Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
10 osób interesuje się tą książką
On jest baaardzo nieśmiały, a ona… raczej nie. Choć ciekawe, czy to prawda, że z kim się zadajesz, takim się stajesz?
Julia pragnie tylko jednego – zostać chirurgiem. Nie dostaje się jednak na wydział lekarski i trafia na stomatologię. W jej życiu nie ma miejsca na nic poza nauką. Może z tego powodu najpierw dostrzega trzy wspaniałe podręczniki – atlasy anatomiczne – a dopiero później ich właściciela. Chłopak od trzech atlasów, mimo zerowych umiejętności rozmawiania z piękną dziewczyną, jakoś sobie radzi. W jego przypadku można śmiało powiedzieć, że cudem. Zestresowany potrafi bowiem palnąć coś nieodpowiedniego, by koncertowo spartolić kluczowy moment. Na szczęście Julia z wypiekami na twarzy czeka na jego nieporadne gesty i na liściki, które piszą do siebie na zajęciach. Tylko co, jeśli się okaże, że największą przeszkodą w miłości nie jest brak odwagi, a coś, co odebrało ją dużo wcześniej?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 295
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 7 godz. 31 min
Lektor: Alek Bauman
Lek. Zuzannie Merkiewicz –
moim oczom i uszom na uniwersytecie,
dzięki którym ta historia jest tak prawdziwa. Dziś, zgodnie z przewidywaniami, jednej z najlepszych
dentystek w kraju (mam to na piśmie), a także doktorantce radiologii.
Gratuluję, Pani Doktor!
Lek. Robertowi Merkiewiczowi – mojemu impresario, który niezmiennie trzyma rękę na pulsie… i uzębieniu. Dziękuję, Doktorku 😉
Wszędzie na świecie ludzkie cierpienie dotyczy zarówno mężczyzn, jak i kobiet.
Elie Wiesel, Noc
1
Julia
Pociąg zatrzymał się na Centralnym. Podniecenie wprost szarpnęło moimi wnętrznościami. Wysiadłam kompletnie oszołomiona i od razu napełniłam płuca potężnym haustem powietrza. Chciałam już poczuć zapach formaliny z prosektorium, na razie mogłam go sobie jednak tylko wyobrazić. Czym prędzej ruszyłam szlakiem wyznaczonym przez nawigację. Ledwie rejestrowałam chłód i dźwięki dworca, na Pałac Kultury i Nauki nawet nie zerknęłam. Interesował mnie wyłącznie pewien potężny gmach, znajdujący się na Chałubińskiego. Dostrzegłam go na horyzoncie zaledwie po chwili. Poczułam ciarki na całym ciele. Wyłączyłam telefon i przyspieszyłam, a pięć minut później zatrzymałam się i zamarłam z zadartą brodą.
COLLEGIUM ANATOMICUM – głosił szyld. Nie potrafiłam oderwać od niego wzroku. Nikt nie mógł odebrać mi tego, jak byłam z siebie dumna. Serce kołatało w piersi, do oczu cisnęły się łzy.
Oto znalazłam się na terenie kampusu Lindleya w centrum Warszawy. Oto stałam przed miejscem, które studenci medycyny nazywają potocznie Anatomikiem – i właśnie od teraz ja również mogłam to robić. Ponieważ…
Oto czas zacząć studia. A to było moim celem od tak dawna.
Poprawiłam wysłużoną torbę i wyprostowałam się triumfalnie, a następnie ruszyłam w ślad za tłumem młodych ludzi.
To przyszli lekarze. Jak ja…
Budynek z zewnątrz zrobił na mnie ogromne wrażenie tylko ze względu na to, jaką pełnił funkcję. Środek jednak…
Wow.
Rozdziawiłam usta, stając w przejściu jak wryta. Ktoś na mnie wpadł, ale zaraz zniknął bez słowa. Znów poszłam za innymi. Chłonęłam każdy szczegół – wysokie sufity, szerokie schody niczym w pałacu, zdobione balustrady, żyrandole i marmury. Dużo marmurów. Przestrzeń wypełniały podekscytowane głosy studentów.
A we mnie ekscytacja mieszała się z przerażeniem. Obawiałam się, że popełniam olbrzymi błąd. W głębi duszy wiedziałam, że tak.
Nie trafiłam na Warszawski Uniwersytet Medyczny w odpowiednim charakterze…
Miałam sprecyzowany cel, wiedziałam, kim chcę zostać – chirurgiem. Kusiła mnie też pediatria. Pragnęłam jednak przede wszystkim otwierać klatki piersiowe, a nie je osłuchiwać. Można by połączyć jedno z drugim, wybierając chirurgię dziecięcą. Ale wykluczyłam ją dawno temu. Byłam na to za miękka. Zresztą to i tak nie miało teraz znaczenia. Jeśli musiałabym nazwać rzeczy po imieniu, stwierdziłabym, że z każdym schodkiem, który właśnie pokonywałam, grzebałam swoje marzenia. Wmawiałam sobie, że ten zawód to tylko iluzoryczne pragnienie, że naoglądałam się zbyt wielu seriali. Z całą pewnością miałam świadomość, że moje wyobrażenia zniekształcały rzeczywistość pracy w służbie zdrowia – wiedziałam, że życie nie wygląda jak na filmach i że lekarze zderzają się z tak frustrującymi formalnościami, że ich pierwotna, altruistyczna chęć niesienia pomocy w pewnym momencie wyparowuje, a w jej miejscu pojawia się permanentna znieczulica.
I to właśnie stanowiło dla mnie wyzwanie, które zdecydowałam się podjąć – pokazać wszystkim, że da się pozostać wybitnym specjalistą z sercem na dłoni. Nie byłam święta, skłamałabym, gdybym stwierdziła, że nie miałam w sobie pewnej próżności. Pragnęłam prestiżu, podziwu, by ludzie zaczęli postrzegać mnie jako kogoś na kształt Boga. Biały kitel, drewniaki i stetoskop przewieszony przez szyję tworzą tę majestatyczną aurę, której potrzebowałam dla docenienia własnych wysiłków i zwieńczenia sukcesu – bo wyrwanie się z głębokiej wsi do stolicy dla większości znanych mi ludzi było niemal jak oszukanie przeznaczenia, a studia medyczne to już w ogóle abstrakcja. Nikt poza mamą nigdy nie wierzył, że mi się uda. Gdy byłam mała, chciałam udowodnić coś sceptykom, ale szybko zaczęły mi przyświecać inne wartości. Pragnęłam uratować choć jedno ludzkie życie. Ten właśnie cel determinował mnie przez ostatnie lata, pozwalając mi pokonać najtrudniejsze przeszkody, a tych napotkałam dużo.
Pochodziłam z maleńkiej wsi, w której rzecz jasna nie było szkół. Musiałam dojeżdżać rozlatującym się autobusem czterdzieści minut w jedną stronę, a zimą i godzinę.
Przez całe liceum, które w żadnym wypadku nie należało do dobrych, kułam. Nie płakałam z powodu braku jakiegokolwiek życia towarzyskiego. Oszczędzałam każdy grosz i uniknęłam brania korepetycji. Sama natomiast udzielałam odpłatnie lekcji młodszym rocznikom. Jedna rodzina zatrudniła mnie, bym uczyła języka angielskiego ich dziecko, właściwie niemowlaka. Miałam mu tylko czytać książki, obojętnie jakie. Nieważne, że połowy tekstu sama nie rozumiałam ani że dziecko spało. Jego rodzice życzyli sobie, żebym czytała. Taniej wyszłoby im puszczenie audiobooka, ale nagranie nie pilnowałoby przy okazji ich pociechy. To była rozkoszna praca. W porównaniu z następną, która zmieniła wszystko…
Moje horyzonty trochę się poszerzyły. Specjalizacja przestała być istotna. Wiedziałam tylko, że już nigdy nie chcę tyrać fizycznie tak jak przez ostatnie cztery miesiące. Spędziłam je w Anglii. Ten wyjazd sam w sobie był niezwykle ryzykowny dla samotnej osiemnastolatki, ale postawiłam wszystko na jedną kartę i ostatecznie zarobiłam pieniądze pozwalające mi przetrwać w stolicy przez najbliższe pół roku. Osiągnęłam to, pracując na dwie zmiany w dwóch różnych fabrykach.
Gdyby nie determinacja, by studiować, nie wytrzymałabym tygodnia. Żyłam jak zombie. Byłam pewna, że widok niewyspanych ludzi czekających na autobus o świcie już zawsze będzie wzbudzał we mnie litość i sprawiał, że poczuję olbrzymią pokorę. Nie chciałam, żeby moje życie wyglądało w ten sposób. To jak koszmar, który codziennie zaczyna się od nowa. Poza tym rosłam, obserwując zaharowującą się mamę, i tyle wystarczyło, aby przepełniły mnie duże ambicje.
A teraz bałam się, że popełniam błąd, wykorzystując zgromadzone środki i niwecząc te wszystkie wysiłki na jakiś plan B. Mimo że złożyłam podanie na kilka uniwerków w Polsce, nigdzie nie dostałam się na kierunek lekarski. Przyjęto mnie za to na kierunek lekarsko-dentystyczny, zwany potocznie stomą czy też lek-dentem.
Bez wątpienia stomatolog to lekarz, ale…
„Co robi dentysta, gdy zasłabnie mu pacjent? Dzwoni po lekarza”.
Jeszcze nawet nie rozpoczęłam pierwszych zajęć, a ten żart usłyszałam w tle już parę razy…
Doskonale wiedziałam, że jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. I z każdą sekundą prześladowało mnie to coraz bardziej. W głowie huczało, że przecież nie wszystko skończone. Mogłam zrobić sobie przerwę, wykorzystać ją na naukę, pracę i odłożenie większej ilości gotówki, a następnie poprawić maturę i dostać się na wymarzone studia za rok. Przeszłam samą siebie, żeby osiągnąć cel, jakim było dostatnie się tutaj. Czy naprawdę powinnam całkiem porzucić pierwotne marzenie?
Jednocześnie stomatologia miała ogromne plusy. Edukacja o rok krótsza niż na lekarskim. Tu po pięciu latach robiło się dwunastomiesięczny płatny staż i tym samym zaczynało się pracę w zawodzie. Studenci lekarskiego w tym czasie dopiero kończyli studia, by potem zacząć staż, a po nim wieloletnią specjalizację. Na chirurgię mogły pozwolić sobie dzieciaki, których wspierali rodzice. Ja na wszystko musiałam zarobić sama, a nastawiałam się na tak dużo nauki, że obawiałam się o możliwości dorabiania. Ale nie użalałam się nad sobą. Nigdy.
Brałam na klatę to, co przynosił los, i starałam się iść do przodu.
Stomatologia to dobry wybór, Julka – przemówiłam sobie do rozsądku.
Mimo to tlił się we mnie pewien zawód…
Decyzja, którą chyba już podjęłam, miała rzutować na całe moje życie. Stać się moim przyszłym życiem.
A więc stomatologia?
To pytanie błąkało mi się w umyśle, kiedy zastygłam na widok przeludnionego korytarza na piętrze.
To z tymi ludźmi spędzę najbliższe pięć lat…
2
Julia
Moje pierwsze spostrzeżenie było takie, że ominęło mnie bardzo dużo przez to, że przyleciałam z Anglii dopiero wczoraj. Ominęłam przez to prowadzony przez starsze roczniki tradycyjny dzień adaptacyjny. Miał miejsce w ubiegłym tygodniu. Wyglądało na to, że wszyscy zdążyli się na nim mocno zintegrować.
Studenci zbili się w ciasną grupkę. Nie stanowiłam jednak wyjątku, krążąc samotnie. Widziałam innych. Podpierali ściany i ze zwieszonymi głowami patrzyli w telefon. Najłatwiej byłoby podzielić ich los, wiadomo, ale niosła mnie dzisiaj fala nieposkromionej nadziei. Liczyłam, że zaznam tu długo wyczekiwanego komfortu, poczuję, że wreszcie odnalazłam „swoich” – jednakowo zafiksowanych na punkcie nauki ludzi.
W liceum naturalnie (i bez żalu) nie należałam do żadnego kółka wzajemnej adoracji. Na szczęście nie byłam szykanowana, raczej niewidzialna. Wraz z inną kujonką – chyba powinnam nazywać ją swoją jedyną przyjaciółką – siedziałyśmy z nosami w książkach, a teraz miałam szansę na poznanie większej liczby pokrewnych dusz. Wiedziałam, że inni tutaj musieli uczyć się równie pilnie jak ja, a w dodatku tego samego co ja, żeby stanąć w tym samym miejscu co ja.
– Cześć – odezwałam się, chyba jednak zbyt nieśmiało, bo nawet ci spod ściany mnie nie zauważyli. Ale to nic. Ekscytacja wyparła niepewność. Postanowiłam przykleić się do pleców jakiejś dziewczyny i w ten sposób dołączyć do zgromadzenia.
Na pierwszym roku utworzono łącznie pięć grup i wszystkie oczekiwały teraz na ćwiczenia z anatomii. Mnie przydzielono do trzeciej i próbowałam wyłapać, kto jeszcze do niej należy, niestety nie było to łatwe przy jakiejś setce osób.
Niewiele widziałam. Ludzie się przekrzykiwali, chętnie dzieląc się wszelkimi informacjami, jakie zdobyli na temat uczelni, kadry dydaktycznej, programu, materiałów. Ja również byłam przygotowana. Zrobiłam wcześniej research w sieci, zapisując się do kilkunastu grup na Facebooku. Dzięki temu miałam wrażenie, że wiem wszystko o studenckim życiu na WUM1, włącznie z tym, co zupełnie nie leżało w obszarze moich zainteresowań – czyli imprezach – ale przynajmniej kojarzyłam, o czym teraz mowa.
– Dawajcie dzisiaj do Medyka – jakiś chłopak rzucił nazwę sławnego klubu. Znajdował się na ulicy Oczki, niemal obok Anatomikum. Na pomysł zareagowano entuzjazmem.
No ja może nie…
Przedwczoraj zeszłam z nocnej zmiany, poprzedzonej ośmioma godzinami pracy w innym miejscu. Potem najadłam się sporo stresu.
Samolot miał duże opóźnienie. Lotnisko było tak przepełnione, że usnęłam na podłodze, ściskając mocno torbę z dorobkiem życia. I prawie nie zdążyłam na lot. Zamknięto mi bramkę tuż przed nosem, nie chciano mnie wpuścić na pokład. Zlitowano się w końcu nade mną, ale co się zestresowałam, to moje.
Po wylądowaniu nie mogłam sobie pozwolić na zwolnienie tempa. Musiałam odebrać klucze od mieszkania, a także kilka innych rzeczy w różnych częściach Warszawy, które wyszukałam na OLX.
Byłam przemęczona, choć chwilowo tego nie czułam, emocje wzięły górę. I mimo że rozrywka i towarzystwo prawdopodobnie stanowiłyby po tym wszystkim dobrą równowagę, to raczej bardziej potrzebowałam jedzenia i snu. Tyle że ten dzień mógł być jedynym dobrym na odrobinę szaleństwa. Liczyłam, że pierwszy tydzień będzie stosunkowo lajtowy. Plotki głosiły niestety, że od razu zostaniemy rzuceni na głęboką wodę, ale słyszałam też masę zapewnień, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Studia medyczne kończą zwykli ludzie, nikt inny, wszystko jest do zrobienia.
Ku mojemu rozczarowaniu na pierwsze zajęcia z anatomii nie zaproszono nas do sal prosektoryjnych Zakładu Anatomii Prawidłowej i Klinicznej, tylko do auli. Kiedy jednak przekroczyłam jej próg, widok nieco zrekompensował zawód.
Te rzędy ław tworzące półokrąg, ten podest z mikrofonem, rzutnik z ekranem, ta boazeria na ścianach i oprawione w masywne ramy portrety… Całokształt skojarzył mi się z jakąś salą sejmową, a może z Harrym Potterem, bo poczułam powiew czegoś mało prawdopodobnego, ale też wzniosłego.
To się dzieje naprawdę, jestem w tym poważnym, elitarnym miejscu!
Dla innych chyba był to chleb powszedni, nawet się nie rozglądali, gdy ja cieszyłam się tym wszystkim, płacząc w duchu ze szczęścia.
Udało mi się. Zaszłam bardzo daleko. Zupełnie sama.
I naprawdę jestem tu, gdzie powinnam!
Ta myśl uderzyła we mnie z mocą. Tylko szybko znikające wolne miejsca w pierwszych rzędach przywołały mnie do rzeczywistości.
Nie jestem już jedyną prymuską!
Usiadłam gdzieś pośrodku i z zachwytem podglądałam sąsiadów. Byłam zaskoczona, że nie ja jedna zdążyłam kupić książki, choć pewnie wyłącznie ja polowałam tak gorliwie, by dorwać je z rynku wtórnego w jak najniższej cenie. Nawet używane okazały się koszmarnie drogie, żadna nie schodziła poniżej stówy.
Wyjęłam swój atlas Sobotta z silną wiarą w to, że osiągnę w życiu, co tylko zechcę.
Nie sądziłam, że nauka przychodzi mi łatwiej niż innym. Nie uważałam, że mam jakieś szczególne predyspozycje. Chemia to mój koszmar, rzadko ją rozumiałam, ale wykułam, co trzeba. Przez następne pięć lat zamierzałam robić to samo.
Ciężka praca, systematyczność i sumienność są kluczem do sukcesu.
Nic nie przychodzi samo.
Dowodem na to były historie osób, które po kilka razy poprawiały maturę, żeby wreszcie dostać się na WUM. Widziałam wpisy na forach na ten temat, a teraz wyraźnie dostrzegałam po twarzach, że rozbieżność wiekowa pierwszaków na sali jest spora.
W liceum ludzie znikali dla mnie na czas lekcji, ale teraz wszystko było nowe i mimowolnie chłonęłam widoki. Zauważyłam, że wielu studentów zdecydowało się na ten sam atlas anatomiczny co ja. Nic dziwnego, był najbardziej polecany wśród starszych roczników.
Nie jesteś już jedyną nadgorliwą kujonką, Julka.
W dodatku konkurencję masz bardzo dużą.
Dostrzegłam też, że ktoś dysponuje aż trzema różnymi atlasami.
Gdybym była bogata, też sprawiłabym sobie więcej.
Automatycznie uniosłam wzrok. Szczęśliwym posiadaczem książek okazał się chłopak, który zasadniczo w ogóle nie wyglądał na szczęśliwego. Siedział rząd za mną, nieco bardziej na lewo. Miał poważny wyraz twarzy. Był sam jak palec. Oddzielił się od reszty czterema miejscami. Zdecydowanie wyglądał na indywidualistę. Nie notował, za to słuchał wykładowcy w skupieniu, które mi zaimponowało. Kiedy zdałam sobie sprawę, że jestem pod wrażeniem, ten fakt wzniecił we mnie dziwną iskrę. Nigdy dotąd nie zdarzyło mi się zwracać uwagi na chłopaków. No ale nigdy wcześniej nie chodziłam do klasy z wyprostowanym, zadbanym, skromnym, uważnym, schludnym, eleganckim, inteligentnym i świeżo ogolonym Warszawiakiem (w dodatku posiadającym perełki książkowe).
Rany…
Ale nadinterpretacja…
Tak szczegółowo scharakteryzowałam obcego za sprawą trzech atlasów anatomicznych i ubioru – sama nie wiedziałam, co podobało mi się bardziej! Podręczniki czy czarny golf i marynarka w tym samym kolorze. Takie połączenie na dość barczystej sylwetce robiło wrażenie. Nie widziałam wcześniej tego studenta na korytarzu, na pewno bym go zapamiętała. Był naprawdę przystojny. Jego ciemne zaczesane do tyłu włosy, mimo że nieco przydługie, musiały zostać niedawno wystylizowane, i to przez jakiegoś modnego fryzjera.
Oj.
Chłopak spojrzał centralnie na mnie. A ja w ułamku sekundy zdałam sobie sprawę, że siedzę z wygiętą szyją i gapię się ostentacyjnie na człowieka. Nie było co do tego cienia wątpliwości!
Odwróciłam się w popłochu, ale było już za późno. Wstyd z całą pewnością ozdobił mi twarz kolorami. Pojawił się też wyrzut adrenaliny. Aż mną zatrzęsło. Chrząknęłam nerwowo, zakłócając niechcący prowadzącego.
Ogarnij się, Julka – poprosiłam się w duchu.
Pomogło.
Ogarnęłam się.
Wróciłam do notowania, nie rozglądałam się już do końca zajęć. Podczas studiów nie zamierzałam ulec miłostkom, tego byłam pewna. Musiałam skupić się w pełni na anatomii i histologii – dwóch przedmiotach, które studenci określali jako kobyły. Podobno były turbowymagające i trudne, ale i ciekawe. Ja na razie na myśl o anatomii czułam ekscytację, ponieważ każde kolejne ćwiczenia odbywać się będą w prosektorium.
Już w czwartek zobaczę i dotknę prawdziwego denata!
Właśnie to mnie kręciło, a nie serduszka.
Niemniej tak właśnie wyobrażam sobie dżentelmena, którego zaproszenie na randkę mogłabym przyjąć za pięć lat – pomyślałam, gdy oko poleciało mi do chłopaka od trzech atlasów, kiedy opuszczałam salę.
3
Nestor
Przez środek jej czoła biegła pionowo wypukła żyła i było to tak niespotykanie urocze, że wryło mi się w mózg. Ten moment zaintrygował mnie na długo…
Przez całe zajęcia uporczywie myślałem o tym, że chciałbym jeszcze raz zerknąć na twarz dziewczyny. Kiedy jednak ponownie poczułem na sobie jej wzrok, nie odwzajemniłem spojrzenia. Prędzej zdobyłbym Mount Everest w klapkach, niż to zrobił. Florian, który obiecał czekać na mnie przed salą, twierdził, że moja nieśmiałość nie zna granic, i pewnie miał trochę racji. Prawda była natomiast inna. Nie mogłem zdradzić jej nikomu. Znałem ją bowiem wyłącznie ja i dosłownie paraliżowała mnie ona do tego stopnia, że automatycznie pokręciłem głową, by przepędzić nagłą nieproszoną myśl. Został mi po niej przyspieszony oddech i uczucie, którego nie mogłem znieść.
Błagam, niech to minie. Niech to minie i nie wraca.
Nieprzyjemny stan towarzyszył mi dalej, gdy wspinałem się po schodach ku wyjściu z auli, ale widok znajomej twarzy w końcu przyniósł ulgę.
Uścisnęliśmy sobie z przyjacielem dłonie, mimo że widzieliśmy się rano. Mieszkaliśmy razem od początku wakacji, a teraz studiowaliśmy na tej samej uczelni. On był już na czwartym roku, dlatego dzięki jego opowieściom wcale nie czułem, jakbym dopiero zaczynał swoją przygodę.
– I jak pierwsze zajęcia? – Jego głos przebił się przez harmider.
– W porządku. Idziemy?
Zrobiłem krok, a Florian się roześmiał.
– Jak nie poznasz ich od razu, to potem będzie trudniej.
Wiem, no!
– Chodź. – Wbiłem w niego naglący wzrok. Kątem oka widziałem katastrofę, nim ta jeszcze przybrała kształt i zyskała dźwięk…
– Hejka. Klaudia. – Dziewczyna wyciągnęła rękę, a zaraz za nią druga.
– Paula.
W pierwszej chwili zdębiałem, jak zawsze. Na szczęście mój kompan przejął kontrolę nad sytuacją.
– Cześć. Florian, a to Nestor – powiedział, wymieniając uściski dłoni. Ja tymczasem wypuściłem z siebie westchnienie rezygnacji i zamierzałem przyjrzeć się intruzkom, ale mój wzrok przykuła dziewczyna z żyłą na czole.
Jezu, jaka ona chuda…
Aż się prosiła, żeby zabrać ją na obiad.
– W której grupie jesteście?
– Ja jestem już na czwartym roku, a Nestor…
Słyszałem w tle wymianę zdań. Przynajmniej dopóki nie zostałem przyłapany na przyglądaniu się.
Spanikowałem.
– Spieszymy się – wypaliłem. Jednocześnie złapałem Floriana za łokieć i pospiesznie go pociągnąłem, byle jak najdalej stąd.
– Luz! Wpadnijcie potem do Medyka!
– Do zobaczenia! – krzyknął Florian.
– Już wolę iść na Schodki – bąknąłem. Z dwojga złego lepiej w tę stronę.
– Jedno nie wyklucza drugiego, przyjacielu. Zadbam, żebyś poznał każdy aspekt studenckiego życia!
Redakcja: Beata Kostrzewska/www.grafikaslowa.pl
Korekta: D.B. Foryś/www.dbforys.pl
Skład, przygotowanie do druku i e-booki: D.B. Foryś/www.dbforys.pl
Projekt okładki: Justyna Sieprawska/justynaes.portfoliobox.net
Ilustracja na okładce, rysunek Julii w treści: Ida Chańko/www.instagram/sernik_o_polnocy
Elementy graficzne w treści: www.magnific.com
Źródło mapy: © OpenStreetMap contributors
Copyright © Magdalena Winnicka
Copyright © Rs-cars Mariusz Nowak/Natios
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Wydawnictwo Natios
www.natios.com.pl
Wydanie I
Wrocław 2026
ISBN 978-83-976516-4-7
