Być może się wydarzyło - Min Lu - ebook + audiobook + książka

Być może się wydarzyło ebook

Min Lu

0,0
44,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Dla wszystkich, których głos niknie w zgiełku świata.

W dynamicznej chińskiej metropolii, która nigdy nie zasypia i gdzie samotność nieustannie krąży pośród tłumu, młoda kobieta o imieniu Mimi odbiera sobie życie.

Dziennikarz dostaje pięć dni na napisanie najważniejszego artykułu w swojej karierze. Śmierć kobiety staje się początkiem śledztwa, które prowadzi go do samego środka cyfrowego świata, w którym mężczyzna usiłuje odnaleźć prawdziwe relacje i emocje.

Lu Min, jedna z najciekawszych współczesnych chińskich pisarek, opowiada uniwersalną historię: o samotności skrywanej pod filtrami, o presji, która nie zna granic, i o pokoleniu, które żyje wświetle ekranów, a mimo to desperacko szuka bliskości. To nie tylko śledztwo w sprawie samobójstwa; to również prowokujące pytanie o to, dlaczego wciąż tak trudno nam usłyszeć krzyk tych, którzy znikają. Bo historia Mimi to nie jednostkowy dramat, lecz głos całego pokolenia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 117

Data ważności licencji: 5/13/2032

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału 或有故事曾经发生

The Story That May or May Not Have Happened by Lu Min Copyright © Lu MinThis edition is published by arrangement with Yilin Press, Ltd All rights reserved

Copyright © for the translation by Katarzyna Sarek

Projekt okładki Luiza Niemczuk

Redaktorka nabywająca Ewa Bolińska-Gostkowska

Redaktorka prowadząca Aleksandra Grząba

Korekta Maria Zając Karina Bednarska-Markot

Koordynatorka produkcji Maria Król

Opieka promocyjna Julia Adamek

ISBN 978-83-8427-245-9

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2026

Plik przygotował Woblink

woblink.com

Dzień 0

1Muszę to ogarnąć

To najlepszy temat, na jaki mogłem trafić, wręcz czułem, jak się gotował, jak wyglądał po ostygnięciu, choć nie, on nadal bulgotał i fermentował. Być może na pierwszy rzut oka: podmiejska willa, samobójstwo przez zaczadzenie niezamężnej dziewczyny w domu pana Li, jej biologicznego ojca, i jego obecnej partnerki. Znaleziona przez osiedlowego ochroniarza o nazwisku Yang. W pokoju list pożegnalny z wyjaśnieniem, że jej decyzja nie miała związku z kimkolwiek.

Lubię taką ukrytą surówkę, jakby owiniętą w osiemnaście arkuszy śliskiego papieru, spod każdej kolejnej warstwy wyłania się coś nieznanego, a im bliżej środka, tym bardziej okazuje się to intrygujące, zwłaszcza koniec, to jądro w centrum. Oczywiście nie należy się spodziewać „puff!”, eksplozji z obłoczkiem różowych płatków, to nie Hollywood ani program rozrywkowy, to prawdziwe życie, rozumiesz? W centrum tej historii znajduje się wyłącznie prawda, naga i niewinna, która po raz pierwszy objawia się światu – tylko dzięki mojej dociekliwości i moim odkryciom.

Marzenia. Potrzebuję ich, ostatnio jadę głównie na marzeniach. Od ponad pięciu lat zajmuję się dziennikarstwem śledczym i jeszcze nigdy nie udało mi się zbliżyć do złowrogiej potęgi miliona odsłon. Codziennie późną nocą przeglądam nagłówki i gorące newsy na różnych portalach, przeżuwam je, wypluwam… i znów pochłaniam, przeły­kając frustrację i niezadowolenie. Serio, jeśli tylko natrafię na odpowiedni „materiał”, na pewno dam radę wystrzelić milionem gorętszym niż lawa. Heh, dzisiejsze osiągnięcia i zasługi przypominają dawne stopnie z egzaminów urzędniczych – pierwsze miejsce to grzanie przez dobę, drugie miejsce – na pół dnia, i trzecie miejsce – na trzy godziny. Nawet trzecie miejsce byłoby okej. Nie mam aż tak nierówno pod sufitem, żeby się spodziewać czegoś trwającego dłużej; to nie pasuje do rytmu ani zasad dzisiejszego świata, które bardziej przypominają przypływy w księżycowym blasku, niekiedy unosi cię śnieżnobiała fala, ale o wiele częściej dostajesz potężne wciry – po tylu latach ciosów moje kryształowo czyste serce pokrywa siatka milionów pęknięć.

Jeśli tego nie ogarnę, mogę, kurwa, zdechnąć.

2

Wyszedłem na spotkanie z Yangiem1, tym ochroniarzem. Wróciłem się z parteru do mieszkania i wepchnąłem do plecaka książkę; z trudem oparłem się pokusie, żeby jej nie cmoknąć w zieloną okładkę. Tak, musiałem ją zabrać, tak, jestem trochę przesądny, ale zabobony mają pewien urok, prawda? Dzisiaj rano nie mogłem się zwlec z łóżka, przeleżałem więc kolejne osiem minut, do siódmej trzydzieści osiem. Zdobytą tak szczęśliwą ósemkę uznałem za dobry omen, gwarancję sukcesu podczas pierwszej rozmowy w terenie.

Tłum w metrze wprasował we mnie plecak i wyraźnie czułem twarde rogi zielonej książki, mimo że była wymiętoszona od nieustannego czytania. „Zielona książka” – tak ją nazwałem od koloru okładki – to przygotowany na potrzeby Uniwersytetu w Princeton podręcznik do pisania non fiction, autorstwa profesora McPhee, który od ponad pięćdziesięciu lat współpracuje z „New Yorkerem”. Ponad pięćdziesiąt lat… czyli kiedy mój ojciec jeszcze biegał jak małpa z gołym tyłkiem, McPhee już pisał; ten absolutny mistrz wychowywał kolejne generacje uczniów, w tym również mojego idola Hesslera, autora Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach. Co prawda nie nawiązaliśmy jeszcze relacji mistrz – czeladnik, ale to nie ma znaczenia, sam się wpiszę do jego sekty. Tym razem będę się stosował do podręcznika McPhee co do przecinka, a nuż kiedyś wyślę ten tekst do „New Yorkera”, bo dlaczego by nie? Przecież można pomarzyć!

Uśmiechałem się do siebie i nagle miałem w ustach pełno ufarbowanych na blond włosów, którymi znienacka machnęła stojąca przede mną kobieta. Nie mogłem się odsunąć, więc po prostu je wyplułem, mokre i oślinione. Nie popsuło mi to jednak humoru – dotarłem do Yanga rozbawiony i pewny siebie.

Podczas uprzejmego small talku uważnie obserwowałem wyraz jego twarzy, wyposażenie stróżówki, przedmioty na stole i ścianach. Zanotowałem w pamięci, że zawsze powinienem tak robić, a jeśli trzeba – pstrykać zdjęcia smartfonem. Według zielonej książki najlepiej opisać czyjś wygląd za pomocą wyjątkowej i niespotykanej metafory, na przykład „broda o nieopisywalnej świętości”. Opis sceny powinien zaś brzmieć jak z thrillera: „na wiszącym na ścianie starożytnym lustrze z brązu smuga kurzu układała się w rozmazany napis”.

Rozpoznałem po akcencie, skąd przyjechał ochroniarz, i powiedziałem, że mój kolega z akademika pochodził z tego samego regionu. Yang, częstując się papierosem, uśmiechnął się szeroko.

– Dzieciaki z naszych stron świetnie sobie radzą na egzaminach na studia magisterskie, a potem do służby cywilnej. Mój syn dostał pracę w bud­żetówce w Shenzhenie2, żona tam pojechała razem z nim. Zgadniesz, co tam robi? Zajęła się szyciem i poprawkami krawieckimi. Nie uwierzysz: za, kurwa, skrócenie dżinsów bierze piętnaście juanów! Za zacerowanie dziury w swetrze, takiej wielkości paznokcia, woła dziewięćdziesiąt. Wymiana suwaka? Z podszewką: trzydzieści pięć, bez: całe, kurwa, dwadzieścia.

Podał mi tak dokładne liczby, jakbym przyszedł wypytać o ceny usług krawieckich w Shenzhenie. Spróbowałem wrócić do tematu:

– Czyli tamtego dnia wszedł pan pierwszy do mieszkania?

– Normalnie nie pracuję na popołudniową zmianę, zmienili mi grafik. O tej porze nic się nie dzieje, można tylko kimać. Nocki… też nuda i spanie. Rzygam tymi drzemkami, ileż można… zgadnij, jak zabijam czas.

Siorbnął herbatę z olbrzymiego kubka, paskudnego i zasyfionego. Gapił się na mnie oczekująco.

– …chyba nie zgadnę.

Poprawiłem plecak i poczułem zieloną książkę. Żadna chwila nie jest marnowaniem czasu. To czyjeś słowa czy się tak pocieszam?

– Do usranej śmierci byś nie zgadł. Nawet moja stara by nie zgadła. – Wybuchnął śmiechem, na pożółkłych zębach czaiły się kropelki herbaty. – Tutaj, oglądnij sobie.

Wyciągnął smartfon i pokazał mi Baicizhan3, apkę do nauki angielskich słówek.

– Ciągiem aż czterysta dwadzieścia siedem dni!

– Ooo! Nieźle!

Zadowolony z mojej reakcji, zrobił wdech, ale szybko się wtrąciłem:

– Tamtego dnia musiał tu być niezły burdel i pewnie niczego się pan nie nauczył?

– A gdzie tam! Codziennie się loguję, nawet jak kiedyś przez dwa dni mnie czyściło i nic do ust nie brałem, też zrobiłem. Ciągiem czterysta dwadzieścia siedem dni, bez żadnej przerwy.

Zamilkł i znów patrzył się podekscytowany. Poluzowałem trochę kołnierzyk, potrzebowałem powietrza.

– Planuje pan wyjazd za granicę? A może na osiedlu mieszka wielu cudzoziemców?

Trafiłem w punkt – pokręcił z zadowoleniem głową.

– Wyłącznie dla zabicia czasu! Można zdechnąć z nudów od gapienia się na bramę. Co wieczór wysyłam starej zrzut ekranu na dowód, że norma wyrobiona. Ona mi wtedy opowiada, nad czym pracowała w ciągu dnia. Na przykład wczoraj wymieniła sprzączkę paska w skórzanej spódnicy, wiesz, za ile? No, zgaduj!

Odkręcił zakrętkę kubka na herbatę i go podniósł.

Gdybym nie miał nic do roboty, pogadałbym z nim z przyjemnością, nie zdawałem sobie sprawy, że poprawki krawieckie to tak opłacalny biz­nes. Miałem spodnie z wystrzępionymi nogawkami, właściwie mógłbym je przerobić na szorty. Kupiłem je specjalnie na pierwszą randkę, wtedy przypomniałem sobie wszystkie dziewczyny, które mnie spławiły, i poczułem przypływ ducha walki.

– Czyli poszedł pan tam już po nauczeniu się słówek? Alarm sam się włączył?

Yang zastygł na chwilę, po czym szybko zakręcił kubek.

– To dziadostwo moim zdaniem od dawna nie działa. Sąsiad z góry wyszedł z psem, bydlę szczekało jak szalone, nie dało się go odciągnąć… – Zmarszczył brwi i zakołysał herbatą w kubku. – Sto dwadzieścia! Brązowa sprzączka kosztuje parę juanów, zarobiła na czysto ponad stówkę, o wiele więcej ode mnie. Teraz już wierzę, że uzbiera wkład własny na mieszkanie dla syna!

– To nie była willa? Nad nimi ktoś mieszka? – wróciłem do tematu.

Przed spotkaniem z Yangiem zrobiłem kilka kółek po osiedlu. Wśród budynków przeważały zwykłe bloki, jedynie od strony Purpurowej Góry stało kilkanaście willi, których okna wychodziły na wzgórze. Większość drzwi i okien była szczelnie zamknięta i zasłonięta, a cała ulica tonęła w ciszy i emanowała bogactwem. Zatrzymałem się przed rzędem ostrokrzewów i rozejrzałem, usiłując wyczuć jakiś niecodzienny zapach. Nic. Bóg śmierci przemknął tędy jak podmuch wiatru. Kiedy patrzyłem na nieruchome gałęzie, ogarnął mnie niezrozumiały lęk.

– Gdyby to się wydarzyło w willi, przez kilka dni nikt by nie znalazł zwłok. Ludzie gadają głupoty, to było zwykłe dwupokojowe mieszkanie.

W takim razie nie mogę napisać „Morderstwo w willi”, w gruncie rzeczy to i tak brzmiało banalnie. Podsunąłem mu trzeciego papierosa.

– A więc kiedy pan wszedł…

– Aż dusiło, nie dało się tam wytrzymać. Dziewczyna niby miała rumianą twarz, ale jak się przyjrzałem, zrozumiałem, że coś jest nie tak, dlatego zadzwoniłem na policję. Każą mi pilnować bramy, to jej pilnuję, inne sprawy to nie moja działka.

Nagle zmienił ton, jakby powierzał mi jakiś sekret:

– W ciągu ostatnich dwóch tygodni odezwało się do mnie trzech agentów nieruchomości, jeden nawet mnie zaprosił na obiad, i wszyscy pytali o namiary na właściciela mieszkania. Nawiedzony dom, rozumiesz? Mówią, że to pójdzie na pniu.

– W co była ubrana? Gdzie leżała? W jakiej pozycji?

Musiałem to sobie wyobrazić! Dlaczego pan Yang nie zrobił zdjęć? Czy ludzie nie cykają fotek wszystkiemu wokół? Zapłaciłbym za nie nawet z własnej kieszeni. W zielonej książce był o tym cały rozdział, na przykład: kierunek ułożenia czubków butów czy parasola, pozycja zasłon i tak dalej.

– Cena takich lokali spada o mniej więcej dwadzieścia procent, a jeśli w środku zmarła więcej niż jedna osoba albo polała się krew, może być jeszcze niższa. Nie powiem, też poczułem pokusę, bo od małego nie wierzę w duchy – oznajmił.

Zauważył mój wzrok.

– Nie przyjrzałem się dokładnie, od smrodu robiło mi się niedobrze. Poza tym minęło już parę dni. – Zabębnił palcami o blat stołu i się zamyślił. Albo tylko udawał, że intensywnie myśli. – W każdym razie z jej ubraniem na pewno wszystko było w porządku. Pamiętam jedynie, że miała długie paznokcie, każdy w innym kolorze.

– Ta kartka, leżała obok jej dłoni czy schowana w kopercie? Był jakiś nagłówek? Pismo wyglądało na pewne czy raczej rozchwiane?

Byłoby świetnie, gdyby udało się opublikować jej list pożegnalny na oficjalnym koncie na WeChacie. A gdybym go „zrekonstruował”? W końcu te wszystkie wypracowania uczniów, ogłoszenia policyjne, urzędowe obwieszczenia też są „wymyślone”. Niby czemu nie mógłbym tego zrobić? Dobra, dość – z wysiłkiem stłumiłem w sobie ten paskudny pomysł.

– Jaka kartka? Żadnej nie widziałem, nie miałem odwagi grzebać, musiałem przecież się pilnować, żeby niczego nie dotknąć… Mieszkanie było wypasione, z grzejnikami, wielkim telewizorem, tylko lodówka taka sobie. Najbardziej podobają mi się te wielkie dwudrzwiowe. Jak kupimy synowi mieszkanie, to na pewno taką wybierzemy i będzie wypełniona na maksa! – Wpadł w ciąg, nie dało mu się przerwać. – Nawiedzony dom, wielkie mi co, choćby tam nawet cała rodzina zginęła. Chciałem o tym porozmawiać z synem, ale on jeszcze nie ma dziewczyny. Dobra, a ty co myślisz o nawiedzonych domach? – zapytał na serio i bez cienia uśmiechu.

Sięgnąłem do wspomnień, przypomniałem sobie nawet te wystrzępione randkowe spodnie… Co najpierw – mieszkanie czy jednak dziewczyna? Pytanie o jajko i kurę. Czy te przelotne laski naprawdę rozumiały, kim jestem? Jedna raz powiedziała, żebym nie upadał zbyt nisko, ponieważ potem już nigdy nie odbiję się wysoko. Ech, czyżbym stał się parabolą z zadania dla licealistów?

– Wziąłbyś takie mieszkanie? Po to, żeby znaleźć dziewczynę i się ożenić? – Yang szybko powtórzył pytanie.

– Miejsce nie ma znaczenia – odparłem, a Yang zmrużył oczy. – Jeśli miłość jest prawdziwa, wszędzie będą szczęśliwi. A jeśli nie ma miłości, to czy dom z duchami czy bez, i tak będzie nuda.

Dwa razy przez zaciśnięte zęby wyplułem słowo „miłość”, czując wyraźnie desperację zmieszaną z tęsknotą, ukryte głęboko w sercu. Nieco się wstydziłem swojego niepoddającego się kontroli ego.

– Nie ma znaczenia… – Yang się zamyślił. – Gdyby ci zaproponowali kupno tego mieszkania, jaką byś chciał zniżkę?

– Mówił pan o dwudziestu procentach? Wziąłbym – odpowiedziałem natychmiast, a potem ze spojrzeniem pracuję-i-nie-mam-czasu-na-­plotki zapytałem: – Czy coś wiadomo o przyczynie tego samobójstwa?

– A skąd miałbym wiedzieć? Na ten przykład: jeśli u ciebie w rodzinie coś się stanie, to pójdziesz się zwierzać ochroniarzowi? – Poderwał się i po chwili wręczył mi numer do właściciela mieszkania. – Nie dałem go nawet agentowi, który zaprosił mnie na obiad. Mam nadzieję, że to cię zado­woli, muszę zrobić moją porcję słówek.

Z jego komórki popłynęły dźwięki jakby wzywającego na ceremonię szkolną dzwonka lekcyjnego wraz z niewyraźnym mamrotaniem o początku seansu. Po kilku krokach odwróciłem głowę – górna część tułowia Yanga tkwiła w kadrze góry aluminiowych drzwi, połowę jego twarzy rozświetlał blask smartfona.

3

W kołyszącym się autobusie linii 128 zacząłem pisać notatkę na komórce.

Na ścianie budki ochroniarzy wisiał pofalowany, pożółkły od papierosowego dymu grafik. Tamtego dnia Yang podpisał się na nim grubym czerwonym flamastrem. Wypytywany o tamto popołudnie, wtedy na językach wszystkich, a teraz osuwające się już w niepamięć, ochroniarz nie krył zdziwienia: „Dziewczyna o wszystkim pomyślała, miała nawet zrobione paznokcie”.

Spróbowałem spojrzeć na tekst oczami swojej szefowej, pani Li – co za szajs. Na pewno jej się nie spodoba. Ten temat od początku zapowiadał śmierć i nikłe szanse na przeżycie.

– To temat sprzed dwóch tygodni, już wyrosły na nim grzyby.

Siedziała przed dwoma monitorami, w ręce trzymała czytnik, na szyi miała zawieszone słuchawki. Od razu rzuciła „nie”, a lewą dłonią już sięgała po kabelek.

Wskoczyła na fotel szefa zaledwie w zeszłym roku, wciąż była pełna pary i od początku krzywo na mnie patrzyła, na niemal wszystkich moich materiałach pisała C, pewnie chciała mnie zmusić do „zmiany ścieżki kariery”. Po pięciu latach faktycznie byłem już „starym wyjadaczem”, za słaby, żeby pracować, za silny, żeby umrzeć.

– Nie. – Pamiętam, że niezbyt grzecznie złapałem ją za rękę, ale miałem w nosie dystans płci i hierarchię. – W tym naprawdę coś jest.

Zarzuciłem ją górnolotnymi hasłami: Zeitgeist, współczesność, kwintesencja. Sam ich nie lubiłem, były jak plastelina, lep czy billboard. Ale czy każdego dnia nie pracowaliśmy właśnie z plasteliną, lepem i billboardami?

– Głodujący artyści? Fanki gotowe oddać życie za idola? Studenci zadłużeni po uszy? Spartaczona operacja plastyczna? Soczyste historyjki z życia wysokich urzędników? Znany intelektualista: seksualny drapieżnik? Ofiara kazirodztwa? – Wyliczała szybko na palcach, jakby odgrywała skecz, po czym ścisnęła pięść. – Same odgrzewane kotlety! Do niczego! – Znów podnios­ła rękę. – Lepiej idź popracować z naszym mistrzem Huangiem4, ma dwa dobre tematy, wejdą do następnego numeru. W przeciwnym razie znowu zaliczysz pusty przebieg.

Mistrz Huang to największy wymiatacz naszego działu, potrafi równocześnie pisać trzy teksty specjalne, ma do pomocy czterech stażystów (na końcu artykułu dorzuca linijkę „taki i taki przyczynił się do powstania tekstu”), a szefowa go uwielbia.

– On zawsze trafia z tematem, nigdy nie miał wtopy.

– Jeśli o tym napiszę, spojrzy pani na to? Nie pójdzie, będzie na mnie. – Nieświadomie uderzyłem w ton negocjacji biznesowych. – To wielka cebula, tylko muszę te warstwy…

Kiedy mówiłem „będzie na mnie”, miała już słuchawki na uszach i chyba podkręciła dźwięk, bo jedynie pokazała mi rozcapierzoną dłoń.

– Pięć dni.

W jej oczach był to dowód najwyższej łaskawości. Wydała mi się znacznie ładniejsza niż minutę wcześniej.

– Dzisiaj się nie wlicza? – Rozciągnąłem usta w przesadnym grymasie.

Pokiwała głową jak królowa z niemych filmów i wydała mi się jeszcze piękniejsza.

Dzisiaj to zatem dzień zero, nic nie szkodzi, że wywiad z Yangiem okazał się porażką.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

1 Czyt. [Jangiem]. W nawiasach kwadratowych podano zbliżoną wymowę poszczególnych wyrazów, jeśli różni się ona od transliteracji w tekście. Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki.

2 Czyt. [Szendżenie].

3 Czyt. [Bajcchidżan].

4 Czyt. [Hłangiem].

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Dzień 0

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie