Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 21.04.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
28 osób interesuje się tą książką
Ktoś zabrał mojego synka. Zrobię wszystko, by go odzyskać…
Wszyscy wokół myślą, że oszalałam. Mąż szepcze coś do położnej, próbując mnie uciszyć. Ale ja wiem, że mam rację. Dziecko w moich ramionach nie jest tym, które urodziłam. Jego płacz przeszywa mnie na wskroś, jakby i on czuł, że nie jestem jego matką. Muszę odnaleźć swojego syna. Choćbym miała poświęcić wszystko.
Zrobiłam to. W szpitalu zamieniłam dzieci. Wzięłam w ramiona obcego noworodka, a po drugiej stronie parawanu usłyszałam rozpaczliwy płacz mojego chłopca. Wtedy moje serce pękło na tysiąc kawałków.
Nie miałam wyboru. Nie chciałam tego robić. Ale nikt nie może poznać prawdy o tamtej nocy — bo jeśli to się wyda, ja i moje dziecko znajdziemy się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
Niektóre sekrety są zbyt przerażające, by je wyznać. Ale jak długo można żyć z takim kłamstwem?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 300
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: The Baby Swap
Copyright © Daniel Hurst, 2025 Published in Great Britain in 2025 by Storyfire Ltd trading as Bookouture.
Copyright for the Polish edition © 2026 by Grupa Wydawnicza FILIA
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: Mariusz Banachowicz
Redakcja, korekta, skład i łamanie: Editio
PR & marketing: Andżelika Wojtkiewicz
ISBN: 978-83-8402-950-3
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Seria: FILIA Mroczna Strona
mrocznastrona.pl
Dla wszystkich moich czytelników, którzy wspierali mnie w pisaniu. Dziękuję i mam nadzieję, że spodoba się Wam ta historia.
Na oddziale położniczym panuje cisza. Jest dużo głębsza niż w momencie, kiedy tutaj przyjechałam. Kiedy weszłam do szpitala, pełna nerwów i niepokoju, moje dziecko wciąż było we mnie, a teraz jest już na tym świecie. Stało się prawdziwym małym człowiekiem, na którego mogę spojrzeć, a nie tylko czuć, jak wierci się w mojej macicy. Trzymam mojego synka w ramionach, stojąc obok łóżka z zaciągniętymi zasłonkami. Jest noc, więc wokół panuje cisza – wszyscy próbują zasnąć, od świeżo upieczonych rodziców po noworodki, choć wiem, że nie potrwa długo, zanim ktoś się obudzi. Spokój zostanie zaburzony, gdy któreś z dzieci rozpłacze się, prosząc o nakarmienie, zmianę pieluchy lub po prostu o bliskość matki, ponieważ ten nowy świat, na którym się pojawiło, jest taki duży, jasny i przerażający.
W tej części oddziału położniczego stoją łącznie cztery łóżka, choć tylko trzy z nich są obecnie zajęte. Kobieta, która leżała w łóżku naprzeciwko mojego, kilka godzin temu wróciła do domu z córeczką i mężem. Wyglądali na takich szczęśliwych. Nie widziałam wszystkiego, co działo się na łóżku po przeciwnej stronie sali, ponieważ podobnie jak u mnie, przez większość czasu jest ono odgrodzone zaciągniętymi zasłonami.
Widziałam jedynie kilka krótkich spotkań tej kobiety ze swoim partnerem i również wydawali mi się szczęśliwi.
Ale w ogóle mnie to nie obchodzi.
Obchodzi mnie za to kobieta leżąca na łóżku tuż obok mojego.
Rozpoznałam ją zaraz po przybyciu na oddział, choć nie wydawało mi się, że ona mnie pamiętała. Może była po prostu zbyt zajęta braniem głębokich oddechów, gdy pielęgniarka prowadziła ją w stronę łóżka. Ja też starałam się wtedy skupić na oddychaniu, czując się bardziej niż gotowa na powitanie mojego dziecka.
Stale nasłuchuję jakichkolwiek dźwięków, kroków zbliżającej się położnej czy czegokolwiek, co mogłoby sprawić, że się zastanowię i powstrzymam przed tym, co zamierzam zrobić. Ale wciąż jest tutaj tak cicho, jakby w tej części szpitala zatrzymał się czas.
Może to znak. Gdyby jedno z dzieci się rozpłakało, wszyscy by się obudzili i wiedziałabym, że to, co zaplanowałam, nie było mi pisane. Ale panuje bezruch, jakby los dawał mi doskonałą okazję do realizacji mojego planu.
Czyli teraz albo nigdy.
Podchodzę do zasłonki oddzielającej moje łóżko od kobiety obok i ostrożnie odsuwam ją wolną ręką, jednocześnie tuląc mojego maleńkiego synka. Tworząc lukę, jestem w stanie zajrzeć do wnętrza kokonu i widzę, że tamta śpi w swoim łóżku, leżąc na plecach z zamkniętymi oczami i szeroko otwartymi ustami. Nic dziwnego. Musi być całkowicie wyczerpana po dramatycznym i wymagającym porodzie, nie wspominając o tym, że jest napompowana wszelkiego rodzaju lekami, które uśpiłyby każdego.
Odrywam wzrok od leżącej kobiety i przenoszę go na chłopca śpiącego w plastikowym, szpitalnym łóżeczku. Jest drobniutki, twarz ma całą pomarszczoną, a jego małe paluszki ledwie wystają ze zbyt dużych śpioszków.
Wygląda jak prawie każdy inny noworodek w pierwszym dniu życia.
Z pewnością wygląda tak samo, jak dziecko w moich ramionach.
Właśnie dlatego mam szansę zrealizować swój plan.
Podchodzę do kołyski i po jeszcze jednym upewnieniu się, że nikt mnie nie obserwuje, kładę mojego synka obok dziecka kobiety – oba noworodki spokojnie się mieszczą w stosunkowo dużym łóżeczku. Aby zaoszczędzić na czasie, rozebrałam już mojego chłopca, więc pozostaje mi tylko zdjąć ubranko i pieluszkę z tego drugiego, a potem założyć je mojemu dziecku.
Serce wali mi jak oszalałe, gdy dokonuję tej zamiany i odnoszę wrażenie, że tłucze się w mojej piersi jeszcze szybciej niż podczas porodu. Uczucie to jedynie narasta, gdy sobie uświadamiam, że ubranka nie są jedyną rzeczą, którą muszę zamienić. Dochodzi do tego mała przywieszka zapętlona wokół kostki – metka z imieniem dziecka. Są one zaczepiane zaraz po urodzeniu, aby ułatwić identyfikację, a także zapobiec wszelkim pomyłkom na najwcześniejszych etapach.
Właśnie dlatego muszę je zamienić.
Pocę się obficie, gdy ostrożnie zsuwam pierwszą metkę przed zamianą na drugą. Muszę działać szybko, ale zadanie jest trudne ze względu na to, jak małe i delikatne są przywieszki oraz nóżki samych dzieci.
Kropelki potu coraz szybciej formują się na moim czole, a to dlatego, że wiem, jak wysoka jest stawka i co by mnie czekało, gdybym została złapana. Trafiłabym do aresztu i byłabym znana w wiadomościach jako kobieta, która zrobiła coś absolutnie nie do pomyślenia.
Jako kobieta, która zamieniła swoje dziecko z cudzym.
Ale ponieważ na oddziale wszyscy oprócz mnie nadal śpią, a pielęgniarek nie ma w pobliżu, metodycznie realizuję swoje zadanie.
Założyłam śpioszki noworodka tamtej kobiety na mojego synka, więc teraz wygląda zupełnie jak jej dziecko. Przez chwilę wpadam w panikę, gdy maleństwo wykrzywia buźkę, ale nie płacze ani nie otwiera oczu. Jest zaniepokojony, ale nie obudzony.
Ponieważ dzieci wciąż śpią, jedyne, z czym muszę sobie teraz poradzić, to poczucie winy i smutek, który emanuje z głębi mojej duszy.
W końcu podnoszę chłopca kobiety i zanoszę do mojego łóżka. Spoglądam na małą twarzyczkę w moich ramionach, gdy zasuwam zasłonkę. Wtedy słyszę, jak moje dziecko po drugiej stronie zaczyna płakać. Czuję mocne szarpnięcie za serce i uświadamiam sobie, że nie mogę spróbować go pocieszyć, nawet gdybym chciała, bo tylko zostałabym przyłapana. Ale mam również świadomość, że plan, który właśnie zrealizowałam, powstawał latami i chociaż mogę winić się za to, co stało się teraz, nie mogę czuć się winna za to, co stało się kiedyś.
Słyszę, jak druga matka budzi się ze snu. Podnosi moje dziecko i zaczyna je pocieszać, wykonując rolę, która powinna należeć do mnie.
Zrobiłam to w samą porę i jest już za późno, by się wycofać.
Zamiana została dokonana.
Ona ma moje dziecko.
A ja mam jej.
WCZEŚNIEJ
O Boże. To jest chyba ten moment.
To się dzieje naprawdę.
Nadchodzi moje dziecko.
– Bobby! Szybko! Bierz torbę spakowaną do szpitala! Odeszły mi wody!
Nieczęsto podnoszę głos na męża, krzycząc na niego przez cały dom, aby zwrócić jego uwagę, ponieważ oboje wolimy, kiedy jest cicho i spokojnie. Ale równie dobrze możemy się już pożegnać z tym przyzwyczajeniem, ponieważ wkrótce zamieszka z nami dziecko. To będzie początek zupełnie nowego życia dla nas obojga.
– Żartujesz? – pada odpowiedź mojego męża. Wbiega do naszej łazienki przy sypialni i widzi, że zdecydowanie nie żartuję.
– Nie! Bierz torby i odpalaj samochód! Musimy jechać!
Nie muszę mu powtarzać, co ma robić, ponieważ ćwiczyliśmy to już dziesiątki razy w ciągu ostatnich kilku tygodni, gdy zbliżał się termin porodu, a mój brzuch stawał się coraz większy.
Ale jednym jest rozmowa o procedurze wyjazdu do szpitala na poród, siedząc na kanapie przy filiżance herbaty i chrupiąc tosty, a wprowadzenie tego planu w życie, kiedy nadchodzi chwila prawdy to zupełnie coś innego. Faktem jest, że jeśli nie pospieszymy się, to my, a nie zespół wykwalifikowanych położnych, będziemy borykać się z narodzinami. Sama myśl o tym sprawia, że czuję panikę, stąd mój podniesiony głos.
Ponieważ mój mąż przemieszcza się niezwykle szybko, staram się robić to samo, chociaż nie mam tak dużej łatwości poruszania się jak on, ze względu na to, że czuję się, jakbym miała przytroczoną do dolnej części tułowia kulę do kręgli. Nie pomaga mi również fakt, że nasz dom jest po prostu duży, chociaż to całkiem przyjemny problem. Wydostanie się z łazienki i przejście przez główną sypialnię w kierunku szczytu spiralnych schodów zajmuje mi sporo cennego czasu. Uwielbiam ten dom, nie tylko z powodu rozmiarów i ceny, za jaką go kupiliśmy, ale także ze względu na to, że odcisnęliśmy z Bobbym na nim swoje piętno, odkąd wprowadziliśmy się tu trzy lata wcześniej.
Uwielbiam go również dlatego, że codziennie przypomina mi o mojej ciężkiej pracy, która się opłaciła.
Zawsze byłam kobietą nastawioną na karierę i udało mi się dotrzeć aż do stanowiska dyrektorki działu marketingu jednej z największych luksusowych marek kosmetycznych w Wielkiej Brytanii. Jako dziecko, które spędzało godziny na przeglądaniu kolekcji kosmetyków mojej mamy i wypróbowywaniu wszystkich stylów makijażu przy użyciu rozmaitych szminek, cieni do powiek i innych produktów, stanowisko w konkurencyjnej, ale znaczącej branży było spełnieniem marzeń. Przez ponad dwie dekady, od ukończenia uniwersytetu w wieku dwudziestu jeden lat do kilku miesięcy po moich czterdziestych urodzinach, wydawało mi się, że spędziłam każdą godzinę, wykonując swoją pracę lub o niej myśląc. Przyznaję, że byłam pracoholiczką, ale tylko dlatego, że kochałam to, co robiłam i czułam, że nie mam większego wyboru, jeśli zamierzam dalej wspinać się po szczeblach kariery. Niektórzy z moich poprzednich chłopaków nie rozumieli tego tempa i bardzo szybko usuwali się na bok, ale Bobby przyjął mnie taką, jaką byłam, dlatego tak łatwo się w nim zakochałam. Niedługo potem przekonał mnie, abym poszła z nim do ołtarza w białej sukni i chociaż początkowo myślałam, że będzie to najbardziej dramatyczna rzecz, jaką zrobimy jako para, od tego dnia wszystko ruszyło do przodu. Teraz mój kochany mąż zbiega po schodach przy drzwiach wejściowych, przygotowując się do zawiezienia mnie do szpitala, co ściska mi serce, bo wiem, że zrobiłby dla mnie wszystko. Kocham go tak samo bardzo, jak w dniu naszego ślubu na Santorini, który odbył się na krótko przed tym, jak dostaliśmy klucze do tego wspaniałego domu. Wiem, że będę go kochać jeszcze bardziej, gdy będziemy trzymać się za ręce i patrzeć w oczy naszego dziecka.
Kiedy docieram na szczyt schodów, obejmując oburącz wielki brzuch, spoglądam na siebie w lustrze. Muszę zaakceptować, że wyglądam zupełnie inaczej niż wtedy, gdy wychodziłam za mąż. Szczupła sylwetka, która rzucała się w oczy, zniknęła i prawdopodobnie już nigdy nie wróci, w zależności od tego, jak potoczy się moje życie po porodzie. Na dodatek wyglądam na zmęczoną, gdyż nie mogę już pompować do mojego ciała dużych ilości kofeiny, jak w pracy, kiedy próbowałam przetrwać długie dni. Przede wszystkim poruszam się teraz powoli, a nie jak kobieta pełna energii i wigoru, którą kiedyś byłam. Przypuszczam jednak, że to się zmieni, gdy w nadchodzących latach będę ganiać za małym chłopcem.
Jak się zatem czuję z tymi wszystkimi zmianami? Kiedy schodzę niezgrabnie po schodach i widzę, że Bobby zabrał już nasze torby do samochodu, myślę sobie, że można by mi wybaczyć obawy, iż macierzyństwo szybko mnie zmieni i już nigdy nie będę tą kobietą, którą byłam kiedyś.
Ale to dobrze, bo nie chcę nią już być.
Chcę być inna.
Chcę nowego początku.
A mój syn da mi możliwość bycia kimś innym.
– Chodź, pomogę ci – oferuje mój szarmancki mąż, chwytając mnie za jedną rękę i pomagając mi pokonać kilka ostatnich stopni. Doceniam tę pomoc, ponieważ wystający brzuch zasłania mi widok i nie widzę już, gdzie stawiam stopy. Kiedy docieram na dół, czeka mnie już tylko krótki spacer do samochodu. Bobby otwiera mahoniowe drzwi wejściowe, po czym wraca, by mi pomóc.
Gdy opuszczamy marmurową podłogę w naszym korytarzu i wchodzimy na żwirowy podjazd, widzę mojego SUV-a zaparkowanego po lewej stronie. Kierujemy się jednak do mniejszego pojazdu obok, który należy do mojego męża. Zdecydowaliśmy się pojechać tym, ponieważ Bobby zawsze narzeka, że moje auto jest dla niego za duże. To zabawne, bo można by pomyśleć, że człowiek, który zarabia na życie jako taksówkarz, powinien czuć się komfortowo za kierownicą każdego pojazdu, ale najwyraźniej tak nie jest. Bobby stwierdził, że nie potrzebuję tak dużego samochodu i pewnie mogłabym przyznać mu rację, ale tylko kiedy siedziałam w nim sama, jadąc do biura. Wkrótce jednak w moim aucie znajdzie się fotelik dla dziecka, wypełnią go torby z pieluchami, zabawki, a za kilka lat nawet rowerek, więc dodatkowa przestrzeń z pewnością okaże się przydatna. Może Bobby zdecyduje się od czasu do czasu sam go poprowadzić. Na razie bierzemy jego samochód, który jest taksówką i ma specjalne tablice rejestracyjne z przodu i z tyłu.
– Powinienem pobierać za to opłatę – żartuje, odblokowując zamki, ale to nie jest dobry moment na żarty. Przewracam oczami, bo to klasyczne zachowanie Bobby’ego. Często próbuje rozładowywać napięcie humorem, podczas gdy ja wolę przejść w tryb praktyczny, kiedy sytuacja staje się trudna. – Już niedługo – dodaje, pomagając mi wsiąść na przednie siedzenie pasażera, po czym pędzi wokół pojazdu i siada za kierownicą. Nie sposób nie zauważyć, że jego ruchy są o wiele bardziej zwinne niż moje, częściowo dzięki atletycznej budowie, ale także dlatego, że w przeciwieństwie do mnie, potrafił utrzymać swój normalny reżim ćwiczeń przez ostatnie dziewięć miesięcy.
– Na pewno zabrałeś wszystkie torby? – pytam z niepokojem.
– Tak, wszystko jest na tylnym siedzeniu – odpowiada, uruchamiając silnik.
Spoglądam za siebie, by się upewnić, że nie kłamie. Wszystko tam jest; trzy torby, których potrzebujemy na nasz pobyt w szpitalu – jedna dla niego, jedna dla mnie i jedna dla chłopca, którego wkrótce poznamy. Torby leżą obok fotelika dziecięcego, który zainstalował Bobby. Kiedy wycofuje auto na podjazd, uznaję, że jesteśmy chyba tak gotowi, jak nigdy dotąd, co sprawia, że jednocześnie czuję ulgę i zdenerwowanie.
– To był ostatni raz, gdy byliśmy w naszym domu tylko we dwoje – zauważam, patrząc z powrotem na naszą piękną posiadłość, zanim wyjedziemy na główną drogę. – Kiedy tu wrócimy, będzie nas już trójka.
Spoglądam na Bobby’ego i widzę, że uśmiecha się szeroko, wyraźnie gotowy na nadchodzący dzień, który zmieni nasze życie i sprawi, że nie będziemy już tylko parą, ale powiększającą się rodziną.
– Kocham cię – mówi, wciąż promieniejąc, a gdy jedzie w kierunku szpitala, na chwilę zdejmuje jedną rękę z kierownicy, by chwycić moją dłoń.
Zaciskam na niej palce. Będę zapewne robiła to znacznie częściej, gdy znajdę się w pełni w ferworze porodu po dotarciu do celu.
– Ja też cię kocham – odpowiadam chyba z jeszcze większym przekonaniem niż tego dnia, kiedy powiedziałam to przed ołtarzem krótko po tym, jak zostaliśmy ogłoszeni mężem i żoną. Życie było pełne wzlotów i upadków, zarówno osobistych, jak i zawodowych, co sprawiało, że czasami wątpiłam, czy kiedykolwiek moim przeznaczeniem będzie zostać żoną i matką. Zastanawiałam się nawet, czy nie byłoby lepiej, gdybym została sama. Ale w miarę zbliżania się do szpitala i oczekiwania momentu, kiedy dziecko będzie już w moich ramionach, zdaję sobie sprawę, że to jest wszystko, czego kiedykolwiek chciałam i potrzebowałam.
Jestem wielką szczęściarą, ponieważ nie każda kobieta może mieć oddanego partnera u swojego boku w tak doniosłym dniu.
Ale jeśli jestem taką szczęściarą, to dlaczego mam jakieś dziwne uczucie w żołądku, które mówi mi, że na to nie zasługuję?
Mam bardzo wiele, a kiedy urodzi się to dziecko, wtedy naprawdę będę już miała wszystko, czego kiedykolwiek chciałam. Ale zamiast mnie uszczęśliwiać, ta myśl uświadamia mi, że mam jeszcze więcej do stracenia niż inni ludzie…
To jest to. Moment, którego się obawiałam. Moment, w którym moje żałosne życie staje się jeszcze większym wyzwaniem.
Chyba zaczynam rodzić.
Odnoszę wrażenie, że moje dziecko jest w końcu gotowe, by dołączyć do mnie w tym popapranym świecie.
Wzdrygam się, trzymając za brzuch i czuję dyskomfort, choć właśnie o czymś takim mówiły mi wszystkie książki i artykuły znalezione w internecie. Wiem, że nie ma w tym nic złego, ale bolesne jest samo przygotowywanie się dziecka do opuszczenia ciała matki, a to dopiero początek.
Będzie dużo gorzej, zanim się polepszy.
Nie marnując ani sekundy, bo nie wiem przecież, ile zostało mi czasu, podnoszę telefon i dzwonię pod często wybierany numer. Należy on do lokalnej firmy taksówkarskiej i znam go, ponieważ kierowcy są tam o wiele bardziej niezawodni niż autobus, który zawsze się spóźnia. To właśnie przez ten cholerny autobus przegapiłam wiele ważnych rzeczy, takich jak zmiany w pracy, nowe rozmowy kwalifikacyjne, a ostatnio wizyty w szpitalu, mające na celu sprawdzenie, co się dzieje z rosnącym we mnie chłopcem. Wolę jeździć autobusem niż taksówką, ponieważ jest to tańsze, a oszczędność pieniędzy jest najważniejsza dla kobiety w moim położeniu, ale akurat dzisiaj nie mogę ryzykować rozczarowania transportem publicznym. Wierzę, że dotrę do szpitala na czas, ale jeśli mi się nie powiedzie, wolałabym urodzić na tylnym siedzeniu taksówki niż na przystanku autobusowym.
– Halo. Tak, proszę o taksówkę, tak szybko, jak to możliwe. Jadę do szpitala Green Meadows. Za dwadzieścia minut? Czy jest coś szybszego? To pilne, a nie ma nikogo innego, kto mógłby mnie zabrać. Czy może pani od razu wysłać kierowcę? Dobrze, tylko proszę się pospieszyć. Będę czekać na zewnątrz.
Kończę połączenie, sfrustrowana, że kierowcy nie będzie na zewnątrz w ciągu najbliższych kilku minut, ale jestem całkowicie zdana na łaskę firmy taksówkarskiej. Dla nich jestem tylko kolejnym pasażerem odbywającym zwykłą podróż, ale dla mnie jest to potencjalnie największa wyprawa mojego życia. Wahałam się, czy im powiedzieć, że wkrótce będę rodzić, ale bałam się, że odmówią przejazdu i doradzą, żebym zamiast tego zadzwoniła po ambulans. To oznaczałoby dłuższe oczekiwanie, a nawet gdyby zjawił się ratownik medyczny, po prostu powiedziałby mi, żebym pojechała do szpitala, co już próbuję zrobić.
Po zarezerwowaniu taksówki wkładam telefon do mojego sfatygowanego plecaka wraz z innymi przedmiotami, które spakowałam w ramach przygotowań. Jest to piżama i ubrania na zmianę, a także kilka pieluch, smoczek i śpioszki. To niewiele i wiem, że dziecko będzie potrzebowało zdecydowanie więcej, ale na razie to wszystko, na co mogę sobie pozwolić.
Zakładając paski plecaka na ramiona, znów się krzywię, gdy czuję kolejny dyskomfort w moim obolałym ciele. Zauważam też, że na zewnątrz zaczyna padać, co oznacza, że zmoknę, jeśli wyjdę i będę czekać na taksówkę przy krawężniku. Nie mam parasola, więc decyduję się zostać tutaj, bo do przyjazdu kierowcy zostało jeszcze dziewiętnaście minut.
Staram się zachować spokój i siadam na fotelu, który stał w tym pokoju już kiedy się tu wprowadziłam. Nie jest najwygodniejszy, a niektóre ze starych plam mają wątpliwe pochodzenie, ale pozostaje mi albo on, albo samotne drewniane krzesło przy małym kuchennym stole, więc wybieram fotel.
Biorąc kilka głębokich wdechów, rozglądam się po moim bardziej niż skromnym domu i nie po raz pierwszy się zastanawiam, w jaki sposób pomieszczę tu ze sobą dziecko. Wiem, że niemowlaki same w sobie są małe, ale wszystkie rzeczy, których potrzebują, już takie nie są. Łóżeczko i ubranka. Pieluszki, kremy, chusteczki. W końcu także zabawki. Wszystko to zajmuje miejsce i sporo kosztuje. Nie powinnam jednak martwić się o to w tej chwili, żeby stres nie przyspieszył porodu.
Wymyślę coś. Przejdę przez to. Przetrwam.
Jakoś.
Takie słowa sobie powtarzam, czekając na przyjazd taksówki, i które mówiłam jak mantrę, odkąd odkryłam, że jestem w ciąży. Był to szokujący moment, który w moim przypadku nadszedł znacznie później niż u innych kobiet. Nie miałam porannych mdłości, nietypowych zachcianek ani żadnych innych sygnałów wysyłanych przez moje ciało, że rośnie we mnie dziecko. Nie zauważyłam nawet braku miesiączki, ponieważ zawsze były u mnie niewiarygodnie łagodne, więc uważałam, że wszystko jest w normie. Było tak, dopóki nie zauważyłam, że mój brzuch wydawał się spuchnięty, a po kilku dniach, gdy wrażenie nie ustąpiło, zasięgnęłam porady lekarskiej, odwiedzając miejscowego lekarza. Po długiej podróży autobusem w bardzo burzowy dzień dotarłam na umówioną wizytę, spodziewając się, że lekarz będzie miał jakieś proste wytłumaczenie dla moich widocznych wzdęć. Może coś, co jadłam, mi nie służyło? A może istniała jakaś pigułka, która sprawi, że wszystko wróci do normy? Miałam tylko nadzieję, że to nic poważnego, ponieważ moje życie było już tak złe, że wcale nie potrzebowałam śmiertelnej diagnozy, by poczuć się jeszcze gorzej.
– Niczego tutaj nie widzę – powiedział lekarz, marszcząc brwi przed ekranem komputera, na którym prawdopodobnie wyświetlił moją historię medyczną. – Przepraszam, w którym tygodniu pani jest?
– Słucham? – odpowiedziałam, nie mając pojęcia, o czym mówi.
– Mam na myśli pani ciążę – rzucił po prostu, jakby to było słowo, które spodziewałam się usłyszeć. Ale tak nie było i natychmiast wpadłam w panikę, a łzy popłynęły mi po twarzy, gdy zdałam sobie sprawę, że zdaniem lekarza przyczyną mojego rosnącego brzucha jest dziecko.
Test, który potwierdził, że jestem w ciąży, przyszedł szybko. Badania i USG w celu określenia czasu trwania tego stanu zajęły nieco dłużej, ale okazały się równie rozstrzygające. Byłam w osiemnastym tygodniu. Prawie w połowie okresu. Przy okazji usłyszałam, że tak zaawansowany czas i towarzysząca mu niewiedza są rzadkie, ale nie niespotykane. Nie sprawiło to jednak, że poczułam się lepiej, nie pomógł również widok mojego dziecka na monitorze. Wyglądało na duże oraz zdrowe i wiedziałam od razu, że nie chcę przerywać tej ciąży. Sprawy tylko się pogorszyły, gdy jedna z pielęgniarek w szpitalu przypadkowo mi powiedziała, że urodzę chłopca, chociaż wcale nie prosiłam o podanie płci. Nie chciałam przywiązywać się do tego dziecka, ale im więcej mi o nim mówiono, tym bardziej absurdalne stawało się założenie, że mogłabym cokolwiek zrobić, aby temu zapobiec. Rozważałam oddanie dziecka do adopcji, ale trzeba było przejść przez cały ten żmudny proces, a pod wpływem szoku, jaki wywołała informacja o ciąży, nie mogłam pozbierać myśli ani zmotywować się do podjęcia jakichkolwiek działań. Zanim zdałam sobie sprawę, jak bardzo gonił mnie czas i zmniejszały się możliwości, minęły całe tygodnie, a teraz właśnie szykuję się na spotkanie z dzieckiem, które nie było planowane i któremu mogę nie być w stanie zapewnić odpowiednich warunków do rozwoju.
Chcę, aby to dziecko miało dobre życie, z pewnością lepsze, niż ja mogę mu dać. Ale jak dotąd nie wymyśliłam, jak to zrobić, a na wnikliwe przyjrzenie się różnym opcjom nie mam teraz zbyt wiele czasu.
Jestem przytłoczona.
I jestem sama.
Kim zatem jest ojciec i, co ważniejsze, gdzie jest teraz? To facet o imieniu Gavin. To musi być on, ponieważ tylko z nim spałam w ciągu ostatniego roku i to on jako jedyny okazał mi choć odrobinę uwagi.
Poznaliśmy się w pubie, w którym piłam raz w miesiącu, o ile miałam jakieś zaoszczędzone pieniądze z ostatniej wypłaty, co nie zawsze mi się udawało. Postawił mi kilka shotów tequili, które smakowały miernie, a potem przyszliśmy tutaj i zrobiliśmy to, co również pozostawiło mi nieco gorzki posmak, kiedy obudziłam się na kacu i uznałam, że to był zły pomysł. Po tamtej nocy już nigdy więcej go nie widziałam, przynajmniej nie osobiście. Widziałam jego twarz w Internecie, w lokalnych wiadomościach, które czytałam na telefonie. Skazano go na dwa lata więzienia za posiadanie narkotyków z zamiarem ich sprzedaży. Najwyraźniej wyszedł za kaucją, kiedy się ze mną przespał, choć oczywiście nie wspomniał o tym, gdy upiliśmy się razem i wskoczyliśmy do łóżka.
Nie byłam głupia. Wiedziałam, że nie był wzorowym obywatelem miasta – niewielu takich można spotkać w tej okolicy – ale nie wiedziałam, że grozi mu odsiadka. Teraz siedzi za kratkami, nie wiedząc nawet, że spłodził dziecko, które będzie już szkrabem, kiedy jego biologiczny ojciec wyjdzie na wolność. Nie powiedziałam mu o tym, ani nie zamierzam tego zrobić. Wątpię zresztą, żeby to go obchodziło. Myślę, że już mnie nawet nie pamięta. Dla mnie również nasza wspólna noc byłaby całkowicie do zapomnienia, gdyby nie zaowocowała czymś tak odmieniającym życie.
Deszcz pada mocniej za oknem, ale minęło już piętnaście minut, więc decyduję się wyjść na zewnątrz, bo moja taksówka wkrótce tu będzie. Kieruję się w stronę drzwi, ale przystaję, gdy czuję skurcz, który odbiera mi oddech. Na szczęście nie nadchodzi kolejny. Wychodzę z mojego parterowego mieszkania w wieżowcu na londyńskim East Endzie. Budynek powstał w jednej z najbiedniejszych dzielnic miasta, ale od kilku lat jest moim domem. Choć cudów w nim nie ma, i tak jest lepiej niż w poprzednim miejscu, w którym mieszkałam. Mam trzydzieści osiem lat i żyję z dala od rodziny i przyjaciół na północy kraju, skąd pochodzę. Wynika to poniekąd z mojego braku chęci, aby pozostać w kontakcie, jak również ze spalenia kilku mostów po kłótniach z najbliższymi mi osobami. Jedyną rzeczą bardziej przygnębiającą niż moja obecna sytuacja życiowa są te wszystkie śmieciowe zlecenia i prace za minimalne stawki, które musiałam wykonywać tylko po to, aby utrzymać swój „styl życia” – określenie, którego zawsze używam z szyderczym uśmiechem, ponieważ nie ma w moim życiu niczego stylowego.
Każdy za młodu ma nadzieje i marzenia. W moim przypadku nie było inaczej. Przeprowadziłam się do Londynu, gdy skończyłam dwadzieścia lat – sama, ale z wielkimi oczekiwaniami i głową pełną wspaniałych wizji osiągnięcia sukcesu w największym mieście w kraju.
Nikt nie oczekuje, że jego życie potoczy się źle. To nie jest marzenie. Ale moje takie właśnie się stało, głównie z powodu jednego wydarzenia poza moją kontrolą, które sprowadziło na mnie lata nieszczęścia i złych okoliczności. Niebawem urodzę biednego, małego chłopca i nie chcę, żeby cierpiał obok mnie.
Wychodzę na zewnątrz i czuję, jak deszcz chłoszcze moją twarz. Mam nadzieję, że taksówka przyjedzie lada chwila. Idąc, zastanawiam się nad czymś, co często rozważałam, odkąd zdecydowałam się donosić ciążę.
Mogłabym oddać dziecko, gdy się urodzi. Przyznać, że nie dam sobie rady i pozwolić komuś go adoptować. Komuś, kto może dać mu więcej niż ja. Wiem, że to może być długi proces, ale nie tak długi, jak spędzenie reszty życia, próbując bezskutecznie zaopiekować się innym człowiekiem. Rozważanie tego wydaje się takie smutne, zwłaszcza gdy czuję kopnięcia mojego dziecka. Mogłabym wreszcie mieć kogoś, z kim zwiążę się na resztę życia, gdybym poświęciła mu czas, ale jeśli go oddam, znów zostanę zupełnie sama. To jest najprawdopodobniej najlepsze rozwiązanie. Gdy zauważam zbliżającą się taksówkę, wiem już, że to dziecko miałoby lepsze perspektywy i więcej możliwości z kimś innym. Myśl o zrujnowaniu życia nie tylko sobie, ale jeszcze komuś, jest przerażająca.
Ale czy naprawdę mogę oddać moje dziecko?
Pozostaje mi to albo walka we dwoje, prawda?
Jakie mam inne wyjście?
Kiedy przeżywam bolesną falę kolejnych skurczów, dźwięk, który z siebie wydaję, sprawia, że Bobby zwiększa prędkość. Jest prawdopodobnie zdesperowany, aby wysiąść z tego samochodu jak najszybciej, ale ja jestem równie zdesperowana, aby urodzić to dziecko.
Szpital zbliża się z każdą sekundą, ale poród również.
Nie mogę się doczekać, kiedy znajdę się w bezpiecznych rękach lekarzy i położnych.
Zastanawiałam się nad porodem w prywatnej klinice i kupieniem sobie spokoju, zamiast korzystać z darmowej opcji w ramach systemu opieki zdrowotnej. Wiedziałam, że moglibyśmy sobie na to pozwolić, a ja miałabym znacznie bardziej komfortowe środowisko, aby wkroczyć w macierzyństwo, ale Bobby w końcu mi to wyperswadował.
– Nie ma nic złego w naszym systemie opieki zdrowotnej – powiedział podczas kolacji, gdy dyskutowaliśmy na ten temat po raz kolejny, ale już ostatni. – Nasi rodzice urodzili się w Green Meadows, ja urodziłem się w Green Meadows, ty urodziłaś się w Green Meadows, nasz syn też urodzi się w Green Meadows.
Dla niektórych może to być nieco przygnębiające, że jeden szpital odgrywa tak dużą rolę w życiu rodziny. Ktoś pewnie by się zastanowił, czy nie warto wyruszyć kawałek dalej w świat, ale nie Bobby. Podobał mu się fakt, że zarówno on, ja, a także nasi rodzice na długo przed nami urodzili się w szpitalu, który znajdował się w odległości dwudziestu minut jazdy od naszego domu. Fakt, że dorastaliśmy w tej samej części Londynu, był czynnikiem, dzięki któremu tak łatwo się dogadywaliśmy, więc trudno było mi to wykorzystać przeciwko niemu.
Gdy dostrzegam symbol szpitala przez przednią szybę samochodu mojego męża, wmawiam sobie, że miał rację. Wszyscy w naszych rodzinach, łącznie z nami, urodzili się w tym właśnie szpitalu i ta myśl jest pocieszająca. To dobra placówka, oczywiście nieco mniej komfortowa niż prywatna, ale personel jest równie troskliwy i wykwalifikowany, a tylko to się liczy. Może ostatecznie przekonała mnie sugestia Bobby’ego, abyśmy wykorzystali pieniądze zaoszczędzone na prywatnym porodzie, aby zaszaleć na wakacjach, na które wyjedziemy już we troje. Zaproponował Malediwy lub Dubaj, dwa miejsca, w których już byliśmy i do których chcielibyśmy wrócić, choć z dzieckiem na ręku byłoby to zupełnie inne doświadczenie. Lot z pewnością byłby bardziej wyczerpujący niż wtedy, gdy moim zadaniem było jedynie wybranie filmu do obejrzenia w systemie pokładowej rozrywki. Zgodziłam się, choć to coś innego, niż perspektywa skąpanych w słońcu wakacji, zmieniło moją decyzję związaną z wydaniem tysięcy funtów na poród, który mogłabym mieć za darmo w publicznym szpitalu. Na przykład fakt, że szykowałam się do zakończenia dobrze płatnej pracy, do której już nigdy mogłam nie wrócić.
Gdy Bobby zatrzymuje samochód i pędzi do automatu, by zapłacić za bilet parkingowy, zdaję sobie sprawę, że moje życie zmieni się diametralnie po urodzeniu dziecka. Zmieni się, ponieważ odejdę z pracy, gdy tylko skończy się zasiłek macierzyński. Oczywiście nie poinformowałam jeszcze pracodawcy o moich planach związanych z odejściem i wątpię, by był zadowolony, kiedy się o tym dowie, biorąc pod uwagę stanowisko, które u nich piastuję i trudności, jakie będą się wiązały z zastąpieniem mnie.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Epilog
Okładka
Strona tytułowa
Spis treści
Dedykacja
Meritum publikacji
Prawa autorskie
