Cymanowski chłód - Magdalena Witkiewicz, Stefan Darda - ebook
BESTSELLER

Cymanowski chłód ebook

Magdalena Witkiewicz, Stefan Darda

4,1

422 osoby interesują się tą książką

Opis

Końcówka 2018 roku. Pensjonat prowadzony przez Jerzego Zawiślaka i jego wybrankę przygotowuje się do zimowego sezonu, który powinien dać trochę wytchnienia i pozwolić na spokojne przygotowanie ich ślubu. Okoliczne lasy zastygają w mroźnym letargu, jezioro skuwa lód, ziemia jest skryta pod śnieżnym całunem. Ale chłód panuje tylko na zewnątrz. Niektórzy mieszkańcy i goście pensjonatu „Cymanowski Młyn” skrywają sekrety, które miały nigdy nie wyjść na jaw, a które z każdą chwilą są coraz bliżej odkrycia…

Kim tak naprawdę jest Anna? Kogo obawia się Kostuch? Czy Formellowie dotrzymają złożonej przez Jakuba obietnicy? I w jaki sposób dziecku Moniki i Macieja może zagrozić tajemnica starego naszyjnika z szafirem?

Mistrzowskie połączenie powieści obyczajowej i thrillera intryguje nieprzewidywalną fabułą i porywa brawurowymi zwrotami akcji w kontynuacji bestsellerowej powieści "Cymanowski Młyn"!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 284

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 1

 

 

 

 

Piątek, 2 listopada 2018 r.

 

– Cholera, chłodno – mruknął sam do siebie, wysiadając ze swojego czarnego bmw.

Przy cmentarzu w Cymanach stało kilka samochodów. Adam spodziewał się, że w Dzień Zaduszny będzie ich więcej, ale najwidoczniej sporo osób odwiedziło to miejsce już wczoraj, ci zaś, którzy zaplanowali swoją wizytę u zmarłych na dziś, woleli załatwić sprawę wcześniej. Kostuch przyznał im w myślach rację. Jeszcze w południe świeciło słońce i było znacznie cieplej, a teraz, kilka minut przed piętnastą, jakby zima przypomniała sobie nagle o Kaszubach i postanowiła przybyć tutaj jednym szybkim susem.

Stojące szpalerem obok parkingu tuje wyginały się od podmuchów lodowatego wiatru, który przeganiał ołowiane chmury. Ostatnie nieopadłe jeszcze brązowe, rdzawe i żółte liście dały wreszcie za wygraną i z rezygnacją wirowały w powietrzu, zmierzając ku swym gnijącym już na ziemi i grobach towarzyszom. Jakby z żalu za odchodzącym ciepłem niebo zaczęło płakać drobnym deszczem. Siedzące nieopodal na gałęziach gawrony jak na komendę zaczęły się wydzierać żałobnym chórem, by po chwili nagle zamilknąć.

„Krótki zryw – pomyślał Kostuch. – Jak ludzkie życie”.

Nasuwając nisko na czoło wełnianą szarą czapkę, zrobioną dla niego przez Karolinę, i wiążąc szczelnie szalik z tej samej włóczki, uznał, że nie zdziwiłby się, gdyby w nocy spadł śnieg. Założył na dłonie skórzane rękawiczki (jego dziewczyna chciała wydziergać także rękawiczki, ale zaprotestował, twierdząc, że w całym komplecie wyglądałby jak ciota) i zabrał z tylnego siedzenia kilka zniczy w reklamówce z uśmiechniętą biedronką na żółtym tle, która zupełnie nie pasowała do ponurego otoczenia. Zamknął auto pilotem, a następnie przyjrzał mu się z odległości kilku kroków. Dziesięcioletnie bmw, kupione niedawno z oszczędności dzięki niezłym zarobkom u Zawiślaka. Było dumą i oczkiem w głowie Adama. Wypucował je wczoraj, a teraz westchnął z rezygnacją. Było jasne, że przy takiej pogodzie beemka, jak tylko dojedzie do Cymanowskiego Młyna, będzie cała uwalanabłotem.

– Dzień dobry, Adaś – powiedział ktoś za jego plecami.

Kostuch odwrócił się i dostrzegł opatuloną w gruby płaszcz Wentową. Zanim jej odpowiedział, poczuł na plecach nieprzyjemne ciarki.

– Dzień dobry, pani Wentowa.

– Pewno do mamy przyjechałeś…?

„Nie twój interes, stara zdziro” – odparł w myślach, ale powiedział zupełnie co innego.

– Tak, proszę pani. – Jego usta wykrzywiły się w namiastce uśmiechu. – Do mamy przede wszystkim. Jeśli pani chwilę poczeka, to podwiozę. Zimno się zrobiło, a do domu kawałek… – Mówiąc to, czuł się tak, jakby na własne życzenie wpieprzał rzygowiny.

– To dobrze. Trzeba odwiedzać – oświadczyła Wentowa z aprobatą, nie próbując nawet odpowiedzieć uśmiechem. – Ja też byłam. U swojego męża przede wszystkim. I u innych… – Kołysząc się lekko na boki, ruszyła wzdłuż cmentarnego ogrodzenia. – A za podwiezienie dziękuję, przywiózł mnie kuzyn, to i on odwiezie. Tylko jeszcze poszedł Władkowi świeczkę zapalić. Hincowi – dodała z naciskiem. – Do niego pewnie też pójdziesz?

Przystanęła, spoglądając badawczo i lekko, jakby przekornie przekrzywiając głowę.

„Gówno cię to obchodzi, stara kurwo!”.

– Tak, wybieram się – wycedził na głos, ledwie nad sobą panując.

Wiedział, że wszyscy we wsi gadają, że jego matka puszczała się z Hincem i on, Adam Kostuch, był tego żywą pamiątką, ale w tym miejscu i w taki dzień Wentowa nie powinna sobie pozwalać na takie uwagi.

– To dobrze. Trzeba odwiedzać – powtórzyła i podjęła przerwany marsz.

Gdy się oddalała, Adam miał ochotę kopnąć ją w ten tłusty zad.

 

 

Stał jeszcze przez jakiś czas, a potem, trochę dla siebie niespodziewanie, wrócił do samochodu i odpalił silnik, podkręcając ogrzewanie na maksa. Czuł, że się cały trzęsie, i przez moment nawet rozważał rezygnację z odwiedzin przy grobach, ale skoro już tu przyjechał, to ostatecznie postanowił nie zmieniać planów. Chciał się tylko ogrzać.

I uspokoić.

Adam w tym roku skończył trzydzieści cztery lata, a niekiedy miał wrażenie, że swoim życiorysem mógłby obdzielić przynajmniej kilka osób. Zdarzało się, że czasami po prostu czuł się staro, chociaż, co przyznawał przed sobą z zadowoleniem, w ostatnich miesiącach zdarzało się to stosunkowo rzadko.

Teraz, po spotkaniu z Wentową, nagle powróciły wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to w szkole często wołano za nim „bękart” albo celowo przekręcano jego nazwisko na „Najduch”. Te paskudne ksywki ciągnęły się za nim praktycznie aż do chwili, gdy pan Władek Hinc został we wrześniu 2014 roku znaleziony martwy w rowie melioracyjnym. Mniej więcej dwa tygodnie później ktoś zabił samochodem mamę Adama, a on sam najlepiej wiedział kto. Prawdę poznała wtedy jeszcze jedna osoba i to jakby podwójne osierocenie stało się dla Kostucha źródłem kolejnych problemów.

– Przynajmniej reszta się ode mnie odpieprzyła – mruknął.

To było o tyle łatwiejsze, że zaraz po śmierci jego mamy on sam zniknął na jakiś czas. Najpierw, tuż po wypadku, na kilkanaście godzin, a potem, w drugiej połowie października 2014 roku, na prawie dwa tygodnie, a gdy wrócił, ludzi z Cyman już nie obchodziło, z kim Stara Kostuchowa puściła się ponad trzydzieści lat wcześniej.

Ta dwunastodniowa nieobecność bardzo zmieniła Adama. Ci, którzy go znali, sądzili, że to wszystko przez wrześniowe wydarzenia, ale prawda była inna. Podczas tego dłuższego wyjazdu zrobił coś, czego potem miał wielokrotnie żałować, ale przynajmniej obiecał sobie, że będzie już innym człowiekiem. Kimś znacznie lepszym niż wcześniej. Niewiele pił, stał się mniej porywczy, często bezinteresownie pomagał innym. Znalazł też stałą pracę, w hurtowni spożywczej w Kościerzynie, gdzie był nie tylko magazynierem, ale też cenioną przez właściciela „złotą rączką”.

„To wszystko dzięki tacie – pomyślał, siedząc w ogrzanym wnętrzu samochodu, i nie miał wcale na myśli człowieka, który od lat był za granicą, nie interesując się losem syna swojej żony. Miał na myśli kogoś, kto został pochowany na widocznym za szybą auta cmentarzu. – I dzięki niemu zatrudnił mnie pan Jerzy. Nic by z tego nie było, gdy mnie pan Hinc… to znaczy tato, nie nauczył tego wszystkiego, co umiem”.

 

 

Minutę później Adam był właściwie wdzięczny przeznaczeniu, że tego paskudnego dnia skrzyżowało drogi jego i Wentowej. Dzięki spotkaniu z nią i tej chwili zadumy w swojej czarnej beemce jego myśli stały się mniej chaotyczne, a chyba nawet zdołał się pogodzić z tym, z czym od zawsze starał się wewnętrznie walczyć.

Już całkiem spokojny wysiadł i ruszył w stronę cmentarnej bramy.

Najpierw odwiedził grób Władka Hinca. Zrobił to zupełnie odruchowo, a potem pomyślał, że chciał przez to panu Władkowi (tacie) na swój sposób zadośćuczynić. Gdy zapalał znicz, przeszło mu przez myśl, że może powinien zmienić nazwisko na właściwe, ale potem doszedł do wniosku, iż byłoby to nie w porządku wobecmamy.

Nie chciał przeginać, bo przecież i tak wystarczająco często odwiedzała go po swojej śmierci.

 

 

Oddalając się od cmentarza, Adam zastanawiał się, czy o kimś przypadkiem nie zapomniał, ale pusta reklamówka i jedyny znicz, który pozostał na siedzeniu pasażera, zdawały się sugerować, że pamięć go nie zawiodła.

Włączył na chwilę wycieraczki. Pół godziny wcześniej Kostuch nie wykluczał opadów śniegu w nocy, tymczasem już w tej chwili pomiędzy kroplami deszczu zaczęły się pojawiać białe płatki.

Adam minął zabudowania Cyman, a potem skręcił w drogę prowadzącą do agroturystyki Zawiślaka. Na rozstaju dróg stał drewniany krzyż, przy którym miejscowi czasem zapalali znicze. Podobno ktoś dziesiątki lat temu powiesił się na gałęzi stojącego nieopodal rozłożystego dębu. Kostuch popatrzył na wiekowe drzewo.

„Czy ta gałąź wciąż jest, czy ją już dawno odpiłowali?” – pomyślał.

Jeżeli ta cała historia o tajemniczym wisielcu była prawdą, to tym razem nikt nie pofatygował się, by uczcić pamięć desperata w Zaduszki, ale Adamowi było to obojętne. Nie zatrzymał się tu po to, by wspomnieć samobójcę, a kogoś zupełnie innego.

– Niedawno była czwarta rocznica – szepnął, stawiając zapalony znicz na kępce poszarzałej trawy, a potem wyprostował się i dodał: – Wieczny odpoczynek racz jej dać, Panie…

 

 

2014

 

Na początku października 2014 roku był na skraju załamania nerwowego. Nie dość, że po pijaku zabił autem własną matkę, to jeszcze został postawiony pod ścianą przez osobę, po której nigdy by się tego nie spodziewał. Skutek tego był taki, że miał do wyboru albo uciec i się gdzieś zaszyć (na przykład na drugim końcu Polski czy nawet gdzieś za granicą), albo spróbować jakimś cudem zdobyć te pieniądze, których od niego żądano. Początkowo skłaniał się ku temu pierwszemu rozwiązaniu, lecz po kilku dniach zastanowienia uznał, że nie chce reszty życia spędzić, kryjąc się gdzieś po kątach, jak szczur. Zresztą przecież media co raz podawały informacje o polskich przestępcach namierzonych nawet w najodleglejszych zakątkach Europy.

Czy ktoś by go szukał za spowodowanie po pijanemu wypadku ze skutkiem śmiertelnym? Tego nie był pewien, ale ryzyko przecież istniało… Tuż po tym, jak potrącił mamę, szczęście mu dopisało, bo zdołał opchnąć auto paserowi, który nie zapłacił za nie kokosów, ale miał opinię kogoś, kto nie puszcza pary z ust, dopóki woda nie zalewa mu nosa. Kostuch miał więc parę złotych przy duszy, ale to nie stanowiło nawet dwudziestu procent potrzebnej kwoty.

Nie bardzo pamiętał tamten powrót z dyskoteki, był zbyt pijany. Otrzeźwiło go nieco dopiero uderzenie w przeszkodę. Wysiadając z auta, miał nadzieję, że to było jakieś większe zwierzę, lecz prawda była inna i zmroziła Adamowi krew w żyłach. Jego leżąca w zimnym blasku reflektorów mama wyglądała tak bezbronnie wśród tych wszystkich zebranych przez siebie grzybów, a dłoń, zaciśnięta na wciąż działającej latarce, kierowała snop światła ku niebu. Kostuch pod wpływem alkoholu i nagłego stresu nie myślał wtedy logicznie. Potem wielokrotnie żałował, że nie próbował wszcząć akcji reanimacyjnej albo chociaż wezwać pomocy, a zamiast tego prysnął z miejsca wypadku, próbując przede wszystkim ratowaćwłasną skórę.

Wpadłby i tak, gdyby nie pomoc Wentowej. Dała mu alibi, ale zaraz po pogrzebie Ireny Kostuch okazało się, że na świecie nie ma nic za darmo. Gdy przyszła wtedy do domu niedawno pochowanej, nawet nie weszła do środka.

– Pięćdziesiąt tysięcy, Adaś – rzekła, gdy otworzył, nie siląc się nawet na słowo powitania. – Inaczej wróci mi pamięć i policja dowie się, jak było naprawdę.

– Ale przecież… – Czuł się, jakby go ktoś kopnął w czułe miejsce, i prawie zgiął się wpół. – Pani Wentowa, skąd ja wezmę tyle szmalu?

– Nie wiem. – Wzruszyła obojętnie ramionami. – Sklep mi ledwo przędzie i bez tego będę musiała zamknąć. Szukaj gdzieś. Może chałupę sprzedaj?

– Błagam – jęknął Kostuch. – Niech się pani zlituje…

– Już się zlitowałam, chociaż nie było mi przyjemnie chronić matkobójcę. No ale znam cię od małego i szkoda byłoby, żebyś sobie w więzieniu życie zmarnował. Poza tym ponoć śmierć twojej mamy nastąpiła od razu. Gdybym wiedziała, żeś miał ją szansę uratować, a zamiast tego zwiałeś jak tchórz…

Adam patrzył jej prosto w oczy i widział, jaki Wentowa ma zacięty wyraz twarzy. Kostuch zrozumiał, że niewiele może wskórać.

– Niech pani trochę opuści. Proszę. Połowę może udałoby mi się jakoś zebrać przez dwa lata…

– Dwa lata? – prychnęła. – Masz czas do końca listopada. Niech będzie czterdzieści.

– I co? Jak nie zdobędę tych pieniędzy, to pójdzie pani wtedy na policję i przyzna się do wcześniejszego kłamstwa w zeznaniach?

– Jak mi sklep splajtuje, to będzie mi wszystko jedno – odparła, a potem odwróciła się i zrobiła kilka kroków, po czym podniosła palec wskazujący prawej ręki i nie przerywając marszu, dodała: – Gdybyś chociaż próbował ją ratować…

Kostuch zamknął drzwi.

Był pewien, że nic by to nie zmieniło, a Wentowa tylko szukała usprawiedliwienia dla samej siebie.

 

 

Po tym, jak miejscowa sklepikarka postawiła Adamowi ultimatum, przez kilka dni sporo pił, ale uniósł się honorem i wódki nie kupował u Wentowej. Inne zakupy też robił poza Cymanami, dojeżdżając stopem do położonego nieopodal Sulęczyna.

Miał dwa pomysły na rozwiązanie zaistniałej sytuacji.

Gdy sobie nieco bardziej podpił, był przekonany, że najlepiej będzie, jeśli zatłucze „tę starą kurwę”. W momentach, kiedy był na kacu, tonował trochę te buńczuczne zamiary, stwierdzając, że przecież skoro i tak wylądowałby w pierdlu, to na jedno by wyszło. Równie dobrze mógłby się przyznać do spowodowania wypadku. Poza tym był szczupły i dość niewysoki, więc nie miał stuprocentowej pewności, czy dałby Wentowej radę. W takich chwilach planował morderstwo doskonałe, a potem… znowu zaglądał do kieliszka.

Drugie wyjście było o niebo mniej drastyczne, ale musiałoby się wiązać z wywróceniem życia Adama do góry nogami. Ostatecznie, gdzieś koło dziesiątego października, zdecydował się jednak na sprzedaż domu. Postanowił, że zapłaci tej pijawce tyle, ile sobie zaśpiewała, a potem wyjedzie z Cyman. Może do Gdańska, a może nawet do Warszawy. Jak trzeba było, to umiał pracować, więc sądził, że da sobie radę. Założył na grzbiet najlepszą koszulę i wyjął z szafy jedyny garnitur, a potem z teczką dokumentów pod pachą poczłapał na przystanek Pekaesu, by złapać autobus do Kościerzyny. Tam dowiedział się, że ze sprzedażą domu będą kłopoty.

– Skoro ma pan ojca za granicą, a nie miał on ustanowionej rozdzielności majątkowej z pana świętej pamięci mamą, to bez jego zgody nie może pan sprzedać gospodarstwa – oznajmiła Kostuchowi miła notariuszka.

– Ale ja nawet nie wiem, czy on żyje! Będzie już ze dwadzieścia lat, jak nas zostawił. – Adam patrzył jej błagalnie w oczy. – Na pewno nic się nie da zrobić?

– Da się, proszę pana, ale to potrwa.

Nie zapytał jak długo. Nawet bez studiów prawniczych domyślił się, że do końca listopada całej tej procedury nie da się przeprowadzić.

Autobus powrotny miał o wpół do trzeciej, więc posnuł się trochę po mieście, a kilka minut po południu kupił sobie bułkę i kefir. Gdy wychodził ze sklepu, ktoś klepnął go w ramię.

– Adam? Kopę lat cię nie widziałem! – Usłyszał za plecami. – Coś się tak odstawił, umarł ci ktoś czy co?

Okazało się, że zaczepił go Jacek Sztoltman, kolega z podstawówki, który w połowie ostatniej klasy wyprowadził się z rodzicami do Kościerzyny, ale potem jeszcze przez kilka lat przyjeżdżał w wakacje do dziadków w Cymanach. Gdyby nie to, Kostuch z pewnością by go nie poznał.

Przeszli kilkadziesiąt metrów, usiedli pod knajpianą parasolką i zamówili po piwie.

Sztoltman mierzył z metr dziewięćdziesiąt, był ogolony na łyso i szeroki w barach, jak niedźwiedź. Miał na szyi złoty łańcuch, a na plecach skórzaną kurtkę, która musiała chyba kosztować majątek.

Już w połowie pierwszego piwa Adam zwierzył się znajomemu, że jest w finansowych tarapatach i potrzebuje sporo kasy.

– Jak dużo? – zapytał Jacek, marszcząc czoło.

– Dużo.

– A co potrafisz?

– Otworzyć auto bez kluczyka, odpalić silnik, jakby fura nie była za bardzo naszprycowana elektroniką. Mogę spróbować coś przerzucić przez granicę, jak będzie trzeba. Rzadko wyjeżdżam, od dłuższego czasu prawie nigdy, więc nie wzbudziłbym podejrzeń… Ogólnie wszystko. Naprawdę jestem w kropce i, kurwa, Jacuś, dodatkowo w czarnej dupie.

– Dobra, o nic nie pytam. Słyszałem o jednej robocie dla twardego zawodnika, ale…

– Mów! – Kostuch aż poprawił się z wrażenia na krześle. – Sporo można zarobić?

– Sporo – odparł Sztoltman. – Na razie nic nie mogę gadać. Mieszkasz dalej tam, gdzie mieszkałeś?

– Tak. Moja matka nie żyje, więc jakby co, to wpadaj o każdej porze.

– Moja stara mi coś wspominała… Trochę głupio zagaiłem na początku, sorry… – powiedział Jacek.

Widać było, że jego myśli są już zupełnie gdzie indziej. Szybko dopił piwo, po czym wstał, przybił piątkę z Adamem i zaraz potem już go nie było.

– I to by było na tyle ze współpracy z karkiem mięśniakiem – mruknął Kostuch. – Nawet za siebie nie zapłacił.

Adam był pewien, że musi poszukać kasy gdzie indziej, ale życie napisało inny scenariusz.

 

 

2018

 

– Coś się stało, Adaś?

Kostuch drgnął, a potem spojrzał za siebie i zobaczył stojącego po drugiej stronie drogi terenowego nissana, którego właściciel właśnie wysiadał. Zawiślak zamknął drzwiczki, a potem nasunął na głowę kaptur przeciwdeszczowej kurtki i zbliżył się do swojego pracownika.

– Dzień dobry, panie Jurku – rzekł Adam. – Na chwilę tylko przystanąłem i już jadę. Wiem, że powinienem być wcześniej, ale trochę mi zeszło na cmentarzu.

– Moja Hania, to znaczy Ania, mało jajka nie zniesie, bo mąka się skończyła, a ciasto na pierogi potrzebne. Niektórzy już się na rocznicę ślubu zjechali i chcieliby na kolację…

– Zaraz ruszam i uwinę się góra w godzinę. Przepraszam.

Mężczyźni uścisnęli sobie ręce. Zawiślak spojrzał najpierw na krzyż, a potem na zapalony przy nim znicz.

– To ty zapaliłeś? – zapytał, jakby natychmiast zapominając o wyrzucie, który przed chwilą był słyszalny w jego głosie.

– Tak, ja.

– Komuś konkretnie?

– Tak, mojemu tacie – skłamał Kostuch bez mrugnięcia okiem.

– A co się stało? Jakieś złe wieści z zagranicy? – zatroskał się Zawiślak. – Niedawno mówiłeś, że ciągle nie wiesz, co się z nim dzieje…

– Nie, panie Jurku. Temu prawdziwemu tacie. Chyba trzeba się pogodzić z tym, o czym wszyscy wiedzą od dawna. Pan pewnie też?

Właściciel pensjonatu uciekł gdzieś wzrokiem i wykonał bliżej nieokreślony gest ręką.

– No cóż…

– Zapaliłem też na cmentarzu, ale tutaj… Pan wie, że został znaleziony niedaleko stąd, w rowie melioracyjnym?

– Tak, wiem. – Zawiślak odrzucił poły kurtki i schował dłonie do przednich kieszeni spodni.

– Poszedłbym na samo miejsce, ale wiem, że te zakupy są do zrobienia. Ale chciałem choćby symbolicznie, bliżej miejsca jego śmierci.

– Rozumiem.

– Żałuję, że to wszystko dotarło do mnie dopiero teraz… Głupi byłem, że się przed tym wszystkim broniłem. Pan się przyjaźnił z tatą. To był dobry człowiek, prawda?

Zawiślak spojrzał Adamowi w oczy i skinął głową.

– Bardzo dobry. To była wielka tragedia. Mógł jeszcze pożyć…

Kostuch zauważył, że śniada twarz jego szefa nagle jakby nabrała rumieńców. Pan Jerzy ciągle trzymał ręce w kieszeniach, ale znów działo się to, co zwykle, gdy był zdenerwowany – bawił się czymś, co trzymał w prawej. Nagle wyjął z niej dłoń, by otrzeć nią czoło, i wtedy na ziemię upadł ponad półmetrowy rzemień, w którym Kostuch rozpoznał kawałek końskich wodzy. Adam chciał go podnieść, ale Zawiślak był szybszy. Jakby speszony, schował fragment uprzęży z powrotem.

– Jedź już, Adaś – mruknął. – Ja też właśnie wybieram się zapalić mu znicz. Najpierw Łukaszowi, a potem jemu. Jak powiedziałem wcześniej Władek… to znaczy twój tato mógł jeszcze pożyć. Podobnie jak mój syn. Ale co zrobić, takie życie…

– Ma pan rację, panie Jurku. Na pewne rzeczy nie mamy wpływu.

Chwilę potem Zawiślak odjechał, a Kostuch jeszcze przez jakiś czas patrzył w ślad za oddalającym się w stronę Cyman nissanem patrolem. Zastanowiło go, że w tym zimnie wspomnienie sprzed ponad czterech lat wywołało w panu Jurku aż tak duże emocje, ale potem uznał, że to raczej chodziło o Łukasza, syna Zawiślaka, od którego śmierci minął przecież tylko nieco ponad rok.

Adam raz jeszcze zwrócił się w stronę krzyża, odmówił krótką modlitwę za duszę Dagmary, a potem wskoczył do swojego bmw i ruszył w stronę Cymanowskiego Młyna.

 

 

2014

 

Dwa dni po spotkaniu w Kościerzynie Jacek Sztoltman zapukał do drzwi domu Kostucha.

– W dalszym ciągu potrzebujesz roboty? – zapytał.

Była ósma rano, a Adam poprzedniego wieczoru skutecznie powalczył z dwoma tanimi winami, więc przez chwilę mrużył oczy i starał się przygładzić sterczące na wszystkie strony włosy. Był w samych spodniach, które zapomniał zdjąć, zanim położył się do łóżka.

– Wejdź, Jacuś – wychrypiał. – Tylko się trochę ogarnę. Jakąś koszulkę włożę… Chodź. – Odsunął się, robiąc przejście.

– Nie mam czasu, Adam. Sam jesteś?

– Sam.

– Mówiłem ci, że słyszałem o robocie. To aktualne. Tylko to nie będzie łatwe, od razu ci mówię.

Kostuch znieruchomiał.

– Co trzeba zrobić i za ile? – wydukał.

– Co trzeba zrobić, to nie ja ci będę mówił. Na razie chodzi o to, czy weźmiesz każde zlecenie.

– Jak dam radę, to wezmę. Mówiłem ci, że mam nóż na gardle.

– Mokrą robotę też weźmiesz?

– Mokrą robo… – Adam przerwał i znów doznał tego samego uczucia, jak po spowodowaniu wypadku; wydawało mu się, że w jednej chwili cały alkohol wyparował z jego organizmu. – Mokrą robotę? Co masz na myśli, Jacek?

– A co się ma na myśli, gdy się mówi o mokrej robocie? To byłaby jednorazowa akcja. Jesteś nowy, nikt by nie skojarzył. Miałbyś wszystko na talerzu. Parogodzinna wycieczka w nocy. Wyjazd wieczorem, powrót przed świtem. Płatność gotówką zaraz po wszystkim.

– Ale gdzie miałbym jechać? Jak? Za ile?

– Ktoś by cię odebrał z chaty i do niej odstawił. Pięćdziesiąt kawałków. Musiałbyś się ogarnąć i być gotowy dziś o dwudziestej.

– Pięćdziesiąt? – Kostuch wybałuszył oczy. – Pięćdziesiąt tysięcy?

– Tak. – Sztoltman skinął głową i był przy tym śmiertelnie poważny. – Pasuje ci to?

Adam przełknął ślinę.

– Pasuje, Jacuś. Mówiłem ci, że jestem pod ścianą i…

– I mnie tu dzisiaj nie było, rozumiesz? Trzymaj się i nie nawal, bo ja za ciebie zbiorę po dupie.

Przybili piątkę i zaraz potem Sztoltman jakby się rozpłynął w porannej mgle.

Kostuch zamknął drzwi, poczłapał do kuchni, walnął coś na klina i wrócił do łóżka.

Kiedy obudził się przed trzynastą, sam nie był pewien, czy mu się to wszystko nie śniło, ale na wszelki wpadek nic już nie pił i siedział w pełnej gotowości od dziewiętnastej.

– Co ty robisz, człowieku? – pytał na głos sam siebie co kilka minut.

Dwa razy pomyślał, że gdy ktoś faktycznie po niego przyjedzie, to nigdzie się z nim nie wybierze. A potem oczyma wyobraźni widział Wentową, jak zmienia zeznania na policji, i siebie zakutego w kajdanki.

Później przyszło mu do głowy, że gdyby sprawa nie była pewna, to Sztoltman by mu tego wszystkiego nie zaproponował. Przecież nie znali się na tyle, by mieć do siebie bezgraniczne zaufanie.

Za szybą w kredensie stała jeszcze jedna flaszka wina i kusiłajak jasna cholera, ale Adam wiedział, że jeśli ją otworzy, to parę łyków mu nie wystarczy. Żeby jej nie widzieć, wyszedł na zewnątrzi zaczerpnął haust chłodnego październikowego powietrza.

– Trudno, raz kozie śmierć – szepnął. – Jak spadać, to z wysokiego konia.

 

 

Dwumetrowy mięśniak, który zapukał do drzwi punktualnie o dwudziestej, przedstawił się jako Waldek i kazał Kostuchowi iść za sobą. Przy wjeździe na podwórze stało zaparkowane grafitowe audi Q7 na warszawskich numerach. Za jego kierownicą siedział ciemnowłosy mężczyzna z bródką. Potężny silnik pracował, a reflektory były włączone.

– Nie spękałeś? – zapytał kierowca.

– Teraz już i tak za późno – burknął Waldek.

– W sumie racja – zgodził się z nim brunet. – Wskakuj, chłopie, na tylne siedzenie.

Kostuch wykonał polecenie, a wielkolud usiadł obok niego i powiedział:

– Nie zakrywamy z Damianem przed tobą ryjów, kolego, i podajemy ci nasze prawdziwe imiona. Domyślasz się pewnie, co to znaczy?

– Chyba tak – odparł Adam, uświadamiając sobie, że właśnie przekroczył granicę, przez którą nie da się wrócić.

Ruszyli.

Damian starał się przestrzegać przepisów, a Waldek wyczarował skądś flaszkę czystej, karton soku jabłkowego i plastikowy kubek. Nalał Kostuchowi mniej więcej setkę.

– Trzymaj, kolego, na rozluźnienie. Mamy przed sobą kawałek drogi.

 

 

Dalsze wypadki tej nocy potoczyły się tak szybko, że Adam niewiele z tego wszystkiego pamiętał. Wiedział tylko, że jechali może trzy i pół godziny, a potem Damian zatrzymał samochód. Waldek wyjął z bagażnika granatowy kombinezon, jaki noszą czasem mechanicy samochodowi, i kazał Kostuchowi go założyć. Potem dał mu klucz od zamka antywłamaniowego i wytłumaczył, jak dojść do właściwego domu.

– W środku będzie tylko obiekt. Dom jest parterowy, jeśli będzie się świeciło w środku, to poczekasz, aż zgaśnie i jeszcze potem przynajmniej pół godziny.

– Ale nie powinno się świecić, bo przed chwilą mijaliśmy ten budynek i było pogaszone – wtrącił kierowca.

– Masz tu latarkę i teleskopową pałkę. Obiekt lubi sobie popić przed snem, więc to nie będzie trudne zadanie. Do sypialni prowadzą drugie drzwi po prawej, zapamiętasz? – Mięśniak poświecił w oczy, jak na przesłuchaniu.

– Tak. Jakieś psy? Alarm? Kamery? – zapytał Adam.

– Są kamery, ale zaraz dostaniesz kominiarkę – odparł Waldek.

– Bystrzak z ciebie, chłopie – dodał z uznaniem Damian. – Dostaniesz też rękawiczki, ale pamiętaj, żeby starać się zostawić jak najmniej śladów. Od tego zależy nasza przyszłość. A twoja zwłaszcza.

 

 

Kostuch uderzył z całej siły, ale nie trafił czysto. Pałka ześlizgnęła się po atłasowej kołdrze, a po chwili ktoś poderwał się z łóżka. Powietrze przeszył przenikliwy kobiecy krzyk. Adam na moment znieruchomiał. Był pewien, że „obiektem” będzie mężczyzna, a snop światła padał na młodą blondynkę w jasnoniebieskiej koszuli nocnej. Kobieta obficie krwawiła, a jej krzyk nagle ustał.

– Proszę, niech pan mi nie robi krzywdy – jęknęła i uklękła, składając dłonie jak do modlitwy.

Adam zawahał się przez ułamek sekundy i poczuł, jak pod wpływem mocnego szarpnięcia rękojeść pałki wysuwa mu się z dłoni. Upuścił latarkę i rzucił się do przodu. Blondynka nie zdążyła zrobić użytku z wyrwanego napastnikowi narzędzia. Kostuch przewrócił ją na ziemię i dosięgnął dłońmi szyi. Już wtedy wiedział, że wykona zadanie tak, jak należy, a potem znacznie dłużej, niż to było konieczne, wpatrywał się w gasnące oczy ślicznej blondynki, która – gdyby ją spotkał w innych okolicznościach – być może mogłaby zostać jego dziewczyną.

Wychodząc, sięgnął po latarkę. Snop światła omiótł pomieszczenie, wyławiając z ciemności stojące na komodzie zdjęcie. Przedstawiało ono szpakowatego mężczyznę koło pięćdziesiątki, kobietę, która teraz już nie żyła, i dwójkę dzieci. Chłopiec mógł mieć może dziesięć lat, a dziewczynka, bardzo podobna do leżącej na ziemi blondynki, była o jakieś trzy lata młodsza.

Wszyscy na fotografii się uśmiechali i wyglądali na bardzo szczęśliwych.

 

 

2018

 

Czarna beemka przejechała przez tory i zbliżała się do Cymanowskiego Młyna. Jej kierowca zwolnił, cały zatopiony we wspomnieniach.

Widział te twarze od ponad czterech lat tak wyraźnie, jakby obraz wyrył mu się na wewnętrznej stronie powiek. Później to samo zdjęcie, z celowo rozmazanymi już twarzami, pojawiło się w ogólnopolskich tabloidach, które pisały o porachunkach gangów i bestialskim zabójstwie w jednej z miejscowości na Mazurach. W mediach pokazywano też ujęcie z kamery, przedstawiające szczupłą sylwetkę mężczyzny, którego przynajmniej do 2 listopada 2018 roku nikt nie rozpoznał. Policja nie podawała żadnych szczegółów dotyczących ewentualnych poszlak czy śladów wykrytych na miejscu zbrodni. Szukano z pewnością przede wszystkim w półświatku i nikomu nie przyszło do głowy, że sprawcą może być niepozorny, nigdy nienotowany młody mężczyzna z kaszubskiej wioski.

Adam zatrzymał auto na parkingu, na którym stało kilka samochodów. W Cymanowskim Młynie śnieg padał bardziej obficie i były one przykryte cienką białą warstewką. Kostuch wysiadł i podszedł do żółtego fiata pandy należącego do Karoliny, a potem na przedniej szybie narysował palcem koślawe serce przebite strzałą, po czym skulił się od podmuchu lodowatego północnego wiatru i biegiem ruszył w stronę pensjonatu.

Karolina stała w progu, otulona chustą w kaszubskie wzory.

– Gdzieś ty się tyle czasu podziewał? – zapytała z udawanym wyrzutem, spoglądając jednocześnie w stronę swojego auta. Jej oczy się śmiały.

– Powinnaś się cieszyć, że w ogóle dałem radę przedrzeć się do ciebie przez tę śnieżycę – odparł Adam i wziął ją w ramiona, a potem pocałował.

Drzwi do pensjonatu były otwarte. Z wnętrza biło przyjemne ciepło, zmieszane z zapachami domowych potraw.

– Mój bohater! – rzekła dziewczyna, wyswobadzając się z uścisku. – Masz tu listę zakupów i zmykaj.

– Wejdę chociaż na chwilę. – Sprytnie minął Karolinę w progu. – Dasz mi łyk gorącej herbaty? Strasznie zmarzłem…

Wtedy zauważył narzeczoną Zawiślaka, która wyłoniła się z kuchni. Gdy na niego spojrzała, natychmiast zrezygnował z dalszych przekomarzanek, tylko odwrócił się na pięcie i wziął listę zakupów od swojej dziewczyny.

Zawsze to samo. Nie to, żeby pani Ania go nie lubiła. Miał ujmujący sposób bycia i chyba potrafił ją sobie zjednać już wtedy, gdy się poznali. Ale od jakiegoś czasu miał wrażenie, że ona chciałaby mu… Sam nie wiedział, jak to określić – może „prześwietlić myśli” albo „wniknąć do głowy”? Ten jej wzrok, który był lodowaty nawet wtedy, gdy się uśmiechała, peszył go i zbijał z pantałyku. Zdawał sobie sprawę, że ta kobieta bardzo polubiła Karolinę, trochę jej chyba matkowała, a samego Adama traktowała nieomal jak potencjalnego zięcia, lecz momentami było to wręcz nieznośne.

Na przykład w momencie, gdy biorąc do ręki zapisaną kartkę, czuł to spojrzenie, które dosłownie mroziło jego plecy.

– Już nie chcę tej herbaty – mruknął do swojej dziewczyny. – Przyjedziesz dzisiaj? – zapytał, zbliżając usta do jej ucha.

– No coś ty, Adaś… Wiesz, że przed jutrzejszą rocznicą mamy masę roboty. Będziemy pracować do nocy, a potem od świtu, więc przenocuję tutaj.

– Szkoda… – Był naprawdę rozczarowany, bo wtedy, gdy Karolina u niego nocowała, nikt inny go nie odwiedzał. – Pogadamy jeszcze później, dobra?

– Zobaczymy. Teraz już leć, bo nie ma czasu.

Kostuch skinął głową, cmoknął dziewczynę w policzek i szybkim krokiem ruszył w stronę parkingu.

Jezioro, nad którym położone były budynki, falowało niespokojnie. Jego czarna toń zdawała się wrzeć jak smoła w piekielnym kotle szykowanym dla największych grzeszników. Konie w swoich boksach cicho rżały, a od strony Pomarliskiego Błeta niosło się skrzekliwe nawoływanie czapli.

Gdy Adam przejechał pomiędzy starą leśniczówką a stajnią i zagłębił się w leśną drogę, miał wrażenie, że drzewa groźnie chwieją się pod uderzeniami wiatru i zaraz któreś z nich upadnie, blokując przejazd, a może nawet zgniatając czarne bmw i jego kierowcę.

– Nigdy stąd nie wyjedziesz – powiedział Kostuch, zaskakując tymi słowami samego siebie, a potem potrząsnął głową, włączył radio i lekko przyspieszył.

Mimo wszystko ten trudny do wytłumaczenia niepokój towarzyszył mu aż do samych Cyman.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 2

 

 

 

 

Piątek, 2 listopada 2018 r.

 

Anna

 

Czasem los podpowiada nam różne dziwne i zupełnie nietypowe rozwiązania. Błahostka może zaważyć na całym naszym życiu. Tak było i z tym prezentem, którym obdarowałam moją siostrzenicę i jej męża. Nie mogłam patrzeć, jak żyją nieszczęśliwi obok siebie, nawet ze sobą nie rozmawiając. Teraz myślę, że coś albo ktoś mi podpowiedział rozwiązanie. Po prostu wiem, że nic się nie dzieje bez przyczyny i my, ludzie, jesteśmy tylko marionetkami w rękach kogoś dużo od nas potężniejszego. Kogo? Nie wiem. Ale z pewnością wiem więcej niż wtedy, gdy tutaj przyjechałam.

Pierwszy raz trafiłam do Cymanowskiego Młyna wiosną. Monika i Maciej zabrali mnie ze sobą. Byli mi wdzięczni i chcieli podziękować.

– Podziękować? – zapytałam zdumiona, gdy do mnie przyszli z tą propozycją. – Przecież nie macie chyba zbyt dobrych wspomnień z tamtego miejsca?

– Wiesz, ciociu… Po każdej burzy przychodzi spokój. Pewnie gdyby nie ten wyjazd, który nam podarowałaś, nie bylibyśmy teraz razem.

– Nie bylibyśmy razem, a już z pewnością nie w takim składzie! – Maciej spojrzał wymownie na ciążowy brzuszek Moniki.

– Tam, na Kaszubach, naprawdę jest pięknie. Zobaczysz, ciociu, będzie ci się podobało!

– Nie musicie mnie namawiać. – Pokręciłam głową. – Chętnie z wami pojadę. Dawno nikt mnie nie porwał na wycieczkę.

Kiedyś porywał. Dawno temu. A potem się coś popsuło. Dopiero po latach doszłam do wniosku, że nie zawsze musi się popsuć. Czasem trzeba walczyć o miłość, dać jej drugą szansę. A może nawet trzecią i kolejną. Wtedy, gdy wystawiałam mojemu mężowi walizki za drzwi, nie byłam taka mądra. A on był z tych mężczyzn, którzy zawsze robili to, co kobieta każe. Mama mówiła mi zawsze, że był za dobry.

– Kobiety kochają rozbójników. – Do dziś słyszałam jej słowa. – Porządni mężczyźni są zbyt nudni.

Może to była prawda? Zakochiwałam się zwykle w tych „mniej grzecznych”. Jednak po latach wreszcie zrozumiałam, że niełatwo jest znaleźć dobrego człowieka, z którym można kroczyć przez życie.

Dlatego też, gdy poznałam Jerzego, stwierdziłam, że los daje mi drugą szansę. Szansę, której nie zamierzałam zaprzepaścić.

Nie spodziewałam się, że w moim wieku można się jeszcze zakochać. Myślałam, że stan, kiedy się oddycha szybciej, zarezerwowany jest dla młodych. Bo przecież w moim wieku przyspieszony oddech może być związany co najwyżej z zaburzeniami rytmu serca. To, jak na mnie patrzył, też wydawało mi się dziwne. Tak się nie patrzy na starą kobietę, której twarz pokryta jest siateczką zmarszczek. Tak mógł młody Kostuch patrzeć na Karolinę, a nie Jerzy na mnie. A jednak…

Już pierwszej nocy, którą spędziłam w leśniczówce, widziałam ten zachwyt w jego oczach. Zachwyt, który dla mnie był czymś zupełnie niemożliwym. Nierealnym. Jak sen!

Tamtej nocy, gdy poznałam Jerzego Zawiślaka, rozmawialiśmy do rana. Monika z Maćkiem poszli spać, a my siedzieliśmy do świtu. Jak wtedy, gdy miałam dwadzieścia lat i sen nie był mi zupełnie potrzebny.

 

 

W czwartek, 3 maja 2018 roku, gdy po raz pierwszy przyjechałam do Cymanowskiego Młyna, Zawiślak zapytał:

– Pani Aniu, napije się pani nalewki?

Monika i Maciej poszli do swojego pokoju, my z panem Jerzym siedzieliśmy przed kominkiem, rozmawialiśmy, a ja czułam się dokładnie tak jak wtedy, gdy byłam młodai całe życie miałam jeszcze przed sobą. Już zapomniałam te emocje.

– Może kieliszeczek. – Uśmiechnęłam się. – Ale na pewno nie więcej!

– Gwarantuję, że na jednym kieliszku się nie skończy. – Zawiślak odwzajemnił uśmiech. – Zawsze się zastanawiam, dlaczego ludzie wolą pić nalewkę z kieliszków. Przecież trzeba co chwilę dolewać. Można by pić z kubków, prawda?

Na początku pomyślałam, a nawet nieco się przestraszyłam, że Zawiślak ma problemy z alkoholem, jednak gdy zamoczyłam usta w słodkawym czerwonym płynie, zrozumiałam, co ma na myśli.

– Przepyszna – powiedziałam.

– Mówiłem, że ją trzeba pić z kubka. – Uśmiechnął się gospodarz.

– Z kieliszka lepiej smakuje.

– A próbowała pani kiedyś z kubka?

– Nigdy!

– To pani nie wie, jak smakuje!

Przyznałam mu rację. Po chwili przyniósł dwa kubki z charakterystycznym kaszubskim wzorem i napełnił je do połowy.

– Teraz proszę skosztować – powiedział wyczekująco.

– Przepyszne – przyznałam.

– Widzi pani! Wiedziałem, że pani zasmakuje.

Siedzieliśmy przed kominkiem i wpatrywaliśmy się w ogień. Przez dłuższą chwilę milczeliśmy i nawet zaczęłam zastanawiać się, czy nie przerwać tej ciszy. Może wydawała mu się niezręczna?

– Byłam kiedyś na Kaszubach. Całkiem niedaleko. Dawno, dawno temu, jeszcze za studenckich czasów. Może się kiedyś spotkaliśmy na leśnych ścieżkach?

– Nie sądzę – stwierdził krótko. – Przyjechałem tu stosunkowo niedawno. Pochodzę z daleka.

Myślałam, że nic więcej nie powie, ale po chwili wypił kilka łyków nalewki i zaczął mówić.

Opowiedział mi historię swojego życia. O żonie, która była dla niego wszystkim, o tym, że po jej śmierci długo nie mógł się pozbierać i postanowił zmienić całe swoje życie, o tym, że postawił wszystko na jedną kartę i przeniósł się na zupełnie sobie nieznane Kaszuby. Potem mówił o Łukaszu, synu, którego nagle stracił, i o tym, że rozwija agroturystykę i stara się swoje ojcowskie uczucia przelać na Adama Kostucha, syna przyjaciela.

– Ale nie jest łatwo. Nie chcę znowu zaczynać wszystkiego od nowa. – Pokręcił głową. – Ile razy można? Bez przerwy?

– Nie wiem – westchnęłam. – Myślę, że można zaczynać zawsze. Póki życie trwa.

– Życie jest bardzo kruche. Coś o tym wiem. Nietrudno je stracić. Czasem śmierć przychodzi zupełnie nieoczekiwanie. – Zamyślił się. – I to z tej strony, z której kompletnie się tego nie spodziewamy.

– Dlatego mówię, że trzeba korzystać z życia, póki trwa… – powiedziałam z pełnym przekonaniem.

 

 

Dopiero jakiś czas później Jerzy wyznał mi, że właśnie te słowa skłoniły go do refleksji. Że można spróbować zacząć od nowa jeszcze raz. Że nowe życie nie musi wiązać się z nowym miejscem zamieszkania, ale z kimś zupełnie nowym, kroczącym przy twoim boku.

I tak też się stało. Oczywiście nie od razu, ale Jerzy przekonywał mnie, że naprawdę nie ma na co czekać.

Gdy wróciłam do Warszawy, wielokrotnie rozmawialiśmy przez telefon. To były rozmowy o życiu. Siadywaliśmy każdy w zaciszu swojego domu i opowiadaliśmy sobie wszystko. Zdawaliśmy relacje z naszej zwykłej codzienności, ale też zaczynaliśmy mówić o marzeniach. Marzenia nie splatały się jeszcze wtedy w jedną nić, ale oboje czuliśmy, że staliśmy się dla siebie kimś więcej niż przypadkowymi ludźmi, którzy rozmawiali raz przy kominku w chłodną majową noc.

Pamiętam tę rozmowę, gdy Jerzy opowiadał mi o swoich planach dotyczących pensjonatu. O tym, że chciałby spokojnie z tego żyć.

– Aniu, ale zdaję sobie sprawę, że muszę uruchomić kuchnię. Bez dobrego jedzenia nie będę konkurencyjny. Ale co ja umiem? Jajecznicę z grzybami zrobię, sobie ugotuję, ale to się nie nadaje dla gości.

– Jerzy, przesadzasz! – Roześmiałam się. – Całkiem dobrze sobie radzisz.

– Ale co ja mam serwować? – zastanawiał się. – Chińszczyznę? Teraz modne te surowe ryby są. Świństwo!

– W żadnym wypadku surowe ryby, Jurek. Atutem leśniczówki jest domowa atmosfera. Nalewka w kubkach, twoja jajecznica z grzybami. To nie może być jakaś wyszukana kuchnia, tylko lokalna, kaszubska.

– No dobrze, ale skąd ja wezmę kogoś, kto mi to poprowadzi? Przecież to musi być ktoś zaufany…

– Może ktoś z sąsiedniej wsi? – zapytałam, ale już wtedy przez głowę przebiegła mi jedna myśl. Bardzo nieśmiała i wtedy jeszcze wielce nierealna.

Jak się później okazało, Jerzy myślał dokładnie to samo.

 

 

W połowie czerwca przyjechałam do Cymanowskiego Młyna. Na początek miały być to tylko wakacje. Miałam pokazać mu, jak to sobie wszystko wyobrażam, pomóc mu przetrwać sezon i wraz z nadejściem jesieni wrócić do domu. Stało się zupełnie inaczej.

Kuchnia kaszubska ruszyła z początkiem lipca, zatrudniliśmy dwie pełne życia i pomysłów kucharki, biznes się rozkręcał, a my… A my, ku swojemu zaskoczeniu, zdaliśmy sobie sprawę, że chcemy być razem.

– Aniu, nie ma na co czekać – przekonywał mnie Jerzy. – Sama mówiłaś, że w pewnym wieku trzeba szybko podejmować decyzje.