Chwila przed podróżą. Reportaże z PRL - Małgorzata Szejnert - ebook + książka

Chwila przed podróżą. Reportaże z PRL ebook

Małgorzata Szejnert

0,0
84,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Małgorzata Szejnert to jedna z najwybitniejszych polskich pisarek. Mistrzyni reportażu, nauczycielka pokoleń reporterów i reporterek. Autorka niezwykle mi bliska. I wiem dlaczego – kiedy twórcy zaczynają pukać do drzwi świata, to on zazwyczaj niechętnie je otwiera. Wrażliwości Małgorzaty jednak nie mógł i wciąż nie może się oprzeć. Drzwi otwierają się szeroko, reporterka wchodzi bez wahania, a to, co stamtąd nam przynosi, nikogo nie pozostawia obojętnym.

OLGA TOKARCZUK

Mistrzowskie reportaże z PRL

Teresa Lubomirska zakłada szpital położniczy, a Maria Łopatkowa liczy, że turnusy wczasowe połączą osierocone dzieci z parami pragnącymi adopcji.

Sławomir Fiutkowski wstaje o 3.50, żeby dojechać do pracy w narzędziowni Zakładów Mechanicznych „Ursus”.

Pan K., plastyk-rzemieślnik, ozdabia swą łódzką willę półtora tysiącem białych traleki płaci za to wysoką cenę – w podatkach i szyderstwach.

Teksty, o których mówiła cała Polska.

Sprawy i tematy, o których trzeba pamiętać.

„Chwila przed podróżą” to pierwszy tak obszerny wybór tekstów jednej z najwybitniejszych polskich reporterek. Niezwykła kronika ludzkich losów układająca się w wielowymiarowy obraz Polski Ludowej. Lśni tutaj niezwykły talent Szejnert, imponuje jej wrażliwość społeczna, przekonanie o znaczeniu drobnych sytuacji i żywy kontakt z bohaterami.

„Pisanie reportażu wymaga w Polsce Ludowej uważności na szczegół, cierpliwości, umiejętności czekania na odpowiednie zdanie, szacunku dla odrębności języka rozmówców. […] Teksty reporterki Szejnert nie odbierają przeszłości sensu ani znaczenia, ale zdejmują z niej warstwę uproszczeń”.

Ze wstępu Magdaleny Grzebałkowskiej

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 723

Data ważności licencji: 2/24/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Pocztówka z PRL

REPORTAŻ W POLSCE LUDOWEJ JEST JAK POCZTÓWKA trójwymiarowa. Władza widzi na zdjęciu ubraną panią, obywatel ustawia kartę pod innym kątem i widzi panią gołą. Reporter stara się tak przygotować pocztówkę, żeby cenzura ją przepuściła, ale też by czytelnik znalazł w niej rzeczywisty obraz świata.

Reporterka Szejnert nie może przecież otwarcie napisać w 1980 roku, że kraj pogrążył się w ruinie, choć jego budowa wciąż trwa. Może jednak nadać wiadomość szyfrem.

– Jeszcze nie powstało, już zdewastowane? – pyta więc o ruiny budowy ośrodka z oddziałem dla dzieci upośledzonych na Śląsku. I notuje odpowiedź przedstawiciela Budopolu: – Jeśli się buduje przez tyle lat, cegła kruszeje, drewno się paczy, beton skawala, rury rdzewieją. Renowacja budowy mnóstwo kosztuje…

Reporterka-kryptolożka wie, że tyle wystarczy. Czytelnik-deszyfrant zrozumie, co miała na myśli.

W reportażu o życiu przyfabrycznej stołówki zapisuje słowa pracownicy: – Codzienni bywalcy stołówkowi już się przyzwyczaili do zasady, że chcąc jeść nożem, musisz dać przepustkę (…) Już cztery lata jest taki zwyczaj. Przedtem, kiedy noże leżały luzem, ginęło i 50 dziennie.

Odbiorca rozumie, że w kraju trwa kryzys na rynku sztućców i kultury osobistej.

Gdy w tekście o warszawskim Supersamie pisze: „Pani Renia kuli się na rampie. Pod białym fartuchem ma sweter owczy, na fartuchu serdak supersamowski. Kiedyś przydzielano pracownikom kożuszki, ale przez tyle lat poznikały jakoś ze stanu” – każdy od razu wie, że mowa jest o polskim kombinowaniu.

Kiedy w reportażu o strajkach w szczecińskiej stoczni zauważa w torbie jednego z protestujących tom poezji Mickiewicza, obrazek ten wart jest więcej niż tomy analiz.

O polityce nie pisze. W rzeczywistości, w której działa jej pokolenie reporterów, jest to nie tylko niemożliwe, ale też nieskuteczne. Skupia się na opisie codzienności. Bohaterami tekstów są zwyczajni ludzie, którzy pracują, piszą kroniki, sprzątają po strajku, hodują kwiaty i starają się żyć w pięknym otoczeniu – na miarę swoich marzeń i możliwości.

Polityka i tak jest wszędzie. W cieknących sufitach nowych mieszkań na Ursynowie, w gnijących od wilgoci ikonach z bieszczadzkich cerkwi, w pociągach odjeżdżających sprzed nosa robotnikom ursynowskiej fabryki, w tęsknocie obywateli za złotą Giocondą i bolącym z nerwów żołądku pracownicy Supersamu, która obsługuje na tradycji.

Drobna, zdystansowana reporterka Szejnert zamiast pchać się na pierwszy plan, woli stać z boku – wśród ludzi. Pisanie reportażu wymaga w Polsce Ludowej uważności na szczegół, cierpliwości, umiejętności czekania na odpowiednie zdanie, szacunku dla odrębności języka rozmówców.

Bywa jednak, że cenzorom udaje się złamać szyfr i teksty Małgorzaty spadają z łamów. Tak jak reportaż z 1973 roku o malwersacjach w Powiatowym Ośrodku Sportu, Turystyki i Wypoczynku. Dopiero cztery lata później cenzura zdejmie z niego zakaz publikacji.

Kiedy w 1973 roku „Polityka” drukuje jej tekst Mitra pod kapeluszem, o życiu polskiej arystokracji w PRL, wybucha awantura. W tym czasie w ramach eksperymentu cenzura nie obejmuje tygodnika. Książęta i hrabiowie mają w reportażu Szejnert zeszlifowane charaktery, noszą kapcie, mieszkają w blokach. Tak o „panach” po wojnie jeszcze nie pisano. Reporterka otrzymuje dożywotni zakaz pisania na ten temat, redaktor naczelny Mieczysław Rakowski zostaje pozbawiony nagrody państwowej.

Rozpoczynając pod koniec lat osiemdziesiątych pracę nad poszukiwaniem grobów więźniów politycznych, zamordowanych po wojnie na Rakowieckiej w Warszawie, wie, że znów naruszy tabu. Nie ma nadziei na publikację książki w Polsce, umawia się więc z londyńskim wydawnictwem Aneks. Nie spodziewa się, że przyjdzie jej skończyć reportaż w zupełnie innej rzeczywistości, w czasie obrad Okrągłego Stołu.

I nagle przestaje pisać. Nasłuchiwanie rozmów w pociągach, godziny spędzone w wiejskich chałupach, nawiązywanie kontaktów z ludźmi przez płoty, pływanie amfibią po zalanym przez powódź Pułtusku, troskę o zabytki Krakowa i gdańskiej Oliwy, reporterską włóczęgę po Stanach Zjednoczonych zamienia na biurko w „Gazecie Wyborczej”.

Nim wróci do pisania i weźmie na tapet śląskie Giszowiec i Nikiszowiec, Ellis Island, Zanzibar, Polesie i wyspę Bute zwaną Wyspą Węży, zostaje szefową działu reportażu. Przez piętnaście lat uczy reporterów (w tym niżej podpisaną) wrażliwości na szczegół, uważności na słowo, precyzji myśli i klarowności formy. I nigdy nie powołuje się na swoje reportaże, choć tyle ich napisała.

Zbiór reportaży z PRL Chwila przed podróżą dopełnia obrazu pracy i pasji Małgorzaty Szejnert. Warto, żeby sięgnęli po tę książkę zwłaszcza ci, którzy odczuwają silną nostalgię za czasami kolejek po chleb, za latami czekania na mieszkanie czy telefon i za paszportami wydawanymi nielicznym. Nie po to, żeby tę tęsknotę potępić, ale żeby się z nią zmierzyć. Teksty reporterki Szejnert nie odbierają przeszłości sensu ani znaczenia, ale zdejmują z niej warstwę uproszczeń.

Ustawcie więc trójwymiarową pocztówkę ze zdjęciem Polski Ludowej tak, żebyście zobaczyli siebie, gdy kręcicie fikołki na trzepaku. A potem zmieńcie jej kąt nachylenia i przypomnijcie sobie, z czego była zbudowana codzienność. Waszą przewodniczką po tym świecie jest Małgorzata Szejnert.

Magdalena Grzebałkowska

Czy ikona powróci 1966

PIĘCIU PRZYSTOJNYCH CHŁOPCÓW SIEDZI NA ROZPRAWIE jak na wykładzie. Twarze inteligentne, gesty swobodne. Swoboda robiona; pod drugą ścianą ławy rodzin, na nich panie z podkrążonymi oczami. Czterech podsądnych przyszło na rozprawę z aresztu. Siedzą już prawie rok.

Miejsce: Sąd Powiatowy w Lubaczowie, Rzeszowskie. Sędzia niewiele starsza od oskarżonych; z Lubaczowa. Prokurator z Rzeszowa. Mecenasów pięciu. Trzech to śmietanka krakowskiej palestry, z dziekanem Izby Adwokackiej w Krakowie.

Oskarżeni – z krakowskiego środowiska studencko-artystycznego. Najstarszy – 26 lat. Najmłodszy – 20.

Pytanie obrony:

– Czy oskarżony, kiedy brał ikony, wiedział, że są one własnością państwa?

– Nie. Dowiedziałem się o tym dopiero w trakcie przesłuchania.

– Czy oskarżony zdawał sobie sprawę z tego, że okrada społeczeństwo z dzieł sztuki?

– Nie. W moim przekonaniu zwróciliśmy mu dzieła skazane na zagładę. Człowiek nie zabierze ikony do grobu. Ona zawsze do społeczeństwa wróci. To, cośmy wzięli, zostało ocalone.

Pytanie ławnika:

– Czy cerkiew w Piorunce, skąd oskarżeni wzięli ikony i księgi liturgiczne, robiła wrażenie użytkowanej na cele religijne?

– Tak… Na ołtarzu leżał biały obrus. Były jakieś kwiaty.

Pytanie prokuratora:

– Czy oskarżony składał przyrzeczenie studenckie?

– Nie pamiętam… Przepraszam, Wysoki Sądzie, oczywiście, składałem.

– Co było w tym przyrzeczeniu?

– O postawie studenta. O honorze.

– Czy oskarżony jest w zgodzie z tym przyrzeczeniem?

– Sądzę, że tak.

A ona nas pobłogosławiła…

– Pytaliśmy ludzi, jak się idzie do cerkwi w Teniatyskach, ale ludzie byli zdziwieni. Mówili: „O jaką cerkiew wam chodzi, stara rozwalona, innej nie ma”. Droga była uciążliwa, piaszczysta, pusto. Potem las, gęsty, sosnowy. Żeby dostać się do cerkwi, musieliśmy wejść na dach. Ten dach był zawalony, leżał częściowo na ziemi. Ikony zawieszone były dosyć wysoko, jeden z nas je odczepiał, drugi łapał w koc. Jedna spadła i pękła, inne były od razu połamane. Wynieś­liśmy je przed cerkiew, aby dopasować, nie wiedzieliśmy, która część do czego. Wszystkie ikony były czarne, pokryte pęcherzami, napęczniałe wodą. Lubek zaczął jak zwykle obcierać je chusteczką i okazało się, że każdy obraz przedstawia po dwóch świętych, trzymających pergaminy z napisami. Lubek ochłódł, kiedy to obejrzał, powiedział, że to nie są dobre ikony. Ale ja się zapaliłem, bo już tu przyszedłem i zdejmowałem, powiedziałem więc Lubkowi: „Weźmy je, bo i tak zgniją”. Kiedyśmy wracali z Teniatysk, nieśliśmy jeszcze Matkę Boską z gipsu, którą mieliśmy zamiar zamienić na świątki lub aniołki, ale nie była nam już potrzebna, więc daliśmy ją jakiejś babce na przystanku PKS, a ona nas pobłogosławiła i poczęstowała jabłkami.

*

– Wydawało się, że cerkiewka w Lubyczy Kniaziej w ogóle nie ma drzwi, ale były, tylko otwarte na oścież, jakby wyrwane. Wewnątrz poniewierały się szmaty, porzucone świeczniki. Pamiętam figurę kamienną opartą o ścianę i dużą ikonę, dosyć jasną, podtrzymaną prętem, który biegł górą. Znalazłem podstawkę do cynowego świecznika, a przed cerkwią szyjkę do świecznika z talerzykiem do wosku. Wziąłem to, mogło do siebie pasować… Cerkiewka w Lubyczy nie mogła być użytkowana. Leżało tam wiele starych ikon, ich warstwa malarska już odstawała. Nie wzięliśmy wtedy tych obrazów, a podczas wizji lokalnej już ich nie widziałem. Znalazłem tylko jeden wartościowy, prosiłem, żeby ktoś go raczył wziąć. Ikony z tych opuszczonych cerkwi długo nie wytrzymają. To jest kwestia roku czy dwóch, żeby całkiem umarły, chyba że ktoś ukradnie.

Podczas przerwy

Przerwa; w Lubaczowie nie ma gdzie nocować, ale jest gdzie zjeść. Sąd zajmuje trzy stoliki. Przy jednym prokurator i sędzia, przy drugim mecenasi z Krakowa, przy trzecim – adwokaci miejscowi. Rodziny oskarżonych siedzą w drugiej sali. Oskarżeni, skuci precyzyjnie przez eskortę, poszli na obiad do więzienia.

Dziennikarze przysiadają się do stolika sędzi i prokuratora:

– Czy nie mnożymy szkód społecznych? Rok aresztu, stracone studia. Czy ten areszt tymczasowy jest potrzebny?

– A jednak kradzież, z tych, jakich coraz więcej na naszym terenie.

Głos adwokata:

– Lata nieposzanowania; tak, to się mści, panie prokuratorze. Powinniśmy winić nie chłopców, lecz odpowiednie władze. Są młodzi, zrobili głupstwo.

– Ale dobrze znali wartość tego, co chowali do plecaków.

– Nie brali tych rzeczy z niskich pobudek. Przewód sądowy nie udowodnił sprzedaży.

– Może nie zdążyli sprzedać.

Rozmowy przy stoliku mecenasów z Krakowa:

– Czy pan mecenas ma jakieś ikony?

– Uchowaj Boże. Wygląda na to, że prokuratorzy dobiorą się do kolekcjonerów. Mam Axentowicza, Stanisławskiego, Fałata. Wszystko w darze od klientów.

– Podobno można w Krakowie kupić Rubensa.

– A czego nie można kupić w Krakowie? Niedawno ktoś sprzedał rzeźbę Canovy za 30 tysięcy złotych.

– Pewien konsul wywiózł z Krakowa dwa wagony antyków. Ikona za pięć tysięcy, sekretarzyk za osiem; idą na Zachodzie za tysiące dolarów.

– My już tego nie odkupimy.

– Za co, za złote?

Dziennikarze do sędzi:

– Kraków jest giełdą ikony. Dlaczego proces nie odbywa się w Krakowie? Wprawdzie w powiecie lubaczowskim dokonano większości „czynów”, ale za Krakowem przemawiają względy społeczne.

– Wystąpiłam z odpowiednim wnioskiem, ale Rzeszów go odrzucił – wyjaśnia sędzia.

To jest rozdział zamknięty

Po przerwie. Elektrownia wysiada raz po raz. Część pytań i odpowiedzi płynie z ciemności, protokolant odmawia pisania przy świecy.

Sędzia:

– Dlaczego oskarżony nie zawiadomił konserwatora o stanie cerkwi i o tym, co w nich znalazł?

– To jest bezcelowe. Przecież oni wiedzą… Konserwator może nakazać, żeby wszystko zostało zabrane. Ale te zwiezione ikony trafiają w warunki niewiele lepsze niż w terenie.

Następnego dnia, Łańcut. Tutaj, w Zbiornicy Zabytków Ruchomych przy Zamku, gromadzone są od paru lat przedmioty z wnętrz rzeszowskich cerkiewek. Joanna Szczęk, kierowniczka składnicy i jej główny zaopatrzeniowiec, zdejmuje kłódkę z drzwi stajni cugowej Potockiego. Wchodzimy w ciemność, potem do ogromnego lamusa, wyładowanego po dach jak drewutnia, pełnego malowanych desek, kolumn, wrót, przygasłego złota i czerwieni. Na podłodze oberwane skrzydełka, wióry farby, próchno.

Jest jeszcze drugi lamus, mniejszy. Stoły, stelaże, ikony porządnie ustawione, przemyte. Przemywa się to, łata, impregnuje w tutejszej pracowni konserwatorskiej.

– Ale nie możemy nadążyć. Ściągamy teraz mnóstwo rzeczy, nie weźmiemy my, wezmą inni. Zniszczy wilgoć, grzyb.

– Po co to wszystko trzymacie? Nawet oleodruki, kicze z XX wieku.

– Ikona to rozdział zamknięty. Już nikt nigdy nie namaluje nam ikony.

– Co z tym zrobicie?

– Powiększymy zespół konserwatorów. Odnowimy wszystko, jeśli starczy sił, jeśli będą środki. Może jeszcze zdążymy. Zawiesimy ikony w nowym magazynie, który niedługo będzie gotowy, na wysuwanych ekranach, w odpowiedniej temperaturze i wilgotności. Udostępnimy to historykom sztuki. Skompletujemy ikonostasy, wyposażymy cerkiewki w skansenie…

Nie znam innego sposobu…

Sala rozpraw, Lubaczów.

Pytanie obrony:

– Czy oskarżony może wymienić znane mu cerkiewki i określić, w jakim są stanie?

– Pamiętam cerkiewkę, na której wisiała tabliczka, że obiekt jest pod opieką konserwatora, w środku była stajnia. Pamiętam też szopę, na której przybito z zewnątrz obrazy cerkiewne, prawie już zmyte. Pamiętam kapliczkę, zamkniętą na kłódkę, ale bez dachu… Najbardziej zniszczone są cerkwie leżące na uboczu, poza osiedlami. Nikt o nie nie dba. Takich cerkiewek jest dużo, bo chociaż odbudowują się wsie i powstają osady, to zabudowa idzie w innym kierunku.

Łańcut, dostojny gabinet Antoniego Dudy-Dziewierza, dyrektora Muzeum.

– Panie dyrektorze, czy głosy w prasie krytykujące pomysł stworzenia skansenu cerkiewek nie zraziły projektodawców?

– Nie, bo to nie była dyskusja rzeczowa. Większość dyskutantów zaniepokoiła się projektem dlatego, że nie znała jego szczegółów. Zarzucano nam, że ogołocimy Rzeszowskie z najpiękniejszych obiektów. Nie ogołocimy – do skansenu poszłyby cerkiewki leżące na uboczu, poza szlakami turystycznymi, poza zabudową, opuszczone i skazane na zagładę. Nie zabierzemy najpiękniejszych, bo nie takie są nasze kryteria wyboru. Chcemy pokazać różne typy budownictwa cerkiewnego. Najwartościowsze obiekty powinny naszym zdaniem pozostać w swoim naturalnym otoczeniu. Nie stłoczymy cerkiewek jak owieczki w stadzie, bo dosyć jest miejsca w Rzeszowskiem, by wynaleźć teren obszerny i malowniczy. Nie zniszczymy obiektów podczas przenosin, bo umiemy w Polsce leczyć stare deski, stworzyliśmy już niejeden skansen.

– Ile to będzie kosztowało?

– Mniej, niż się spodziewają nasi adwersarze. Wystąpiliśmy z pomysłem, możemy się podjąć jego realizacji.

Konserwator: „boję się jednego”…

Lubaczów, krótka przerwa w rozprawie. Sędzia odwiesza togę na kołek.

– Pani sędzio, czy wojewódzki konserwator zabytków z Rzeszowa został powołany na świadka?

– Nie.

– Czy został powiadomiony o charakterze i terminie rozprawy?

– Nie został powiadomiony.

Rzeszów, gmach Wojewódzkiej Rady Narodowej, biuro konserwatora, magistra Jerzego Tura.

– Co pan robi, żeby ratować cerkiewki i ikony?

W Rzeszowskiem jest około dwustu cerkiewek. W tym około 130 budynków, które warto jeszcze remontować.

– Czy przeprowadza się tylko gruntowne konserwacje? Czasem trzeba załatać dach, zapobiec dalszym zniszczeniom.

– Zwierzchnicy zobowiązują mnie do tak zwanej koncentracji nakładów. Nie 30 załatanych dachów, ale jeden nowy.

– Dlaczego cerkiewki bywają otwarte?

– Bo grupy ludności greckokatolickiej i prawosławnej, a nawet osiadła tu po wojnie ludność katolicka chce czasem przyjść do cerkwi jak do świątyni. Nie możemy tego utrudniać. Dosyć było zadrażnień na tych terenach. Cerk­wie palili Ukraińcy w obawie przed profanacją. Niszczyła je ludność napływowa, aby zatrzeć ślady obcej wiary i obcego pobytu. Przez całe lata ludzie ciemni lub nietolerancyjni rąbali ikony na polana, rozbierali cerkwie na obory. Teraz nikt już ikon nie rąbie, konflikty się przewaliły. Ale od paru lat obserwujemy nowe niebezpieczeństwo. To poszukiwacze dzieł sztuki, którzy chcą je mieć za darmo lub chcą się na nich dorobić. Raz po raz odkrywamy w sklepach Desy, zwłaszcza w Krakowie i Warszawie, części ikonostasów z rzeszowskich cerkwi. W ten sposób odzyskaliśmy parę ikon z cerkwi w Ustianowej. Desa notuje wprawdzie personalia osób, które za jej pośrednictwem sprzedają dzieła sztuki, ale to nie odstrasza.

– Desa powinna być chyba w stałym kontakcie z konserwatorami, a konserwatorzy powinni mieć inwentaryzację zdjęciową ikonostasów i innych skarbów cerkiewnych. Co pan sądzi o takim projekcie: Desa nakłada kwarantannę na pewne przyjęte w komis obiekty. W tym czasie przedmioty leżą na wystawie i nie mogą być sprzedane. Mogą je natomiast obejrzeć osoby, które z urzędu opiekują się zabytkami.

– W każdym razie należy stanowczo położyć kres wywozowi ikon za granicę. Nie sprzedawać obcokrajowcom, nie wydawać zezwoleń na wywóz.

– Jaka jest pana opinia o skansenie?

– Trzeba go zrobić. Może nie na wzgórzu koło Smolnika, może raczej parę mniejszych skansenów, może cerkiewki ulokowane luźniej, przy obwodnicy bieszczadzkiej. To rzecz specjalistów. Cieszę się, że nareszcie przyszedł czas na cerkiewki, czas bicia się w piersi i czas projektów, boję się tylko jednego. Że ktoś po stworzeniu skansenu uzna sprawę cerkiewek za odfajkowaną. A skansen to tylko jeden ze sposobów ratunku, których musi być wiele.

Patron święty czy świecki?

Lubaczów. Dziś wyroku nie będzie. Sąd odracza rozprawę. Wina rozkłada się na elektrownię i na prokuratora, który nie dostarczył podsądnym aktu oskarżenia. Oskarżeni wracają do aresztu. Mecenasi mają samochody, przed północą dotrą do Krakowa. W samochodzie znowu: ocalili czy ukradli? Winien ten, kto stwarza okazje, czy winien ten, kto korzysta? Samochód mija kościoły kopulaste i strzeliste. Jarosław, Przeworsk, Łańcut. Tutaj, w Łańcucie, wierzą, że ikona powróci do ludzi, bo taka powinna być droga dzieł sztuki, dokumentów kultury.

Ale wiara niestety nie przenosi gór.

Nawet wtedy, gdy dobrym zamiarom patronują wszyscy święci z ikonostasu.

Wyrok już zapadł. Oskarżony S.L. skazany został na 2 lata więzienia i 10 tysięcy złotych grzywny, oskarżony J.M. – na 2 lata więzienia i 7 tysięcy złotych grzywny, oskarżony T.M. na 1 rok więzienia i 6 tysięcy złotych grzywny, oskarżony L.Z. na 2 lata aresztu i 10 tysięcy złotych grzywny, oskarżony J.Ch. na 1 rok więzienia z zawieszeniem na 3 lata. Wszyscy oskarżeni skazani zostali ponadto na utratę praw publicznych i obywatelskich na 2 lata. Wyrok nie jest prawomocny. Obrony oskarżonych wnoszą do Sądu Wojewódzkiego w Rzeszowie o rewizję wyroku.

„Polityka”, nr 3, 15 stycznia 1966

Próba 1967

DWUDZIESTEGO LIPCA NA ZALEW WIŚLANY WYPŁYNĘŁY trzy łodzie. W każdej było czterech harcerzy. Jedna załoga nie wróciła.

Michalunio jest fotografem, jego pracownia zajmuje parter średniowiecznej Wieży Wodnej. Z platformy na szczycie gmachu można oglądać gwiazdy. Michalunio, założyciel Fromborskiego Towarzystwa Miłośników Astronomii, otwiera budkę z teleskopem i objaśnia ciekawym konstelacje. Reporter miesięcznika „Nasza Ojczyzna” Marek Czudowski chciał mieć tę scenę w swoim reportażu. 21 lipca przed wieczorem wdrapał się na dach wieży. Robił właśnie zdjęcie Michalunia, kiedy ten został odwołany przez zdyszanego chłopca.

Powiedziano mu, żeby poszedł na przystań.

Tam usłyszał: „Wezmę drąga, zabiję”, i zobaczył, że od tłumu odrywa się milcząca tyraliera kobiet. Wiedział już dość o tej sprawie, by zgadnąć, że idą nad Baudę.

*

Bauda wpada do Zalewu 2,5 kilometra na wschód od Fromborka. 3 lipca harcerze z braniewskiego hufca rozbili nad rzeką obóz (nie miał on nic wspólnego z tak zwaną Operacją 1001, która zgromadziła we Fromborku 1300 harcerzy pracujących na rzecz miasta; trzeba dodać, że jej obozy zorganizowane są wzorowo i mają doświadczoną opiekę). Żaglówki: „Omegę”, „Turystkę” i „Słonkę”, cumowano przy ujściu. W namiotach mieszkało 8 dziewcząt i 23 chłopców, wszyscy z Fromborka i Braniewa. W zimie przeszli teoretyczny kurs żeglarski, tutaj czekała ich praktyka. Komendantem obozu był sternik Jerzy Czarniecki, 24 lata. Miał do pomocy zastępcę – 26 lat (najstarszy w tej społeczności), kwatermistrza, pielęgniarkę i trzech instruktorów (dwóch siedemnastoletnich).

Obóz powinien być zwinięty 17 lipca. Jego uczestnicy mieli jednak oszczędności; postanowili pozostać parę dni. 19 lipca pozdawali praktyczne egzaminy na stopień żeglarza.

20 lipca około godziny 11.00 przed południem wszystkie trzy łodzie wypłynęły na Zalew Wiślany. Przy sterze „Omegi” siedział komendant Czarniecki, przy sterze „Turystki” instruktor Dubicki. Załogę „Słonki”, w której zgodnie z certyfikatem płynąć może trzech żeglarzy, stanowili: czternastoletni Jan Lewalski, piętnastoletni Stanisław Grzegocki i Paweł Michalunio, syn fotografa, oraz siedemnastoletni Ignacy Steć, sternik.

Czarniecki mówi dzisiaj, że łodzie wyszły w odstępach pięciominutowych, „Słonka” na końcu. Steć miał pływać w pasie przybrzeżnym, koło PGR Różaniec. „Omega” i „Turystka” wzięły kurs na Piaski, wioskę rybacką na Mierzei. Piaski odległe są od ujścia Baudy o mniej więcej pięć mil morskich. Wszystkie trzy łodzie miały prawo poruszać się w odległości jednej mili od brzegu. Kiedy dwie pierwsze żaglówki były już na środku Zalewu, komendant zauważył, że „Słonka” płynie w kierunku Tolkmicka. Inni świadkowie mówią, że Steć od razu wziął kurs na Krynicę Morską. Tak czy inaczej, według komendanta „Słonka” była za daleko, by ją zawrócić rozkazem.

Łódź Czarnieckiego powróciła do ujścia Baudy o 16.30, łódź Dubickiego godzinę później. Jeszcze nie było sztormu, ale czuło się go w powietrzu. Wieczorem wiatr dął z siłą sześciu stopni w skali Beauforta. Komendant i instruktorzy zebrali się na naradę. Ktoś przypomniał, że Steć ma wuja w Tolkmicku; dawno zamierzał go odwiedzić. Na pewno załoga dopłynęła tam przed burzą. Przerzucono bagaże sternika, znaleziono książeczkę żeglarską i certyfikat łodzi. Uspokojono się drugim przypuszczeniem: „Słonka” została zatrzymana przez któryś z bosmanatów.

Ignacy Steć przyjaźnił się od dziecka z Jurkiem Chrabąszczem. Mieszkali w jednym namiocie. Jurek ułożył się do snu, ale wiatr łopotał brezentem. W nocy komendant oświetlał kilkakrotnie latarką puste miejsce Ignaca. Rankiem kazał Chrabąszczowi jechać do Tolkmicka.

Chrabąszcz opowiada, że wziął pozostawione przez Stecia papiery i wsiadł na motorower. Obejrzał port w Tolkmicku, ale „Słonki” tam nie było. Bosmana nie znalazł. Poszedł do ratownika, ten jednak nic nie wiedział o łodzi i jej załodze. Chrabąszcz nie odwiedził już wuja Stecia, postanowił wracać do obozu. Motorower psuł się po drodze, Chrabąszcz musiał go prowadzić parę kilometrów. Nad Baudę dotarł przed 11.00. Komendant stał przy ujściu i patrzył na Zalew. Kiedy usłyszał relację Jurka, kazał mu iść do obozu, wziąć rower, jechać na milicję. Jak wynika dalej z opowiadania Chrabąszcza, był on przed posterunkiem około godziny 13.00. Na drzwiach wisiała kłódka. Harcerz poszedł więc do portu. Biuro było zamknięte, ze schodów zeszła kobieta, powiedziała, że bosman je obiad. Chrabąszcz usiadł na ławce i czekał 25 minut. Kiedy bosman usłyszał o „Słonce”, krzyknął do chłopca: „Teraz przychodzisz! Jak trwoga, to do Boga!”.

Według relacji bosmana Paszenki Chrabąszcz zjawił się u niego znacznie później, o 15.30, i pewne fakty, których tu nie warto opowiadać, potwierdzają tę wersję. Rzeczywiście Paszenko był zły, jest zły i dziś, kiedy przypomina sobie tamtą rozmowę i kiedy pokazuje leżący w trawie mały niebieski kadłub „Słonki” z połamanym masztem. Zresztą nastroje i komentarze zostawmy na potem, wróćmy do faktów.

Bosman zamówił rozmowę z Tolkmickiem. Około 16.00 wyszła stamtąd motorówka Polskiego Ratownictwa Okrętowego. Jednocześnie ludzie na fromborskiej przystani zauważyli, że łódź milicyjna płynąca od strony Mierzei kręci się w kółko na Zalewie. Okazało się, że milicja, niewiedząca jeszcze o niczym, natknęła się przypadkiem na przewrócony kadłub „Słonki”. Żagiel nie był zwinięty. W łodzi znaleziono czarny sweter Stecia.

Wtedy na wodę ruszyły łodzie rybackie (we Fromborku mieszka 26 rodzin rybackich), motorówka „Słowik”, własność sztabu Operacji 1001 – wszystko, co mogło pływać.

O 18.15 rybak Marian Tyl złożył na nabrzeżu ciało Grzegockiego. Niedługo potem z łodzi milicyjnej dostrzeżono unoszące się w kamizelkach ratunkowych, kapokach, zwłoki Lewalskiego i Michalunia. Stecia nie znaleziono. Woda wyniosła go dopiero na czwarty dzień w okolicy Świętego Kamienia.

*

Lekarz z Fromborka, Pyrzyński, oglądał dokładnie wszystkie ciała, kadłub łodzi i maszt, złamany podczas holowania żaglówki. Pyrzyński sam jest żeglarzem. Opowiedział mi, co sądzi o losach załogi „Słonki” między wieczorem a ranem.

Chłopcy zlekceważyli znaki nadchodzącej burzy i sztorm zastał ich na Zalewie. Powinni zwinąć żagle i czekać. Ale chcieli jak najprędzej znaleźć się na lądzie i postanowili siłą dojść do brzegu. Świadczy o tym fakt, iż nie podjęli próby zrzucenia grota. „Słonka” radzi sobie z siłą wiatru nieprzekraczającą czterech stopni w skali Beauforta, musiała się przewrócić. Prawdopodobnie już wcześniej chłopcy nałożyli kapoki. Teraz unosili się na wodzie o półtora, dwa kilometry od brzegu. Trzymali się łodzi, zgodnie z żeglarską zasadą. Z początku widzieli wzgórze nad miastem. Potem zapadła ciemność, wiatr obracał łódź, stracili orientację. Wystrzelili parę rakiet (potem przywiązali rakietnicę do masztu) i czekali na pomoc. Kapoki utrzymują na wodzie przez dziesięć godzin, nie było więc właściwie podstaw do paniki. Trzymali się „Słonki”, ocierali ręce, nasłuchiwali warkotu motoru. Potem poczuli zimno i głód, zaczęli się bać. Sztorm przycichł, można było myśleć o postawieniu łodzi. Ale ten manewr nie ma szans powodzenia przy mokrym, rozpiętym żaglu. Próbowali obdzierać płótno, wyrwać maszt, porozkręcali wanty i sztag. Zrezygnowali. Może chcieli dłużej zachować siły. Kiedy zaczęło się rozwidniać i zobaczyli niedaleki brzeg, nie mogli już dłużej czekać. Ale byli także za słabi, by dopłynąć.

*

Wróćmy do obozu nad Baudą. Posłuchajmy, co opowiada Chrabąszcz:

Jerzy Czarniecki już wie, wiedzą wszyscy. Od strony Braniewa szosą pędzi samochód, wjeżdża na leśną wydmę, na łąkę. W samochodzie jest matka komendanta. Zabiera syna do wozu, reszcie rzuca: „Uciekajcie, od Fromborka idą kobiety!”. Łapią więc plecaki, dokumenty, po jednym kocu, wskakują do łodzi, odbijają. Całą noc kołyszą się w ciasnych łupinach, teraz kolej na nich, mają swoją próbę ciemności. Poprzedniej nocy niedaleko stąd ich koledzy strzelali rakiety, daremnie wzywając pomocy. Teraz rakiety płoną nad Wzgórzem Kopernika. Z Zalewu widać snopy łamiącego się światła, 1300 harcerzy świętuje wigilię 22 Lipca.

W nocy telefonistka łączy Olsztyn, Gdańsk, Warszawę. Następnego dnia są już we Fromborku przedstawiciele najwyższych władz harcerskich. Ogłoszona zostaje żałoba, odwołane pochody i zabawy. Posiadacze krzyży harcerskich przepasują je krepą. Obóz „górników”, harcerzy z zawodowych szkół górniczych, ma własną orkiestrę. Jej członkowie nie grali nigdy dotąd marsza żałobnego. Teraz ćwiczą go godzinami. Ich turnus wraca już na Śląsk zarezerwowanym pociągiem. Orkiestra zostaje na pogrzeb.

Sztab Operacji 1001 zaprasza ojców Michalunia i Grzegockiego, matkę Stecia, rodziców Lewalskiego do starej kanonii na Wzgórzu. Matka Michalunia leży w szpitalu po niedawnym wypadku motocyklowym, matka Grzegockiego, jedynaka, nie żyje, tak jak ojciec Stecia, też jedynaka. Na tym spotkaniu sztab i władze harcerstwa omawiają z rodzicami szczególną operację: pogrzeb. Harcerstwo zapłaci za wszystko i wszystko załatwi. Rzeczywiście, w ciągu dwóch dni świątecznych przeprowadzone zostają formalności, wybrane i kupione miejsce na cmentarzu, trumny, krzyże, wieńce, omówiony z księżmi świecko-kościelny rytuał uroczystości. Harcerki odwiedzają w szpitalu matkę Michalunia. Na stoliku stoi zdjęcie Pawła. Dziewczęta płaczą. Matka chłopca mówi: „Jak pogodzić wasze serca i waszą nieczułość?”.

*

Chciałam zapytać komendanta, co myślał tej nocy, ale prokurator nie pozwolił na widzenie. Odszukałam Jurka Chrabąszcza. Opowiedział, że nikt się nie spodziewał nieszczęścia; Steć był takim doświadczonym żeglarzem, już rok miał stopień sternika! Był odważny i silny, szykował się tęgo, by przepłynąć wpław Zalew Wiślany, i nie bał się nocą wychodzić na morze. Zapytałam Chrabąszcza, czy nikt w całym obozie nie proponował jednak tego sztormowego wieczoru lub nocą, by zawiadomić władze, i Jurek odrzekł, że nikt. Nikt nie pomyślał także o tym, by pójść do sąsiedniego obozu „górników”, który ma własne samochody i centralę telefoniczną łączącą z całą Polską, i choćby zadzwonić do Tolkmicka, by sprawdzić wcześniej wersję dotyczącą wuja. Okazało się także, że Chrabąszcz i jego koledzy z obozu wiedzieli o dużej motorówce harcerskiej „Słowik”, którą można było spenetrować Zalew, nie robiąc oficjalnego alarmu – jeśli tak bardzo się go bali, mając na sumieniu niedopuszczalne obciążenie łodzi i inne wykroczenia przeciw przepisom żeglarskim.

Zapytałam jeszcze Chrabąszcza, dlaczego tak późno dotarł do bosmana. Powiedział, że oczywiście teraz żałuje, że się bardziej nie śpieszył, ale są ludzie, którzy więcej zawinili w tej sprawie. Nie myśli o komendancie, ale na przykład o tych, którzy widzieli rakiety, o braciach Zabornych i o Sybidze. Zaborni są ormowcami, a Sybiga pracował kiedyś w milicji. Powinni wiedzieć, co znaczy nocą nad morzem czerwona rakieta, i zawiadomić o tym w porę kogo trzeba. A bosman? Czy nie miał obowiązku zainteresować się ich obozem, chociaż nie był on zarejestrowany w bosmanacie? A ratownik z Tolkmicka – czy nie powinien wtedy rano lepiej wypytać Jurka o sprawę?…

Tak żali się Chrabąszcz, mnie zaś przypominają się słowa Zuzanny Falińskiej, która uczy młodzież z Fromborka tańczyć i deklamować: „Jak byłam dzieckiem, mieszkałam na Zamojszczyźnie. Była wojna, uciekałam, szukałam chleba. Wiedziałam, gdzie się kryć, co mówić do kogo. Do kogo się śmiać, kiedy płakać. Ludzie mnie ratowali i ja im pomagałam, ile mogłam. Dzisiaj jest za ciepło, młodzi przestali wierzyć w śmierć. Kiedy jest tak ciepło, popada się w senność”.

„Polityka”, nr 32, 12 sierpnia 1967

Smutno bez WalewskiejKorespondencja własna z Kiernozi1968

WTOREK, 17 GRUDNIA. WJEŻDŻAMY NA RYNEK W KIERNOZI. W środku skwer, na wprost kościół, na lewo gospoda.

Zwabiły nas tu sensacje wokół Marii Walewskiej. Według stołecznej popołudniówki: „na konferencji prasowej, która odbędzie się w Pałacu Łączyńskich w Kiernozi, przedstawione zostaną szczegółowe wyniki badań przeprowadzonych przez łódzkich naukowców. Poznamy tajemnicę krypty kiernoskiej. Lista dziennikarzy z kraju i zagranicy, którzy zapowiadają swój przyjazd do Kiernozi, przekracza już 30 osób… Z oczywistych względów łódzcy naukowcy dołożą starań, aby wszystkie prace podejmowane w Kiernozi były przeprowadzone w atmosferze należytej powagi i spokoju”.

Tak więc dzisiejszej nocy otwarto trumnę, a za godzinę mamy się dowiedzieć, co w niej znaleziono i jakie są wyniki ekspertyzy.

Postanawiamy zaczekać w gospodzie Wiosenka. Jest schab, boczek, golonka, są kurczęta pieczone. Bufetowa pochyla się nad ladą i szepcze:

– Czy państwo już coś wiedzą względem Walewskiej?

Trzech miejscowych obywateli w granatowych fufajkach zasiada przy najbliższym stoliku i odchyla się sztywno w naszą stronę. Najstarszy z sąsiadów wyciąga ku nam garść z papierosami. Pyta:

– Panowie korespondenci?

– Dziennikarze.

– Znaczy korespondenci. Co panowie wiedzą?

– Jeszcze nic.

– Panowie nie chcą powiedzieć. Ja rozumiem – ścisza głos – to sprawa państwowa. My zaraz to poczuli, jak Francuzi zaczęły tu przyjeżdżać. Cały świat już wie, że w trumnie Napoleona nie on leży. Jego kucharz tam leży. A gdzie jest Napoleon?

Stary zawiesza głos i podnosi palec:

– Cała Kiernozia w nocy nie spała. Poszlimy do kościoła, a stójkowy stoi przy bramie. „Idźcie – mówi – bo tu nic po was. To uczonych sprawa i francuskiego ambasadora”. Tak nas odegnał. Francuzy są ludzie inteligentni, oni tu mają interes. Według mojego przekonania oni tu szukają czegoś znaczniejszego niż Walewska.

Od drzwi sunie obywatel w walonkach:

– Bardzo mi się podoba i pragnę pogratulować, że pani jako cudzoziemka tak dobrze po polsku włada.

– Ależ ja jestem Polka.

Przed kościołem Nyska, Mercedes, Wołga, Renault, Warszawa. Grupka fotoreporterów we frędzlastych kożuchach podzwania zawieszoną na szyi aparaturą. Unoszą się dymki oddechów i zawołania:

– Stary, dasz strzelić z Linghofa?

– Ty, bracie, z czym do nieboszczki, z tą Zorką przedwojenną?

Grupkę otacza milczący krąg miejscowej młodzieży, która przestępuje rytmicznie z nogi na nogę.

Jedziemy do Pałacu Łączyńskich. Park jest pusty, tylko przy głównej alei uwija się babcia z miotłą.

– Przyszłam tu dziś pozamiatać, bo goście mają przyjechać do pałacu.

– Babcia tu pracuje?

– Nie, ja na rencie. Sprzątam z dobrawoli. Tu Kościuszki kamień był, to go zawsze obmietłam.

Okazuje się wreszcie, że konferencja odbędzie się w izbie katechetycznej przy kościele. Rozległa, ciemna sala pełna dziennikarzy. Zimno. Technicy rozstawiają reflektory i statywy. Filmowcy machają jak wędką srebrnym kijem z mikrofonem. Fotoreporterzy zapalają wiązki lamp. W szkolnych ławkach tłoczą się panowie i panie różnego wieku i stanu. Zwraca uwagę ogromny szlagon z fioletowym nosem i energiczny ksiądz w sutannie.

– Zamęt. Nie wiadomo, kto tu gość, a kto gospodarz.

Słyszymy szept z pierwszej ławki:

– Pantofelki miała białe, pończochy z dzianiny, ostatni krzyk mody, czepek złoty, koronki bogato ornamentowane, warkocz siwawy…

– Pan ją widział? Pan naukowiec czy dziennikarz?

– Dziennikarz, Bogu dzięki. Z Łodzi. Przyjechaliśmy w nocy i chcieliśmy wejść do zakrystii, to pani wie, co nam szef naukowców powiedział? Powiedział, gdzie ma prasę…! Na tym mrozie musieliśmy klęczeć za okienkiem, za kratą. Wszystkie informacje chcieli zachować dla siebie! Nekrofile!

Hałas. Wychodzi pan w ciemnej jesionce. Kierują się ku niemu reflektory, kamery i wędka mikrofonu.

– Pragnę państwa poinformować – mówi – że tajemnica, którą żyliśmy półtora roku, została wyjaśniona. W trumnie spoczywa siostra Marii Walewskiej, Antonina. W drugiej trumnie, najbardziej zniszczonej spośród trumien w rodzinnej krypcie Łączyńskich, znaleźliśmy ziemię i trochę kości, których nie sposób zidentyfikować. To mogą być szczątki Marii Walewskiej, ale nie można tego udowodnić. To jest, proszę państwa, niestety wszystko.

– Ha, ha – cieszy się ktoś z boku. – Brandysowi legia honorowa fiu, fiu, koło nosa przeszła!

– Czy mógłby się pan przedstawić! – woła dziennikarka do naukowca.

– Kapica, Zdzisław.

– Czy tu są przedstawiciele władz terenowych? Chciałabym wiedzieć, czego się spodziewają po tej całej aferze.

– Aferze? – odzywa się sopran ze środkowej ławki. – Jak pani śmie to nazywać aferą! Pani dyskredytuje pracę badaczy! Zresztą to przyczynek do dziejów Polski i Europy.

– A jakie znaczenie historyczne ma dzisiejsze odkrycie?

– Nie wiem – odpowiada doktor Kapica. – Nie jestem historykiem, lecz antropologiem. A za afery się, proszę pani, idzie do więzienia.

– Drodzy państwo – peroruje dziennikarz z Łodzi – nie róbmy z Walewskiej heroiny. Może zaczniemy o niej dzieci uczyć? Już jest polska szkoła filmowa, będziemy jeszcze mieli polską szkołę konkubinatu!

Wstaje Jan Wegner, kustosz Muzeum w Nieborowie:

– Walewska jest jednak postacią historyczną. Źródła podają, że była inteligentna, o subtelnej kulturze, dyskretna i taktowna…

– A gdzie jest Walewska? – pyta tubalnie szlagon z wielkim nosem.

– Właśnie! – wołają wszyscy. – Gdzie jest Walewska?

– Walewska jest tu, w Kiernozi – mówi doktor Kapica.

– A skąd wiadomo?

– Ksiądz proboszcz odnalazł dokument, który to wyraźnie stwierdza.

– Tak – dodaje ksiądz. – A poza tym chciałem państwu powiedzieć, że Kiernozia leży w środku świata.

– Jak to?

– Tak obliczono. I my sobie tego nie damy wydrzeć – mówi ksiądz z uśmiechem, ale poważnie. – Jak się tu jedzie pekaesem, można powiedzieć: „do środka świata”, i konduktor sprzeda bilet do Kiernozi. Ale państwo przyjechali samochodami, więc nie mieli okazji.

– A może – znowu zabiera głos dziennikarz z Łodzi – trumna przyszła z Francji od razu z piachem?

– Może i tak – odpowiada doktor Kapica.

– Kto otwierał trumnę?

– Blacharz z Łodzi, Józef Kopka.

– Czy to było nieprzyjemne? – pyta pani z „Expressu”.

– Przyjemne nie było…

– Nekrofile, nekrofile – szepcze scenicznie dziennikarz z Łodzi.

Konferencja skończona. Idziemy do krypty, ale nie można się tam dopchać. Zatarasował ją zwarty tłum miejscowych. Widzę starego z gospody. Jest przygnębiony.

– A tej małej trumny nie otwierali? – zagaduje.

– Nie, bo to trumna dziecięca.

Stary zamyśla się.

– Ona nie taka mała, a on…

Przewodniczący Gromadzkiej Rady Narodowej zna już wyniki ekspertyzy i też się trapi:

– W ostatnim okresie szło zauważyć zwiększony ruch turystyczny. A teraz ten zapał zgaśnie. W Walewskiej była nasza nadzieja.

Aptekarz Zdzisław Kowalczyk udziela jedenastego dziś wywiadu. Pokazuje nam swą kolekcję zegarów i lamp naftowych.

Na plebanii spotykamy obywatela z ogromnym nosem. U nóg trzyma tekę z dwiema piersiówkami i plikiem papierów.

– Dzień dobry pani dobrodziejce! Pani musiała o mnie słyszeć. Jestem kolekcjonerem, co ma najbogatsze zbiory z epoki napoleońskiej. Takie rzeczy, jakie ja posiadam – huczy – to nie ma nikt pojęcia! Ja mam kartkę z konklawe, autograf Maty Hari i najstarszy bicykl, cały z dębiny, z drewnianym hamulcem przy drewnianej feldze. Ja dziś niezdrów jestem, boście mi za późno telegram przysłali i nie zdążyłem na otwarcie trumny. Toż ja od siebie jadę pięć godzin pociągiem. Telefonowałem, żeby wszystko wstrzymali, nie chcieli i nie!

– A po cóż to panu było oglądać?

– Chciałem z tej trumny mieć gwóźdź. Dunin-Borkowski z Krośniewic wiedział, kiedy przyjechać, i ma trzy!

Znowu w Wiosence. Tłok.

– Państwo będą łaskawi zasiąść w moim skromnym towarzystwie. Państwo, jak mniemam, z prasy lub specjaliści. Czy państwo wiedzą, jaka walka tu się toczy? Proszę państwa, tu się toczy walka. My w nocy poszliśmy pod kościół, patrzymy, a tu naukowcy na dziennikarzy, dziennikarze na naukowców. Umysłom brak właściwej stabilizacji. Wyrazy w świętym miejscu padają. Łódź się podnosi na Warszawę, a Warszawa na Łódź. Tu wielka gra jest polityczna o zagadnieniu sławy zdobycia!

Przed wyjazdem z Kiernozi udało nam się zajrzeć do krypty Łączyńskich z czterema trumnami. Na środkowej, ozdobnej, ze szczątkami Antoniny, ktoś położył trzy goździki. Lewa, najstarsza, leżała do góry dnem, jak ją pozostawiono. Przez szpary w deskach i podartej ołowianej koszulce widać było sypką zawartość skrzyni. Krypta opustoszała i nareszcie zrobiło się cicho nad tą trumną.

PS Według stołecznej popołudniówki naukowcy jeszcze raz pojechali do Kiernozi i otworzyli trzecią trumnę. Spoczywają w niej dobrze zachowane zwłoki z krzaczastymi wąsami i brwiami. Po dokładnej ekspertyzie ustalono, że nie jest to z całą pewnością Maria Walewska. Więc może…

„Polityka”, nr 52, 28 grudnia 1968

Zjadacze chleba, nie anioły 1969

Poniedziałek: barszcz ukraiński, leniwe, kompot

ZNOWU WINDA NAWALIŁA, JUŻ TRZECI RAZ W TYM miesiącu. Konwojenci musieli dźwigać wory z towarem na plecach. Strasznie klęli. Kuchnia jest u nas na drugim piętrze, a jadalnia na pierwszym. Kiedy winda nie działa, znosimy pełne kotły po kręconych schodkach żelaznych, wąskich i stromych. Żeby nadążyć z wydawaniem obiadów, trzeba znosić gary i pięćdziesięciokilogramowe. Zupa jest gorąca, strach pomyśleć, co by było, gdyby się która z nas potknęła na stopniu. W zeszłym roku miałyśmy wypadek w zmywalni. Nie ma tam studzienki odpływowej, woda ciągle stoi na posadzce. Koleżanka się pośliznęła i złamała rękę. Przedtem różne komisje oglądały tę podłogę i mówiły, że nie da się zrobić odpływu, bo poniżej jest hala fabryczna. Dopiero komisja powypadkowa orzekła, że nic prostszego, jak zrobić taki ściek. Ale dotąd go nie ma.

Barszcz ukraiński wszystkim smakował, był gęsty, jak tu lubią. Bo też na taki barszcz idą kości, fasola, buraki, marchew, pietruszka, seler, pomidory, cebula, ziemniaki, listek bobkowy, ziele angielskie, śmietana… Warzywa teraz wyjątkowo drogie. Co będzie na przednówku, skoro tej wiosny nie mogłyśmy zdobyć nawet kiszonek, a przecież w zeszłym roku nie było żadnej klęski, którą by można było porównywać z ostatnią suszą.

Wtorek: jarzynowa z ziemniakami, klopsik z kaszą gryczaną, surówka z pomidorów i ogórków, kompot

Konwojenci nie lubią przyjeżdżać do naszej stołówki nie tylko z powodu tych wind, ale i dlatego, że my już kute na cztery łapy i nie dajemy się oszukiwać. Dzisiaj jeden z nich chciał nam wpakować wątróbkę z wodą. Wlał jej z dziesięć kilo na 130 kilogramów wątróbki. Od razu żeśmy się zorientowały i magazynierka wszystko po kawałku przełożyła do naszej wanny, a woda została cwaniakowi. Wmawiał jej oczywiście, że dostał taki towar. A my na to:

– Już pan zapomniał, jakeśmy znalazły karkówkę w schabie środkowym? A ta kiełbasa wodą szprycowana, co ją przywiózł pański koleżka? A ten pusty worek wypchany gazetą, co w nim miały być ziemniaki? Zawsze sobie wybierzecie taką porę, kiedy u nas największa praca, wydawanie obiadów, przesuwanie garów, załatwianie interesantów, żeby nie było czasu wszystkiego sprawdzić.

Miałyśmy znowu pretensje z powodu kaszy. Do kierowniczki przyszło trzech delegatów i powiedzieli, że „nasi ludzie już z wojska wyszli i nie muszą kaszy jeść”. Żądają, żeby były ziemniaki. Kierowniczka tłumaczyła, że kasza gryczana jest droższa niż ziemniaki i pożywna, że jedzenie trzeba czasem odmienić. Nie zgodzili się z tym. Powiedzieli, że zamiast klusek też by woleli ziemniaki. Kierownik komisji socjalno-bytowej, towarzysz Ogonowski, powiada, że ludzie są u nas antykluseczkowe, i ma rację.

Delegaci narzekali poza tym na surówkę z marchwi, która moim zdaniem jest teraz pyszna, póki marchew piwnicą nie przeszła. Powiedzieli, że chłop musi mieć ostre jedzenie, marchew, owszem, może być, ale z chrzanem. A skąd my chrzan weźmiemy? Co dzień zamawiamy, to nam odpowiadają, że świeży jeszcze nieukopany, a w słoikach brak. Koperku też nie ma od paru tygodni. Z mięsem także kłopoty, na przykład z wieprzowiny dostajemy tylko schab i łopatkę. Na półtora miesiąca raz były żeberka i raz karkówka. A z łopatki tyle tłuszczu schodzi. Ryby też byśmy chętnie wzięli tańsze, na przykład zamiast filetów z dorsza – zwykłego dorsza do czyszczenia. Można by w ten sposób zaoszczędzić i dodać do innego obiadu. Przecież my musimy się zmieścić w ośmiu złotych na osobę. To jest coraz trudniejsze. A od przyszłego roku stołówka przechodzi na własny rozrachunek.

Nie chcemy uzupełniać zaopatrzenia zakupami w sklepach, bo to zwiększa koszty o różnicę cen między hurtem a detalem, a poza tym kto do sklepu będzie chodził? Stąd daleko, a u nas nie ma za dużo rąk do pracy. Jeszcze oprócz normalnych obiadów urządzamy zlecone, kiedy są jakieś konferencje, delegacje, odznaczenia. W wielkiej fabryce, jak nasza, takie okazje są częste. Właśnie dzisiaj wydajemy obiad zlecony na 120 osób w świetlicy szkoły przyzakładowej.

Środa: żurek, wątróbka, surówka z kapusty, ziemniaki, kisiel z jabłkiem

Wczorajszy obiad zlecony wszystkim smakował; i naszym, i gościom. Podawałam go i nasłuchałam się pochwał. Za to, jak zwykle, nie doliczyłyśmy się noży. Zginęło dziesięć. Przecież przy takim obiedzie nie możemy brać zastawów, bo wstyd. Codzienni bywalcy stołówkowi już się przyzwyczaili do zasady, że chcąc jeść nożem, musisz dać przepustkę; jak mięso miękkie, nikt się o nóż nie upomina, jak twarde, zgłosi się kilkadziesiąt osób, ale nigdy nie więcej niż jakie dziesięć procent konsumentów. Reszta rwie łyżką, widelcem albo radzi sobie scyzorykiem. Już cztery lata jest taki zwyczaj. Przedtem, kiedy noże leżały luzem, ginęło i 50 dziennie. Każdy sobie brał nożyk na oddział, ostrzył na szlifierce i niósł do domu albo chował. Cena noża 12 złotych, to znaczy, że i 600 złotych dziennie wyciekało ze stołówki. Kiedy kupiliśmy lepsze kubeczki, też się wyniosły. Teraz są grube, powygryzane.

Od niektórych osób, inteligentnych, nieprzyjemnie jest brać przepustkę za nóż. Kiedyś przyszedł towarzysz Ogonowski. Pytam go:

– I od was też mam brać zastaw?

On na to, że obowiązkowo. Zjadł obiad, nóż oddał, a przepustkę zapomniał odebrać i musiał wracać, bo go na bramie zatrzymali.

Czwartek: rosół z makaronem, sztuka mięsa, sos musztardowy, fasolka szparagowa, ziemniaki, kompot

Dzisiaj żegnałyśmy jedną z koleżanek, która wymówiła. Trudno się jej dziwić, praca u nas jest ciężka, a zarobek marny. Uzupełnić go trudno, bo na bramie jest kontrola. Wychodząc, trzeba otworzyć torbę, a nigdy nie wiadomo, czy kontrolerka nie zrobi rewizji w kabinie. Więc tyle że się człowiek sam naje, ale już domu nie zaopatrzy. Ja tu pracuję dlatego, że polubiłam koleżanki i konsumentów. Nie są wybredni, nie kapryszą, jak czego chcą, mówią od razu, można się z nimi porozumieć.

Praca u nas jest ciężka, bo przepustowość stołówki wynosi około 800 osób, a my wydajemy nieraz o 500 obiadów więcej. Ale to też za mało. Załoga liczy około 14 tysięcy ludzi. Powinniśmy karmić 5 tysięcy osób, wtedy potrzeby byłyby mniej więcej zaspokojone. Kiedyś fabryka miała trzy stołówki, ale dwie zostały zamienione na hale fabryczne. Inna rzecz, że to były hale, bo kiedy parę lat po wojnie budowano fabrykę, to w niej nie przewidziano miejsca na żywienie. Nasza stołówka – jedyna, która pozostała – też się zupełnie na stołówkę nie nadaje. Podobno w przyszłym roku rozpocznie się budowę prawdziwej stołówki, właściwie baru szybkiej obsługi, po drugiej stronie ulicy, za bramą. Ale na pewno nie można na to liczyć, bo już od lat się o tym mówi.

Piątek: zarzutka z kiszonej kapusty, zraz wołowy, surówka z marchwi, ziemniaki, kompot

Dzisiaj kierowniczka znowu miała kłopot z liczeniem bloczków i porcji. Są tacy, którzy trzymają miesiącami niewykorzystane kartki, aż podbiorą kolor i datę. Wtedy zjadają podwójny obiad albo zapraszają kolegę.

Przyszedł mechanik obejrzeć sterylizator, powiedział, że do tego trzeba elektryka, ale najlepiej kopnąć całe urządzenie. Wszystkie sterylizatory, jakie w życiu widziałam, były nic niewarte. Powinniśmy dezynfekować talerze w wyparzaczach, to znaczy zanurzać je w kotłach z wrzącą wodą, ale kto z tym nadąży.

Konwojenci z tuczarni nie odebrali w porę odpadków. Lekarz zakładowy, który ma w sąsiedztwie gabinet, przyszedł się skarżyć na przykre zapachy i na muchy. A przecież wie, że nic nie możemy poradzić, skoro nie mamy magazynu na resztki.

Przy dzisiejszym upale znowu nam konsumenci nakradli kompotu. Kto mógł, ściągał drugą szklankę. Musiałyśmy dolać do kotła wiadro wody, żeby dla wszystkich starczyło. Oni strasznie kompot lubią, oprócz, ma się rozumieć, ziemniaków i chleba. Nawet do zupy owocowej potrafi pójść sto kilo chleba. Któregoś roku w Wielką Sobotę po południu mieliśmy włamanie do stołówki, przez okno, po dachu. Zrobił to hydraulik, stary robotnik. Okazało się, że szukał kompotu, suszyło chłopa.

Sobota: koperkowa z kluskami, pieczeń wołowa lub wieprzowina, buraczki, ziemniaki, kompot

Przyszedł dziś do kantorku nowy konsument, młody inżynier, po studiach. Był oburzony, że w stołówce nie ma obrusów, stoły brudne, talerze obtłuczone, podłoga zaniesiona błotem. My do niego:

– Racja, nie mamy na stanie ani jednego obrusa, a widział pan, z jakimi rękami ludzie siadają do obiadu? Niejeden przychodzi tak okopcony, że po zupie widać w tej czarnej twarzy tylko biały krążek wokół ust. My dla takich gości nie będziemy obrusów kłaść. Zresztą w ogóle obrusów u nas nie ma ani na obiady zlecone, ani w tym bufecie w biurowcu, gdzie jada dyrekcja.

On na to pyta, dlaczego dyrekcja jada osobno.

– Bo ma budynek za bramą, daleko, to my im podsyłamy obiady w termosach, oczywiście te droższe, marżowane.

– A czy z biurowca – on znowu pyta – jest dalej do stołówki niż z tamtych hal fabrycznych?

– Może i bliżej, ale dyrekcja jest ciągle zajęta, trudno im się wyrwać, mają konferencje, narady.

A ten inżynier ciekaw jest znowu, czemu robotnicy tacy brudni przychodzą, przecież mają prysznice.

– Pod prysznic to oni idą po pracy – wyjaśniam – żeby wyjść elegancko na ulicę.

– Ale przecież do stołówki też powinni iść po pracy, jeśli to pierwsza zmiana, albo przed pracą, jeśli druga zmiana.

– To niech pan im to powie. Wszyscy z pierwszej zmiany urywają się do stołówki od maszyny. Otwieramy jadalnię o pierwszej, ale już za pięć pierwsza tłum stoi pod drzwiami i się dobija. Sztabę trzeba było założyć, a teraz musimy drzwi wymienić, bo całe pokopane.

– A żetonów jakichś nie można wprowadzić, innych dla pierwszej, innych dla drugiej zmiany?

– A niech pan spróbuje. Bo myśmy próbowali i żetonów, i kontroli, i fartuchów, nic nie pomogło, jeszcze ludzie mówią, że się robotnika gnębi. Towarzysz Ogonowski słusznie powiada, że mentalność ludzka jest bez granic!

– A obrusów – pyta jeszcze ten inżynier – nigdyście nie spróbowali położyć, chociaż na jeden dzień? Nie próbowaliście wcale – mówi dziwnie – swoich zjadaczy chleba w aniołów przerobić? 

– Nie, już panu przecież tłumaczyłam, że w ogóle nie mamy obrusów na stanie.

Chłopak jest młody i wygląda na poetę, ale i on się na pewno przyzwyczai, tak jak my. Nasza kierowniczka na przykład jest osobą dużą, postawną, a urzęduje w kantorku półtora metra na trzy razem z dwiema pracownicami. Z początku było jej duszno, a teraz dobrze.

Od jutra wszyscy sobie odpoczniemy, bo zaczyna się remont. Pierwszy raz od dziesięciu lat zamykamy stołówkę na dwa tygodnie. W międzyczasie malowano ją parę razy, ale nigdy nie przerywała pracy, bo robotnicy nie pozwalali – niech się farba do zupy leje, byle zupa była. Teraz się nareszcie zgodzili. Będziemy im w tym czasie wydawać wzmocnioną zupę z wkładką mięsną. Fabryka ma 14 punktów rozdawania zup, które do tego wykorzystamy. Przerwa czy nie przerwa, robotnik musi jeść, zwłaszcza robotnik takiej wielkiej i ważnej fabryki jak FSO w Warszawie.

„Polityka”, nr 39, 27 września 1969

Borowiki przy ternpajku 1972

LOTNISKO LA GUARDIA W NOWYM JORKU. FOTOKOMÓRKA otwiera szklane drzwi pawilonu. Wychodzę z klimatyzowanego wnętrza w wilgotny upał. Niebo już wieczorne, dołem jednak widno jak w dzień od świateł aut i neonów. Wielki plac z kępą zieleni na środku i na obrzeżach pulsuje hałasem, dokuczliwym, metalicznym. Trudno uchwycić źródło tych ostrych szmerów. Zaczyna łupać w głowie. Rodzi się w niej podejrzenie: może to łoskot amerykańskiej technokratycznej maszyny? Może trzeba przyjechać z Europy, żeby go usłyszeć?

Bo tutejsi nie zwracają na to uwagi.

Wydaje mi się jednak, że już kiedyś taki hałas słyszałam. To cykady huczą na La Guardii! I od razu ucisk głowy mija. Mój Boże, gdyby silnik samochodu śpiewał jak słowik, to byśmy od tego wariowali.

Przy krawężniku hamuje brudny stary Dodge. Wewnątrz moja daleka nowojorska rodzina: Marysia i Wacek. Krzyczą coś i znikają zagarnięci przez falę wozów. Po 20 minutach są znowu. Objechali kawał lotniska, teraz się nie dadzą wymanewrować. Wyskakują – jedno z lewej, drugie z prawej strony – daje to efekt z filmu z pogoniami, mocują się z bagażnikiem, słyszę łomot walizek i szczęk blachy, nie ma czasu na pocałunki, tu stawać nie wolno, zrobiliśmy już zator, z tyłu klaksony, policjant groźnie unosi palec. Padam na szerokie siedzenie, z którego wystają sprężyny. Do domu.

Wackowie mieszkają w dzielnicy Jamaica Hill (radiooperator „Stefana Batorego” nadawał mi depeszę do Marysi, szła dziesięć dni, rzecz jasna przez Jamajkę). To zaledwie 20 minut od lotniska. Jakaś autostrada, tunel, ślimak i nagle zielony mrok, wąskie asfaltowe uliczki, którymi płyniemy miękko i cicho aż ku schodkom domu.

Marysia nie sięga po klucz. Pod ogromną lipą namacujemy aluminiowe leżaki. Stoją prawie na chodniku, nikt tu nie grodzi posesji. Wyciągamy się w milczeniu. Obejmuje nas upragniony wieczorny powiew.

Później, kiedy już mieszkałam w tym domu, tak właś­nie powracałam do niego z Manhattanu. Nim nacisnęłam dzwonek, siadałam pod lipą w ciemności i szmerze wodnych wiatraczków podlewających trawniki sąsiadów. Bo hałas cykad przestałam już słyszeć; tak głuchniemy na głos domowego zegara. Kiedy zostawiłam pod progiem zatęchłe gorąco i łoskot metra, nowojorskie smrody, strachy, pośpiechy, wtedy otwierałam drzwi do świata, jaki o 45 minut jazdy od Empire State Building udało się stworzyć Marysi i Wackowi.

Wielu ludzi przestrzega zwyczaju, by przed wyjazdem usiąść na pięć minut, w milczeniu, na środku opuszczanego mieszkania. Należy spokojnie przekroczyć próg podróży. Wieczory na Jamaica Hill nauczyły mnie, że tę filozofię można odwrócić. Nim przekroczymy próg domu, powinniśmy się pozbyć niepokojów drogi.

Jakiś cień pojawia się pod drzewem. Materialny, bo puka w pień zgiętym palcem.

Sąsiad Grzelak, słomiany wdowiec, przyniósł butelczynę.

– Dobry wieczór, sąsiedzie. – Marysia bardzo celebruje to „sąsiedzie”. – Dobrze pan sąsiad trafił. Mamy boletusy na kolację.

– Co proszę?

Brzmi to bardzo swojsko. Matysiakowie na Jamaica Hill!

– Marysiu – pytam – wiesz coś o Matysiakach?

– Tych radiowych? Za kogo ty mnie masz? Mieszkam tu sto lat, ale jeszcze całkiem nie zdziczałam. Pan Kolasiński zdaje się umarł, świeć mu, Panie.

– Marysiu, a co to są boletusy? Czy to jakieś puddingi?

– Zapytaj Wacka. Zrobisz mu przyjemność.

Okazuje się, że boletusy to prawdziwki. Wacek zaś jest teoretykiem, praktykiem, fanatykiem grzybiarstwa.

Chodzi spać wcześnie, wstaje o piątej rano. Przez całe lato i jesień obchodzi codziennie „swój rejon”. Potem dopiero wyrusza do fabryki, w której pracuje jako inżynier i do której musi jechać metrem co najmniej godzinę. Dzisiaj zbiór był wyjątkowo udany. Pierwsze pieczarki, duże, twarde jak gruszki, różowe pod spodem, znalazł przy ulicy Henley (zupełnie jak w Trzech Budrysach – rozmarza się Wacek niezupełnie na temat: „… piersi twarde jak gruszki, a tak małe ich nóżki…”). Potem trafił na młodego siniaka przy Egerton Road. Potem niespodziewanie na zielonym pasie dzielącym autostradę przy Jamaica Estate natknął się na dwa ogniska malutkich, jędrniutkich prawdziwków, w każdym z ognisk po kilkanaście sztuk („Zapamiętałem dobrze, gdzie to było”). Jeszcze na zielonych stokach przy Dalny Road wytropił kilka zajączków. Niestety nie zdążył obejrzeć skarpy kościoła i miejsca pod murem cmentarza, gdzie pokazują się trufle. Natomiast w drodze powrotnej nie wytrzymał i zakradł się do sąsiedniego ogródka, w którym bywają dzikie pieczarki. Znalazł cztery. Właściciel terenu zna hobby Wacka, a sam pieczarek nie jada. Wacek domyśla się tego, że właściciel wie i nie ma za złe, ale podkradanie to frajda, której ten pan z siwą czupryną, z muszką pod brodą, w krótkich spodenkach, podkolanówkach i czarnych półbutach nie da sobie odebrać.

– Ty wiesz, Małgosia, cztery lata temu mieliśmy tu taki urodzaj na prawdziwki, że zamarynowałam 25 słoików. Samych wybieranych. Ten prawdziwek tutejszy ma trochę inny korzeń, ciemniejszy niż popularny prawdziwek polski. Za to kapelusik młodego jest zupełnie biały pod spodem. Kiedy grzyb się starzeje, pokazują się na spodzie żółte plameczki…

– A Amerykanie grzybów nie jedzą?

– Amerykanie – oświadcza z pełnymi ustami sąsiad Grzelak – są, trzeba sąsiadce wiedzieć, ciemniaki.

– To sąsiad wierzy w Amerykanów? – pyta Marysia. – Ty – mówi do mnie – nie daj się nabrać. Z tymi Amerykanami to blaga, nawet dosyć powszechna. Tu są tylko Polacy.

Wacek i Marysia Drzewieccy należą do emigracji wojennej. Poznali się w Paryżu. Ślub im dawał biskup Gawlina, wśród gości był generał Józef Haller; Marysia była w Paryżu jego sekretarką. Nowożeńcy tworzyli śliczną parę, a i teraz Marysia, w spranych dżinsach, bez szminki, rozkudłana i już babcia, jest młoda, pełna uroku i fantazji. W Londynie Wacek postanowił stworzyć rodzinie warunki czasu pokoju, kupił tani domek pod miastem. Tani, ale nie na kieszeń oficerską. Trzeba było zdobyć pieniądze. Znalazł sposób. Spłacił dom grzybami.

– Tam nikt przecież grzybów nie zbiera, więc ich pełno. Codziennie rano jechałem rowerem do lasu, jeden kosz przy kierownicy, drugi z tyłu. Odstawiałem ten towar do polskich kuchni w Hotelu Rubens i w Orle Białym. Płacono dobrze. Po jednym sezonie wylazłem z długów. Serce mnie bolało, że się tyle dobra na tych Wyspach marnuje, i w 1943 roku, kiedy blokada żywnościowa była szczególnie ciężka, wysłałem memoriał do brytyjskiego ministerstwa aprowizacji. Napisałem im tak: 20 tysięcy polskich żołnierzy obija się w Szkocji bez pożytku. Poderwali już wszystkie dziewczęta, wypolowali króliki i oskubali łabędzie (poduszki wyspiarzy były purytańskie). Można by te siły wykorzystać tymczasem w służbie gospodarki i żołądka – niech udzielają w szkołach brytyjskich lekcji grzybobrania. Szkocja pełna jest rydzów, prawdziwków, kurek i kozaków, jak z Alicji w Krainie Czarów.

Ministerstwo odpisało mi szybko i bardzo grzecznie, że dziękują za inicjatywę, ale że się na tym nie znają i proponują, bym się skontaktował ze znanym specjalistą, profesorem uniwersytetu w Londynie. Wiedziałem oczywiście, że to odprawa i nie ma co nękać tego profesora. Anglicy boją się grzybów śmiertelnie. Poszło to stąd, że przed wiekami jakaś opiekunka struła grzybami podobnymi do pieczarek spadkobiercę wielkiej fortuny.

– Francuzi – ciągnie Wacek, szczęśliwy, bo przy ulubionym temacie – też jedzą grzyby ostrożnie, głównie pieczarki i trufle. Tu, w Ameryce, trufle są bardzo drogie, można je kupić we włoskich delikatesach. Widziałem jedną truflę, która ważyła pół funta. Kosztowała 7,5 dolara! A wiesz ty, że największy prawdziwek, jakiego znalazłem, ważył trzy funty? Mój brat Bolek go namalował. Ciekawe, za ile bym sprzedał tego boletusa. A mamy tu jeszcze w Ameryce grzyby purchawki, zwane nadmuchanymi piłkami (puff-balls), które osiągają pięć stóp (ponad półtora metra) średnicy. (Chyba tu Wacek zbujał!) Młode są podobno smaczne. Jadają je członkowie klubów grzybowych, którzy nie gardzą także hubami drzewnymi. Te kluby są bardzo ekskluzywne, nieliczne. A porcja prawdziwków w Stanach kosztuje chyba dziesięć dolarów. Jest tylko kilka restauracji w całym kraju, gdzie podają prawdziwe, dzikie grzyby. Wiem o jednej w Teksasie, jednej w stanie New Jersey, jednej w Kalifornii. Za to muchomory są w coraz powszechniejszym użyciu, bo je preparują narkomani. Masz tu numer „New York Timesa” z artykułem na ten temat. Profesor Finegan, który wykłada Nowy Testament w The Pacific School of Religion, pisze o „świętych grzybach” sprowadzających wizje. To ja już jestem raczej za purchawkami…

Palę się do zwiedzania Nowego Jorku, ale z tego domu wcale mi się nie chce wychodzić. Dobrze mi tutaj. W kuchni pachną pęki ziół i kwiaty zawieszone u okien w wypalanych dzbanach. W saloniku rozpiera się stół, a wokół niego krzesła o rzeźbionych oparciach. Ciemny kredens, wygodna kanapa koło kominka, wszystko to domowe, wysłużone, nie na pokaz, lecz do użytku. U schodów kołysze się dzwon z gliny, o glinianym sercu, ale żywym głosie. Można nim zwoływać domowników na posiłki. Schody wąziutkie, strome jak na stryszek wiejski, a nad nimi bieżniki łowickie i zakopiańskie obrazki na szkle.

Telewizję zesłali gospodarze do piwnicy, której sufit i ściany wyłożyli drewnem. Pełno w tym przyziemiu foteli ramoli, koszy wiklinowych, gąsiorków, desek do prasowania, dam głowę za to, że i krzyżaków do choinek, i zakurzonych palm wielkanocnych.

Pierwszy raz od czasu dzieciństwa poczułam zapach rodzinnego domu. Nie dlatego, że łączy mnie z Marysią pokrewieństwo; ten związek tak jest daleki, że dobrze się trzeba zastanowić, by go określić. Lecz dlatego, że szczęście rodzinne kojarzyło mi się zawsze z wonią ziół i szuflad, skrzypem schodów, wielkim stołem, przy którym każdy ma własne miejsce, z rekwizytami święta drzemiącymi w piwnicy.

I właśnie taki dom znajduję o 45 minut jazdy od Empire State Building. Ciepły, rodzinny i od dołu do góry polski. Polski przez lniane obrusy, książki na regałach, przez nalewki, przetwory, całą kuchenną celebrę, przez albumy ze zdjęciami, przez ozdobne przedmioty, przez wizyty sąsiedzkie. Takich polskich domów w Polsce już nie ma. Są tworem nostalgii.

Marysia kocha swoją ceramikę, obrazki, tkaniny. Sarka na lodówkę, pralkę, suszarki, zmywaki. Sarka, bo wie, że już by się bez nich obejść nie mogła.

Tułają się z Wackiem po świecie od lat z górą trzydziestu. Lata całe pracowali w amerykańskich firmach. Synów pożenili z Amerykankami. Częściej mówią po angielsku niż po polsku, ale ich polski nie nabrał obcego akcentu.

Marysia mówi, że najszczęśliwsze lata związała z nowojorską Cepelią.

– Marzyłam o tym, żeby coś robić dla Polski, ale nie wiedziałam co. A tu nagle otwierają nasz sklep w Ameryce, na Manhattanie. Potrzebują sprzedawców. Poszłam i mnie przyjęli!

Wtedy to była deklaracja polityczna. Komunistą nazywano nie tylko tego, kto w tym sklepie pracował, ale i tego, kto się ważył być jego klientem. Oczywiście nie w Amerykanów godziły te oceny, lecz w Polonię. I przez Polonię były kreowane. Ale Marysia miała to wszystko w nosie.

Z tego okresu bierze się jej wielka przyjaźń z panią Nelken, historykiem sztuki, która ma dziś świetną pozycję naukową na Uniwersytecie Harvarda w Bostonie.

Pewnego dnia do sklepu Cepelii przyszła młoda kobieta. Rozpłakała się i powiedziała: „Pozwólcie mi tu pracować. Jestem gotowa uklęknąć”. To była właśnie pani Nelken, Polka, która jakoś nie mogła ugnieździć się w Ameryce. Ją także przyjęto.

– Ludzie kręcili się po chodniku – wspomina Marysia – a nie śmieli wejść. Wracali na drugi, trzeci dzień, przechodzili koło sklepu niby mimochodem. Bali się! Nie tyle bojkotu, ile tego spotkania z Polską się bali. Wreszcie wchodzili, nieśmiało, ukradkiem. Częściej były to kobiety. Widzieliśmy z daleka, nie po sylwetce nawet, lecz po tym zalęknieniu, że to nie Amerykanka idzie, ale Polka. Witaliśmy tych ludzi z otwartymi ramionami. Cóż to za radość była – Marysia aż jaśnieje – kiedy z nich opadła nieufność, kiedy wracali do nas z bliskimi, z sąsiadami, dumni, pewniejsi siebie, nobilitowani tym pięknem, któreśmy im dawali do rąk!

Pytam, czemu z tego sklepu odeszła.

Siada z powrotem na krześle. Przedtem aż wstała, tak się przejęła opowiadaniem.

– Odeszłam, bo się z tego zrobił zwykły handel. Coraz mniej rzeczy naprawdę pięknych, coraz więcej tuzinkowych, byle sprzedać, byle zarobić. Rzeźby ustąpiły miejsca pudełkom do papierosów i kart, oryginalne kostiumy ludowe – stylizowanej konfekcji. Przyszedł taki moment, że się nie miałam czym pysznić! Poczułam się jak ekspedientka. Zresztą nie byłam już taka potrzebna. Cepelia zakotwiczyła się. Kontakty z krajem wzrosły; przybyło odważnych.

Marysia ściele mi tapczan. Wisi nad nim świątek polski i u sufitu amerykański mobil – delikatna metalowa konstrukcja w nieustannym ruchu – który jednak nie drażni, lecz spokojnie usypia.

Następnego dnia (niedziela) zjeżdża się rodzina z Waszyngtonu i Milwaukee – wujek Antoś, ciocia Tala, ciocia Irena. Wszyscy nie do wiary domowi, podlascy. Gawędzimy, obsiadając ogromny stół. Najpierw winna jestem wszystkim opowieści o rodzinie żyjącej w kraju. A potem rozmowa kieruje się ku tym, którzy już nie żyją.

Ja o tych nieżyjących, choć pomarli w Polsce, nic prawie nie wiem. Nie przyszło mi dotąd do głowy, by o nich pytać. Nie pomyślałam, że ta wiedza może mieć dla mnie jakieś znaczenie.

Oni zaś wiedzą wszystko. Chowają stare listy. Gromadzą fakty i zdjęcia. Wymieniają zasłyszane opowieści. Piszą do wiejskich parafii pod Lublinem z pytaniami o groby, już pewnie zapadłe w ziemię.

W domu przy Jamaica Hill otrzymuję w prezencie pradziadka. Wujek Antoś kładzie na obrusie zdjęcie człowieka o siwej brodzie i siwym wąsie, w surowej kurcie zapiętej pod szyją. Trzeba mi było jechać do Ameryki, żeby go zobaczyć, żeby wysłuchać opowieści o oddziale powstańczym, styczniowym, o zsyłce. Któż w Polsce dba o zachowanie wiedzy rodzinnej, jeśli ta rodzina nie historyczna i nie herbarzowa? Ludzie, których losy odsadziły od kraju, znajdują widocznie w tej wiedzy pokrzepienie. Nam, którzy jesteśmy u siebie, może ta wiedza, ta świadomość ciągłości pokoleń niepotrzebna?

Albo nie odkryliśmy jeszcze wartości związków między nami a tymi, którzy odeszli. Może to dobrze. Bo to chyba samotność rodzi tęsknotę do tych źródeł.

Moja amerykańska rodzina urodziła się w Polsce i w Polsce wychowała. Ani na chwilę nie straciła z Polską kontaktu. Do niej się nie odnosi teoria o szukaniu korzeni, o nawrocie zainteresowań etnicznych. A jednak…

Nad zdjęciem pradziadka, już nocą, pada pytanie, które jeszcze nieraz usłyszę podczas tej podróży.

Zaczyna Marysia:

– Co myślisz, gdybyśmy wrócili?

Powinnam odpowiedzieć: „Wracajcie, czekamy na was z radością”. Ale mogę tylko powiedzieć: „Przyjedźcie. Nie mieszkajcie w hotelu, lecz z nami. Nie wynajmujcie w Orbisie samochodu z kierowcą. Chodźcie po mieście piechotą. Korzystajcie z tramwajów. Róbcie zakupy. Odwiedzajcie teatry. Potem wróćcie na Jamaica Hill. I czekajcie na decyzję, która w was dojrzeje”.

– Kiedy – pyta Wacek – sypią się rydze w Bieszczadach?

– Już ci za mało – kpi Marysia – grzybów przy ternpajkach?

Teraz ja z kolei pytam Marysię o pochodzenie tego dziwnego słowa turnpike, które oznacza przelotową szosę. Turn pike – obróć pikę?

– Tak. W dawnych czasach, rozumiesz, na rogatkach stali tacy z pikami pochylonymi jak szlaban, puszczali twój samochód dopiero wtedy, gdy opłaciłaś myto.

– Bój się Boga, Marysiu – gorszy się Wacek – przecież wtedy nie było samochodów.

– Kłamiesz! W Ameryce zawsze były samochody! A myto i dziś musisz płacić.

„Groch przy drodze” – mawia się w Polsce. Co to właś­ciwie znaczy?

Groch przy drodze. Borowiki przy ternpajku.

Borowiki przy ternpajku, Warszawa 1972

Nie pijmy Budweisera 1972

CLIFTON W STANIE NEW JERSEY. TRAFIŁAM TU NA CHWILĘ, przejazdem. Miasteczko jest mi na swój sposób znajome; co jakiś czas otrzymuję w Warszawie pakiety z numerami tygodnika „Post Eagle” tutaj właśnie, w Clifton, nadane.

W jednym z cliftońskich domków mieści się redakcja gazety. Pismo wychodzi od 1963 roku. Nosi podtytuł „Jedyna amerykańsko-polska gazeta w stanie New Jersey”, a pod tytułem zamieszcza hasło „W służbie interesów ponad 600 tysięcy Amerykanów polskiego pochodzenia w stanie New Jersey”. Tygodnik drukowany jest wyłącznie w języku angielskim.

Znajduję redakcję bez trudu. Gazeta cieszy się w Clifton popularnością. Mam nawet szczęście zastać szefa Chestera Grabowskiego i jego syna, który pomaga ojcu redagować i drukować tygodnik. Córka też pracuje dla ojca – jako maszynistka.

Pokój redakcyjny wytapetowano zdjęciami: Chester Grabowski z prezydentem Johnsonem, Chester Grabowski z senatorem Muskiem, Chester Grabowski z królem Fajsalem, Chester Grabowski z kolejnymi królowymi piękności wybranymi przez Polonię stanu New Jersey, i tak dalej, i tak dalej.

Wśród zdjęć wisi dokument, który zaświadcza, iż Chesterowi Grabowskiemu nadano stanowisko admirała Wielkiej Floty Nebraski za szczególne dla tego stanu zasługi. Ozdobny papier opatrzony jest pieczęciami i podpisami. Kto jednak popatrzy uważnie na mapę Ameryki, stwierdzi, że Nebraska nie tylko nie ma dostępu do żadnego z oceanów, ale i do większego jeziora.

Chester Grabowski robi wrażenie człowieka, który lubi życie, lubi ruch, pracę, reklamę, dobre jedzenie, dobrą zabawę. Wydaje się, że ten admirał Wielkiej Floty Nebraski, tęgawy, swobodny w ubiorze (jeśli nie nosi smokingu, a często uczestniczy w galach) i swobodny w gestach (nawet na wiecu, a chętnie przemawia), lubi się także śmiać.

Są jednak żarty, z których redaktor Grabowski nie tylko się nie śmieje, ale które zapamiętale tępi. To tak zwane Polish jokes, czyli „polskie żarty”, a raczej żarty z Polaków, które od paru lat drażnią i ranią polską grupę etniczną w USA.

Przyczyny powstania fali Polish jokes są zbyt skomplikowane, bym je umiała wyjaśnić. Mogę tylko przytoczyć opinie, jakie na ten temat słyszałam. Otóż ludzie o zainteresowaniach i temperamencie politycznym twierdzą, iż „polskie żarty” to obyczajowa pochodna antypolskiej kampanii syjonistycznej, szczególnie silnej w 1968 roku. Zwracał na to uwagę między innymi nowojorski dziennik polonijny „Nowy Świat”, który nie był przecież do Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej nastawiony życzliwie. Dalej zaś pisał: „Świeże i ważniejsze znaczenie może mieć w wypadku wzmożonej akcji antypolskiej ostatnie ożywienie problemu uznania linii Odra-Nysa jako ostatecznej zachodniej granicy polskiej w świetle podjętej przez rząd w Bonn inicjatywy wschodniej. Tutejsze koła niemieckie, jakie nie mogą wyzbyć się swej nostalgii do tych jakoby »odwiecznie germańskich« ziem – które określamy nazwą »odzyskanych« – dokładają więc wszelkich starań dla zapobieżenia oficjalnej pieczęci Zachodu, głównie Stanów Zjednoczonych, pod oficjalnym potwierdzeniem faktu, że tereny te należą bezspornie i bezpowrotnie do Polski. Pod »niewinnymi«, choćby najbardziej głupawymi »polskimi dowcipami« kryje się z tej czy innej strony ukryta, ale celowa propaganda mająca na celu, w imię tych lub innych interesów, po prostu obrzydzenie Polski i narodu polskiego przeciętnemu, patrzącemu jak sroka w kość w telewizję czy rechocącemu śmiechem po wysłuchaniu antypolskich kawałów, obywatelowi amerykańskiemu…”.

Ludzie o skłonnościach do analizy psychologicznej twierdzą, że każda społeczność, i mała jak klasa szkolna, i wielka jak dwustumilionowe państwo, musi mieć od czasu do czasu kozła ofiarnego, lub też – inaczej mówiąc – chłopca do bicia. Byli już tymi kozłami Murzyni, Żydzi i Włosi, przyszedł czas na Polaków. Eugene Kusielewicz powiedział: „Rynek kozłów ofiarnych zmniejsza się. Urabiacze opinii publicznej wybrali więc sobie społeczeństwo polsko-amerykańskie, ponieważ – zgodnie z rozumowaniem tych chorych elementów – nie będzie ono stawiać oporu”.

Są także ludzie, którzy w „polskich żartach” nie widzą nieszczęścia, przeciwnie, uważają je za przykry objaw optymistycznego zjawiska. Danuta Mostwin pisze: „Zaczynamy być ważni i dlatego nas wyśmiewają”. Rektor Polskich Zakładów Naukowych w Orchard Lake koło Detroit ksiądz Walter Ziemba mówi:

– My w Orchard Lake nie protestujemy przeciw żartom ośmieszającym Polaków. Istnieje pogląd, że kto umie przyjąć kpinę, jest silny. Więcej, istnieje teoria, że kpiny z mniejszości są znakiem, iż zostaje przyjęta. Jest to jakby pasowanie na pełnoprawnego członka wspólnoty. Zauważyliśmy z radością, że nasza młodzież pochodzenia polskiego nie boi się Polish jokes. Wie, że jej nie dotyczą.

Pytałam burmistrza Detroit Romana Gribbsa, którego rodzice nosili nazwisko Grzyb i wyemigrowali do Ameryki z Rzeszowskiego, czy „polskie żarty” w prasie i w telewizji sprawiają mu osobistą przykrość.

– Ach, nie – odpowiedział. – Nie zwracam na nie uwagi. Jak przyszyły, tak pójdą.

Podobnie zareagował historyk pochodzenia polskiego doktor Joseph Wieczerzak. A doktor Bełza, neurochirurg z Kalifornii, sam opowiadał mi ze śmiechem jakiś „polski żart”.

Jest bowiem tych „żartów” wielka rozmaitość. Od gorzkich, śmiesznych i trafnych, takich, jakie codziennie sami o sobie wymyślamy w Polsce, do ordynarnych, ciężkich i głupich. Od kpin po chamskie zaczepki.

Oto przykłady „żartów” opartych na schemacie pytanie–odpowiedź:

Jak wygląda polski żołnierz-bohater, kiedy idzie na wojnę? – W odpowiedzi należy podnieść ręce do góry.

Dlaczego Polacy nie wystrzelili dotąd rakiety na Księżyc? – Bo muszą najpierw wynaleźć dobrą zapałkę, którą będzie można zapalić paliwo.

Niektóre „polskie żarty”, rozpowszechniane przez telewizję, mają postać doniesień agencyjnych. Na przykład:

Ostatnie z serii piractw komunikacyjnych miało miejsce dzisiaj w stanie Ohio. Pirat wskoczył do kabiny ciężarówki ze śmieciami i powiedział kierowcy: – Zawracaj, jedziemy do Warszawy.

Polska delegacja przybyła dziś parowcem do Nowego Jorku na Wystawę Światową w 1939 roku.

Przedstawię jeszcze żart rysunkowy, który ukazał się w tygodniku „Magnificat”, organie prasowym diecezji Buffalo, w związku z rzekomymi roszczeniami spadkobierców generała Pułaskiego do gruntów pod Waszyngtonem. Howard Wyrauch narysował inwazję Polaków na stolicę USA. Edmund Muskie, polityk pochodzenia polskiego (jego ojciec nosił nazwisko Marciszewski i wywodził się ze wsi Jasionówka w województwie białostockim), jedzie karetą, w koronie królewskiej, do Białego Domu. Miasto nie nosi już nazwy Waszyngton, lecz Washinsky. Pryncypalne ulice nazwano Paderewski i Kościuszko. Smithsonian Institution przemianowano na Stashonian (pewnie od popularnego imienia Stach). Pod Kapitolem mieści się ogromna wytwórnia kiełbasy (Kiełbasa Makers International), a obok niej ambasada USA.

Obok tych „żartów” – radiowych, prasowych i podawanych z ust do ust – rozpowszechniły się różne „polskie wesela” i „polskie pikniki”. Milioner Richard Himmel z Chicago urządził w swej letniej rezydencji trzydniowy „polski piknik i festiwal picia”, na który przybyło trzystu gości poubieranych w podkoszulki, gatki i tenisówki. Niektórzy przyjechali wynajętymi specjalnie ciężarówkami na śmiecie. Kelnerzy w polskich strojach ludowych roznosili sałatkę z kartofli i piwo. Wśród prezentów urodzinowych, jakie otrzymał Himmel, był kosz na odpadki opatrzony napisem: „Jeden dobry żydowski chłopiec zasługuje na 50 polskich podarunków”.

Aby lekceważyć złośliwe kpiny, które czynią z Polaków tchórzy, brudasów, pijaków i durni, trzeba mieć głębokie poczucie własnej wartości. Masy Polonii dobrze pamiętają czasy upokorzeń. Warstwa ochronna jest cienka i łatwo trafić w obolałe miejsca.

Polonię dotknęły nie tylko „żarty” o Polakach w Ameryce. Niemniej dotkliwie zraniły ją dowcipy odnoszące się do Polski dzisiejszej, z których my w kraju może byśmy nawet się śmiali. Polonia poczuła się podwójnie zraniona w swej godności – za siebie i za Polskę. Oburzenie z powodu Polish jokes nie tylko połączyło różne grupy Polonii, lecz także poszerzyło pomosty między Polonią a starą ojczyzną.

Raz ugodzony myśli o obronie. W tym wypadku najbardziej dotknięci okazali się najbardziej bezbronnymi. Z kpiną walczyć można milczeniem lub kpiną jeszcze dotkliwszą. Polski odwieczny temperament milczeć nie pozwalał. Skuteczną radę mogliby podsunąć Polonii wyrośli z jej grona intelektualiści. Ale oni na ogół lekceważyli sobie „polskie żarty” i nie chcieli uczestniczyć w tej wojnie. Polonii pozostała broń, która jeszcze bardziej prowokuje do ataku – święte oburzenie.

To właśnie święte oburzenie wyziera z pisanych w najlepszej wierze artykułów „Post Eagle”. Gazeta Chestera Grabowskiego okazała najwięcej spośród pism polonijnych energii w przeciwstawianiu się „polskim żartom”, a jej redaktor stanął na czele Stałego Polsko-Amerykańskiego Komitetu Obrony Dobrego Imienia.

„Post Eagle” nie tylko informuje o wszelkich antypolskich wystąpieniach i „żartach”, ostro przeciw nim protestuje i zachęca do protestu swych czytelników, ale także usiłuje zorganizować bojkot towarów produkowanych przez firmy, które finansują „dowcipne” programy telewizyjne i radiowe.

Jeszcze parę dni temu delektowałam się w jakimś barze samoobsługowym piwem Budweisera; po wizycie w „Post Eagle” już go nie tknę. Chester Grabowski organizuje właś­nie bojkot producenta, który wspiera reklamami swoich wyrobów program telewizyjny NBC Tonight Show.