Cormoran Strike prowadzi śledztwo. Wartka śmierć - Robert Galbraith, J.K. Rowling - ebook
BESTSELLER

Cormoran Strike prowadzi śledztwo. Wartka śmierć ebook

Robert Galbraith, JK Rowling

4,7

387 osób interesuje się tą książką

Opis

Do Cormorana Strike’a zgłasza się zaniepokojony ojciec, którego syn Will przyłączył się do sekty religijnej gdzieś w wiejskiej głuszy hrabstwa Norfolk. Powszechny Kościół Humanitarny to z pozoru pokojowa organizacja dążąca do zmiany świata na lepsze. Strike odkrywa jednak, że pod szlachetnymi frazesami kryją się nieczyste intencje i zagadkowe zgony. Aby ratować Willa, wspólniczka Cormorana Robin Ellacott postanawia przeniknąć do sekty i zamieszkać wśród jej członków. Nie jest jednak gotowa na okrucieństwa, których będzie świadkiem, ani na cenę, jaką przyjdzie jej zapłacić za swoje zawodowe ambicje. Wartka śmierć to siódmy tom epickiej serii kryminalnej – przepełniona niepokojem i wielkimi emocjami kontynuacja losów Robin i Strike’a.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1392

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (570 ocen)
448
93
23
6
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
annaborkowska86

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna! O wiele bardziej mi się podobała niż poprzednią część. I najgorsze jest to,że już bym chciała przeczytać kolejną...
AgaKad123

Nie oderwiesz się od lektury

Jak dotąd, najlepsza dla mnie z serii o Cormoranie. Bardzo realistyczny opis wciągania do sekty i manipulacji ludźmi. Wartka akcja. I coś się w końcu dzieje w temacie wiadomym :-)
Rylska

Nie oderwiesz się od lektury

Jak zawsze: wciąga. Nie odłożysz dopóki nie przeczytasz. Arcydzieło!
40
katrau

Dobrze spędzony czas

Tym razem agencja detektywistyczna Cormorana Strike’a rozgryza zbrodnie Powszechnego Kościoła Humanistycznego. Robin przenika do sekty, żeby od środka poznać jej prawdziwe oblicze i dotrzeć do syna klienta. Prawda okazuje dość niepokojąca - nawet będąc w pełni świadomym próby indoktrynacji, trudno jest się jej przeciwstawić. Autorka stworzyła wiarygodną sektę - ciekawy system wierzeń, szczegółowo opisany dogmaty oraz geneza ich powstania. Ciekawe czy wzorowała się na jakiejś znanej nam organizacji. Zawsze mnie fascynował temat sekt. Jak można dać się zmanipulować do tego stopnia, żeby nie móc odejść w każdej chwili. W jaki sposób jedna osoba lub niewielka ich grupa jest w stanie wywierać tak duży wpływ na innych i w sumie w jawny sposób wykorzystywać wiarę do spełnia swoich zachcianek. Jak udaje im się zaangażować celebrytów, żeby zapewniali im uwiarygodnienie i środki finansowe (bynajmniej nie dla ratowania świata). Książka jest gruba, pewnie można by skróć ją do jednej trzeciej b...
30

Popularność




Za­pra­szamy na www.pu­bli­cat.pl
Ty­tuł ory­gi­nałuThe Run­ning Grave
Pro­jekt okładki Dun­can Spil­ling © Lit­tle, Brown Book Group Ltd 2023 fot. po­staci: Dun­can Spil­ling; po­zo­stałe ele­menty: © Shut­ter­stock
Ko­or­dy­na­cja pro­jektuNA­TA­LIA STECKA-KU­BA­NEK
Re­dak­cjaMAŁ­GO­RZATA GRO­CHOCKA
Ko­rektaANNA KU­RZYCA
Re­dak­cja tech­nicznaLO­REM IP­SUM – RA­DO­SŁAW FIE­DO­SI­CHIN
Co­py­ri­ght © J.K. Row­ling 2023 All ri­ghts re­se­rved.
Po­lish edi­tion © Pu­bli­cat S.A. MMXXIII (wy­da­nie elek­tro­niczne)
Wy­ko­rzy­sty­wa­nie e-bo­oka nie­zgodne z re­gu­la­mi­nem dys­try­bu­tora, w tym nie­le­galne jego ko­pio­wa­nie i roz­po­wszech­nia­nie, jest za­bro­nione.
Po­wieść wy­dana po raz pierw­szy w Wiel­kiej Bry­ta­nii w 2023 roku przez Sphere. Oso­bi­ste prawa au­tor­skie za­strze­żone.
Wszel­kie po­staci i wy­da­rze­nia opi­sane w tym utwo­rze, oprócz funk­cjo­nu­ją­cych w do­me­nie pu­blicz­nej, są fik­cyjne, a ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do osób ży­ją­cych lub zmar­łych jest cał­ko­wi­cie przy­pad­kowe.
Wszel­kie po­wią­za­nia mię­dzy mu­zyką, o któ­rej mowa w po­wie­ści, i sektą, są czy­sto fik­cyjne, a tek­sty użyte w utwo­rze nie po­winny być ko­ja­rzone z żad­nym ist­nie­ją­cym w rze­czy­wi­sto­ści kul­tem ani grupą.
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Ża­den frag­ment ni­niej­szego utworu nie może być re­pro­du­ko­wany, prze­cho­wy­wany ani prze­sy­łany w żad­nej for­mie ani żad­nymi środ­kami, bez uprzed­niej pi­sem­nej zgody wy­dawcy. Utwór nie może też być roz­po­wszech­niany w opra­wie lub okładce in­nej niż ory­gi­nalna oraz w for­mie in­nej niż ta, w któ­rej zo­stał wy­dany.
ISBN 978-83-271-6585-5
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.
jest zna­kiem to­wa­ro­wym Pu­bli­cat S.A.
PU­BLI­CAT S.A.
61-003 Po­znań, ul. Chle­bowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: of­fice@pu­bli­cat.pl, www.pu­bli­cat.pl
Od­dział we Wro­cła­wiu 50-010 Wro­cław, ul. Pod­wale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: wy­daw­nic­two­dol­no­sla­skie@pu­bli­cat.pl

Moim bo­gi­niom:

Lynne Cor­bett, Aine Kiely i Jill Pre­wett;

Ju­no­nie, Ce­res i Astarte

Gdy jak wartka śmierć do­pad­nie cię czas [...]

Dy­lan Tho­masWhen, Like a Run­ning Grave

Po­nie­waż za­szło to tak da­leko, szło stop­niowo. Szło od tego, że nie usu­nięto wy­star­cza­jąco wcze­śnie tego, co usu­nąć na­le­żało.

I-cing. Księga Prze­mian[1]

PRO­LOG

Nie każdy ma w ta­kim sa­mym stop­niu zdol­ność do za­py­ty­wa­nia wy­roczni. Po­trzebny jest do tego ja­sny i spo­kojny umysł wraż­liwy na ko­smiczne od­dzia­ły­wa­nia ukryte w nie­po­zor­nych wró­żeb­nych ło­dy­gach [...].

Ri­chard Wil­helmze wstępu do I-cing. Księga Prze­mian

Ko­re­spon­den­cja sir Co­lina i lady Sally Eden­so­rówz ich sy­nem Wil­lia­mem

13 marca 2012

Willu,

wczo­raj ku swo­jemu prze­ra­że­niu do­wie­dzie­li­śmy się od Two­jego oso­bi­stego opie­kuna na­uko­wego, że rzu­ci­łeś stu­dia i do­łą­czy­łeś do ja­kie­goś ru­chu re­li­gij­nego. Jesz­cze bar­dziej zdu­miało nas, że nie po­roz­ma­wia­łeś z nami na ten te­mat ani nie za­da­łeś so­bie trudu, by nam po­wie­dzieć, do­kąd się wy­bie­rasz.

Je­śli ko­bieta od­bie­ra­jąca te­le­fony w sie­dzi­bie Po­wszech­nego Ko­ścioła Hu­ma­ni­tar­nego nie kła­mie, z człon­kami tego ko­ścioła można się kon­tak­to­wać je­dy­nie li­stow­nie. Dała mi słowo, że ten list do Cie­bie do­trze.

Ani ja, ani Twoja matka nie ro­zu­miemy, dla­czego tak po­stą­pi­łeś, dla­czego naj­pierw z nami nie po­roz­ma­wia­łeś ani co Cię skło­niło do po­rzu­ce­nia stu­diów i przy­ja­ciół. Bar­dzo się o Cie­bie mar­twimy.

Pro­simy, skon­tak­tuj się z nami NIE­ZWŁOCZ­NIE po otrzy­ma­niu tego li­stu.

Tata

16 kwiet­nia 2012

Naj­droż­szy Willu,

pani w sie­dzi­bie ko­ścioła mówi, że list od taty do­sta­łeś, ale wciąż nie otrzy­ma­li­śmy od Cie­bie od­po­wie­dzi, więc na­dal bar­dzo się mar­twimy.

Przy­pusz­czamy, że mo­żesz być na Far­mie Chap­mana w hrab­stwie Nor­folk. W naj­bliż­szą so­botę o godz. 13 bę­dziemy z tatą w New Inn we wsi Ro­ugh­ton. Pro­szę, Will, spo­tkaj się tam z nami, że­by­śmy mo­gli po­roz­ma­wiać. Tata zna­lazł tro­chę in­for­ma­cji na te­mat Po­wszech­nego Ko­ścioła Hu­ma­ni­tar­nego i wy­gląda na to, że to bar­dzo in­te­re­su­jąca or­ga­ni­za­cja dą­żąca do war­to­ścio­wych ce­lów. Do­sko­nale ro­zu­miemy, dla­czego Ci się spodo­bała.

Willu, nie pró­bu­jemy znisz­czyć Ci ży­cia. Na­prawdę chcemy Cię tylko zo­ba­czyć i upew­nić się, że wszystko u Cie­bie w po­rządku.

Twoja ko­cha­jąca mama xxx

29 kwiet­nia 2012

Drogi Willu,

wczo­raj od­wie­dzi­łem Cen­tralną Świą­ty­nię PKH w Lon­dy­nie i roz­ma­wia­łem z ko­bietą, która upar­cie twier­dziła, że prze­ka­zano Ci na­sze po­przed­nie li­sty. Po­nie­waż jed­nak nie zja­wi­łeś się w so­botę na spo­tka­niu i nie przy­sła­łeś nam żad­nej wia­do­mo­ści, nie je­ste­śmy w sta­nie stwier­dzić, czy ona mówi prawdę.

Czuję się za­tem w obo­wiązku oświad­czyć – na uży­tek Twój albo osoby, która być może nie­le­gal­nie otwiera Twoją ko­re­spon­den­cję – że wiem na pewno, iż je­steś na Far­mie Chap­mana, że ni­gdy nie opusz­czasz jej bez osób to­wa­rzy­szą­cych i że sporo schu­dłeś. Wiem też, że nikt oprócz człon­ków ko­ścioła nie ma wstępu na tę farmę.

Willu, je­steś bar­dzo in­te­li­gentny, lecz fakty są ta­kie, że je­steś au­ty­sty­kiem i nie po raz pierw­szy ktoś Tobą ma­ni­pu­luje. Je­śli do 5 maja do nas nie za­dzwo­nisz albo nie do­sta­niemy od Cie­bie wła­sno­ręcz­nie na­pi­sa­nego li­stu, za­wia­do­mię po­li­cję.

Je­stem w kon­tak­cie z by­łym człon­kiem Po­wszech­nego Ko­ścioła Hu­ma­ni­tar­nego i chciał­bym, że­byś się z nim spo­tkał. Je­śli ko­ściół nie ma nic do ukry­cia i prze­by­wasz na Far­mie Chap­mana z wła­snej nie­przy­mu­szo­nej woli, jego człon­ko­wie nie będą mieli nic prze­ciwko temu, że­byś się z nami spo­tkał i po­roz­ma­wiał z tym czło­wie­kiem.

Willu, po­wta­rzam, je­śli do 5 maja nie dasz znaku ży­cia, za­wia­do­mię po­li­cję.

Tata

1 maja 2012

Dro­dzy Co­li­nie i Sally,

dzię­kuję za li­sty. U mnie wszystko w po­rządku. Je­stem bar­dzo szczę­śliwy w PKH i zro­zu­mia­łem tu wiele rze­czy, któ­rych ni­gdy wcze­śniej nie ro­zu­mia­łem. Tak na­prawdę nie miesz­czę się w spek­trum au­ty­zmu. To ety­kietka, którą mi przy­cze­pi­li­ście, żeby uspra­wie­dli­wić kon­trolę, jaką mi na­rzu­ca­li­ście przez całe moje ży­cie. Nie je­stem wa­szym obiek­tem cie­le­snym i w prze­ci­wień­stwie do was nie kie­ruję się wzglę­dami fi­nan­so­wymi ani ma­te­ria­li­stycz­nymi.

Z wa­szego ostat­niego li­stu wnio­skuję, że ka­za­li­ście ko­muś ob­ser­wo­wać Farmę Chap­mana. Je­stem do­ro­sły i to, że w dal­szym ciągu trak­tu­je­cie mnie jak dziecko, które na­leży szpie­go­wać, do­wo­dzi je­dy­nie, jak bar­dzo nie mogę wam ufać.

Poza tym do­sko­nale wiem, z któ­rym by­łym człon­kiem PKH chce­cie mnie po­znać. To bar­dzo nie­bez­pieczny, podły czło­wiek, który skrzyw­dził wiele nie­win­nych osób. Ra­dzę wam, że­by­ście wię­cej się z nim nie kon­tak­to­wali.

Pro­ro­kini Za­brana przez Mo­rze bło­go­sławi każ­dego, kto od­daje Jej cześć.

Will

2 maja 2012

Drogi Willu,

bar­dzo się ucie­szy­li­śmy, gdy do­sta­li­śmy Twój list, lecz tro­chę nas za­nie­po­koił, bo w ogóle Cię w nim nie roz­po­zna­jemy, ko­cha­nie.

Willu, pro­simy, spo­tkaj się z nami. Je­śli bę­dziemy mo­gli się zo­ba­czyć, prze­ko­namy się, że je­steś szczę­śliwy i wiesz, co ro­bisz. O nic wię­cej nie pro­simy, tylko o spo­tka­nie twa­rzą w twarz.

Ko­cha­nie, będę z Tobą zu­peł­nie szczera. Tata rze­czy­wi­ście zle­cił ko­muś ob­ser­wo­wa­nie Farmy Chap­mana, po­nie­waż bar­dzo się o Cie­bie nie­po­koi, ale przy­rze­kam, że to się już nie po­wtó­rzy. Tata się z tego wy­co­fał. Willu, nikt Cię nie szpie­guje i nie chcemy Cię kon­tro­lo­wać. Chcemy Cię tylko zo­ba­czyć i usły­szeć od Cie­bie, że je­steś szczę­śliwy i dzia­łasz z wła­snej nie­przy­mu­szo­nej woli.

Ko­chamy Cię i za­pew­niam, że chcemy dla Cie­bie jak naj­le­piej.

Mama xxx

12 maja 2012

Dro­dzy Co­li­nie i Sally,

spo­tkam się z wami w Cen­tral­nej Świą­tyni przy Ru­pert Co­urt w Lon­dy­nie 23 maja w po­łu­dnie. Ni­kogo ze sobą nie przy­pro­wa­dzaj­cie, zwłasz­cza żad­nego by­łego członka ko­ścioła, po­nie­waż nie zo­sta­nie wpusz­czony.

Pro­ro­kini Za­brana przez Mo­rze bło­go­sławi każ­dego, kto od­daje Jej cześć.

Will

24 maja 2012

Dro­dzy Co­li­nie i Sally,

zgo­dzi­łem się z wami wczo­raj spo­tkać, żeby udo­wod­nić, że je­stem zu­peł­nie szczę­śliwy i mam pełną kon­trolę nad swo­imi de­cy­zjami. Oby­dwoje do­wie­dli­ście swo­jego wy­so­kiego po­ziomu ego­mo­tyw­no­ści i braku sza­cunku dla mnie oraz znie­wa­ży­li­ście lu­dzi, któ­rych sza­nuję i ko­cham.

Je­śli skon­tak­tu­je­cie się z po­li­cją albo znowu ka­że­cie mnie ob­ser­wo­wać, po­dam was do sądu. Ko­ściół zor­ga­ni­zo­wał mi ba­da­nie u le­ka­rza, który ze­zna, że je­stem w pełni władz umy­sło­wych i że pró­bu­je­cie wy­wie­rać na mnie nad­mierny wpływ. Poza tym skon­tak­to­wa­łem się z praw­ni­kami PKH. Mój fun­dusz po­wier­ni­czy na­leży wy­łącz­nie do mnie, a po­nie­waż dzia­dek zo­sta­wił te pie­nią­dze mnie, a nie wam, nie ma­cie prawa mnie po­wstrzy­my­wać od wy­ko­rzy­sta­nia tego spadku na rzecz do­bra.

Pro­ro­kini Za­brana przez Mo­rze bło­go­sławi każ­dego, kto od­daje Jej cześć.

Will

16 marca 2013

Naj­droż­szy Willu,

wiem, że pi­szę to w każ­dym li­ście, ale pro­szę, pro­szę, skon­tak­tuj się z nami. Ro­zu­miemy i sza­nu­jemy Twoją chęć po­zo­sta­nia w PKH. Chcemy je­dy­nie wie­dzieć, że je­steś szczę­śliwy i zdrowy. Naj­bar­dziej chcie­li­by­śmy spo­tkać się z Tobą. Willu, mi­nął po­nad rok. Bar­dzo za Tobą tę­sk­nimy.

Prze­sła­łam Ci na Farmę Chap­mana pre­zent uro­dzi­nowy. Mam na­dzieję, że do­tarł.

Pro­szę, Willu, skon­tak­tuj się z nami. Nikt nie bę­dzie pró­bo­wał Cię prze­ko­nać do odej­ścia z PKH. Chcemy je­dy­nie, że­byś był szczę­śliwy. Tata gorzko ża­łuje nie­któ­rych słów, ja­kie po­wie­dział pod­czas na­szego ostat­niego spo­tka­nia. Nie je­ste­śmy na Cie­bie źli, Willu, po pro­stu roz­pacz­li­wie za tobą tę­sk­nimy.

Tata doda list od sie­bie, a ja chcę tylko na­pi­sać, że ko­cham Cię ca­łym ser­cem i po pro­stu chcę mieć pew­ność, że wszystko u Cie­bie w po­rządku.

Mama xxx xxx

Willu,

szcze­rze prze­pra­szam za to, co po­wie­dzia­łem o ko­ściele w ubie­głym roku. Mam na­dzieję, że zdo­łasz mi wy­ba­czyć i że się z nami skon­tak­tu­jesz. Mama bar­dzo za Tobą tę­skni, po­dob­nie jak ja.

Twój ko­cha­jący

Tata x

Frag­menty pi­sma kan­ce­la­rii praw­ni­czej Co­olidge i Fa­ir­fax skie­ro­wa­nego do pana Ke­vina Pir­bri­ghta, by­łego członka Po­wszech­nego Ko­ścioła Hu­ma­ni­tar­nego

18 marca 2013

PRY­WATNA I PO­UFNA

KO­RE­SPON­DEN­CJA PRAW­NI­CZA

ZA­KAZ PU­BLI­KO­WA­NIA, TRANS­MI­TO­WA­NIA

I ROZ­PO­WSZECH­NIA­NIA

Sza­nowny Pa­nie [...],

ni­niej­sze pi­smo opiera się na za­ło­że­niu, że jest Pan osobą od­po­wie­dzialną za blog „Prawda o Po­wszech­nej Sek­cie”, który pro­wa­dzi Pan jako „Były czło­nek PKH” [...].

Wpis na blogu z kwiet­nia 2012 roku: Po­wią­za­nie z Ayl­mer­ton

2 kwiet­nia 2012 roku opu­bli­ko­wał Pan na blogu wpis za­ty­tu­ło­wany Po­wią­za­nie z Ayl­mer­ton. Post ten za­wiera różne fał­szywe i wy­soce oszczer­cze twier­dze­nia na te­mat PKH. W pierw­szych aka­pi­tach czy­tamy:

Ogromna więk­szość co­raz licz­niej­szych człon­ków zwa­bia­nych do ko­ścioła prze­sła­niem rów­no­ści, róż­no­rod­no­ści i dzia­łal­no­ści do­bro­czyn­nej nie wie, że Po­wszechny Ko­ściół Hu­ma­ni­tarny zro­dził się ze Wspól­noty Ayl­mer­ton, owia­nej złą sławą ko­muny z sie­dzibą w hrab­stwie Nor­folk, która w 1986 roku zo­stała zde­ma­sko­wana jako przy­krywka dla pe­do­fil­skiej dzia­łal­no­ści ro­dziny Crow­the­rów.

Więk­szość człon­ków Wspól­noty Ayl­mer­ton aresz­to­wano ra­zem z ro­dziną Crow­the­rów, lecz ci, któ­rym się po­szczę­ściło i unik­nęli pro­ku­ra­tor­skich za­rzu­tów, zo­stali na te­re­nie wspól­noty, którą prze­chrzcili na Farmę Chap­mana. Ci za­twar­dzialcy za­ło­żyli póź­niej PKH.

Każdy do­cie­kliwy czy­tel­nik wy­wnio­skuje z tych słów, że PKH jest w isto­cie kon­ty­nu­acją Wspól­noty Ayl­mer­ton pod inną na­zwą oraz że dzia­łal­ność PKH przy­po­mina dzia­łal­ność Wspól­noty Ayl­mer­ton, zwłasz­cza w od­nie­sie­niu do pe­do­fi­lii. Oba twier­dze­nia są fał­szywe i wy­soce oszczer­cze dla na­szych klien­tów.

Co wię­cej, sfor­mu­ło­wa­nia „ci, któ­rym się po­szczę­ściło i unik­nęli za­rzu­tów pro­ku­ra­tor­skich” oraz „za­twar­dzialcy” su­ge­rują do­cie­kli­wemu czy­tel­ni­kowi, że osoby po­zo­stałe na te­re­nie wspól­noty, do­pusz­czały się bez­praw­nych czy­nów po­dob­nych do tych, za które aresz­to­wano ro­dzinę Crow­the­rów. W twier­dze­niu tym nie ma ani krzty prawdy, jest ono fał­szywe i wy­soce oszczer­cze dla człon­ków PKH i jego Rady Prze­ło­żo­nych.

Stan fak­tyczny

W rze­czy­wi­sto­ści tylko je­den czło­nek PKH na­le­żał kie­dy­kol­wiek do Wspól­noty Ayl­mer­ton: to pani Mazu Wace, żona Jo­na­thana Wace’a, za­ło­ży­ciela i przy­wódcy PKH.

W chwili roz­wią­za­nia Wspól­noty Ayl­mer­ton Mazu Wace miała pięt­na­ście lat i na pro­ce­sie ze­zna­wała prze­ciwko bra­ciom Crow­ther. In­for­ma­cje te są do­stępne w ar­chi­wach pań­stwo­wych i z ła­two­ścią można do nich do­trzeć za po­śred­nic­twem akt są­do­wych oraz do­nie­sień pra­so­wych na te­mat tej sprawy.

Pani Wace otwar­cie mó­wiła o swo­ich trau­ma­tycz­nych do­świad­cze­niach we Wspól­no­cie Ayl­mer­ton także na spo­tka­niach człon­ków ko­ścioła, w któ­rych oso­bi­ście Pan uczest­ni­czył. Nie tylko da­leko było jej do tego, by „po­szczę­ściło jej się i unik­nęła pro­ku­ra­tor­skich za­rzu­tów”, lecz sama pa­dła ofiarą Crow­the­rów. In­sy­nu­owa­nie, że brała udział w nik­czem­nych, bez­praw­nych dzia­ła­niach Crow­the­rów lub w ja­ki­kol­wiek inny spo­sób je apro­bo­wała jest wy­soce oszczer­cze i spra­wiło pani Wace ogromną przy­krość oraz ból. Po­nadto po­waż­nie za­szko­dziło i praw­do­po­dob­nie da­lej bę­dzie szko­dzić re­pu­ta­cji pani Wace i PKH. Grozi Panu za to od­po­wie­dzial­ność karna.

Wpis na blogu z 28 stycz­nia 2013: Wielki cha­ry­ta­tywny prze­kręt

28 stycz­nia 2013 roku opu­bli­ko­wał Pan wpis za­ty­tu­ło­wany Wielki cha­ry­ta­tywny prze­kręt, w któ­rym stwier­dza Pan:

Tak na­prawdę je­dy­nym ce­lem PKH jest gro­ma­dze­nie pie­nię­dzy i wy­cho­dzi mu to wy­jąt­kowo do­brze. Pod­czas gdy le­piej znani człon­ko­wie mogą so­bie po­zwo­lić na gło­sze­nie wiary w wy­wia­dach pra­so­wych, od sze­re­go­wych człon­ków wy­maga się, by co­dzien­nie cho­dzili po uli­cach z pusz­kami na datki i prze­by­wali tam bez względu na po­godę i stan zdro­wia, do­póki nie złożą swo­jej „ofiary”. Każdy sze­re­gowy czło­nek musi przy­nieść co naj­mniej sto fun­tów dzien­nie, gdyż w prze­ciw­nym ra­zie na­raża się na gniew Taio Wace’a, wy­bu­cho­wego eg­ze­ku­tora ko­ścioła i za­ra­zem star­szego z dwóch sy­nów Jo­na­thana i Mazu Wace’ów.

Na­zwa­nie pana Taio Wace’a „wy­bu­cho­wym eg­ze­ku­to­rem” zo­sta­nie ode­brane przez do­cie­kli­wego czy­tel­nika jako su­ge­stia, że pan Taio Wace to agre­sywny, nie­prze­wi­dy­walny ty­ran. Taki wi­ze­ru­nek jest wy­soce oszczer­czy dla pana Taio Wace’a i praw­do­po­dob­nie po­waż­nie za­szko­dzi za­równo jego re­pu­ta­cji jako przy­wódcy Ko­ścioła, jak i sa­memu PKH.

W dal­szej czę­ści pi­sze Pan:

Do­kąd tra­fiają te wszyst­kie pie­nią­dze? Do­bre py­ta­nie. Ci, któ­rzy od­wie­dzą na­le­żące do ko­ścioła „ustro­nie” na Far­mie Chap­mana, za­uważą, że pod­czas gdy zwy­kli człon­ko­wie „roz­ko­szują się” do­świad­cza­niem nie­zme­cha­ni­zo­wa­nego rol­nic­twa, śpiąc w nie­ogrze­wa­nych sto­do­łach i za­mie­nia­jąc swoje puszki z dat­kami na mo­tyki i pługi cią­gnięte przez ko­nie, wa­runki, w ja­kich miesz­kają prze­ło­żeni i ce­le­bryci, są znacz­nie bar­dziej kom­for­towe.

Główny bu­dy­nek farmy po­więk­szono i wy­re­mon­to­wano, do­pro­wa­dza­jąc go do zde­cy­do­wa­nie dwu­dzie­sto­pierw­szo­wiecz­nego stan­dardu, wy­po­sa­ża­jąc w ba­sen, ja­cuzzi, si­łow­nię, saunę i pry­watne kino. Więk­szość prze­ło­żo­nych jeź­dzi no­wiu­teń­kimi luk­su­so­wymi sa­mo­cho­dami, a Jo­na­than Wace, głowa ko­ścioła (znany jego człon­kom jako Papa J.), po­siada nie­ru­cho­mość w An­ti­gui. Osoby od­wie­dza­jące Cen­tralną Świą­ty­nię przy Ru­pert Co­urt mogą także za­uwa­żyć co­raz bar­dziej eks­klu­zywne ele­menty wy­po­sa­że­nia, że nie wspo­mnę o ha­fto­wa­nych zło­tem sza­tach prze­ło­żo­nych. „Pro­stota, Skrom­ność i Do­bro­czyn­ność”? Ra­czej „Ko­rup­cja, Dwu­li­co­wość i Próż­ność”.

Także w tym przy­padku każdy do­cie­kliwy czy­tel­nik tego po­stu zin­ter­pre­tuje go w ten spo­sób, że Rada Prze­ło­żo­nych bez­praw­nie przy­własz­cza so­bie środki prze­ka­zane na cele do­bro­czynne i albo bie­rze je do swo­jej kie­szeni, albo prze­zna­cza na luk­su­sowe wy­po­sa­że­nie i odzież na wła­sny uży­tek. To twier­dze­nie jest cał­ko­wi­cie fał­szywe i wy­soce oszczer­cze dla Rady Prze­ło­żo­nych.

Stan fak­tyczny

Jak można się do­wie­dzieć z ar­chi­wów pań­stwo­wych, pani Mar­ga­ret Ca­th­cart-Bryce, za­można wie­lo­let­nia człon­kini Ko­ścioła, za ży­cia prze­ka­zała na jego rzecz znaczne środki w for­mie datku na re­mont Farmy Chap­mana, a gdy zmarła w 2004 roku, Rada Prze­ło­żo­nych zo­stała je­dy­nym be­ne­fi­cjen­tem jej te­sta­mentu, co umoż­li­wiło Ko­ścio­łowi na­by­cie w cen­tral­nym Lon­dy­nie, Bir­ming­ham i Glas­gow nie­ru­cho­mo­ści prze­zna­czo­nych na spo­tka­nia człon­ków zgro­ma­dze­nia.

Pana wpis na blogu za­wiera kilka cał­ko­wi­cie fał­szy­wych twier­dzeń. Na Far­mie Chap­mana nie ma ani ja­cuzzi, ani ba­senu, a pan Jo­na­than Wace nie po­siada i ni­gdy nie po­sia­dał nie­ru­cho­mo­ści w An­ti­gui. Wszyst­kie sa­mo­chody na­le­żące do prze­ło­żo­nych Ko­ścioła zo­stały ku­pione za ich wła­sne pen­sje. Pana twier­dze­nie, że wy­maga się od człon­ków Ko­ścioła ze­bra­nia stu fun­tów dzien­nie, gdyż w prze­ciw­nym ra­zie na­ra­żają się na „gniew” pana Taio Wace’a, także jest zu­peł­nie fał­szywe.

Cała dzia­łal­ność fi­nan­sowa Ko­ścioła jest otwarta i przej­rzy­sta. Żadne środki fi­nan­sowe ze­brane na cele cha­ry­ta­tywne ni­gdy nie były prze­zna­czane na utrzy­ma­nie i re­mont Farmy Chap­mana ani na na­by­cie sie­dziby PKH w Lon­dy­nie czy pod­nie­sie­nie jej stan­dardu, a prze­ło­żeni nie czer­pali z tych środ­ków żad­nych ko­rzy­ści oso­bi­stych. Su­ge­ro­wa­nie, że PKH albo jego Rada Prze­ło­żo­nych są „sko­rum­po­wani”, „dwu­li­cowi” i „próżni” jest wy­soce oszczer­cze za­równo dla Ko­ścioła, jak i dla jego rady, oraz może po­waż­nie za­szko­dzić re­pu­ta­cji PKH. Za to także grozi od­po­wie­dzial­ność karna.

Wpis na blogu z 23 lu­tego 2013 roku: Pro­ro­kini Za­brana przez Mo­rze

23 lu­tego 2013 roku opu­bli­ko­wał Pan wpis za­ty­tu­ło­wany Pro­ro­kini Za­brana przez Mo­rze, w któ­rym za­warł Pan sze­reg oszczer­czych i głę­boko krzyw­dzą­cych twier­dzeń na te­mat śmierci przez uto­nię­cie w 1995 roku Da­iyu, pier­wo­rod­nego dziecka pań­stwa Wace’ów, którą PKH uznaje za pro­ro­ki­nię.

Człon­ko­wie PKH do­sko­nale zdają so­bie sprawę, że choć teo­re­tycz­nie wszy­scy pro­rocy są równi, je­den jest rów­niej­szy od in­nych. Pro­ro­kini Za­brana przez Mo­rze stała się cen­tralną po­sta­cią w kul­cie PKH, ma­jącą wła­sne ry­tu­ały i od­rębne prak­tyki re­li­gijne. Bez wąt­pie­nia po­cząt­kowo Mazu Wace pra­gnęła w ja­kimś sen­sie „za­cho­wać przy ży­ciu” zmarłą córkę [Da­iyu Wace], ale te­raz przy każ­dej oka­zji wy­ko­rzy­stuje swój zwią­zek z Pro­ro­ki­nią Za­braną przez Mo­rze. Po pra­niu mó­zgu bar­dzo nie­liczni człon­ko­wie ko­ścioła mają od­wagę spy­tać (choćby szep­tem), co ta­kiego spra­wiło, że sied­mio­latka, która uto­nęła w mo­rzu, za­słu­żyła na sta­tus pro­ro­kini. Jesz­cze mniej osób ośmiela się zwró­cić uwagę na dziwny zbieg oko­licz­no­ści: pierw­sza żona Jo­na­thana Wace’a (za­wsze wy­ma­zy­wana z hi­sto­rii PKH) także uto­piła się przy plaży w Cro­mer.

Za­warte w tym aka­pi­cie twier­dze­nia i in­sy­nu­acje nie mo­głyby być chyba bar­dziej ob­raź­liwe, krzyw­dzące i oszczer­cze dla pań­stwa Wace’ów oraz dla ca­łego PKH.

Su­ge­stia, ja­koby pani Wace „wy­ko­rzy­sty­wała” tra­giczną śmierć swo­jej córki to podłe po­mó­wie­nie, wy­soce oszczer­cze dla pani Wace za­równo jako matki, jak i prze­ło­żo­nej Ko­ścioła.

Po­nadto do­cie­kliwy czy­tel­nik, prze­czy­taw­szy, w jaki spo­sób używa pan sfor­mu­ło­wa­nia „dziwny zbieg oko­licz­no­ści” w od­nie­sie­niu do przy­pad­ko­wego uto­pie­nia się pani Jen­ni­fer Wace, praw­do­po­dob­nie wy­snuje wnio­sek, że jest coś po­dej­rza­nego albo w śmierci pani Jen­ni­fer Wace, albo w tym, że ży­cie Da­iyu Wace za­koń­czyło się tra­gicz­nie w po­dobny spo­sób.

Stan fak­tyczny

29 lipca 1995 roku sied­mio­let­nia Da­iyu Wace uto­piła się w mo­rzu przy plaży w Cro­mer. Jak z ła­two­ścią można się do­wie­dzieć z ar­chi­wów pań­stwo­wych oraz z akt są­do­wych i ma­te­ria­łów pra­so­wych po­świę­co­nych do­cho­dze­niu w spra­wie jej śmierci, wcze­snym ran­kiem Da­iyu zo­stała za­brana na plażę przez człon­ki­nię Ko­ścioła, która nie spy­tała ro­dzi­ców dziew­czynki o po­zwo­le­nie. Gdy do pań­stwa Wace’ów do­tarła wieść, że ich córka uto­piła się, pły­wa­jąc bez nad­zoru, byli zdru­zgo­tani.

To, że nie­któ­rzy zmarli człon­ko­wie Ko­ścioła zo­stają po śmierci „pro­ro­kami”, jest ele­men­tem sys­temu wie­rzeń PKH. Prze­ko­na­nia re­li­gijne są chro­nione bry­tyj­skim pra­wem.

Praw­dziwą hi­sto­rię tra­gicz­nej śmierci pani Jen­ni­fer Wace także można po­znać z akt są­do­wych i do­nie­sień pra­so­wych na te­mat do­cho­dze­nia w tej spra­wie. Pani Jen­ni­fer Wace zgi­nęła po po­łu­dniu w dniu święta na­ro­do­wego w maju 1988 roku. Cier­piała na epi­lep­sję i do­znała w wo­dzie na­padu grand mal. Mimo sta­rań oko­licz­nych pły­wa­ków, któ­rzy ru­szyli jej na ra­tu­nek, uto­nęła. Pod­czas do­cho­dze­nia liczni świad­ko­wie ze­znali, że pana Jo­na­thana Wace’a nie było w mo­rzu w chwili śmierci pani Wace. Gdy do­wie­dział się, co się dzieje, wbiegł do wody, lecz było już za późno, aby ura­to­wać jego żonę. Pan Wace był zroz­pa­czony przed­wcze­sną śmier­cią pierw­szej żony i by­naj­mniej nie „wy­ma­zał” jej ze swo­jej oso­bi­stej hi­sto­rii, lecz pu­blicz­nie oświad­czył, iż ta tra­ge­dia po­głę­biła jego kieł­ku­jącą wiarę re­li­gijną, w któ­rej szu­kał po­cie­chy. Wszel­kie su­ge­stie, że było ina­czej, są fał­szywe, podłe i wy­soce oszczer­cze dla pana Jo­na­thana Wace’a.

Po­nadto wy­soce oszczer­cze jest okre­śla­nie Ko­ścioła mia­nem sekty albo su­ge­ro­wa­nie, że jego człon­ków pod­daje się pra­niu mó­zgu. Wszy­scy człon­ko­wie PKH na­leżą do tego Ko­ścioła z wła­snej nie­przy­mu­szo­nej woli i mogą go opu­ścić w do­wol­nym mo­men­cie.

Pod­su­mo­wu­jąc [...].

Ko­re­spon­den­cja mej­lowa by­łego członka PKH pana Ke­vina Pir­bri­ghta z sir Co­li­nem Eden­so­rem

Ke­vin Pir­bri­ght

20 marca 2013

Pi­smo od praw­nika PKH

Do: sir Co­lina Eden­sora

Drogi Co­li­nie,

Dziś rano do­sta­łem pi­smo od PKH na­ka­zu­jące mi za­mknąć blog, bo w prze­ciw­nym ra­zie za to za­płacę, po­sta­wią mnie przed są­dem itp., itd., czyli to, czym grożą wszyst­kim by­łym człon­kom. I do­brze! Chcę, żeby ta sprawa tra­fiła do sądu. Nie mam jed­nak pie­nię­dzy na praw­nika, więc za­sta­na­wia­łem się, czy nie mógł­byś mi po­móc, po­nie­waż w spra­wach o znie­sła­wie­nie ra­czej nie dają ad­wo­kata z urzędu. Ro­bię to dla wszyst­kich, któ­rym piorą tam mó­zgi, także dla Willa. Trzeba rzu­cić świa­tło na to, co te dra­nie wy­pra­wiają.

Praca nad książką idzie bar­dzo do­brze. Poza tym wszyst­kie po­dej­mo­wane przez nich prze­ciwko mnie dzia­ła­nia po­zwolą mi do­pi­sać nowe roz­działy!

Po­zdra­wiam

Ke­vin

Sir Co­lin Eden­sor

20 marca 2013

Re: Pi­smo od praw­nika PKH

Do: Ke­vina Pir­bri­ghta

Drogi Ke­vi­nie,

z przy­jem­no­ścią po­mogę po­kryć koszty ho­no­ra­rium praw­ni­ków. Po­le­cam wła­snych, Ren­to­nów, któ­rzy już wie­dzą o nie­go­dzi­wych dzia­ła­niach PKH w od­nie­sie­niu do na­szego syna. In­for­muj mnie o po­stę­pach. To wspa­niale, że praca nad książką idzie do­brze. Moim zda­niem ta pu­bli­ka­cja wiele zmieni.

Z po­zdro­wie­niami

Co­lin

Frag­ment wy­wiadu z ak­torką Noli Sey­mour w ma­ga­zy­nie „Ze­it­ge­ist”, sty­czeń 2014

[...]

Py­tam o dwa małe chiń­skie znaki wy­ta­tu­owane tuż pod le­wym uchem Sey­mour: nowe do­datki do jej już i tak ob­szer­nej ko­lek­cji body artu.

– Och, zro­bi­łam je so­bie w ubie­głym mie­siącu. Ozna­czają „jīnzi”, czyli „złoto”. To na­wią­za­nie do Zło­tej Pro­ro­kini z Po­wszech­nego Ko­ścioła Hu­ma­ni­tar­nego.

Wcze­śniej po­in­for­mo­wano mnie, że Sey­mour nie bę­dzie od­po­wia­dała na py­ta­nia o swoją przy­na­leż­ność do kon­tro­wer­syj­nego PKH, lecz skoro sama po­ru­szyła ten te­mat, py­tam, co są­dzi o ne­ga­tyw­nych po­gło­skach na te­mat tego ko­ścioła.

– Noli nie chce o tym roz­ma­wiać – od­zywa się jej PR-owiec, lecz klientka go igno­ruje.

– Och, li­to­ści – mówi, prze­wra­ca­jąc swo­imi olśnie­wa­ją­cymi błę­kit­nymi oczami. – Czy NA­PRAWDĘ jest coś strasz­nego w chęci po­mocy bez­dom­nym i da­nia chwili wy­tchnie­nia dzie­cia­kom, które na co dzień opie­kują się bli­skimi? Po­waż­nie: czy lu­dzie nie mają nic lep­szego do ro­boty niż ata­ko­wać miej­sce, które czyni je­dy­nie do­bro? Mó­wię se­rio – do­daje, pierw­szy raz po­chy­la­jąc się do mnie z po­ważną miną – Po­wszechny Ko­ściół Hu­ma­ni­tarny to naj­bar­dziej po­stę­powa re­li­gia wszech cza­sów. Jest bar­dzo spójna. Dąży do upo­wszech­nie­nia, po­nie­waż wła­śnie ta­kie jest ży­cie i taka jest ludz­kość: to po­szu­ki­wa­nie jed­no­ści i pełni. To jedna z tych rze­czy, które na­prawdę mi się tam po­do­bają. No bo we wszyst­kich re­li­giach są ja­kieś ele­menty prawdy, ale nie zo­ba­czymy jej, do­póki ich nie po­łą­czymy. Dla­tego jest tam ol­brzy­mia róż­no­rod­ność. Stu­diu­jemy różne święte księgi. Po­win­naś przyjść na spo­tka­nie. Masa lu­dzi przy­cho­dzi z cie­ka­wo­ści, a po­tem już tu zo­staje.

Nie je­stem za­sko­czona, gdy po tych sło­wach in­ter­we­niuje PR-owiec Sey­mour, przy­po­mi­na­jąc Noli, że mamy roz­ma­wiać o jej naj­now­szym fil­mie.

[...]

Ko­re­spon­den­cja mej­lowa sir Co­lina Eden­sora z jego praw­ni­kiem Da­vi­dem Ren­to­nem

Sir Co­lin Eden­sor

27 maja 2014

Fun­dusz po­wier­ni­czy Willa Eden­sora

Do: Da­vida Ren­tona

Drogi Da­vi­dzie,

prze­pra­szam, że pod­czas na­szej po­ran­nej roz­mowy te­le­fo­nicz­nej po­nio­sły mnie emo­cje. Za­pewne ro­zu­miesz, że cała ta sy­tu­acja daje mi się we znaki, zwłasz­cza w świe­tle nie­daw­nej dia­gnozy po­sta­wio­nej Sally.

Do­sko­nale zdaję so­bie sprawę, że Will jest peł­no­letni i ma prawo od­mó­wić pod­da­nia się dal­szym ba­da­niom psy­chia­trycz­nym, lecz je­stem sfru­stro­wany sy­tu­acją, w któ­rej się zna­leź­li­śmy, przy­po­mi­na­jącą za­gadkę o jajku i ku­rze. Mó­wisz, że ak­tu­al­nie nie ma pod­staw, by sę­dzia orzekł nie­po­czy­tal­ność Willa. Mój syn do­łą­czył do nie­bez­piecz­nej sekty i ze­rwał wszel­kie kon­takty z ro­dziną oraz daw­nymi przy­ja­ciółmi. Już samo to z pew­no­ścią do­wo­dzi jego nie­zrów­no­wa­że­nia i stwa­rza pod­stawy do dal­szej oceny le­kar­skiej.

Sam fakt, że ten dok­tor Andy Zhou jest jed­nym z prze­ło­żo­nych PKH, po­wi­nien go dys­kwa­li­fi­ko­wać jako osobę le­czącą i oce­nia­jącą stan zdro­wia człon­ków tego ko­ścioła. Zdaję so­bie sprawę, że Zhou jest czyn­nym za­wo­dowo psy­cho­lo­giem, ale prze­cież z po­wodu jego przy­na­leż­no­ści do PKH po­wstaje tu co naj­mniej ra­żący kon­flikt in­te­re­sów, je­śli cho­dzi o ocenę stanu zdro­wia psy­chicz­nego bez­bron­nych człon­ków ko­ścioła bę­dą­cych w po­sia­da­niu ol­brzy­mich fun­du­szy po­wier­ni­czych.

Jak wiesz, na czwart­ko­wym ze­bra­niu zo­sta­łem prze­gło­so­wany przez po­wier­ni­ków Willa, któ­rych więk­szość uznała, że nie ma pod­staw praw­nych, by po­zba­wić go do­stępu do tych środ­ków fi­nan­so­wych. Ozna­cza to, że łączna suma pie­nię­dzy, które Will pod­jął z fun­du­szu, od­kąd przy­łą­czył się do PKH, się­gnęła dzie­więć­dzie­się­ciu pię­ciu ty­sięcy fun­tów. Nie wie­rzę, że Will kie­dy­kol­wiek za­mie­rzał wpła­cić wkład wła­sny na za­kup domu czy sa­mo­chodu, po­nie­waż wciąż mieszka na Far­mie Chap­mana i nic nie wska­zuje na to, by za­pi­sał się na na­ukę jazdy.

Jak Ci wspo­mnia­łem przez te­le­fon, Ke­vin Pir­bri­ght jest go­tów ze­znać w są­dzie, że ta­kim za­moż­nym oso­bom jak Will pod­suwa się tam sza­blony pism w celu ich od­ręcz­nego prze­pi­sa­nia we wnio­sku o wy­płatę środ­ków fi­nan­so­wych. Nikt, kto zna Willa, nie uwie­rzyłby, że to on na­pi­sał dwa ostat­nie pi­sma do rady po­wier­ni­czej. Po­nadto za­uwa­ży­łem, że gdy cho­dzi o po­ło­że­nie łapy na go­tówce, Will nie wspo­mina o Pro­ro­kini Za­bra­nej przez Mo­rze.

Był­bym Ci wdzięczny za każdą radę do­ty­czącą tego, jak prze­zwy­cię­żyć im­pas, w któ­rym się zna­leź­li­śmy. Uwa­żam, że cho­robę Sally wy­wo­łał stres, jaki prze­ży­wała w ciągu dwóch ostat­nich lat. Oby­dwoje wciąż bar­dzo mar­twimy się o syna.

Twój

Co­lin

Da­vid Ren­ton

27 maja 2014

Re: Fun­dusz po­wier­ni­czy Willa Eden­sora

Do: sir Co­lina Eden­sora

Drogi Co­li­nie,

dzię­kuję za mejla. Do­sko­nale ro­zu­miem, że to nie­zmier­nie stre­su­jąca sy­tu­acja dla Cie­bie i Sally. Szcze­rzę Wam współ­czuję, zwłasz­cza w świe­tle nie­daw­nej dia­gnozy po­sta­wio­nej Sally.

Choć obaj mamy wąt­pli­wo­ści i py­ta­nia do­ty­czące Po­wszech­nego Ko­ścioła Hu­ma­ni­tar­nego, jest to le­gal­nie za­re­je­stro­wany pod­miot, któ­rego ni­gdy nie po­sta­wiono sku­tecz­nie w stan oskar­że­nia.

Nie­stety, je­śli cho­dzi o ewen­tu­al­ność we­zwa­nia na świadka Ke­vina Pir­bri­ghta, mam obawy zwią­zane z jego wia­ry­god­no­ścią. Już mu­siał usu­nąć z bloga po­świę­co­nego PKH za­miesz­czone tam nie­ści­sło­ści, a w część jego za­rzu­tów pod ad­re­sem tego ko­ścioła trudno uwie­rzyć, zwłasz­cza w jego re­la­cje z ob­ja­wień pro­ro­ków, które przy­pi­suje dzia­ła­niu sił nad­przy­ro­dzo­nych.

Je­śli znasz ja­kichś in­nych by­łych człon­ków PKH, któ­rych można by na­kło­nić do zło­że­nia ze­znań w spra­wie sto­so­wa­nia ogra­ni­cze­nia wol­no­ści, pod­su­wa­nia sza­blo­nów pism i tak da­lej, chyba mo­gli­by­śmy pójść z tym do sądu, lecz oba­wiam się, że je­śli Twoim je­dy­nym świad­kiem bę­dzie Ke­vin, masz bar­dzo ni­kłe szanse.

Co­li­nie, przy­kro mi z po­wodu tej po­nu­rej pro­gnozy. Je­śli uda Ci się zna­leźć in­nych by­łych człon­ków ko­ścioła, z przy­jem­no­ścią wrócę do te­matu.

Wszyst­kiego naj­lep­szego

Da­vid

Frag­ment wy­wiadu z pi­sa­rzem Gi­le­sem Har­mo­nem, ma­ga­zyn „Clic­kLit”, luty 2015

[...]

CL: Nie­któ­rzy czy­tel­nicy za­uwa­żyli w naj­now­szej po­wie­ści bar­dzo głę­boką zmianę w pana po­dej­ściu do re­li­gii.

GH: Tak na­prawdę to nie jest żadna zmiana. To po­stęp, ewo­lu­cja. Je­stem po pro­stu na tej ścieżce o kilka kro­ków da­lej, niż by­łem. Je­dyne, co się wy­da­rzyło, to że przy­pad­kiem na­tkną­łem się na wy­jąt­kowy spo­sób spo­tka­nia się z czymś, co we­dług mnie jest po­wszechną po­trzebą bo­sko­ści, lecz nie po­ciąga za sobą żad­nego zła to­wa­rzy­szą­cego tra­dy­cyj­nym re­li­giom.

CL: Wszyst­kie tan­tiemy ze sprze­daży Pew­nego świę­tego po­ranka prze­każe pan Po­wszech­nemu Ko­ścio­łowi Hu­ma­ni­tar­nemu?

GH: Tak, zga­dza się. Je­stem pod ogrom­nym wra­że­niem zmiany, ja­kiej PKH do­ko­nał w ży­ciu wielu, bar­dzo wielu bez­bron­nych lu­dzi.

CL: Na pana pierw­szym spo­tka­niu au­tor­skim do­szło do in­cy­dentu: trzeba było wy­pro­wa­dzić by­łego członka PKH. Może pan to sko­men­to­wać?

GH: Do­wie­dzia­łem się od po­li­cji, że ten biedny czło­wiek cierpi na bar­dzo po­ważną cho­robę psy­chiczną, ale nic wię­cej nie wiem.

CL: Sły­szał pan o uwa­gach pod ad­re­sem PKH, które wy­gła­sza pu­blicz­nie sir Co­lin Eden­sor? Zwłasz­cza o tym, że PKH to sekta?

GH: To kom­pletna bzdura. Trudno mi so­bie wy­obra­zić ja­ką­kol­wiek grupę, która mniej przy­po­mi­na­łaby sektę. Tam roi się od in­te­li­gent­nych fa­chow­ców – le­ka­rzy, pi­sa­rzy, na­uczy­cieli, a cały etos to swo­bodne zgłę­bia­nie roz­ma­itych fi­lo­zo­fii i sys­te­mów wie­rzeń, w tym ate­izmu. Za­chę­cał­bym każdą in­te­li­gentną osobę o otwar­tym umy­śle, roz­cza­ro­waną tra­dy­cyjną re­li­gią, by wpa­dła na ze­bra­nie PKH, po­nie­waż moim zda­niem za­sko­czy ją to, co tam znaj­dzie.

[...]

Ko­re­spon­den­cja mej­lowa sir Co­lina Eden­sora z Ke­vi­nem Pir­bri­gh­tem

Sir Co­lin Eden­sor

2 marca 2015

Spo­tka­nie au­tor­skie Gi­lesa Har­mona

Do: Ke­vina Pir­bri­ghta

Drogi Ke­vi­nie,

ze skraj­nym nie­za­do­wo­le­niem prze­czy­ta­łem o Twoim za­cho­wa­niu na spo­tka­niu au­tor­skim z Gi­le­sem Har­mo­nem. Nie poj­muję, jaką ko­rzyść mia­łoby Twoim zda­niem przy­nieść któ­re­muś z nas pu­bliczne ob­rzu­ce­nie sza­no­wa­nego pi­sa­rza obe­lgami. Bio­rąc pod uwagę, że Ro­per Chard jest także wy­dawcą Har­mona, nie zdzi­wił­bym się, gdyby ze­rwano z Tobą umowę.

Co­lin

Ke­vin Pir­bri­ght

20 marca 2015

Re: Spo­tka­nie au­tor­skie Gi­lesa Har­mona

Do: sir Co­lina Eden­sora

Gdy­byś tam był, zro­zu­miał­byś bez trudu, dla­czego wsta­łem i po­wie­dzia­łem Har­mo­nowi, co o nim my­ślę. Ta­kie pie­przone bo­gate po­je­busy jak on i Noli Sey­mour nie mają po­ję­cia, co się dzieje na Far­mie Chap­mana. Wy­ko­rzy­stuje się ich jako na­rzę­dzia do re­kru­ta­cji, a oni są, kurwa, zbyt głupi i aro­ganccy, żeby to za­uwa­żyć.

Książka utknęła w mar­twym punk­cie, więc Ro­per Chard praw­do­po­dob­nie i tak mi po­dzię­kuje. Zma­gam się z mnó­stwem spraw, które do­tąd chyba wy­pie­ra­łem. Pew­nego wie­czoru po­dano wszyst­kim dzie­ciom na­poje, które, jak te­raz są­dzę, mu­siały zo­stać za­pra­wione ja­ki­miś nar­ko­ty­kami. Śnią mi się kosz­mary o ka­rach. Poza tym są dłu­gie od­cinki czasu, któ­rych w ogóle nie pa­mię­tam.

Czuję wo­kół sie­bie obec­ność Pro­ro­kini Za­bra­nej przez Mo­rze. Je­śli sta­nie mi się coś złego, to bę­dzie jej wina.

Ke­vin

Li­sty sir Co­lina i lady Eden­so­rówdo ich syna Wil­liama

14 grud­nia 2015

Drogi Willu,

le­ka­rze dają ma­mie trzy mie­siące ży­cia. Bła­gam, skon­tak­tuj się z nami. Mama za­drę­cza się my­ślą, że może Cię ni­gdy wię­cej nie zo­ba­czyć.

Tata

14 grud­nia 2015

Naj­droż­szy Willu,

umie­ram. Pro­szę, po­zwól mi Cię zo­ba­czyć. To moje ostat­nie ży­cze­nie. Pro­szę, Willu. Nie mogę znieść my­śli, że odejdę z tego świata, nie zo­ba­czyw­szy Cię. Willu, bar­dzo Cię ko­cham i za­wsze, za­wsze będę Cię ko­chała. Gdy­bym mo­gła przy­tu­lić Cię jesz­cze raz, umar­ła­bym szczę­śliwa.

Mama xxxxxxxxx

2 stycz­nia 2016

Drogi Willu,

wczo­raj umarła mama. Le­ka­rze my­śleli, że bę­dzie z nami dłu­żej. Je­śli je­steś za­in­te­re­so­wany udzia­łem w jej po­grze­bie, daj mi znać.

Tata

CZĘŚĆ PIERW­SZA

CING / STUD­NIA

Stud­nia.

Można prze­nieść mia­sto,

ale prze­nieść studni nie można.

I-cing. Księga Prze­mian

1

[...] czło­wiek szla­chetny zważa na swoje słowa

i za­cho­wuje umiar w je­dze­niu i pi­ciu.

I-cing. Księga Prze­mian

Luty 2016

Pry­watny de­tek­tyw Cor­mo­ran Strike stał w ką­cie ma­łego, dusz­nego pa­wi­lonu ogro­do­wego, trzy­ma­jąc w ra­mio­nach pła­czące dziecko. Gę­sty deszcz pa­dał na płótno nad jego głową, a nie­re­gu­larne bęb­nie­nie kro­pel było sły­chać mimo gwaru go­ści i wrza­sków jego świeżo ochrzczo­nego chrze­śniaka. Grzej­nik za ple­cami Strike’a wy­twa­rzał za dużo cie­pła, lecz Cor­mo­ran nie mógł się prze­su­nąć, po­nie­waż trzy blon­dynki, wszyst­kie koło czter­dziestki i z pla­sti­ko­wymi kie­lisz­kami szam­pana w dło­niach, osa­czyły go i na zmianę wy­krzy­ki­wały py­ta­nia o jego naj­słyn­niej­sze sprawy. Strike zgo­dził się po­trzy­mać dziecko „na chwilę”, gdy matka nie­mow­lę­cia szła do ła­zienki, lecz te­raz miał wra­że­nie, że znik­nęła tam na go­dzinę.

– Kiedy zda­łeś so­bie sprawę, że to nie było sa­mo­bój­stwo? – spy­tała gło­śno naj­wyż­sza z blon­dy­nek.

– Tro­chę to trwało – za­wo­łał w od­po­wie­dzi, prze­peł­niony ża­lem, że żadna z ko­biet nie za­pro­po­no­wała, że po­trzyma dziecko. Na pewno znały ja­kąś ta­jemną ko­biecą sztuczkę, która by je uspo­ko­iła. Spró­bo­wał de­li­kat­nie pod­rzu­cać ma­łego w ra­mio­nach. Ten roz­wrzesz­czał się jesz­cze bar­dziej.

Za blon­dyn­kami stała sza­tynka w szo­ku­jąco ró­żo­wej su­kience. Strike za­uwa­żył ją już w ko­ściele. Gło­śno mó­wiła i chi­cho­tała w ławce przed na­bo­żeń­stwem, a gdy główkę śpią­cego dziecka po­le­wano wodą świę­coną, ścią­gnęła na sie­bie sporo uwagi, mó­wiąc gło­śno „aua”, przez co po­łowa wier­nych pa­trzyła na nią za­miast na chrzciel­nicę. Te­raz ich oczy się spo­tkały. Jej miały ko­lor ja­snego błę­kit­nego mo­rza i były uma­lo­wane pro­fe­sjo­nal­nie, dzięki czemu wy­róż­niały się ni­czym akwa­ma­ryny na tle oliw­ko­wej cery i dłu­gich, brą­zo­wych wło­sów. Strike pierw­szy od­wró­cił wzrok. Tak jak prze­krzy­wiony fa­scy­na­tor i spo­wol­nione re­ak­cje dum­nej babci dziecka pod­po­wie­działy mu, że matka Ilsy już za dużo wy­piła, tak spoj­rze­nie ko­biety w różu nie po­zo­sta­wiało wąt­pli­wo­ści, że ozna­cza ona kło­poty.

– A ten Roz­pru­wacz z Shac­kle­well – za­gad­nęła go blon­dynka w oku­la­rach – na­prawdę fi­zycz­nie go zła­pa­łeś?

Nie, zła­pa­łem go te­le­pa­tycz­nie.

– Prze­pra­szam – po­wie­dział Strike, po­nie­waż za drzwiami ta­ra­so­wymi pro­wa­dzą­cymi do kuchni wła­śnie za­uwa­żył matkę swo­jego chrze­śniaka. – Mu­szę go od­dać ma­mie.

La­wi­ru­jąc, prze­szedł obok za­wie­dzio­nych blon­dy­nek i ko­biety w różu, po czym opu­ścił pa­wi­lon ogro­dowy. Go­ście roz­stę­po­wali się przed nim, jakby płacz dziecka był sy­reną.

– Och, Boże, wy­bacz, Corm – za­wo­łała ja­sno­włosa Ilsa Her­bert w oku­la­rach. Stała oparta o ścianę i roz­ma­wiała z Ro­bin El­la­cott, wspól­niczką Strike’a, oraz z jej chło­pa­kiem Ry­anem Mur­phym, funk­cjo­na­riu­szem Wy­działu Kry­mi­nal­nego. – Daj mi go, mu­szę go na­kar­mić. A ty chodź ze mną – do­dała, zwra­ca­jąc się do Ro­bin. – Bę­dziemy mo­gły po­ga­dać... Na­le­jesz mi szklankę wody?

Kurwa, cu­dow­nie – po­my­ślał Strike, pa­trząc, jak Ro­bin pod­cho­dzi do zlewu, żeby na­peł­nić szklankę, i zo­sta­wia go sam na sam z Ry­anem Mur­phym, który po­dob­nie jak Strike mie­rzył grubo po­wy­żej me­tra osiem­dzie­się­ciu. Na tym jed­nak po­do­bień­stwo się koń­czyło. W prze­ci­wień­stwie do pry­wat­nego de­tek­tywa, który ciem­nymi, mocno krę­co­nymi wło­sami i na­tu­ral­nie gbu­ro­watą miną przy­po­mi­nał Beetho­vena ze zła­ma­nym no­sem, Mur­phy był kla­sycz­nym przy­stoj­nia­kiem z wy­so­kimi ko­śćmi po­licz­ko­wymi i ja­sno­brą­zo­wymi fa­lo­wa­nymi wło­sami.

Nim któ­ryś z nich zna­lazł te­mat do roz­mowy, do­łą­czył do nich Nick Her­bert, stary przy­ja­ciel Strike’a, ga­stro­en­te­ro­log i oj­ciec dziecka, które przed chwilą przy­pusz­czało atak na bę­benki w uszach de­tek­tywa. Nick, któ­remu włosy za­częły się prze­rze­dzać po dwu­dzie­stce, był już w po­ło­wie łysy.

– Więc ja­kie to uczu­cie wy­rzec się Sza­tana? – spy­tał Strike’a.

– Tro­chę bo­le­sne, rzecz ja­sna – od­rzekł de­tek­tyw – ale da­li­śmy radę.

Mur­phy się ro­ze­śmiał, a ra­zem z nim ro­ze­śmiał się ktoś jesz­cze, tuż za Stri­kiem. Cor­mo­ran się od­wró­cił: ko­bieta w różu wy­szła za nim z pa­wi­lonu. Joan, nie­ży­jąca już ciotka Strike’a, uzna­łaby, że ró­żowa su­kienka jest na chrzci­nach nie­sto­sowna: ob­ci­sła, ko­per­towa kre­acja wy­róż­niała się głę­bo­kim de­kol­tem w kształ­cie li­tery V i dłu­go­ścią od­sła­nia­jącą spory ka­wa­łek opa­lo­nych nóg.

– Za­mie­rza­łam za­pro­po­no­wać, że po­trzy­mam dziecko – po­wie­działa do­no­śnym, lekko chro­pa­wym gło­sem, uśmie­cha­jąc się do Strike’a, który za­uwa­żył, jak spoj­rze­nie Mur­phy’ego prze­suwa się w dół ku prze­dział­kowi mię­dzy jej pier­siami, po czym wraca w kie­runku oczu. – Uwiel­biam dzieci. Ale ty wy­sze­dłeś.

– Cie­kawe, co się robi z tor­tem na chrzci­nach? – ode­zwał się Nick, wpa­tru­jąc się w ol­brzy­mią, nie­po­kro­joną sztabę po­lu­kro­wa­nego tortu owo­co­wego, który le­żał na wy­spie na środku kuchni, zwień­czony nie­bie­skim mi­siem z lu­kru.

– Je się go? – pod­su­nął Strike, który był głodny. Za­nim Ilsa po­dała mu dziecko, zdą­żył zjeść tylko dwie ka­napki i gdy utknął w pa­wi­lo­nie, reszta go­ści spa­ła­szo­wała więk­szość je­dze­nia.

Ko­bieta w różu znowu się ro­ze­śmiała.

– No tak, ale czy naj­pierw nie na­leży zro­bić zdjęć albo coś? – po­wie­dział Nick.

– Zdję­cia – po­tak­nęła ko­bieta w różu. – Na pewno.

– Więc bę­dziemy mu­sieli za­cze­kać – stwier­dził Nick. Zmie­rzył Strike’a spoj­rze­niem zza oku­la­rów w dru­cia­nej oprawce. – Ile już zrzu­ci­łeś? – spy­tał.

– Dzie­więt­na­ście kilo – po­wie­dział Strike.

– Do­bra ro­bota – po­chwa­lił go Mur­phy, szczu­pły i wy­spor­to­wany w jed­no­rzę­do­wym gar­ni­tu­rze.

Pier­dol się, ty za­do­wo­lony z sie­bie dra­niu.

2

Sześć na pią­tym miej­scu ozna­cza [...]

To­wa­rzysz prze­gryza się przez po­włokę.

Gdy zbli­żać się do niego,

jak­żeby to był błąd?

I-cing. Księga Prze­mian

Ro­bin sie­działa na końcu sze­ro­kiego łóżka w głów­nej sy­pialni. W po­koju, urzą­dzo­nym w od­cie­niach nie­bie­skiego, pa­no­wał po­rzą­dek, je­śli po­mi­nąć dwie wy­su­nięte szu­flady na dole szafy. Ro­bin znała Her­ber­tów wy­star­cza­jąco długo, by wie­dzieć, że osobą, która tak je zo­sta­wiła, był Nick: jego żona wiecz­nie na­rze­kała, że mąż nie wsuwa z po­wro­tem szu­flad ani nie za­myka sza­fek.

Praw­niczka Ilsa sie­działa w bu­ja­nym fo­telu w ką­cie, a dziecko łap­czy­wie ssało pierś. Po­cho­dząca z rol­ni­czej ro­dziny Ro­bin nie przej­mo­wała się jego gło­śnym po­sa­py­wa­niem, ale Strike’owi wy­da­łoby się ono tro­chę nie­przy­zwo­ite.

– Cho­ler­nie chce się przez to pić – po­wie­działa Ilsa, która opróż­niła pra­wie do dna szklankę wody. Od­daw­szy ją Ro­bin, do­dała: – Moja mama chyba się wsta­wiła.

– Wiem. Ni­gdy nie spo­tka­łam ni­kogo, kto bar­dziej by się cie­szył z by­cia bab­cią – od­rze­kła Ro­bin.

– To prawda. – Ilsa wes­tchnęła. – Ale ta prze­klęta Bi­jou...

– Prze­klęta co?

– Ta krzy­kaczka w ró­żo­wym! Na pewno ją za­uwa­ży­łaś, jej cycki do­słow­nie wy­łażą z su­kienki. Nie zno­szę jej – unio­sła się Ilsa – za­wsze musi być w cen­trum pie­przo­nej uwagi. Aku­rat się na­pa­to­czyła, kiedy za­pra­sza­łam dwie inne osoby z jej kan­ce­la­rii, więc po pro­stu za­ło­żyła, że ją też mam na my­śli, a mnie nie udało się wy­my­ślić żad­nego spo­sobu, żeby wy­pro­wa­dzić ją z błędu.

– Ma na imię Bi­jou? – spy­tała z nie­do­wie­rza­niem Ro­bin. – Jak coś z bi­żu­te­rii?

– Jak uga­nia­jący się za fa­ce­tami wrzód na du­pie. Tak na­prawdę ma na imię Be­linda – wy­ja­śniła Ilsa, do­da­jąc po chwili do­no­śnym, uwo­dzi­ciel­skim gło­sem: – „ale wszy­scy na­zy­wają mnie Bi­jou”.

– Dla­czego?

– Bo ona im tak każe – zde­ner­wo­wała się Ilsa, roz­śmie­sza­jąc Ro­bin. – Ma ro­mans z żo­na­tym radcą kró­lew­skim i mo­dlę się, że­bym w naj­bliż­szym cza­sie nie spo­tkała go w są­dzie, bo zde­cy­do­wa­nie za dużo opo­wia­dała nam o tym, co wy­pra­wiają w łóżku. Cał­kiem otwar­cie wy­znaje, że stara się zajść z nim w ciążę, żeby zmu­sić go do odej­ścia od żony... ale może po pro­stu je­stem roz­go­ry­czona... no, w su­mie je­stem roz­go­ry­czona. Nie po­trze­buję te­raz w naj­bliż­szym oto­cze­niu ko­biet, które no­szą ciu­chy w roz­mia­rze osiem. Sama no­szę szes­nastkę – do­dała, spo­glą­da­jąc na swoją gra­na­tową su­kienkę. – Ni­gdy w ży­ciu nie by­łam taka wielka.

– Nie­dawno uro­dzi­łaś i wy­glą­dasz ślicz­nie – oświad­czyła zde­cy­do­wa­nie Ro­bin. – Wszy­scy tak mó­wią.

– Wi­dzisz, Ro­bin, wła­śnie dla­tego cię lu­bię – po­wie­działa Ilsa, krzy­wiąc się lekko z po­wodu en­tu­zja­stycz­nego ssa­nia syna. – Jak ci idzie z Ry­anem?

– Do­brze – od­rze­kła Ro­bin.

– Ile to już? Sie­dem mie­sięcy?

– Osiem – po­wie­działa Ro­bin.

– Hm – mruk­nęła Ilsa, po czym uśmie­cha­jąc się, spoj­rzała na dziecko.

– Co to zna­czy?

– Corm jest wście­kły. Ależ on miał minę, kiedy przed ko­ścio­łem trzy­ma­li­ście się z Ry­anem za ręce. Poza tym za­uwa­ży­łam, że zrzu­cił mnó­stwo ki­lo­gra­mów.

– Mu­siał – po­wie­działa Ro­bin. – W ubie­głym roku z jego nogą było bar­dzo źle.

– Skoro tak twier­dzisz... Ryan w ogóle nie pije?

– Nie, już ci mó­wi­łam: jest al­ko­ho­li­kiem. Trzeź­wym od dwóch lat.

– Aha... no cóż, wy­daje się miły. Chce mieć dzieci – do­dała Ilsa, rzu­ca­jąc przy­ja­ciółce prze­lotne spoj­rze­nie. – Wspo­mniał mi o tym.

– Ilsa, znamy się za­le­d­wie od ośmiu mie­sięcy. Ra­czej nie za­mie­rzamy sta­rać się te­raz o dziecko.

– Corm ni­gdy nie chciał mieć dzieci.

Ro­bin pu­ściła tę uwagę mimo uszu. Do­sko­nale wie­działa, że Ilsa i Nick przez kilka lat mieli na­dzieję, że ona i Strike staną się dla sie­bie kimś wię­cej niż tylko wspól­ni­kami w agen­cji de­tek­ty­wi­stycz­nej i naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi.

– Wi­dzia­łaś Char­lotte w „Mail”? – spy­tała Ilsa, gdy stało się ja­sne, że Ro­bin nie za­mie­rza roz­ma­wiać o ro­dzi­ciel­skich za­pę­dach Strike’a albo ich braku. – Z tym Do­rme­rem czy jak mu tam?

– Mhm – mruk­nęła Ro­bin.

– Po­wie­dzia­ła­bym: „biedny fa­cet”, ale wy­gląda na wy­star­cza­jąco twar­dego, żeby umiał so­bie z nią po­ra­dzić... Tylko weź pod uwagę, że Corm też taki był, a jed­nak nie po­wstrzy­mało jej to od spie­prze­nia mu ży­cia naj­bar­dziej, jak się dało.

Char­lotte Camp­bell była dawną na­rze­czoną Strike’a, z którą był zwią­zany z prze­rwami przez szes­na­ście lat. Od nie­dawna żyła w se­pa­ra­cji z mę­żem i ak­tu­al­nie czę­sto po­ja­wiała się w ru­bry­kach to­wa­rzy­skich u boku no­wego chło­paka, Lan­dona Do­rmera, trzy­krot­nie żo­na­tego ba­jecz­nie bo­ga­tego ame­ry­kań­skiego ho­te­la­rza z wy­sta­jącą żu­chwą. Na wi­dok naj­now­szych zdjęć pary zro­bio­nych przez pa­pa­raz­zich Ro­bin po­my­ślała je­dy­nie, że Char­lotte, choć jak za­wsze piękna w czer­wo­nej su­kience z od­kry­tymi ra­mio­nami, wy­gląda na dziw­nie za­gu­bioną i ma szkli­sty wzrok.

Roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi i po chwili do sy­pialni wszedł mąż Ilsy.

– Osią­gnę­li­śmy kon­sen­sus – oznaj­mił żo­nie. – Przed po­kro­je­niem tortu zro­bimy zdję­cia.

– Mu­si­cie dać mi jesz­cze tro­chę czasu – od­rze­kła umę­czona Ilsa. – Na­pił się do­piero z jed­nej strony.

– A z in­nych wie­ści: twoja ko­le­żanka Bi­jou pró­buje po­de­rwać Corma – do­dał z uśmie­chem Nick.

– To nie jest moja ko­le­żanka, do cho­lery – od­pa­ro­wała Ilsa – i le­piej go ostrzeż, że to skoń­czona wa­riatka. Aua! – do­dała, pa­trząc ze zło­ścią na syna.

Strike wciąż stał w kuchni obok nie­po­kro­jo­nego tortu, pod­czas gdy Bi­jou Wat­kins, którą przed chwilą po­pro­sił o po­wtó­rze­nie imie­nia, po­nie­waż za pierw­szym ra­zem nie uwie­rzył, pod­da­wała go zma­so­wa­nemu ostrza­łowi plo­tek zwią­za­nych z jej miej­scem pracy, prze­pla­ta­nych wy­bu­chami śmie­chu z wła­snych dow­ci­pów. Mó­wiła bar­dzo gło­śno: Strike wąt­pił, czy w kuchni jest kto­kol­wiek, kto jej nie sły­szy.

– ...z Hark­nes­sem. Znasz Geo­rge’a Hark­nessa? Tego radcę kró­lew­skiego?

– No – skła­mał Strike.

Albo jej się wy­da­wało, że pry­watni de­tek­tywi ru­ty­nowo uczest­ni­czą w roz­pra­wach są­do­wych, albo żyła w prze­świad­cze­niu, że wszy­scy są rów­nie za­in­te­re­so­wani naj­drob­niej­szymi szcze­gó­łami i oso­bi­sto­ściami zwią­za­nymi z ich pro­fe­sją jak one same.

– ...więc zaj­mo­wa­łam się sprawą Win­ter­sona... Da­niela Win­ter­sona. Nie­le­galny ob­rót pa­pie­rami war­to­ścio­wymi.

– No – po­wtó­rzył Strike, roz­glą­da­jąc się po kuchni. Ryan Mur­phy znik­nął. Strike miał na­dzieję, że już wy­szedł.

– ...i oczy­wi­ście nie mo­gli­śmy so­bie po­zwo­lić na ko­lejne nie­ważne po­stę­po­wa­nie są­dowe, więc Gerry po­wie­dział do mnie: „Bi­jou, mamy sę­dziego Raw­linsa, po­trze­buję cię w twoim push-upie”. – Znowu się roz­chi­cho­tała, a kilku go­ści płci mę­skiej spoj­rzało na nią, nie­któ­rzy z uśmiesz­kiem.

Strike, który nie prze­wi­dział, że roz­mowa przy­bie­rze taki ob­rót, przy­ła­pał się na tym, że spo­gląda na prze­dzia­łek mię­dzy pier­siami tej ko­biety. Miała nie­za­prze­czal­nie fan­ta­styczną fi­gurę: wą­ską ta­lię, dłu­gie nogi i ol­brzy­mie piersi.

– ...ko­ja­rzysz sę­dziego Raw­linsa, prawda? Piersa Raw­linsa.

– No – skła­mał po­now­nie Strike.

– ...praw­dziwy z niego pies na baby, więc wcho­dzę do sądu o tak...

Ści­snęła piersi ra­mio­nami i znowu gar­dłowo się za­śmiała.

Nick, który wła­śnie wró­cił do kuchni, po­chwy­cił spoj­rze­nie Strike’a i się uśmiech­nął.

– ...da­li­śmy z sie­bie wszystko, a kiedy za­padł wy­rok, Gerry po­wie­dział do mnie: okej, na­stęp­nym ra­zem bę­dziesz mu­siała przyjść bez maj­tek i cią­gle schy­lać się po pióro. – Bi­jou po raz trzeci wy­buch­nęła śmie­chem.

Strike, który do­sko­nale so­bie wy­obra­żał, jak za­re­ago­wa­łyby jego dwie współ­pra­cow­nice: Ro­bin i była po­li­cjantka Midge Gre­en­street, gdyby za­czął pro­po­no­wać ta­kie stra­te­gie wy­do­by­wa­nia in­for­ma­cji od świad­ków albo po­dej­rza­nych, zde­cy­do­wał się na zdaw­kowy uśmiech.

W tym mo­men­cie Ro­bin po­ja­wiła się w kuchni – sama. Strike wo­dził za nią wzro­kiem, gdy prze­ci­skała się przez tłum, by po­wie­dzieć coś Nic­kowi. Ro­bin rzadko upi­nała swoje ja­sno­rude włosy u góry, ale w ta­kiej fry­zu­rze było jej do twa­rzy. Jej błę­kitna su­kienka była o wiele skrom­niej­sza niż kre­acja Bi­jou i wy­glą­dała na nową: Strike za­sta­na­wiał się, czy ku­piła ją w hoł­dzie dla pa­ni­cza Ben­ja­mina Her­berta, czy ra­czej by zro­bić przy­jem­ność Ry­anowi Mur­phy’emu. Gdy tak pa­trzył, Ro­bin od­wró­ciła się, za­uwa­żyła go i uśmiech­nęła się nad mo­rzem głów.

– Prze­pra­szam – po­wie­dział do Bi­jou, prze­ry­wa­jąc jej w po­ło­wie aneg­doty – mu­szę z kimś po­roz­ma­wiać.

Się­gnął po dwa kie­liszki na­la­nego wcze­śniej szam­pana, które po­sta­wiono obok tortu, i prze­ci­snął się przez gąszcz ro­ze­śmia­nych, po­pi­ja­ją­cych przy­ja­ciół oraz krew­nych do miej­sca, w któ­rym stała Ro­bin.

– Cześć – przy­wi­tał się. W ko­ściele nie mieli oka­zji po­roz­ma­wiać, mimo że stali obok sie­bie przy chrzciel­nicy i ra­zem wy­rze­kali się Sza­tana. – Na­pi­jesz się?

– Dzięki – od­rze­kła Ro­bin, bio­rąc od niego kie­li­szek. – My­śla­łam, że nie lu­bisz szam­pana.

– Nie udało mi się zna­leźć piwa. Do­sta­łaś mo­jego mejla?

– Tego o sir Co­li­nie Eden­so­rze? – Ro­bin ści­szyła głos. W mil­czą­cym po­ro­zu­mie­niu od­da­lili się od rej­wa­chu i sta­nęli w ką­cie. – Tak. Za­bawna sprawa, bo nie­dawno czy­ta­łam ar­ty­kuł o Po­wszech­nym Ko­ściele Hu­ma­ni­tar­nym. Wiesz, że jego główna sie­dziba znaj­duje się o dzie­sięć mi­nut drogi od na­szej agen­cji?

– No, przy Ru­pert Co­urt – po­wie­dział Strike. – Kiedy ostatni raz by­łem na War­dour Street, wi­dzia­łem tam ja­kieś dziew­czyny z pusz­kami na datki. Mia­ła­byś ochotę wy­brać się ze mną we wto­rek na spo­tka­nie z Eden­so­rem?

– Pew­nie. – Ro­bin miała na­dzieję, że Strike to za­pro­po­nuje. – Gdzie chce się z nami zo­ba­czyć?

– W klu­bie Re­form, jest jego człon­kiem. Mur­phy mu­siał już iść? – spy­tał Strike, jak gdyby ni­gdy nic.

– Nie – od­rze­kła Ro­bin, roz­glą­da­jąc się – ale mu­siał za­dzwo­nić w ja­kiejś spra­wie służ­bo­wej. Pew­nie jest na ze­wnątrz.

Ro­bin była na sie­bie zła, że mó­wiąc to, czuje się za­kło­po­tana. Po­winna umieć roz­ma­wiać swo­bod­nie o swoim chło­paku z naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, lecz bio­rąc pod uwagę brak ser­decz­no­ści Strike’a przy tych nie­licz­nych oka­zjach, gdy Mur­phy wpa­dał po nią do agen­cji, spra­wiało jej to trud­ność.

– Jak wczo­raj po­szło Lit­tle­joh­nowi? – spy­tał Strike.

– W po­rządku – po­wie­działa Ro­bin – ale chyba ni­gdy nie spo­tka­łam ni­kogo rów­nie mil­czą­cego.

– Miła od­miana po Mor­ri­sie i Nu­tleyu, prawda?

– No, w su­mie tak. – Za­wa­hała się. – Ale sie­dze­nie obok ko­goś w sa­mo­cho­dzie przez trzy go­dziny w zu­peł­nej ci­szy jest tro­chę krę­pu­jące. A je­śli coś do niego po­wiesz, re­aguje mruk­nię­ciem albo mo­no­sy­labą.

Przed mie­sią­cem Strike’owi udało się zna­leźć no­wego pod­wy­ko­nawcę. Clive Lit­tle­john, tro­chę star­szy od Strike’a, także słu­żył w Wy­dziale do spraw Spe­cjal­nych i do­piero nie­dawno od­szedł z woj­ska. Był wielki i kan­cia­sty, miał opa­da­jące po­wieki, przez co za­wsze wy­glą­dał, jakby był zmę­czony, a przy­pró­szone si­wi­zną włosy wciąż ob­ci­nał po woj­sko­wemu. Na roz­mo­wie w spra­wie pracy wy­ja­śnił, że po nie­ustan­nych wstrzą­sach i nie­obec­no­ściach to­wa­rzy­szą­cych jego służ­bie woj­sko­wej pra­gną z żoną sta­bil­niej­szego ży­cia dla swo­ich na­sto­let­nich dzieci. W ciągu czte­rech ty­go­dni do­wiódł, że jest su­mienny i można na nim po­le­gać, ale Strike mu­siał przy­znać, że jego ma­ło­mów­ność osią­gnęła stan skrajny, a poza tym nie przy­po­mi­nał so­bie, by Lit­tle­john kie­dy­kol­wiek się uśmiech­nął.

– Pat go nie lubi – po­wie­działa Ro­bin.

Pat była se­kre­tarką agen­cji, pięć­dzie­się­cio­ośmio­let­nią nie­praw­do­po­dob­nie czar­no­włosą na­ło­gową pa­laczką, która wy­glą­dała co naj­mniej dzie­sięć lat sta­rzej.

– Nie po­le­gam na Pat w kwe­stii oceny cha­rak­teru – od­parł Strike.

Za­uwa­żył ser­decz­ność, jaką se­kre­tarka oka­zy­wała Ry­anowi Mur­phy’emu, ile­kroć funk­cjo­na­riusz Wy­działu Kry­mi­nal­nego wpa­dał do agen­cji po Ro­bin, i wcale mu się to nie spodo­bało. Ir­ra­cjo­nal­nie uwa­żał, że wszy­scy w agen­cji po­winni czuć do Mur­phy’ego taką samą wro­gość jak on.

– Wy­gląda na to, że Pat­ter­son na­prawdę schrza­nił sprawę Eden­sora – po­wie­działa Ro­bin.

– No – przy­znał Strike z nie­skry­wa­nym za­do­wo­le­niem, które wy­ni­kało z tego, że jego re­la­cje z Mit­chem Pat­ter­so­nem, sze­fem kon­ku­ren­cyj­nej agen­cji de­tek­ty­wi­stycz­nej, cha­rak­te­ry­zo­wała wza­jemna nie­na­wiść. – Jego czło­wiek był cho­ler­nie nie­ostrożny. Czy­tam o tym ko­ściele, od­kąd na­pi­sał do nas Eden­sor, i po­wie­dział­bym, że nie­do­ce­nia­nie tych lu­dzi to po­ważny błąd. Je­śli weź­miemy tę sprawę, być może ktoś z nas bę­dzie mu­siał dzia­łać pod przy­krywką. Ja nie mogę, noga jest zbyt cha­rak­te­ry­styczna. Praw­do­po­dob­nie pa­dłoby na Midge. Nie ma męża.

– Ja też nie mam – oznaj­miła szybko Ro­bin.

– Ale to nie by­łoby to samo co uda­wa­nie Ve­ne­tii Hall albo Jes­siki Ro­bins – za­zna­czył Strike, na­wią­zu­jąc do fał­szy­wych toż­sa­mo­ści, któ­rymi po­słu­gi­wała się Ro­bin we wcze­śniej­szych spra­wach. – To nie by­łaby praca od dzie­wią­tej do pią­tej. Mo­głaby ozna­czać dłuż­szy brak kon­taktu ze świa­tem ze­wnętrz­nym.

– No i? – spy­tała Ro­bin. – Da­ła­bym radę.

Wy­raź­nie czuła, że Strike pró­buje ją wy­ba­dać.

– No cóż – stwier­dził Strike, który rze­czy­wi­ście do­wie­dział się tego, czego chciał się do­wie­dzieć – na ra­zie jesz­cze nie do­sta­li­śmy tej ro­boty. Je­śli tak się sta­nie, bę­dziemy mu­sieli zde­cy­do­wać, kto na­daje się naj­le­piej.

W tej chwili Ryan Mur­phy po­now­nie zja­wił się w kuchni. Ro­bin od­ru­chowo od­su­nęła się od Strike’a, przy któ­rym do­tąd stała bli­sko, by nikt nie mógł usły­szeć, co mó­wią.

– Co knu­je­cie? – spy­tał z uśmie­chem Mur­phy, choć jego spoj­rze­nie było czujne.

– Nie knu­jemy – od­rze­kła Ro­bin. – Po pro­stu ga­damy o pracy.

Do kuchni we­szła Ilsa, trzy­ma­jąc w końcu sy­tego śpią­cego syna.

– Tort! – za­wo­łał Nick. – Za­pra­szamy ro­dzi­ców chrzest­nych i dziad­ków do zdję­cia.

Ro­bin prze­szła na śro­dek, a lu­dzie z pa­wi­lonu ogro­do­wego stło­czyli się w kuchni. Na chwilę przy­po­mniały jej się na­pię­cia, ja­kich do­świad­czała w mał­żeń­stwie: nie spodo­bało jej się py­ta­nie Mur­phy’ego i nie była za­do­wo­lona, że Strike usil­nie pró­bo­wał się do­wie­dzieć, czy jest rów­nie mocno za­an­ga­żo­wana w pracę jak sin­gielka Midge.

– Po­trzy­maj Benjy’ego – po­pro­siła Ilsa, gdy Ro­bin do niej po­de­szła. – Wtedy będę mo­gła sta­nąć za tobą i wy­glą­dać szczu­plej.

– Nie wy­głu­piaj się, wy­glą­dasz wspa­niale – mruk­nęła Ro­bin, lecz wzięła śpią­cego chrze­śniaka od matki i od­wró­ciła się do apa­ratu trzy­ma­nego przez za­ru­mie­nio­nego wuja Ilsy. Za wy­spą ku­chenną, na któ­rej usta­wiono tort, za­częły się prze­py­chanki i prze­gru­po­wa­nia, lu­dzie unie­śli ko­mórki. Pod­chmie­lona matka Ilsy na­dep­nęła bo­le­śnie Ro­bin na nogę, lecz za­miast niej, prze­pro­siła Strike’a. Śpiące dziecko było za­ska­ku­jąco cięż­kie.

– Se­eer! – ryk­nął wuj Ilsy.

– Do twa­rzy ci z nim! – za­wo­łał Mur­phy do Ro­bin, uno­sząc kie­li­szek w to­a­ście.

Ro­bin za­uwa­żyła ką­tem oka eks­plo­zję szo­ku­ją­cego różu: Bi­jou Wat­kins udało się zna­leźć doj­ście do Strike’a. Kilka razy bły­snął flesz, dziecko w ra­mio­nach Ro­bin za­częło się wier­cić, ale spało da­lej, i wła­śnie ta chwila zo­stała uwiecz­niona dla po­tom­no­ści: uśmiech za­czer­wie­nio­nej dum­nej babci, nie­po­kój na twa­rzy Ilsy, świa­tło od­bite w oku­la­rach Nicka i na­da­jące mu lekko zło­wrogi wy­gląd oraz nieco wy­mu­szone uśmie­chy obojga ro­dzi­ców chrzest­nych, ści­śnię­tych ra­zem za mi­siem z nie­bie­skiego lu­kru: Strike’a roz­my­śla­ją­cego o tym, co wła­śnie po­wie­dział Mur­phy, i Ro­bin, która za­uwa­żyła, jak Bi­jou przy­su­nęła się do jej wspól­nika, pra­gnąc za wszelką cenę zna­leźć się na zdję­ciu.

3

Być roz­trop­nym i nie za­po­mi­nać o zbro­je­niach

to wła­ściwa droga do bez­pie­czeń­stwa.

I-cing. Księga Prze­mian

O ósmej wie­czo­rem Strike wró­cił do miesz­ka­nia na pod­da­szu przy Den­mark Street z wra­że­niem roz­dę­cia, które za­wsze wy­wo­ły­wał u niego szam­pan, a do tego jakby przy­gnę­biony. Za­zwy­czaj w dro­dze do domu za­szedłby po ja­kieś je­dze­nie na wy­nos, lecz wy­cho­dząc w ubie­głym roku ze szpi­tala po trzy­ty­go­dnio­wym po­by­cie, do­stał wy­raźne za­le­ce­nia, żeby schudł, pod­dał się fi­zjo­te­ra­pii i rzu­cił pa­le­nie. Pierw­szy raz, od­kąd urwało mu nogę w Afga­ni­sta­nie, zro­bił to, co ka­zali le­ka­rze.

Bez więk­szego en­tu­zja­zmu wło­żył wa­rzywa do nowo za­ku­pio­nego garnka do go­to­wa­nia na pa­rze, wy­jął z lo­dówki fi­let z ło­so­sia i od­mie­rzył por­cję ryżu peł­no­ziar­ni­stego, cały czas sta­ra­jąc się nie my­śleć o Ro­bin El­la­cott. Udało mu się tylko o tyle, że po raz ko­lejny uświa­do­mił so­bie, jak trudno jest o niej nie my­śleć. Może i wy­cho­dził ze szpi­tala z wie­loma do­brymi po­sta­no­wie­niami, lecz także z trud­nym pro­ble­mem, któ­rego nie można było roz­wią­zać, zmie­nia­jąc styl ży­cia. Prawdę mó­wiąc, pro­blem ten po­wstał o wiele wcze­śniej, niż byłby skłonny przy­znać, lecz Strike zmie­rzył się z nim do­piero wów­czas, gdy le­żąc w szpi­tal­nym łóżku, pa­trzył, jak Ro­bin idzie na pierw­szą randkę z Mur­phym.

Już od kilku lat po­wta­rzał so­bie, że dla ro­mansu ze wspól­niczką nie warto ry­zy­ko­wać naj­waż­niej­szej przy­jaźni ani na­ra­żać na szwank biz­nesu, który ra­zem zbu­do­wali. Je­śli z ży­ciem wie­dzio­nym z de­ter­mi­na­cją w sa­mot­no­ści w ma­łym miesz­ka­niu nad agen­cją wią­zały się ja­kieś trud­no­ści i nie­do­statki, Strike uwa­żał je za cenę, którą warto za­pła­cić za nie­za­leż­ność i spo­kój po nie­ustan­nych bu­rzach i cier­pie­niach to­wa­rzy­szą­cych dłu­giemu, prze­ry­wa­nemu związ­kowi z Char­lotte. Szok na wieść o tym, że Ro­bin wy­biera się na randkę z Ry­anem Mur­phym, zmu­sił jed­nak Strike’a do przy­zna­nia, że po­ciąg, który czuł do Ro­bin od chwili, gdy pierw­szy raz zdjęła płaszcz w jego agen­cji, po­mału prze­obra­ził się wbrew jego woli w coś in­nego – coś, co wresz­cie był zmu­szony na­zwać. Mi­łość przy­była w for­mie, ja­kiej nie roz­po­znał, i bez wąt­pie­nia wła­śnie dla­tego zdał so­bie sprawę z nie­bez­pie­czeń­stwa zbyt późno, żeby mu za­po­biec.

Pierw­szy raz, od­kąd po­znał Ro­bin, Strike nie był za­in­te­re­so­wany dą­że­niem do ja­kie­goś związku ero­tycz­nego w ra­mach od­wra­ca­nia swo­jej uwagi od wszel­kich nie­wy­god­nych uczuć, które mógł ży­wić do wspól­niczki, oraz ich sub­li­mo­wa­nia. Gdy ostat­nim ra­zem szu­kał po­cie­chy u in­nej – nie­za­prze­czal­nie pięk­nej – ko­biety, zo­stały mu po niej rana na no­dze za­dana ob­ca­sem oraz po­czu­cie po­nu­rego bez­sensu. Wciąż nie wie­dział, czy w ra­zie za­koń­cze­nia związku Ro­bin z Mur­phym, na co żar­li­wie li­czył, zmu­siłby się do od­by­cia roz­mowy, któ­rej kie­dyś opie­rał się ze wszyst­kich sił, w celu usta­le­nia praw­dzi­wych uczuć sa­mej Ro­bin. Obiek­cje prze­ciwko ich ro­man­sowi wciąż po­zo­sta­wały w mocy. Z dru­giej strony („Do twa­rzy ci z nim!” – po­wie­dział ten ku­tas Mur­phy na wi­dok Ro­bin z dziec­kiem w ra­mio­nach), oba­wiał się, że tak czy ina­czej jego spółka się roz­pad­nie, po­nie­waż Ro­bin mo­gła uznać mał­żeń­stwo i dzieci za atrak­cyj­niej­szą opcję niż ka­riera de­tek­ty­wi­styczna. Cor­mo­ran Strike – szczu­plej­szy, spraw­niej­szy, z czyst­szymi płu­cami – stał za­tem sa­mot­nie na swoim pod­da­szu i trą­ca­jąc ze zło­ścią bro­kuły drew­nianą łyżką, my­ślał o tym, żeby nie my­śleć o Ro­bin El­la­cott.

Dzwo­nek ko­mórki wy­dał mu się wy­ba­wie­niem. Ode­brał, zdej­mu­jąc z ku­chenki ło­so­sia, ryż i wa­rzywa.

– Sie­masz, Bun­sen – za­brzmiał zna­jomy głos.

– Shan­ker – po­wie­dział Strike. – Co sły­chać?

Dzwo­nił do niego stary przy­ja­ciel, choć Strike mu­siałby się bar­dzo po­sta­rać, żeby przy­po­mnieć so­bie jego praw­dziwe imię. Leda, matka Strike’a, zgar­nęła osie­ro­co­nego i nie­ule­czal­nie skon­flik­to­wa­nego z pra­wem szes­na­sto­let­niego Shan­kera z ulicy po tym, jak ktoś sprze­dał mu kosę, i przy­pro­wa­dziła go do skłotu. Po­tem Shan­ker stał się dla Strike’a kimś w ro­dzaju brata przy­rod­niego i praw­do­po­dob­nie był je­dyną istotą ludzką, która ni­gdy nie wi­działa żad­nych wad w nie­re­for­mo­wal­nie lek­ko­myśl­nej i nie­po­tra­fią­cej usie­dzieć w jed­nym miej­scu Le­dzie.

– Po­trze­buję po­mocy – oznaj­mił Shan­ker.

– Mów – po­wie­dział Strike.

– Mu­szę zna­leźć jed­nego go­ścia.

– Po co? – spy­tał Strike.

– E, nie, to nie to, co my­ślisz – uspo­koił go Shan­ker. – Nie za­mie­rzam z nim za­dzie­rać.

– To do­brze. – Strike za­cią­gnął się e-pa­pie­ro­sem, który wciąż do­star­czał mu ni­ko­tyny. – Co to za je­den?

– Oj­ciec An­gel.

– Czyj oj­ciec?

– An­gel – po­wtó­rzył Shan­ker. – Mo­jej pa­sier­bicy.

– A – od­rzekł za­sko­czony Strike. – Oże­ni­łeś się?

– Nie – znie­cier­pli­wił się Shan­ker – ale miesz­kam z jej mamą, no nie?

– Cho­dzi o ali­menty?

– Nie – po­wtó­rzył Shan­ker. – Wła­śnie się do­wie­dzie­li­śmy, że An­gel ma bia­łaczkę.

– Cho­lera – od­parł ze zdzi­wie­niem Strike. – Przy­kro mi.

– Mała chce zo­ba­czyć swo­jego praw­dzi­wego tatę, a my nie mamy po­ję­cia, gdzie on się po­dziewa. To piź­dzie­lec – do­dał Shan­ker – tylko że nie z mo­jej bajki.

Strike zro­zu­miał, o co cho­dzi, po­nie­waż Shan­ker miał roz­le­głe kon­takty w lon­dyń­skim świe­cie prze­stęp­czym i z ła­two­ścią mógłby zna­leźć za­wo­do­wego kry­mi­na­li­stę.

– W po­rządku, po­daj mi jego na­zwi­sko i datę uro­dzin. – Strike się­gnął po dłu­go­pis i no­tes. Shan­ker po­dał mu dane, a po­tem spy­tał, ile to bę­dzie kosz­to­wało.

– Bę­dziesz mi winny przy­sługę – od­rzekł Strike.

– Po­waż­nie? – Shan­ker wy­dał się za­sko­czony. – No do­bra. Dzięki, Bun­sen.

Shan­ker, który ni­gdy nie miał cier­pli­wo­ści do zbęd­nych roz­mów te­le­fo­nicz­nych, roz­łą­czył się, a Strike wró­cił do bro­ku­łów i ło­so­sia, za­smu­cony wie­ścią o cho­rym dziecku, które pra­gnęło zo­ba­czyć ojca, nie­mniej jed­nak do­szedł do wnio­sku, że do­brze bę­dzie móc po­pro­sić Shan­kera o ja­kąś przy­sługę w za­mian. Drobne cynki i in­for­ma­cje, które do­sta­wał od sta­rego przy­ja­ciela, nie­kiedy przy­datne, gdy Strike po­trze­bo­wał ja­kiejś przy­nęty dla kon­tak­tów w po­li­cji, mocno po­dro­żały, od­kąd agen­cja Strike’a za­częła od­no­sić suk­cesy.

Przy­go­to­waw­szy po­si­łek, Strike za­niósł ta­lerz na mały stół w kuchni, lecz za­nim zdą­żył usiąść, jego ko­mórka za­dzwo­niła drugi raz. Po­łą­cze­nie zo­stało prze­kie­ro­wane z nu­meru sta­cjo­nar­nego agen­cji. Za­nim ode­brał, za­wa­hał się, po­nie­waż coś mu mó­wiło, że wie, kogo za chwilę usły­szy.

– Strike.

– Cześć, Bluey – za­brzmiał lekko beł­ko­tliwy głos. W tle było sły­chać spory ha­łas, mię­dzy in­nymi czy­jeś roz­mowy i mu­zykę.

Char­lotte dzwo­niła do niego po raz drugi w ciągu ty­go­dnia. Po­nie­waż już nie miała nu­meru jego ko­mórki, mo­gła się z nim kon­tak­to­wać tylko za po­śred­nic­twem te­le­fonu sta­cjo­nar­nego.

– Char­lotte, je­stem za­jęty – oznaj­mił chłodno.

– Wie­dzia­łam, że to po­wiesz... Je­stem w kosz­mar­nym klu­bie. Nie spodo­bałby ci się...

– Je­stem za­jęty – po­wtó­rzył, po czym się roz­łą­czył. Przy­pusz­czał, że za­dzwoni jesz­cze raz, i rze­czy­wi­ście to zro­biła. Po­zwo­lił, by po­łą­cze­nie tra­fiło do skrzynki gło­so­wej i zdjął ma­ry­narkę. Ro­biąc to, usły­szał sze­lest w kie­szeni i wy­jął z niej kar­teczkę, któ­rej nie po­winno tam być. Gdy ją roz­ło­żył, zo­ba­czył nu­mer ko­mórki z do­pi­skiem „Bi­jou Wat­kins”. Po­my­ślał, że ta ko­bieta musi być bar­dzo zręczna, skoro udało jej się wsu­nąć kar­teczkę do jego kie­szeni tak, że tego nie po­czuł. Przedarł kar­teczkę na pół, wrzu­cił ją do ko­sza i usiadł do po­siłku.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRZY­PISY

[1] Wszyst­kie frag­menty Księgi Prze­mian za: I-cing. Księga Prze­mian, przeł. A. Ony­sy­mow, War­szawa 2019 [przy­pisy po­cho­dzą od tłu­maczki].