Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
10 osób interesuje się tą książką
Po tragicznej śmierci rodziny Milana próbuje zacząć od nowa. Odcina się od wspomnień, które mogłyby ją zniszczyć, i od tajemnicy, której nigdy nie powinna zdradzić. Kiedy jednak otrzymuje propozycję sprzedaży rodzinnego domu, wszystko powraca.
Strach. Poczucie winy. I prawda, która przez lata pozostawała w ukryciu.
Bo Brokatowy dom to nie tylko miejsce. Jego ściany pamiętają więcej, niż Milana chciałaby wiedzieć, a ukryte w nim tajemnice mogą okazać się śmiertelnie niebezpieczne. Z każdym kolejnym krokiem Milana zbliża się do odkrycia tego, co naprawdę wydarzyło się przed laty. Jednocześnie coraz bardziej ryzykuje, że po raz drugi straci wszystko.
Ten dom nigdy nie zapomniał.
Odważysz się otworzyć jego drzwi?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 226
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla Krysi.
Prolog
– Nie pogłaśniaj – poprosiłam, kiedy ręka Jeremiego powędrowała do pokrętła. – Potrzebuję ciszy.
Prychnął, ale posłusznie cofnął dłoń i położył ją z powrotem na kierownicy.
– Daj spokój, to twój brat – odparł.
– Co nie zmienia faktu, że ma trzy lata i jest nieznośny.
– Nie jest nieznośny – upierał się. – Jest dzieckiem.
Westchnęłam, kręcąc głową.
– Nieważne – mruknęłam. – Potrzebuję ciszy.
Wiedziałam, że dalsza dyskusja nie ma sensu. Jeremi nigdy nie pozwalał mi powiedzieć złego słowa na mojego brata, co jednocześnie mnie bawiło i irytowało. W końcu był moim chłopakiem, więc powinien trzymać moją stronę.
– Powinnaś odpuścić – powiedział. – Minęły już trzy lata, odkąd jest na świecie, a ty dalej nie potrafisz się z tym pogodzić.
Trudno pogodzić się z tym, że w wieku dziewiętnastu lat zostałam siostrą, kiedy równie dobrze mogłabym zostać matką. A nie chciałam być ani jedną, ani drugą. Pewnie ucieszyłabym się z rodzeństwa kilkanaście lat wcześniej, kiedy potrzebowałam kompana do zabaw. Po niemal dwóch dekadach samotności nauczyłam się jednak radzić sobie w pojedynkę. Wypracowałam własną rutynę, miałam codzienne nawyki, które całkiem lubiłam, i nagle wszystko rozsypało się jak domek z kart.
Nie tylko przestałam być na świeczniku, lecz także musiałam zrezygnować z wielu rzeczy. Na przykład z gry na fortepianie, kiedy Nikodem spał, albo z ciszy, kiedy darł się wniebogłosy. Oddałam mu swój pokój, swoją przestrzeń, swoje rzeczy i rodziców. Wkrótce w domu nie było już dla mnie miejsca, więc postanowiłam się wyprowadzić. To była najlepsza decyzja w moim życiu.
– Przerabialiśmy już to – rzuciłam na odczepne i szybko zmieniłam temat: – Napiszę mamie, że jedziemy za nimi. Ile możemy być do tyłu?
– Z piętnaście minut.
Weszłam w wiadomości i wysłałam mamie krótkiego esemesa. Po niespełna minucie odpisała, że spotkamy się w domu, więc zablokowałam telefon i odłożyłam go na kolana.
– Jeszcze będziesz za nim tęsknić – stwierdził Jeremi i mimo moich wcześniejszych protestów pogłośnił radio.
– Wątpię – burknęłam.
Kolejne kilka kilometrów pokonaliśmy bez słowa, aż nagle duży czerwony samochód zajechał nam drogę i gwałtownie się zatrzymał.
Jeremi musiał odbić w lewo, żeby w niego nie wjechać. Szarpnęło nami do przodu, kiedy wcisnął hamulec. Pas bezpieczeństwa boleśnie wbił mi się w skórę na szyi. Zaczęłam masować to miejsce i jednocześnie spojrzałam na chłopaka.
– Nic ci nie jest? – zapytał i włączył światła awaryjne.
– Nie – odparłam, po czym rozejrzałam się wokół. – Co jest?
Nie wiem, co zauważyłam jako pierwsze. Od rana nad ziemią unosiła się gęsta mgła, która na autostradzie jeszcze bardziej ograniczała widoczność. Poza tym wszystko działo się tak szybko, że mogłam coś źle zarejestrować. Kiedy jednak Jeremi zaczął trąbić na kierowcę czerwonego dostawczaka, wyjrzałam przez szybę i zobaczyłam na prawym pasie kilka samochodów. Każdy miał wgniecioną maskę i tylny zderzak. Niektóre stały bardziej bokiem niż przodem. Jeden leżał odwrócony do góry kołami.
Nie od razu go rozpoznałam. Dopiero po chwili dostrzegłam znajomą osłonę przeciwsłoneczną na tylnej szybie, z motywem z Psiego Patrolu. Miałam wrażenie, jakby ktoś uderzył mnie obuchem w głowę. Świat stanął w miejscu.
To był samochód moich rodziców.
1
Usłyszałam pukanie do drzwi, a zaraz potem ciche skrzypienie, gdy ktoś je otworzył.
– Pani doktor?
Nie odwróciłam się w stronę głosu. Całą uwagę skupiłam na dokumentach, które właśnie wypełniałam.
– Pani Mileno? – odezwał się ponownie cichy damski głosik.
– Milano – poprawiłam automatycznie niezbyt uprzejmym tonem.
Nie mogłam nic poradzić na to, że irytowało mnie przekręcanie mojego imienia. W końcu nie było aż tak skomplikowane. Niespotykane, owszem, ale nie skomplikowane.
Naprawdę nie wiem, czym kierowali się moi rodzice, kiedy je wybierali. Chyba tylko tym, że urodziłam się dwudziestego drugiego września, a tego dnia przypadają imieniny Milany. Reszta informacji, które można o nim przeczytać w internecie, zupełnie do mnie nie pasowała. Szczególnie fragment o kurze domowej, marzącej wyłącznie o tym, by stać u boku ukochanego mężczyzny i rodzić mu dzieci.
Byłam niezależną, samodzielną kobietą. Skończyłam studia i odnosiłam sukcesy w pracy. Rzadko bywałam w domu, bo pracę godziłam z kolejnymi szkoleniami podnoszącymi kwalifikacje. Moje życie towarzyskie praktycznie nie istniało. Gdyby nie Jeremi, pewnie nie miałabym go wcale. Siedziałabym tylko w domu, w pracy albo na szkoleniach i nadal byłabym singielką. Dobrze się złożyło, że poznałam go znacznie wcześniej.
– Przepraszam – wybąkała kobieta nieco głośniej. Dopiero teraz ją rozpoznałam. To była moja nowa asystentka. – Chciałam tylko powiedzieć, że ktoś do pani przyszedł.
– Nie przyjmuję już pacjentów – odparłam, nadal nie odrywając wzroku od dokumentów. – Zapisz go na najbliższy wolny termin.
– To nie pacjent.
Zamarłam z długopisem przyłożonym do kartoteki. Po kilku sekundach doszłam do siebie, skończyłam zdanie, a potem bardzo powoli odwróciłam się w stronę drzwi.
Z trudem ukryłam zaciekawienie. Nikt nie odwiedzał mnie w pracy. Nawet mój chłopak.
Asystentka, na oko dziewiętnastoletnia, stała zmieszana w drzwiach i kątem oka zerkała przez ramię na kogoś, kto czekał za jej plecami, najwyraźniej na moje pozwolenie.
– Proszę wejść – powiedziałam na tyle głośno, by tajemniczy gość mógł mnie usłyszeć.
Dwie sekundy później znajoma sylwetka zastąpiła asystentkę w drzwiach, a ja momentalnie pożałowałam swojej decyzji.
– Och, to ty – mruknęłam.
– Ciebie też miło widzieć, Milano.
Po jej minie trudno było to stwierdzić. Wyglądała raczej, jakby połknęła cytrynę. Gdyby nie ten grymas i kilka drobnych szczegółów, pomyślałabym, że mam zwidy. Tak bardzo przypominała moją mamę. Niestety to nie ona stała teraz przede mną, tylko jej starsza siostra.
– Co cię do mnie sprowadza? – zapytałam, próbując ukryć rozczarowanie i ból, który zaczął wypełniać moje serce.
– Musimy porozmawiać. Może pójdziemy na kawę?
Zerknęłam na zegarek.
– Dochodzi dwudziesta pierwsza – zauważyłam. – Trochę późno jak na kawę.
– To na drinka.
– Jestem autem.
Ciotka westchnęła, najwyraźniej poirytowana moim zachowaniem, po czym przeczesała dłonią ciemne loki, które zaczęły opadać jej na twarz. Przez kilka sekund wyglądała, jakby nad czymś się zastanawiała. Już myślałam, że odpuści, ale nagle rzuciła torebkę na wolne krzesło, domknęła drzwi i pokonała dzielącą nas odległość.
– Dobra, skoro nie chcesz rozmawiać gdzie indziej, to porozmawiamy tutaj – powiedziała, stając przede mną i krzyżując ręce na piersi. – Dlaczego nie odbierasz moich telefonów?
– Bo nie mamy o czym rozmawiać.
– Jesteśmy rodziną. Zawsze będziemy miały o czym rozmawiać.
– Obie wiemy, że nie dzwonisz, żeby zapytać, co u mnie, tylko przez dom.
– Nieprawda.
– Prawda.
– Pytam o ciebie, ale zawsze odpowiadasz tak samo. Że wszystko po staremu. Więc nie drążę.
– Jeśli chodzi o dom, też wszystko jest po staremu, a mimo to drążysz.
– Mam powód, żeby wałkować ten temat.
– Jaki?
– Nie mieszkasz w nim, nie wynajmujesz go, nawet nie sprawdzasz, czy coś nie wymaga remontu – wymieniała. – Z roku na rok traci na wartości. Wkrótce w ogóle nie będzie nadawał się do zamieszkania, więc jedyne, co będziesz mogła z nim zrobić, to go zburzyć.
Poczułam, jak ogarnia mnie gniew.
– I to tak bardzo cię boli? – spytałam. – To nie są twoje pieniądze.
– Milano – zwróciła się do mnie łagodniejszym tonem. – Nie sądzisz, że najwyższy czas odpuścić?
Przymknęłam powieki i pokręciłam głową.
Nie mogłam odpuścić, bo to oznaczałoby, że pogodziłam się z ich stratą. A to nie była prawda. Minęły trzy lata od dnia, w którym widziałam ich po raz ostatni, chociaż wciąż miałam wrażenie, jakby to było zaledwie wczoraj. Najpierw stawały mi przed oczami ich szczęśliwe twarze, a zaraz potem przewrócony do góry nogami samochód.
– Oni nie wrócą – dodała ciocia. – Bardzo bym chciała, żeby to było możliwe, ale wiesz, że…
– Wyjdź – przerwałam jej.
Kiedy nawet nie drgnęła, podniosłam wzrok i na nią spojrzałam. Wyglądała na zaskoczoną. Oczy miała pełne łez. Właściwie ja też, ale mimo to powtórzyłam opanowanym tonem:
– Wyjdź.
– Próbuję ci pomóc…
– Masz kupca?
– Słucham?
– Pytam, czy znalazłaś kogoś, kto go kupi.
Chyba uraziło ją to pytanie, jednak miałam to gdzieś. Skoro ona nie trudziła się, żeby być miła, ja też nie zamierzałam.
– Ja tylko próbuję ci pomóc – powtórzyła. – Czas leci, a ty stoisz w miejscu. To nie jest dla ciebie dobre.
– To ja decyduję, co jest dla mnie dobre – zauważyłam. – Wujek wie, że tu przyjechałaś?
Otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale natychmiast je zamknęła.
– Pewnie uznałby to za głupi pomysł – kontynuowałam. – I zgodziłby się ze mną, że to moja decyzja, co i kiedy zrobię z domem.
– Jesteś jeszcze dzieckiem… Nic nie wiesz o życiu.
– Już dawno przestałam nim być. Powinnaś pójść.
Przez chwilę patrzyłyśmy na siebie w ciszy, a potem powtórzyłam:
– Wyjdź.
Nie od razu mnie posłuchała, jednak w końcu drgnęła. Przeszła przez gabinet, chwyciła torebkę i podeszła do drzwi, po czym nacisnęła klamkę.
– Popełniasz błąd, drogie dziecko – powiedziała łamiącym się głosem.
Nie czekała na moją odpowiedź. Zresztą pewnie i tak by jej nie usłyszała. Wyszła, zamykając za sobą drzwi, a ja poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. Zgięłam się wpół, nadal siedząc przy biurku nad kartotekami pacjentów. Spod moich powiek uwolniło się kilka łez, które starłam gwałtownym ruchem.
Jebać to, pomyślałam. Nie pozwolę, żeby obsesja ciotki na punkcie mojego domu zniszczyła wszystko, co zbudowałam.
Wzięłam kilka głębokich wdechów, zamrugałam intensywnie, odganiając łzy, a potem wróciłam do pracy.
2
– Nie uwierzysz, kto miał czelność przyjść do mnie do pracy – powiedziałam, zdejmując buty.
Rzuciłam klucze na komodę, po czym podeszłam do Jeremiego i pocałowałam go na powitanie.
– Domyślam się, bo najpierw przyszła tutaj – odparł.
Pokiwałam głową. Ciocia nie wiedziała, gdzie pracowałam. Nie widziałam sensu, żeby jej o tym mówić. Pewnie nawet nie zdradziłabym jej naszego adresu, ale Jeremi miał firmę, którą prowadził z domu, więc podawał go do służbowej korespondencji. Łatwo było go znaleźć. Chociaż nie zdziwiłabym się, gdyby po prostu do niego zadzwoniła, a on podał jej adres przez telefon. Nigdy nie potrafił zrozumieć, dlaczego byłam na nią taka cięta.
Wyminęłam go, bo właśnie wtedy do moich nozdrzy dotarł niesamowity zapach z kuchni. Zaburczało mi w brzuchu i dopiero teraz uświadomiłam sobie, że ostatni posiłek jadłam około południa, a właśnie dochodziła dziesiąta wieczorem.
– Jesteś zła, że powiedziałem jej, gdzie cię znajdzie? – zapytał.
Weszłam do kuchni i podeszłam do kuchenki, na której stała patelnia. Uniosłam pokrywkę, pozwalając, by para buchnęła mi w twarz. Jeremi przygotował moją ulubioną potrawkę z kurczakiem.
– Chciała z tobą porozmawiać – dodał. – Powiedziałem jej, że jesteś w pracy.
Odwróciłam się i spojrzałam na niego. Na jego przystojnej twarzy malowało się podenerwowanie wymieszane ze skruchą.
Czasami, kiedy tak na niego patrzyłam, zastanawiałam się, jak to możliwe, że ktoś z takim wyglądem pracował zdalnie nad stronami internetowymi. Równie dobrze mógłby zostać modelem, piłkarzem albo trenerem personalnym, co ostatnio było mocno na topie. Ale to nigdy go nie interesowało. Przynajmniej nie na tyle, żeby wiązać z tym zawodową przyszłość.
Poznaliśmy się w gimnazjum i już wtedy ciągnęło go do komputerów. Lubił wychodzić z chłopakami na piłkę, a w liceum spodobały mu się treningi na siłowni, mimo to zawsze na pierwszym miejscu stawiał programowanie stron internetowych. To dawało mu mnóstwo frajdy i satysfakcji. Kiedy o tym mówił, oczy błyszczały mu z ekscytacji. Chyba nigdy tego nie zrozumiem, ale nie mam z tym problemu. Akceptuję to tak samo, jak on akceptuje moją pracę i to, że praktycznie cały czas jestem poza domem.
– Dobrze wiesz, że ona nie chce ze mną rozmawiać. Próbuje tylko przekonać mnie do swoich racji, a to, co dzisiaj zrobiła, to szczyt bezczelności.
– A więc jesteś zła…
– Nie – odparłam – ale mogłeś mnie uprzedzić.
Odwróciłam się do niego plecami i sięgnęłam do szafki po talerze. Usłyszałam kroki na podłodze, a kilka sekund później jego ramiona owinęły się wokół mojej talii, przyciskając moje plecy do jego torsu.
– Przepraszam.
Odłożyłam talerze na kuchenny blat, położyłam dłonie na jego dłoniach i zadarłam głowę, żeby go pocałować.
– To nie twoja wina, że jest taka wścibska – mruknęłam w jego usta, a potem musnęłam je swoimi. – Znowu próbowała przekonać mnie do sprzedaży domu.
Uwielbiałam jego pełne wargi. Były takie miękkie i zawsze chętnie odpowiadały na moje pieszczoty. Niestety nie tym razem. Wyczułam opór, więc obróciłam się przodem do niego i odsunęłam się odrobinę, żeby spojrzeć w jego ciemne oczy.
– Co jest? – zapytałam, nie rozumiejąc jego zachowania.
Westchnął i odwrócił wzrok, jakby już przeczuwał, że to, co zamierza powiedzieć, może mnie zaboleć. Poczułam skurcz w brzuchu, tym razem jednak nie z głodu.
– Myślę, że ma rację – wyznał.
Skurcz się wzmógł. Właściwie znowu miałam wrażenie, jakby ktoś przywalił mi pięścią w brzuch.
– Chyba sobie żartujesz – oburzyłam się, wyślizgując z jego objęć.
Próbował mnie złapać, ale zwinnie go wyminęłam, chwyciłam talerze, które wcześniej odłożyłam, i ze złością postawiłam je na stole.
– Milano – westchnął zrezygnowany. – Proszę cię.
Spojrzałam na niego, mrużąc oczy.
– Serio? – prychnęłam.
– Powinnaś odpuścić. I tak nie zamierzasz tam mieszkać.
– I co z tego?
– To, że bez sensu jest płacić za dom, który powoli niszczeje.
Wzruszyłam ramionami i założyłam ręce na piersi.
– Przypominam ci, że ja za niego płacę i nie widzę w tym problemu – zauważyłam.
– Ja też bym nie widział, gdybyś w nim mieszkała albo go komuś wynajmowała, ale tak cały czas stoi pusty. Nawet nie jedziesz sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Nie obchodzi cię, że trzeba w nim od czasu do czasu napalić i że niektóre rzeczy wymagają remontu…
– Mówisz jak ciotka.
– Musisz przyznać, że mam rację. Kiedy ostatni raz tam byłaś?
– Nie wynajmę go obcym ludziom – powiedziałam stanowczo. – To mój rodzinny dom. Powinien zostać w rodzinie.
– W takim razie powinniśmy się do niego wprowadzić.
– Nie ma mowy.
– Dlaczego?
– Przecież wiesz.
Podeszłam do kuchenki i chwyciłam za uchwyt patelni. Przeniosłam ją na stół, gdzie Jeremi przygotował już podstawkę. Uniosłam pokrywkę i nałożyłam nam potrawkę na talerze.
– Milano… – zaczął.
– Dlaczego nagle trzymasz jej stronę?
– Bo mam dość tej wojny, którą prowadzicie od śmierci twoich rodziców. To twoja jedyna rodzina, a wy bez przerwy drzecie ze sobą koty. Najbardziej o dom, w którym nikt nie mieszka.
– To mój dom.
– Wiem, ale…
– Nie sprzedam go – weszłam mu w słowo.
Westchnął i przeczesał dłonią włosy.
– Nie rozumiem, dlaczego nadal się upierasz – wyznał. – Minęły trzy lata. Czas leci.
Spróbowałam potrawki, która swoją drogą była pyszna, ale przez jego słowa nagle straciłam na nią ochotę. Odłożyłam sztućce na talerz i odsunęłam krzesło od stołu.
– Nie dla mnie – mruknęłam, wstając. – Idę wziąć prysznic.
– Mila! – zawołał za mną, ale nawet nie drgnęłam.
Zatrzasnęłam za sobą drzwi łazienki, oparłam się o nie plecami i zaczęłam cicho szlochać.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio tyle płakałam. Chyba właśnie trzy lata temu. Wtedy zaczął się ten cały koszmar, który już nigdy nie miał dobiec końca.
3
Następnego dnia wyszłam do pracy, zanim Jeremi zdążył się obudzić, co oznaczało, że na miejscu pojawiłam się sporo przed czasem. Zamknęłam się w swoim gabinecie, wcześniej informując rejestratorki, że przyjmę każdego, kto zgłosi się przed moim pierwszym pacjentem. Mojej asystentki jeszcze nie było, ale zapewniłam je, że poradzę sobie sama. W końcu co to za problem przetrzeć fotel i przygotować gabinet? Miałam szczęście, bo nazbierało się kilku chętnych, więc od razu mogłam zabrać się do pracy i przestać myśleć o tym, co wydarzyło się poprzedniego wieczoru.
Zaraz po tym, jak poszłam do łazienki i trochę dałam upust emocjom, wzięłam prysznic, a potem położyłam się spać. Chwilę później dołączył do mnie Jeremi. Próbował zagadać, ale ignorowałam go, udając, że śpię, chociaż tak naprawdę nie potrafiłam zasnąć przez buzujące we mnie emocje.
Powiedzieć, że byłam zła i rozczarowana, to jak nic nie powiedzieć. Byłam cholernie wściekła, bo nie dość, że ciotka wtrącała się w coś, co jej nie dotyczyło, to jeszcze Jeremi postanowił wziąć jej stronę. Nie spodziewałam się takiej zdrady, więc pozwoliłam sobie na chwilę słabości, ale teraz zamierzałam znowu być nieugięta i chłodna. Tylko w ten sposób mogłam dopiąć swego.
Przez resztę dnia skupiałam się na pracy i jednocześnie obmyślałam plan działania. Niestety wszystko, co przychodziło mi do głowy, sprowadzało się do jednego – powinnam pojechać do domu. Inaczej nie będę w stanie wymyślić żadnych sensownych kontrargumentów dla Jeremiego i cioci.
Ostatniego pacjenta przyjęłam o wpół do piątej. Na szczęście zgłosił się tylko na rutynowy przegląd zębów, więc godzinę później stałam już przed niebieskimi drzwiami wejściowymi, z których mocno łuszczyła się farba.
Wzięłam głęboki wdech i wsunęłam klucz do zamka. Przekręciłam go, a potem nacisnęłam klamkę. Zawiasy zaskrzypiały, ale drzwi ustąpiły i otworzyły się na oścież.
Pierwsze, co uderzyło mnie po wejściu do środka, to potworny smród stęchlizny i wilgoci. W domu panował zaduch, a wszystko dookoła pokrywała gruba warstwa kurzu.
Nie wiem, czego spodziewałam się po domu, w którym od ponad trzech lat nie było żywej duszy, ale ten widok sprawił, że poczułam ukłucie w sercu. W ogóle nie przypominał budynku, w którym się wychowywałam. Jego dusza ulotniła się razem z naszym odejściem. Zostały tylko puste ściany.
Przeszłam przez korytarz i weszłam do salonu, gdzie na środku stał fortepian. Podeszłam do niego z coraz większym uciskiem w piersi, po czym usiadłam na ławie, na której nadal leżał złożony w kostkę ulubiony koc mamy. Wzięłam go do ręki i powąchałam, licząc na to, że poczuję znajomy zapach, ale po takim czasie był już prawie niewyczuwalny.
Odłożyłam koc na bok i chwyciłam za klapę. Rękawem kurtki starłam z niej kurz, który natychmiast wzbił się w powietrze. Zakrztusiłam się, kiedy dostał się do moich płuc, aż załzawiły mi oczy. Szybko doszłam do siebie i otworzyłam klapę, pod którą znajdował się rząd klawiszy. One jedne wyglądały tak, jakby upływający czas w ogóle ich nie dotyczył.
Przez chwilę patrzyłam na nie, a wokół panowała niczym niezmącona cisza. Cisza, która właściwie nigdy się nie zdarzała, kiedy w domu byli wszyscy domownicy. Gdy tak o tym pomyślę, chyba naprawdę nigdy. Nawet jeśli wszyscy pogrążeni byliśmy w głębokim śnie, dom nadal żył. Rury buczały, zegary tykały, drewniane schody skrzypiały. Wszędzie tętniło życie, a teraz pozostała po nim tylko pustka.
Nieświadomie nacisnęłam mocno jeden klawisz. Dźwięk gładko rozpłynął się po pomieszczeniu. Odsunęłam rękę, przestraszona tym, co zrobiłam, ale kilka sekund później znowu położyłam dłoń na klawiszach i przesunęłam po nich opuszkami palców.
Dziwnie było dotykać ich po takim czasie. Wydawały mi się obce, chociaż kiedyś stanowiły moją codzienność. Teraz zamiast klawiszy miałam fotel dentystyczny i wiertła.
Na początku trudno było mi się przestawić, ale nigdy nie brakowało mi uporu, więc zaprzyjaźniłam się ze wszystkimi narzędziami, które przydają mi się w pracy, i nieskromnie mówiąc, całkiem nieźle sobie z nimi radzę.
Nacisnęłam inny klawisz, sprawiając, że tym razem niższy dźwięk przerwał ciszę. Nagle przypomniałam sobie, jak siedziałam tutaj przedostatnim razem. Po wypadku mama trafiła do szpitala. Była w bardzo ciężkim stanie. Tata i Nikodem zginęli na miejscu, ale ona miała jeszcze szansę.
Wierzyłam w nią, więc często siadałam przy fortepianie, włączałam w telefonie tryb nagrywania i grałam jej ulubione melodie. Potem puszczałam jej nagrania, obiecując, że kiedy się ocknie i wróci do domu, zagram dla niej prawdziwy koncert.
Uśmiechnęłam się na to wspomnienie. Byłam wtedy taka podekscytowana. Pełna nadziei. Trzymałam drobną dłoń mamy w swoim uścisku, uważając na urządzenia, do których była podłączona, i opowiadałam jej o naszych planach na przyszłość.
Od pogrzebu taty i Nikodema nie minęło wiele czasu, mimo to jakoś nie potrafiłam o nich mówić ani myśleć. Może to brzmi strasznie, ale tak było mi łatwiej. Dzięki temu nie załamałam się i żyłam dalej, wierząc, że odzyskam chociaż mamę.
Potrzebowałam jej. Nie chciałam być sama. Cholernie się tego bałam. Oczywiście miałam Jeremiego. Zawsze mogłam na niego liczyć. Bardzo mnie wtedy wspierał, ale rodzina to rodzina. On miał swoją, a ja chciałam odzyskać własną.
Niestety stan mamy pozostawał bez zmian mimo upływu czasu. Lekarze przestali wierzyć w poprawę, ale ja nadal nie traciłam nadziei. Oni nie wiedzieli tego, co ja. Nie rozumieli, że mama nie zostawiłaby mnie samej na tym świecie. Nie zrobiłaby tego. Walczyłaby do końca.
Poczułam, jak pod powiekami wzbierają mi łzy, więc odgoniłam bolesne wspomnienia i skupiłam się na rzeczywistości. Położyłam drugą dłoń na klawiszach i najpierw ostrożnie, a później coraz pewniej zaczęłam grać jeden z ulubionych utworów mamy.
Myślałam, że zapomniałam już, jak to się robi, ale chyba to tak nie działa. To raczej jak jazda na rowerze. Tego się nie zapomina.
Dałam się ponieść muzyce, a kiedy melodia dobiegła końca i po raz ostatni nacisnęłam klawisz, zorientowałam się, że płaczę. Po moich policzkach spływały łzy i skapywały na dłonie. Próbowałam zetrzeć je z twarzy, ale na ich miejscu natychmiast pojawiały się nowe.
– Milano.
Zachłysnęłam się powietrzem, nie spodziewając się, że w domu jest ktoś oprócz mnie. Odwróciłam się w stronę głosu, chociaż od razu go rozpoznałam.
– Co tutaj robisz? – zapytałam, ponownie próbując zetrzeć łzy. Tym razem zrobiłam to z jeszcze większą wściekłością, bo nie chciałam, żeby zobaczył, że płaczę.
Westchnął i wskazał na coś, co trzymał w dłoni. Miałam zamazany wzrok, więc przetarłam oczy wierzchem dłoni. Dopiero wtedy dostrzegłam bukiet czerwonych róż.
Jeremi pokonał dzielącą nas odległość i zatrzymał się kilka kroków przede mną.
– Nie chcę się z tobą kłócić – wyznał ze skruchą w głosie. – Przepraszam za wczoraj.
– Skąd wiedziałeś, że tutaj będę? – Nie dawałam za wygraną.
Wyciągnął z kieszeni telefon i pomachał nim przede mną.
– Wyśledziłem cię – odparł.
Skinęłam głową.
Mogłam się tego domyślić. W końcu był programistą i uwielbiał testować różne aplikacje. Nawet te, które wydawały mi się całkiem bez sensu. Na przykład aplikację pozwalającą kogoś wyśledzić. Wiem, że na rynku było ich mnóstwo. Wszystkie iPhone’y mają zaprogramowaną funkcję Znajdź. Mimo to Jeremi stwierdził, że stworzy coś lepszego niż wszystkie razem wzięte, a ja oczywiście, jak dobra i wspierająca dziewczyna, pozwoliłam mu zaprogramować jego dzieło u siebie w telefonie.
– Pięknie zagrałaś – odezwał się ponownie, a na jego ustach pojawił się uśmiech.
Jeremi zawsze uwielbiał, kiedy grałam. Zazwyczaj siadał obok mnie i wpatrywał się w klawisze z nieukrywanym podziwem. Na początku bardzo mnie to krępowało, ale z czasem polubiłam te nasze wspólne koncerty. Niestety po przeprowadzce do jego mieszkania nie grałam dla niego zbyt często, bo to wiązałoby się z przyjeżdżaniem tutaj. Po narodzinach Nikodema robiłam to bardzo rzadko, a trzy lata temu przestałam na dobre.
Oficjalnym powodem był brak czasu i studia, na których musiałam się skupić. Nieoficjalnie nie chciałam tego robić, bo za bardzo przypominało mi o zmarłych rodzicach i życiu, które kiedyś miałam.
Nagle poczułam się skrępowana, jakbym zrobiła coś, czego nie powinnam była robić. Odwróciłam wzrok z powrotem na fortepian, nie chcąc, żeby Jeremi to zauważył.
– Nie powinieneś tu przychodzić – mruknęłam.
– Przepraszam.
– I nie powinieneś tyle mnie przepraszać. – Podniosłam wzrok i znowu na niego spojrzałam, siląc się na uśmiech. – Jestem okropną, niewdzięczną suką. To ja powinnam cię przeprosić…
– Przestań – przerwał mi, pokonał resztę dzielącej nas odległości i objął moją twarz dłońmi. – Wcale nie jesteś suką i nie musisz mnie za nic przepraszać.
Spojrzałam w jego ciemne tęczówki. Dostrzegłam w nich szczerość i upór. Byłam pewna, że nie dam rady przekonać go do swojej racji, chociaż oboje doskonale wiedzieliśmy, że to, co powiedziałam, było prawdą. Delikatnie mówiąc, nie należałam do miłych osób i wszyscy wokół o tym wiedzieli. Nie mieli tylko pojęcia, skąd to się wzięło, a ja nie miałam zamiaru się tłumaczyć.
W każdym razie Jeremi twierdził inaczej. Nie chciałam się z nim kłócić, więc odwróciłam wzrok. Kątem oka dostrzegłam róże, które położył na ławie obok mnie. Ostrożnie po nie sięgnęłam.
– Piękne – powiedziałam, podziwiając krwistoczerwone płatki.
Chłopak powoli odsunął się ode mnie. Nie spojrzałam na niego, ale byłam pewna, że na jego twarzy pojawił się grymas niezadowolenia z powodu tego, że zmieniłam temat.
– Dziękuję – dodałam, a potem przyciągnęłam go do siebie i pocałowałam.
Nie spodziewał się tego. Zamarł na kilka sekund. Na szczęście szybko doszedł do siebie i odwzajemnił pocałunek.
– Wracajmy do domu – poprosił.
To tutaj był mój dom. Mimo wszystko pozwoliłam mu zawieźć się z powrotem do jego mieszkania.
Redakcja: Mariusz BartnikKorekta: Elżbieta RożkiewiczProjekt okładki: Tomasz BiernatSkład: Tomasz Biernat
Copyright by Justyna Spandel 2026Copyright for the Polish Edition by Wydawnictwo Nocą,Warszawa 2026
Druk i oprawa:Drukarnia Sowa
ISBN: 978-83-68657-67-8
WYDAWNICTWO NOCĄul. Filipiny Płaskowickiej 46/8902-778 WarszawaNIP: 9512496374www.wydawnictwonoca.ple-mail: [email protected]
Spis treści
Prolog
1
2
3
