tych zleceń sporo. Jednego dnia robił stronę internetową dla start-upu produkującego ekologiczne skarpetki, innego wymyślał hasła reklamowe dla aplikacji do medytacji, której sam nigdy nie używał, bo „nie lubił, jak mu ktoś mówi, jak ma oddychać”. Były też prezentacje dla korporacji i Majka mówiła „wow”.

– Lubię spokój – powiedziała mu.

– Ja też – odparł bez wahania.

– Lubię spacery po lesie.

– Ja też.

I to było to. Klik. Dopasowanie. Jakby ktoś ich zaprojektował w tym samym kreatorze osobowości.

Zakochała się jak nastolatka. Na serio. Z tym samym błyskiem w oczach i tą samą głupotą w podejmowaniu decyzji. Bo on był taki jak ona. A przynajmniej bardzo przekonująco się na takiego kreował.

Przez pierwsze miesiące chodzili na długie spacery, pili wino na balkonie, gadali o życiu, traumach z dzieciństwa i tym, że „nie chcą żyć jak wszyscy”. Majka myślała, że w końcu trafiła na kogoś, kto ją rozumie. Kto nie będzie jej ciągnął w dół.

A potem okazało się, że spacerować to on za bardzo nie może.

– Bo mnie noga boli – mówił, siedząc na kanapie.

– Od czego?

– Chyba od stresu.

Zleceń zaczęło być mniej. Najpierw „chwilowo”. Potem „rynek siadł”. Potem „klienci są jacyś dziwni”. Ekologiczne skarpetki przestały dzwonić. Aplikacja do medytacji zniknęła. Zostały laptop, kanapa i gra o potworach.

– Szukasz czegoś nowego? – pytała ostrożnie.

– Tak, jasne. Tylko nie chcę brać byle czego.

Ona brała wszystko.

Łapała się każdego zlecenia, każdej fuchy, każdego „może pani, bo nam ktoś wypadł?”. Ratowała cudze projekty po nocach. Bo był wysoki czynsz. Bo było „ich marzenie o wspólnym życiu”. Bo przecież związek to partnerstwo, prawda?

– Teraz jest chwilowo gorzej – mówił. – Ale się odbijemy.

Nie odbijali się. Tonęli. Tylko że ona wiosłowała, a on siedział i tłumaczył, dlaczego wiosła są źle zaprojektowane.

Wieczorami liczyła pieniądze, a on liczył levele. Ona miała Excela, on miał potwory. Ona miała napięcie w karku, on „potrzebę regeneracji”.

I gdzieś między jedną ratą kredytu a drugim jego „zaraz, tylko zapiszę” Majka zrozumiała, że to nie był spokój. To było lenistwo w przebraniu filozofii życiowej.

Ale wtedy jeszcze nie wiedziała, że najdroższe w tej relacji nie były pieniądze, tylko czas, który traciła.

ROZDZIAŁ 2

Majka siedziała po turecku na podłodze w mieszkaniu Olgi, swojej najlepszej przyjaciółki, i beczała.

– Zerwałam z nim. Wypieprzyłam wałkonia z mieszkania.

– I dobrze zrobiłaś. W końcu. Brawo ty.

Olga znała Majkę od trzydziestu dwóch lat. Poznały się w przedszkolu, kiedy obie miały po trzy lata i kłóciły się o czerwoną łopatkę. Potem była podstawówka, gimnazjum, liceum, pierwsze miłości, pierwsze porażki i pierwsze: „już nigdy nie zrobię tego czy tamtego”. Olga była w życiu Majki stałą jak kredyt hipoteczny – zawsze obecna, czuła, wspierająca, czasem wkurwiająca, ale nie do ruszenia.

Od początku więc dziwiła się, że Majka zakochała się bez pamięci w Oskarze.

– Straciłaś rozum – stwierdziła rok wcześniej, spokojnie, bez podnoszenia głosu, nakładając jej na talerzyk szarlotkę, którą sama upiekła. Pachniała cynamonem i rozsądkiem. – Normalnie straciłaś rozum.

– On jest boski i taki przystojny… – odpowiedziała Majka z pełnym przekonaniem.

Olga uniosła brew i przyjrzała się jej tak, jak tylko przyjaciółka potrafi.

– Przystojny? – zapytała. – Ty… ty i wzrok straciłaś. On ma jedno oko na Maroko, zakola jak linia brzegowa Bałtyku i chodzi, jakby się obraził na grawitację.

– Ja też nie jestem idealna – rzuciła Majka, już lekko defensywnie.

– Okej, nikt nie jest. – Olga wzruszyła ramionami. – Ale ty go wyniosłaś na piedestał. Jeszcze chwila i zaczniesz mu kadzidła palić. Pokłony oddawać. „Oskarze, powiedz mi, jak mam żyć”.

Majka przewróciła oczami.

– Olka, masz dzieci. Masz męża.

– No i? – Olga usiadła naprzeciwko z kawą.

– Jesteś szczęśliwa – powiedziała Majka. Bardziej jak stwierdzenie faktu niż pytanie.

Olga zamilkła na moment. Wzięła łyk kawy. Spojrzała w okno.

– Czasem nie jestem – wyznała w końcu. Normalnie. Bez dramatyzmu. – I właśnie dlatego wiem, że zakochanie to nie to samo co szczęście. Ty jesteś zakochana jak w liceum. Z tym błyskiem, co oślepia.

– Przesadzasz.

– Nie przesadzam. – Olga westchnęła. – Ty nie widzisz człowieka. Ty widzisz projekt. Potencjał. Masz wizję Oskara i tym żyjesz.

Majka wtedy się roześmiała. Naprawdę. Jakby to był żart.

– Ty po prostu zazdrościsz – powiedziała.

Olga spojrzała na nią z czymś pomiędzy smutkiem a rezygnacją.

– Nie zazdroszczę – odparła. – Ja się martwię. Bo jak ten piedestał pierdolnie, to ty polecisz razem z nim.

Wtedy Majka nie chciała tego słyszeć. Jadła szarlotkę, popijała herbatą i myślała, że Olga się nie zna. Że to inna historia. Że tym razem jest inaczej. Myliła się jednak.

Olga przytuliła Majkę. Tak mocno, jak się przytula kogoś, kto właśnie się rozsypał, ale jeszcze udaje, że to nic takiego.

– Tylko mi nie mów, że mam nie beczeć – wychlipała Majka, wciskając twarz w jej ramię.

– Becz, ile wlezie – rzuciła Olga spokojnie. – Masz prawo. Masz nawet obowiązek.

Majka pociągnęła nosem. Łzy leciały jej same po policzkach.

– Jak ja go kochałam…

– Wiem – odpowiedziała Olga od razu. Bez zawahania. – Majka, ja wiem. – Odsunęła ją na chwilę, żeby spojrzeć jej w twarz. – Co się stało? – zapytała. – Co takiego się stało, że go wywaliłaś z życia? Bo serio myślałam, że ten typ jest nie do ruszenia. Jak meblościanka z PRL-u.

Majka prychnęła przez łzy.

– Dowiedziałam się, że sypia z Andżelą.

Olga zesztywniała.

– Z kim?

– Z Andżelą.

– Kim jest Andżela?

– Jego… przyjaciółką.

Olga spojrzała na Majkę tak, jak patrzy się na kogoś, kto właśnie powiedział coś bardzo głupiego, ale jeszcze o tym nie wie.

– Nie wierzę w przyjaźń damsko-męską – stwierdziła bez wątpliwości. – Zwłaszcza jak facet ma kryzys wieku średniego. A Oskar od początku był śliski. Taki, co się wyślizguje z odpowiedzialności.

Majka spuściła wzrok.

– Robili to w moim mieszkaniu – dodała cicho. – W moim łóżku.

Zapadła cisza. Taka gęsta, że można ją było kroić nożem do masła.

– No nie – powiedziała w końcu Olga. – Tego się nie robi. To jest poziom dna, pod którym są tylko piwnica i szczury.

Majka skinęła głową.

– A ja mu prałam gacie – dodała. – I płaciłam rachunki. I słuchałam, że „teraz nie może pracować, bo czeka na kreatywne projekty”.

– Kreatywność to on miał, ale w zdradzaniu – skwitowała Olga. – Reszta mu jakoś nie wychodziła.

Majka znów się rozpłakała. Ale tym razem było w tym coś innego. Mniej rozpaczy, więcej ulgi.

– Wiesz, co jest najgorsze? – zapytała.

– Co?

– Że ja naprawdę myślałam, że to jest miłość.

Olga pogłaskała ją po plecach.

– To była miłość – powiedziała. – Tylko jednostronna. A takie rzeczy zawsze kończą się bólem. Ale wiesz co?

– Co?

– Dobrze, że to się stało teraz, a nie po ślubie. Albo z dzieckiem. Albo po tym, jakbyś mu jeszcze kupiła nowy komputer do tych jego potworów.

Majka zaśmiała się przez łzy.

– Wiesz, że on się mnie zapytał, „o co mi chodzi”?

– Klasyk – westchnęła Olga. – Z podręcznika pod tytułem Jak udawać zdziwienie, będąc winnym.

Znowu się przytuliły. Dwie dziewczynki z przedszkola, tylko starsze, bardziej poobijane i mądrzejsze o jednego Oskara.

– Dasz radę – powiedziała Olga cicho. – Obie damy.

Majka tym razem jej uwierzyła.

***

Majka wróciła do domu po dwóch lampkach wina. Nie była pijana, raczej taka miękka w środku, jakby ktoś ją wyjął z siebie samej i odłożył na chwilę na bok. W mieszkaniu panowała dziwna cisza. Nie było Oskara. Nie było stukania w klawiaturę, nie było potworów ryczących z ekranu, nie było jego obecności, która bardziej ciążyła, niż grzała.

Cisza miała nowy smak. Majka jeszcze nie wiedziała, czy jej się spodoba.

Usiadła przy oknie. Na parapecie było chłodno, szkło oddawało zimno jak prawdę, której nie da się oszukać. Patrzyła na jesień. Pomyślała, że to taki czas „melanchujni”. Taki moment w roku, kiedy wszystko puszcza hamulce. Kiedy liście spadają, bo już nie muszą udawać, że się trzymają. Kiedy człowiek też przestaje udawać, że jest okej.

Jesień była porą smuteczków. Tych małych, niepozornych, które wychodzą z nas bez pytania. Wychodzą wieczorami, w ciszy, przy oknie. Wychodzą, bo wiedzą, że nikt ich teraz nie pogoni. Że jest na nie sezon.

Liście leżały na chodniku jak rozrzucone myśli. Mokre, ciężkie, przyklejone do ziemi. Majka pomyślała, że ona też przez chwilę taka była. Przyklejona. Zbyt zmęczona, żeby się podnieść.

Wstała i zaparzyła sobie herbatę cynamonową. Taką, od której robiło się cieplej na duszy. Para unosiła się leniwie, jakby nie miała planu na siebie. Majka lubiła ten aromat. Cynamon był jej zapachem, jej przyjemnością i smakiem.

Wróciła z kubkiem do okna. Owinęła dłonie wokół naczynia i poczuła, że coś w niej trochę się uspokaja. Nie było już złości. Tylko zmęczenie. I ulga.

Jesień robiła porządki. Z iluzji. Bo człowiek potrafi latami żyć w iluzji. Dopowiadać sobie cudze uczucia, usprawiedliwiać czyjeś zachowanie, wierzyć, że coś się zmieni, chociaż wszystko dookoła mówi, że nie. Czasem trzymamy się wyobrażenia o kimś mocniej niż samego człowieka. Bo iluzja bywa wygodna. Jest ciepła, znajoma i nie wymaga podejmowania trudnych decyzji. A potem przychodzi taki moment, kiedy coś pęka. Jedno zdanie. Jedna wiadomość. Jeden obraz, którego nie da się już odzobaczyć. I nagle widzisz wszystko takim, jakie jest naprawdę.

Może właśnie po to była jesień. Żeby pozwolić opaść temu, co już dawno powinno opaść. Jak liściom z drzew.

Majka wzięła łyk herbaty i pomyślała, że może pierwszy raz od dawna jest dokładnie tam, gdzie powinna być. W ciszy. Sama. Bez potworów.

ROZDZIAŁ 3

Judyta miała dziewięćdziesiąt sześć lat i nie mogła w to uwierzyć, że wciąż była sprawna. W miarę. Nic jej specjalnie nie bolało. Poruszała się sama, była lekko przygarbiona, jakby całe życie delikatnie ciążyło jej na plecach. Kochała życie. Naprawdę. Z ciekawością, nie z rozpędu.

Jesienią częściej myślała o przemijaniu. Nie ze strachem. Raczej z zadumą. Jesień była takim czasem, kiedy wszystko przypominało, że coś się kończy, ale w bardzo estetyczny sposób. Judyta nieraz zastanawiała się, co się z nią stanie po śmierci. Czy ktoś ją zapamięta? Czy coś po niej zostanie? Zapach. Gest. Może przepis.

Tego dnia strząsnęła z siebie te myśli ruchem ramion, jakby były okruchem na swetrze. Teraz była tu. Teraz trzeba było zająć ręce.

Zabrała się do robienia ciasta na cynamonki.

Zawsze starała się odżywiać zdrowo. Warzywa, kasze, mało cukru. Ale październik rządził się swoimi prawami. Cynamonki były jej słodkim grzeszkiem. Takim małym buntem wobec wieku i zaleceń. Wsypywała mąkę do miski powoli. Drożdże rozpuszczała cierpliwie, czekając, aż zaczną „żyć”. Lubiła ten moment.

Ugniatała ciasto dłońmi. Rytmicznie. Spokojnie. Każdy ruch był znajomy. Myślała wtedy, że życie też tak się ugniata – trochę siłą, trochę cierpliwością. Że jak się da mu czas, to urośnie. Odstawiła ciasto na półtorej godziny, a kiedy do niego wróciła, zrobiło się puchate. Rozwałkowała je. Pocięła na paski, które zwinęła w ruloniki, a potem rozsmarowała na nich masło, posypała cukrem i cynamonem. Następnie pokryła je żółtkiem i wstawiła do piekarnika. Zapach natychmiast wypełnił kuchnię.

Czekała, popijając kawę zbożową, która smakowała jej tylko w te jesienne dni.

Kiedy cynamonki się piekły, pomyślała o młodej parze z naprzeciwka. Widywała ich czasem. Przemykali po klatce schodowej. Zawsze w biegu. Młodzi. Nie znała ich, ale coś w niej drgnęło. Może to była samotność, może potrzeba sensu, a może po prostu nadmiar cynamonu w powietrzu.

Postanowiła zanieść im bułeczki.

Zapakowała je ostrożnie, włożyła bordowy sweter i wyszła na korytarz. Zapukała. Drzwi otworzyła młoda kobieta w piżamie. Rozczochrana, z czerwonymi oczami, jakby płakała od dawna.

– Dzień dobry – powiedziała Judyta cicho. – Jestem sąsiadką. Upiekłam cynamonki. Dla ciebie i twojego chłopaka lub męża. Nie chcę popełnić gafy…

Dziewczyna spojrzała na nią i nagle… pękła. Ryknęła płaczem.

– Nie ma już „nas” – wydukała przez łzy. Potem chlipnęła i pociągnęła nosem. – Jestem sama. Tylko ja... – Majka poczuła się żałośnie. – Proszę wejść – dodała dziewczyna po chwili, ocierając twarz. – Dziękuję… – Wzięła od Judyty talerz z cynamonkami i postawiła go na szafce. – Przepraszam za ten wybuch.

– Nie ma za co przepraszać – odpowiedziała Judyta łagodnie. – Cynamonki pomagają na złamane serce.

Weszła do środka. Powoli, ostrożnie, jakby wchodziła do czyjegoś świata bez zaproszenia, choć zaproszona. Rozejrzała się uważnie. Nienachalnie. Z ciekawością.

– Ładnie tu masz – pochwaliła niedługo potem. – Przytulnie.

Na twarzy dziewczyny pojawił się cień uśmiechu. Starsza kobieta wyciągnęła do niej rękę.

– Judyta. Mów mi, proszę, po imieniu.

Dziewczyna uścisnęła jej dłoń.

– Majka.

– No dobrze, Majka. Skoro już się znamy, to proponuję kawę i cynamonki. W tej kolejności albo odwrotnie. Przy złamanym sercu zasady nie obowiązują.

Młodsza kobieta uśmiechnęła się nieco odważniej.

Na parapetach stały kwiaty. Bujnie rosły. Niektóre lekko przechylone w stronę światła.

Na ścianach wisiały obrazy.

Judyta podeszła bliżej jednego z nich. Przedstawiał zapłakaną kobietę. Zamiast łez wypłakiwała złamane serca. Urzekła ją ta metafora.

– Masz oko do pięknych rzeczy – rzuciła. – Do detali.

Majka uśmiechnęła się niepewnie.

– Zawodowe skrzywienie. Kiedyś przez kilka miesięcy na studiach podłapałam weekendową pracę. Byłam asystentką kostiumologa w teatrze.

– No właśnie tak czułam, że jesteś artystyczną duszą. – Judyta odwróciła się w jej stronę. – Powiedz… czym ty się dokładnie zajmujesz? – Usiadła na krześle, poprawiając spódnicę. – Przy jakich sztukach pracowałaś?

Majka przycupnęła na parapecie. Przez chwilę szukała słów.

– Przy różnych – zaczęła. – Klasyka, współczesność. Pomagałam szyć kostiumy do sztuki Czechowa. Mało koloru. Wszystko musiało być takie… jakby już trochę pomięte, zużyte. I wyblakłe, jak jego sztuki. Jak ludzie, którzy wciąż czekają na coś, co nie przychodzi, i w tym czekaniu się zatracają, marnieją.

Judyta kiwnęła głową.

– A wcześniej – ciągnęła Majka – była komedia. Dużo ruchu, przerysowania. Tam kostium nie mógł być tylko ładny. On musiał grać razem z aktorem. Pomagać mu, a nie przeszkadzać. Czasem jeden guzik potrafi zmienić całą scenę – mówiła z pasją. Do dziś żałowała, że rzuciła tamtą robotę. Szalenie ją lubiła.

– Guzik – powtórzyła Judyta z uśmiechem. – Mała rzecz, a trzyma wszystko.

Majka spojrzała na nią z uśmiechem.

– Właśnie tak to czuję – powiedziała. – Ja nie wchodziłam na scenę. Nikt mnie nie oklaskiwał. Ale byłam dumna z naszych kostiumów. Strój działa na podświadomość, a nikt o nim nie myśli. A bez kostiumów nie byłoby sztuki ani teatru. I wtedy wiesz, że odwaliłaś kawał dobrej roboty.

Judyta rozejrzała się jeszcze raz po mieszkaniu.

– Ty budowałaś światy, dziecko – szepnęła.

Majka spuściła wzrok, ale tym razem bez wstydu.

Za oknem spadały liście. A mieszkanie bez Oskara oddychało.

Majka usiadła na kanapie i nagle zeszło z niej napięcie, chociaż czuła smutek.

– Jestem w rozsypce – wyznała. – Totalnej. Wzięłam urlop. Nie byłam w stanie iść do pracy, udawać, że wszystko gra, że ubezpieczenia są ważniejsze niż to, że życie mi się rozpadło na kawałki.

Judyta skinęła głową. Bez zdziwienia. Bez oklepanych frazesów: „och, biedactwo”.

– Rozsypka to nie koniec – powiedziała spokojnie. – To etap. Jak się coś rozsypie, to zawsze można poskładać na nowo.

Majka westchnęła ciężko.

– Tylko to cholernie boli…

– Ból zawsze coś mówi. Nawet jeśli bardzo nie chcemy się w niego wsłuchać.

Majka wbiła wzrok w podłogę.

– Myślałam, że bez niego… – urwała. – Że nie przeżyję. Że padnę.

– A stoisz – zauważyła Judyta.

Zapadła chwila ciszy.

– A ty? – zapytała nagle Majka. – Jakie miałaś życie?

Judyta uśmiechnęła się lekko.

– Piekę cynamonki – powiedziała. – I to jest teraz bardzo dobre życie.

Majka uniosła brwi.

– Teraz. A kiedyś?

– Miałam fajne życie – stwierdziła Judyta. – Bardzo fajne. Chociaż wiele ludzi z mojego życia odeszło. Mąż umarł dwadzieścia lat temu. Wtedy zamieszkałam w Warszawie. A przed pięcioma laty pochowałam syna.

Majka zesztywniała.

– Przepraszam… To musiało być bolesne.

– Nie przepraszaj – przerwała jej łagodnie. – Życie powiązane jest ze śmiercią.

Oparła się wygodniej o oparcie krzesła.

– Moje dzieciństwo przypadło na okres wojenny – powiedziała po chwili. – Takie czasy, w których człowiek za szybko przestawał być dzieckiem. Potem była tułaczka i Indie. Kilka lat spędziłam w Balachadi, niedaleko Jamnagaru.

Majka słuchała jej w milczeniu.

– A później wróciłam do Polski. Byłam już młodą kobietą. Trafiłam do Szczecina, zaczęłam pracować w kawiarni. I życie potoczyło się dalej. Wyszłam za mąż, urodziłam syna. Zwyczajne życie. – Uśmiechnęła się lekko. – Tylko widzisz, po takim dzieciństwie zwyczajność wydaje się czymś naprawdę niezwykłym. Żałuję tylko rzeczy, których nie zrobiłam ze strachu – powiedziała. – Reszta była życiem. Nawet strata. Nawet ból. Są częścią życia…

Majka poczuła, jak coś w niej drży. Jakby ktoś delikatnie przestawiał jej perspektywę.

– Wiesz – dodała Judyta po chwili. – Miłość przychodzi i odchodzi. Praca się zmienia. Ludzie umierają. A ty zostajesz sama ze sobą. Człowiek umiera i rodzi się samotnie. I to jest twoje zadanie. Zostać przy sobie.

Dziewczyna miała łzy w oczach.

Za oknem jesień robiła swoje. A w mieszkaniu Majki dwie kobiety siedziały naprzeciwko siebie i obie wiedziały, że to jeszcze nie koniec historii.

ROZDZIAŁ 4

Judyta wyszła na spacer jak zawsze. Deszcz nie był dla niej wymówką, tylko informacją. Pada, to się wkłada płaszcz. Koniec filozofii. Starsza kobieta uważała, że jak człowiek przestanie wychodzić przez pogodę, to zaraz przestanie wychodzić w ogóle. A to już początek końca.

Szła powoli, z parasolką, lekko przygarbiona, ale dumna. Lubiła ten park po deszczu.

Jesień była mokra, ciężka, liście przyklejały się do chodnika jak stare wspomnienia, które nie chciały puścić. Szła powoli, z tym swoim pogodnym spokojem, który nie brał się z braku problemów, tylko z przeżycia ich wszystkich. I wtedy noga pojechała do przodu.

Poślizg był szybki, zdecydowany, bez ostrzeżenia. Nie dość, że Judyta usłyszała trzask kości, to jeszcze walnęła głową w chodnik.

– Psiakrew – powiedziała głośno, leżąc na chodniku. Bardziej zdziwiona niż przerażona. – No pięknie.

Patrzyła w szare niebo, z którego kapała woda. Pomyślała, że jeśli to miałby być koniec, to pogoda mogła się bardziej postarać. Jakiś błękit. Cokolwiek. A potem odpłynęła.

– Halo, halo, proszę pani. Słyszy mnie pani? – zapytał sanitariusz, nachylając się nad nią kilka minut później.

– Jestem w niebie – odpowiedziała Judyta bez wahania.

Sanitariusz parsknął śmiechem.

– Jeszcze nie. Proszę się nie ruszać.

– Spokojnie – szepnęła. – Nigdzie się nie spieszę.

W karetce zagadywała tego przystojniaka o oczach błękitnych jak toń wody. Pytała, czy ma dzieci, czy lubi swoją pracę, czy je w biegu, czy jeszcze wierzy, że świat da się ogarnąć. Odpowiadał jej z rozbawieniem, mówiąc, że dawno nie widział kogoś tak rozgadanego.

W szpitalu śmierdziało tym charakterystycznym zapachem. Lekarz ortopeda był młody. Zbyt młody, żeby pamiętać świat bez internetu.

– Dzień dobry – powiedziała Judyta, zanim zdążył się odezwać. – Jak pan ma na imię?

Zaskoczyła go.

– Michał.

– Lubię znać ludzi, którzy mnie dotykają – wyjaśniła spokojnie. – Czuję się wtedy bezpieczniej.

Michał uśmiechnął się nieśmiało.

– Pęknięcie – stwierdził, oglądając zdjęcie RTG. – Założymy gips.

– Proszę bardzo. – Skinęła głową. – Biały czy w innym kolorze?

– Niestety, klasyka.

– Szkoda – westchnęła. – Kiedyś nosiłam pióra i cekiny. Teraz gips. Człowiek się starzeje.

– Ale świetnie się pani trzyma – powiedział lekarz z autentycznym podziwem. – Naprawdę.

– No wie pan? – Judyta spojrzała na niego uważnie. – Ja bym jeszcze dużo mogła. Tylko kolana czasem mają inne zdanie.

Lekarz się zaśmiał.

– Ma pani niesamowite podejście.

– To nie podejście – poprawiła go. – To doświadczenie. Jak się już przeżyło wojnę, emigrację, miłość i śmierć, to pęknięta noga jest jak przerwa na herbatę.

Gips stygł, biały i ciężki.

– Ile z tym pochodzę? – zapytała.

– Kilka tygodni.

– To dobrze. – Skinęła głową. – Zawsze chciałam nauczyć się cierpliwości.

Lekarz patrzył na nią jeszcze chwilę, jakby chciał zapamiętać ten spokój na przyszłość.

– Dziękuję, Michale – powiedziała na koniec. – Był pan delikatny.

– To ja dziękuję.

Judyta pomyślała, że nawet taki dzień można przeżyć z klasą. Trzeba tylko pamiętać, żeby się poślizgnąć z godnością.

***

W tym samym czasie Majka siedziała w robocie, której szczerze, uczciwie i bez cienia wątpliwości nie znosiła.

Pracowała w towarzystwie ubezpieczeniowym. Szklany budynek, open space, rośliny udające życie i hasła motywacyjne na ścianach typu: „Twoja sprzedaż to czyjeś bezpieczeństwo”. Majka zawsze miała ochotę dopisać pod spodem markerem: „albo czyjaś trauma”.

Jej praca polegała na wciskaniu ludziom ubezpieczeń. Drogich. Zawyżonych. Z drobnym druczkiem, tak małym, że trzeba było lupy i dobrej wiary, żeby go przeczytać. Ubezpieczenia od wszystkiego: od gradobicia, od zalania, od złamanego palca i od życia. Problem polegał na tym, że kiedy już coś się działo, ludzie tego hajsu najczęściej nie odzyskiwali. Bo paragraf. Bo wyłączenie. Bo „nie spełnia warunków”.

Majka wiedziała to doskonale. I właśnie dlatego codziennie czuła się jak sprzedawczyni nadziei w promocji.

– Dzień dobry, dzwonię w sprawie pańskiego bezpieczeństwa – mówiła do słuchawki głosem, który brzmiał o wiele bardziej przekonująco, niż się czuła. – Tak, rozumiem, że nie ma pan czasu. Nikt nie ma czasu posłuchać o katastrofie, dopóki się nie wydarzy.

Po drugiej stronie zwykle ktoś wzdychał, ktoś się rozłączał albo mówił, że „już ma”. Majka zaznaczała w systemie: „odmowa”, „brak zainteresowania”, „klient agresywny”. Agresywni byli najuczciwsi.

Naprzeciwko niej siedział Paweł Ostrowski. Wyglądał jak miś koala, który przypadkiem włożył koszulę i przyszedł do biura. Miał miękką twarz, ciepłe oczy i wieczny spokój człowieka, który wiedział, kim jest. Był jednym z najsympatyczniejszych facetów, jakich Majka znała. Niestety – i to było słowo klucz – zajęty.

Miał cudowną żonę, Marylkę. Mówił o niej zawsze z takim ciepłem, że Majka aż czasem odwracała wzrok, żeby nie robić się sentymentalna. Mieli dwójkę dzieci, które Paweł pokazywał na zdjęciach: jedno wiecznie umorusane – Szymek, drugie zawsze w jakimś stroju z bajki – Zuzka.

– Paweł – zaczęła Majka, opierając głowę o biurko. – Co my tu robimy?

Paweł spojrzał na nią znad monitora, poprawił okulary.

– Zarabiamy na życie – odpowiedział spokojnie.

– A nie masz czasem wrażenia, że sprzedajemy ludziom iluzję?

– Mam. – Skinął głową. – Ale raty kredytu same się nie spłacą.

Dzień pracy toczył się w rytmie kawy z automatu, kliknięć myszki i rozmów, które niczego nie zmieniały. Ktoś gdzieś płakał przez telefon, bo stracił dom. Ktoś inny krzyczał, że to oszustwo. Majka robiła notatki i myślała, że w teatrze przynajmniej kłamstwo było uczciwe. Tam było wiadomo, że to scena wymyślona przez reżysera. A tutaj scenariusze pisało życie.

– Wiesz – rzucił Paweł w przerwie. – Lidka mówi, że przez tę robotę się postarzałem.

– Ja też – odpowiedziała Majka. – W środku jestem starą babą.

Paweł uśmiechnął się współczująco.

– Ty tu nie pasujesz.

– Wiem.

– Ty potrzebujesz kolorów w życiu, ruchu, ekspresji.

– A tu mamy Excela i regulaminy – westchnęła.

Po południu Majka złapała się na tym, że myśli o sąsiadce. O tym, że w wieku dziewięćdziesięciu sześciu lat można mieć więcej lekkości niż ona po trzydziestu pięciu.

– Paweł? – zapytała nagle. – Jak myślisz, mogłabym jeszcze zmienić coś w moim życiu?

Paweł się zamyślił.

– Zawsze – powiedział po chwili. – Tylko czasem trzeba najpierw znienawidzić to, w którym się jest. Tak, wiesz, na maksa. Wtedy czujesz, że nie chcesz być w jakimś miejscu, albo nie chcesz być w jakiejś relacji, albo brać udziału w jakiejś farsie.

Majka spojrzała na monitor, na tabelki, na prowizje.

– To jestem na dobrej drodze.

Paweł roześmiał się cicho.

A w tym śmiechu było coś więcej niż zmęczenie. Było zrozumienie.

– W ogóle jak się czujesz? – zapytał Paweł mimochodem, nie odrywając wzroku od monitora. Ton miał taki, jakby pytał o pogodę. Wiedział, że wykopała Oskara z mieszkania. Wiedział też, że to nie było „polubowne rozstanie”.

Majka zastukała paznokciem w kubek z kawą.

– Ale szczerze? – zapytała.

– Szczerze.

Westchnęła. I powstrzymywała się, żeby się nie rozpłakać.

– Czuję się, jakby ktoś wyrwał mi serce. Gołymi rękami. Bez znieczulenia.

Paweł na nią spojrzał.

– To normalne – powiedział. – Jak się wyrywa coś, co i tak już było martwe, to boli podwójnie.

Majka uśmiechnęła się półgębkiem.

– Najgorsze jest to, że ja dalej go kocham – przyznała cicho. – Albo raczej… kocham to, kim miał się stać, jak go zmienię. Tę wersję z początku.

– Wiem. – Paweł skinął głową. – Te wersje zawsze są najlepsze. Limitowane edycje.

Przez chwilę siedzieli w ciszy. W tle ktoś sprzedawał polisę na życie z entuzjazmem godnym wygranej w totka.

– W domu jest pusto – dodała Majka. – I cicho. A najdziwniejsze jest to, że niby czuję ulgę, a boli jeszcze bardziej.

– Cisza też potrafi boleć – powiedział Paweł. – Ale tylko na początku. Potem zaczyna leczyć.

Majka spojrzała na niego z wdzięcznością.

– Zawsze wiesz, co powiedzieć.

– Nie zawsze. – Uśmiechnął się. – Po prostu nie udaję, że jest okej, jak nie jest.

Zawibrował jej telefon. Mail od klienta. Reklamacja. Kolejna.

– Wiesz, co jest najgorsze? – zapytała.

– Co?

– Że świat się nie zatrzymał. A ja mam ochotę, żeby chociaż na chwilę stanął, żeby tak nie pędził, żeby wszyscy się nade mną użalali.

Paweł odchylił się na krześle.

– Świat nigdy się nie zatrzymuje – powiedział. – Ale ty możesz. Na chwilę. By się porządnie wybeczeć.

Majka kiwnęła głową. Serce dalej bolało. Ale pierwszy raz od kilku dni ktoś nazwał ten ból po imieniu.

To wystarczyło, żeby przetrwać kolejny dzień.

ROZDZIAŁ 5

Majka wysiadła z autobusu z bolącą głową. Zmęczenie przykleiło się do niej jak wilgotny płaszcz, nie dało się go strząsnąć jednym ruchem. Na zewnątrz było szaroburo.

I wtedy ją zobaczyła. Taksówka zaparkowała na skos przy krawężniku, a z jej wnętrza próbowała wydostać się sąsiadka z naprzeciwka. Ta starsza pani, która kilka dni temu przyniosła jej cynamonki. Judyta. Miała na nodze gips i podpierała się kulami, manewrując nimi z godnością.

Majka podeszła do niej.

– Dzień dobry – powiedziała. – Pomóc?

Judyta uniosła wzrok i uśmiechnęła się tak, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie, że właśnie spotykają się w takiej konfiguracji.

– A wiesz – zawahała się – że sama bym sobie poradziła… ale chętnie przyjmę pomoc.

Majka przytrzymała drzwi, potem podała jej ramię. Judyta wysiadała powoli, ostrożnie stawiając zdrową nogę na chodniku.

Ruszyły w stronę klatki. Krok po kroku. Judyta opierała się na kulach, Majka szła tuż obok, gotowa złapać ją w razie czego.

– Poślizgnęłam się – powiedziała Judyta, jakby mówiła o rozlanym mleku. – Jesień mnie załatwiła.

– Jesień ma to do siebie – odparła Majka – że czasem nas załatwia. Jesteś bardzo dzielna – dodała.

– Nie – poprawiła ją Judyta. – Jestem bardzo żywa. To różnica.

Dotarły pod drzwi mieszkania Judyty. Starsza kobieta przekręciła klucz powoli, z namysłem.

– Wejdziesz na chwilę? – zapytała. – Noga mi nie pozwala być teraz zbyt gościnną, ale herbata się znajdzie.

Majka zawahała się sekundę. Potem skinęła głową.

– Ugotuję ci coś – zdecydowała nagle. Sama się zdziwiła, jak naturalnie to zabrzmiało. – Jakąś zupę. Coś prostego.

Judyta spojrzała na nią uważnie.

– To będzie bardzo miłe – powiedziała. – I zupełnie niepotrzebne… ale miłe.

Weszły do środka. Drzwi zamknęły się cicho.

Majka pomyślała, że czasem życie daje człowiekowi dokładnie to, czego potrzebuje, tylko w zupełnie innym opakowaniu, niż się spodziewał.

Pomogła Judycie dojść do kanapy. Kobieta usiadła najpierw ostrożnie, następnie z westchnieniem ulgi położyła się, a Majka podłożyła jej pod nogę poduszki. Jedną. Potem drugą.

– Lepiej? – zapytała.

– Jak w sam raz – odpowiedziała starsza kobieta.

Majka rozejrzała się po pokoju. To nie było mieszkanie urządzone „ładnie”. To było mieszkanie ze wspomnieniami, opowieściami.

Przy ścianie znajdowała się masywna drewniana komoda, ciemna, obok niej stał antyczny zegar z wahadłem, tykający głośno. Czas w tym domu nie udawał, że go nie ma.

Na ścianach wisiały obrazy i reprodukcje.

Majka podeszła bliżej jednej z nich.

– Dama z łasiczką – powiedziała cicho, bardziej do siebie.

– Tak – odezwała się Judyta z kanapy. – Zawsze ją lubiłam.

– Dlaczego? – zapytała Majka.

Judyta uśmiechnęła się lekko.

– Bo wygląda na spokojną, ale wewnątrz niej kłębią się dzikie myśli – wyjaśniła. – Każda kobieta, która siedzi tak grzecznie, coś ukrywa. Poza tym… zobacz, jak trzyma to zwierzę. Delikatnie, ale pewnie. Nie boi się, że ucieknie.

Majka kiwnęła głową.

Obok wisiały inne obrazy: przedstawiające sceny taneczne, szkice ciał w ruchu, kobiety uchwycone w półobrocie, jakby ktoś przerwał im dokładnie w tym momencie, w którym były najbardziej sobą. Nie było tu przypadkowych dekoracji. Każdy obraz miał sens. Historię. Ciąg dalszy.

– To wszystko zbierałaś latami? – zapytała.

– Nie zbierałam – poprawiła ją Judyta. – Zatrzymywałam. Rzeczy, które ze mną rezonowały.

Majka spojrzała na zdjęcia ustawione na komodzie. Było ich kilka, w różnych ramkach, jakby ktoś poustawiał obok siebie kawałki jednego życia.

Na pierwszym Judyta była młoda, może trzydziestoletnia. Stała gdzieś wysoko w górach, z włosami potarganymi przez wiatr i policzkami zaczerwienionymi od wysiłku. Na plecach, w chuście, niosła małego synka. Wystawała z niej tylko jego głowa w wełnianej czapeczce. Judyta patrzyła w obiektyw i śmiała się szeroko, bez cienia zmęczenia.

Na drugim zdjęciu była z mężem na jakiejś potańcówce. On trzymał ją za rękę i właśnie obracał wokół własnej osi. Sukienka Judyty unosiła się lekko, włosy wirowały razem z nią, a ona odchylała głowę do tyłu i śmiała się tak, jak śmieją się ludzie, którzy w tamtej chwili nie potrzebują od życia absolutnie niczego więcej. Mąż patrzył tylko na nią.

Trzecie zdjęcie było zupełnie zwyczajne. Może dlatego Majka zatrzymała na nim wzrok najdłużej. Judyta siedziała na trawie przed niewielkim namiotem, mąż leżał obok z głową opartą na jej udzie, a kilkuletni już syn siedział między nimi i jadł arbuza. Całą brodę miał mokrą od soku. Judyta jedną ręką przeczesywała włosy męża, drugą próbowała wytrzeć dziecku buzię. Wszyscy troje się śmiali.

Zwyczajny dzień. Zwyczajna rodzina. Zwyczajne szczęście.

– Żyłaś życie – powiedziała Majka.

– Największą głupotą jest go nie żyć – odparła Judyta spokojnie. – Są ludzie, którzy żyją życie tak, jakby było wersją roboczą.

Zegar wybił osiemnastą.

Majka stała pośrodku pokoju i miała wrażenie, że to mieszkanie oddycha. Że każdy mebel, każdy obraz jest dowodem na to, że można żyć długo, intensywnie i z klasą. A jednocześnie nie zgubić siebie po drodze.

– Wiesz – powiedziała w końcu. – To jest bardzo… mądre, co mówisz.

Judyta uśmiechnęła się, zamykając na chwilę oczy.

– Mądrość przychodzi z odwagą – wyjaśniła. – A odwaga… z czasem.

Majka jeszcze chwilę stała pośrodku pokoju.

– Wiesz co – powtórzyła, przeciągając słowa. – Pójdę do siebie i ugotuję tę zupę. Dla ciebie. Jakąś prostą. Warzywną.

Godzinę później Majka stała w swojej kuchni i patrzyła w garnek z poczuciem osobistej porażki. Zupa warzywna właśnie się zwarzyła. Pływały w niej śmietanowe grudki.

– No pięknie – powiedziała do siebie. – Gratuluję, Gordonie Ramsayu.

Spróbowała.

– To nawet nie jest złe… tylko wygląda podejrzanie.

Wyciągnęła telefon i zadzwoniła do Olgi.

– Ratuj – zaczęła od razu, bez przywitania.

– Co się stało? – zapytała Olga, spokojna jak zawsze.

– Zepsułam zupę.

– Jak można zepsuć zupę?

– Normalnie. Śmietana się zwarzyła. Wygląda jak emocje po rozstaniu.

Po drugiej stronie zapadła cisza, a potem śmiech.

– Majka… – Olga westchnęła. – Zdejmij garnek z ognia.

– Zdjęłam. I dalej wygląda jak kupa nieszczęścia.

– To nie dawaj śmietany następnym razem.

– Olga, ona już tam jest. To się wydarzyło. Nie cofnę czasu.

– Wylej i zrób od nowa.

Majka spojrzała do garnka.

– Nie mogę. To by było marnotrawstwo.

– To zmiksuj – zaproponowała Olga.

– Zmiksować emocjonalną katastrofę?

– Dokładnie. Blender zdziała cuda.

Majka westchnęła, ale zrobiła, co trzeba. Po chwili zupa wyglądała… całkiem dobrze.

– Olga – powiedziała cicho. – Ja naprawdę nie ogarniam życia.

– Ale razem idzie nam lepiej – odparła Olga. – Dlatego jesteśmy ze sobą od trzydziestu dwóch lat.

Majka uśmiechnęła się pierwszy raz tego wieczoru.

Zupę zaniosła Judycie w niebieskiej miseczce. Kobieta spróbowała, uniosła brew, potem drugą.

– Nie jadam zmiksowanych zup, ale ta jest naprawdę okej.

– To jest „doświadczenie” – odparła Majka. – Zaczęło się od katastrofy, ale przeszło transformację.

– Lubię rzeczy po przejściach – skwitowała Judyta i zjadła całą miskę.

Majka zaparzyła herbatę cynamonową, ustawiła kule obok łóżka, tak żeby Judyta nie musiała się gimnastykować jak akrobatka na emeryturze. Potem wzięła jej telefon, zapisała swój numer.

– Proszę dzwonić. O każdej porze. Jak coś boli, jak się nudzisz albo jak będziesz chciała pogadać.

Judyta spojrzała na nią uważnie.

– A jak zadzwonię bez powodu?

– To najlepszy powód.

Uśmiechnęły się do siebie.

Majka wróciła do siebie o dwudziestej i właśnie miała nalać sobie wody, kiedy usłyszała szczęk zamka w drzwiach.

Zamarła.

Kilka sekund później drzwi się otworzyły.

W progu stał Oskar.

– Co ty, do cholery, tutaj robisz? – zapytała ostro. – I dlaczego nie oddałeś mi kluczy?

– Chciałbym, żebyśmy jeszcze raz spróbowali – powiedział, jakby to było zdanie z poradnika pod tytułem Jak uratować coś, co już zdechło.

Majka roześmiała się krótko.

– Ale ja nie chcę niczego ratować ani próbować. Bzykałeś Andżelę.

– Andżela… – Machnął ręką. – No nie rób zadymy o Andzię.

– Jak nie? – Majka zrobiła krok w jego stronę. – W moim mieszkaniu. W moim łóżku. W mojej pościeli. Mam nie robić zadymy?

– Przesadzasz.

– Oskar, ty serio nie rozumiesz, co się wydarzyło?

– To był błąd.

– Nie. To był wybór. Twój wybór. – Wycelowała w niego palec.

Byle za długo na niego nie patrzeć – pomyślała w duchu. Oskar był cholernie przystojny i miał ujmujący wyraz twarzy. A ona nie mogła się ugiąć.

Zapadła cisza.

– Mamy razem coś wyjątkowego – spróbował jeszcze raz.

– Mieliśmy – poprawiła go. – Czas przeszły. A potem ty to zdeptałeś i udawałeś, że nic się nie stało.

Podszedł bliżej.

– Dajmy sobie jeszcze szansę.

– Nie – powiedziała spokojnie. – Dałam ci kilka szans. I nie chodzi tylko o tę dziewczynę. – Wskazała drzwi. – Wychodzisz. Teraz. I zostawiasz klucze.

Patrzył na nią jeszcze chwilę, jakby liczył, że się złamie. Nie złamała się.

Rzucił klucze na komodę.

– Będziesz żałować.

– To już za mną – odparła. – Już mi przechodzi.

Zamknęła drzwi. Przekręciła zamek. Oparła się o ścianę.

Serce waliło jej jak oszalałe, ale po raz pierwszy nie było w tym strachu.

Była granica. I ona ją właśnie postawiła.

ROZDZIAŁ 6

Następnego dnia Majka piła kawę w pracy, tę samą co zawsze, gorzką. Siedziała przy biurku, udając skupienie, a tak naprawdę bezwiednie scrollowała Instagrama. Kciuk robił swoje, mózg był gdzie indziej, serce jeszcze nie wiedziało, w jakim miejscu ma być.

– Nie wchodź na jego profil – powiedział Paweł, nawet na nią nie patrząc.

Majka zastygła.

– Skąd wiesz, że chciałam wejść?

Paweł uniósł wzrok znad monitora i spojrzał na nią z czułością człowieka, który widział już wiele sercowych dramatów.

– Masz to wypisane na twarzy – wyjaśnił spokojnie. – Ten wyraz. „Zaraz zrobię coś, po czym będzie mi gorzej”.

– Ja tylko… – zaczęła.

– Majka.

– Zobaczę tylko, co ten padalec robi – rzuciła defensywnie. – Tylko zerknę.

– Po co ci to? – zapytał Paweł.

Zawahała się sekundę.

– Po nic.

– Właśnie – odparł. – To „nic” zwykle kosztuje najwięcej.

Majka spojrzała na ekran telefonu. Palec zawisł nad wyszukiwarką. Przez głowę przemknęły jej obrazy: on uśmiechnięty, on z piwem, on z jakimś cytatem o wolności, on udający, że ma się świetnie. A może on z Andżelą? Albo gorzej: bez niej, ale szczęśliwy.

– Nienawidzę tego – mruknęła.

– Czego?

– Że nadal mnie to obchodzi.

– Tak to już jest – powiedział Paweł i sięgnął po krakersa. – To etap.

Majka zablokowała telefon i odsunęła go od siebie, jakby był podejrzanym przedmiotem.

– Jak ja mam przestać?

– Nie masz – wyjaśnił. – Masz tylko nie dolewać benzyny do ognia.

Westchnęła i sięgnęła po kawę.

– Wiesz, co jest najgorsze?

– Co?

– Że część mnie liczyła, że on wróci. A teraz, jak już wrócił… – urwała – ja już go nie chcę.

Paweł uśmiechnął się lekko.

– To się nazywa domknięcie.

Majka spojrzała na ekran komputera, na tabelki, cyferki i prowizje.

– Dziwne uczucie.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Meritum publikacji