Córka Świętej. W cieniu przeszłości - Justyna Luszyńska - ebook
NOWOŚĆ

Córka Świętej. W cieniu przeszłości ebook

Justyna Luszyńska

0,0

Opis

W mieście, które świętuje egzekucje, litość jest najrzadszym towarem.

Poppy Beaumont marzy o jednym: uzbierać dość monet, żeby zniknąć z Domu Uciech i nigdy więcej nie oglądać Varis. Dziewczyna kuleje, leczy ziołami, wypędza pająki, zamiast je zabijać – i odwraca wzrok, kiedy strażnicy prowadzą kolejną bestię na stos.

Bo w Zjednoczonej Raice bestie to potwory. Mają ludzkie twarze i ludzkie głosy, a i tak płoną ku uciesze gawiedzi. Po jednej stronie muru najeżonego tłuczonym szkłem żyją ludzie. Po drugiej – oni. Ci, których należy nienawidzić.

Poppy nienawidzi ich tak, jak każe miasto.

Do dnia, w którym dowiaduje się, że nosi dziecko bestii.

Teraz musi ukrywać nie tylko siebie. Na jej drodze staje Bleu LeClair – złodziej, kłamca i ktoś, komu nie wolno ufać – a Poppy zaczyna rozumieć, że najgroźniejszy nie jest potwór za murem, tylko człowiek u władzy, który po cichu obmyśla, jak wytępić bestie co do jednej.

A z piekła, do którego właśnie wchodzi Poppy, nie ma ucieczki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 538

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Córka Świętej. W cieniu przeszłości

Wydanie I

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga zgody Wydawnictwa i autorki. Szanuj prawa autorskie – kupując z legalnych źródeł, wspierasz twórców. Ściągając „za darmo” sprawiasz, że przestają pisać.

Redaktor prowadzący: Angela Węcka

Redakcja językowa: Magdalena Świerczek-Gryboś

Konwersja: Katarzyna Mróz-Jaskuła

Projekt i realizacja okładki: Ewa Popławska

Fotografia na okładce: Marta Mańkowska

Wydawnictwo Spisek Pisarzy

Powieść w wersji papierowej kupisz na stronie wydawnictwa i w księgarniach internetowych.

www.spisekpisarzy.pl

Copyright © by J. Luszyńska, 2026

Copyright © by Wydawnictwo Spisek Pisarzy, 2026

Irządze, 2026

ISBN: 978-83-68277-48-7

Spis treści

Rozdział 1.

Rozdział 2.

Rozdział 3.

Rozdział 4.

Rozdział 5.

Punkty orientacyjne

Cover

Rozdział 1.

Wielokrotnie połatany beret wylądował obok nieruchomego ciała. Dwunastolatka, do której należał, rozpaliła znalezioną w piachu świecę i uniosła ją na wysokość twarzy zmarłej. Natychmiast zdmuchnęła ogień. Sekunda wystarczyła, żeby rozpoznać nieboszczkę. Szeroko otwarte brązowe oczy pozbawione były wyrazu.

Tak samo jak za życia. Te oczy nigdy nie nosiły w sobie niczego poza pustką.

Gdyby nie panujący mrok, dziewczynce pewnie łatwiej byłoby zgadnąć, które z krwawych plam na jasnej matczynej sukni należały do zamordowanej, a które do jej pacjentów. Gdyby nie otwarte oczy i szkarłat pokrywający śniadą skórę, można by pomyśleć, że to wcale nie śmierć położyła swoje łapska na Sophie Beaumont, lecz sen ściął ją z nóg podczas drogi powrotnej do domu.

Tylko że ona nie śniła.

Ją zamordowano.

– Robota bestii.

Nastolatka z trudem się podniosła i dobyła z kieszeni nożyk. Na co dzień służył jej do zbierania polnych maków, rozkrajania jabłek i przecinania bandaży. Tylko czasami do obrony.

Wycelowała nim w ciemność, gdy dobiegł z niej chrapliwy głos.

Księżyc w pełni rzucał blade światło na pustą piaszczystą drogę i leżącą na jej skraju kobietę. Rozciągający się przed Poppy teren nie bez powodu nosił miano Parku Morderców. Drzewa o szczupłych pniach pięły się wysoko, próbując sięgnąć nieba. Nikt nie odważyłby się między nie wejść. W gęstych zaroślach kryły się potwory.

I właśnie jeden się z nich wyłaniał.

Odsunął gałęzie. Na którejś stanął.

Pękła.

Poppy Beaumont powinna uciekać. Tylko dokąd? Wejść w zarośla, decydując się na pewną śmierć? Wpaść na zaorane pole, gdzie nie było szans się ukryć? Pędzić do rozciągającej się za nim rzeki i rzucić się w nią, choć nie umiała pływać?

Powinna dostać się do mostu, od którego dzieliło ją przynajmniej pół mili. Dopiero po jego drugiej stronie znajdowały się budynki. Miasto. Tam by się skryła. Gdyby biegła wystarczająco szybko… Ale to niemożliwe, bo ledwo stała na nogach. Pulsujący ból promieniował od kostki aż po czubek głowy. Bolało tak bardzo, że kropelki potu spływały po jej rozpalonym czole. Bolało… Nie miała pojęcia, że złamanie może aż tak boleć.

Nie, panna Beaumont nie zrobiłaby ani jednego kroku.

Tajemnicza postać nachyliła się nad zmarłą i stopą przewróciła jej głowę na bok.

– Ta, bez wątpienia bestia – powtórzył mężczyzna, kucając. Dotknął opuszką rany między żebrami. – Masz szczęście, że żyjesz.

Ręka Poppy drżała, podobnie jak broda. Kropelka zimnego potu spływała powoli po skroni.

Nie umiała walczyć. Umykała uliczkami Varis jak cień, bo była zbyt wolna i wątła, żeby rzucać się w oczy. Monstra czaiły się na każdym kroku. Nie wolno było tracić czujności. Ani na sekundę. Chwila nieuwagi i już cię nie ma.

I już. Zabrakło matki. Kolejna sekunda, a zniknie również Poppy.

Uniosła wyżej rękę.

– Litości, gdybym ja jej to zrobił, zaciukałbym i ciebie, nie sądzisz? – Mężczyzna zakaszlał. – Po co zabijać jedną, a drugą oszczędzać? Kompletne marnotrawstwo energii.

To bestia? Brzmiał jak człowiek i w tej ciemności na człowieka wyglądał. Bestie to jednak wilki w owczej skórze. Wyglądały jak ludzie, brzmiały jak oni, ale pod tą powłoką kryło się czyste zło.

Zabije ją. Te potwory nie oszczędzają nikogo.

– Nie jesteś zbyt rozmowna – ciągnął nieznajomy. – Zupełnie jak matka. Ona też nie bawiła się w pogawędki. W sumie trochę szkoda, że tak to się skończyło. Święta niektórym pomagała… Cóż, teraz pozostało jej tylko gryźć piach.

A zatem znał jej matkę. Sławną na całą stolicę Świętą, która niosła pomoc potrzebującym. Skoro znał Świętą, znał również jej córkę.

Gula urosła w gardle nastolatki, lecz szybko ją przełknęła.

Świerszcze grały swoją muzykę. Wtórowały im poruszane przez ciepły letni wiatr drzewa. Konary skrzypiały. W oddali zahuczała sowa. Jak gdyby noc grała dla Poppy ostatnią pieśń.

– I nie płaczesz – dodał mężczyzna. Otrzepał sięgającą mu do kolan marynarkę. – Nie sądzisz, że wypadałoby uronić choć łezkę nad truchłem własnej matki?

Poppy odruchowo sięgnęła opuszkami do policzka. Suchy. To prawda, nie zapłakała nad śmiercią najbliższej jej osoby. Nawet o tym nie pomyślała.

Znów się cofnęła, omal nie przewracając, gdy obcy zrobił krok w jej stronę.

Echo głosu matki rozbrzmiało jej w głowie: Weź się w garść. Twój strach nikomu nie pomoże. Nie zbawi świata i nikogo nie uratuje.

Ręka już jej mdlała, a mimo to uniosła nóż wyżej, pragnąc zrobić krok w stronę mężczyzny, ale ból jej na to nie pozwolił. Strach nikomu nie pomoże. Strach nie zbawi świata.

– Nic nie mam – szepnęła.

Pragnęła tylko uciec. Zniknąć gdzieś pomiędzy budynkami. Schować się w jakiejś dziurze, przynajmniej dopóki nie wstanie słońce.

Tylko co zrobić o poranku? Co Poppy zrobi ze sobą bez protekcji matki? Została sama. Sama jak palec. Bez dachu nad głową, ani jednego krewnego, który mógłby ją przygarnąć.

Serce ścisnęło jej się boleśnie w piersi.

Miałaby iść do przytułku? To one dwie z matką pomagały innym. Kto teraz pomoże jej?

– Nic od ciebie nie chcę. No, prawie. Spójrz. – Nieznajomy uniósł palec. – Niebo szarzeje. Jak myślisz, ile czasu minie, zanim ją znajdą? Niewiele – odpowiedział od razu. – Ludzie wstają razem z kurami.

Oddech Poppy przyspieszył.

Nie puści jej.

– Przyjdzie straż, stwierdzą, że dopadły ją bestie. Złapią kogoś, kogo uznają za winnego, zabiją na oczach tłumu… I po sprawie. Chyba że… – Nachylił się. – Wiesz, że twoja matka lubiła się wychylać? Swoimi świętoszkowatymi działaniami napsuła krwi wielu wpływowym ludziom. A może… ktoś się jej pozbył?

Pozbył? Dla Poppy to było niemożliwe. Święta całe swoje życie oddała służbie ubogim. Dlaczego ktoś miałby chcieć ją zabić?

– A może to ty ją tak naprawdę zabiłaś? – Mężczyzna wyciągnął dłoń i zacisnął ją na krótkim ostrzu nożyka, zanim Poppy zdążyła choćby drgnąć. Jedno szarpnięcie i jej go wyrwał. – Zamordowałaś matkę, bo nie mogłaś znieść życia w jej cieniu. Ta, to w sumie prawdopodobne. Ludzie się wściekną, gdy się dowiedzą. Zjedzą cię żywcem.

Mgła wypłynęła z gąszczu. Powoli sunęła w ich kierunku.

– Nigdy bym tego nie zrobiła.

Wiatr zaszeleścił liśćmi i wcisnął Poppy jasne kosmyki w oczy. Nie odgarnęła ich. Oddychała głęboko, żeby się nie trząść.

– Przecież mówił pan, że to bestia – wydusiła. – Ja bym nigdy…

Gęsta jak śmietana mgła dotarła do jej kostek.

Mężczyzna zaśmiał się gardłowo, jednak śmiech przeistoczył się w uporczywy kaszel.

– Ty byś nigdy? – wychrypiał. Kucnął przed nastolatką i oddał jej zwrócony rękojeścią do góry nóż. – A kogo to obchodzi? Może to ty, a może nie. Jedno jest pewne: jeśli ktoś pozbył się twojej matki, możesz być pewna, że przyjdą też po ciebie. Nie pozwolą latorośli Świętej tak po prostu chodzić sobie po świecie. Znajdą cię i zabiją, dokładnie tak, jak twoją matkę.

– Ale dlaczego?

– Masz dwanaście lat, naprawdę chcesz, żebym ci tłumaczył, jak działa polityka w tym kraju? Skup się na tym, co już wiesz. Co się tutaj działo?

Co miał na myśli? Tę drogę? Miasto? Czy całą Zjednoczoną Raikę?

– No rusz makówką! – Palnął ją w czoło. – Co się działo?

– Tutaj?

– Wojna! – krzyknął. – Już zapomniałaś? Nie. Oczywiście, że nie. Takich rzeczy się nie zapomina. Mało widziałaś bezsensownej śmierci? Nadal potrzebujesz wiedzieć dlaczego? Nie wszystko ma swój powód, złotko. Czasem złe rzeczy po prostu przydarzają się dobrym ludziom.

Poppy otwierała usta i znów je zamykała. O co mu chodziło? Czego ten człowiek od niej chciał? Dlaczego wspominał wojnę?

Co stało się z jej matką? Co się wydarzyło?

Jak tutaj dotarły? Dokąd szły? Czemu nie uratowała Świętej? Zabiła ją? Nieznajomy miał rację? Jak się tutaj znalazła? Namieszał jej w głowie.

Mężczyzna podniósł leżący na ziemi beret i podał go dziewczynce. Ona jednak ani drgnęła. Jej ręce przymarzły do ciała.

– Och, mała Poppy… Nie jesteś niczemu winna. – Westchnął niemal z żalem. – Niczemu poza tym, że urodziła cię Sophie. Całe życie wykonywałaś jej rozkazy. Ludzie okrzyknęli twoją matkę Świętą, bo tak bardzo im pomogłyście. – Wyprostował się ze stęknięciem. – A to wszystko na nic. Jeśli ktoś chce twojej śmierci, giniesz. Skoro zabili chodzącego anioła… – Splunął. – Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zabili i ciebie. Czy to wściekły tłum, czy władze tego, pożal się Trójko, kraju.

Beret znów wylądował na ziemi. Tym razem nie na piachu, lecz na ciele Świętej.

– Mówił pan, że to bestie… – odezwała się Poppy ochrypłym głosem. – Potem, że to ja, a teraz, że władze…

– Ech, zajmują cię błahostki – burknął zniecierpliwiony. – Zainteresuj się tym, co najważniejsze. Potrzebujesz pomocy.

Poppy wydało się, że te słowa zostały porwane przez wiatr, a drzewa przekazywały je sobie jedno po drugim. Liście szeptały, że ten człowiek ma rację. Zostałaś sama. Sama nie masz w tym świecie szans.

– Kim pan jest? – spytała.

Przed jej nosem pojawiła się dłoń o długich smukłych palcach. Miał rację – niebo szarzało. Jeszcze kilka chwil i nastanie poranek. Świat się obudzi, a ona wreszcie dojrzy twarz tego nieznajomego człowieka.

– Jules Malan – przedstawił się. – Pewnie już o mnie słyszałaś.

Poppy ponownie uniosła nożyk.

– Słyszałam – wycedziła. – Nie zabierze mnie pan do siebie.

Malan prychnął i schował dłonie głęboko w kieszenie.

– Nie będę cię prosił, złotko – odparł. – Nie muszę. Sama ze mną pójdziesz i jeszcze podziękujesz za to, że dostałaś własny pokój i ciepłe łóżko. Pójdziesz za mną, bo masz wystarczająco oleju w głowie, by wiedzieć, że potrzebujesz kogoś takiego jak ja. I nikt… powtarzam: nikt inny cię nie uratuje.

Wszyscy słyszeli o słynnym Domu Uciech Julesa Malana. Dzielnica Różana zamieszkiwana przez klasę średnią miała jeden mankament – stary burdel, w którym nigdy nie kończyła się zabawa. Przechodnie starali się nie patrzeć na czerwone drzwi i nie słyszeć muzyki dochodzącej z wnętrza wysokiej kamienicy, a sami mieszkańcy przez wiele lat robili wszystko, żeby się go pozbyć, ale Malan był jak karaluch – niezniszczalny.

Jego Domu nie pozbyli się wściekli mieszkańcy, nie odebrała mu go wojna. Trwał, gdy wszystko inne się waliło.

Sutener wabił do siebie zranionych przez życie ludzi i nakazywał im sprzedawać jedyne, co im zostało – samych siebie. Poppy wiedziała, jak to działało, choć wolałaby nie wiedzieć.

Jules Malan to zbrodniarz, dla którego nie liczyły się żadne świętości. I on miałby chcieć ją uratować? Nic w tym świecie nie było za darmo. Matka ciągle jej to powtarzała.

– Wolę mieszkać na ulicy – powiedziała.

– Ulica cię pochłonie. Zje cię i nawet nikt nie zauważy. Zastanów się nad tym… – Pokiwał palcem przed jej zadartym nosem. – Życie u boku Świętej było ciężką harówką. Pracowałaś za trzech i nie dostałaś w zamian nawet podziękowania. Sama z ciebie skóra i kość. U mnie się to zmieni. Dostaniesz nową szansę. Pieniądze za pracę. Wszystko to, czego nie zapewniła ci własna matka…

– Jak pan śmie porównywać się do mojej matki?

– Uwaga, drobna niespodzianka. Ten sam świat, który okrzyknął twoją ukochaną mamusię świętą, rozszarpał ją na kawałki. – Malan wskazał nieruchome ciało Sophie zamaszystym ruchem ręki. – Właśnie tak się jej odwdzięczył za wszystko, co zrobiła.

Jego słowa ciążyły w powietrzu. Poppy krążyła spojrzeniem pomiędzy matką a sutenerem, coraz wyraźniejszym na tle gryzącego się z nocą poranka. Malan górował nad nią, wysoki i tyczkowaty, ubrany w długą czarną marynarkę i jedwabną koszulę. Tak nosili się najbogatsi. Jedwab, aksamit, czerwone hafty, długie skórzane buty, nawet w środku lata.

Wcześniej tylko raz w życiu widziała Julesa Malana – pijanego i obrzyganego.

Nie mogła z nim iść. Jakoś da sobie radę. Jakoś…

Odwróciła się z zamiarem puszczenia się pędem przed siebie. Nie zrobiła jednak nawet kroku, bo kontuzjowana noga się pod nią ugięła.

Ręce Poppy wbiły się w piach. Łokcie obdarły. Pył dostał się do oczu.

Malan kucnął. Tuż przed oczyma nastolatki pojawiły się zabłocone skórzane buciska.

– To brzydko odrzucać możliwość przetrwania i ratowania potrzebujących. – Zacmokał. – Twoja matka byłaby szczerze rozczarowana.

Panna Beaumont podniosła się do siadu. To tyle z ucieczki. Była zdana na łaskę i niełaskę największego okrutnika w Varis.

– Co odrzucam? – spytała cicho.

Malan wyciągnął zza pazuchy cygaro i opieszale je podpalił. Zaciągnął się tytoniowym dymem, po czym dmuchnął nim dziewczynie w twarz.

– Możesz dalej robić swoje, nic mi do tego. – Wzruszył ramionami. – U mnie zarobisz na swoje utrzymanie, dostaniesz jeść, będziesz miała gdzie spać. Co zrobisz z pieniędzmi, które ode mnie dostaniesz? Twoja wola. Możesz pomagać, komu ci się żywnie podoba. Jeśli uciekniesz, będziesz bezużyteczna.

Poranek ukazał Poppy wpatrujące się w nią brązowe oczy. Mętne spojrzenie przedzierało się przez opadające na smagłą twarz czarne strąki.

– Będziesz mi płacił? – upewniła się. – Tak naprawdę? I będę mogła zrobić z tymi pieniędzmi wszystko, co będę chciała?

Nie przeszło jej przez gardło to, o co naprawdę chciała spytać. Będzie bolało? Czy jeśli się nie zgodzę, zaciągniesz mnie tam siłą?

 – Dostaniesz nie tylko wypłatę. Nie tylko łóżko i swoją pościel, ale i własną sypialnię… – Wykrzywił usta w czymś, co mogłoby przypominać uśmiech. Poppy skupiła wzrok na złotym zębie. – To jak będzie? Obydwoje zyskamy.

Patrzyli sobie w oczy.

– Nie pójdę – powiedziała cicho.

Jules Malan wpatrywał się w nią długie sekundy. Poppy próbowała doszukać się w nim znaku złości, później rozczarowania, ale nie dostrzegła niczego podobnego. Bez słowa podniósł się i ruszył w stronę mostu.

Po kilku krokach zatrzymał się jednak i rzucił przez ramię:

– Do zobaczenia, mała Poppy.

Wpatrywała się w jego plecy. Oddalał się. Dał jej spokój, a mimo to nie odczuwała ulgi. Zostało jej iść do dusznego przytułku. Zawalczyć o jedzenie, ale bez Świętej już nikt nie potraktuje jej tak życzliwie. Nie lubili jej, patrzyli na nią z góry. Nazywali dziwadłem. Czy znajdzie się dla niej miejsce na zimnej posadzce? Znajdzie, to na pewno. Może nawet pozwolą jej zapracować na grubszy koc.

Tylko Pierwszy Erik wiedział, jak panna Beaumont rozpaczliwie pragnie uciec. Od przytułków. Widma matki. Od całego Varis.

Tylko jak miałaby to zrobić?

Podniosła się, zaciskając z bólu zęby, i otrzepała starą sukienkę. Da sobie radę, czyż nie? Święta nauczyła ją wszystkiego. Poradzi sobie. Przeżyje.

Pod Domem Uciech Julesa Malana pojawiła się trzy tygodnie później. Wygłodzona, słaniająca się na nogach, pobita.

Otworzył jej czarnoskóry mężczyzna i zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów.

– Świeże mięsko? – spytał.

Poppy przełknęła strach i kiwnęła głową.

Rozdział 2.

Sześć lat później

– Żeby cię tak potwór pożarł!

Poppy wcisnęła koleżance w dłoń liścik dla kuriera, we własną kieszeń cztery srebrne monety i wybiegła z Domu Uciech, ignorując złorzeczenie Cecile. No dobrze, może faktycznie podkradła z kuchni kilka okapi, ale przecież sama kroiła pomarańcze i suszyła je na słońcu! Miała do nich takie samo prawo jak pozostałe dziewczyny. Po co od razu krzyczeć? Gdyby Mari opędzlowała wszystkie, nikt nawet by nie pisnął. A Poppy zawsze dostawała po głowie.

Zresztą kto by się martwił słodyczami, skoro Jules właśnie rozdzielił comiesięczne kieszonkowe? Mina Poppy zrzedła na samą myśl. Cztery irwiny to psie pieniądze, ostatnio dostała pięć. Nie dyskutowała jednak z Malanem. Tylko raz próbowała to zrobić. Skończyło się tym, że zabrał jej całą wypłatę i chociaż waliła do drzwi jego pokoju dzień w dzień przez kolejne dwa tygodnie, niczego jej nie oddał. Okrutnik.

Ale już niedługo Poppy zwieje z tego miejsca. Zebrała już wystarczająco pieniędzy. Ucieknie daleko, jak najdalej od przybytku Malana. I będzie wolna. Wolna i najszczęśliwsza na świecie.

Przecisnęła się obok warzywnego straganu, chwytając w biegu czerwoniutkie jabłko. Ktoś nadepnął jej na stopę, mężczyzna targujący się ze sprzedawcą przypadkowo trzasnął ją dłonią w czoło, wiklina z kosza starszej kobiety zadrapała jej ramię i pozostawiła po sobie długi czerwony ślad, ale Poppy nawet się nie skrzywiła. Przyzwyczaiła się. Wąskie uliczki stolicy sprawiały, że mieszkańcy Varis byli ze sobą wyjątkowo blisko. Niezależnie, czy tego chcieli, czy nie.

Panna Beaumont potknęła się przez dziurę w zapadniętej kamiennej płycie i przeklęła tak siarczyście, że dwie idące przed nią młode kobiety odwróciły się i zmierzyły ją wzrokiem od góry do dołu. Zatrzymały dłużej spojrzenie na jej rozklejonych butach, na co Poppy wyprostowała się jak tyczka. Zasłoniła ręką dziurę w spódnicy i uśmiechnęła się jadowicie. Dopiero gdy oburzone panienki się odwróciły, poprawiła podeszwę. Nie pierwszy raz się przez nią potknęła i pewnie nie ostatni.

Wzięła głęboki wdech, po czym niemal w podskokach minęła te dwie pięknie ubrane jejmości. Nie będzie myślała o ich sukniach. Ani o tym, jakie mają piękne kolory… Róż! Jak Poppy kochała róż! A materiał wyglądał na tak miękki, lejący się, niczym jedwab. Nigdy nie miała okazji go dotykać, ale wyobrażała sobie, że to jak dotykanie nieba. Niebo musiało być tak gładkie… I te szerokie rękawy! Ostatni krzyk mody. Tak przynajmniej twierdziła Cecile.

Kupi sobie kiedyś taką sukienkę. Nie będzie w niej oczywiście chodzić na co dzień, bo to byłoby szaleństwo. Będzie ją zakładała w zaciszu własnej sypialni, oglądała się w lustrze, a potem chowała ją do skrzyni i wyciągała ponownie, jeśli zechce znów ją podziwiać.

Ścisnęła w pięściach sztywny materiał swojej brązowej spódnicy. No cóż, były w końcu na tym świecie ważniejsze sprawy od sukienek. Przynajmniej na tamten moment.

Poppy pozdrowiła dwie białe kury, które wydziobywały coś spomiędzy kamieni i głośno przy tym gdakały, najwyraźniej próbując przekrzyczeć całe to tłoczące się wokół nich ludzkie towarzystwo. Minęła karczmę, pod którą stało trzech mężczyzn o czerwonych nosach i mętnych spojrzeniach, długą kolejkę do rzeźnika… i oto stanęła przed pracownią zielarską.

Dzwonek nad drzwiami obwieścił nadejście klientki. Zapach rozmarynu utulił Poppy w samym wejściu, wypełnił nozdrza i zmusił do wzięcia głębokiego wdechu. Mocne sierpniowe słońce załamywało się przy witrynach i chyba wstydziło się tu zaglądać, ponieważ wewnątrz zawsze panował półmrok. Jeśli jednak promienie już dostały się do środka, z czułością gładziły porozkładane na kontuarze księgi, w których zielarz malował i opisywał wszystkie rośliny świata. Setki, a może tysiące fiolek poustawiane na wiszących półkach…

– Idę! Już idę!

Dziewczyna wyszczerzyła zęby na dźwięk drżącego głosu właściciela. Proszę, proszę! Nie musiała go nawet szukać tak jak ostatnio, gdy zaszył się na zapleczu i nie słyszał jej nawoływań.

– Dzień dobry, panie Carre! – krzyknęła melodyjnie, zapuszczając żurawia do jego najnowszych rysunków. – To famine, prawda?

Wskazała kwiaty o długich wywiniętych na zewnątrz płatkach. Zielarz zatrzasnął księgę na palcu klientki.

– No wie pan…

– Skąd panienka zna famine? – spytał, mrużąc powieki, a długie białe brwi zakryły mu oczy.

Skąd znała famine! Też pytanie.

– Znam wiele roślin. Matka się nimi pasjonowała. – Dziewczyna uniosła dumnie podbródek. – Famine wyglądają jak lilie, ale nocami lśnią na niebiesko. I tylko nocami kwitną. Dzięki nim można manipulować drugim człowiekiem. – Oparła łokcie na ladzie. – Myślał pan, że nic nie wiem i nie umiem, prawda? Zaskoczyłam pana?

Nieufność zniknęła z niewielkich oczu staruszka. Błysnęło w nich rozbawienie.

– Nie mów o tym za dużo. – Pogroził jej palcem. – Ludzie nie o wszystkim powinni wiedzieć. Oj, nie powinni. – Odłożył księgę na bok. – Co cię sprowadza?

Vincent Carre zacisnął wąskie usta, jeszcze bardziej pogłębiając w ten sposób ciągnące się od nosa po podbródek bruzdy. Poppy podejrzewała zielarza o to, że kłamał co do swojego wieku i wcale nie skończył wiosną siedemdziesięciu dziewięciu lat, tylko dziewięćdziesiąt siedem. To tłumaczyłoby te zmarszczki i białe jak śnieg włosy. W ogóle takie włosy to ciekawa sprawa! Czemu przestały rosnąć na czubku głowy, ale po jej bokach i w miejscu brwi rosły jak opętane?

Rozbrzmiał grzechot monety, która wylądowała na dębowym blacie. Obróciła się wokół własnej osi i upadła. Albo, jak widziała to Poppy: odtańczyła swój pląs i padła zmęczona na parkiet. Zabrakło tylko publiczności, która mogłaby bić brawo.

– Poproszę coś na poprawę apetytu. Wydaje mi się, że mały Edalf ma grobówkę. Wczoraj leciała mu krew z nosa. – Zaniepokojone spojrzenie dziewczyny napotkało spojrzenie Vincenta. – Więc coś na apetyt. A ma pan jeszcze syrop z czosnku?

Pan Carre pokiwał głową i już poruszył wielokolorową kotarą, żeby wyjść na zaplecze, gdy Poppy krzyknęła:

– A te czekoladowe cukierki co ostatnio?

Zielarz zacmokał i się odwrócił. Skupił uwagę na leżącej na ladzie monecie. Za mało na słodycze. Poppy o tym wiedziała.

– Dwa – powiedział po namyśle. – Jeden dla chłopca i jeden dla dziewczynki.

Panna Beaumont przytaknęła i pozwoliła sklepikarzowi odejść. Do jej uszu co jakiś czas docierało stukanie szkła. Pan Carre to dobry człowiek. Niewielu takich spotkała w swoim życiu.

Podeszła do okna i przejechała opuszką po szybie. Zdmuchnęła z niej kurz i skrzywiła się, bo chora noga zarwała potwornym bólem. Przebiegł po wszystkich stawach – od palców stopy po samo biodro. Panna Beaumont nie pamiętała, jak to było kiedyś, gdy noga jej nie dokuczała, a mimo to rwanie za każdym razem ją zaskakiwało.

Zerknęła na zakryte od zewnątrz okienne witraże. Jako mała dziewczynka zachwycała się oknami mieszkańców Varis. Witraże przedstawiające Pierwszą Trójkę przyozdabiały każdy dom, pyszniły się kolorami. Potem, po ostatniej wojnie, nakazano je usunąć, a jednak u pana Vincenta nie zniknęły, choć całkiem dobrze je zakrył. Trzy sceny ułożone z kolorowego szkła i trzy postacie. Pierwszy Erik i ci, do których nie wolno było się już modlić i o nich wspominać. Wojna wszystko zmieniła. Zabrała Raikijczykom nawet kolorowe szkiełka.

Usta dziewczyny poruszały się w słowach: Disha, Erik i Vaga. Disha, pierwsza bestia, o wielu ramionach, Erik, pierwszy człowiek, z rozpostartymi rękoma, i Vaga, pierwsza wiedźma, z Drzewem Prawdy na wyciągniętej dłoni.

Pierwsza Trójka. Ci, którzy stworzyli ich wszystkich.

Odwróciła wzrok. Nie powinna patrzeć. Nie wolno jej było nawet o nich myśleć. Teraz władze pozwalały modlić się tylko do Pierwszego Człowieka. Z trzech Wielkich pozostał tylko jeden.

Poppy nie powinna też wiedzieć, że na ścianie za fiolkami widniał wyryty symbol Pierwszej Trójki. Nie powinna wiedzieć, ale wiedziała. Nigdy jednak tam nie podchodziła. Nigdy.

Gdyby jakiś strażnik to zobaczył, skazaliby staruszka na śmierć.

Och nie. Jeszcze za mało schowane. Przyjdzie strażnik albo jakiś podły człowiek i stracą pana Vincenta… Złapała się za gardło. No do śmierci pana Carre nie dopuści!

Podeszła szybko do półki i przestawiła fiolki, aby jeszcze bardziej zasłaniały znak, po czym wróciła do okna. Zebrany w wąskich alejkach tłum gęstniał. Straganiarze sprzątali swoje stoiska, przechodnie parli przed siebie, bez pardonu wdeptywali w kałuże, zbyt zaabsorbowani dyskusjami, żeby zauważyć plamy z błota na spodniach i rąbkach sukienek. Bogaci w jedwabiach i biedniejsi w wykrochmalonych ubraniach, niemal eleganccy. Wszyscy zmierzali zgodnie ku Placowi Ratuszowemu. Tylko po co?

Ach, przecież lato powoli się kończyło! Nadszedł czas na festiwal na cześć wysokiego oficjela, prawej ręki cesarza, Andre Allarda. To jemu zawdzięczali koniec wojny, bo właśnie on schwytał Josepha Ranulfa, Ojca jednego z raickich klanów bestii. Egzekucja, darmowe okapi i kapryśny poncz, który mieszkańcy będą pić litrami, żeby później cierpieć przez kaca. Raika co rok przez dwa dni czci swojego wspaniałego wyzwoliciela, a Poppy co rok zapomina o tej uroczystości. Może dlatego, że nie przepada za oglądaniem śmierci. Nawet śmierci bestii.

Dziewczyna podskoczyła na dźwięk dzwonka. Od ścian odbiły się niepewne kroki. Poppy zacisnęła zęby na widok młodej kobiety. Ciemnozielona jedwabna peleryna powiewała przy najmniejszym ruchu właścicielki, a pod nią odznaczał się zdobiony czerwonymi haftami gorset. Odsłaniający jasne ramiona dekolt i wąskie, niemal przezroczyste rękawy, kończące się dopiero na palcach dłoni, nadawały kreacji lekkości. W ciasno spiętych brązowych włosach nowo przybyłej panna Beaumont dostrzegła perły.

Gdy spojrzenia klientek się spotkały, Poppy się wyprostowała i poprawiła rękaw pożółkłej, niegdyś białej koszuli. Wygładziła brązową spódnicę, natrafiając na tę okropną dziurę, którą już dawno miała zacerować! Utknął jej w niej palec.

Policzki zapiekły ją ze wstydu, ale mimo to uprzejmie skinęła głową nieznajomej. Wymusiła uśmiech, po czym na powrót odwróciła się do okna.

Nastała krępująca cisza. Poppy niby patrzyła przed siebie, a jednak nic nie widziała. Mogła tylko myśleć o tym, że tuż za nią stoi kobieta w pięknej sukni i nikt nic nie mówi. Niech pan Carre już wróci. Niech ktoś coś wreszcie powie!

– Bardzo ładna peleryna – wypaliła, odwracając się do nowo przybyłej. – Wybiera się pani na egzekucję?

Twarz kobiety stężała. Nieznajoma uciekła wzrokiem i zagryzła wargę.

– Ja… Ja nie…

– Ach, nie lubi pani? – Usta Poppy rozciągnęły się w uśmiechu. – To jak ja! Nienawidzę tego. Wie pani, to palenie żywcem, krzyki, obdzieranie ze skóry… – Otrząsnęła się. – To dla mnie za dużo. Potem śnią mi się koszmary.

Podeszła do lady, udając, że nie zauważa, jak kobieta przygląda się nodze, na którą Poppy kuleje.

– Tak, dla mnie też… – odparła słabo nieznajoma i wlepiła sarnie oczy w ustawione w stosik księgi zielarza. – Wojna nam wszystkim tak wiele zabrała. Po co nadal o niej przypominać?

Panna Beaumont zamrugała, jak gdyby dopiero teraz obudziła się ze snu. Po co o niej przypominać?

– Bestie odebrały nam tak wiele. – Głos Poppy przybrał na sile. – Mordowały, ciała porzucały przy drodze. Wywołały wojnę, a teraz ponoszą konsekwencje. Musimy o tym pamiętać. Musimy, bo inaczej znów popełnimy te same błędy.

Kobieta wyciągnęła chusteczkę z maleńkiej czarnej torebki, której Poppy wcześniej nie zauważyła, i przycisnęła ją do ust. Odchrząknęła, a jej policzki poczerwieniały.

– Tak – szepnęła. – Ma pani rację. Cześć i chwała naszym wybawicielom. – Schowała chustkę. – Naszemu cesarzowi, Andre Allardowi i wszystkim, którzy chronią nas przed bestiami.

Mówiła z wyuczoną manierą, bezbarwnym tonem, z przyklejonym do ust uśmiechem.

Obydwie wiedziały, że powiedziała zbyt wiele. Gdyby był tutaj ktoś ze Straży, to jedno Po co o tym przypominać? wystarczyłoby, żeby uznać ją za sojuszniczkę bestii i stracić.

W Zjednoczonej Raice można było mordować, kraść i gwałcić, a i tak przy odrobinie szczęścia uszło się z tego cało. Wystarczył jednakże jeden znak, że współpracuje się z bestiami, a jeszcze tego samego dnia traciło się głowę.

– Cześć cesarzowi – mruknęła niepewnie Poppy. – Wie pani, ja…

Zamilkła. Nie. Ani słowa o tym, jak ze Świętą zszywały rany żołnierzy, którzy tak często byli powołanymi do wojska zwykłymi ludźmi. Ani słowa o ciałach, które zbierały z drogi, bo inni bali się podchodzić w okolice Parku Morderców, żeby zabrać stamtąd zwłoki bliskich i należycie ich pochować. One to robiły.

– Tak? – ponagliła ją kobieta.

Poppy ledwie przypomniała sobie, że zaczęła coś mówić, kiedy pan Carre wpadł do pomieszczenia. Po drodze zaplątał się w wiszącą w drzwiach kotarę, omal się nie przewrócił, wreszcie postawił na ladzie kosz. Słój ziół do naparu – na apetyt. Syrop z czosnku i cztery, a nie dwie czekoladki! Poppy spojrzała na niego znacząco, ale on tylko machnął ręką.

– Panienka ich ode mnie pozdrowi – powiedział i dopiero przeniósł spojrzenie na nieznajomą. – Och, pani Gion! – Wyprostował się i poprawił starą wełnianą kamizelkę. – Bardzo przepraszam, że musiała pani czekać.

Pani Gion pokręciła z zakłopotaniem głową, dając mu znać, że nie szkodzi.

– To ja już pójdę. – Poppy założyła koszyk na ramię. – Dziękuję panu bardzo. Kosz odniosę. Nie tak jak ostatnio, że po dwóch tygodniach. Przepraszam za tamto. Przyniosę go prędzej. – Zrobiła dwa kroki ku wyjściu, ale cofnęła się jeszcze do pani Gion. – Pięknie pani w zieleniach. Wygląda pani jak nadzieja. Alior!

I już wypadła na zewnątrz. Nadziei sama potrzebowała, żeby przetrwać ten dzień. Dom Fatanów mieścił się przy samym Placu Ratuszowym. Czekały tam na Poppy kolorowe ornamenty, gwar tłumów, darmowe przekąski i śmierć.

Szła dość szybko, tuż przy budynkach, cały czas powtarzając „przepraszam”, choć częściej „z drogi!”. Zrobiła szybkie zakupy – troszkę chleba, dwie kurze nogi, kilka ziemniaków, marchewkę i smalec. Dzieci za słabo jadły, skoro przestały być odporne na choroby. Musiała coś z tym zrobić. Tylko co? Dużo wydawała na ich naukę, w końcu jedzenie i wykształcenie to podstawa. Bez szkoły nie znajdą porządnej pracy, a za edukację trzeba płacić. Nie będą takimi tłumokami jak ona. Dlatego musiała wybrać – albo oni, albo wolność.

Dopóki sami nie mogli o siebie zadbać, ona musiała to robić.

Przeciskała się między ludźmi. Nad ich głowami powiewały błękitno-czerwone flagi, a po Placu niósł się śpiew:

Siedziała Vaga pod prawdy drzewem,

Rzekę wypłakiwała.

A wraz z tą rzeką i wielkim gniewem,

Życie swe oddawała.

Poppy nie patrzyła w stronę znajdującej się pośrodku Ratuszowego Placu sceny, choć pewnie stały na niej straże, które wytężały wzrok w poszukiwaniu śpiewaczki. Przeciwnicy władzy zawsze pojawiali się na festynie. Zawsze śpiewali tę samą piosenkę. I jeszcze nikt nigdy ich za to nie złapał.

Dziewczyna bezwiednie zanuciła pod nosem balladę i prędko minęła rozbity pomnik Pierwszej Trójki. Przyprawiał ją o dreszcze. Kiedyś stały tam trzy posągi. Teraz został jeden.

Ostatnia wojna wiele zmieniła.

Disha nad śmiercią siostry szlochała.

Kto zrobił coś takiego?

Winnego u bram królestwa czekała.

Kto zatruł święte drzewo?

Vaga, Disha i Erik. Legenda głosi, że panowali nad Eriastem całą wieczność, aż do Wielkiej Wojny, która miała miejsce tysiąc lat temu. Wtedy Pierwsza Trójka zginęła.

Mimo to ludzie i bestie oddawali jej cześć. W kraju Poppy w oknach trwały kolorowe witraże z ich wizerunkami. Na ścianach malowano symbolizujące ich znaki. A jednak kilka lat temu w Zjednoczonej Raice wybuchła kolejna wojna, która pożarła kraj. Ludzie zaatakowali bestie, bestie zaatakowały ludzi. Wtedy pomnik został zburzony. Pozostawiono tylko Pierwszego Erika – człowieka.

Panna Beaumont utkwiła spojrzenie w swoich szmacianych butach. Podeszwa klapała przy każdym kroku. Wierzchni materiał już się przetarł. Lada moment zrobi się dziura na palcu. Pieniądze. Poppy za mało zarabiała. Najmniej ze wszystkich.

Skręciła w ciemną i pustą uliczkę, jakich w Varis pełno. Pomiędzy wysokimi sąsiadującymi budynkami ktoś przeciągnął sznurki i rozwiesił pranie. Stare zacerowane galoty, kilka par skarpet i portki poruszały się na wietrze. Dziewczyna kucnęła, żeby pogłaskać burego bezdomnego psa, którego dokarmiali mieszkańcy Ulicy Pierwszego Erika. Szkoda tylko, że Erik chyba niezbyt zajmował się żyjącymi tutaj ludźmi.

Trzy schodki i Poppy już pukała do starych obdrapanych drzwi. Chwila oczekiwania, a w pękniętej szybie pojawiła się para jasnoszarych oczu.

– Jak Edalf? – spytała panna Beaumont, pokonując skrzeczące pod jej ciężarem stopnie.

Pięła się na piętro za nastolatką, prosto ku ich mieszkaniu. Każdorazowo, gdy się tu pojawiała, musiała sobie na nowo przypominać, że nie zastanie całej piątki. Zimna grypa zabrała dzieciom oboje rodziców i maleńką siostrzyczkę, a Poppy straciła jednych z niewielu życzliwych jej ludzi.

– Jest blady – odpowiedziała podążająca za nią Ara. – I ciągle tylko leży i każe sobie parzyć herbatę.

Herbatę. Dzieci pojęcia nie miały, że Jules ukręciłby Poppy łeb, gdyby się dowiedział, że wyniosła herbatę – najekskluzywniejszy napój, jaki kupował dla swoich pracowników.

Wpadła do niewielkiej izby na poddaszu i od razu machnęła przed nosem dłonią.

– Przewietrzyć! Śmierdzi tu jak w stajni! – zarządziła i pootwierała małe drewniane okienka, po czym dopadła do łóżka, na którym leżał jedenastoletni Edalf. – I to by tłumaczyło twój wygląd. Wyglądasz, jakby cię koń w głowę kopnął.

Chłopiec uśmiechnął się, ukazując szparę pomiędzy przednimi zębami, ale gdy Poppy przyłożyła mu dłoń do czoła, szybko spoważniał.

– Mam to, co mama? – spytał. – Też umrę?

– Bzdury! Już byś chciał umierać! Nie ma tak łatwo. – Złapała jego pucołowaty policzek pomiędzy dwa palce. – Przeziębiłeś się i dramatyzujesz. Siadaj, zjesz syropu.

– Tego paskudnego? – Uniósł się na łokciach. – Bo jak tak, to chyba jednak wolę umrzeć.

Poppy pstryknęła go w czoło.

– Uważaj, Pierwszy Erik czasem spełnia życzenia.

– Twoje kiedyś spełnił?

Dziewczyna przechwyciła od Ary łyżkę i odmierzyła dawkę syropu. Przełknęła gulę w gardle i wcisnęła lekarstwo w Edalfa, sprawnie ignorując jego pytanie.

Owszem, kiedyś spełnił.

Syrop, parzenie naparu w pękniętym dzbanku, zupa na kurzych nóżkach i kilka kanapek ze smalcem. Świeży chleb aż miło chrupał, gdy dzieciaki go pałaszowały. Poppy wyniosła z Domu Uciech nie tylko okapi, które jej podopieczni od razu pochłonęli, ale też tę nieszczęsną herbatę, którą pili litrami.

– Najedzeni? Napici? Zadowoleni?

Jej pytanie zbiegło się z biciem ratuszowego dzwonu. Zaraz egzekucja. Panna Beaumont tym razem nie zostanie dłużej z dziećmi.

Zdjęła fartuch, otrzepała ręce i jeszcze raz sprawdziła, czy chłopiec nie ma gorączki. Przykryła go szczelniej wełnianym kocem, który sama dla niego wydziergała. Wyliże się. Trzeba tylko czasu.

– Dzisiaj nie było lekcji? – spytała Arę. – Wyglądasz na niedouczoną.

Dziewczynka pokręciła jasną głową, przez co Poppy dostrzegła kołtun w rzadkich włosach. Przyciągnęła Arę do siebie i zaczęła go rozplątywać.

– Nie będzie, dopóki trwa festyn – powiedziała dziewczynka. – Tylko…

– Tylko co? – spytała Poppy, ale zaraz zrozumiała. Rozplątała kołtun i odwróciła Arę do siebie. Wcisnęła jej w dłoń irwina. – Zapłać za ten miesiąc. Mówiłam przecież, że nikt was nie wyrzuci ze szkoły. A wiecie, że jestem honorowa i słowa nie łamię. Wy macie się uczyć. Resztą się nie martwcie. – Ujęła w dłonie blade policzki Ary i ucałowała ją w czoło. – Niedługo znów przyjdę. Macie jeść, nie wychylajcie się i niech was Pierwszy Erik broni przed chodzeniem na egzekucję, jasne?

Obydwoje przytaknęli.

Poppy stanęła jeszcze w progu. Za każdym razem trudniej jej się od nich wychodziło.

– Pod okienkiem leżą jeszcze cukierki. Z pozdrowieniami od pana Carre – dodała i zamknęła za sobą drzwi, udając, że nie słyszy okrzyków radości.

Ciepły wiatr owiał jej twarz, gdy wybiegła na zewnątrz. Odgarnął jej z oczu blond kosmyki, które zdążyły uciec z długiego warkocza. Dziewczyna zagarnęła je za uszy i ruszyła ku Placowi. Dzisiaj dzieciaki, jutro trzygodzinny dyżur w przytułku i opatrywanie ran, następnego dnia miała dostarczyć kolejną partię swetrów i skarpet, a nie zdążyła jeszcze wszystkich wydziergać…

To wszystko wiedźma, to bestii wina

Człowiek bogów umęczył

Jednego otruli, drugiego wygnali

Trzeci ich wszystkich wyręczył.

Trzeci ich wszystkich wyręczył. Poppy zanuciła jeszcze raz ostatnią linijkę. Nigdy nie rozumiała sensu tych słów. W czym wyręczył ich trzeci bóg? Sam odebrał sobie życie? I który z nich to był? Skoro Vagę otruli, jeden z bogów uciekł… Który sam się zabił? Pierwszy Erik czy Disha?

Panna Beaumont pokręciła głową, gdy długowłosy mężczyzna podstawił jej pod nos kufel kapryśnego ponczu. Chciała tylko wydostać się z Placu. Tłumy sprawiały, że skóra swędziała ją od środka.

Zewsząd docierały do niej podekscytowane szepty: „Podobno mają jakąś kobietę. Chodziła bezkarnie po naszych ziemiach”. „A widziałeś, że najwyższy oficjel przyjechał złotym powozem? Słowo! Szczere złoto!”.

Podeszwa znów się podwinęła. Poppyspróbowała złapać równowagę, ale tłum ją przepchnął i powalił na ziemię. Drobinki piasku wbiły jej się we wnętrza dłoni. Przeklęte buty!

Może to ten gwar, może obawa o dzieci, a może bolące ręce, ale pannie Beaumont zabrakło siły, by się podnieść. Wpatrywała się w ziemię przed sobą, dopóki przed jej nosem nie pojawiła się dłoń.

Starszy mężczyzna o długiej siwej brodzie uśmiechnął się do niej życzliwie. Ach! W końcu jakaś dobra dusza! Poppy od razu wyszczerzyła zęby, chwyciła staruszka i się podniosła.

– Dziękuję, bardzo pan miły – świergotała. – Mam problem z podeszwą, wie pan? Ciągle mi się podwija. W ogóle nie mogę chodzić. Znaczy mogę, ale wie pan, dopóki się nie wywrócę, a dzisiaj to już drugi raz!

Jej spojrzenie prześlizgnęło się z dobrotliwych niebieskich oczu na podartą koszulę, a z niej na schodzone spodnie. Zatrzymało się zaś na wystającej z kieszeni czerwonej tkaninie.

Cofnęła się.

Czerwone opaski nosiły bestie.

Zaciskała i na nowo prostowała dłoń, którą bestia przed chwilą trzymała w uścisku.

Dotknął jej. Dotknął, narażając na śmierć.

Głos uwiązł jej w gardle, choć chciała krzyczeć. Straże! Gdzie straże? Czemu nikt…

– Idź już, szybko – szepnął i pchnął ją dalej.

Miejsce, którego dotknął, paliło.

Poppy odwróciła się, ale zniknął w tłumie.

Omal znów nie upadła przez przeciskających się ludzi. Każdy chciał znaleźć się jak najbliżej sceny. Nic innego ich nie obchodziło.

Zmusiła się do ruszenia przed siebie. Ktoś na nią wpadł i wylał jej na sukienkę poncz. Poppy jednak nie poświęciła temu ani sekundy uwagi. Mokra i lepka plama na piersi była niczym w porównaniu ze spotkaniem z bestią.

To wszystko wiedźma, to bestii wina

Człowiek bogów umęczył

Więc kiedy wreszcie nadejdzie chwila

Bóg się im wszystkim odwdzięczy.

Oby tylko nikt jej nie zatrzymał. Oby nikt tego nie widział. Pierwszy Erik, do którego nigdy się nie modliła, mógłby okazać jej ten jeden raz łaskę.

Rozmawiała z potworem. Dotknęła go.

Nie pamiętała, jak dotarła do Domu Uciech. Z sercem w gardle pokonała trzy schodki i dopadła do czerwonych drzwi.

Wewnątrz panował niemniejszy gwar niż na ulicach. Skoczna muzyka i głośne rozmowy. Pracownicy świętowali dzień wypłaty przed wieczorem, a tym samym pojawieniem się licznych klientów. Z sali zabaw co i raz docierały do Poppy wybuchy śmiechu.

Stanęła na klatce schodowej. Nie miała siły unieść nogi, by wspiąć się po stopniach na piętro.

Była już bezpieczna? A jeśli ją śledzili? Śledzili ją i po nią przyjdą? Zabiją ją na tej okropnej scenie na oczach pijanego tłumu?

Zamrugała, żeby odgonić mgłę, którą zaszły jej oczy. Matka byłaby nią rozczarowana, gdyby tylko wiedziała, że Poppy uciekła jak ostatni tchórz. Uciekła, zamiast chronić ludzi przed potworem. Uciekła!

– Zejdź mi z drogi, kuternogo! – Mari przepchnęła się obok i obrzuciła Poppy zniecierpliwionym spojrzeniem. – Co tak stoisz i się gapisz? Pan Lavigne czeka na ciebie przeszło kwadrans!

Pan Lavigne? Niemożliwe. Nigdy nie przychodził poza grafikiem.

– Nie był na dzisiaj umówiony – wykrztusiła Poppy.

– No i? – Mari odgarnęła z twarzy gęste brązowe pukle. – Masz dyżur, to czekasz! Nasz klient, nasz pan… – Zlustrowała Poppy i się skrzywiła. – Nigdy nie zrozumiem, dlaczego oni do ciebie przychodzą. Wyglądasz jak prosię.

Poppy odruchowo sięgnęła do zakurzonej spódnicy, ale powstrzymała się od wytrzepania jej w obecności Mari. Plamy z ponczu i tak nie udałoby się zakryć. Zamiast tego bez słowa wspięła się na piętro. Prosto do pokoju, w którym czekała na nią praca.

Pan Lavigne przynajmniej był miły.

Rozdział 3.

Bleu LeClair zważył w dłoni złotą broszkę i zawrócił. Podszedł na palcach do witryny, uważnie stąpając po uginających się pod stopami deskach, i uchylił drzwiczki. Skrzypienie zabiło ciszę, przez co znieruchomiał i nadstawił ucha.

Nikt nie nadchodził.

Wcisnął rękę na sam tył mebla i chwycił ciężką drewnianą szkatułę. Zdmuchnął kurz z wieka i przejrzał zawartość. Na samym dnie znalazł dwa zapewne zapomniane przez właścicielkę kolczyki. Powędrowały do kieszeni za dużych spodni i już miał odłożyć pudełko… Otworzył je jednak ponownie.

Chwycił bransoletkę z trzema zielonymi kamykami. Wyglądały jak Święte Kamienie. Może to te?

Złapał jeden pomiędzy palce. Nie musiał długo czekać. Syknął, gdy ten się nagrzał i go poparzył. No i zaczął lśnić. Czyli święte! Wyciągnął z kieszeni pogniecioną chusteczkę i zawinął w nią najnowszy nabytek. Teraz miał już wszystko.

Odstawił szkatułę na miejsce i wyszedł z pokoju. Ślina nagromadziła mu się w ustach przez rozchodzące się zapachy. Zasmażone pomidory z solą i tymiankiem, grillowane azury…

Za drzwiami przylgnął do ściany, zlewając się z nią. Służąca przeszła obok. Nie zauważyła go. Oczywiście, że nie. Nuciła pod nosem piosenkę, której melodię Bleu z miejsca podłapał.

Precz z bestialstwem, precz z potworami. Nie mają one władzy nad nami, podśpiewywał, zmierzając pospiesznie ku klatce schodowej. Zbiegł w dół, minął absurdalnie długi korytarz, obiegając wzrokiem powieszone na ścianie olbrzymie portrety brzydkich, nadętych ludzi. Przemknął obok kuchni, zatrzymał się na sekundę, żeby wciągnąć do płuc te piękne zapachy, i dostał się do tylnych drzwi.

Naciągnął na oczy beret i wyszedł na podwórze. Jego wzrok spoczął na ogrodniku.

– Lato się powoli kończy. – Bleu wskazał zielone krzaczki. – Nie zmarnieją?

Młody chłopak wytarł pot z czoła, zostawiając na nim czarną od ziemi plamę, i zmrużył podejrzliwie powieki.

– Wie pan, że mają w chałupie szczury? – spytał Bleu, zanim tamten zdążył cokolwiek z siebie wykrzesać. Urwał źdźbło trawy i zagrał na nim szybką melodię. – Taki pałac, a szczury się zbiegły. Przyszedłem pułapki nastawić. To co z tymi badylami? Po co je sadzić na zimę?

– Na jesień – odpowiedział chłopak i wrócił do pracy. – Wrzosy można sadzić na jesień.

Bleu pozwolił sobie na kilka słów uznania dla pracy ogrodnika, po czym wolnym krokiem opuścił posesję. W kieszeniach zalegał ciężar biżuterii, a na barkach satysfakcji. Tym bardziej droga powrotna do miasta wcale mu się nie dłużyła. Grał na trawie, dziękował drzewom za cień, krocząc w tunelu stworzonym dzięki ich rozłożystym konarom. Gdy piaszczysta droga zmieniła się w wybrukowaną, a otaczające go do tej pory pola w wysokie i wąskie budynki, Bleu przystanął i zmierzył wzrokiem wypełnioną mieszkańcami ulicę. Varis przypominało jeden wielki stragan. Stoiska zajmowały wszystkie główne aleje miasta, niezależnie od tego, jak ważni ludzie by tam nie mieszkali. Różniły się tylko towary, jakie na nich sprzedawano.

To było w stolicy najpiękniejsze – gwar, tłok, liczne bijatyki. Grillowana wieprzowina, świeże ryby, kurz. Bleu oblizał wargi na widok mężczyzny pałaszującego azurową łąkę. Jego matka pielęgnowała azury w ogrodzie. Samodzielnie zrywała je, gdy wielkie jak głowa kwiaty zakwitły na fioletowo, i nie pozwalała służbie grillować chleba, bo uważała, że tylko ona wie, jaki będzie idealny. I faktycznie taki był. Układała na nim słodkie azury, polewała je sosem i wołała wszystkich do ogrodu. Siadali przy jednym stole całą rodziną wraz ze służbą i przez chwilę wszystko było idealne.

Było, minęło.

Uśmiechnął się do siebie smutno, a jego wzrok padł na dwóch mężczyzn w żółtych mundurach. Skłonił się w pas.

– Panowie! – Zasalutował. – Z całego serca dziękuję wam za służbę naszemu krajowi. Gdyby nie wy… – Położył sobie dłoń na piersi. – Nawet nie chcę myśleć, co bestie mogłyby zrobić z naszą piękną Raiką.

Strażnicy popatrzyli po sobie i zaśmiali się głupkowato.

– Od tego jesteśmy. Alior!

– Alior! – odpowiedział, skinął im i szybciutko wtopił się w tłum.

Alior, jasne. Na pewno nie życzył im niczego dobrego.

Odnowione po wojnie, pachnące jeszcze nowością budynki prężyły swoje fronty i podstawiały przechodniom pod nos sklepowe witryny, za którymi kryły się jedwabiste marynarki i koszule. Bleu przystanął przy jednej. Im więcej czerwonego haftu, tym droższe.

Czerwień – nowy ulubiony kolor jego rodaków. Symbol przelanej na wojnie ludzkiej krwi.

Przyjrzał się sobie w szybie. Wcisnął w spodnie koszulę, która zdążyła z nich uciec, i poprawił zapięcie szelki. Naciągnął mocniej beret na złociste loki i odwrócił się do nadjeżdżającej bryczki. Na widok ślicznej panny uśmiechnął się szeroko, a dziewczyna przesłała mu całusa.

To było właśnie jego Varis!

Miasto pulsowało życiem, w końcu festyn trwał w najlepsze. Bicie serca stolicy czuć było na każdym kroku. Bleu chwycił kufel darmowego ponczu i wypił go łapczywie. Jasnopomarańczowy napój spłynął mu po brodzie i wsiąkł w białą koszulę. Złodziej wytarł twarz rękawem i odstawił naczynie na tacę. Jedyny pożytek z tego świętowania to darmowe jedzenie i napitek.

Przeszedł przez trawnik, aby minąć ludzi tłoczących się przy stołach zastawionych suszonymi pomarańczami, które niektórzy nazywali okapi, i wbiegł po schodach na most łączący rozdzielone przez rzekę miasto. A most jak zawsze wypełniali artyści. Na klepisku piętrzyły się ich dzieła – rzeźby, obrazy, instrumenty. Niski, korpulentny malarz z gęstym wąsem pod nosem niemal rzucił się na Bleu z obrazem, na którym wdzięcznie prężyła się jego muza. Chłopak przystanął i pokiwał z uznaniem głową. Piękna ta muza. I zupełnie bez ubrań.

Pokazał malarzowi, że ma puste ręce. Choćby chciał, nie powiesi jej sobie na ścianie.

Ledwie zrobił krok, drogę zaszedł mu skrzypek. Zagrał skoczniej, a Bleu obrócił się kilka razy w miejscu i wrzucił mu do kapelusza miedzianego terata. Mało, ale niech ma.

Im dalej jednak szedł, tym bardziej tłum się przerzedzał. Most, od wieków nazywany Mostem Artystów, emanował radością, na którą Bleu nie mógł liczyć po jego drugiej stronie.

Przy końcu znów zbiegł po schodach i wszedł na pustą ulicę. Odnowione budynki zniknęły. Błyszczące we włosach perły, skórzane buciska i aksamitne szaty zostały zastąpione zakurzonymi szmaciakami i brudnym odzieniem. Niech to jednak nikogo nie zmyli. To jeszcze nie najsmutniejsza dzielnica Varis.

Stolica w końcu mogła się poszczycić własnym piekłem.

Bleu nie poświęcił ani jednego spojrzenia żebrzącym dzieciom, próbującym sprzedać swoje ciało mężczyznom i kobietom, uwieszającym się na nim i obnażającym swoje wdzięki lub ich brak. Parł przed siebie ze wzrokiem utkwionym w barykadzie. W barykadzie, za którą mieściło się Miasto Potworów.

Bestie od ludzi odgradzał wysoki mur. Na jego szczycie rozsypano potłuczone szkło. Każdego dnia pilnowały go dziesiątki strażników, ale na jego szczęście trudno znaleźć pięćdziesięciu absolutnie lojalnych ludzi.

Pół mili. Tyle musiał przejść, żeby znaleźć opuszczony budynek, dostać się do niego i włożyć wysłużony żółty mundur. W tym domu od lat nikt nie mieszkał. Gdy Bleu trafił tu po raz pierwszy, w sypialni znalazł rozkładające się ciała dwójki ludzi. Leżeli razem na łóżku. Nie zlokalizował w pobliżu strzelby, więc uznał, że się otruli. Nie wiedział tylko, czy przed wojną, czy po.

Pochował ich w ogródku. Pewnie nie chcieliby, aby wynosił ich daleko od domu.

Przejrzał się w wiszącym na ścianie pękniętym lustrze. Wygładził pognieciony na piersi materiał i naciągnął na włosy sztywną czapkę, w której czuł się jak dureń. Może przez ten daszek.

Wyszedł.

Szedł pewnie. Pewność siebie jest najważniejsza.

Kolejne pół mili, kilka pozdrowień. Strażnicy go mijali. Brali za jednego z nich.

– Cześć cesarzowi i Andre Allardowi!

– Niech żyją!

Derby, wysoki i tyczkowaty, stał oparty o mur tuż przy jednym z kilkunastu wejść i grzebał w zębach. Żółty mundur kontrastował z jego czekoladową skórą, a gęste sprężynki na głowie podskakiwały przy najmniejszym ruchu. Ten chłopak wiecznie się z czegoś cieszył. Na widok Bleu też się rozpromienił, jak gdyby zobaczył muzę z obrazu malarza.

– Zeszło ci – szepnął i klepnął Bleu w plecy. – Już myślałem, że cię dopadli.

– Niemożliwe – odparł złodziej i wyciągnął z kieszeni drogocenności. – Kolczyki i broszka. Samo złoto. Ile?

– Dwa irwiny.

Bleu parsknął.

– Żartujesz? – Machnął ręką tak zamaszyście, że aż wypadła z niej chustka. Bransoletka ze świętymi kamieniami wylądowała na ziemi. – Dwa irwiny za czyste złoto?

Derby utkwił spojrzenie w bransoletce.

– Trzy, jeśli dorzucisz mi to. Bona byłaby zachwycona.

Już wyciągnął po nią rękę, ale Bleu schował chustkę z bransoletką do kieszeni.

– Nie jest na sprzedaż – powiedział. – Musisz podarować swojej Bonie coś innego.

Jego przyjaciel westchnął cierpiętniczo i kopnął niewidzialny kamyk, ale jego rozczarowanie trwało może trzy sekundy. Zaraz znów suszył zęby.

– Bleu, cały jesteś na sprzedaż. – Szeroki uśmiech odsłonił braki w uzębieniu. – Taka dola. Dobra, trzy irwiny. Znamy się od stu lat, więc niech będzie.

Znali się od czasów, w których Bleu wstąpił do straży. Sądził, że obydwaj byli wtedy młodzi i głupi, a jednak Derby był mądrzejszy, skoro pozostał człowiekiem.

– Słyszałeś, że złapali ostatnio jakąś dziewczynę? – dodał z przejęciem strażnik. – Aż mnie mdli na myśl o tym, co jej zrobią. – Zniżył głos. – Wydostawała się tak, jak ty. Teraz szukają tego, który ją wypuszczał.

– Jestem ostrożny.

– Tak, wiem, że jesteś. – Derby klepnął go w pierś. – Ale to coraz bardziej niebezpieczne. I dla ciebie, i dla mnie. Wiesz o tym?

Patrzyli sobie w oczy, dopóki Bleu nie uniósł dłoni wnętrzem ku górze. Derby pokręcił ze zrezygnowaniem głową i położył na niej trzy srebrne monety. Biżuterię schował do kieszeni. Otwierał usta i je zamykał. Otwierał i znów zamykał. Zbierał się, żeby coś powiedzieć.

– Chcą mnie przenieść – wydukał wreszcie. – Nie patrz tak na mnie, to dobra oferta. Wiesz, że tego nie popieram – dodał niemal płaczliwym tonem. – Gdyby to zależało ode mnie, tego muru by nie było. Ale nie zależy… – Wskazał brodą chustkę, którą Bleu chował do kieszeni, i uśmiechnął się blado. – Któraś w końcu skradła ci serce?

Bleu zignorował jego słowa, poprawił mundur i stanął przy przejściu, a Derby zrozumiał to nieme żądanie. Zawsze rozumiał i nigdy się nie gniewał, nawet gdy Bleu zasługiwał na czyjąś złość.

Klucze zabrzęczały.

– Ach, twój wuj znów był – dodał strażnik.

Niech to szlag! – pomyślał Bleu.

– Stary dureń – wycedził. – Pogoniłeś go?

Derby przewrócił oczyma i przygryzł dolną wargę. Podreptał chwilę w miejscu, wygładził mundur na piersi, aż wyrzucił:

– Nie wiem, może… – Uniósł ręce w akcie bezradności. – Napisz mu list. Przekażę. Kilka słów o tym, że żyjesz i masz się dobrze. Mnie nie chce słuchać.

– Nie ma mowy – odparł LeClair. – Wpuść mnie.

Dyskusja się skończyła. Żadnego kontaktu z wujem. Stary powinien zrozumieć to, co zrozumieli już wszyscy inni. Jeśli ktoś żył za murem, to jakby już nie żył.

Derby też to wiedział. Dlatego nie ciągnął tej dyskusji, tylko przekręcił klucz w zamku.

– Przemyśl to jeszcze – powiedział cicho. – Alior.

Bleu mu skinął i po przejściu od razu skręcił. Z jednej ulicy w drugą. Każdą węższą i ciemniejszą od poprzedniej. Varis przypominało labirynt. Jak gdyby stąd naprawdę nie było wyjścia. Miasto Potworów było jego częścią, choć tak wielu o tym próbowało zapomnieć.

W tej okolicy można było co najwyżej natknąć się na kulawego psa albo pijaczynę, który zbłądził. Mało kto podchodził tak blisko muru jak Bleu. Zbyt wiele razy strażnicy urządzali sobie zabawy i dręczyli niczemu winne bestie. Nie wszyscy byli okrutnikami, lecz wciąż bezpieczniej było trzymać się centrum. Nie oddalać od domów i fabryk.

Mężczyzna wślizgnął się przez lufcik do kolejnego opuszczonego domu i dopiero odetchnął. W Varis znalazłby wiele niczyich domów. Gdyby w każdym z nich zakwaterować bezdomnego, ludzie nie spaliby na ulicach. Nikt jednak nie zamierzał ułatwiać bestiom życia, dlatego też straż regularnie sprawdzała wszystkie budynki. Mogli w nich mieszkać tylko ci, którzy dostali pozwolenie.

Tak jak Bleu. W nagrodę za służbę krajowi. Miał ochotę splunąć na mundur, ale zamiast to zrobić, powoli go rozpinał. Kiedyś nosił go z dumą. Wypinał pierś jak ostatni idiota. Wierzący w mrzonki kretyn. Teraz żółty kolor przypominał o wstydzie. Ilekroć go zdejmował, czuł się, jakby z jego piersi spadał tonowy ciężar.

Tak samo było i tym razem. Złodziej schował ubranie pod dwiema podłogowymi deskami i szybko przebrał się we własny przyodziewek. Za duże spodnie, koszula, szelki. Na koniec czerwona opaska na ramieniu.

W głowie cały czas dudniło mu to, co powiedział Derby. Ktoś schwytał jedną z nich. Wymykała się z miasta, tak samo jak on. Bleu ją znał? Widywał w fabryce? Może minął ją kiedyś na ulicy?

Wszedł na jedną z głównych ulic. Wyminął kałużę wylanych przez okno nieczystości – zemsty na sąsiadach – i rozejrzał się po okolicy. Otaczały go smutne szare budynki, od których odpadał tynk. Powybijane okna. Zabite dechami drzwi.

Jeśli ktoś się kręcił, to dlatego, że wracał z fabryki lub szedł do fabryki. Jedyne witryny, na które Bleu mógł liczyć, to te powybijane, niewyremontowane od czasów wojny. Jedyne bryczki to te, które mógł dojrzeć daleko za murem, jeśli wspiął się na dach którejś z kamienic.

W Mieście Potworów nikt nie zaznałby straganów ze świeżymi warzywami ani panien z perłami we włosach. W tym miejscu liczyło się tylko przetrwanie. Czternaście godzin w fabryce, w której pachniało wszystkim – od kwiatów po zwierzęce odchody. Czternaście godzin produkowania zapachów, o jakie zabijali się najwięksi tego świata. Bleu zawsze śmieszyło to, że jego klan tworzył zapachy, którymi kropili się ci uważający się za lepszych. Używali ich ci brzydzący się bestiami. Gdzie w tym wszystkim logika?

Dlatego starał się nie chodzić do fabryki. Praca nie była obowiązkowa, wielu jednak nie zdołało jej uniknąć. On uciekał do miasta, kradł, wymieniał łupy na pieniądze. Gdy pojawiał się w przetwórni po dłuższej przerwie, strażnicy uprzykrzali mu życie, jak tylko mogli, ale to nic. Wolał to niż codzienne oglądanie zrezygnowanych twarzy swoich braci i sióstr.

Odgarnął stopą zalegającą na środku chodnika górę obierków po kartoflach. Bogowie wyrzekli się tych kilku hektarów świata. Nawet Disha, ta, która powinna opiekować się swoimi dziećmi – bestiami – o nich zapomniała.

Zatrzymał się, gdy z daleka dobiegł go hymn Zjednoczonej Raiki. Skoro orkiestra go grała, lada moment rozpocznie się egzekucja. Jeśli schwytali tę dziewczynę, zrobią pokaz. Właśnie dzisiaj. W pierwszy dzień festiwalu. Zawsze czcili pierwszego oficjela, Andre Allarda, egzekucją. To jemu Zjednoczona Raika miała być wdzięczna za zakończenie ostatniej wojny.

Kim była ta dziewczyna? Znał ją? Może z nią pracował? Rozmawiał?

Musiał to sprawdzić.

Ruszył biegiem z powrotem do opuszczonego domu. Wciągnął na siebie mundur i nakazał Derby’emu znów wypuścić go do ludzkiej dzielnicy. Zignorował marudzenie kolegi, przebrał się i popędził prosto na Ratuszowy Plac.

Nogi ledwo za nim nadążały.

– Te potwory – huczał stojący na scenie mężczyzna – nie znają umiaru. Nie tylko rozpętały wojnę, na której zginęły tysiące ludzi, ale nawet teraz, po tylu latach, nie potrafią dać nam spokoju!

Bleu zaczął się przepychać w stronę sceny. Jeszcze jedna osoba. I jeszcze. Ktoś go szturchnął, ale złodziej nie zwrócił na to uwagi.

Zatrzymał się, dopiero gdy ich ujrzał.

Kilkudziesięciu strażników okrążało scenę. Długie lufy broni skierowali w klęczącą postać. Bleu nie znał tej kobiety. Widział ją pierwszy raz w życiu, ale to nic nie zmieniało. Czuł się, jakby na scenie znajdował się jego najbliższy przyjaciel.

– Ta bestia przedarła się przez straże i weszła na nasz teren! – Niewysoki mężczyzna w zielonym mundurze chwycił za blond włosy klęczącą obok niego dziewczynę, a tłum ryknął z wściekłością. Łańcuchy na jej nadgarstkach szczęknęły. – A jakby tego było mało… schwytała bezbronne dziecko!

Kobiety wrzasnęły z trwogą i zasłoniły usta na widok kilkuletniego chłopca, którego strażnik wprowadził na scenę. Mężczyźni zgrzytali zębami.

Śniadanie podeszło Bleu do gardła. Tylko nie to. Tylko nie dziecko.

Andre Allard odwrócił się do chłopca i wyciągnął do niego rękę, niczym przyjaciel zapraszający do zabawy.

– To mój syn – łkała kobieta. – To nie jego wina. On niczego nie rozumie. Urodziłam go, zanim się przemieniłam, przecież wiecie. To nie jego wina.

Strażnik pchnął chłopca, żeby ten się ruszył. Kilkulatek wyszedł na środek sceny, niepewny, czy powinien patrzeć na matkę, tłum gapiów czy człowieka, który wyciągnął z kieszeni srebrny sztylet.

Allard kucnął przed chłopcem i podał mu nóż. Oczy polityka szkliły się z zachwytu, kiedy zamykał dziecięcą piąstkę na rękojeści.

– Zabij ją. – Wskazał matkę. – Ona jest potworem. Uwierzę w twoją niewinność, jeśli ją zabijesz.

Jakby powiedział zaklęcie. Kobieta resztką sił dopadła do nich, odsłoniła pierś i powiedziała:

– Tak zrób, Idar. Wszystko dobrze. – Złapała syna za rękę i przycisnęła sztylet do swojej piersi. – Tak zrób. Tak trzeba. Wszystko będzie dobrze.

Wymuszała uśmiech i kiwała głową, jakby to mogło kogokolwiek przekonać.

Zarówno ona, Bleu, jak i wszyscy zgromadzeni w tym miejscu wiedzieli, że to tylko test. Chłopak jej nie zabije. Bestię może zabić tylko bestia.

Idar jednak nie miał pojęcia, że ważą się jego losy. Albo zabije matkę, albo…

– No dalej. – Najwyższy oficjel poklepał Idara po ramieniu. – Nie chcesz być bohaterem? Wszyscy patrzą.

Głęboko osadzone, sprawiające wrażenie posiniałych oczy dziecka zlustrowały zgromadzonych. Jasne brwi wygięły się w łuk. Na wargach zatańczył płacz. Palce wypuściły nóż, który odbił się od nierównych dech i wylądował u stóp Allarda.

Błąd. Potężny błąd.

– No trudno – stwierdził bezbarwnie oficjel. – Wprowadzić!

Zabij go, powtarzał w myślach Bleu, mając nadzieję, że kobieta go usłyszy. Zabij go, zanim będzie za późno.

Tłum ryknął z zadowoleniem, kiedy na scenę wprowadzono trzy monstra. Ciężkie łańcuchy ocierały się o schody, wżynały w skórę przyprowadzonych potworów. Potworów? Nie, to kiedyś byli ludzie. Tacy sami jak Bleu. A teraz chodzili na czworaka, skomleli i kulili się w sobie. Długie włosy i brody odebrały im tożsamość. Nie mieli na sobie skrawka ubrania, więc gapie mogli nasycić się widokiem ich wychudzonych ciał, czerwonych pręg, krwiaków i ropiejących ran.

Gnili za życia.

Wszyscy wiedzieli, co się zaraz stanie. Strażnicy wręczą im broń i dopuszczą bestie do więźniów. Te najpierw będą się opierać, ale potem ktoś je uderzy, więc wpadną w popłoch. Będą się tak bały krzywdy, że same skrzywdzą.

Bo bestię musi zabić bestia. Człowiek nie zdoła tego zrobić.

– Spójrzcie! – ryknął Allard. – Spójrzcie, czym są te stworzenia! Widzicie w tym człowieczeństwo? Oto, czym bestie są naprawdę!

Blade wargi skazanej kobiety zadrżały. Przeniosła pusty wzrok z bestii na swoje dziecko. Ujęła twarz chłopca w obydwie dłonie i pocałowała go w czoło. Coś mu szepnęła do ucha.

A potem, zanim Bleu zdążył odwrócić wzrok, chwyciła leżący na ziemi nóż i poderżnęła nim gardło syna. Nie płakała, kiedy małe ciało upadło jej w ramiona.

Bleu zemdliło. Widział już dość. Zaczął przeciskać się w przeciwnym kierunku.

Za jego plecami rozpoczęło się widowisko. Krzyk bestii, wrzask nieznajomej i owacje tłumu.

Przystanął w tym skandującym tłumie. Jak gdyby czas zwolnił. Ludzie skakali, stukali się kuflami, radując z dwóch śmierci.

Radowali się ze śmierci.

Złodziej omal nie stracił równowagi, gdy pchnął go jakiś starzec. Bleu odruchowo wbił wzrok w czerwoną opaskę zaciśniętą na ramieniu mężczyzny.

Czerwona opaska na ramieniu. Bestia. Do miasta dostała się kolejna bestia i w ogóle się z tym nie kryła.

Rozległy się strzały.

Bleu miał niewiele czasu. Cudem wydostał się z próbującego go porwać tłumu. Palce w oku, rozdarta koszula, obolałe stopy, po których deptali ludzie. Nie obchodziło go nic poza ucieczką. Popędził przed siebie tak szybko, jak tylko potrafił. Opuszczony dom, przebranie, Derby, jego karcące spojrzenie i bieg prosto do mieszkania.

Szybko. Pędź. Zignoruj pytające spojrzenia współlokatorów, zamknij się w pokoju i wgryź się w poduszkę. Krzycz w nią, dopóki starczy ci sił. Płacz, dopóki masz jeszcze łzy. Połóż się na ziemi i zwijaj z bólu. Nic cię nie boli i jednocześnie boli wszystko. Pali cię żywcem. Wal pięściami o podłogę i wyj. Wyj, choć to nic nie da.

To miejsce to piekło. Piekło, z którego nikt nie zdoła uciec. Piekło, które nigdy się nie skończy.

Bleu LeClair zasługiwał, żeby tu być. Czemu więc ginęli wszyscy inni, a jego do tej pory nie sięgnęła kara?

Rozdział 4.

Zza otwartych wrót wystrzeliła chmura tytoniowego dymu. Bleu oparł się o framugę drzwi prowadzących do Domu Uciech Julesa Malana i wyszczerzył zęby w nieszczerym uśmiechu.

Otworzyła mu dojrzała kobieta. Wymalowana jak porcelanowa lalka, ubrana w niedorzeczną ilość falbanek i kokardek. Schylił się i podniósł czerwoną, leżącą u jego stóp. Dmuchnął na nią i oddał w ręce właścicielki, starając się nie marszczyć podrażnionego ostrym zapachem perfum nosa. To na pewno nie zapachy stworzone przez bestie.

Cecile. Ta kobieta była nie do podrobienia.

Na koniec chłopak posunął się krok dalej i odgarnął kobiecie czarny kosmyk z oczu.

– Aniele, miałem nadzieję, że właśnie ty mi otworzysz – szepnął jej do ucha.

Czarny pukiel spadł z powrotem na wysokie pomarszczone czoło.

– Umawiasz się na konkretną godzinę? To przyłaź na konkretną godzinę. – Popukała złożonym wachlarzem w wiszący na ścianie zegar, po czym wskazała zeszyt, w który Bleu każdorazowo się wpisywał. – Myślisz, że naszego czasu nie trzeba traktować poważnie?

Złodziej prześlizgnął się w wejściu, ujął delikatnie jej dłoń i złożył na niej pocałunek.

– Klnę się na swoje życie, że nie ma profesji, którą traktowałbym poważniej od waszej. – Wyprostował się. – Nie ma takiej, którą uważałbym za ważniejszą.

Opuchnięte, obmalowane czernią oczy zabłysły. Trafiona, zatopiona.

– Zabieraj stąd ten swój diabelski uśmieszek i zmiataj na piętro – oddelegowała go. – I nie zapomnij zapłacić.

Dwa razy nie musiała mu powtarzać. Wkroczył do długiego korytarza, przywitał się z Lennartem i jak zwykle odmówił wpadnięcia do niego na małe co nieco. Pozdrowił drobną blondynkę, która akurat zbiegła ze schodów, i skinął wychodzącemu z Domu Uciech wyjątkowo zadowolonemu z siebie młodzieńcowi. Skoczna muzyka zapraszała do podrygu. Bleu wygwizdywał ją sobie pod nosem, krocząc ku sali zabaw. Zajrzał do niej i przez kilka chwil pozwolił sobie nie myśleć o niczym. Posłuchać zespołu. Poobserwować siedzących przy okrągłych stolikach klientów. Grali w karty, w które chuchały dziewczęta – na szczęście.

Jedna osoba pachniała raickimi perfumami. Bleu wciągnął ten zapach do płuc. Mądrokrzew, piasek znad Nodry… tymianek i… Uśmiechnął się do siebie. Pomarańcza. Tak, też uwielbiał połączenie tymianku z pomarańczą.

W powietrzu unosił się również tytoniowy dym, mężczyźni zatapiali się w miękkich fotelach, orkiestra nie przestawała grać ani na chwilę. Po kątach salki chowali się goście, którzy woleli zostać anonimowi. Tuż przy ścianach mieściły się przepierzenia, za którymi podobno działy się najprawdziwsze dziwy. Bleu nigdy nie miał okazji siedzieć w takim zaułku, bo to za droga zabawa, ale słyszał plotki.

Może i Dom Uciech Julesa Malana został wyklęty przez mieszkańców Alei Różanej, przy której się znajdował, ale i tak wabił do siebie klientów z całej stolicy. I to nie byle jakich.

Ale dość tego. Bleu i tak był już spóźniony.

Skierował się do schodów. Piął się ku górze stopień po stopniu. Uśmieszek spełzł mu z ust, a ciężar ponownie zasiadł na barkach.

Nieruchome ciało chłopca. Wrzask kobiety. Ryk tłumu.

Potrzebował odskoczni. Potrzebował…

– Poppy – szepnął, kiedy zielone drzwi się otwarły. – Nie przeklinaj mnie. Musiałem zostać dłużej w pracy.

– Henri, ty nie masz pracy. – Podkrążone zielone oczy rzuciły mu wymowne spojrzenie. – Jesteś złodziejem.

Uwielbiał jej bezpośredniość. Ani krztyny komplikacji. Co na myśli, to na języku.

Wszedł do maleńkiej sypialni i zamknął za sobą drzwi. Na stojącym pod oknem krzesełku wisiały ubrania, na stoliku stały trzy kwieciste filiżanki z zaschniętymi fusami po herbacie i lampa naftowa. Wiatr wpadał przez wiecznie otwarte okno, podwiewając firankę. Kiedyś zajmie się ogniem i tak oto Poppy Beaumont zmiecie z powierzchni Eriastu przybytek Malana, którego nic do tej pory nie zdołało zniszczyć.

– Możliwe, że masz rację. – Bleu podszedł do okna, przy którym stała dziewczyna, i uniósł palec na wysokości jej zadartego nosa. – Ale jestem złodziejem, który przyniósł ci to.

Wyciągnął z kieszeni chustkę i rozłożył ją na otwartej dłoni. Na materiale zalśniła złota bransoletka.

– To drogie kamienie… Zielone – podkreślił.

Poppy nawet na niego nie zerknęła. Wpatrywała się w rozpościerającą się za oknem ciemność. Jak to? A gdzie ekscytacja i domaganie się niestworzonych historyjek o tym, jak to musiał zabić smoka, żeby zdobyć biżuterię? To do niej zupełnie niepodobne.

– Poppy?

Ocknęła się, jakby dopiero teraz dotarło do niej, że Bleu znajduje się w pokoju.

– Dziękuję ci. – Rozciągnęła wargi w bladym uśmiechu, który nie sięgnął oczu. – Ale wiesz, że nie musisz przynosić mi prezentów.

Wyciągnęła spod łóżka cienką łojówkę i ją podpaliła. Zasady mówiły, że powinna to zrobić o godzinie, na którą klient był umówiony. Poppy jednak przymykała oko na jego spóźnienia. Liczyła Bleu czas od wejścia. Gdy świeca zgasła, musiał się wynieść.

– Zielone – dodał z naciskiem. – Uwielbiasz zielony. Zapomniałaś? Jak trawa i nadzieja?

Poppy położyła się na łóżku i pogładziła kołdrę, nadal patrząc na niego z tym samym pustym wyrazem twarzy. Nie skomentowała upominku.

Wyglądała na chorą. Wargi jej zsiniały, cerze zabrakło rumieńców, blond włosy zmatowiały. Owszem, materialne skarby nie robiły na niej wrażenia i chociaż zawsze przyjmowała je z radością, nigdy nie nosiła otrzymanej od niego biżuterii. Kochała jednak opowieści. Wystarczyło, że rzucił jakąś wymyśloną w biegu historyjką, żeby byle śmieć ją zachwycił.

A teraz nie dopominała się niczego.

Skoczył na łóżko, tuż obok niej.

– Co ci się stało? – Ściągnął brwi i przyłożył rękę do jej czoła. – Złapałaś smoczą wysypkę? Mam sprawdzić?

Zaczął udawać, że zagląda jej pod halkę w poszukiwaniu czerwonych placków, ale ani myślała się zaśmiać.

Ich spojrzenia się spotkały.

– Och, Henri. – Zaśmiała się i przeczesała palcami jego loki. – Byłam chora, ale twoje przyjście mnie wyleczyło. Wiadomo? Może chorowałam z tęsknoty?

Wymownym milczeniem dał jej znać, co myśli o tym marnym blefie.

– No dobrze. – Uniosła się na ramionach. – Przyznaję. Mam przemożną ochotę na krwisty befsztyk. Co poradzić? Nie można walczyć z zachciankami.

W to akurat mógłby uwierzyć. Skoro byle co mogło ją zachwycić albo doprowadzić do pompatycznych monologów, to i byle co mogło ją zasmucić. Każdy miewa gorsze dni. Nawet kurtyzany.

Siebie do tej teorii przekonał. Wobec tego przejechał opuszkami po jej odkrytym ramieniu i złożył delikatny pocałunek na obojczyku.

– To wygląda na bardzo… – Musnął wargami jej ucho. – Tak, to zdecydowanie śmiercionośne objawy.

Nie zaśmiała się. Nic. Nawet cienia rozbawienia. Znów gdzieś odpłynęła myślami.

– Poppy?

To ją przebudziło. Zarzuciła mu ręce na szyję, ale Bleu szybko wyswobodził się z uścisku i zerwał się z miejsca.

– Nie, nie mogę, gdy udajesz – stwierdził, zakładając dłonie na piersi.

Poppy uniosła jedną brew.

– Jesteś w burdelu.

Pokiwał głową na boki. Z tym nie mógł się kłócić.

Ale naprawdę tylko tyle miała mu do powiedzenia? A co z ich wybitną grą? Żaden aktor nie mógł równać się z pracownikami Domu Uciech Julesa Malana, którzy grali szaleńczo zakochanych bez najmniejszego wysiłku. Ich policzki pokrywały się rumieńcem na zawołanie, a oczy na pstryknięcie palców wypełniały się łzami.

– Czy to znaczy, że zawsze udawałaś? – spytał głupkowato.

Poppy przewróciła oczyma i zsunęła cienkie ramiączko błękitnej halki. Złodziej jednak w odpowiedzi odwrócił się do niej plecami.

Podeszła od tyłu. Odpięła jedną szelkę, która omal nie strzeliła Bleu w nos, i spróbowała zmajstrować coś przy guziku spodni, ale odwrócił się i unieruchomił jej nadgarstki. Zaskoczenie błysnęło w jej zielonych oczach.

Poprowadził ją przed siebie. Szła tyłem, a gdy wreszcie zaparła się łydkami o brzeg łóżka, pchnął ją delikatnie na posłanie i zaraz obydwoje na nim leżeli.

Nie drążył. Nie chciała o tym mówić, to nie. Zamiast tego przejechał dłonią po jej kolanie. Unosił halkę coraz wyżej i wyżej…

Aż się zatrzymał i wbił spojrzenie w ciemny ślad rozlewający się po udzie dziewczyny.

– Uderzyłaś się? – spytał bez namysłu.

Poppy natychmiast naciągnęła koszulę. Gdyby mogła, zakryłaby się nią po kostki. Odsunęła się od Bleu i rzuciła mu nieufne spojrzenie.

– To nic – powiedziała bezgłośnie.

Zbliżał się do niej powoli, jak gdyby nie chodziło o człowieka, tylko o dzikie zwierzę, które w każdej chwili mógłby spłoszyć. Spróbował znów podwinąć jej koszulę, ale tym razem to Poppy unieruchomiła nadgarstki jemu.

– Daj spokój – szepnęła.

Odgarnął jej z oczu zbłąkany kosmyk i spróbował ponownie. Powoli, na wypadek, gdyby chciała zaprotestować. Ona jednak zaciskała usta w wąską linię, ale go nie powstrzymywała.

Przynajmniej dopóki jego oczom nie ukazały się kolejne krwiaki na jej nogach.

– Nie zajmuj się głupstwami. – Zerwała się z łóżka i podeszła do stolika przy oknie. Zgasiła ogień w lampie. – Pogaszę. Bez światła będzie nam romantyczniej. Nie wydaje ci się to ekscytujące, Henri? W ciemnościach kochankowie mogą skupić się na tym, co czują. To, co widzimy, bywa mylące.

Zgasiła jeszcze dwie mniejsze lampy, pozostawiając jedynie świecę, która odmierzała czas.

Pokrzyżowała Bleu wszystkie plany. Zamierzał się rozerwać, zapomnieć o tym dniu, podenerwować się na jej upierdliwości, pozanosić się śmiechem. Tymczasem znów miał ochotę walić w ściany.

Złapał ją za rękę i posadził z powrotem obok siebie.

– Kto ci to zrobił? – spytał.

– To nic, Henri. – Poppy usiadła mu na kolanach i objęła jego twarz dłońmi. – Nie martw się tym.

Miał zignorować widok podeszłych krwią sińców? To, że krzywiła się, gdy ją dotykał?

To, że ktoś przyszedł tutaj, do pokoju, w którym teraz siedział, i zadał jej ból?

– Nie możesz na to pozwalać – powiedział cicho. – Nikt nie ma prawa cię krzywdzić.

Ciepłe palce zniknęły z jego policzków.