Chciałbym nigdy cię nie poznać - Wiktor Krajewski - ebook

Chciałbym nigdy cię nie poznać ebook

Wiktor Krajewski

4,0

Opis

Intymna opowieść o miłości dziecka do babci - o tym, co takie uczucie daje i zabiera. O dziecięcej wrażliwości wobec świata dorosłych.
To historia relacji, która nieświadomie zostawia w nas ciche słowa, drobne gesty i sceny z codzienności, które niesiemy potem w sobie przez całe życie. Czas mija, a te ślady ma w sobie każdy z nas. Pamięć gubi tak wiele, lecz postać babci zostaje. Więc może lepiej było jej nigdy nie poznać?

Poprosiłem mamę, żeby trzymała słuchawkę przy jej uchu. Mówiłem, że za nią tęsknię, że niedługo do niej przyjadę. Zapytałem, czy mnie jeszcze trochę kocha. Słyszałem, że bardzo chciała odpowiedzieć. Zniekształcone "kocham" przysporzyło jej dużo trudu. A mnie szczęścia. Pamiętam je do dziś. Bo miłość czasami może być lekko zdeformowana.
(fragment książki)

Wiktor Krajewski - dziennikarz. W 2015 roku debiutował bestsellerową książką "Łączniczki. Wspomnienia z Powstania Warszawskiego". W 2017 roku opublikował książkę "Pocztówki z powstania", w 2019 roku rozmowę z Aliną Dąbrowską "Wiem, jak wygląda piekło", a w 2020 roku rozmowę z Niną Novak - najwybitniejszą polską primabaleriną - "Taniec na gruzach".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 82

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (34 oceny)
14
11
4
4
1

Popularność




 

 

Copyright © Wiktor Krajewski, 2020

 

Projekt okładki

Maria Bożycka

 

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

 

Redakcja

Katarzyna Rycko

 

Korekta

Grażyna Nawrocka

 

ISBN 978-83-8097-727-3

 

Warszawa 2020

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02–697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

Ta książka jest dla ciebie,

mimo że pewnie nigdy w życiu

się nie poznamy.

 

1

Wieczór zawsze był nasz: ona i ja, i nikt więcej. Choć nie do końca. Było jeszcze coś – jej przygody. Tak je nazywaliśmy, „przygodami” – wojenne historie mojej babci. Dzieliła się nimi chętnie. Były oczywiście ocenzurowane, ale wciąż pełne grozy. Śmierci, bólu, głodu, zmęczenia, rezygnacji. Rozdartego serca. Utraty wiary w Boga. Strachu, który dusił. Ale i nadziei. Byłem zafascynowany. W tym wszystkim czułem się bezpiecznie – bo ona była obok. Zanim kładłem się do łóżka, zostawiałem otwarte drzwi do pokoju. Dzięki temu miałem pewność, że usłyszy, gdy będę wołać. Zawsze przychodziła, nigdy nie odmówiła mi tego małego święta w ciągu dnia. Zresztą jej też chyba sprawiało to przyjemność. Wiedziałem, że kiedy mam ją – nic mi nie grozi. To było coś więcej niż poczucie bezpieczeństwa. To było superkalifradalistodekspialityczne poczucie bezpieczeństwa.

Mieliśmy dwie piosenki, które uwielbialiśmy razem śpiewać. To znaczy ona mi śpiewała, a ja słuchałem ich z zamkniętymi oczami.

 

Idzie niebo ciemną nocą,

ma w fartuszku pełno gwiazd.

Gwiazdki świecą i migocą,

aż wyjrzały ptaszki z gniazd.

 

Nuciła po cichu. Nie była wyjątkowo uzdolniona wokalnie. Miała cienki głos, ale śpiewała melodyjnie.

Frapowały mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, jak wygląda spersonifikowane niebo. A po drugie, dokąd ono szło.

 

Jak wyjrzały, zobaczyły,

to nie chciały dalej spać.

Kaprysiły, grymasiły,

żeby im po jednej dać.

Gwiazdki nie są do zabawy,

tożby nocka była zła.

Ej! usłyszy kot kulawy,

cicho bądźcie! Aaa…

 

Zawsze kończyła piosenkę, ściszając głos.

Ale na tym nie kończyliśmy.

– Teraz musisz mi opowiedzieć jakąś przygodę! – Nie wyobrażałem sobie zasypiania bez jej historii.

– Ale jaką? – Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że powtarzanie latami jednej czynności wieczór w wieczór może być męczące. Wytknie mi to ze śmiechem za kilkanaście lat, mówiąc, że przeze mnie ma dużo zaległych filmów do obejrzenia.

– Coś strasznego!

– „Strasznego”, powiadasz… To może…

Wszystkie propozycje mnie przerażały, ale czułem jej ciepło, miałem ją obok siebie, wiedziałem, że nic mi nie grozi.

Gdy raz tradycji nie stało się zadość i miejsce mojej babci zajęła moja mama, poczułem pustkę. Nienawidziłem piosenki Dziś do ciebie przyjść nie mogę, którą mi śpiewała. Nocy mrok, wzrok, który miał próżno utonąć we mgle, i czekająca leśna brać tylko potęgowały poczucie braku. Trwało to krótko, kilkanaście minut, zanim zasnąłem. Nie zdawałem sobie sprawy, że to jedynie przedsmak. Preludium do tego, co spotka mnie za chwilę. No, trochę później. Bo mimo jej zapewnień, że nie spotka, spotkało. Moje niebo nie doszło tam, dokąd zmierzało. Gdzieś się potknęło. Przewróciło się i pogubiło wszystkie gwiazdy, podziurawiło fartuch. Ptaki nie wyjrzały z gniazd, a kulawy kot okazał się agresywny. Przez nią. To wszystko stało się przez nią! Nie podejrzewałem, że to stanie się tak szybko.

 

2

Niedziela. Okna dużego pokoju wychodzą na południe. Cały zalany jest słońcem i czasem trzeba mrużyć oczy, by móc cokolwiek dojrzeć. Jest upał. Żar z nieba leje się nie tylko na ulicę, ale i wlewa się do mieszkania, trudno w nim wytrzymać. Siedzimy wszyscy w jednym pokoju, tzw. dziennym. Każde z nas zajęte jest swoimi sprawami. Okna są otwarte na przestrzał, robi się przeciąg, drzwi co chwilę głośno trzaskają. Nikt nie reaguje. Moja mama czyta książkę, babcia ogląda coś w telewizji, dziadek śpi ze zwieszoną głową, siedząc na krześle przy stole, ja leżę. To moja ulubiona czynność, za którą, gdyby dawali, mógłbym dostać Nobla. Przez całe życie opanowałem ją do perfekcji.

– Jakie było moje pierwsze słowo? – Przerywam marazm, w który popadła nasza czwórka. Nie wiem, skąd przyszło mi to na myśl, po prostu przyszło.

– „Mama”. – Moja mama nie odrywa wzroku od tekstu.

– „Baba”. – Babcia odpowiada bez mrugnięcia okiem.

– Głupoty gadasz.

– No chyba pamiętam, jak było.

– Chyba nie.

– Głupoty gadasz. To było „mama”.

– „Baba”.

– Po co takie głupoty gadasz?

Prychnięcie. Licytacja trwa, mama i babcia nawet na siebie nie spojrzą.

– To jak było? – Patrzę to na jedną, to na drugą. Żadna nie drgnie.

– „Mama”.

– „Baba”.

– Niby kiedy tak powiedział?

– Jak wróciliście po szczepieniu do domu. Płakał, całe oczy miał we łzach, wtedy powiedział „baba”.

– Przez przypadek.

– Chciał do mnie.

– Przez przypadek tak powiedział.

– Oczy całe miał we łzach. I powiedział „baba”.

– Przez przypadek. Jak już chciał coś powiedzieć, to powiedział „mama”.

– I ja wtedy przyszłam i go przytuliłam.

– Pierwsze słowo to „mama”.

– Taki był biedny. Płakał i płakał. I powiedział „baba”. Łzy miał jak grochy.

Cisza. Dalej nie patrzą na siebie.

– Bardzo mocno go przytuliłam. I taki zapłakany, z żalem w głosie, powiedział „baba”.

– Głupstwa gadasz i tyle.

Spór wydawał się nierozstrzygnięty. Ale moja babcia wszystkich umiała przekonać, nawet jeśli mijała się z prawdą. Dowodów nie muszę szukać, bo znaleźć je mogę wszędzie. Gdy po dwudziestu latach pytam mamę, bo inni świadkowie już dawno odeszli, jakie było moje pierwsze słowo, odpowiada tylko: „baba”.

Przekonała ją do swojej racji, tak jak mnie też zawsze przekonywała. Wszystkich zawsze udawało jej się przekonać. A może nabrać? Bo mnie nabrała. Obiecywała, że nie umrze, a umarła. I to bardzo szybko. Za szybko. I niespodziewanie. Za niespodziewanie.

 

3

Mimo że skończyła pedagogikę i przez większość swojego życia pracowała w przedszkolu jako wychowawczyni, a później dyrektorka tej placówki, zdaje się, że wykład o budowaniu poczucia bezpieczeństwa u dzieci jakoś ją ominął. Spędzałem z nią większość dnia, bo jako chłopiec wyjątkowo aspołeczny, nienawidzący innych dzieci i mający duży problem z zaadaptowaniem się, wypisano mnie z przedszkola szybciej, niż do niego zapisano. A może inne dzieci budziły we mnie zazdrość? Mama do dzisiaj wspomina zdarzenie, kiedy mój mały brat cioteczny podczas wizyty u nas w domu poprosił ją o coś do picia, a ja, słysząc jego prośbę, rozpłakałem się i powiedziałem, że to jest moja służąca i nikt nie ma prawa prosić jej o cokolwiek, a już na pewno nie o coś do picia.

– Chodź, coś ci pokażę – powiedziała babcia, a w jej oczach pojawił się błysk. Bardzo mnie zaintrygował. To błysnął klejnot – sekret, który za chwilę będziemy znać tylko ja i ona.

Gdy podszedłem do jej fotela, z zaciekawieniem wypatrując, co moja towarzyszka gier i zabaw chce mi pokazać, wzięła moje dłonie w swoje ręce. Zawsze miała długie, wypielęgnowane paznokcie, które malowała perłowym lakierem. Później przy manikiurze potrzebowała pomocy, bo późno zdiagnozowany parkinson nie dawał o sobie zapomnieć.

Położyła moje dłonie na swoim brzuchu.

– Czujesz?

– A co mam czuć?

W mojej głowie pięciolatka pojawiła się myśl, że w brzuchu jest dziecko. W pokoju zaległa cisza. Spojrzałem na babcię.

– No co tam jest? Dziecko?! – Obawa w moim głosie była aż nadto słyszalna. W dzieciństwie przerażała mnie wizja, że będę mieć rodzeństwo. Babcia zawsze się śmiała, że jedynym sposobem, żeby postawić mnie do pionu, była groźba mojej mamy: „Jak się nie uspokoisz, urodzę ci rodzeństwo”. Strach, że ją spełni, był obezwładniający.

– Tam jest jakieś dziecko?

– Nie, ja już nie mogę mieć dzieci.

– To co tam jest?

– Rak.

– Takie małe zwierzątko? Wyjdzie ci przez pępek?

– Nie, to nie zwierzątko. Tam w moim brzuchu jest rak.

– Co to jest rak?

– Taka choroba. Bardzo ciężka. Na to się umiera.

Moja mama, usłyszawszy babcię ferującą wyrok, z impetem otworzyła drzwi.

– Do cholery, czy ty jesteś zdrowa na umyśle? Dziecku takie rzeczy opowiadasz? Znowu będzie tylko płakać i płakać, że mu umrzesz – jazgotała.

– Ewuniu, ale po co ty się tak unosisz? Wolę uprzedzić go przed tym, co jest nieuchronne. Tam jest rak i już. Nie masz do czynienia ze skończoną idiotką. Dobrze wiem, co mówię. Więc pozwól mi, że będę głośno mówić, co uważam za stosowne. Dobrze?

Do dzisiaj w mojej rodzinie wspominamy, że babcia robiła wszystko z dużym wyprzedzeniem. Gdy wyjeżdżali, kazała wszystkim być na dworcu na dwie godziny przed odjazdem pociągu. Zdarzyło jej się nawet wyprawić przyjęcie imieninowe miesiąc wcześ­niej, bo się jej pomyliło, ale też i nie przeszkodziło w tym, żeby za miesiąc urządzić kolejną imprezę. Bo uwielbiała mieć gości i ich karmić. Czekała na komplementy na temat swojej kuchni. Kiedy nie padały, głośno się o nie dopominała.

Mnie o fakcie, że choruje na raka, poinformowała z wyjątkowo dużym wyprzedzeniem, bo ponaddwudziestoletnim. Naprawdę chorowała tylko – albo aż – dwa miesiące. Tylko. Ona zawsze niemiłe rzeczy załatwiała od razu.

Poszła do szpitala, licząc, że to niestrawność. Jedyny raz w życiu się przeliczyła. Gdy usłyszała diagnozę, nie płakała. Wróciła do domu i powiedziała tylko:

– Pamiętasz? Zawsze ci mówiłam, że mam raka żołądka.

Doskonale pamiętałem. Jako dziecko, przytulając się do niej, nieraz kładłem ucho na jej brzuchu i nasłuchiwałem, czy rak wydaje jakieś dźwięki. Nie wydawał – do czasu.

 

4

Każdy ma swój talizman, który traktuje z wyjątkowym nabożeństwem. Dba o niego, dogląda go, pilnuje, by nie wpadł w niepowołane ręce. Sięga po niego w trudnych chwilach: melancholii, zwątpienia, rozczarowania, a chce w nim zatrzymać szczęśliwe momenty. Ona też miała swój amulet: pamiętnik, do którego wpisali się jej bliscy. Nauczyciele, koleżanki, rodzina, koledzy. Zawsze wspominała, że była to jedyna rzecz, którą zawsze nosiła ze sobą w trakcie wojny.

– Babciu, a pokażesz mi ten dziennik?

– Pamiętnik – poprawiła mnie babcia i wyciąg­nęła brunatny notes z zakamarków swojej torebki. Kilka razy w tygodniu potrafiła przekładać do aktualnie używanej torebki niezbędne rzeczy: portfeliki, kosmetyczkę, jakieś drobiazgi i właśnie pamiętnik.

– Zobacz… – Przywołała mnie do siebie ręką. – Tu jest wpis mojej mamusi, tu tatusia. – Powoli przekładała strony, uważając, żeby żadna nie wypadła. Gdy znałem już historię każdego z wpisów, stało się coś, czego moja babcia nie przewidziała, tak ochoczo dzieląc się ze mną swoim skarbem.

– Kochasz mnie? – zapytałem podejrzliwie.

– Nad życie – odpowiedziała, jeszcze nieświadoma tego, co za chwilę nastąpi.

– Tam są jeszcze puste kartki. Chciałbym wpisać ci się do pamiętnika – zaproponowałem, uznając to za doskonały pomysł.

– Będę zaszczycona – udała, ale nie dała tego po sobie poznać, i podała mi pamiętnik.

Poczułem się wtedy taki ważny i wyjątkowy. Prawie dorosły. Wyciągnąłem najlepsze flamastry, długopis i ołówek. Chciałem, żeby te wpisy swoim kunsztem literackim przebiły poprzednie, żeby moje rysunki były najładniejsze. Starałem się, jak mogłem. Miałem tremę, ale też chciałem wygrać z resztą autorów. Gdy skończyłem, z dumą zaniosłem pamiętnik mojej babci i wręczyłem go, licząc na pochwały.

– „Bardzo kocham moją babcię, tę kochaną słodką żabcię”. – Nie dała po sobie poznać, że nie do końca jest zachwycona wpisem, do którego użyłem wszystkich swoich flamastrów. Przyciskanych tak mocno, że tusz przebił się przez kilka stron.

– Bardzo pięknie. Ja ciebie też kocham. – Pocałowała mnie w głowę.

– To nie wszystko! Wpisałem ci się na każdej pustej stronie! – oznajmiłem z dumą. Wydawało mi się wtedy, że i ona jest ze mnie dumna i cieszy się z moich bazgrołów.

Gdy po latach pytam ją, dlaczego pozwoliła mi zniszczyć coś dla niej najważniejszego pod słońcem, obrusza się:

– Nie zniszczyłeś tego.

– Błagam. To koślawe pismo, którym napisałem ci wierszyki z częstochowskimi rymami. Na bank musiałaś być wściekła – powątpiewam.

– Są osoby, którym nie potrafisz odmówić. Gdy widzisz ich szczęście, ono ci się udziela. I nic się wówczas nie liczy. Tak było z tobą i tym pamiętnikiem. Ja naprawdę uwielbiam te twoje wpisy i często do nich wracam. – Mówiąc to, wzięła mnie za rękę.

Dopiero teraz jestem w stanie ją zrozumieć. Bo ja też mam swój pamiętnik. To wspomnienia. Większość wpisów zrobiła tam ona. Z biegiem czasu, podobnie jak w jej pamiętniku, strony coraz mocniej żółkną, wycierają się lekko. Niektóre wypadają i gubią się na zawsze, inne coraz trudniej odczytać. Też często do nich wracam. W sumie – codziennie, po kilka razy.

 

5

Bazar nieopodal jej domu był dla niej atrakcją. Długo szykowała się do wyjścia. Czesała się i malowała, przypinała broszkę. Zabierała mnie ze sobą. Lubiłem chodzić z nią między stoiskami z różnymi niepotrzebnymi rzeczami. Ona nie chodziła na zakupy spożywcze, nigdy. Jakby jedzenie kompletnie jej nie interesowało – a przecież interesowało. Nasze wyjście kończyliśmy zawsze na straganie, gdzie sprzedawali ogórki kiszone prosto z beczki. Kupowała mi jednego i pozwalała zjeść na miejscu. Do dziś pamiętam, jak szczypały mnie usta i język, takie były kwaśne i słone. Zawsze zatrzymywaliśmy się też w miejscu, gdzie sprzedawano wodę z saturatora. Wypijała duszkiem szklankę z sokiem. Ja też. Szczypała mnie twarz.

Kiedyś ktoś zatrzymał ją i zapytał, czy to dziecko, czyli ja, jest zagraniczne, bo nie wygląda na Polaka. Powiedziała, że znalazła je u Cyganów i ukradła. Pomyślałem wtedy, że może tak było, przecież nie istniało żadne zdjęcie, na którym moja mama jest w ciąży.

Na zakupach uważnie przyglądała się produktom, brała różne rzeczy do ręki, obracała w palcach, sprawdzała każdy detal. Czasami kupowała, ale nieraz gardziła propozycją sprzedawcy. Gdy już nie wychodziła z domu, co chwila otwierano kolejne galerie handlowe. Żałowała, że nie może ich odwiedzić. Bała się wychodzić z domu. Kilka razy wywróciła się na ulicy i zdecydowała, że nie ma sensu narażać się na wypadek.

Przez targ szliśmy zawsze za rękę, bo miałem w sobie paniczny strach, że się zgubię. Zresztą często śniło mi się, że jesteśmy razem w parku i w pewnym momencie tracę ją z oczu. Ten koszmar napawał mnie strachem, budziłem się w nocy z płaczem. Raz śniło mi się, że na drzewie wisi łódka, a w środku siedzi ona. Łajba zrywa się z lin, ona znika w otchłani wody. Gdy się obudziłem, nie płakałem – ryczałem. Poszedłem zobaczyć, czy sen nie stał się jawą, czy wszystko jest dobrze, czy ona żyje. Nie stał, było, żyła. Usłyszałem od kolegi z podwórka, że jego babcia umarła podczas snu. Od tamtej pory każdego wieczora szedłem jej powiedzieć, że ją bardzo kocham. To był już okres, gdy zasypiałem sam. Mówiłem, że cieszę się, że rano zobaczymy się znowu. Czekałem do chwili, aż utwierdzi mnie w przekonaniu, że tak będzie. Chciałem rozwiać swoje najgorsze obawy. Ona tylko uśmiechała się na moje słowa pożegnania.

Gdy już nie mieszkaliśmy razem, dzwoniłem do niej. Doskonale wiedziała, że żyję w paranoi. Paranoi, która przez cały czas naszej znajomości tylko doraźnie mogła zostać rozwiana. Do pewnej wrześ­niowej nocy, która okazała się końcem. Końcem dla niej i w pewnym sensie końcem dla mnie. Nie, nie „w pewnym”, w pełnym. Właściwie ten koniec był bardziej mój niż jej. I tak naprawdę nie był, wciąż jest, trwa bez przerwy.

 

6

Zawsze umiała sprawić, że w moich oczach była prawdziwą bohaterką. Pierwszy raz zdobyła mój absolutny podziw umiejętnością zwijania języka w tutkę.

– Potrafisz zwijać język w rurkę?

– Nie. A co to znaczy?

Pamiętam mój szok, gdy pokazała mi tę sztuczkę. Nie mogłem oderwać od niej oczu.

– Tak to wygląda.

– Zrób tak jeszcze raz!

– Umiesz?

– A jak to się robi?

Wytłumaczyła mi krok po kroku, instrukcja wydawała się prosta, taka do ogarnięcia w trzy sekundy. Niestety. Nie umiałem zrobić rulonu z języka.

– Jeszcze raz! Jeszcze raz!

Za każdym razem chętnie pokazywała, jak się to robi. Mnie nie wychodziło mimo najszczerszych chęci i podejmowanych prób. Babcia cały czas patrzyła, mając zrolowany język.

– A mogę tam włożyć palec? – Zaintrygowało mnie, czy na języku są łaskotki. I chyba rozśmieszyło ją moje pytanie, bo pamiętam, jak z uśmiechem, ale kategorycznie odmawia mi tej przyjemności.

– Dziadek jest milszy. Jak go proszę, żeby pokazał mi sztuczną szczękę, to ją wyjmuje.

Pech chciał, że babci, nie wiedzieć czemu, nie spodobała się sztuczka dziadka. Pamiętam za to, że na Tadzika – jak w przypływach czułości nazywała mojego dziadka – spadł grad pytań, czy jest do końca sprawny umysłowo. Nie odpowiedział. Zrugany wyszedł z pokoju i wrócił do czytania gazety jak gdyby nigdy nic.

Miała już wtedy duże problemy z chodzeniem i poruszała się o lasce. W wieku czterdziestu kilku lat przeszła skomplikowany zabieg wymiany panewki, który nie był udany. Babcia powoli przestawała wychodzić do świata, ale miała w sobie to coś, że świat przychodził do niej. Nie zapomniał o niej, przeciwnie, jej życie towarzyskie stało się jeszcze intensywniejsze. Mieszkanie stało się scenerią jej życia. Czuła strach, gdy wychodziła na zewnątrz. Stąpała niepewnie i coraz wolniej. Laska, która pomagała w chodzeniu, była wrogiem. Nie zaprzyjaźniły się ze sobą do końca życia.

 

7

Nie chodziłem do przedszkola, nie pozwalały mi na to dalekie od ideału umiejętności adaptacyjne. Były dalekie od wszystkiego.

Oglądaliśmy razem W pustyni i w puszczy. Na środku pokoju, przed telewizorem, stanęły wtedy dwa fotele. Czułem się prawie dorosły. W momencie gdy Nel choruje, ma wysoką gorączkę i krzyczy do Stasia, żeby dał jej chininy, twarz mojej babci wykrzywia się w grymasie.

– Dlaczego robisz taką minę? – Ten moment był smutny, a nie obrzydliwy.

– Jezu… Przypomniało mi się, że ona zawsze tak piszczała. Wiecznie piszczała.

Babcia miała zdolności aktorskie i doskonale odegrała kilka pisków. Jak prawdziwa Nel.

– A gdzie ona tak piszczała?

– U mnie w przedszkolu.

– W przedszkolu?

– Przecież ja ją uczyłam.

Opadła mi szczęka. Dosłownie. Nie zapomnę tego gorąca, które rozpaliło mi policzki. Poderwałem się z kanapy i ze zdziwieniem wykrzyczałem:

– Znałaś Nel?!!!

– Znałam.

W okamgnieniu moja babcia z idolki kolejny raz stała się superbohaterką. Niespodziewanie wyciągała asa z rękawa. W tym przypadku były to dwa asy, albo nawet i joker.

– I ona tak piszczała?

– Tak, tylko ta dziewczynka nie ma na imię Nel. Naprawdę nazywa się Monika Rosca. I kiedy była małą dziewczynką, mniej więcej w twoim wieku, to chodziła do mojego przedszkola.

– I tak piszczała?

– Tak.

Odwróciła głowę, bo chyba nie chciała pokazać, że dusi się ze śmiechu.

– A lubiłaś ją?

– Bardzo.

– A Staś też tam chodził?

– Nie.

– A kogo jeszcze znasz?

– Nikogo.

– Kłamiesz! Powiedz, kogo znasz.

Okazało się, że Nel z W pustyni i w puszczy była jedyną znaną osobą, z którą moja babcia miała do czynienia. Choć na początku mi tym zaimponowała, to zaraz szybko rozczarowała. Przez dobre kilka godzin wierciłem jej dziurę w brzuchu, która postać z filmu albo bajki była jej wychowanką. Potwierdziły się moje obawy, wyszło na to, że nikt wyjątkowy. Nawet Scooby Doo nie, on też nie chodził do jej przedszkola.

 

8

– Co chcesz dzisiaj usłyszeć?

– Coś strasznego.

– Wiem! Opowiem ci taką historię, która wydarzyła się, jak byłam mała. Mówiła o tym cała Łódź. Nawet napisano taką piosenkę.

Zaczęła nucić:

 

W bałuckiej cichej dzielnicy

mieszkała z córeczką wdowa,

gdzieś na Szopena ulicy

zwała się pani Zajdlowa.

 

– Jak miała na nazwisko? – przerwałem piosenkę.

– Zajdlowa. Mam śpiewać dalej?

– Tak! – Przeszedł mnie dreszcz.

Wróciła do piosenki:

 

Miała kochanków dość wielu,

no i ożenić się chciała.

Prędko dążyła do celu,

lecz córka jej przeszkadzała.

 

– A jak ta córka miała na imię?

– Zosia.

– To o tobie jest ta piosenka! – Znowu dreszcz i chyba jeszcze dostałem wypieków.

– To nie o mnie. Ja miałam kiedyś inaczej na nazwisko, nie Zajdlowa.

– A jak?

– Słojkowska.

– Jak słoik!

– Nie, nie jak słoik. Przez „j”. Słojkowska. – Chyba często tak się z niej śmiali, bo się lekko zirytowała żartem o słoiku. – Mam śpiewać dalej?

– Masz!

 

Matka swą córkę katuje,

orgie się straszne tam dzieją.

Zosia po schodach nocuje,

a oni się z tego śmieją.

Matka wesoło się bawi

i córkę z domu wygania,

Zosia zalewa się łzami,

po nocach słychać łkania.

Aż naraz wszystko ustało,

bo matka ją udusiła

i jeszcze ciepłe jej ciało

do ubikacji wrzuciła.

 

– A ciebie mama też chciała wrzucić do ubikacji?

– Nie.

– A mnie?

– Też nie. Twoja mama bardzo cię kocha.

– A ty?

– Najbardziej na świecie.

Nie zdążyłem po raz kolejny zadać pytania, czy nigdy nie umrze, zasnąłem. Obudziłem się jednak, gdy próbowała wstać.

– Dokąd idziesz? Nie zostawiaj mnie samego.

Bez słowa znowu położyła się obok mnie. A ja dla pewności, że nie będzie mogła mnie zostawić, złapałem jej dłoń. Mocno. Najmocniej, jak tylko umiałem.

 

9

Nikt nie był i nigdy nie będzie gotów do takich poświęceń dla mnie jak ona. Gdy byłem mały, o siódmej rano emitowano bajki w telewizji. I to w niedziele. Od zawsze miałem problem z wczesnym wstawaniem. Nawet za cenę wykluczenia z podwórkowego towarzystwa. Wykluczany byłem, bo nie mogłem brać udziału w ożywionych dyskusjach na temat losów pokrzywdzonej dziewczynki, która wychowuje się bez rodziców, ale lekiem na jej bolączki jest wyobraźnia. Trochę kiepsko dla dziecka nie wiedzieć, o czym mówią rówieśnicy, i ja nie wiedziałem. A poczucie wyobcowania rosło. Kiełkowało pomału, ale w końcu całkowicie zarosło mnie od środka.

Opowiedziałem jej o tym, ale tylko dlatego, że nalegała. Weszła do mojego pokoju w sobotę wieczorem. Siedziałem na łóżku, licząc na to, że może następnego dnia obudzę się wystarczająco wcześnie, by już po południu razem z innymi móc opowiadać, co się stało i z pewnością stanie w kolejnym odcinku bajki.

Tak siedziałem i oszukiwałem sam siebie, że tym razem się uda. Wiedziałem, że nie mam najmniejszych szans…

– Jesteś smutny? – Jej głos wyrwał mnie z zamyślenia. Często łapię się na tym, że już nie pamiętam tego głosu. Ale tęsknię za nim. Bardzo. Nagrałem ją kiedyś na dyktafon, żeby nigdy go nie zapomnieć i móc go słuchać, gdy poczuję taką potrzebę. Podczas przeprowadzki zgubiłem stary telefon, na którym znajdowało się nagranie. Szukałem go wszędzie, na próżno. Jej głos przepadł, także w mojej pamięci.

– Nie – okłamałem ją.

– To skąd taka mina?

– Bo nie wstanę jutro rano. I znowu nie będę wiedział, o czym oni mówią.

– A o czym mówią? I co to za oni?

– No, inne dzieci. Cały czas mówią o tej bajce.

– Której?

– Na Dwójce leci rano.

– Kiedy?

– No, jutro.

Czułem, że za chwilę popłaczę się z bezsilności. A płakałem całe dzieciństwo, cały czas. Że dadzą w przedszkolu fasolę szparagową, a u mnie powodowała odruch wymiotny. Że psu jest ze mną źle, bo potrafi godzinami leżeć przy oknie balkonowym i nie reagować na moje wołanie. Że mama nie wróci od koleżanki, bo nie chce już ze mną mieszkać. Że obudzę się rano, a babci nie będzie, bo się jej znudziłem. Łzy potrafiły mi tak kapać… Latami tak kapały, do dzisiaj zresztą. Ale już nie przy ludziach, bo udaję, że nie potrafię płakać.

– Mam pomysł. – Uśmiechnęła się do mnie.

– Jaki?

– Obejrzę ją za ciebie. A gdy tylko rano się obudzisz, przyjdziesz do mnie, a ja opowiem ci wszystko z najmniejszymi szczegółami.

– Zapamiętasz wszystko?

Pamiętam tę nadzieję, która nagle pojawiła się we mnie.

– Zapamiętam.

– Wszystko?

– Czy ja cię kiedyś oszukałam?

– Nigdy.

– Uwierz mi więc.

Lubiłem, gdy całowała mnie w czubek głowy. Uratowała mnie przed kpiącymi spojrzeniami przy trzepaku.

– Tylko ja i ty będziemy o tym wiedzieć. Nikomu nie powiem.

– Przyrzekasz?

– Przyrzekam.

Wychodziła już z pokoju, przystanęła i odwróciła się do mnie.

– A teraz ty musisz mi coś przyrzec.

– A co?

– Ale przyrzekasz?

Małe zawahanie. Tak, nie, tak, nie, tak, nie. Ciekawość wzięła górę.

– Przyrzekam.

– Na wszystko?

– Na wszystko.

– Gdy kiedykolwiek będziesz miał jakiś problem, duży czy mały, zawsze przyjdziesz do mnie i mi o tym powiesz. A ja zawsze znajdę na wszystko rozwiązanie. Zgoda?

– Zgoda!

Po raz kolejny dała mi poczucie, że tylko na nią mogę liczyć. Że jest osobą, która uratuje mnie z każdej opresji.

– Dobrze.

Przyrzekłem.

– I już się nie smuć.

– Nie będę.

Wychodziła, gdy w mojej głowie pojawiło się nurtujące pytanie.

– Babciu…

Jej ręka zawisła na klamce.

– Słucham cię, syneczku.

– …a ty mi nigdy nie umrzesz.

To nie było pytanie.

– Nigdy.

– Przyrzekasz?

– Przyrzekam.

– Na co?

– Na cały świat.

Znowu dzięki niej zasnąłem spokojny. Dziś czuję się przez nią oszukany. I nie potrafię jej wybaczyć tego kłamstwa. Wielokrotnie próbowałem, cały czas próbuję. W moim sercu zostanie już kłamczuchą. Oszustką, która ze mnie zakpiła.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI