Chodź ze mną - Sara MacDonald - ebook

Chodź ze mną ebook

Sara MacDonald

0,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Fundacja Krajowy Depozyt Biblioteczny

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 598

Rok wydania: 2009

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Chodź

ze mną

BP Dzielnicy Żoliborz

Wypożyczalnia-1'6

516 0 081161 Ó 0

Chodź

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Rozdział dwudziesty piąty

Rozdział dwudziesty szósty

Rozdział dwudziesty siódmy

Rozdział dwudziesty ósmy

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Rozdział trzydziesty

Rozdział trzydziesty pierwszy

Rozdział trzydziesty drugi

Rozdział trzydziesty trzeci

Rozdział trzydziesty czwarty

Rozdział trzydziesty piąty

Rozdział trzydziesty szósty

Rozdział trzydziesty siódmy

Rozdział trzydziesty ósmy

Rozdział trzydziesty dziewiąty

Rozdział czterdziesty

Rozdział czterdziesty pierwszy

Rozdział czterdziesty drugi

Rozdział czterdziesty trzeci

Rozdział czterdziesty czwarty

Rozdział czterdziesty piąty

Rozdział czterdziesty szósty

Rozdział czterdziesty siódmy

Rozdział czterdziesty ósmy

Rozdział czterdziesty dziewiąty

Rozdział pięćdziesiąty

Rozdział pięćdziesiąty pierwszy

Rozdział pięćdziesiąty drugi

Rozdział pięćdziesiąty trzeci

Rozdział pięćdziesiąty czwarty

Rozdział pięćdziesiąty piąty

Rozdział pięćdziesiąty szósty

Rozdział pięćdziesiąty siódmy

Rozdział pięćdziesiąty ósmy

Rozdział pięćdziesiąty dziewiąty

Rozdział sześćdziesiąty

Rozdział sześćdziesiąty pierwszy

Rozdział sześćdziesiąty drugi

Rozdział sześćdziesiąty trzeci

Rozdział sześćdziesiąty czwarty

Rozdział sześćdziesiąty piąty

Rozdział sześćdziesiąty szósty

Rozdział sześćdziesiąty siódmy

Rozdział sześćdziesiąty ósmy

Rozdział sześćdziesiąty dziewiąty

Rozdział siedemdziesiąty

Rozdział siedemdziesiąty pierwszy

Rozdział siedemdziesiąty drugi

Rozdział siedemdziesiąty trzeci

Rozdział siedemdziesiąty czwarty

Rozdział siedemdziesiąty piąty

Rozdział siedemdziesiąty szósty

Rozdział siedemdziesiąty siódmy

Rozdział siedemdziesiąty ósmy

Rozdział siedemdziesiąty dziewiąty

map

Chodź

ze mną

przełożyła Dominika Montean

WARSZAWSKIE WYDAWNICTWO LITERACKIE

MUZA SA

Tytuł oryginału: Come Away With Me Projekt okładki: Agata Muszalska Redakcja: Małgorzata Kowalska Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz Korekta: Irma Iwaszko

Zdjęcie wykorzystane na okładce Yorsteher/zefa/Corbis

© Sara MacDonald 2007. Ali rights reserved © for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2009 © for the Polish translation by Dominika Montean

ISBN 978-83-7495-652-9

Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA Warszawa 2009

Pamięci

Nikki, mojej kuzynki, która umiała rozświetlić mrok.

Dla Jackie i Pete'a.

Dla Toby'ego, Nicoli i Phoebe (Pachnącego Groszku).

Z miłością

PISZĄC NA WODZIE

Samotne białe pióro gęsie co ty tam tak piszesz

muskając ledwie jedwabne lustro wody

odciskając swój ślad między wodą a powietrzem

zostawiając za sobą znamię ruchu

coś na kształt wiadomości? Pisanie

to coś więcej niż słowa.

Jenny Balfour-Paul, 2006

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział pierwszy

Luty, 2006

Adam poczuł dreszcz na plecach. Znal dobrze ten rodzaj strachu jak ze złego snu. Mocniej zacisnął palce na wędce. Las w zatoce za jego plecami stał ciemny i gęsty. Wiedział, że tam coś było, coś, co go obserwowało, tak czuł.

Kiedy się odwracał, żeby sięgnąć po kurtkę, rzucił spojrzenie na las i zobaczył, że cienie drzew ułegły zmianie. Wiedział, że ten ciemny kształt, gdzie kiedyś było słońce, to teraz był ktoś, coś, tam w lesie. To coś patrzyło na niego. I czekało. Czekało, aż będzie musiał minąć je na ścieżce, żeby rzucić się na niego.

Zaczął zwijać żyłkę, nasłuchując, czy ktoś nie przechodzi w po-błiżu, wtedy mógłby, chowając się za jego plecami, bezpiecznie dostać się do domu. W zatoczce jednak nie było nikogo. Brzeg wydawał się opuszczony, tylko kułiki krzyczały drżącym i cienkim głosem, i czapła stała na jednej nodze we mgle, mgle, która zbliżała się w jego kierunku, zasłaniając słońce. Przypływ nadciągał niepowstrzymanie.

Adam zabezpieczył wędkę, pozamykał puszki i schował lornetkę, robiąc ze swoich rzeczy mały stosik. Odwrócił się za siebie, sięgając po plecak. Zmusił się, żeby spojrzeć na las. Cień zniknął. Ścieżka była wołna. Wrzucił rzeczy do plecaka, chwycił wędkę i wyprostował się w promieniach słońca, któremu udało się wreszcie przebić przez mgłę. Skierował się ku starej stodole na nabrzeżu, za którą wiła się jego ścieżka. Drgnął gwałtownie, jakby ośłepiony słońcem, widząc jakiś kształt łeżący pod jedną ze ścian stodoły. Przyjrzał się bliżej. Kobieta. Leżała zwinięta na płaszczu, z kolanami pod brodą, włosy miała w nieładzie. Wyglądała jak małe dziecko; chude ramiona skrzyżowane na piersi, nieruchoma. Jenny.

Adam stał jak zaczarowany. Patrzył na jej ciało i czuł, jak wzbiera w nim litość, całe jej morze. Serce mu się ścisnęło, łzy napłynęły do oczu na widok ludzkiego cierpienia. Strach się ulotnił. Wszystko zaczynało nabierać jakiegoś dziwnego sensu. Jenny zwariowała. Ludziom czasami odbija, kiedy dzieje się coś złego.

Powinien pobiec do domku. Powinien sprowadzić mamę, ale jakoś nie mógł zostawić Jenny samej, zwiniętej na starym płaszczu, bezbronnej. Po prostu nie mógł. Nadal leżała dziwnie nieruchomo. Odłożył wędkę, postawił na ziemi płecak i nachyłił się, żeby jej dotknąć.

Żyła. Palce wyczuły ciepło jej ciała. Pod tym dotykiem poruszyła się i otworzyła oczy. Adam cofnął się nieznacznie. Nie wiedział, co powiedzieć.

Jenny, widząc go, usiłowała się podnieść. Adam zauważył, że trzęsą się jej ręce.

- Już dobrze - powiedział. - W porządku.

Patrzyła na niego, jakby właśnie wróciła z jakiegoś odłegłego miejsca.

- Adam. - Jej głos był ochrypły, musiała długo z nikim nie rozmawiać. Wyciągnęła do niego rękę. Adam nie mógł się przemóc, żeby ją chwycić. Czuł, jak wali mu serce. Chciał pobiec po Ruth. Tracił grunt pod nogami.

Ręka Jenny opadła.

Przepraszam - wyszeptała. - Bardzo przepraszam, że cię wystraszyłam. - Głos miała matowy, twarz przygnębioną.

Adam przykucnął obok niej.

Dlaczego... dlaczego mnie śledziłaś i chowałaś się w lesie? Bo nie rozumiem...

Jenny nie odpowiadała, więc Adam zdecydował.

Biegnę po mamę. Będzie dobrze. Jesteśmy z powrotem za pięć minut.

- Chciałam z tobą porozmawiać, pobyć... sama... - Głos Jenny brzmiał niewyraźnie.

- Dłaczego ? - Adam poczuł się nieswojo.

- Jesteś taki jak Tom. Taki sam. Myśłałam, że jesteś moim synem, że to ja jestem twoją matką...

Oczy Jenny wyglądały jakby były podbite, a twarz jakby się skurczyła pod masą kręconych włosów.

- Wybacz mi - poprosiła. - Chyba zwariowałam. Nie chciałam cię przestraszyć. Nigdy bym cię nie skrzywdziła. Wierzysz mi?

Adam kiwnął głową.

- Nie czujesz się najlepiej, ale będzie dobrze. Pójdę po Ruth. - Zawahał się. - Dojdziesz do domku, jeśli ci pomogę ?

Jenny potrząsnęła głową.

- Adam... ja... jestem bardzo zmęczona.

Adam pochylił się i dotknął jej ręki.

- Zostań tutaj, zaraz wrócimy.

Zostawił ją i zaczął biec ścieżką w stronę domku i swojej matki. Na zakręcie zwolnił trochę, łapiąc oddech. Nagle, zza pleców, dobiegł go szum skrzydeł spłoszonego ptactwa, które hałaśliwie unosiło się znad wody, rozrywając ciszę. Odwrócił się. Zobaczył, że Jenny wstała, że ma na sobie swój ciężki płaszcz. Zaczęła wchodzić do czarnej wody, szybko wzbierającej wraz z przypływem.

- Nie! - krzyknął Adam i zaczął biec z powrotem, uderzając mocno nogami, boleśnie łapiąc oddech. - Nie, Jenny, nie, nie.

Rozdział drugi

Sierpień, 2005

Rosie śpi pomiędzy nami, pulchnym tyłeczkiem do góry; maleńkie stopki odwrócone ku górze, jak wnętrza różowych muszelek. Wciśnięta pomiędzy Toma i mnie, rozpaloną buzię oparła na jego ramieniu. Oddychają tym samym płytkim rytmem. Kiedy śpi, wygląda jak niemowlę; ciemne loczki przyklejone do głowy, rozpłomienione policzki. Muszę się powstrzymywać, żeby jej ciągle nie całować.

Tom jest w połowie obrócony do nas. Jedna ręka pod głową, druga na udzie, rozstawione palce, gotowe w każdej chwili chronić Rosie. Twarz ma głęboko wtuloną w poduszkę, krótkie włosy zmierzwione, skórę wilgotną od ciepła naszych ciał w jednym łóżku podczas tej bezwietrznej, letniej nocy.

Jego ramiona i tors są szerokie i opalone. Skóra lśniąca. Okaz zdrowia i sprawności.

Otwarte okno łapie najlżejszy nawet podmuch wiatru, kiedy tak patrzę na niego w żółtym świetle ulicznej lampy, moje ciało jest już stęsknione za nim i za jego dotykiem. Kocham te wykradzione momenty, te nieruchome noce spędzone na patrzeniu jak śpi. Zachowuję je na czas, kiedy znowu go nie będzie.

To jest ta bezwietrzna godzina pomiędzy nocą a świtem, kiedy Londyn zatrzymuje się na chwilę i w ciszy ciemności mogę się łudzić, że słyszę w oddali morze i mewy krzyczące na nowy dzień.

To nie jest tęsknota za domem, ale luksus szczęścia. To wiedza, że pomimo życia w metropolii, żyję u boku mężczyzny, którego kocham, w domu pełnym ludzi, bez których nie byłabym sobą, że wykonuję pracę, którą kocham. To nie jest idealne szczęście, ale takie przecież nie istnieje. Jesteśmy zdani na jego przepustki, burzące rytm naszego życia. Nigdy nie wiem, gdzie jest Tom i kiedy będzie w domu. To są te cienie.

Musiałam zasnąć na chwilę, bo kiedy otwieram oczy, ptaki śpiewają i światło słoneczne wlewa się przez okno. Słyszę, jak Flo idzie powoli schodami do pracowni na górze. Będzie sprawdzać plan pracy na poniedziałek. Jak dobrze, że jednak do nas dołączyła. Za chwilę wejdzie z herbatą, zdziwiona widokiem śpiącej w naszym łóżku Rosie.

Przeciągam się z zadowoleniem i sięgając ponad Rosie, drapię lekko Toma po ramieniu. Ma skórę jak jedwab. Moje włosy spadają na twarz Rosie i łaskoczą Toma, budząc ich oboje.

Tom ziewa, otwiera jedno oko i widząc, że na niego patrzę, uśmiecha się sennie i przewraca na plecy. Jego ruchy mają ten nieświadomy wdzięk, jak ruchy kota. Odwraca się w stronę leżącej obok Rosie i odgarnia włosy z jej gorącej twarzyczki. Nagle rzuca mi spojrzenie pełne intensywnego błękitu. To rzadki, szybko znikający moment jego bezbronności.

Zawsze wiedziałam, że nasza miłość nie jest równa. Tom jest dla mnie wszystkim. Ja jestem dla niego ważna, ale nie najważniejsza. Przez moment jednak uchwyciłam jego prawdziwą, niczym nieprzesłoniętą miłość do mnie i Rosie.

Przybliżam się, a on przyciąga mnie ponad Rosie, chowając twarz w moich włosach.

Rosie rozbudza się natychmiast i zaczyna się śmiać.

- Ja! Ja! Tata!

Tom wyciąga rękę i przygarnia piszczącą Rosie do nas.

Flo puka do drzwi.

- Herbaty? - krzyczy.

Rozdzielamy się natychmiast i siadamy wyprostowani.

- Tak, chętnie. Wchodź!

Flo wnosi tacę z herbatą. Udaje zdziwienie na widok Rosie.

- A co ty tutaj robisz, moja panno?

Tom najchętniej wyskoczyłby z łóżka, ale jest nagi.

- Flo, wolałbym żebyś nas nie obsługiwała. Czuję się przez to okropnie winny.

- Czuj się jak chcesz - żartuje Flo. - W niedzielne poranki lubię mieć kuchnię tylko dla siebie, jak zresztą wiecie. - Stawia tacę i wyciąga rękę w stronę Rosie. - Danielle ma przywieźć prezent z Paryża dla pewnej grzecznej dziewczynki, która zawsze zjada wszystko na śniadanie.

Rosie nie chce rozstać się z nami ani z ciepłym łóżkiem.

- Ellie wraca?

- Jutro. Chodź, kochanie, daj się ubrać mamusi i tatusiowi, a potem wszyscy pójdziecie do parku.

Zadziałało. Rosie porzuca nas i drepcze za Flo, która zamyka za nimi drzwi. Pijemy herbatę, ale się nie ubieramy. Tom sprawdzonym ruchem ściąga mi koszulę przez głowę i kochamy się namiętnie, świadomi, że mamy dla siebie jeszcze tylko siedemdziesiąt dwie godziny, zanim jego urlop się skończy.

Przyciskam twarz do jego skóry i wdycham jej zapach. Czuję nikłą woń zagrożenia, którą wydaje jego umięśnione ciało. Tom ma ten seksowny zwyczaj kochania się cały czas z otwartymi oczami, które, zanim spojrzy w górę i eksploduje, błyszczą jak ciemnobłękitne świetliki. Czuję dreszcz, wiedząc, że on chce obserwować moją twarz w momencie szczytowania. Kiedy wychodzimy gdzieś razem i widzę, jak inne kobiety na niego patrzą, ogarnia

mnie zadziwienie, że należy do mnie. Do mnie. Naprawdę tylko do mnie.

Przyciska mnie do siebie tak mocno, że aż boli. - Tom - szepczę. - Nie mogę oddychać.

Wypuszcza mnie przestraszony.

- Przepraszam, jestem jak niedźwiedź. Nie znam swojej siły.

- I to mi się podoba - mówię miękko, przysuwając się do niego bliżej. I naprawdę mi się podoba. Kocham to uczucie niebezpieczeństwa drzemiące w sile jego ciała; jego ciągłą czujność, która jest dla niego jak druga skóra. Nawet kiedy nie pracuje albo nic mu nie zagraża, i tak nie jest w stanie tego zmienić.

Kiedyś w nocy obudził nas hałas. Tom szybkim ruchem wysunął się z łóżka i przemknął przez pokój jak cień. Otworzył szufladę, coś z niej wyjął i wyszedł na podest schodów. Usiadłam i zszokowana patrzyłam, jak z kocią zręcznością porusza się w ciemnościach.

Patrzyłam, jak skoczył do przodu i uderzył. Usłyszałam krzyk, natychmiast zapaliłam lampkę przy łóżku i pobiegłam do drzwi.

Tom w ciemnej kuchni trzymał kogoś w żelaznym uścisku. Mężczyzna jęczał z bólu i strachu, ale to Danielle pierwsza zaczęła krzyczeć. Ona i jej chłopak weszli do domu od drugiej strony i trafili do kuchni w poszukiwaniu kawy. Obydwoje byli mocno wstawieni. Chłopak uciekał po schodach w stronę drzwi frontowych z rekordową szybkością. Tom, wściekły, wyżył się na Danielle za zakradanie się po ciemku i brak odpowiedzialności.

Wiedziałam, że był zły nie tylko na Danielle, równie wściekłą co zawstydzoną, lecz także na samego siebie. Mógł poważnie zranić jej chłopaka. Od tamtej pory drzwi pomiędzy naszymi mieszkaniami były zamykane na noc. Tom i Danielle nie odzywali się do siebie przez trzy dni i pogodzili się tylko przez wzgląd na mnie.

To był jeden jedyny raz, kiedy zobaczyłam tę agresywną, wyszkoloną stronę natury Toma. Dodało to pikanterii moim seksualnym odczuciom. Czasami, w dniach przed swoim wyjazdem, Tom staje się zamknięty w sobie i zmienia się w kogoś, kogo nie znam; uświadamiam sobie wtedy, jak mało wiem o jego drugim ja.

Z okna mojej pracowni na piętrze patrzę, jak Tom pcha wózek z Rosie w stronę parku. Nie znoszę tracić go z oczu, ale czekam na telefon z Paryża od Danielle. Oczywiście Flo mogłaby równie dobrze odebrać ten telefon, ale nie chcę, żeby Danielle myślała, że kiedy Tom jest w domu, ja przestaję poważnie traktować swoją pracę, bo to nieprawda.

Słyszę, jak piętro niżej, w kuchni, Flo krząta się przy niedzielnym obiedzie. Wyobrażam sobie, jak sięga po niektóre rzeczy, a odstawia inne. Zaczynam szkicować, ale bez entuzjazmu, nagle wstaję i podchodzę do okna.

Chodnik lśni, świeżo zmyty deszczem, który ochłodził powietrze, tak że prawie czuję zapach mokrej ziemi nadciągający od strony ogrodu.

Patrzę na koniec pustej alejki, gdzie jeszcze przed chwilą byli Tom i Rosie, i wpadam w panikę. Obracam się i już zbiegam schodami, krzycząc po drodze do Flo, że idę do parku. Jednym szarpnięciem otwieram drzwi wejściowe, ruszam w dół ulicy, którą przecinam, kiedy samochody stają, i wpadam do parku.

Kieruję się w stronę stawu i zgięta wpół, łapiąc oddech, zwalniam, dopiero kiedy widzę ich karmiących kaczki. Nic im nie jest. Są tam; duży mężczyzna i małe dziecko, pochyleni, głowa przy głowie rzucają chleb kłębiącej się i łakomej gromadzie kaczek.

Stoję, patrząc na nich. Rosie pierwsza wyczuwa moją obecność. Odwraca się i piszczy z radości.

- Mama! - krzyczy.

Więc udało ci się uciec. - Tom się śmieje. - Cudownie!

Kiedy razem rzucamy chleb kaczkom, Tom mówi:

- Wiesz, kiedy jesteśmy tutaj razem, ty, ja i Rosie, zadaję sobie pytanie, dlaczego, u diabła, nie jestem cywilem.

Ty! - Śmieję się na samą myśl. - O tak, już widzę, jak co rano, w garniturze, stoisz w korkach do metra.

Myślę, że w końcu do tego dojdzie, nawet jeśli zostanę w wojsku. Będę miał wielki brzuch i ciepłą posadę w biurze.

Rosie, zmęczona rzucaniem chleba, wdrapuje się z powrotem do wózka i przygląda się nurkującym kaczkom. Zanosi się śmiechem, patrząc na ich wystające z wody kuperki, i klaszcze w rączki.

Tom schyla się, żeby ją ucałować.

- Ale z ciebie urocze stworzenie, Rosie Holland.

Powoli wychodzimy z parku. Wilgotny podmuch wiatru znowu przynosi wyraźny zapach mokrej ziemi. Jest dopiero sierpień, a mnie już się przypomina jesień i koniec lata, i drżę na tę myśl.

Tom mnie przytula.

- Czasami, zwłaszcza w taką niedzielę jak ta, zastanawiam się, co, do cholery, robię ze swoim życiem, Jen. Czego szukam?

Bawi mnie to i robię się cyniczna, bo tak dobrze go znam.

- Takie regularne, rodzinne niedziele zanudziłyby cię na śmierć. Miotałbyś się po domu jak tygrys w klatce i doprowadzał nas wszystkich do szału.

Tom uśmiecha się do mnie szeroko.

- Jeśli mowa o drapieżnikach, to był fantastyczny urlop, bo mieliśmy Danielle w Paryżu.

- To, co mówisz, nie jest miłe, a poza tym wraca jutro. - Wzdycham. - Naprawdę chciałabym, żebyście się lepiej dogadywali. Ciągle się o coś kłócicie, to już weszło wam w krew.

Wracamy do domu, Flo wszystko już zrobiła sama i czuję wyrzuty sumienia. Wolałabym, żeby tak nas nie obsługiwała.

- Sama nakryłabym do stołu...

- Proszę bardzo... - Tom nalewa nam dżin.

- Moja droga, co niedziela ta sama rozmowa. To nie jest dla mnie obowiązek. Ja naprawdę lubię przygotowywać niedzielny obiad.

- Danielle dzwoniła?

- Tak. Sprzedała wszystko z wyjątkiem tych długich lnianych sukienek, najwyraźniej są za długie dla paryżanek.

- Cholera, miała rację. Będę musiała spróbować sprzedać je na północy. Mówiła normalnie?

- Mówiła, jakby była w środku przyjęcia - odpowiada Flo dyplomatycznie.

- A to nowość. - Tom sadza Rosie na jej wysokim krześle.

- Ona nie ma żadnej rodziny. Tylko mnie i Flo. - Poirytowana, bronię Danielle. - Nie rozumiesz? Dla niej jesteśmy zadowolonymi z siebie nowożeńcami, a kiedy w dodatku ty stajesz się napuszony, utwierdzasz ją w tych uprzedzeniach i tylko pogarszasz sprawę. Nie osądzaj jej zbyt łatwo.

Tom natychmiast przeprasza.

- Masz rację, Jen. Nie gniewaj się. Sam często się na tym łapię. To dlatego, że ona z wiekiem staje się chyba coraz bardziej rozwiązła. I nie wydaje mi się, żeby była w tym wszystkim choć trochę odpowiedzialna. Wiem, że ma swoje własne mieszkanie i to co robi ze swoim życiem to jej sprawa, ale nie musi mi się to podobać.

Flo odwraca się od piekarnika.

- Danielle miewa napady rozwiązłości, rozmawiałam już z nią na ten temat, bo zależy mi na niej. Ale musisz zrozumieć, że to wszystko nic innego jak tylko niskie poczucie własnej wartości. Nic nie wiem o jej dzieciństwie, ale chyba tam trzeba szukać przyczyny. Postaraj się, kochany, być milszy.

Nakładam jedzenie na talerz Rosie i podaję go Tomowi. Kroi małe kawałeczki.

- A teraz czuję się naprawdę jak świnia. Danielle jest oszała-miającą zmysły pięknością, więc naprawdę trudno uwierzyć, że jej rozwiązłość wynika z braku poczucia własnej wartości, a nie z tego, że po prostu lubi seks.

Rosie podnosi w górę łyżkę i wali nią w talerz, trafiając prosto w sos.

- Nie - krzyczymy głośno i Rosie, na dźwięk tego rzadko słyszanego słowa, zamiera z plastikową łyżeczką w dłoni.

Tego popołudnia zostawiamy Rosie z Flo i idziemy na otwarcie galerii, a potem na łyżwy. Na kolację jemy chińszczyznę - wybór

Toma - a potem chwiejnym krokiem wracamy do domu. Tom wypił za dużo.

- Nie tknę alkoholu przez bardzo długi czas, kochanie.

- No i dobrze - mruczę pod nosem, podtrzymując go na stopniach; z trudem otwieram kluczem drzwi. Potykając się, wchodzimy po schodach, Tom chce jeszcze zobaczyć Rosie.

- Tylko jej nie obudź. Niech dzisiaj śpi już we własnym łóżeczku.

Tom długo na nią patrzy. Nagle wydaje się trzeźwy.

- Człowiek nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo się zmienia, kiedy ma dziecko. Myśl, że coś może się jej stać, jest... nie do zniesienia. Tak bardzo chcę was chronić. Bo wiem, jak szybko wszystko się może zmienić. Kiedy jestem w jakiś strasznym miejscu, to myślę

0 was, myślę, że obie jesteście tam, gdzie jest ciepło i bezpiecznie.

1 dzięki temu się trzymam. Bez was nie dałbym rady robić tego, co robię, nie stając się zgorzkniały i nieczuły.

Obejmujemy się mocno i patrzymy, jak nasze dziecko śpi. Chce mi się płakać, bo za czterdzieści dwie godziny Tom znowu zniknie i dom stanie się cichy i pusty, a ja będę znowu czuła w żołądku ten mdlący ucisk, aż do momentu, kiedy Tom zadzwoni albo gdy przyjdzie list bez stempla na kopercie i wtedy będę pewna, że jest tam gdzieś bezpieczny, i zacznę odliczać dni do jego powrotu.

Rozdział trzeci

Luty, 2006

Kiedy Bea wróciła do domu z zakupów, zastała pusty dom. Na kuchennym stole czekała na nią kartka od Jamesa.

Kochanie, dzwoniła Flo z Londynu. Martwi się o Jenny, która zniknęła. Podobno spotkała znowu, po tylu latach, Ruth Friedman. Dziwne. Ruth jest teraz na wakacjach w Kornwalii, więc jadę do tego domku w zatoce St Minyon, żeby sprawdzić, czy ich tam nie ma. Postaraj się nie martwić za bardzo. Jestem pewien, że Jenny wróci do domu. J.

Bea poczuła suchość w ustach. Natychmiast chwyciła za telefon i zadzwoniła do Flo. Odebrała jakaś Azjatka. Florence i Da-nielle właśnie mają spotkanie z jakimś bardzo ważnym klientem. Czy chce zostawić wiadomość?

- Przekaże pani, że dzwoniła mama Jenny? I gdyby Flo mogła oddzwonić jak najszybciej. Będę bardzo wdzięczna.

- Oczywiście. Przekażę.

Bea wyszła do ogrodu, ciągle ściskając w ręce telefon. Wiał zimny wiatr od wschodu i morze poniżej lśniło granatowo i groźnie. Zaczęła chodzić tam i z powrotem po tarasie, pomiędzy przywięd-łjmii roślinami w doniczkach, czując, jak na myśl o zbliżającym się nieszczęściu kurczy się jej żołądek.

Odwróciła się w stronę domu i wijącego się przed nim podjazdu. Ruth. Bea dobrze pamiętała to chude dziecko z jasnymi warkoczami, wyłaniające się zza rogu ich domu, jego drobną, bladą twarz niecierpliwie wypatrującą Jenny.

Ruth, co niedziela pokonująca wzgórze od strony Downalong, zdesperowana, żeby wyrwać się z domu i znaleźć schronienie tutaj.

Bea spojrzała w górę, na jedno z okien na strychu, gdzie kiedyś był pokój Jenny. Wydawało jej się, że tu, w ogrodzie, wciąż jeszcze dobiega ją śmiech dziewczynek, mieszający się z pokrzykiwaniem mew. Jenny i Ruth. Ruth i Jenny. Zawsze nieodłącznie razem, przez te wszystkie lata dzieciństwa, jak siostry bliźniaczki, a potem pstryk, Ruth zniknęła i Jenny omal nie pękło serce.

Bea wróciła do domu i poszła do gabinetu Jamesa. Zauważyła, że nie ma jego torby medycznej.

Rozdział czwarty

Sierpień, 2005

Tom budzi się nagle. Serce bije mu głośno w ciszy domu, jak gdyby właśnie ocknął się z koszmaru. Jeśli tak, to nic nie pamięta. Odwraca się na plecy, pewien, że było to jakieś dręczące ostrzeżenie, które powinien zrozumieć, ale nie umie go przywołać z powrotem.

Wstaje z łóżka i wkłada szlafrok. Podchodzi do niezasłoniętego okna i patrzy. Już prawie świta, niebo barwi się na różowo ponad dachami domów. Odwraca się w stronę łóżka, gdzie śpi Jenny. Na widok jej uśpionego ciała ogarnia go potężne uczucie miłości i strachu zarazem, odbierając mu prawie oddech.

Wychodzi z sypialni i idzie do pokoju Rosie, odpędzając cienie, przeklinając te nastroje, które zawsze powracają w ostatnie dni przed wyjazdem. Rosie śpi w swoim łóżeczku zwinięta jak myszka, takie same kręcone włosy jak u matki, takie samo ułożenie do snu, mały klon. Uśmiecha się i podciąga kołdrę, ostrożnie przykrywając jej pulchne ciałko. Rosie. Krew z jego krwi.

Dreszcz przebiega mu po plecach. Cienie są coraz bliżej, wychodzą ze wszystkich stron. Nie może się odwrócić i stanąć z nimi twarzą w twarz, bo nie wie, z której strony czyha największe niebezpieczeństwo.

Wychodzi z pokoju, idzie do salonu, i tam siada w swoim wysłużonym skórzanym fotelu. Kocha ten dom. Ten wspaniały, tętniący

życiem dom z jego wysokimi sufitami i ogromnymi skrzydłowymi oknami. Kocha wszystko, co ma w swoim życiu, z wyjątkiem powrotu do tej ohydnej wojny, w której sens już chyba przestał wierzyć. Musi zdusić te odczucia, zabić je, zanim one nim zawładną. Ma pod sobą młodszych, mniej doświadczonych żołnierzy, dziewiętnastoletnich chłopców, którzy mu ufają. Takie sobie wybrał życie. A w takim życiu nie ma miejsca na strach, użalanie się nad sobą czy wolnomyślicielstwo.

Zniecierpliwiony samym sobą wstaje, żeby nalać sobie brandy. Będzie słuchał, jak w ciszy nocy jego dom się rusza, oddycha, skrzypi. Będzie chłonął z jego cieni codzienną krzątaninę pracowitych dni Jenny. Ciągłe przychodzenie i wychodzenie, rozmowy i śmiechy; telefony i dzwonki do drzwi; tupot stóp jego córki na wypolerowanej podłodze; dotyk dłoni Jenny, mijającej go z rolką materiału pod pachą, odwracającej się do niego z uśmiechem, jej twarz pełna miłości. To wszystko jest rutyną jej dni, kiedy jego nie ma; jej zamknięty, bezpieczny, kobiecy świat.

Małżeństwo skomplikowało wiele. Teraz ma tyle do stracenia; ryzyko musi być dobrze skalkulowane, mniej instynktowne. Ciężko być cały czas twardzielem, który wszystko może. Przełyka szybko brandy. Przestań tyle myśleć.

Zasypia w fotelu i sny wracają. Śni mu się, że wysiada z samolotu w Irlandii Północnej, a może Bośni lub Iraku. Pada deszcz i tak ciężko mu na sercu, jakby coś stracił...

Odwraca się, żeby popatrzeć na młodych żołnierzy maszerujących za samolotem. Widzi ich w migotliwym od drgającego żaru powietrzu. Wydają się przez to prawie nierealni, kiedy tak unoszą się w jego kierunku, i nagle z całą jasnością rozumie, że czas, ten który znał, nie istnieje. Ci żołnierze, on sam, znajdują się w jakiejś ponadczasowej sferze. Są zarazem żołnierzami z przeszłości i tymi, którzy dopiero nadejdą wraz z przyszłością. Śmieją się, bawią tą przygodą, tańczą ze śmiercią. Nieświadomi, że te małe, brutalne wojenki z niewidocznym wrogiem nigdy się nie skończą.

I maszerują tak ochoczo i niewinnie uśmiechnięci, w swoich nowych, skrzypiących buciorach, z ciężkimi plecakami, a on chce ich ostrzec, krzyknąć: Nigdy nie wygramy. Tak to się będzie toczyć zawsze i na wieki.

Tak, ale kiedy tylko zbliża się do nich, natychmiast dostrzega między nimi swoją młodszą twarz, zdecydowaną i gotową na wyzwanie. Mijają go, śmiejąc się, kiedy tak stoi na lotnisku, i wtedy uświadamia sobie, że oni go nie widzą, bo go tam nie ma. Nie istnieje. Jego czas nadszedł i minął.

Budzi się z ulgą. Jest rano. Jest w Anglii. Słońce odbija się od wypolerowanej podłogi. Śmieje się z ulgą. Dokąd zabierze dzisiaj Jenny i Rosie w ten drogocenny ostatni dzień swojej przepustki?

Rozdział piąty

Luty. Zaniedbany ogród wypełniły przebiśniegi oraz fioletowe i żółte krokusy. Zimowy jaśmin kwitł oparty o ogrodzenie. Przed wyjściem na dworzec zeszłam na dół i zebrałam małe bukieciki przebiśniegów, którymi udekorowałam pokoje, jakbym chciała zostawić tam cień samej siebie. Kwiaty wyglądały jak zwiewne baletnice, zebrane w białych gromadkach na tle witrażowego okna; kiedy wrócę, będą już brązowe i zwiędłe.

Przeciągałam moment wyjścia z domu. Nie chciałam zamknąć za sobą drzwi i nagle znaleźć się na ulicy, na zewnątrz, na tym świeżym, chłodnym powietrzu. Czułam jakiś irracjonalny strach, że coś może się stać tym, którzy zostali w domu, albo że te pokoje o wysokich sufitach nagle rozpłyną się za moimi plecami.

Usiadłam w skórzanym fotelu Toma i zaczęłam wsłuchiwać się w dźwięki domu, w kobiecy śmiech dochodzący z góry, z pracowni. Słuchałam głębokiego, miękkiego głosu Flo rozmawiającej przez telefon. Pomyślałam z poczuciem winy, jak bardzo wiele wzięła na siebie Danielle w ciągu tych ostatnich paru tygodni i jak niewiele ja miałam do zrobienia podczas tych spotkań w Birmingham, które zaplanowała dla mnie.

Usłyszałam podjeżdżającą taksówkę; wstałam z fotela i zeszłam na dół. Zabrałam z holu walizki i zawołałam do Flo, że wychodzę. Zeszła na półpiętro i stała tam, patrząc na mnie. Powstrzymałam się, żeby nie rzucić wszystkiego i nie pobiec do niej na górę, krzycząc,

że zmieniłam zdanie, że Birmingham to ostatnie miejsce na ziemi, dokąd chciałam jechać sama.

Musiała jednak coś dostrzec w mojej twarzy, bo nagle postanowiła zejść do mnie.

- Nie jest jeszcze za późno, kochanie. Możesz odpuścić Birmingham i poczekać, aż wróci Danielle. Tydzień w tę czy we w tę nie robi różnicy. Ciągle jeszcze mogę zmienić terminy, a Danielle zrozumie.

- Wszystko w porządku, naprawdę. - Potrząsnęłam głową, kłamiąc. - A jechać muszę dzisiaj. Danielle umówiła te spotkania i nie chcę jej zawieść. To nie byłoby fair.

Flo westchnęła i pocałowała mnie w policzek.

- No to jedź, Jen. Zadzwonię do ciebie jutro wieczorem. Wyszłam z domu i wsiadłam do czekającej taksówki. Pomachałam Flo i patrzyłam, jak powoli znika mi z oczu.

Korki były okropne, więc miałam bardzo mało czasu. Kiedy biegłam po peronie w kierunku pociągu do Birmingham, postać idąca przede mną nagle mi kogoś przypomniała. To był ten prawie niedostrzegalny ruch głowy, te wyprostowane mocno plecy. Ogarnęło mnie mrowiące uczucie deja vu; okruchy pamięci, nie do scalenia.

Wsiadłam do prawie pustego wagonu pierwszej klasy i znalazłam swoje miejsce. Cisza była kojąca. Mogłam się skupić i popracować trochę.

Wtem do mnie dotarło, że już wiem, kogo przypomniała mi postać na peronie: Ruth Friedman, moją najlepszą przyjaciółkę ze szkoły. W dzieciństwie byłyśmy nierozłączne. Ruth praktycznie mieszkała w naszym domu w St Ives. Była jedną z tych dziewczyn, które są zawsze dobre ze wszystkiego. Musiała taka być, bo miała starszych rodziców, rygorystycznych do granic możliwości, zimnych i krytycznych wobec wszystkiego, co robiła. Nigdy nie mogła zapraszać przyjaciół do domu i miała masę innych zakazów, których nie wolno jej było złamać. Przez to była inna, inna niż wszyscy.

Bea instynktownie przygarnęła ją do naszej wielkiej niesfornej gromady, a ona przy nas i z dala od swojego domu zdawała się rozkwitać. Była zabawna i błyskotliwa. Bardzo ją kochałam, wtedy jako dziecko, ale zawsze też czułam, że pewnego dnia wyjdzie z naszego domu i nie wróci już nigdy więcej. Była taka lojalna wobec tych swoich okropnych rodziców. Nigdy nie mówiła o nich źle, jakby po prostu nauczyła się akceptować ich takimi, jacy byli.

Pociąg nabierał szybkości, przejeżdżając przez przedmieścia. Lata całe nie myślałam o Ruth i tym bardziej dziwiło mnie, że czyjś przypadkowy ruch głowy, dostrzeżony w ułamku sekundy, mógł spowodować aż taką falę wspomnień, które były miłe, ale też i zakłuły boleśnie. Pamiętałam, jak mówiła: „Nigdy nie wyjdę za mąż, Jen. Wiesz, że moi rodzice nigdy i nigdzie nie byli? Całe swoje życie spędzili tutaj, w Kornwalii. Nic innego ich nie interesowało. Niewiarygodne. Ja mam zamiar odlecieć stąd jak ptak, wolna...".

Często potem zastanawiałam się, czy jej się to udało. Parę miesięcy później, tuż przed naszą maturą, nie wiadomo dlaczego ojciec Ruth, kierownik banku, przyjął posadę w Toronto. Cała rodzina spakowała się nadzwyczaj szybko i parę tygodni później nie było po nich śladu. Jakby zapadli się pod ziemię. A my zostaliśmy, nie rozumiejąc, co się właściwie stało.

Przenoszenie Ruth do innej szkoły tuż przed maturą było bez sensu, zwłaszcza że jej wymagający rodzice zawsze nadmiernie przejmowali się jej szkolnymi osiągnięciami. Bea, zaniepokojona, że dzieje się coś złego, poszła się z nimi zobaczyć. Zaproponowała, żeby Ruth do matury zamieszkała z nami, ale jej rodzice z zimną determinacją odrzucili tę propozycję, mówiąc, że Ruth wyjedzie z nimi i zda egzaminy w późniejszym terminie w międzynarodowej szkole w Toronto.

Dziwna też była uległość Ruth, która przyjmowała wszystko posłusznie niczym robot. Zaniechała jakiejkolwiek walki o to, żeby nie jechać. Kiedy prosiłam ją i błagałam, żeby z nami została, w końcu wybuchnęła złością. To był jeden jedyny raz, kiedy zwróciła się przeciwko mnie i kazała mi pilnować swoich własnych spraw.

Najokrutniejsze jednak było to, że zostawiła swoje dawne życie i mnie bez jednego nawet spojrzenia za siebie. Nigdy do mnie nie napisała. Tak długo byłyśmy razem, a jednak tak łatwo przyszło jej zostawić mnie dla swojego nowego życia. Na dodatek musiała pomylić się w adresie, bo wszystkie moje listy do niej wracały nietknięte. Lata minęły, zanim na dobre pozbyłam się poczucia strasznej straty i strasznej krzywdy zarazem.

Patrzyłam przez okno na zaniedbane ogródki szeregowych domów. Co Ruth zrobiła ze swoim życiem? Co się z nią stało? Zawsze była odrobinę tajemnicza i zawsze miała skłonności do nagłych zmian nastrojów. To nie dziwiło, jeśli się znało jej rodziców, ale kiedy odeszła bez jednego spojrzenia za siebie, zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle kiedykolwiek znałam ją naprawdę.

Gapiłam się na swoje mgliste odbicie w szybie. Dziwne, jakie wspomnienia może wywołać obraz kruchych kobiecych pleców.

Ktoś zakołysał się nad moim siedzeniem, a po chwili rzucił płaszcz na wieszak nad moją głową. Szybko rozwinęłam gazetę. Było mnóstwo wolnych miejsc gdzie indziej. Spojrzałam w górę, zła, prosto w twarz roześmianej eleganckiej blondynki.

- Jenny Brown! Wiedziałam, że to ty. Nikt inny nie wyglądałby w takich ciuchach tak olśniewająco jak ty. I nikt nie ma takich włosów jak ty. Od razu cię poznałam!

Patrzyłam na tę kobietę wystraszona. Przede mną stała Ruth Friedman. Nie rozpoznałabym jej tak szybko, gdyby nie jej głos i śmiech, które były takie same jak kiedyś.

- Ruth! Dobry Boże. Szłam za tobą do pociągu. I myślałam, że to ktoś, kto mi ciebie przypomina.

Paplałam tak bez sensu i patrzyłam na nią, a ona na mnie i śmiałyśmy się do siebie, kiedy sadowiła się na siedzeniu obok.

- Przeszłas koło mojego okna, Jenny. Mignęłaś mi tylko, ale nagle poczułam taką pewność, że to musisz być ty, i to jesteś ty.

Zadziwione wpatrywałyśmy się w siebie o czternaście lat starsze, śledząc uważnie zmarszczki i cienie na naszych dorosłych twarzach. Ciągle była szczupła; jej wysokie, wysportowane ciało w każdym ruchu miało ten sam co zawsze, niewymuszony wdzięk. A do tego jeszcze ten styl - była nieskazitelnie zadbana. Cienkie warkoczyki odeszły w niepamięć. Nosiła staranny makijaż i drogą blond fryzurę.

Jak ja przy niej wyglądam? Zastanawiałam się, przeklinając w duchu, jak zawsze, moje krępe ciało i ciemne, niesforne włosy, które ciągle nie dawały się ujarzmić. Nie miałam makijażu i byłam pewna, że postarzałam się bardziej niż ona.

Nagle, ku swojemu własnemu zaskoczeniu, powiedziałam coś, o czym właśnie myślałam przed chwilą:

- Ty po prostu zniknęłaś, Ruth. Zniknęłaś z powierzchni ziemi. Nigdy do mnie nie napisałaś. Nigdy nie dostaliśmy od ciebie żadnej wiadomości. Jakbyś umarła.

Coś nieuchwytnego przebiegło jej po twarzy i zniknęło; wzruszyła ramionami w dobrze mi znany sposób.

- Pomyślałam po prostu, że tak będzie najlepiej. Oj, mamy kawę, cudownie.

Obracałyśmy w palcach kartoniki z mlekiem.

- Co robisz w pociągu do Birmingham, Jenny? Dostałaś się na studia plastyczne? Jeśli dobrze pamiętam, to zawsze chciałaś mieć masę dzieci, jak Bea...

Śmiała się, wskazując na moją obrączkę.

- Na które z pytań mam najpierw odpowiedzieć? - spytałam, grając na zwłokę, czułam, że zaczyna mi być niedobrze. - Jadę do Birmingham, bo tam pracuję. Tak, przyjęli mnie do Central St Martin's.

- Dostałaś stypendium?

- Tak, miałam szczęście.

- Szczęście? Nie sądzę. Byłaś po prostu niesamowicie zdolna. Więc co porabiasz teraz?

Nachalność Ruth była ta sama.

- Mam spółkę z francuską projektantką Danielle Sabot. Dobrałyśmy się razem przy projekcie stypendialnym Royal Society of Arts i wygrałyśmy. Z tego powodu jeden z londyńskich sklepów poprosił nas o parę projektów i tak to się wszystko zaczęło. Teraz projektujemy dla różnych firm, tutaj, we Francji i we Włoszech. Zazwyczaj Danielle jeździ do Birmingham. Jest lepsza ode mnie w interesach, ale kiedy jest za granicą, to jadę ja.

- Jak zawsze skromna. Wiedziałam, że ci się uda, Jenny. Naprawdę.

- A co u ciebie, Ruth? - spytałam szybko. - Jak ci było w Toronto? Kiedy wróciłaś do Anglii?

- Hej, jeszcze nie moja kolej - odpowiedziała Ruth równie szybko. - Co na innych polach, nie tylko zawodowych?

Wyjrzałam przez okno, jakbym szukała drogi ucieczki. Mijaliśmy domki jak z klocków lego, ogródeczki i ludziki w nich, które chodziły za swoimi sprawami, dzień za dniem, dzień za dniem. Zycie płynęło nieubłaganie dalej.

Myślałam, że nic po mnie nie było widać, ale chyba się myliłam, bo nagle Ruth niepewnie wyciągnęła rękę w moim kierunku.

- Przepraszam, Jenny. To nie moja sprawa.

Patrzyłam na jej smukłą dłoń leżącą obok mojej. Jej ręka uniosła się i delikatnie chwyciła moją. Żal ścisnął mi serce. Gapiłam się na pola za oknem. Ciemna, mokra, zaorana ziemia. Mewy lecące za traktorem. Skłamałam, bo kłamstwo przyszło łatwiej, jak opowiadanie cudzej historii:

- Mój mąż zginął w wypadku samochodowym. - Słyszałam swój głos, jakby dochodził z głębokiego tunelu.

Łatwiej to powiedzieć szybko, właśnie tak. Ruth nie będzie pamiętać albo nie skojarzy ze mną tych okropnych nagłówków w gazetach, tych zdjęć.

Jej palce zacisnęły się na moich. Jej głos brzmiał dziwnie, jakby była w szoku.

- Och, Jenny... O mój Boże. Tak strasznie mi przykro. Kiedy? Dawno?

- W sierpniu.

- To zaledwie pół roku temu. Byłam wtedy w Izraelu. Nie wiem, co ci powiedzieć. Tak mi przykro... Proszę, wybacz mi to okropne wścibstwo.

Ruth głaskała moją rękę i ten ruch sprawił, że poczułam rozchodzące się w środku ciepło, którego już od tak dawna nie zaznałam.

- Powiedz coś o swoim życiu, Ruth. Coś o sobie. Jak długo byłaś w Kanadzie? Kiedy wróciłaś?

Ruth wpatrywała się w moją twarz z niepokojem, tak bardzo chciała przynieść mi pocieszenie. Nagle jednak puściła moją rękę i z powrotem oparła plecy o siedzenie. Na sekundę zamknęła oczy.

- Nigdy nie pojechałam do Kanady.

Widziałam, jak zamyka się w sobie, tak samo jak ja jeszcze chwilę temu.

Gapiłam się na nią w osłupieniu.

- Co ty mówisz?

Ruth nie odpowiedziała.

- Przecież zostawiłaś nam adres, tylko pomyliłaś się w numerze. Twój tata dostał pracę w Toronto, tak?

Ruth spojrzała na mnie; jej twarz bez wyrazu przypomniała mi to dziecko, jakim kiedyś była.

W jej głosie usłyszałam gorycz.

- Tak, moi rodzice pojechali. Ja nie. Zamieszkałam z ciocią, na Arran. Maturę zdałam korespondencyjnie. Nigdy nie dostałam się na żaden uniwersytet.

Nie mogłam oderwać od niej wzroku.

- Nic z tego nie rozumiem...

- Chcieli się mnie pozbyć, to wszystko.

Niczego mi to dalej nie wyjaśniało.

- Słucham?

Ruth uśmiechnęła się smutno.

- Jak dobrze wiesz, moi rodzice panicznie bali się jakiegokolwiek skandalu i mieli obsesję na punkcie tego, kto i co sobie o nich pomyśli. Pamiętasz te ostatnie święta Bożego Narodzenia, tuż przed moim wyjazdem?

- Tak, byłam wtedy w szpitalu na operacji wyrostka.

- Tak... Więc skłamałam rodzicom i powiedziałam, że idziemy na imprezę razem. Poszłam sama, upiłam się i nie miał mnie kto odwieźć do domu. W końcu odwiózł mnie czyjś ojciec, oczywiście też pijany, ale traf chciał, że pracował w banku mojego ojca.

Ruth wzięła głęboki oddech. W jej domu alkohol to był napój szatana.

- Ojciec tak się wściekł, jak mnie zobaczył, że zanim zdążyłam wytrzeźwieć, powiedział mi, że on i matka nie są moimi biologicznymi rodzicami. Ze zostałam adoptowana. To nawet było śmieszne. Naprawdę. Moja matka stała przede mną, sycząc ponuro: „Taka krew, taka krew" jak jakaś obłąkana lady Makbet.

Wpatrywałam się w Ruth przerażona.

- Kilka tygodni później mój ojciec przyjął stanowisko, którego wcześniej nigdy by nie przyjął, a ja zostałam odesłana gdzie indziej, tak szybko, jak to tylko było możliwe, przy zachowaniu jakiejś przyzwoitości.

- Nie wierzę. Byłaś moją przyjaciółką. Jak mogłaś mi nic nie powiedzieć!

- Bo mój ojciec był paranoikiem, a matka histeryczką i dostawali ataków na przemian na samą myśl, że ktoś może się dowiedzieć, co chcą zrobić. Błagałam ich, żeby mi pozwolili zostać i zdawać maturę razem z tobą. Wiedziałam, że Bea u nich była. Ale ojciec mi groził, a ja się go bałam.

- Powinnaś była uciec do nas i wszystko nam opowiedzieć. Bea i James powstrzymaliby ich przed wysyłaniem cię samej tak daleko. Powinnaś wtedy wszystko mi powiedzieć.

Ruth nachyliła się do mnie.

OO

- Ciężko mi to teraz wyjaśnić, ale byłam załamana. Moi rodzice czekali siedemnaście lat, żeby mi powiedzieć, że nie są moimi prawdziwymi rodzicami. Ciągle gadali o tym, jak to dzięki nim nie skończyłam w rynsztoku. Czułam się pokonana; wierzyłam, że jestem podłą i bezwartościową istotą.

- To naprawdę byli okropni ludzie - powiedziałam w gniewie. - Powinnam się domyślić, że masz problemy. Byłam ślepa...

- Nikomu nie mówiłam, co czuję. Teraz myślę, że naprawdę byłam w szoku. Nie chciałam, żeby Bea, ty, i inni się dowiedzieli, że... wiesz... byłam adoptowana. To wtedy było dla mnie coś wstydliwego. Później oczywiście naprawdę poczułam ulgę, że n i e mam w sobie ich krwi. - Ruth spojrzała na mnie. - Naprawdę bałam się, że nie zaakceptujecie tej nowej mnie. Chciałam zapamiętać to miejsce, twój dom i ludzi, którzy mnie kochali, na zawsze. Chciałam to ze sobą zabrać, bo nie zostało mi już nic innego.

Zamknęłam oczy i przeszył mnie dreszcz na myśl, jak przypadkowe w życiu bywa okrucieństwo.

- Powinnaś wtedy nam zaufać i myśleć o nas lepiej. Powinnaś była spakować swoje rzeczy i przeprowadzić się do naszego domu.

Zastanowiłam się przez chwilę. To dalej nie wyjaśniało, dlaczego nigdy nie napisała. Uwierzyła, że zasługuje, żeby nas stracić?

Ruth wpatrywała się w swoje dłonie.

- Nie widziałam się z rodzicami od czternastu lat. Wsadzili mnie na statek płynący na tę szkocką wyspę i już nigdy nie skontaktowali się ze mną. Nie miałam od nich żadnych wiadomości od dnia, kiedy odprowadzili mnie na prom w Glasgow i odjechali. Żyłam z nimi przez siedemnaście lat i nagle po prostu przestałam dla nich istnieć. Z tego co wiem, ciągle mieszkają w Kanadzie. Nieważne...

- To byli niegodziwi, okrutni ludzie, Ruth.

Ruth oparła brodę na ręce i uśmiechnęła się do mnie.

bardzo kochałam twoją ciepłą, niesforną rodzinę. Jak ja tó^aSflrościłam. Nie wiem, czy przeżyłabym swoje dzieciństwo,

gdyby nie twoja rodzina. Zawsze czułam się jej częścią. Tam mogłam się bawić. W twoim domu mogłam być dzieckiem. O moim domu myślałam jak o miejscu, w którym czas się zatrzymał; gdzie tykanie zegara odmierzało nieskończoność moich dni.

Patrzyłam na nią. Boja swoje szczęśliwe dzieciństwo traktowałam zawsze jak coś, co po prostu mi się należało.

- To niewybaczalne, że oni mogli tak po prostu cię zostawić. Co się z tobą przez ten czas działo? Jak sobie poradziłaś?

- Poradziłam sobie dzięki mojej wspaniałej ciotce na Arran, która mnie przygarnęła. Była niesamowita. Wiesz, Jenny, u niej miałam więcej ciepła i miłości niż przez te wszystkie lata z rodzicami.

- Mogłaś się uczyć tam, na Arran?

- Przez jakiś czas korespondencyjnie. A potem, żeby się uczyć, jeździłam na ląd. W końcu opuściłam wyspę i poszłam do pracy, a ciocia pojechała ze mną. Dostałam pracę w dużym domu handlowym w Glasgow, gdzie odkryłam, że jestem dobra w sprzedawaniu, i stałam się handlowcem, a potem moje ambicje wzrosły, skończyłam kurs biznesu i otworzyłam własne sklepy. Prowadzę też wykłady z zarządzania firmą na różnego rodzaju konferencjach, jako wolny strzelec, oczywiście. Parę lat temu przeniosłam się z Glasgow do Birmingham. - Ruth się roześmiała. - Ot, i cała moja historia.

Uśmiechnęłam się do niej.

- Ruth, jesteś niesamowita.

Nie ja, moja ciotka. Ona była jak twoja mama. Jak Bea. Dowartościowywała mnie, motywowała do sukcesu, na przekór wszystkiemu. Umarła parę lat temu. Ciągle mi jej brakuje.

Przez chwilę milczałyśmy. Spojrzałam na dłoń Ruth.

- Wyszłaś za mąż?

- Tak. Za cudownego człowieka. Jest dobrym mężem.

Cudowny człowiek, dobry mąż. To są określenia, które zastępują miłość.

Ruth jakby czytała w moich myślach.

- Czasem wydaje mi się, że moi rodzice mieli rację. Nie zawsze jestem miła. Jest we mnie coś dziwnego. Nie dbam o ludzi, o których powinnam dbać najbardziej. - Obracała na palcu obrączkę. - Masz dzieci?

Potrząsnęłam głową i wbiłam paznokcie w dłoń pod stolikiem.

- Boże, przepraszam - powiedziała nagle Ruth. - Ględzę

0 swoim życiu, a to wszystko nic w porównaniu z tym, przez co ty przechodzisz teraz.

- To mi pomaga, kiedy mówię o innych rzeczach. A ty? Masz dzieci?

Twarz Ruth się rozjaśniła.

- Tak. Syna. Ma na imię Adam.

Słońce błysnęło na brudnej szybie okna i cienkim promieniem musnęło nas po włosach. Włosy Ruth zalśniły złotem. Przypomniał mi się jeden z tych szkolnych dni, dawno temu, kiedy chowałyśmy się w kącie świetlicy, chcąc uniknąć gier sportowych na lodowatym wietrze od morza, który, hulając po boisku, przewiewał nas do kości. Światło, wpadając ukośnie przez kolorowe szyby świetlicy, tak samo muskało nas po głowach, kiedy wytężałyśmy słuch w oczekiwaniu na zbliżające się kroki zakonnicy.

- Och! - zerwała się Ruth. - Na następnej stacji wysiadam. Czekam na Adama, który wraca ze szkoły. Obydwoje przesiadamy się tutaj. Nie zawsze jednak udaje się nam spotkać i wrócić razem do domu. Mieszkamy na przedmieściach.

Ruth oderwała kawałek zużytej koperty i zapisała swój adres

1 numer telefonu.

- Teraz nazywam się Hallam. Jenny, zadzwoń do mnie jutro. Możesz do nas wpaść, a jeśli wolisz, spotkamy się w mieście. Pomogę ci też nawiązać tutaj jakieś kontakty. W którym hotelu się zatrzymasz?

Powiedziałam gdzie, dając jej moją wizytówkę.

- Nie powinnaś zostać sama w obcym mieście. Musisz być z kimś. - Delikatnie dotknęła mojego policzka. - Jak dobrze cię znowu zobaczyć. Nigdy nie zaprzyjaźniasz się z kimś tak, jak kiedy jesteś dzieckiem, kiedy dorastacie razem, prawda?

- Prawda - powiedziałam. - Masz rację.

Wyciągnęłam rękę, a Ruth ją uścisnęła. Nie pożegnałyśmy się. Byłoby to zbyt ostateczne. Widziałam, jak idzie w stronę wyjścia, i poczułam pustkę. Nie chciałam pozbywać się tego uczucia odrętwienia, które towarzyszyło mi od miesięcy. Potrzebowałam go, żeby się chronić. Jej wysoka sylwetka znikała w wyjściu z przedziału; obróciłam się do okna, pociąg zaczynał hamować. Na peronie stał samotny chłopak, lustrując otwierające się drzwi wagonów. Odwrócił się w moją stronę. Serce mi stanęło. Dobrze mi znane, ukochane rysy twarzy, ten gest, którym odrzucał włosy z czoła, ten sposób trzymania głowy, trochę zawsze na bok, to, w jaki sposób rzucił się naprzód, widząc wysiadającą z pociągu Ruth, jego nagle szczęśliwa twarz.

- Tom! - krzyknęłam w szoku. Ludzie w przedziale odwrócili się i patrzyli na mnie. Pociąg powoli ruszał. Widziałam, jak Ruth podbiega i obejmuje go na powitanie. Odwróciła się, zdołała dojrzeć mnie jeszcze i zamachała dziko.

Przycisnęłam twarz do szyby, żeby jak najdłużej ich widzieć. A później zniknęli. Zostawiłam ich za sobą. Pociąg wiózł mnie, samą, do Birmingham. Wstałam z siedzenia i chwiejnym krokiem wyszłam na korytarz. Nie mogłam złapać tchu.

Tom. Płacz wzbierał głęboko we mnie. Czułam, jak łzy ciepłym strumieniem spływają mi po policzkach. Jakbym w tym chłopaku na peronie znowu ujrzała jego, moją miłość. Ból był tak silny, że płakałam już na głos. Nic z tego nie rozumiałam. Nic.

Spojrzałam w dół i zobaczyłam, że ciągle jeszcze trzymam w dłoni kartkę od Ruth z jej adresem i numerem telefonu. Zmięłam ją gwałtownie i odrzuciłam daleko od siebie. Chciało mi się wyć z bólu, więc poszłam szybko do toalety.

Po chwili ktoś zapukał do drzwi i zaniepokojonym głosem spytał, czy wszystko w porządku. Resztką sił, jakie mi jeszcze zostały, starałam się pozbierać. Obmyłam twarz zimną wodą, przeczesałam włosy, zdołałam nawet pomalować usta. Ręce mi drżały. Patrzyłam na swoje blade obłąkane odbicie w lustrze. Czy już zaczynałam tracić rozum? Coś z Toma żyło nadal, ale nie ze mną. Z Ruth?

Czułam, jakby grube szkło rozbiło się wewnątrz mnie na tysiąc kawałków. A potem wszystko zniknęło. Odrętwienie wróciło. Otworzyłam drzwi i wyszłam na korytarz.

Zmięty skrawek koperty nadal leżał na podłodze. Schyliłam się, podniosłam go i wygładziłam. Ruth Hallam. Otworzyłam torebkę i rozsunęłam zamek kieszonki, gdzie trzymałam zdjęcia Toma i Rosie. Ostrożnie umieściłam kartkę pomiędzy zdjęciami, zasunęłam zamek i zamknęłam torebkę. To było wszystko, co mi zostało.

Wyjrzałam przez okno. Pociąg zbliżał się do stacji. Ludzie mijali mnie, pchając się do wyjścia. Wszyscy dotarli tam, dokąd chcieli. Ruth ma męża i tego chłopca. Ma dom, który tętni życiem, gdzie życie płynie. Gdzie życie płynie.

Rozdział szósty

Stoję oparta plecami o pień kasztanowca, chroniąc się przed wrzawą przyjęcia. Pomiędzy zielonymi liśćmi dostrzegam sztywne, czerwone kwiaty. To jakby stać pod egzotycznym szeleszczącym żyrandolem.

Przyjęcie jest nadzwyczaj wystawne, majstersztyk PR-u, dzieło Justina, naszego kolegi projektanta; Danielle i ja studiowałyśmy z nim w St Martin's. Ubrania, które projektuje, są mocno przesadzone, ale gwiazdy i modelki i tak ustawiają się w kolejce po te zuchwałe suknie wieczorowe. Na dzisiejszym przyjęciu jest mnóstwo jego pięknych klientek.

Obserwuję, jak radzi sobie Danielle. Sama wygląda jak gwiazda, świetna reklama dla naszych ciuchów. Ma na sobie jaskrawo-czerwoną suknię z szyfonu, którą zaprojektowałam specjalnie dla niej. Pozornie prosta w formie, mocno wycięta, z nieskomplikowaną, aksamitną górą i dodatkowymi klinami z szyfonu doszy-tymi do dołu, przypomina szkarłatną chustę. Danielle, ze swoją ciemną karnacją i długimi nogami, wygląda w niej jak egzotyczny motyl.

Uśmiecham się na jej widok. Musimy chodzić na takie przyjęcia, żeby się pokazać. Danielle to uwielbia, ja wolę stać z boku i obserwować. Łatwiej dostrzegam wtedy rodzące się nowe trendy, czerpię inspirację do następnych kolekcji, śledzę zachowania kobiet w ubraniach, które mają na sobie.

Nagle wpada mi w oko wysoki jasnowłosy mężczyzna, stojący w grupie kobiet pod jedną z markiz. Wygląda jak ryba wyjęta z wody w tym zblazowanym, pseudoartystycznym towarzystwie. Raz po raz odgarnia włosy z czoła, rzucając spojrzenia na boki, jakby szukał drogi ucieczki lub jakiegoś innego mężczyzny w pobliżu. Ponieważ pełno tu zniewieściałych facetów, homoseksualistów i kabotynów, zaczynam rozumieć te kobiety, które zlatują się do niego chmarami, jak mewy do jedynej w okolicy zdobyczy. Śmieszy mnie to.

Widzę, że Danielle mnie szuka, więc odrywam się od drzewa i idę przez trawnik w stronę wrzawy i śmiechu. Danielle uszyła mi klasyczną białą suknię o wąskich złotych brzegach, wyśmienicie skrojoną, tak jak to tylko ona potrafi. Opalona na brąz, po tygodniu pobytu w Kornwalii, w białej sukni Danielle czuję się pewnie i swobodnie.

Danielle kazała mi przysiąc, że nie założę do niej żadnych ozdób, żeby nie popsuć efektu. Ciężko mi to przyszło, bo lubię kolory i ekstrawagancję, ale przez to poczułam się prawie niewidzialna, co dzisiejszego wieczoru idealnie pasuje do mojego nastroju. Martwię się po cichu, że nasze biuro zaczyna powoli robić się za małe i choć dostajemy mnóstwo zleceń, to jednak ciągle nie możemy wyjść z rachunkami na czysto.

Mijając grupę kobiet zgromadzonych wokół jasnowłosego mężczyzny, dostrzegam, że patrzy na mnie. Uśmiecham się i przechodzę dalej. Nie mam zamiaru dołączyć do jego fanklubu.

Podchodzę do Danielle i jej przyjaciół. Talerz w jednej, szklanka w drugiej ręce, przysiadamy na miniaturowych krzesłach z giętego metalu. Maisie Hill, modelka, dla której Justin, Danielle i ja projektujemy ciuchy, po chwili podchodzi się do nas, ciągnąc za sobą jasnowłosego mężczyznę.

- Cześć wam. To jest Tom Holland, przyjaciel mojego brata z wojska. Zaprosiłam obydwu na imprezę, ale Damiena gdzieś wywiało, więc to biedactwo przyszło samo. Tom, poznaj, to Danielle,

Jenny, Claire, Joseph, Milly i Prue. Ja wracam za sekundę. Muszę tylko sprawdzić catering dla Justina.

Mężczyzna siada ostrożnie na brzegu metalowego krzesełka, talerz z jedzeniem w dłoni, pojednawczy, szeroki uśmiech do wszystkich. Danielle i jej przyjaciółki natychmiast zwracają ku niemu swoją uwagę. Jest w nim coś stałego, jakaś ekonomia ruchu, uprzejma obojętność, z jaką przyjmuje chwilową popularność, jakby dobrze wiedział, że wkrótce przeminie, bo on jest jednak z innego świata.

Widzę, jak napinają mu się mięśnie na udach, kiedy tak balansuje na idiotycznym krzesełku, dostrzegam też mięśnie na jego rękach, tam gdzie podwinął rękawy koszuli.

Lubię Damiena, brata Maisie. Jest częstym gościem na tych przyjęciach. Maisie zamartwiała się o niego na śmierć, kiedy wybuchła wojna w Bośni i został tam wysłany jako obserwator Organizacji Narodów Zjednoczonych.

Choć z wszystkich naszych znajomych tylko on jest żołnierzem, to jednak od tego momentu inaczej już przeglądaliśmy prasę i śledziliśmy wiadomości w telewizji. Zastanawiam się, czy Tom był tam razem z Damienem. I jak bezmyślni musimy mu się wydawać. Danielle obserwuje go spod lśniącej czerni włosów. Nie, Elle, zostaw go, proszę. Ten nie jest do zaliczenia. On nawet tego nie zrozumie.

Nagle widzę, że patrzy na mnie. Ma niezwykłe oczy, opalizujące lekko. Celowo zatrzymuje mnie wzrokiem, odczuwam to spojrzenie jak dotyk. Krew napływa mi do policzków. Fala gorąca, silna jak zderzenie z autobusem.

Nagle słyszę, że Maisie mnie woła, i z wdzięcznością biegnę jej pomóc.

Jenny, do cholery, nie siedź tam jak ciężka idiotka. Ten biedny facet przez cały wieczór usiłuje do ciebie zagadać.

Gapię się na nią przez chwilę i bez słowa uciekam do toalety. Kiedy z niej wychodzę, Tom Holland czeka na mnie, wdzięcznie oparty o brzózkę.

- Cześć.

- Cześć - odpowiadam natychmiast.

- Wcale cię nie siedzę. Tylko po prostu trudno cię złapać w jednym miejscu.

- Naprawdę?

- Jesteś jak duch. Pojawiasz się to tu, to tam, ale tak naprawdę trudno cię zatrzymać i dobrze ci się przyjrzeć. - Jego śmiech jest zaraźliwy.

- Dokładnie. To jest to, co zawsze robię na przyjęciach. Pojawiam się to tu, to tam, żeby nie dać się złapać i zanudzić na śmierć.

- Bardzo rozsądnie. Czy ja zanudzam cię na śmierć? - pyta szybko.

Kręcę przecząco głową. Idziemy przez park razem, z dala od wrzawy i muzyki, w stronę kasztanowca, pod którym stałam wcześniej.

- Tutaj cię dostrzegłem po raz pierwszy. Mały biały duszek pod osłoną zieleni. Zamrugałem oczami, myśląc, że znikniesz, ale ty tam ciągle stałaś bez ruchu. Więc już wiedziałem, że istniejesz naprawdę. - Jego głos jest jak narkotyk, słyszę w nim śmiech.

- Przyglądałam się temu wszystkiemu z oddali. Tak czasami czerpię inspirację.

- No cóż, sądząc po ciuchach Maisie, to niewątpliwie działa.

- Maisie wyglądałaby świetnie i w worku na węgiel, a poza tym niestety nie tylko my ją ubieramy.

Idziemy dalej parkiem w gęstniejącym mroku, zostawiając za sobą śmiechy i muzykę, przed sobą mamy zapalające się światła pobliskich budynków.

Wieczór jest piękny i całkowicie bezwietrzny. Upał, nagromadzony przez dzień i uwięziony pomiędzy budynkami, wypełnia noc wonią kwitnących kwiatów.

Wyczuwam, że Tom Holland nie ma ochoty na naciąganą rozmowę o niczym, więc idziemy tak w milczeniu, chłonąc w ciszy tę noc, jakbyśmy się znali od lat.

Nagle zerka na zegarek i zawracamy bez słowa, w stronę zbliżającej się wrzawy przyjęcia.

- Muszę już iść, Jenny. Z samego rana mam samolot.

- Do Bośni? - pytam, już czując się samotna. Nie zdążyłam go o nic zapytać. Myślałam, że będzie jeszcze czas.

Kręci głową.

- Nie, to tylko ćwiczenia, gdzieś na końcu świata.

Patrzymy na siebie.

- Dziękuję - mówi.

- Za co?

- Za spacer ze mną po Londynie w ciepły, letni wieczór, za milczenie, za piękne wspomnienie, które będę mógł ze sobą zabrać.

- Uważaj na siebie - odpowiadam.

- Czy mogę do ciebie zadzwonić, jak wrócę?

Wyjmuję z torebki wizytówkę i podaję mu. Przytrzymuje moje palce, szybko podnosi je do ust, a potem odwraca się i odchodzi, przecinając trawnik zdecydowanym krokiem. Moje serce zaczyna bić głośniej z każdym metrem, który nas dzieli.

- Tom! - krzyczę, szybciej niż bym o tym pomyślała.

Odwraca się, więc biegnę do niego. Wpadam w jego otwarte

ramiona i obraca nas w kółko parę razy. A potem po prostu stoimy tak przytuleni przez chwilę.

- Uważaj na siebie - mówię znowu. Puszczam go i wychodzi szybko przez bramę. Widzę, jak zmienił mu się krok. Idzie teraz jakby tańczył.

Rozdział siódmy

Luty, 2006

- Jaka szczęśliwa mina dzisiaj! - przywitał ją Adam, uśmiechając się szeroko, kiedy wysiadała z pociągu.

- A jaką mam zazwyczaj minę?

- Zestresowaną! Zazwyczaj co najmniej przez godzinę myślami jesteś jeszcze w pracy.

Ruth zabolała uwaga syna. A więc tak wygląda. Otworzyła samochód i kiedy siedzieli już w środku, powiedziała:

- Dzisiaj wydarzyło się coś niezwykłego. Spotkałam kogoś w pociągu, kogo nie widziałam od czternastu lat. Dziwne. To była moja najlepsza przyjaciółka ze szkoły.

- Super - stwierdził Adam. - Rozpoznałyście się?

Ruth rzuciła mu szybkie spojrzenie.

- Nie jestem jeszcze taka stara! Poza tym Jenny też się wiele nie zmieniła, chociaż...

Przez moment skoncentrowała się na wycofywaniu samochodu z miejsca parkingowego.

- Chociaż co?

- Była smutna. Brakowało jej dawnego entuzjazmu. Zachowałam się jak idiotka. Tak się ucieszyłam tym spotkaniem, że nic nie zauważyłam, tylko paplałam głupio, wypytując o jej życie, więc mi powiedziała. Sześć miesięcy temu jej mąż zginął w wypadku samochodowym.

Adam popatrzył na matkę.

- Biedna.

- Tak. Jest teraz zupełnie sama w Birmingham, więc jutro do niej zadzwonię. Zaprosiłabym ją do nas, ale Peter wraca dziś wieczorem i pewnie będzie zmęczony.

- Pojedziemy po niego na lotnisko?

- Nie, przylatuje późno. Powiedział, że weźmie taksówkę.

- Ale jedziemy do Kornwalii na ferie?

- Oczywiście, że tak. — Ruth skupiła się na drodze. — A tobie jak minął dzień?

- W porządku - odparł Adam. - Peter z nami jedzie? Byłoby dobrze, bo miałbym z kim podglądać ptaki.

- Mam nadzieję, ale...

- Wiem, mamo, wiem. Dlaczego właśnie ja muszę mieć rodziców pracoholików?

Uśmiechnął się do niej szeroko, żeby złagodzić trochę uszczypliwość tej uwagi, ale dobrze jej znane poczucie winy wróciło. Ona i Peter poświęcali pracy zbyt wiele czasu i Adam bywał sam naprawdę zbyt długo. Od czasu do czasu zapraszał do domu jakiegoś kolegę lub sam odwiedzał przyjaciół, ale przecież to nie to samo, co powrót do domu, gdzie ktoś na ciebie czeka.

Niestety nigdy nie była to Ruth. Kiedyś, kiedy był mały, jej ciocia zawsze na niego czekała. Potem już prawie zawsze albo odbierał go ze szkoły ktoś inny, albo sam wracał do pustego domu. Jedyna różnica polegała na tym, że aż do liceum nie przeszkadzało mu to zbytnio, bo miał mnóstwo przyjaciół. Teraz jednak ich liczba ograniczyła się do dwóch lub trzech towarzysko wykluczonych samotników, którzy trzymali się razem.

Nagle przypomniał jej się Peter i jego tęsknota w głosie, kiedy mówił. Czy nie byłoby fajnie mieć w domu jeszcze jedno dziecko? Myślę, ze Adam też by tego chciał. Pomyślimy o tym, Ruth? uth nie musiała o tym myśleć. Nie chciała już więcej dzieci, zajęło jej dotarcie tam, gdzie teraz jest. Kochała swoją pracę

i nie miała zamiaru jej rzucać. Wychowanie Adama było dużym wyzwaniem, nawet z pomocy bliskich. Już nigdy nie chciała wybierać pomiędzy pracą, dzieckiem i poczuciem winy. Za parę lat Adam pójdzie na studia. A ona nie może teraz znowu zaczynać wszystkiego od nowa. Po prostu nie może.

Adam wziął jej milczenie za obrazę.

- Mamo, ja tylko żartowałem. Za bardzo się przejmujesz. Większość moich znajomych ma matki, które dużo pracują. I dobrze jest.

Tak, ale matki twoich przyjaciół pracowały tak, bo musiały, a nie dlatego, że tak chciały.

Petera nie zachwycała wielka państwowa szkoła średnia, która była jedyną w ich okolicy. Chciał opłacić Adamowi szkołę prywatną. Ruth odmówiła, twierdząc, że nie wierzy w prywatną edukację, choć prawdziwym powodem jej odmowy była niepewność, czy zostanie z Peterem tak długo, żeby Adam zdążył ją skończyć. Gdyby się rozstali, nie byłoby jej samej stać na prywatną szkołę i musiałaby zabrać Adama z powrotem do państwowej, a to byłoby dla niego niedobre. Teraz jednak Ruth nie była już taka pewna, że postąpiła słusznie. Widziała bowiem wyraźnie, że Adam w nowej szkole czuje się fatalnie.

Wjechała w ulicę wiktoriańskich budynków i zaparkowała. Choć raz przed ich domem było wolne miejsce. Adam wyskoczył z samochodu i otworzył drzwi frontowe.

Wchodząc do środka i wieszając płaszcz, Ruth miała przed oczami Jenny, bezdzietną Jenny, wchodzącą do swojego domu, gdzie jej mąż już nigdy nie wyjdzie jej naprzeciw. Ogarnął ją smutek. Pamiętała, jak biegały z tą małą dziewczynką o mocno kręconych włosach, śmiejąc się na całe gardło. Jak pędziły przez plażę w St Ives do domu Brownów, którego okna wychodziły na plażę i przystań. A to, co zapamiętała na zawsze, to wspomnienie szczęścia Jenny, jej bezpiecznego dzieciństwa, jej bezpiecznego życia.

Gdyby ta tragedia przydarzyła się mnie, ja nie byłabym zaskoczona. Nawet jako dziecko Ruth nigdy nie ufała szczęściu. Wiedziała, że może zniknąć z jej twarzy w ułamku sekundy. Nauczyła się nigdy go nie pokazywać. Wszystkie oznaki szczęścia musiały być głęboko ukryte, znane tylko jej. Kiedy opuszczała dom Brownów, schodząc ze wzgórza w kierunku własnego, ścierała z twarzy wszelkie ślady radości. Gdy przekraczała próg własnego domu, jej purytańscy rodzice nie mogli już nic dostrzec.

Jej twarz przybierała wtedy ten pusty wyraz, który pamięta u dzieci czasem spotykanych w supermarketach. Smutne twarze dzieci, które bito i lżono zbyt wiele razy. Dzieci, które doskonale wiedziały, że niczego nigdy nie robią dobrze, więc próbowały nie rzucać się w oczy i wtopić się w swój cień.

Jej rodzice byli radzi, że Ruth tak często przebywa poza domem, że nie plącze się pod nogami, brudząc tylko wszystko. To nie uwolniło ich jednak od zazdrości o innych ludzi, którzy potrafili sprawić, że czuła się szczęśliwa.

Adam robił sobie tosta i nucił, przeglądając czasopismo o ptakach.

- Myślisz o tej kobiecie z pociągu? - spytał nagle.

- Tak. - Ruth usiadła naprzeciw niego, a Adam przekroił swój tost z marmite'em i wręczył jej połowę.

- Jak to się stało, że straciłyście kontakt?

To była moja wina. Nigdy do niej nie napisałam, kiedy wyjechałam z Kornwalii i przeniosłam się na Arran. Bardzo ją tym zraniłam. I dopiero teraz to sobie uświadomiłam.

- Dopiero teraz, mamo?

Ruth spojrzała synowi w oczy. Adam znał skróconą wersję jej wcześniejszego życia.

Marmite ekstrakt z drożdży i warzyw, bardzo popularny w Wielkiej Brytanii (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

- Myślałam, że Jenny szybko o mnie zapomni. Miała trzy siostry i brata. Byłyśmy przyjaciółkami, ale ona miała taką dużą rodzinę...

- Przyjaciele to co innego - Adam powiedział stanowczo. - Przyjaciół wybierasz sobie sam, są inni niż twoja rodzina. Widzą cię inaczej, sam stajesz się inny dla nich, a oni dla ciebie. Przyjaciele są ważni.

Ruth przyjrzała się mu. Ile jeszcze trzeba się nauczyć o swoich dzieciach. Adam miał rację. On był nie tylko tą osobą, którą ona znała, ale też osobą, której nie znała wcale; zachowywał się inaczej, kiedy nie był z nią, ze swoją matką.

- Powiedziałaś jej o swoich rodzicach, o cioci Vi, która cię przyjęła, o mnie? - spytał. Miał masło na brodzie.

- Trochę. Nie było czasu, żeby jej wszystko opowiedzieć - odrzekła Ruth ostrożnie, widząc, że Adam patrzy na nią uważnie. - Ale ona dobrze znała twoich dziadków i wiedziała, jacy byli.

Zadzwonił telefon i Adam zerwał się, żeby odebrać. To był Peter. Jego lot się opóźnił. Kiedy Ruth słuchała ich radosnej rozmowy, coś ją zakłuło. Uważam, że Peter, moje życie tutaj, że to wszystko po prostu mi się należy.

Kiedy masz siedemnaście lat, wierzysz, że twoje marzenia mogą się spełnić. Kiedy masz trzydzieści, pozbywasz się złudzeń, ale ciągle jeszcze tli się w tobie uparcie ta ostatnia iskra niezaspokojonej nadziei. Tam, gdzieś daleko, był ktoś nieznany, ktoś, kto mógł zapewnić jej spokój emocjonalny i seksualne spełnienie; pokrewna dusza. O n.

Kochała Petera, byli przyjaciółmi, ale serce nie biło jej przy nim dwa razy mocniej. Nie była w nim rozkochana. On zawsze to wiedział, a Ruth wiedziała, że nigdy nie powinna była dać mu się przekonać, że może to zmienić.

Adam podał jej telefon. Ruth, słuchając głosu Petera, ciepłego, kochającego, uradowanego, że wraca do domu, zrozumiała, czując znajomy ucisk na sercu, jak mało potrzeba, żeby go uszczęśliwić.