Córka rzeźnika - Yaniv Iczkovits - ebook + książka

Córka rzeźnika ebook

Iczkovits Yaniv

5,0
39,90 zł

lub
Opis

Obsypana nagrodami – w tym prestiżowymi Wingate Literary Prize, Agnon Prize oraz Ramat Gan Prize – pikarejska powieść o kobiecie, która uzbrojona w rzeźniczy nóż, wyrusza w niebezpieczną podróż, by przywrócić spokój swojej rodzinie.

Fania Kajzman – oddana żona i matka pięciorga dzieci – szokuje mieszkańców Motolu i sąsiednich wsi, gdy w środku nocy opuszcza swój dom i rozpływa się w mroku. Wprawdzie mężczyźni znikają w tej okolicy od wielu lat, ale żeby żona i matka?

Czy ma to coś wspólnego z zaginionym szwagrem Fani, który zostawił jej siostrę już niemal rok temu i uciekł do Mińska? A może Fania dała się uwieść tajemniczemu Żiżkowi Breszowowi, który również zniknął tej samej nocy?

Z pewnością ta ucieczka nie ma związku z osobliwym morderstwem na skraju drogi prowadzącej do miasteczka Telechany. Bynajmniej nie może tutaj chodzić o Fanię Kajzman, choć przecież mieszkańcy Motolu od lat nazywają kobietę a wilde chaje, dziką bestią…

To by jednak było aż nazbyt niesamowite. Prawda?

 

Nieskrępowana wyobraźnia i tętniący życiem styl głęboko zapadną wam w pamięć. Niezwykła, działająca na wyobraźnię lektura. DAVID GROSSMAN

Niezwykle piękna i zaskakująca opowieść. GARY SHTEYNGART

Iczkovits ma ogromny talent i będzie o nim jeszcze bardzo głośno. DORIT RABINYAN

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 601

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0



 

 

 

 

Tytuł oryginału:

Copyright © 2015 by Yaniv Iczkovits

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

Copyright © for the Polish translation by Anna Halbersztat, 2021

 

Redaktorka inicjująca • Paulina Surniak

Redaktor prowadzący • Adrian Tomczyk

Marketing i promocja • Katarzyna Kończal

Redakcja• Gabriela Niemiec

Korekta• Mirosław Ruszkiewicz, Mirosław Krzyszkowski

Konsultacja judaistyczna• Leszek Kwiatkowski

Projekt typograficzny wnętrza • Mateusz Czekała

Łamanie • MELES-DESIGN

Projekt okładki • Andrew Smith

Adaptacja okładki •Magda Bloch

Mapa i ilustracje•Halley Docherty

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej•Dariusz Nowacki

 

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66736-32-0

 

 

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.wydawnictwopoznanskie.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Moim córkom, Darii i Alonie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Autor składa specjalne podziękowania profesorowi Davidowi

Assafowi z Zakładu Historii Żydów Uniwersytetu w Tel Awiwie

za jego hojne i pouczające komentarze.

 

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆPIERWSZA

 

RZEKA JASIOŁDA

 

 

 

 

 

 

 

 

1

 

Z gazety „Ha-Magid”, numer 6, czwartek, drugi dzień miesiąca adar 5654 roku (8 lutego 1894):

 

ROZPACZNIESZCZĘSNEJKOBIETY

Błagam szanownych czytelników o współczucie dla mnie, kobiety samotnej i nieszczęśliwej, którą mąż zostawił z trójką zdrowych dzieci w święto Pesach, zaledwie pięć lat po ślubie. Gdy szedł do Pińska, żeby zarobić na chleb dla naszej rodziny, posłał po mnie i podążałam za nim aż do święta Sukot. A teraz zniknął bez śladu. Powiedziano mi, że widziano go w hotelu w Mińsku, a następnie w wagonie kolejowym jadącym do Kijowa, podczas gdy ja zostałam sama, rozgoryczona i nękana kłopotami, w wielkiej biedzie, i nie ma nikogo, kto mógłby mnie ocalić. Dlatego też, Szanowni Czytelnicy, może ktoś z Państwa wie, gdzie znajduje się mój mąż? Zmiłujcie się nade mną i przynajmniej uzyskajcie od niego prawidłowo podpisany list rozwodowy. Jestem gotowa przekazać do stu pięćdziesięciu rubli temu, kto uwolni mnie od jarzma mojego męża. Oto jego opis: nazywa się Meir-Jankiel Hirsz, z miasta Drohiczyn, ma teraz dwadzieścia cztery lata, jest średniego wzrostu, włosy ma brązowe i kręcone, jasną brodę i zielone oczy, jego matka i brat mieszkają w Uzlanach. Ja nazywam się Ester Hirsz, córka Szloma Wajzelfisza, błogosławionej pamięci.

 

 

2

 

Biedna kobieta z tej Ester Hirsz, myśli leżąca na plecach Minda Szpajzman i chowa pod materac pognieciony wycinek ze starego wydania „Ha-Magid”. Ma trójkę zdrowych piskląt? Sama tak powiedziała. Sto i pięćdziesiąt rubli w kieszeni? Co najmniej! Więc po co się tak spieszyć i publikować ogłoszenie w gazecie? Po co podawać publicznie nazwisko swoje i swojej rodziny? Za takie pieniądze można zatrudnić spośród gojów jakiegoś detektywa, nieustraszonego brutala, który będzie ścigał jej Meira-Jankiela i nie da mu chwili spokoju, nawet we śnie, wybije mu wszystkie zęby poza jednym, żeby nie zapomniał, jakiego bólu mogą przysporzyć.

Minda ponownie wyciąga wycinek, ostrożnie, żeby nie poruszyć ramieniem, na którym śpi jej syn Jankele, i delikatnie kręci głową, żeby rozluźnić szyję, w którą jej córka Mirl dźga łokciem. Z pokoju obok dobiegają ciężkie oddechy jej teściów, niech żyją jak najdłużej. Minda wie, że wkrótce będzie musiała wstać, napalić w piecu, ubrać na wpół śpiące dzieci i podać im w blaszanej misce trochę mleka z orkiszowymi płatkami. Zapewne będą narzekać na zleżały smak, więc poprosi Ruchlę, teściową, o łyżeczkę cukru, jedną dla nich obojga. A Ruchla podniesie na nią swoją pomarszczoną twarz i powie z przyganą: „Żadnego cukru! Nit! Koniec świętowania!”, lecz po kilku chwilach westchnie z rezygnacją. Każdego ranka ta jedna łyżeczka cukru podawana jest z taką samą niechęcią.

Ale co takiego jest w tej informacji o stracie, która dotknęła biedną Ester Hirsz, że Minda już od dwóch tygodni ciągle ją sprawdza i w kółko czyta?

Mimo że trudno jej to przyznać, to ogłoszenie sprawia jej przyjemność, tak jak i dwa poprzednie, w innym numerze „Ha-Magid” – pierwsze nosiło tytuł „Wołanie o pomoc!”, a drugie „Wielka prośba!!!” – a także kilkanaście podobnych zawiadomień pojawiających się codziennie z każdego zakątka strefy osiedlenia. Porzucone kobiety, kobiety pozostające w małżeństwie bez mężów – aguny, nieszczęsne kobiety, pechowe kobiety; kobiety zwodzone przez mężów fałszywymi obietnicami i iluzjami: jeden pojechał do Ameryki, di goldene medine, obiecując sprowadzić rodzinę do Nowego Jorku, inny popłynął do Palestyny, żeby spalić się na słońcu; mąż obiecuje żonie, że jedzie do miasta, żeby nauczyć się zawodu, a zakochuje się w intelektualnych kręgach Odessy; ojciec przysięga córkom, że wróci z pokaźnym posagiem, a nagle okazuje się, że całuje mezuzy kijowskich burdeli. Minda wie, że tylko głupcy znajdują pocieszenie w świadomości, że inni też cierpią z takich samych powodów jak oni, a jednak ogarnia ją zadowolenie, przezwyciężające wszelkie poczucie kobiecej solidarności. Nie jest taka jak one i nigdy nie będzie. Nie chce zamieścić ogłoszenia, ani skarżyć się przywódcom społeczności, ani też rozpowszechniać opisu Cwiego-Meira Szpajzmana, człowieka, który zniszczył jej świat. Nie i nie.

 

Kończyny bolą ją, nawet gdy odpoczywa, jakby sen wymagał zbyt wiele wysiłku. Kwaśny zapach potu wydobywa się z pokoju teściów, niech żyją w zdrowiu. Nawet smród rodziców męża jest powodem, by dziękować Błogosławionemu i Świętemu. To prawda, że ich dom jest biedny: stara, rozklekotana, czarna buda, zbudowana z próchniejącego drewna, z dwoma małymi pokojami i kuchnią. Ale ma uszczelnione ściany i glinianą podłogę, dach pokryty gontami i okna o grubych szybach. Czasami niewielka przestrzeń do życia jest zaletą, zwłaszcza gdy kuchenny piec ma ogrzewać cały dom. To prawda, że nigdy nie podaje się tu kurczaka, a szabatowe kotlety rybne zawierają niewielką ilość ryby, za to dużo cebuli. Ale na obiad zawsze jest barszcz z żytnim chlebem, a sobotni czulent bez kawałka mięsa też nie jest najgorszy.

Szpajzmanowie z łatwością mogliby odwrócić się od Mindy, w końcu swojego syna, Cwiego-Meira, też nie znosili. Gdy był młody, wysłali go do sławnej jesziwy w Wołożynie z nadzieją, że zostanie jednym z najlepszych uczniów i przysporzy im dumy. Ale po roku usłyszeli, że ich syn publicznie oświadczył, iż wszyscy tamtejsi rabini są hipokrytami i sam Gaon z Wilna by się za nich wstydził. „Banda próżniaków – mówił o nich – nieuczciwi intryganci udający mędrców”. Dlatego też Cwi-Meir opuścił Wołożyn, oznajmiwszy, że woli prowadzić obnośną sprzedaż niż zostać uczonym w Torze, jeśli bycie uczonym wiąże się z intryganctwem, chciwością i zaślepieniem.

I tak, z własnego wyboru, Cwi-Meir został handlarzem, ale nawet wtedy znajdował powody, by obwiniać wszystkich poza sobą samym i narzekać. Miał osobliwy zwyczaj: stawał ze swoim wozem na targu, lecz nie namawiał przechodniów do kupna swoich towarów. Ktoś mógłby sobie pomyśleć: „Jeśli on nie zachowuje się jak sprzedawca, czemu ja miałbym zachowywać się jak klient?”, i pójść dalej. Cwi-Meir stał na targu niczym rabin i myślał, że ludzie będą tłumnie przychodzić do jego wozu, tak jak przychodzą w szabat do synagogi. Jednakże „wyznawcy” myśleli inaczej, więc Szpajzmanowie byli jedną z najbiedniejszych rodzin w Motolu. Zanim odszedł, sięgnęli dna. Zamiast świec palili olej i jedli żytni chleb z nieobranymi kartoflami. Za każdym razem, kiedy Minda próbowała przemówić mężowi do rozsądku i poradzić mu w kwestiach związanych z jego pracą, mówił jej: „Kiedy kura zaczyna piać jak kogut, należy zaprowadzić ją do rzeźni”. Co oznaczało: Nie wtrącaj się, Pan nas ochroni, nie ma o czym więcej mówić.

 

Dzieci przywierają do Mindy na pojedynczym łóżku i utrudniają jej oddychanie. Leży nieruchomo jak kamień, żeby ich nie obudzić, a jej dusza krzyczy: „A co ze mną i z tymi dziećmi?”. I natychmiast ma wyrzuty sumienia – Niech Bóg strzeże! Jej pisklęta! Niech złe oko ich nie dosięgnie! – modli się do Władcy całego świata, żeby pozostawił jej tylko ciało, by mogła utrzymać swoje dzieci i zapewnić im miejsce do złożenia głowy, i żeby zabrał od niej te heretyckie myśli, wypełniające ją i wzbierające niczym rzeka Jasiołda, która co roku, na wiosnę, podnosi się i zalewa ziemie Polesia, zmieniając je w czarne mokradła.

U bram nowego dnia czai się na nią i jej dzieci kolejny nieszczęsny poranek. Jankele pójdzie do chederu, a Mirl pomoże jej w sprzątaniu domu rodziny Goldszmitów przy ulicy Targowej, gdzie mieszkają bogacze Motolu. Razem będą szorować kafelki na podłodze wspaniałego, murowanego domu i kolejny raz zachwycać się perłowym naszyjnikiem pani Goldszmit, wartym trzy tysiące rubli, tyle co całe życie tych, którzy ledwo wiążą koniec z końcem. Stamtąd pójdą „prowadzić” dom rodziny Tabaksmanów, a potem przejdą do gospody, może tam też potrzebują kogoś do pomocy, a może Israel Tajt, właściciel, podaruje jej stare wydanie „Ha-Magid”, którego nikt już nie chce czytać.

Ścierki i szmaty, druciaki i wiadra, podłogi i piece, cynowe misy i umywalki. I tak ich paznokcie zdzierają czas, jeden dom za drugim, a zapach środków do czyszczenia przywiera do skóry i duszy. Dzień się kończy z zachodem słońca, aby mogła zebrać siły przed kolejnym. Cykl zamyka się, nim jeszcze się otworzył, a wody Jasiołdy występują z brzegów.

 

 

3

 

Raz w tygodniu młodsza siostra Mindy, Fania Kajzman, przyjeżdża ze wsi Upirów, położonej siedem wiorst od Motolu, i zastępuje Mirl w pracach porządkowych, żeby siostrzenica mogła wziąć udział w lekcjach hebrajskiego i rachunków z jej córkami. Praca sprzątaczki jest upokarzająca, tym bardziej dla żony i matki, i Mindę przepełnia poczucie winy za wciąganie siostry od lat w to uwłaczające zajęcie, którym sama musi się zajmować, by uniknąć głodu. A ponieważ nie wie, jak podziękować Fani, zachowuje się wobec niej niegodziwie. Wszystko, co Fania robi lub mówi, spotyka się z naganą Mindy: tak się nie sprząta, dlaczego zapomniałaś wypolerować okiennej ramy, nie można zużywać tyle mydła, żeby nie zmarnować na nie całej pensji.

Minda wie, że jej siostra nie potrzebuje tych marnych groszy, które dostaje za sprzątanie. Kiedyś widziała, jak Fania wkłada zarobione przez siebie pieniądze do kieszeni Mirl. Minda udała, że tego nie widzi, ale narosła w niej złość. Jak śmiała? Przyjeżdża taka jiszuwnice, wiejska Żydówka, zadziera nosa, oddaje przysługi tylko po to, żeby pokazać, że jest od nich lepsza? A co powiedzą o niej, o Mindzie, że pożycza pieniądze od młodszej siostry? Boże broń!

Już i tak Fania posunęła się za daleko, gdy niecałe dwa miesiące po odejściu Cwiego-Meira zaproponowała starszej siostrze, aby ta zamieszkała z nią na wsi: „Dzieci ucieszą się z bycia razem, siostro, a i nam będzie miło”. Urażona Minda odpowiedziała, że życie na wsi absolutnie nie jest dla niej, nie mówiąc już o Jankelem i Mirl, i wymruczała pod nosem słowo wajt, oznaczające coś odległego, dalekiego, a wręcz oddzielonego.

Fania milczała, ale Minda miała poczucie, że siostra dobrze wie, o co jej chodziło. Jacy Żydzi mieszkają teraz na wsiach? Tylko szaleńcy lub samotnicy. Odkąd to, co dobre dla większości Żydów, im nie wystarcza? Co złego jest w takim miejscu jak Motol, w porządnym mieście z synagogą i cmentarzem, łaźnią oraz mykwą? Czego chcą między gojami, pośrodku pól i bagien? Kto obroni ich dom przed atakami antysemickich zbirów?

– Wajt – powiedziała znowu Minda, a Fania udawała, że nie słyszy, więc Minda dodała: – Czasami nie rozumiem Natana Berla. Czemu naciska na mieszkanie na wsi?

Wspomnienie Natana Berla w rozmowie było poważnym błędem, niepotrzebnym szarpnięciem już i tak przeciążonej liny. Fania popatrzyła na nią zimnym, pozbawionym wyrazu spojrzeniem kobiety zdolnej do ścięcia siostrze głowy bez mrugnięcia okiem. Przez chwilę Minda była tak wystraszona, że musiała sprawdzić, czy ręce Fani są na swoim miejscu, a nie zaciskają się na nożu. Minda wiedziała, że pod sukienką siostra ukrywa nóż, otrzymany w dzieciństwie od ojca, który sam je wychowywał po tym, jak ich matka została pilnie wezwana do Najwyższego.

– Natan Berl wie, co robi – stwierdziła Fania i umilkła.

Minda nigdy nie mogła zrozumieć sziduchu[1] swojej siostry, nie mówiąc już o jego powodzeniu. Natan Berl Kajzman był zwalistym mężczyzną, bliższym Goliatowi niż Dawidowi, którego milczenie uznawane było za oznakę mądrości przez jego bliskich, a za słabość umysłu przez mu dalekich. Był opalony niczym goj, a ciało miał napuchnięte jak pijak; czarne, kędzierzawe włosy rozchodziły się od karku, gęstniały na ramionach i skręcały się na palcach. Natan Berl wstawał codziennie o świcie, żeby zająć się kozami i owcami, a z ich mleka robił sery sławne w całym regionie. Gdy Minda i Cwi-Meir odwiedzali ich na wsi, nie mogli się doczekać chwili, gdy Natan Berl wyniesie trójkątną drewnianą tacę z kawałkami serów, rozpływających się w ustach i osłabiających umysł. Żółte, zielone i niebieskie, gorzkie i pikantne, tłuste i fermentowane, zbyt smakowite, by pochodziły z tego świata, za dobre dla żydowskiego podniebienia.

Minda nie ma odwagi powiedzieć Fani o plotkach, jakie można o nich usłyszeć. W szabaty i święta Kajzmanowie przyjeżdżają do synagogi w Motolu, bez względu na śnieg i mróz, i mimo że są chłodno przyjmowani przez społeczność, zawsze pytają o zdrowie znajomych i rozdają uśmiechy. Lecz plotki wciąż krążą. O tym, że przyjaźnią się z gojami, i to nie tylko ze względów handlowych, ale że przychodzą do nich z dziećmi, cieszą się swoim towarzystwem przy winie i serach, rozmawiają w mieszaninie jidysz, polskiego i rosyjskiego. Mówi się, że ich dom zbudowano z cegieł i pokryto deskami tylko po to, żeby nie wywoływać zazdrości. Mówi się, że Kajzmanom pieniądze wychodzą z uszu. Mówi się, że na podwórzu urządzili pomieszczenie do załatwiania potrzeb, z pięcioma otworami wentylacyjnymi i beczką wpuszczoną w ziemię, którą wyciągają raz w roku, a jej zawartością nawożą ogródek warzywny. Mówi się, że Fania już nauczyła się miejscowego języka i mówi płynnie po polsku oraz rosyjsku, a jej mąż, powiadają, nie zna ani słowa po hebrajsku: w bożnicy kołysze się jak łodyga pszenicy na wietrze, prawdziwy golem. Mówi się, że…

Minda stawia czoła tym nikczemnym opowieściom, niczym mur odgradza od nich młodszą siostrę: jak żydowska dusza miałaby się łączyć z duszą goja? Ale tak właśnie mówią ludzie w społeczności: Kajzmanowie mają podwójną lojalność, są prawdziwymi kameleonami. A gdyby mieszkali w Berlinie lub Mińsku, już dawno podążaliby za potomkami Mendelssohna i przeszli na chrześcijaństwo.

Minda wie, że czasami to, co mówią, jest ważniejsze od tego, co dzieje się naprawdę, więc grzecznie odrzuciła zaproszenie Fani do zamieszkania z nią na wsi.

– Cwi-Meir – powiedziała młodszej siostrze z pełnym przekonaniem – wróci do domu. Znasz go dobrze. Zadowoli go tylko to, co najlepsze. Nawet jeśli jest skazany na bycie kupcem, a nie uczonym, to naturalne, że chce rozszerzyć swoją działalność. Co by powiedział, gdyby usłyszał, że jego dzieci wyprowadziły się na wieś i zostały jiszuwnikes?

Dziwnie przyjemne uczucie rozchodziło się po ciele Mindy, gdy wyrażała swoje zaufanie do męża. I nawet teraz dziesięć miesięcy nieobecności Cwiego-Meira nie wydaje się tak długim czasem, czytała już w „Ha-Magid” o agunach, które czekały ponad pięć lat i straciły już wszelką nadzieję, gdy w końcu, bez żadnego ostrzeżenia, ich mężowie wrócili do domu.

 

A dzisiaj – co za doskonałe wyczucie czasu – Mindę czeka niespodzianka. Pochłonięta zgiełkiem dnia codziennego zapomniała, że jest piętnasty dzień miesiąca siwan roku 5654. Tego ranka skończy dwudziestą szóstą wiosnę, a za jej plecami siostra i córka naradziły się, jak świętować ten dzień. Dzisiaj Fania zastępuje nie Mirl, ale Mindę, tak by starsza siostra miała wolny dzień i mogła robić to, na co ma ochotę. Pomyślały już o wszystkim, te dwie intrygantki, a Opatrzność też współpracowała i zapewniła piękną pogodę. Po pracy jej siostra i córka pójdą na targ i kupią smakołyki, a wieczorem przygotują królewską ucztę. Uzyskały nawet obietnicę rabina Mojszego-Lejzera Halperina, że udzieli błogosławieństwa. W międzyczasie Minda może odpoczywać w domu, a nawet, jeśli zechce, zostawić gwar i zgiełk miasta i przejść się do lasu za rzeką. Rabin Mojsze-Lejzer Halperin kazał jej przekazać, że urodziny są okazją do ponownych narodzin.

Minda jest nieco wystraszona kwestią ponownych narodzin. Wątpliwości zalęgły się w jej głowie: jak można odpoczywać, gdy one pracują tak ciężko? I dlaczego Błogosławiony stworzył niebo i ziemię w sześć dni, a nie w siedem? Przecież ma już jeden dzień na odpoczynek w tygodniu. Ale Fania i Mirl są przygotowane i odpierają każdy argument: „Szabat jest królową, świętym dniem, a urodziny są uroczystością świecką”.

– Po co mam świętować urodziny, jakby to było jakieś osiągnięcie? A co, jeśli zgubię się w lesie? – oponuje Minda.

– Cudowne powietrze! Jagody! Jeżyny! Czarne porzeczki! Wyjdź i naciesz się trochę tym światem.

– Tym światem? Ten świat jest… – Minda chce powiedzieć „okropny”, „przeklęty”, lecz zaczyna się jąkać przed córką. – A poza tym – dodaje – nawet nie wiem, jak przejść przez rzekę.

Fania i Mirl chichoczą.

– Wiedziałyśmy, że będziesz wymyślać przeszkody. Przemyślałyśmy wszystko i rozmawiałyśmy już z Żiżkiem.

Minda jest zaskoczona.

– W jednej łodzi z tym łajdakiem gojem?

– Żiżek nie jest gojem.

Ale Minda się upiera.

– Biedny Żiżek sam nie wie, kim jest, niech Pan ma go w swojej opiece.

Fania i Mirl naśmiewają się z niej.

– W oczach Mindy wszyscy są biedni i nieszczęśni.

Minda patrzy na siostrę krzywo i odwraca się, żeby zbesztać córkę.

– A co z lekcjami?

Oczy Mirl wypełniają się łzami, a Fania szepcze Mindzie do ucha: „Pozwól jej, siostro, to był jej pomysł. Skończymy lekcje później, dopilnuję tego”. A Minda irytuje się, że gdy Fania zwraca się do niej, nazywa ją „siostrą”, jakby to nie było oczywiste i za każdym razem wymagało podkreślenia. Tak czy owak, zdaje sobie sprawę, że obie przyparły ją do muru i że powinna świętować już nie dla siebie, lecz dla nich. Sprawa jest załatwiona.

 

 

4

 

Fania i Mirl żegnają się z nią przy wyjściu z targu, przy stoisku Joszkego-Mendla. Minda patrzy, jak odchodzą i chichoczą, zerkają na nią i znowu wybuchają śmiechem. Co ma być, to będzie; nie pójdzie zbierać jagód. Nie jest żądną przygód kobietą. Dokąd pójdzie Minda w swoje święto? Co najwyżej od stoiska z kabaczkami do stoiska z rzodkiewkami.

Targ buzuje od zgiełku ludzi i zwierząt. Drewniane domy rozpadają się przy spalonej słońcem ulicy. Krowy są nerwowe, a gęsi wyciągają szyje, gotowe uszczypnąć każdego, kto się do nich zbliży. Wschodni wiatr przynosi ze sobą paskudny smród. Ludzie podnoszą głos i mocno gestykulują. Zawierane są transakcje: jedni zarabiają, inni tracą, a zazdrość i niechęć rozkwitają w tętniącym napięciu. Tak wygląda świat.

Joszke-Mendel obserwuje przechodniów, stojąc przy swoim „sklepie” – drewnianej taczce z masą najróżniejszych przedmiotów: ćwiartkami ołówków i gwoździami, i wykałaczkami, i chusteczkami, i przyborami do szycia. Każdy to wie: w taczce Joszkego-Mendla można znaleźć wszystko, czego się nie potrzebuje. Teraz uśmiecha się do Mindy połamanymi zębami, wystającymi z wyskubanej brody, opatulony znoszonym żebraczym kaftanem i z pomarszczoną jarmułką na głowie.

– Czy dobrze słyszałem, pani Szpajzman, że ma pani dziś urodziny? Jeśli tak, to mazel tow! Może skusi się pani na spinkę do włosów od Joszkego-Mendla? Tylko dwie kopiejki, za pół ceny, bardzo dziękuję.

Wokół niej ludzie sprzedają płócienne sukienki i skórzane buty, koguty i mięso, a Joszke-Mendel uśmiecha się do niej zgniłymi zębami.

Ciągnie swój do swego. Minda rzeczywiście chciałaby sobie dogodzić w urodziny i zbliża się do taczki Joszkego-Mendla, a on obsypuje ją podziękowaniami, zanim Minda jeszcze coś kupi. Krzywi się, gdy woła za nią:

– Bardzo dziękuję, wróć później, będę tu.

Przechodzi obok luftmenczn, mężczyzn bez konkretnego fachu, którzy siedzą w grupkach, ale wyglądają, jakby każdy z nich był sam. Gromadzą się na targu, aby zarobić na tymczasowe utrzymanie swoich domów, ziewają, siedząc przy drodze, śmierdzą sznapsem i wiśniówką. Na traczy i tragarzy zawsze jest zapotrzebowanie. Kiedy czasy były wyjątkowo ciężkie, dołączał do nich i Cwi-Meir, nazywał ich mużykami[2], cyganami. Przez cały dzień rozmawiali o pieniądzach i luksusach – mówił – a w ich kieszeniach nie ma ani kopiejki. Ponad wszystko podziwiają bogaczy, jak mało kto odpowiedzialnych za biedę. Zapytaj luftmenczn, czy woleliby żyć godnie, ale bez możliwości wzbogacenia się, czy w biedzie, ale z choćby najmniejszą szansą na bogactwo, i zobacz, jaka będzie ich odpowiedź.

Teraz Minda wyczuwa, że przyjaciele Cwiego-Meira opuszczają oczy, gdy przechodzi obok nich, niczym wspólnicy w zbrodni jej męża. Który z nich wkrótce do niego dołączy? Kto wstanie i wyjdzie ze swojego domu o wschodzie słońca, porzuci żonę i dzieci? Ten świat zmienia się na gorsze, myśli Minda, nagle wszyscy chcą cieszyć się światem i zapominają o aniołach zniszczenia czekających na nich w Szeolu.

Na drugim końcu targu, niedaleko wznoszącej się wysoko wieży kościelnej, znajduje się sklep rzeźnika Symchy-Zisela Reznika, który tak naprawdę jest kuchnią jego domu. W witrynie sklepu, czyli w oknie domu, wiszą całe kury, a obok kawałki mięsa, żeberka i kiełbasy. Na ogół Minda przyspiesza przy tym sklepie; zapach przypomina jej dzieciństwo w Grodnie, gdy jeszcze nie wiedziała, co oznacza brak czegoś.

Choć jej ojciec, rzezak Meir-Anszel Szechter, nie traktował swoich córek ciepło, wyprawiał im przyjęcia godne królów. W ostatnich latach Minda ledwo co tknęła mięsa, co najwyżej wysysała szpik z kości kurczaka, które jej dzieci zostawiały na świątecznych talerzach. Ale teraz właśnie obudziła się w niej ogromna tęsknota za mięsem, niekontrolowane pragnienie smaku wołowiny. W jej brzuchu otwiera się wielka pustka, w głowie zaczyna się kręcić. Ślinianki w ustach szaleją, a ona czuje się tak słabo, że musi oprzeć się o ścianę synagogi. To będzie jej prezent urodzinowy, decyzja jasna jak słońce. A mechaje, co za przyjemność.

Ale czy to nie marnotrawstwo? Gdzie tu logika? Kto słyszał o Żydówce łaknącej wołowiny o takiej porze? A co ludzie powiedzą o łakomstwie Mindy Szpajzman, która dla chwilowej przyjemności byłaby gotowa pozbawić własne dzieci jedzenia? Lecz wszystkie te zastrzeżenia tylko wzmagają jej głód i sprawiają, że w szaleńczym pośpiechu wraca do domu teściów po więcej pieniędzy.

Ruchla wita ją gniewnie: czy synowej, Mindzie Szpajzman, nie obchodzi, że jej teściowa szorowała dom na przyjście gości z okazji jej urodzin? W końcu dla kogo cały ten wysiłek? Niech wejdzie i zobaczy, niech przynajmniej zauważy wypolerowane lampy, napełnione specjalnie zaoszczędzoną naftą.

– Cały dzień harowałyśmy i dla kogo? – skarży się Ruchla w typowej dla siebie tyradzie. A teraz mówi, że jeśli Minda byłaby tak miła, to niech wyjdzie ponownie, bo potrzebują drewna na opał. Minda przeprasza, całuje narzekającą teściową w czoło i wymyka się do pokoju, aby zabrać uciułane oszczędności, ukrywane pod materacem.

Jeden rubel powinien wystarczyć na porządny kawałek mięsa. Wyciąga dwa ruble z drewnianej skrzynki, a następnie odkłada jednego z powrotem i szybko zamyka wieczko, po chwili znowu otwiera i postanawia przeliczyć monety: trzydzieści dwa ruble i siedemdziesiąt jeden kopiejek, jej cały majątek. Dwa ruble z trzydziestu dwóch to niemała część. Ale jeśli wyda dwa ruble, nadal będzie miała w skrzynce ponad trzydzieści. Nagle, w przypływie jakiegoś zamroczenia i mdłości z głodu, opróżnia zawartość skrzynki do kieszeni sukienki i wychodzi z domu, a za jej plecami rozbrzmiewa głos Ruchli: „Wszystkie kości mnie bolą, i po co?”.

Spojrzenia mieszkańców przeszywają Mindę ze wszystkich stron. Nieszczęśni żebracy gapią się na nią. Przechodzi przez targ błotnistą alejką między drewnianymi domami i wychodzi na główną ulicę przy ogrodzeniu kościoła, a potem zakrada się do sklepu Symchy-Zisela Reznika i zaskakuje właściciela podczas drzemki, lecz nie robi to na nim wrażenia. Zazwyczaj Minda przychodzi kupić ćwiartkę kurczaka na święta, a taka klientela to nic nadzwyczajnego. Rzeźnik poprawia czapkę na głowie, zwilża usta językiem i bierze do ręki nóż do skubania piór.

– Co dla pani, pani Szpajzman? Kurczak?

Ale Minda prosi o kawałek wołowiny, a Symcha-Zisel międli cycesy swojej koszuli, chcąc zasięgnąć opinii Wszechmogącego. Cztery srebrne monety dają mu szybką odpowiedź, a Symcha-Zisel znika w magazynie mieszczącym się na podwórku i wraca, trzymając w ręku kawałek mięsa zawinięty w papier. Minda nie może się powstrzymać i otwiera pakunek. Nie mogła poprosić o bardziej soczysty kawałek, najprawdopodobniej z wołowej polędwicy. Mięso jest czerwone, ale nie błyszczące, tak jak uczył ją ojciec, suche na zewnątrz i lekko przerośnięte, pokryte cienką warstwą tłuszczu. Symcha-Zisel poklepuje się po brzuchu i uśmiecha szelmowsko.

– Tylko to, co najlepsze, dla córki Meira-Anszela Szechtera.

Minda uśmiecha się do niego, żeby ukryć urazę: cztery ruble zmieniły ją z biedaczki w córkę tego a tego.

Wraca na alejkę okrążającą hałaśliwy targ. Jej głód rośnie, a mięśnie drżą. Trzyma zimne mięso przy brzuchu i czuje, jak jej serce bije coraz szybciej. Ale nagle zatrzymuje się przerażona: jak przygotuje mięso do zjedzenia? Przecież nie może pojawić się w domu teściów z kawałkiem wartym cztery srebrne monety, a nawet jeśli ktoś z przyjaciół wpuściłby ją do domu, jak wytłumaczyłaby to nagłe bogactwo, nie wzbudzając zawiści? Jak można cieszyć się pieczeniem mięsa przed chorobliwie bladymi twarzami i wygłodniałymi oczami, nie oferując żadnego wyjaśnienia, nie dzieląc się?

Bezwiednie Minda opiera się o kościelne ogrodzenie. Jej ciało ześlizguje się na błotnistą, czarną ziemię, a słońce świeci jej prosto w twarz. Miasteczko Motol skąpane jest w jasnym świetle, maskującym przezroczystą bladość ludzi na targu. Brody, kapelusze i chusty na głowach zlewają się z okiennicami i markizami. Głosy i rozmowy mieszają się z brzęczeniem much. Minda podnosi pakunek i rozpakowuje go z papieru, bez chwili zastanowienia wgryza się w surowe mięso. Zęby szczękają jej z zimna, ślina powleka dziąsła, a oczy otwierają się coraz szerzej, gdy próbuje odgryźć niedający się oderwać kęs. Smak krwi przesłania jej zmysły, usta ją pieką, język mrowi.

Na szczęście Symcha-Zisel Reznik, który przeczuwając, że coś jest nie w porządku, obserwował ją przez okno, zostawia żonę, by pilnowała lady, i śpieszy Mindzie na ratunek. Powoli podnosi ją, ponownie pakuje mięso i prowadzi Mindę do drugiego magazynu na podwórzu – prowizorycznej kuchni, gdzie przechowuje drewno, worki z ziarnem i stary piec. Sadza ją naprzeciwko siebie na taborecie, rozpala w piecu ogień i kroi wołowinę na grube plastry, które smaruje olejem i oprósza przyprawami. Na koniec układa plastry na patelni i zwiększa ogień miechem, a po kilku minutach podaje jej pierwszy kawałek.

Minda pożera mięso, którego wystarczyłoby dla czterech osób, sześciu nędznych biedaków lub dziesięciorga sierot. Symcha-Zisel patrzy na nią z niepokojem i prosi, by zwolniła: przeżuwała spokojnie i delektowała się smakiem. Ale ona czerpie przyjemność z tego pożądania, co chwilę spogląda na drzwi jak zwierzę pilnujące swojej ofiary. Nawet kiedy jedzenie staje się coraz cięższe dla jej żołądka i cofa się do gardła, Minda zmusza się do przełknięcia przeżutych kawałków, aż do przesytu. Symcha-Zisel patrzy na nią z przerażeniem zmieszanym z ledwo tłumionym pragnieniem. Żona woła go ze sklepu, więc wstaje i ze spuszczoną głową niechętnie wychodzi.

W międzyczasie Minda opiera się o worek pszenicy. Jedzenie uciska jej brzuch, a jego smak wypełnia ją szczęściem. Wybucha śmiechem i śmieje się tak długo, aż z trudem oddycha. Nigdy się tak nie śmiała, porządna kobieta nie powinna oddawać się takiemu szaleństwu, a co dopiero żona i matka. Na chwilę niepokój znów wkrada się do jej serca. Cóż ona narobiła? Co się stanie, gdy dowiedzą się o tym teściowie? A co z drewnem, które miała przynieść? A co z pieniędzmi?

Wyczuwa palcami banknoty i monety w kieszeni, ale jeszcze nie chce wracać do bycia Mindą. Przecież Minda ciągle warczy, Minda się złości, Minda cierpi, Minda się martwi, Minda obwinia: gdzie jest Mirl, gdzie jest Jankele, dlaczego Fania, jak ona, jak długo, dlaczego tutaj, dlaczego poszedł, kiedy wróci… Wystarczy! Dość! Nie teraz! Otrząsa się, wstaje i wychodzi na targ; stoisko za stoiskiem, wózek za wózkiem, sklep za sklepem, przy każdym się zatrzymuje. I oto kupuje nową chustkę u Grosmana i przysiada przy stoisku Lidermana, żeby kupić porządne, skórzane buty, i rozmienia banknot dwudziestopięciorublowy, żeby u Sznajdera przymierzyć perkalową suknię w turkusowym kolorze – tak odważnie! – i poprosić o zapakowanie kawałka ciasta ze śliwkami u Blumenkranca, cukiernika. A wszyscy biorą od niej pieniądze i wydają resztę, nie codziennie błogosławi ich nowy klient w tak doskonałym nastroju. Mówią jej: dziesięć rubli, ona proponuje osiem, zgadzają się na dziewięć i nie słyszą zwyczajowego „nie wzięłabym tego nawet za darmo” czy „nie muszę dokładać się do posagu twojej córki”. Minda przemierza targowisko niczym panna młoda w dzień ślubu, rozdając uśmiechy i obsypując komplementami. A Mordechaj Szac, właściciel wózka z książkami, nie może się powstrzymać i pyta: „Cóż to za święto, pani Szpajzman, czyżby Cwi-Meir dziś wrócił?”. A Minda wybucha śmiechem i wyciąga z jego wózka nowy numer „Ha-Magid”, wydrukowany zaledwie dwanaście dni wcześniej, prawdziwa uczta i za odpowiednio zawyżoną cenę. Ale jej to nie obchodzi, dziś kupuje!

Po raz kolejny trafia na wołanie nieszczęsnych agun, tym razem pod mniejszym nagłówkiem: „Pomocy”. Chichocząc pod nosem, czyta wiadomość Mordechajowi Szacowi głosem pełnym krokodylich łez: „Błagam szanownych czytelników »Ha-Magid«, może słyszeli o moim mężu, rabinie Josefie Zylbersztajnie, który opuścił mnie dziewięć lat temu, gdy wyruszył do Mińska, i od tamtej pory nie usłyszeliśmy od niego ani słowa. Może zachorował na serce albo suchoty, a może, broń Boże, został porwany przez bandytów. Z pewnością nie odmówiłby swojej łaski mnie i swoim dwóm głodującym synom. Bez niego nasze łzy są naszym pożywieniem. Oto jego znaki szczególne…”. Mordechaj Szac patrzy na nią zdumiony, nie wie, czy płakać, czy się śmiać, a Minda uśmiecha się przebiegle: dziewięć lat, reb Mordechaj, co myślisz? Chory? Nie żyje? Porwany? Mordechaj Szac spuszcza swoje pozbawione brwi oczy. A Minda klepie go po ramieniu: „Porwany przez kurwy w burdelu!”.

I nagle w jej głowie pojawia się pomysł, prosi Mordechaja Szaca o czystą kartkę papieru. Idzie do „sklepu” Joszkego-Mendla i za kopiejkę kupuje ćwiartkę ołówka. Wszystko wydarza się tak szybko, że Joszke-Mendel nie zdążył nawet powiedzieć „bardzo dziękuję”. Minda wymyka się z targu i znajduje ocienione miejsce między rozpadającymi się chatami, siada i z wielkim podekscytowaniem pisze swój pierwszy list do „Ha-Magid”, zatytułowany „Głos szczęśliwej i zadowolonej kobiety”:

 

Chciałam podziękować Świętemu i Błogosławionemu za to, że obdarzył mnie hojnością i łaską, dając mi dach nad głową i dwójkę drogich dzieci. Ja, pani Minda Szpajzman, córka Meira--Anszela Szechtera, nie czekam na swojego męża Cwiego-Meira. Z trudnością przypominam sobie jego znaki szczególne, nie mam w głowie obrazu jego twarzy, nie umiem opisać jego brody, a koloru oczu już dawno nie pamiętam. Ale tak długo, jak będę żyć, nadal będę wypełniała swoje obowiązki na rzecz Stwórcy, którego hojność jest dla mnie oczywista.

 

Waha się przez chwilę, zastanawiając się, czy ta wiadomość jest interesująca dla społeczności i czy w ogóle wzbudzi zainteresowanie, i już nie jest pewna, co chce powiedzieć ani czy nie popełniła błędów ortograficznych, ale mimo wszystko adresuje list, zgodnie z informacjami podanymi w numerze, do drogiego redaktora gazety Jaakowa Szmuela Fuksa. To publiczne ogłoszenie, jak wie, oznacza jej odrodzenie, drżącymi dłońmi podaje kopertę Mordechajowi Szacowi, który podróżuje swoim wozem między Pińskiem a Baranowiczami i może nadać list na poczcie w Telechanach. Sprawa załatwiona.

 

Wychodząc z powrotem na ulicę, poprawia chustę na głowie. Smród odchodów dobywający się z latryn na podwórzach domów wybudza ją z wizji, a starszy koń stojący obok niej dorzuca swój wkład gnoju, pogłębiając odór mieszanki. Muchy obsiadają masę kału i Mindę atakują mdłości. Spieszy się do domu i nagle przypomina sobie, że miała kupić drewno, a tu już godzina minęła. Gdy podchodzi do stoiska sprzedawcy drewna Ajzyka Holca, uderza w nią zimne powietrze, aż brakuje jej tchu. W kieszeni zostały jej trzy ruble i czterdzieści pięć kopiejek. Wszystkie pieniądze, jakie zaoszczędziła na czarną godzinę: na zakup biletu na pociąg, wysłanie Jankelego do jesziwy, przekupienie urzędnika w sprawie paszportu, dołożenie czegoś do posagu Mirl i negocjowanie warunków małżeństwa – wszystko to zmarnowała w jednym ataku szaleństwa. A teraz stoi bezradnie naprzeciwko Ajzyka Holca i nie ma siły dać mu ostatnich monet w zamian za drewno na opał.

W oddali widać dwóch jeźdźców zbliżających się do rynku, a Minda modli się, by stało się najgorsze. Niech to będą bandyci, niech rabują, niech masakrują, niech spalą wszystko do gołej ziemi. Wspomina przerażające historie opowiadane przez dziadka, Jankiela Krigsmana, którymi zwykł straszyć ją i Fanię, opowieści o pogromach, do których podburzał Bohdan Chmielnicki. Dławi się łzami, ma nadzieję, że jeźdźcy okażą się brutalnymi Kozakami. Ale to tylko Kaufman, sprzedawca koni, i jego syn; przejeżdżają obok niej i pozdrawiają skinieniem głowy. Jak to możliwe, że wszystkie twarze wokół niej są tak okropnie znajome? Gdzie znajdzie schronienie? Żydzi trzymają się tak blisko siebie, że brakuje miejsca na zaczerpnięcie powietrza!

Głowa pęka jej z bólu, zimne dreszcze przechodzą po plecach. Musi poprosić sprzedawców, by wzięli wszystko z powrotem, nawet jeśli tylko za połowę ceny, nawet za ćwierć. Ale Grosman nie może sprzedawać używanych chustek, Liderman wbił już gwoździki w podeszwy jej nowych butów, a Sznajder już wyciął materiał na jej sukienkę i zaczął szyć, wszyscy odrzucili prośbę i nie oddadzą ani kopiejki.

 

 

5

 

Zaraz zaczną jej szukać. Teściowie będą się zastanawiać, co zajęło jej tyle czasu, podejrzewać, że coś się stało, i nie będą bezczynnie czekać na jej powrót. Jedynym usprawiedliwieniem spóźnienia może być przeprawa przez rzekę i udawanie, że chciała zaoszczędzić i kupić tańsze drewno na drugim brzegu.

Oczywiście nic nikomu nie powie o swoim ataku szaleństwa, nawet siostrze, a to, co straciła, uzupełni dzięki dodatkowym pracom porządkowym. W głębi duszy Minda wie, że zapłaci wysoką cenę za tę niepohamowaną lekkomyślność, która ją ogarnęła, a jednak nie może do końca przyznać, że było to marnotrawstwo. Jej serce nigdy jeszcze tak mocno nie biło jak dzisiaj.

Kieruje się w stronę Jasiołdy. Słońce niczym heretyk krzyżuje swoje promienie nad jej głową, ale sosny i dęby pomagają, przebijając się ze swoim ulotnym cieniem. Spogląda nad ogrodzenie otaczające dom i obserwuje zaciekłą dyskusję między kaczkami a kogutami. Z domu wychodzi szikse[3]z dwójką dzieci i razem zamiatają wejście miotłą z gałązek. Kobieta uśmiecha się do Mindy czarnymi zębami, a Minda zastanawia się, czy i ona nie została sama z dwójką dzieci.

Z daleka widzi Żiżka czekającego w łodzi i gdy ten poprawia wiosła, wydaje jej się, że on także ją zobaczył i odgadł jej zamiary. Podchodzi do niego z wahaniem, ale o nic nie pyta. Z Żiżkiem się nie rozmawia. Wsiadasz do łódki, zostajesz przewieziona na drugi brzeg, a potem wracasz. Nie interesuje go rozmowa o przeszłości, z pewnością też nie będzie poddawał analizie swojej codziennej rutyny, jeśli jednak zechcesz wypić z nim szklaneczkę rumu, z baryłki, którą trzyma na łodzi, bardzo się ucieszy. Nie nosi czapki, pod koszulą nie ma cycesów, a strony Gemary nie widział, odkąd skończył dwanaście lat. Każdy, kto chce się przeprawić, niech wsiada do łodzi. A ci, którzy nie chcą – mogą odejść. A ktokolwiek chce powiedzieć o nim szajgec[4] – niech powie mu to w twarz i zobaczy, co się stanie.

 

Wszyscy wiedzą, że Żiżek w dzieciństwie nazywał się Joszke Berkowicz, a jego jedynym grzechem było to, że urodził się w bardzo biednej rodzinie w niezwykle bolesnym dla wszystkich Żydów czasie. Car Mikołaj I, żelazny car, niech jego imię i pamięć zostaną wymazane, wydał dekret dotyczący kantonistów, w którym rozkazywał wcielić do rosyjskiej armii jednego sprawiedliwego i niewinnego chłopca na każdy tysiąc Żydów – i tak każda społeczność została zmuszona do wyrwania kawałka swojego ciała i poświęcenia swoich dzieci Molochowi. Przywódcy społeczności zadeklarowali post, konfrontowali się z urzędnikami wysokiego szczebla, wręczali łapówki, ale wszystko na próżno. I tak każdy dom ludu Izraela zrozumiał, że sam musi walczyć o siebie. Rodzice żenili swoich synów, jak tylko ci skończyli dwanaście lat, bo żonaci byli zwolnieni ze służby. Całe rodziny próbowały uciec ze strefy osiedlenia. Urzędnicy rządowi przyjmowali ogromne łapówki w zamian za skorygowanie daty urodzenia i sfałszowanie liczby osób w gospodarstwie domowym. Więc kto pozostał w rządowym spisie ludności? Najuboższe rodziny, którym nikt nie chciał wydać za mąż swoich córek i które z pewnością nie miały środków na łapówki czy ucieczkę.

W ten sposób przywódcy społeczności znaleźli dwunastoletniego Joszkego Berkowicza, najmłodszego syna kulawego Zeliga, wysłali więc sborszczika, poborcę, odpowiedzialnego za pobór do wojska, aby przekazał rodzicom wiadomość o decyzji. Lea, matka Joszkego, upadła na ziemię, a ojciec stanął ciężko na swoich chudych nogach i uderzał pięścią w ścianę tak długo, aż knykcie zaczęły mu krwawić. Zelig i Lea Berkowiczowie pospieszyli na dziedziniec synagogi i błagali rabina oraz przywódcę społeczności, aby wycofali swoją decyzję. Całą noc krzyczeli i szlochali, a ich lamenty nie pozwalały nikomu zasnąć; rabin zamknął się w swoim pokoju i płakał z żałości. On też wiedział, że powołanie do armii oznacza pewną śmierć. Te dzieci zostaną ochrzczone i wykształcone zgodnie ze zwyczajami gojów. Będą jeść niekoszernie, nie będą przestrzegać szabatu, a gdyby pozostały przy życiu po walce, modliłyby się do tego szaleńca Jeszuy, któremu wydawało się, że jest Synem Bożym.

W każdym razie rodzice Joszkego nie opuścili podwórza przy synagodze, a ich obecność stała się naprawdę uciążliwa. Mieszkańcy Motolu przechodzili obok nich, idąc na poranną modlitwę, i patrzyli, jak gorzko szlochają, po modlitwie wieczornej. Świętość zdawała się opuszczać synagogę, wszyscy chodzili ze spuszczonymi głowami. W dniu powołania Zelig i Lea odmówili powierzenia syna asesorowi, miejscowemu urzędnikowi sądowemu. Zamknęli Joszkego w domu, nie wysyłali go do chederu, nie pozwalali mu nawet wyjść do studni po wodę. Sborszczik musiał więc wezwać chapera[5], Lejba Sztejna, utrzymującego się z porywania dzieci, do wypełnienia kontyngentu poboru. Podczas trzeciej warty włamał się z grupą bandziorów do domu Zeliga i Lei Berkowiczów, próbującą stawiać opór matkę uderzył pięścią w twarz, a Joszkego i dwie inne sieroty umieścił w więzieniu w pobliżu synagogi. Lea Berkowicz nie ruszyła się spod więziennego okna i szlochała z rozdzierającym serce zawodzeniem.

Do jakich niegodziwości posunął się Joszke w carskiej armii? Nikt nie wie. Niektórzy są skłonni przysiąc, że Joszke-Żiżek zabił dwustu Turków własnymi rękami, inni zaś uważają, że był zaledwie nędznym kwatermistrzem. W każdym razie nie był już Żydem. Gładko ogolony, z włosami zaczesanymi na bok, w wojskowym mundurze z żelaznymi medalami, pełen majestatu, pojawił się w miasteczku trzydzieści lat po tym, jak wyrwano go z domu. Handlarze na targu, wystraszeni widokiem żołnierza, nie pospieszyli do niego, by powiedzieć, gdzie jest dom jego matki. Także sąsiedzi nie rozpoznali w nim tego delikatnego chłopca, którego niegdyś znali, i podejrzewali, że to jakieś oszustwo. Trzech z jego braci już się ożeniło i wyprowadziło z Motolu, a brat, który mieszkał z matką, obawiając się zemsty Joszkego, odmówił otworzenia drzwi i nie powiedział Lei, co to za zamieszanie przy wejściu. Joszke chciał przekazać ojcu i matce, że oto ich najmłodszy syn wrócił, że stoi przed nimi niczym człowiek wskrzeszony z martwych. Ale wtedy jeden z sąsiadów wykrzyczał do niego, że jego ojciec zmarł z żalu, a matka unikała kontaktu ze światem zewnętrznym. I najlepiej by było, gdyby nie dodawał jej żałoby – dusza by ją opuściła, gdyby wiedziała, że on tu jest.

Jednak uparty Joszke Berkowicz nie zostawił w spokoju mieszkańców Motolu. Jako żołnierz zdobył wielkie bogactwo i wiele przywilejów, nawet żółtą kartę, która pozwala na zamieszkanie poza strefą osiedlenia. Nikt w Motolu nie chciał wynająć mu domu, więc kupił ziemię po północnej stronie rzeki, po drugiej stronie jeziora. W ciągu kilku tygodni zbudował solidną łódkę na trzy osoby, może nawet na cztery, ale w miejsce dla trzeciej i czwartej osoby załadował beczkę ciemnego rumu, od którego uzależnił się podczas służby. I od tamtej pory codziennie stawia się w mundurze na brzegu Jasiołdy, by łączyć oba brzegi i nękać serca tych, którzy go widzieli. Przeprawia ludzi na drugi brzeg i zabiera z powrotem, a ponieważ nie żąda zapłaty, a nawet oferuje szklaneczkę rumu, zyskał monopol na przeprawy. Jego niepożądana obecność stała się koniecznością – i tak utknął niczym kość w gardle mieszkańców.

Czego chce Żiżek od mieszkańców Motolu? Może gdyby powiedział, zrozumieliby. Na początku próbowali nakłonić go do rozmowy, proponując mu różne towary w ramach zapłaty, lecz Joszke Berkowicz odrzucał je wszystkie. Potem podejrzewano, że nie pamięta już jidysz, więc próbowano rozmawiać z nim po rosyjsku i polsku, ale on wiosłował dalej i nie odpowiadał, nawet gdy zwracano się do niego po imieniu. Czy ich obwinia, czy cierpi? Czy ma nadzieję, czy czuje się rozczarowany? Czy wrócił, żeby odpłacić im oko za oko, czy może nastawić drugi policzek? Jedno było jasne: imię Joszke Berkowicz przywoływało wspomnienia, które lepiej byłoby stłumić, a poza tym jest nieodpowiednie dla osoby bez religii i rodziny. Gdy więc pierwszy raz przywołano jego imię z czasów służby w carskiej armii – Żiżek Breszow – mieszkańcy Motolu natychmiast odczuli wielką ulgę. Żiżek to popularne imię wśród gojów i na tyle powszechne wśród żołnierzy, że może świadczyć o pełnej przemianie Żiżka z Żyda w goja.

 

Gdy Żiżek kiwa głową, Minda, która wsiada do łódki, pod mundurem widzi biednego Joszkego Berkowicza i jej serce przepełnia współczucie. Mężczyzna wiosłami odbija łódkę od brzegu, uważając, by swoimi ruchami nie kołysać nią bardziej, niż to konieczne. Wiosłuje z ogromną precyzją, a na jego twarzy maluje się nieziemski spokój. A Minda, jak wielu przed nią, pozostaje w błędzie i wierzy, że właśnie z nią ze wszystkich ludzi ten nieszczęśliwy człowiek w końcu zgodzi się porozmawiać, więc ośmiela się do niego zwrócić jego prawdziwym imieniem: „Joszke?”. Ale jego twarz ani drgnie, pokryte bliznami usta ma zaciśnięte, nozdrza mu się rozszerzają, a jasne oczy skupione są na celu podróży, który jest przed nimi. Nagle jego postawa wydaje jej się apatią, w spojrzeniu zamieszkała śmierć, jak w ciele zabitego jelenia, i ostry ból przeszywa jej serce. Co z tym światem? – krzyczy w duszy i wyczuwa palcami kilka monet, które zostały jej w kieszeni; ze światem, w którym biedne dzieci odbierane są rodzicom, gdzie odziera się je z wiary, a biedacy porzuceni są na pastwę losu. Gdzie jest sprawiedliwość? Niech Bóg nam pomoże.

O sobie już nie myśli, jej sytuacja w ogólnym rozrachunku nie jest taka zła. Ma swoje przykazania i zwyczaje, dach nad głową i dzieci, środki do życia i sąsiadów. Ale dokąd się spieszy? Żeby zdobyć drewno do pieca? Świętować urodzinowy posiłek? Czym się różni od posilających się w swoich domach gojów, gdy bandyci palą żydowskie domy? Ona także, tak jak oni, rozkoszuje się swoimi małymi zgryzotami, podczas gdy ci naprawdę nieszczęśni widzą, jak ich świat się rozpada.

– Zatrzymaj się – mówi Joszkemu. – Chcę wrócić.

Ale Joszke nie przestaje wiosłować przez środek rzeki.

– Zatrzymaj się – błaga. – Nie chcę dalej płynąć.

Joszke wiosłuje dalej niewzruszenie. Jego obojętność przeraża ją. Odmawia modlitwę do miłosiernego Boga i wyskakuje z łódki do rzeki.

 

 

6

 

Jasiołda nie pozwala utonąć. Jej wody są płytkie, a nurt spokojny. Zimą zamarza, wiosną zalewa pola, latem zaś ma temperament umiarkowany, jak u cadyka: nie wykrzykuje swoich modlitw, nie rozdaje jałmużny na lewo i prawo na targu i unika tłumów mędrców. Przestrzega przykazań w domu, jałmużnę rozdaje potajemnie, nie obchodzi go, czy robi wrażenie na innych członkach społeczności, czy nie.

Minda budzi się w swoim łóżku. Z trudem otwiera oczy, wzrok ma zamglony. Rozpoznaje swoją teściową Ruchlę po kwaśnym zapachu, a swojego teścia Elijahu po garbie i donośnym głosie, którym próbuje przezwyciężyć swą postępującą głuchotę. Rabina Mojszego-Lejzera trudno pomylić z kimkolwiek innym dzięki jego ogromnej, wypielęgnowanej brodzie, a sylwetki swoich dzieci rozpoznałaby i z dużej odległości. Kątem oka zauważa dziewczynę, może kobietę, prawdopodobnie swoją młodszą siostrę Fanię, która targana nerwami, uderza pięścią w drewnianą ścianę. Przy jej łóżku, przy głowie, siedzi mężczyzna. Minda nie jest w stanie podnieść na niego wzroku, widzi więc tylko dłoń leżącą na jej sercu, nagle on wstaje i pochyla głowę w kierunku jej podbródka. Czy to możliwe? Czy jej ciężka sytuacja wywołała u Cwiego-Meira wyrzuty sumienia? Czy w końcu wrócił do swojej żony i dzieci? Próbuje spojrzeć na jego twarz, ale szyja jej zesztywniała.

– Obudziła się – oznajmia piskliwie mężczyzna, a ona potrzebuje jeszcze chwili lub dwóch, żeby rozpoznać w tym głosie doktora Iczego-Bendeta Elkany.

Mruga i wzdycha z bólem. Wszyscy poza jej młodszą siostrą zgromadzili się wokół niej. Syn Jankele wskakuje jej na brzuch, a Mirl odciąga go z powrotem. Nie, chce jej powiedzieć Minda, to cudowny ból, ale z jej gardła nie dobywa się żaden dźwięk. Ruchla przygląda się synowej uważnie, wystarczająco, by ocenić, że chora będzie żyła.

– Nu? – mówi karcąco, trzymając rękę Mindy w niepotrzebnie mocnym uścisku. – Skończyłaś nas zamartwiać?

Poprawia poduszkę pod głową Mindy, ciągle mocno trzymając jej rękę.

– To nie jej wina – łagodzi Elijahu. – Od dawna twierdzę, że ten Żiżek to same kłopoty – dodaje, choć Mindzie wydaje się, że pierwszy raz słyszy, by mówił coś takiego.

– Czy wepchnął cię do wody? – wtrąca rabin Mojsze-Lejzer Halperin, ponieważ jest odpowiedzialny za bezpieczeństwo członków społeczności.

– Jak mógł wepchnąć i uratować, rabi Halperin? – oponuje Fania z końca pokoju. – Przecież to Żiżek od razu ją tu przywiózł i wezwał doktora.

Ale rabin waha się przez chwilę i odpowiada:

– Wepchnął, żeby się zemścić, a uratował, żeby zadośćuczynić, tak się dzieje z człowiekiem rozdartym między judaizmem a chrześcijaństwem.

Minda kręci przecząco głową, nadal żadne słowa nie przechodzą jej przez gardło.

– Macie odpowiedź. – Fania się zbliżyła. – W palącym słońcu chciała zwilżyć sobie twarz wodą z rzeki i poślizgnęła się, czyż nie, siostro? A teraz przestańcie ją przesłuchiwać i wyślijcie kogoś do drogiego Żiżka, aby podziękować mu za ocalenie jej od śmierci.

Minda kiwa głową, wygląda na to, że wszyscy jej krewni są rozczarowani tak prostym wytłumaczeniem jej wypadku. Gdy dochodzi do katastrofy, muszą być i winni, nawet jeśli ofierze niewygodnie jest o nich mówić. Elijahu płaci rabinowi za błogosławieństwo oraz doktorowi Elkanie za przyjście i kłania się z wdzięcznością. Ruchla spogląda w stronę Mindy, a jej wzrok boli bardziej niż mocny uchwyt ręki, jakby chciała powiedzieć: „Wydaliśmy jednego rubla i jeszcze jednego, i na co?”.

Doktor, żegnając się, podaje ostatnie zalecenia, do których doszliby i sami: Minda ma odpoczywać kilka dni, wzmacniać się trzema posiłkami dziennie, dużo pić i przebywać w cieple, a jeśli dostanie gorączki albo spuchnie jej szyja, Boże broń, należy go natychmiast wezwać. Co wtedy zrobi? Wszyscy wiedzą, że niewiele.

Rabin Mojsze-Lejzer Halperin wchodzi ponownie do pokoju, aby pożegnać się z Mindą i poinformować ją, jak bardzo wszyscy zainteresowani są jej losem. Minda nie wierzy własnym uszom, ale szewc Liderman wysłał jej za darmo skórzane buty i posłał po Chaję-Lejkę, by wypowiedziała swoje zaklęcia i wypędziła złe oko za pomocą jajek i maści rumiankowej. Krawiec Sznajder obiecał turkusową sukienkę w prezencie – „Ten Sznajder i jego szaleństwa”. A Symcha-Zisel Reznik, rzeźnik, przyniósł skrawki z kiełbasy oraz lecznicze zioła i owoce lipy. I wszyscy chcą wiedzieć, co jeszcze może sprawić jej przyjemność.

– Dawniej nie mieliśmy tu takiej jedności – chwali się i natychmiast woła Jankelego i Mirl, żeby poszli z nim do sąsiadów i dali matce odpocząć.

Mirl nie chce zostawić matki, ale w końcu zgadza się, a po wyjściu dzieci w drugim pokoju wybucha kłótnia. Ruchla i Elijahu skarżą się Fani, która prosi ich, by zostawili jej starszą siostrę w spokoju.

– Zostawić? – krzyczy Elijahu, tym razem nie z powodu głuchoty. – Jak mamy zostawić ją samą, gdy zachowuje się tak głupio? Już od dawna mówię, że staje się coraz bardziej niezrównoważona.

– Gdzie ona zniknęła? Możesz to wyjaśnić? To ty jesteś jej siostrą! – Ruchla dołącza do męża, oskarżycielsko akcentując słowo „ty”.

A Elijahu jeszcze podsyca podejrzenia.

– Ty wiesz, że w kieszeni jej sukienki znaleźliśmy fortunę? Co ona chce zrobić z ponad trzema rublami?

– Należy nam się odpowiedź. Nasze życie zmieniło się w piekło, i po co? – wścieka się Ruchla.

– Nie po to wzięliśmy ją do naszego domu, żeby zniszczyła nasze dobre imię – dodaje Elijahu.

Zapada cisza, słychać tylko rozchodzące się w przestrzeni dźwięki uciszania. A Minda, która słyszy, że ktoś wchodzi do jej pokoju, udaje, że śpi.

– Siostro – mówi Fania. – To ja.

Ale Minda jeszcze bardziej zamyka się w sobie. Żadne z tych słów nie sprawia, że jest jej lżej, ani „siostra”, ani „to ja”. Minda jest sama na świecie, a ten świat nie jest dla niej.

 

Mijają dni, kilka nocy przemyka się między nimi, mija tydzień, ale nic się nie zmienia. Choć ciało Mindy nabrało sił, w jej płucach nie ma już wody z rzeki, słowa nadal pozostają w niej uwięzione, a dusza przygnębiona. Ledwo ma siłę, by wstać z łóżka, a że jest w stanie jedynie skinąć lub potrząsnąć głową, można z nią rozmawiać, zadając pytania, na które odpowiada się wyłącznie „tak” lub „nie”: Głodna? Spragniona? Zmęczona? Chcesz wstać? Wygodnie ci? Chcesz wrócić do łóżka? Przykryć cię? Tak naprawdę ten sposób rozmowy odpowiada Mindzie. Po pierwsze, nie wymaga od niej żadnego wysiłku czy myślenia. Po drugie, skupia się przede wszystkim na sprawach ciała, a mniej na duszy. A po trzecie, odsuwa dalsze dyskusje na temat tego, co się stało na rzece z Żiżkiem.

Ale jest i minus. Także i myśli Mindy kurczą się do „tak” i „nie”. Spojrzenie ma szkliste, usta wysuszone, a jej towarzystwo stało się uciążliwe. Jeśli opętał ją dybuk, jest to rzeczywiście zadziwiający dybuk. Jej ciało nie drga, z ust nie wydobywają się przekleństwa, jej wiara jest tak mocna, jak była, a miejscowi mędrcy zastanawiają się, czy rytuał wypędzenia dybuka pomoże jej, czy nie. Sąsiedzi przynoszą talizmany, lecz ich wizyty są krótkie, ponieważ po minucie w towarzystwie Mindy są już znudzeni i poirytowani. Teściowie nie mogą już besztać nieożywionego przedmiotu i nawet jej dzieci boją się podejść.

Tylko jej młodsza siostra codziennie przychodzi ze swojej wioski. Przynosi trochę chleba i sera, czasami także kawałek ciasta biszkoptowego lub trochę dżemu. Fania otwiera okno, wietrzy pokój, poprawia pościel, a następnie siada przy jej łóżku. Opowiada o dzieciach, o wybrykach Jankelego, o postępach swoich córek i Mirl w nauce hebrajskiego i rachunków, potem zaś o różnych nowinkach, jakie usłyszała w Motolu. Ale Fania też nie należy do najbardziej rozmownych.

Na koniec tygodnia Fania przyjeżdża z Natanem Berlem i ich piątką dzieci, a czasami i matka Natana Berla, Rywka Kajzman, dołączy do nich; przyjeżdża mimo trudów podróży tylko dlatego, że ją „błagali”.

Minda Szpajzman nie wie, ile pieniędzy Natan Berl daje potajemnie jej teściom, dwadzieścia rubli miesięcznie, może trzydzieści. Ale z podekscytowanego głosu Elijahu orientuje się, że teściowie nie przetrwaliby bez pomocy jej siostry. A mimo to Minda nie jest w stanie okazać jej żadnych ciepłych uczuć. Lecz pewnego dnia Fania zaskakuje ją i oznajmia, że jest zmuszona opuścić ją na pewien czas. Wuj Natana Berla leży na łożu śmierci i cała rodzina zbiera się w Kijowie. Nie wie, kiedy wrócą, za miesiąc, może dwa, ale Minda ma się niczym nie martwić, Fania poczyniła wszystkie konieczne ustalenia z Ruchlą i Elijahu. Mindzie brakuje tchu, dławi się łzami. Podnosi się na łóżku i mocno ściska młodszą siostrę za szyję.

– Nie martw się, siostro – szepcze Fania. – Niedługo wrócę, na pewno jeszcze przed świętami.

– Ja… ja… – jąka się Minda, zaciska oczy, żeby powstrzymać łzy.

– Wiem, siostro – szepcze Fania, ciesząc się, że siostra pamięta inne słowa poza „tak” i „nie”.

 

Od tamtej pory nieobecność Fani jest bardzo mocno odczuwalna. Dni się dłużą, daty stają się zbędne, a święta się oddalają. Pogoda jest istotna tylko po to, żeby ustalić, na jaką szerokość otworzyć okno, a odgłosy tętniącego życiem zewnętrznego świata zdają się kpić i szydzić z wciąż zamkniętej w pokoju Mindy. Energiczne kroki Ruchli i Elijahu niosą ze sobą wyraźnie oskarżycielski ton: „Jak długo, Minda, jak długo?”. A jej pisklęta, niegdyś źródło radości, teraz są powodem udręki: stoją w drzwiach jej pokoju, łaknąc uczucia.

Pewnego dnia Israel Tajt, właściciel gospody, przyniósł jej paczuszkę. Zupełnie nowy numer „Ha-Magid”, niespotykana rzecz w zapomnianym przez Boga Motolu, w którym nie ma nawet poczty. Po wyjściu Israela Minda otwiera gazetę z mieszaniną podekscytowania i wstydu: „Może tym razem to jej kolej? Co z jej wiadomością?”. Ale dzisiaj czeka ją podwójnie gorzkie rozczarowanie. Nie ma nawet wzmianki o wiadomości, którą wysłała, pojawiło się za to nowe ogłoszenie z dziwnym nagłówkiem: „Zaginiona żona”; prosi się w nim o pomoc w znalezieniu kobiety – żony? – która zniknęła. Dziwne, myśli Minda i czyta pierwsze linijki, które stoją w sprzeczności z logiką i moralnością, a jej serce wypełnia niechęć wobec rozpieszczonych kobiet, które odwracają się od swojego powołania.

 

Kobieta wyszła o drugiej po północy i od tamtej pory nie wróciła. Wszystkie nasze wysiłki, poszukiwania we wsiach i miasteczkach, lasach i rzekach zawiodły. Nie słychać głosu, nie ma odpowiedzi, nie ma po niej śladu. Dlatego, jeśli ktoś wie cokolwiek o tej kobiecie, niech jak najszybciej skieruje ją do nas. Do jej męża, pięciorga dzieci i nieszczęsnej teściowej, czekających w rozpaczy we wsi.

 

Jiszuwnikes, myśli Minda, nic dziwnego. Nieszczęśnicy. Mieszkają wśród gojów i przyjmują ich obyczaje. Czarne jest białym, zło dobrem, ziemia niebem, a kobieta mężczyzną. Co za podła gazeta z tego „Ha-Magid”, że pozwala na publikowanie takich ohydnych wiadomości. Jaki interes może mieć społeczność w takich nietypowych przypadkach, które nie uczą tego, jak powinno być? Nie można stwierdzić, czy cała sprawa nie została wymyślona, może ta wiadomość ma wstrząsnąć społecznością swoją arogancją.

Zrzuca gazetę na podłogę obok łóżka. Czy świat stanął do góry nogami? Czy morze się pali? Nie ma już o czym pisać? Czy przyszedł Mesjasz? Czy ona znajduje się w odbudowanej Jerozolimie? Czy Żydzi dotarli już do punktu, w którym skończyły się ich cierpienia i osiągnęli spokój, tak że kobiety mogą pozwolić sobie na porzucenie biednych dzieci i męża? Boże broń, płacze gorzko. Władco świata, błagam cię, postaw przeszkodę na drodze tej kobiety, która opuściła swój dom o drugiej godzinie po północy. Zawróć ją do jej wioski, do męża i piątki biednych dzieci i nie pozwól, by poprowadziła inne kobiety na manowce. Stoimy u bram wielkiej katastrofy, Święty, niech będzie błogosławiony, czuję to w kościach.

Minda znowu sięga po gazetę i szuka znaku, że jej modlitwy zostały wysłuchane. Wraca do wiadomości o „Zaginionej żonie” i czyta dalej.

 

A oto jej znaki szczególne: młoda kobieta, dwudziestopięcioletnia, okrągła twarz, włosy jasne (blond), oczy popielate (szare), prosta, o nieprzyjaznej twarzy, długa blizna po ugryzieniu przez zwierzę na lewym ramieniu, widziano ją wychodzącą w czarnym ubraniu, na wierzchu miała krótką czerwonawą kurtkę. Nazywa się Fania Kajzman, a ja, jej teściowa, Rywka Kajzman, proszę was o pomoc dla mojego syna Natana Berla Kajzmana, jestem gotowa hojnie zapłacić każdemu, kto wie o jej miejscu pobytu.

 

 

 

[1] Sziduch – swaty, bardzo stara i niezwykle poważana w ortodoksyjnych kręgach żydowskich tradycja.

[2] Mużyk (ros. мужик) – rosyjski chłop, słowo używane też na określenie osoby niewykształconej, bez ogłady, ignoranta.

[3] Szikse – pogardliwie dziewczyna nie-Żydówka.

[4] Szajgec – łobuz, hultaj lub pogardliwie w środowisku żydowskim: nieżydowski chłopiec.

[5] Chaper (jid., dosł. porywacz) – człowiek zatrudniony przez kahał, gminę żydowską, do wypełniania kontyngentu poboru nałożonego w latach 1827–1857 w Imperium Rosyjskim na społeczności żydowskie. Działalność chaperów ograniczała się do końcowego okresu przymusowego naboru, w latach 1852–1855.

 

 

 

CZĘŚĆ DRUGA

 

GRODNO

 

 

 

 

 

 

 

 

1

 

Przez wiele nocy Fanię Kajzman dręczyła bezsenność. Puste spojrzenie Mindy przypominało jej matkę z czasów ich dzieciństwa w Grodnie. Czarne oczy, a pod nimi ciemne worki. Czego nie robiła Fania jako dziecko, żeby uszczęśliwić matkę. Pomagała w pracach domowych, przygotowywała kreplech[6] i krupnik, nauczyła się czytać Cene urene i Tajcz Chumesz[7], a nawet nabierała wody z Niemna. Połowa wylewała się jej po drodze, ale nosiła tyle, ile mogła młoda dziewczyna. Gdy jednak zbliżała się do matki z nadzieją na uścisk i pocałunek, zawsze spotykała się z tą samą odpowiedzią: „Nie teraz, Fanieczka, mama jest zmęczona”. I matka wzdychała.

Jej ojciec Meir-Anszel Szechter, który na ogół był poważnym mężczyzną, lubił opowiadać jedną anegdotę. Odrzucał wszystkie teorie dotyczące dybuka, który mógł opętać jego żonę, nie chciał też słyszeć o żadnych rytuałach czy talizmanach. „Mama – tak tłumaczył Fani i jej siostrze Mindzie – jest właściwie całkiem szczęśliwą kobietą i nie ma niczego, co kochałaby bardziej od was, dziewczynki. Ale co zrobić, że jest także prawą kobietą. I jeśli powiedziano jej »w bólu będziesz rodzić«, to tak zrobiła”. „Nie ma takiego przykazania!” – mówiła oburzona Fania. „Jesteś mądra, bardzo mądra” – odpowiadał, a jego spojrzenie łagodniało.

Przez całe dzieciństwo Fania naciągała swoje policzki w dół, by nie mieć worków pod oczami, które tak wyróżniały jej matkę. I ostatnio, gdy spędziła tyle czasu w towarzystwie Mindy, zauważyła, że jej ręce znowu ciągną w dół policzki, a myśli, bezwiednie, wracają do tamtych czasów.

Nawet w środku nocy – gdy w drugiej godzinie po północy wyszła z domu, wsiadła do wozu Michaiła Andriejewicza i uzgodniła z nim, że zaczeka na nią z koniem na obrzeżach wsi – czuła się, jakby pędziła w kierunku miejsca spoczynku matki, leżącej gdzieś między polami kartofli a polami pszenicy.

Fania miała dziesięć lat, gdy jej matka dokonała swoich dni; przyglądała się, jak jej ciało ułożono w kuchni na cienkim materacu pod białym prześcieradłem. Ojciec wyjaśnił, że czekają teraz na obmycie ciała przez kobietę z Chewra Kadisza, którą zatrzymała śnieżyca. Przez całą noc matka leżała na podłodze między stołem a piecem, a Fania nie zmrużyła oka. Gdy wydawało jej się, że słyszy z kuchni oddech i rzężenie, zebrała się na odwagę, wstała z łóżka i podeszła do ciała. Dotknęła zimnych rąk matki i wkradła się pod przykrywające ją prześcieradło. Po raz pierwszy w życiu nie usłyszała łamiącego się głosu, mówiącego: „Nie teraz, Fanieczka, mama jest zmęczona”, ani tego przeklętego westchnięcia. Dziewczynka przywarła do niej i trzymała jej dłoń, póki ojciec nie znalazł ich o wschodzie słońca. Te godziny były najszczęśliwszymi, jakie znała, a ojciec uśmiechnął się do niej i nie był przerażony.

 

 

2

 

Meir-Anszel Szechter był przyzwoitym mężczyzną, erlecher jid, uczciwy, szlachetny człowiek, tak wszyscy o nim mówili. Nie wykształcony, nie mądry, nie sprawiedliwy, ale – z pewnością – bogobojny. Członek znanej rodziny rzezaków, który kontynuował tradycje: ściśle przestrzegał praw dotyczących uboju rytualnego, zasad koszerności oraz ustalał rozsądne ceny kupna i sprzedaży. Nie przyjmował od swoich klientów monet i banknotów. Te należą do spekulantów, mówił. W zamian za swoje usługi przyjmował najlepsze sztuki mięsa, worki pszenicy, dzbany mleka, owoce i warzywa, a nawet meble i ubrania. Sceptycyzm wobec pieniędzy od pokoleń charakteryzował rodzinę Szechterów, dlatego też nie martwili się, jak inni, wpływem sytuacji politycznej na obniżenie wartości waluty.

Meir-Anszel dokładnie przestrzegał codziennej rutyny. Rano wstawał, modlił się, mył ręce i wypowiadał błogosławieństwo, najadał się do syta chlebem i szedł naostrzyć swój chalaf[8] na kamieniu. Córkami zajmował się z pedantycznym oddaniem, od chwili, gdy się obudziły, aż do momentu, kiedy miały wyjść z domu, a wtedy szedł do ubojni, do pracy.

Bydło i ptaki dostarczano do ubojni Meira-Anszela związane i zbite, w oczach miały strach przed śmiercią. Krowy i owce, kozy i cielaki, jagnięta i kurczaki wchodziły jedne za drugimi, na drżących nogach, z suchymi językami i złamanym duchem. Gdy wprowadzono je do ubojni, zwierzęta, wyczuwając zapach krwi, próbowały opierać się z całą siłą, jaka im pozostała. Kopały i ryczały aż do zdarcia gardeł, wydobywały się z nich takie same skowyty, jakie słyszały z ubojni kilka dni wcześniej. Ich właściciele smagali je batem, próbując złamać ich opór, ale Meir-Anszel odbierał im zwierzęta i prosił, by poczekali na zewnątrz. Gdy zostawał z nimi sam, nie czuł dla nich współczucia. Choć Meir-Anszel poił krowy, głaskał cielaki i patrzył w przygaszone oczy jagniąt, robił to z poczucia obowiązku i szacunku, a nie współczucia. Zwierzęta widziały jego wzrok, wyczuwały krew na fartuchu i wiedziały, że ostatnia łaska została im okazana przez ich własnego kata. Ze względu na jego dobroć, przewyższającą dobroć ich właścicieli, natychmiast stawały się bardziej podejrzliwe. Gdy więc rzucał je na podłogę, ze związanymi nogami i ciałami pokrytymi ziemią, ich spojrzenie stawało się puste, jakby wiedziały, że ich koniec został przypieczętowany.

Po rozpoczęciu pracy Meir-Anszel nigdy się nie ociągał, zawsze prowadził swój nóż jednym, płynnym ruchem. Przecinał dwa punkty, tchawicę i przełyk, nie miażdżąc kręgów, nigdy nie ciął z góry na dół. Nie wkładał noża między tchawicę a przełyk, nie kierował noża poza nacięcie, nie rozrywał mięsa ostrzem czy ręką, nie ściskał i nie zgniatał zwierzęcia, nie dokonywał uboju, gdy był zmęczony. Dopiero kiedy sprawdził i potwierdził, że nacięcia są koszerne, a przełyk i tchawica poprawnie przecięte, wycierał czoło i ręce, wygłaszał błogosławieństwo „o pokryciu krwi ziemią” i rzucał piach na kałużę krwi, by ją wchłonął.

O zmierzchu wracał do domu, do żony Malki Szechter i dwóch córek, a ponieważ Malka zazwyczaj zamykała się w swoim pokoju, to on przygotowywał obfity obiad dla wszystkich. Meir-Anszel z córkami z zapałem jadł ciemny chleb i świeże warzywa, zboża, kluski i mięso, a żona obserwowała ich z troską. Wybudował dom na lewym brzegu Niemna, w niemałej odległości od rynku, a rzeźnię – jak najdalej od uszu mieszkańców. Nigdy nie interesował się plotkami i zazwyczaj trzymał się z daleka od dyskusji toczonych przez mędrców, więc rzadko bywali u nich goście. Każdego wieczora prosił jedynie, by pozwolono mu zapalić fajkę, i kładł się wcześnie spać.

Żonę kochał głęboką miłością, doprowadzającą do szaleństwa. Jego rodzice zgodzili się na warunki małżeństwa, już gdy miał dziesięć lat, a przez lata opowiadali mu o piękności i mądrości Malki. Zakochał się w niej, jeszcze zanim ją zobaczył.

Pobrali się dwa lata po jego bar micwie. Przez całe życie rodzice uczyli go, że stosunki między mężczyzną a kobietą rozwijają się stopniowo i z poczucia obowiązku, ale w obecności Malki czuł się jak podczas burzy: jego twarz płonęła, serce tańczyło, a usta wypowiadały bzdury i kłamstwa. Uważał się za niegodnego jej piękna, jej okrągłej twarzy, różowych policzków, szkarłatnych ust, nawet jej małej blizny na podbródku, a w jej obecności ogarniało go poczucie winy. Wiedział, że jedynym powodem ich sziduchu był jego zawód gwarantujący utrzymanie, lecz właśnie z tego powodu nie ośmielał się dotknąć swojej żony: jak mógłby się do niej zbliżyć z tymi rękami splamionymi krwią i w ubraniu przesiąkniętym fetorem śmierci? Dlaczego miałby przysłonić jej światło swoim mrocznym światem? W noc poślubną nie ośmielił się wejść do jej łóżka i dopiero po miesiącach leżenia na stojących obok siebie posłaniach to ona wstała i położyła się obok niego. Nie mając wyboru, zbezcześcił jej smukłe ciało swoim niezdarnym ciałem i zwierzęcymi pomrukami, a rankiem, gdy uśmiechnęła się do niego zarumieniona, poczuł, że ona tylko udaje z szacunku do niego. Nie kochał jej tak, jak sprawiedliwy kocha swoją żonę, z poczucia obowiązku i przestrzegając przykazań, ale pożądał jej jak dzika bestia i był z nią związany niczym niewolnik. Każdego wieczora wracał do domu, pewien, że jej w nim nie znajdzie, i był wdzięczny, że była gotowa znieść, choćby tylko przez kolejny dzień, jego przyciężkawy wygląd, gryzący zapach, ograniczony umysł i podłą pracę.

Otrzymał ostrzegawczy znak z nieba, gdy zaczął go nawiedzać jeden sen. Czeka w ubojni na klienta, który przyprowadza, ciągnąc na linie, dziwne zwierzę: o ciele bestii i z głową anioła o delikatnej twarzy Malki. I oto zostają sami, rzezak i żona, jej język jest suchy, a oczy szeroko otwarte. A on krzyczy w niebiosa i gorzko płacze, i bierze zamach chalafem nad jej szyją, ale z powodu burzy uczuć rozrywa organy i doprowadza do niewłaściwego uboju. Malka powoli umiera na jego rękach, a on budzi się z koszmaru, zlany potem i przerażony.

Obraz głowy ukochanej żony osadzonej na ciele krowy mniej niepokoił Meira-Anszela, choć wspomnienie rozerwanej twarzy Malki było naprawdę przerażające. Ale bardziej wystraszyła go jedna rzecz: jak jego ręce mogły zachować się tak niezdarnie i rozerwać ciało zwierzęcia, jakby był jakimś nieudolnym amatorem? Zdawał sobie sprawę, że jeśli będzie podążał drogą niekontrolowanego pożądania Malki Szechter, wpierw straci środki do życia, a potem i siebie, i swoją rodzinę. Tego lata rozbudowali swój drewniany dom kosztem podwórza i dobudowali kolejny pokój, do którego wprowadził się na stałe.

 

 

3

 

Od dzieciństwa Malka kładła się do łóżka z poczuciem winy. Jej ojciec, Jankiel Krigsman, nigdy jej nie wybaczył. Czasy były ciężkie, wielu rzeczy brakowało, tylko Bóg pamiętał, kiedy było inaczej, a zarobki Jankiela Krigsmana wisiały na włosku. W młodości otrzymał w spadku ogromne zapasy pszenicy, które gniły w spichlerzu z powodu jego niezdecydowania. Na początku chciał je eksportować na zachód, ale napotkał trudności w rządowej biurokracji. Później nauczył się warzyć piwo, lecz wtedy zakazano Żydom zajmowania się alkoholem i prowadzenia gospód. Za wszystkie porażki obwiniał swoje rozpuszczone dzieci, które ograniczały jego wolność poruszania się i marnowały mu czas, dlatego też nie żałował im rózgi i straszył je opowieściami o aniołach zniszczenia, które biły zmarłych rozgrzanymi do białości żelaznymi prętami.

Ale mimo że jego dzieci były leniwe, Jankiel Krigsman odkrył, iż może zdobyć dzięki nim pokaźne sumy – przyjmując duże posagi dla swoich synów i wypłacając małe swym córkom. Przecież nie ma nic wstydliwego w czerpaniu zysków. Dlatego też nie był przesadnie wybredny, gdy zaczęły napływać propozycje dla jego córek, i zdecydował, że Malka Krigsman, najładniejsza z nich, wyjdzie za mąż za syna Izaaka-Wolfa Szechtera, choć należał do rodziny rzezaków; zawód ten nie jest najbardziej poważany, ale byli oni najlepsi w swoim fachu w całym powiecie. Malka miała dwanaście lat, gdy wyszła za mąż.

Malka Szechter nie była zaskoczona, kiedy jej mąż nie przyszedł do jej łóżka od razu po ślubie. W swoich oczach była i będzie wybrakowana, i jeśli wiedział to jej ojciec, to czego miałaby oczekiwać od innych. Dlatego nie dziwiła się, że Meir-Anszel nie zbliżył się do niej w noc poślubną, i nie dziwiła się, że śpią w osobnych łóżkach przez wiele miesięcy. Mimo to wymyśliła sobie grę, która dawała jej nadzieję i zarazem służyła jako znak ostrzegawczy: jeśli kogut zapieje mniej niż trzy razy, Meir-Anszel uśmiechnie się do niej, ale jeśli zapieje więcej – zachowa jak zwykle kwaśny wyraz twarzy. Jeśli naleje herbatę bez rozlewania, jej mąż zauważy jej urodę, ale jeśli rozleje – pomyśli, że jest brzydka. Jeśli za ich domem zarży koń, nadejdą dobre wieści, ale jeśli błoto przyklei się do jej butów, wydarzy się katastrofa. Oczywiście ten łańcuch przyczyn i skutków obalany był raz za razem. Lecz wystarczyło, by przepowiednia sprawdziła się choćby raz, żeby Malka poczuła, że ma kontrolę w rękach i wymyślała kolejne zasady. Dlatego, kiedy obiecała sobie w pewną burzliwą noc, że jeśli wiatr otworzy okno, to wstanie i wejdzie do jego łóżka – zrobiła to.

Po tej nocy Meir-Anszel podejmował wysiłek, by z nią być, ale nie była zaskoczona, gdy po paru miesiącach poddał się i zaczął sypiać w innym pokoju. Sama leżała w nocy, ni to śpiąc, ni to nie śpiąc, i marzyła o dziecku, które przyniosłoby jej pocieszenie i które by jej potrzebowało. Gdy w końcu urodziła się Minda, Malka nie była w stanie odejść od niej choćby na chwilę i nie pozwalała nikomu się do niej zbliżyć, obawiając się złego oka. Przywiązała ją do siebie za pomocą linki przyczepionej do fartucha, bo wiedziała, że gdyby sąsiedzi wzięli małą na ręce, nie znalazłaby dla niej męża, a jeśli dziadek Jankiel Krigsman odetchnie nad nią, sprowadzi na to delikatne dziecko dyfteryt, a jeśli Minda wyjdzie z domu bez matki, z pewnością zginie pod kołami wozu. Nawet dotyk Meira-Anszela wydawał się Malce niczym pocałunek śmierci dla córki.

Rok później, po urodzeniu Fani, sytuacja się jeszcze pogorszyła. Malka wpadła w prawdziwą rozpacz i była pewna nadchodzącego nieszczęścia. Nie wątpiła, że pewnego dnia Niemen wyleje i woda pochłonie obie jej córki. Wyobrażała sobie, jak dziewczynki się topią, gdy ona, na próżno, próbuje je ratować. Wielki smutek z powodu straty sprawił, że z trudnością wstawała z łóżka. Urodziła je z nadzieją i z rozpaczą patrzyła, jak rosną, bezradna wobec ich losu.

 

 

4

 

Gdy Malka Szechter zmarła, Meir-Anszel nie zamierzał wypełniać micwy „mnóżcie się i rozmnażajcie” z inną kobietą, mimo że wielokrotnie zwracano mu uwagę na brak męskich potomków. Utrzymał swoją codzienną rutynę, a córki zostawiał u dziadka, Jankiela Krigsmana. Poprosił go, by uczył je hebrajskiego i arytmetyki, ale dziadek większość czasu poświęcał na szczegółowe opisywanie, z przykładami, ich losu w piekle, gdzie kobiety wiesza się za włosy i piersi.