Chłodnia, czyli grzejnia. Małgorzata Szejnert w rozmowie z Dorotą Karaś i Markiem Sterlingowem - Małgorzata Szejnert, Dorota Karaś, Marek Sterlingow - ebook + audiobook

Chłodnia, czyli grzejnia. Małgorzata Szejnert w rozmowie z Dorotą Karaś i Markiem Sterlingowem ebook

Małgorzata Szejnert, Dorota Karaś, Marek Sterlingow

0,0
59,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Prawdziwe życie reporterki

Kiedy Mariusz Szczygieł przyniósł jej swój najlepszy tekst, nie uwierzyła, że napisał go sam. Magdalenie Grzebałkowskiej powiedziała, że jej reportaż nadaje się do tabloidu, a dzieło Jacka Hugo-Badera w całości posłała do kosza.

W stanie wojennym postanowiła: polecę do Ameryki, choćby sprzątać. Byle syn mógł żyć w wolnym kraju. W najgorszej chwili wsparł ją Ryszard Kapuściński. Wróciła, gdy w powietrzu czuć było odwilż.Związała się na lata z działem reportażu „Gazety Wyborczej”, a na zawsze z wioską Mięćmierz nad Wisłą. Urządzała tam legendarne Świętojanki – ich bywalcy do dziś wspominają spanie na strychu, rozmowy przy winie i szefową na luzie.

Dorota Karaś i Marek Sterlingow – reporterzy i autorzy cenionych biografii Anny Walentynowicz i Jerzego Urbana – przeprowadzili z Małgorzatą Szejnert głęboką i mądrą rozmowę, którą czyta się jak pełną przygód, zwrotów akcji i nieszablonowych bohaterów powieść.

Zamówiłam wielki pojemnik z chłodnikiem, który stał pod orzechem już otwarty do nalewania, i wpadł na niego paroletni synek Ani Fostakowskiej. Powstała ogromna, smakowita kałuża. Ania zapytała synka: „Dlaczego jesteś taki fioletowy?”. „Przewróciłem grzejnik!”

Chłodnik, czyli grzejnik!

Zamyśliłam się – może zamiast chłodnią mogłabym być grzejnią? Jestem chyba na dobrej drodze?

(fragment książki)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 180

Data ważności licencji: 2/27/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



PROLOG

(2024)

Drewniana figurka czarnego chłopca stoi w rogu salonu. Chłopiec trzyma tacę na wizytówki.

– Zobaczyłam go w Sorrento, przez szybę antykwariatu, i strasznie mi się spodobał – mówi Małgorzata Szejnert. – Zapłaciłam dwa tysiące euro. We Włoszech można by się targować, ale spieszyłam się na autobus. Ktoś potem ocenił: zakup niepoprawny politycznie. No nie! To piękne stare rzemiosło, znak czasu i obyczajów, więc bez przesady!

Jesteśmy w Warszawie na Służewie. W przestronnych pokojach każdy przedmiot ma swoją historię: wiejskie łóżko i wiklinowa kanapa dla gości, obraz Edwarda Tingatingi, malarza z Tanzanii, buddyjska tanka w sypialni, wielki słomiany kogut w kącie salonu. Wszystkie pomieszczenia są podwójne: łazienki, sypialnie, tarasy i łączące się salony – jeden z komputerem do pracy, drugi z niewielką kuchnią.

– Szkoda czasu na gotowanie – wyjaśnia gospodyni.

Ma białe włosy, drobną sylwetkę i stalowe oczy. Trudno uwierzyć, że zbliża się do dziewięćdziesiątki. Patrzy badawczo, zadaje podchwytliwe pytania i potrafi wysączyć pół karafki wiśniówki.

Przez trzynaście lat napisała pięć książek. Przedtem pracowała jako dziennikarka w Polsce i w Stanach Zjednoczonych. Przed Okrągłym Stołem wróciła z emigracji. W nowych czasach współtworzyła „Gazetę Wyborczą”. Została szefową działu reportażu. Wychowała najsłynniejszych polskich reporterów prasowych. Wielu się jej bało, większość nadal uważa za swoją mistrzynię.

Przydomek „Chłodnia” nadał jej Jacek Hugo-Bader. Kiedyś posłała do kosza jego reportaż Skucha. Po latach przyznał, że miała rację, i napisał go na nowo. Tak powstała jego najlepsza (zdaniem wielu) książka.

Kto pierwszy zaczął mówić o niej „Królowa Śniegu”? Nie pamięta tego nawet Mariusz Szczygieł. Przypomina sobie za to dzień, w którym wyznał publicznie, że jest gejem. Zwierzył się wtedy szefowej, że boi się reakcji otoczenia. Pocieszyła go, że ona jako panna z dzieckiem też nie miała łatwo.

W Znaku, gdzie wydaje swoje reportaże, ma przydomek „Cesarzowa”.

Przyjechaliśmy z Gdańska, żeby napisać wywiad o jej życiu. Początkowo miał go przeprowadzić Szczygieł, przed którym rozmówcy otwierają się jak książki. Jednak reporterka przyjęła naszą propozycję. Osobliwy wybór, biorąc pod uwagę nasze dotychczasowe kontakty z Małgorzatą Szejnert.

Marek miał z nią do czynienia tylko raz. Jako początkujący dziennikarz gdańskiej „Wyborczej” napisał reportaż o katastrofie polskiego statku. Temat był pilny. Wyszedł mu ckliwy tekst o marynarzach, którzy zginęli, walcząc z żywiołem. Po jego przeczytaniu Szejnert ciężko westchnęła i przekazała go do poprawy doświadczonej dziennikarce Katarzynie Skrzydłowskiej. Reportaż, który się ukazał, opowiadał o armatorze eksploatującym ponad miarę stary statek i o kapitanie przymykającym oko na problemy techniczne.

Dorota tylko pozornie miała lepszy start. Do Warszawy trafiła jako obiecująca stażystka z prowincji. Małgorzata Szejnert zleciła jej temat na Podhalu. Tak powstał reportaż o dotkniętej nieszczęściami kobiecie z ubogiej wsi. Efekt publikacji był równie wzruszający jak tekst. Czytelnicy „Wyborczej” z całej Polski obsypali rodzinę darami. Dorota czuła się już młodą gwiazdą reportażu, gdy do redakcji przyszedł list. Okazał się na tyle niepokojący, że Szejnert wysłała na Podhale Lidię Ostałowską, żeby się tam rozejrzała.

Rewelacje opisane w liście potwierdziły się na miejscu: kobieta była oszustką, a tragedie okazały się zmyślone. Staż w Warszawie nie zakończył się etatem, Dorota wróciła do lokalnej redakcji w Gdańsku.

Małgorzata Szejnert zawsze powtarzała reporterom, że niepowodzenia budują autora. No to zobaczymy.

Codziennie

(2024–2025)

O której godzinie dziś wstałaś?

O siódmej.

Wcześnie.

Wystarczy.

Zawsze tak było?

Kiedyś pewien zachodni dziennikarz powiedział mi, że od lat nie sypia dłużej niż sześć godzin. O dwie krócej niż moja norma. Zaczęłam próbować i stwierdziłam, że przez sześć godzin można się wyspać.

Jaki jest twój plan dnia?

Rano muszę pamiętać, żeby zrobić trzy rzeczy: posłać łóżko, stanąć na wadze i popić tabletki szklanką wody. Ważę się przed wzięciem tabletek, bo potem miałabym piętnaście deko więcej. Teraz jestem właśnie w takim momencie, że musi mnie ubyć, żebym weszła w kontrol­ne spodnie. Potem się gimnastykuję.

Chłopiec z Sorrento. Ktoś ocenił, że to zakup niepoprawny politycznie. No nie!

Codziennie ćwiczysz?

Staram się. Zajmuje mi to pół godziny. Nie lubię tego, więc czasem następuje rozchwianie.

Skąd taki rygor?

Nie chcę być gruba. Kobieta, jeśli nie ma naturalnych predyspozycji do chudnięcia, musi o to walczyć. No i nie chcę się ruszać jak stary człowiek.

Gotujesz czy jesz na mieście?

W kuchni nie mam nawet okapu, bo popsułby piękną szafę kuchenną, którą wymyśliła mi znajoma projektantka Beata Osiowska. Czasem przygotowuję jakąś zupę na parę dni, a czasem starcza mi gorący kubek. Ale zwykle wychodzę coś przegryźć. Często do baru mlecznego, bo nie lubię przepłacać w knajpach. I zupełnie niepotrzebna mi do szczęścia restauracyjna celebra. Lubię za to zaprosić do restauracji którąś z moich wnuczek.

Ciągle zostaje dużo wolnego czasu. Zwłaszcza że wstajesz wcześnie.

Gdy moje dziecko było małe, te dwie dodatkowe ranne godziny dużo znaczyły. Miałam nowe wydatki, a zarabiać umiałam tylko pisaniem. Mogłam w tym czasie wystukać na maszynie parę kartek i dorobić kilka złotych.

Ojciec dziecka ci nie pomagał? Wiesz, że także o to powinniśmy cię wypytać.

Może później. Zobaczymy.

Dziś nie musisz wstawać wcześnie.

Codziennie wydaje mi się, że mam dużo rzeczy do zrobienia. Potem okazuje się, że nie ma pośpiechu. Jestem tym trochę zawiedziona. Szukam sobie zajęcia i szybko znajduję. Teraz głównie porządkuję swoje archiwum. Mam w nim między innymi całe złoża listów prywatnych – własnych i przekazanych przez rodzinę – oraz związanych z pracą. Już raz je przejrzałam, posegregowałam, ale postanowiłam do nich wrócić i odsiać rzeczy, które zbladły.

Przez całe życie miałam poczucie, że robię coś nie tylko dla siebie, ale i dla innych. Pisanie i redagowanie było dla innych. Kiedy porządkuję swoje papiery, listy, notatki, wycinki, myślę, że może to też się komuś przyda – mojej rodzinie albo jakimś kronikarzom polskiej rzeczywistości, zwłaszcza peerelowskiej. Część tych dokumentów przekazałam już Bibliotece Narodowej.

Porządkowanie nie zajmuje ci chyba całego dnia?

Czas starych ludzi biegnie inaczej niż młodych. Nie mam już tak szybkiej decyzji jak kiedyś, po byle wysiłku muszę odpoczywać. Pamięć jest słabsza. Szukanie różnych przedmiotów, dotrzymywanie terminów sprawia kłopoty. Wyjście na wystawę albo do teatru staje się wyprawą. Nawet czytanie idzie mi wolniej. A jestem w jury dwóch ważnych konkursów pisarskich. Jeśli jakaś książka mnie zachwyca, gotowa jestem wracać do niej, grzebać w internecie albo w bibliotece, żeby rozwinąć wątek, który mnie zaciekawił. Na to zupełnie nie żałuję czasu.

Jeździsz samochodem?

Kilka lat temu wymusiłam pierwszeństwo i skasowałam dwa samochody. Cudem nikomu nic się nie stało, ale uznałam, że więcej nie będę kierowcą. Nigdy zresztą dobrze nie prowadziłam. Obliczyłam, że ile bym nie jeździła taksówkami, zawsze będzie to tańsze niż własny samochód. Ale muszę o tym pamiętać, żeby zamawiać taksówkę bez wahań.

Masz zaskakujący stosunek do starości. Wydaje się, że ją akceptujesz, ale jednocześnie z nią walczysz.

Czułam się stara już kilka razy, a potem udawało mi się to odwrócić. Najpierw odmłodziła mnie Ameryka, potem „Gazeta Wyborcza”. Pracowałam z reporterkami i reporterami, którzy mogliby być moimi dziećmi. Czułam się przy nich młoda.

Od dawna mieszkasz sama?

Ponad trzydzieści pięć lat. Od kiedy mój syn poszedł na studia.

Nie czujesz się samotna?

Każda obecność w moim mieszkaniu, która trwa dłużej niż tydzień, to dla mnie duża niewygoda, mimo że miejsca jest sporo. Wyjątkiem jest mój brat Andrzej, młodszy ode mnie o sześć lat. Najdelikatniejszy i najdyskretniejszy człowiek na świecie. Nie słyszy. Stracił słuch jako niemowlę.

Lubię być sama. Dzieciństwo spędziłam w gwarnym domu, zawsze pełnym ludzi. Byłam w nim szczęśliwa. Ale mam też wielką potrzebę osobności, nieskrępowania, niezależności.

Andrzej Szejnert, dyskretny, delikatny, opiekuńczy

Do szczęścia podobno potrzebne są kontakty z innymi ludźmi.

Tego mi nie brakuje. Mam dużo młodszych i starszych przyjaciół z różnych środowisk, spotykam się z synem i z wnuczkami, często dzwonię do mojej kuzynki Aliny Filipkowskiej, młodszej ode mnie o rok. Ona też mieszka sama. Jesteśmy sobie bliskie, łączy nas wspólne dzieciństwo. Te rozmowy są dla mnie ważne.

Umówiłyśmy się, że jeśli wybuchnie wojna, pojedziemy do Alinki z Andrzejem. Albo pójdziemy piechotą, bo ona mieszka w Łomiankach pod Warszawą. Jest bardzo gospodarna, tak samo jak Jędruś. Ma ogródek, w którym sadzi warzywa, i piwnicę, w której trzyma zapasy. Tam nasza trójka staruszków będzie siedzieć, ile się da. My się bardzo lubimy, nigdy się nie kłócimy i mamy poczucie humoru. Ta sielankowa wizja oddala ode mnie strachy.

Zawsze myślałaś o ucieczce w razie wojny?

Dopiero kiedy zdałam sobie sprawę, że Ukraina może polec.

Zawsze miałam lekko katastroficzne myśli. Nie doświadczyłam bezpośrednio dramatów wojennych, ale jednak coś o wojnie wiem i dlatego się jej boję. Mam wrażenie, że ludzie dzisiaj nie zdają sobie sprawy z tego, czym ona jest.

A czym jest dla ciebie?

Nieszczęściem, które nikogo i niczego nie oszczędza i nigdy się nie kończy dla tych, którzy ją przeżyli.

Myślisz o śmierci?

Myślę o niej dobrze, zakładając, że to będzie prawdziwy koniec. Wieczne życie wydaje mi się przerażające, ale w nie raczej nie wierzę. Nie chcę pośmiertnych iluzji, żadnego nieba, piekła, czyśćca ani Boga. Po śmierci chcę mieć taką samą wieczność jak przed urodzeniem.

Nie jest to przykre, że trzeba skończyć tę imprezę na ziemi, gdy człowiek najwięcej doświadczył i wie?

Dlatego trzeba w miarę możności zostawić po sobie porządek. Dobrą smugę. Przyzwoicie posegregować śmieci.

Spotkanie przyjaciół w Mięćmierzu. Mój syn Piotrek Pietrzak w zapale muzycznym

Nie jesteś ciekawa, co będzie dalej ze światem?

Myślę, że będzie źle. Nie mam takich nadziei jak mój syn Piotr, uparty optymista, że ludzkość przekroczy pewien próg bałaganu, przywoła do porządku polityków, powstrzyma katastrofę klimatyczną… Zostawmy politykę: od lat obserwuję zmiany, jakie zachodzą u mnie na wsi, w Mięćmierzu. Mam tam dom od prawie sześćdziesięciu lat.

Co się zmieniło?

Prawie całkowicie zniknęły skorki, niewielkie istoty z obcążkami zamiast ogonka, które nieustannie pętały się po domu. Były strasznie łakome na truskawki, ale poza tym nikomu nie wadziły. Przyzwyczaiłam się do nich. Tak samo jak do rechotu żab pod skarpą przy Wiśle. Ich wieczorne koncerty były czasem tak głośne i namiętne, że trzeba było wchodzić do chaty, by porozmawiać. Od paru lat jest cicho. Ćmy, kiedyś wielkie, w aksamitnych, haftowanych szatach, są teraz małe i bure. Trawa na mojej łące, kiedyś bujna, zielona, od lat szarzeje, stepowieje. Wisła jest coraz węższa i płytsza.

Co chciałabyś jeszcze w życiu zrobić?

Nie zrobię już nic wartościowego w swojej dziedzinie.

Zastanawiałam się, co mogę zrobić w innej. Nie mam siły, żeby zająć się pracą humanitarną, bo wiąże się to często z wysiłkiem fizycznym i organizacyjnym. Prawdopodobnie sprawiłabym więcej kłopotu, niż byłoby ze mnie pożytku. Jedyne, w czym widzę wyższy sens, to wspieranie pożytecznych fundacji, dobre kontakty rodzinne i w ogóle z ludźmi, opieka nad bratem. Chociaż ostatnio to raczej on opiekuje się mną. Jędruś ma dobre życie, ale myślę, że mógłby mieć jeszcze lepsze, gdybym włożyła w to więcej starań.

Zawsze miałaś potrzebę bycia użyteczną?

Uważam, że całe życie reportera na tym polega.

A może na pisaniu kroniki dla przyszłych pokoleń?

Od tego są historycy. Reporter powinien pisać przede wszystkim dla swoich współczesnych, którzy mają wpływ na rzeczywistość.

Kiedy postanowiłaś zostać dziennikarką?

Parę lat po wojnie mama zainstalowała w domu tanie urządzenie nazywane powszechnie szczekaczką. Miało jedną gałkę i jeden program radiowy, w którym czasem obok propagandy puszczali muzykę i wiadomości sportowe. Słuchałam ich z pasją, bo kochałam się w skoczku narciarskim Staszku Marusarzu. Sprawozdawca mówił tak barwnie i żywo, że szybko podjęłam decyzję, co chcę robić po maturze. Ciągnął mnie sport. Narty, żagle, wspinaczka to były marzenia o czymś lepszym, szlachetnym, eleganckim. Postanowiłam zostać dziennikarką sportową.

Było to wtedy takie proste?

Mama nie była zachwycona tym pomysłem. Tymczasem przed maturą do mojego liceum przyjechała jakaś emisariuszka namawiać na studia w Moskwie. To mnie zaintrygowało, jednak mama aż się zatrzęsła z oburzenia na taki pomysł. I żeby go natychmiast oddalić, pogodziła się z tym, że pojadę do Warszawy zdawać egzaminy na dziennikarstwo.

Panienka musi się najeść

(1953–1958)

Urwanie chmury nad Warszawą. W bramie w śródmieściu dozorca natyka się na przemoczoną, zziębniętą dziewczynę. Przyjechała zdawać egzamin na studia. Stróżowi robi się żal panienki z prowincji. Przynosi jej pajdę chleba z kiełbasą. Maturzystka przyjmuje to za dobry omen.

Egzamin idzie gładko. Małgorzata Szejnert dostaje się na Wydział Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Zajęcia odbywają się w odbudowanym właśnie gmachu na Krakowskim Przedmieściu, przy Kościele Świętego Krzyża.

Studencki Teatr Satyryków zawładnął moją głową i sercem. „Mnie nie jest wszystko jedno” – mówił rówieśnikom. Na zdjęciu fragment spektaklu pod tym tytułem

Studentka mieszka kątem w Otrębusach pod Warszawą u swojej ukochanej matki chrzestnej Gabrieli Niewęgłowskiej, dla rodziny – Lili. Do podmiejskiej kolejki maszeruje dwa kilometry, wieczorami uczy się przy lampie naftowej. W drewnianym domu nie ma żadnych wygód, chociaż stoi w nim pianino. Rodzina Lili miała folwark pod Białą Podlaską. Opuszczając go po reformie rolnej, Lila rozebrała jeden z budynków gospodarczych i przeniosła do Otrębus.

Na obiady Małgorzata chodzi do baru mlecznego przy bramie uniwersytetu, gdzie można zjeść smacznie i tanio. Tak przynajmniej uważają przyjezdni. Studenci z warszawskich inteligenckich domów twierdzą, że jest tam tylko tanio. Do baru, którego obiegowa nazwa brzmi „Karaluch”, zachowują rezerwę, podobnie jak do żywiących się w nim prowincjuszy.

Na pierwszym roku studiów. Zdjęcie zrobił Roman Burzyński, który prowadził dla nas zajęcia fotograficzne

Przyszli dziennikarze dowiadują się na studiach, że są oczkiem w głowie partii i to od nich zależy przyszłość narodu. Stalin nie żyje, ale stalinizm jeszcze dyszy. Na pierwszym zebraniu Związku Młodzieży Polskiej jedna ze studentek informuje wszystkich, że jej ojciec jest kułakiem i szkodzi ludowej ojczyźnie. Doniosła już o tym w swoim powiecie i wzywa kolegów do podobnej postawy. Cały rocznik – sto osiemdziesiąt osób – przyjmuje jej apel w śmiertelnej ciszy.

Dziennikarstwo studiują też greccy komuniści, bohaterowie wojenni. Małgorzacie podoba się jeden z nich, ale zrywa znajomość, kiedy chłopak zaczyna być zbyt natarczywy. Podczas Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów w 1955 roku poznaje arabskiego kolegę. Umawia się z nim na spacery po Warszawie. Starsza koleżanka studzi jej zapał i przestrzega. Niepotrzebnie: para ma niewinne zamiary, kieruje nimi ciekawość innego i szlachetny internacjonalizm. Nie bardzo wiedzą, jak się porozumieć, póki nie okazuje się, że oboje znają arie z Carmen.

Ledwie dostałam tę legitymację, „Horyzonty” przestały istnieć. A niedługo potem zamknięto tygodnik studencki „Po Prostu”

Emocje festiwalowe mają jednak swoją cenę. Wyrzuty sumienia nie opuszczą Małgorzaty przez kilkadziesiąt lat. Gdy dziewczyna gania po mieście, zapomina o jedzeniu. Przysłany przez mamę nadziewany kurczak z braku lodówki nadaje się do wyrzucenia.

Studenci dziennikarstwa wydają własne pismo. Najpierw „Sztandar Młodych Dziennikarzy”, potem „Horyzonty”. W tym drugim Małgorzata prowadzi dział kultury. Jesienią 1956 roku redakcja poświęca cały numer powstaniu na Węgrzech, stłumionemu przez radzieckie czołgi. Numer konfiskuje cenzura, następny już się nie ukazuje. Pogrzeb „Horyzontów” odbywa się na Krakowskim Przedmieściu. Kondukt żałobny złożony ze studentów niesie na ramionach dziecięcą trumienkę – spoczywają w niej próbne wydruki pisma z żałobnym wierszem Henryka Grynberga o tragedii węgierskiej. Demonstracja zwraca uwagę kilkudziesięciu przechodniów. Kilka miesięcy później zamknięcie tygodnika studenckiego „Po Prostu” spowoduje uliczne zamieszki i zakończy nadzieje na polityczną odwilż.

Profesor od ekonomii politycznej Adam Runowicz jest postrachem studentów. Oblewa siedemdziesiąt osób. Szejnert nie jest w stanie przekonać wykładowcy, że rozumie, dlaczego spółdzielnie produkcyjne są lepsze od gospodarki indywidualnej.

Powtarzanie roku nie jest katastrofą. Małgorzata odkłada na bok Krótki kurs historii WKP(b), obowiązkową lekturę poświęconą doktrynie marksizmu-leninizmu, i zaczyna studiować życie stolicy. Kawa w Lajkoniku, popularnej kawiarni przy Placu Trzech Krzyży, kosztuje dwa i pół złotego. Na ścianach wiszą karykatury Antoniego Słonimskiego, Kaliny Jędrusik oraz innych stałych bywalców.

Dziewczyna nie chce już zajmować się sportem. Pracę magisterską pisze o Studenckim Teatrze Satyryków, najmodniejszej scenie Warszawy. Chciałaby zostać recenzentką, lecz te stanowiska są zarezerwowane dla starych fachowców.

W studenckiej prasie zwraca uwagę na niewielki reportaż o człowieku, który zbiera butelki. Pod tekstem podpisana jest koleżanka ze studiów. Nazywa się Hanna Krall.

Małgorzata dochodzi do wniosku, że też chciałaby pisać o zwykłych ludziach.

Nasz wydział buduje Stadion Dziesięciolecia. Chłopców wspiera w tym dziele filigranowa Bogusia Junikiewicz. Poniżej: Świetnie czujemy się razem. Na pierwszym planie z koszykiem Milli Szczęsna, potem znana i zasłużona dziennikarka radiowa

Dalsza część w wersji pełnej

Ilustracja na okładce

Dorota Piechocińska | Ilustradora

na podstawie zdjęcia fot. Tadeusz Poźniak/REPORTER

Projekt okładki: Michał Pawłowski

Wybór zdjęć: Małgorzata Szejnert, Marek Sterlingow

Redaktorka inicjująca: Dorota Gruszka

Redaktorka prowadząca: Aleksandra Pietrzyńska

Opieka redakcyjna: Anna Szulczyńska

Promotorka: Karina Caban

Redakcja: Daniel Lis

Adiustacja: Beata Trebel-Bednarz

Korekta: Aleksandra Kiełczykowska, Anastazja Oleśkiewicz

Indeks: Artur Czesak

Zrealizowano ze środków Miasta Gdańska w ramach Gdańskiego Stypendium Kulturalnego Fundusz Twórczy.

Copyright © by Dorota Karaś, Marek Sterlingow & Małgorzata Szejnert

Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026

ISBN 978-83-8427-150-6

Książki z dobrej strony: www.znak.com.plWięcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.plSpołeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, email: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2026

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Małgorzata Szejnert to jedna z najwybitniejszych polskich pisarek. Mistrzyni reportażu, nauczycielka pokoleń reporterów i reporterek. Autorka niezwykle mi bliska. I wiem dlaczego – kiedy twórcy zaczynają pukać do drzwi świata, to on zazwyczaj niechętnie je otwiera. Wrażliwości Małgorzaty jednak nie mógł i wciąż nie może się oprzeć. Drzwi otwierają się szeroko, reporterka wchodzi bez wahania, a to, co stamtąd nam przynosi, nikogo nie pozostawia obojętnym.

Olga Tokarczuk

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Spis treści

Prolog (2024)

Codziennie (2024–2025)

Panienka musi się najeść (1953–1958)

Karta redakcyjna

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Meritum publikacji