BRAĆ. Tom 1 - Jurga Paulina - ebook
NOWOŚĆ

BRAĆ. Tom 1 ebook

Jurga Paulina

5,0

193 osoby interesują się tą książką

Opis

W brutalnym świecie postsowieckiej mafii lat 90. lojalność ma wysoką cenę, a zdrady się nie wybacza. Trzej synowie sołncewskich awtoritetów – Kosłow, Paszczenko i Wasin – muszą sprawdzić, czy ich przysięga braterstwa przetrwa w cieniu władzy, zemsty i krwi.

Szyty, zdradzony przez własną rodzinę, powraca po latach jako człowiek o dwóch tożsamościach, gotowy do krwawej zemsty. Jego droga splata się z losami Rusłana Kutajewa, czeczeńskiego bojownika, który ma do wykonania ważne zadanie.

Tymczasem w Warszawie zakazana miłość nastoletniej Ani Pudliszewskiej staje się iskrą zapalną w mafijnej wojnie.

Witaj w świecie przemocy, wypaczonej miłości i wystawionej na próbę przyjaźni. W świecie, z którego nie ma wyjścia – bo worowski mir opuszcza się przez śmierć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 650

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Karolinaloniewska

Nie oderwiesz się od lektury

SZTOS! Świetna książka, autorka ma niesamowity talent ❤️ Czekam na więcej!
51
Miron700

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacja! Takiej mafii potrzebujemy!
31



Jurga

BЯAČ

Paulina Jurga

PЯOLOG

„Bądź cierpliwy, kozaku, a zostaniesz wodzem”

przysłowie rosyjskie

I

1915Chitrówka, dzielnica Moskwy

Chitrówka, podobnie jak Chamowniki czy Zamkoskowrieczje, była dzielnicą zapomnianą przez Boga, ale za to tkwiła głęboko w pamięci władzy. Moskiewski przedsionek piekła, zbiorowisko biedoty, robotników, wygnańców i… przestępców. Dzielnica, gdzie ubóstwo, zapomnienie i grzech stanowiły jedność. Miała jednak pewną przewagę nad innymi moskiewskimi dzielnicami: to tu dokładnie cztery lata temu, w prawosławne święto Epifanii, zjawił się nikomu wówczas nieznany szesnastoletni chłopak. Był wychudzony, obryzgany zaschniętą krwią, z obłąkańczym spojrzeniem i dobytkiem składającym się jedynie ze skórzanych rękawiczek i starego rzeźnickiego noża, którym posługiwał się tak znamienicie, jakby był on przedłużeniem jego ręki, i to nie tylko w kontekście skórowania zwierzyny.

Jako że minęło kilka miesięcy, nim zaczął rozmawiać z ludźmi, nazwano go Strogan1. Nie wyjawił jednak nikomu, że w istocie nazywa się Wiaczesław Nikołajewicz Kosłow, syn księcia Kosłowa, zdegradowa­nego do stanu chłopskiego, a następnie publicznie rozstrzelanego za rzekomą zdradę stanu. Kilka tygodni po tych wydarzeniach piętnastoletni wówczas chłopak za podburzanie ludności został zesłany na katorgę2. Już tam przekonał się, że ma dar zjednywania sobie odpowiednich ludzi. Nie dziwota, że udało mu się nakłonić starego Urkę do ucieczki.

Dokładnie rok od chwili, kiedy stopa Kosłowa po raz pierwszy przekroczyła granice eksy, spektakularnie dali nogę. Drogę przez zmarznięte połacie tajgi przeżył jednak tylko Wiaczesław. Stary Urka na skutek odniesionych ran zmarł wkrótce po opuszczeniu katorgi. W ostatnich słowach doradził towarzyszowi, że Chitrówka to jedyne słuszne miejsce, do którego powinien się udać. Wiaczesław niósł martwe ciało na plecach – doprowadzony do ostateczności, żywił się ludzkim mięsem z martwego współwięźnia – aż dotarł do cywilizacji.

W pierwszej kolejności skierował się do rodzinnego majątku, który następnie spalił do gołej ziemi wraz z zaszlachtowanym hrabią Woroncowem i jego rodziną. To jego machlojki doprowadziły do tego, że ród Kosłowów stracił wszystko. Łącznie z dobrym imieniem. Ale Woroncow nie wiedział jednego: że Strogan jest pamiętliwy. I honorowy. Zwłaszcza jeśli chodzi o rodzinę. Tak jak obecnie o jego brać. Może dlatego ludzie lgnęli do Strogana? Bo był sprawiedliwy, zapewniał ochronę i z otwartymi ramionami przyjmował w swoje szeregi każdego, kto tylko tego chciał? Mieszkańcy dzielnicy tak samo przyjęli go cztery lata temu. Do końca swoich dni posługiwał się kliczką. To ona dawała mu pozorną ochronę przed ponownym zesłaniem na Sybir.

1 Strogan – od strogij (z ros.), wiecznie surowy, poważny [wszystkie przypisy pochodzą od autorki, chyba że zaznaczono inaczej].

2 Katorga – kara stosowana w carskiej Rosji, polegająca na skazywaniu więźniów zarówno kryminalnych, jak i politycznych na przymusową, ciężką pracę głównie na Syberii i Dalekim Wschodzie. Zwana też eksą.

II

Tej nocy oddział ochrany3 wpadł do skromnej chaty Paszczenków i wywlekł na ulicę Aleksandra, męża Swiety, oraz Zuraba, przyjaciela rodziny. Kobieta, wykorzystując zamieszanie, czmychnęła wraz z dwoma nastoletnimi siostrami Gruzina przez okno na poletko za domem. W przeciwnym wypadku tylko Bóg raczyłby wiedzieć, jak by się to dla nich skończyło. Co rusz słyszano o napaściach carskiej policji na kobiety i o brutalnych gwałtach. Swieta nie wyobrażała sobie, co by to oznaczało dla Nino i Mai. Ta druga miała zaledwie trzynaście lat. Nie oglądając się za siebie i drżąc o życie, poprowadziła dziewczęta w jedynym słusznym kierunku: do sutereny Strogana. Zgodnie z tym, jak na wszelki wypadek poinstruował ją mąż.

Mężczyzna mimo późnej pory bez wahania przyjął Swietę i dziewczyny w swoje progi. Choć ta pierwsza była tęgą blondynką o dużych niebieskich oczach, to dwie nastoletnie Gruzinki stanowiły jej przeciwieństwo. Tak jak ich brat Zurab były szczupłe, ciemnowłose, z oczami o barwie deszczowych chmur.

W suterenie unosił się zapach pleśni. Gazety w małych podsufitowych okienkach za dnia praktycznie nie przepuszczały światła, jedynym jego źródłem był płomień w starym metalowym piecyku oraz kilka lampek oliwnych rozmieszczonych w pomieszczeniu. Dwie z nich znajdowały się na półce z ikoną. Zasłona przewieszona w progu po lewej oddzielała kącik do spania. Jak na warunki panujące na Chitrówce, te można było określić jako nad wyraz luksusowe. Gdzieniegdzie na nisko zawieszonych belkach sufitowych wisiały wiązki suszonych roślin: makówek, liści datury, ziół i czort wie, czego jeszcze. Swieta wolała w to nie wnikać. Chciała tylko bezpieczeństwa dla siebie i dwóch dziewczyn, które miała pod opieką.

Strogan był jedyną osobą, do której mogły się teraz udać. Zresztą jej mąż i Zurab ufali mu bezgranicznie i wspólnie z nim planowali interesy, mające na celu polepszenie jakości życia mieszkańców Chitrówki.

– Strogan, kochana, myśli jak te arystokrackie psy. Wie, czego im potrzeba, Swietko. Mają już wszystkie dobra materialne, więc gotowi są sięgać dalej… po uciechy duchowe. Są w stanie zapłacić krocie za dobry samogon, opium albo kilka nasion datury – zdradził Aleksandr żonie, gdy pewnej nocy wrócił po kilku dniach nieobecności.

Swieta wiedziała, że pachan – jak czule nazywano Strogana – nie zostawia ludzi w potrzebie. W przeciwieństwie do innych watażków panujących w różnych dzielnicach Moskwy słynął z tego, że traktował swoich ludzi jak rodzinę. Może dlatego w tak łatwy sposób zdobył rangę lidera w tej jamie?4 Dla wielu był synonimem boga – surowego, ale sprawiedliwego, a przede wszystkim dbającego o swoich.

Swieta wpatrywała się z przerażeniem, ale i nadzieją w przepełnione troską bezlitosne oczy mężczyzny, który wysłuchawszy jej ­relacji, tonem nieznoszącym sprzeciwu rzekł:

– Od teraz są pod moją opieką! Są nietykalne, czy to jasne? – Wskazał palcem na przestraszoną kobietę stojącą na środku wielkiego pomieszczenia i wtulone w nią dwie dziewczyny. Przeszył wzrokiem przebywających w suterenie mężczyzn, którzy zamarli. – Ktokolwiek choćby ośmieli się spojrzeć na nie w nieodpowiedni sposób, będzie miał ze mną do czynienia.

Każdy z nich wiedział, co to oznacza. I każdy był świadom, że Strogan dotrzymuje słowa.

Odszukał dwóch najpostawniejszych mężczyzn. Stali oparci plecami o pokrytą wilgocią, bieloną wapnem ścianę.

– Wy dwaj, roznieście wieść po dzielnicy! Niech każdy wie, że słowo Strogana jest prawem.

Swieta się skuliła i drżącym głosem powiedziała:

– Dziękujemy, pachanie. Nie wiem, jak… – Przerwała, bo nie była w stanie znaleźć słów, które właściwie wyraziłyby jej wdzięczność.

Przełamawszy strach, podeszła skulona i ujęła dłoń mężczyzny. Klęknąwszy na jedno kolano, ucałowała złoty sygnet z koroną na jego palcu – jedyną rodzinną pamiątkę, którą zachował po księciu Kosłowie. Swieta powstała z podłogi, a wtedy coś w spojrzeniu Strogana się zmieniło. Lodowaty dreszcz przebiegł jej po plecach i poczęła się cofać. Kiedy obejmowała ramionami dziewczyny i przytulała je do siebie, mężczyzna niespodziewanie ryknął:

– Won mi! Wszyscy! Ale już!

Łypnął groźnie na zebranych i wykonał ręką gest, jakby odganiał natrętną muchę. Gdy przerzucił spojrzenie na kobietę i jej podopieczne, nadal stojące na środku pomieszczenia, w jego zimnych oczach pojawiły się łagodność i troska.

– Wy zostańcie – dodał i utkwił wzrok w Swiecie. A kiedy wszyscy pozostali mężczyźni pospiesznie opuścili suterenę, dopytał: – Aleksandr to twój mąż, prawda?

– Tak, panie Strogan.

– A Zurab to wasz brat? – upewnił się, spoglądając na dziewczyny.

Jedna z nich, starsza, już dawno wpadła mu w oko. Miała w spojrzeniu tę ikrę i butę, której brakowało młodszej siostrze. To właśnie ona potaknęła w odpowiedzi.

– Jak brzmią wasze imiona? – spytał.

– Swieta Aleksandrowa Paszczenko – przedstawiła się żona Aleksandra.

– Ja jestem Nino Wasinowa, a to moja młodsza siostra Maia.

Mężczyzna ze zrozumieniem pokiwał głową. Nino obawiała się tego człowieka, ale jednocześnie wiedziała, że Zurab nigdy się nie mylił. O Stroganie krążyły krwawe legendy. Te prawdziwe i te mijające się kompletnie z prawdą. On zaś nie dementował żadnej z nich. Jedno było pewne: był surowy i nie znał litość dla wrogów, ale dla swoich gotów był zrobić wszystko. Często mówiono, że jego ludzie są dla niego jak bracia, a grupę zebraną wokół mężczyzny carskie władze okrzyknęły bratwą.

– Jaka… jaka będzie zapłata za twoją ochronę, panie Strogan? – zapytała Swieta z przestrachem.

Nie była głupia. Wiedziała, jakimi prawami rządzi się ten świat. A szczególnie dzielnice takie jak ta. Zwłaszcza kiedy się jest kobietą, a jedyna wartościowa rzecz, którą się ma, to własne ciało.

Mężczyzna uśmiechnął się kącikiem ust, przez co jego przystojna twarz zdawała się lekko drapieżna.

– Nie taka, jakiej się obawiasz, Swieto – zapewnił i przysiągłby, że wszystkie trzy odetchnęły z ulgą. – Nie zawsze chodzi o korzyści. Wasze bezpieczeństwo to nie kwestia zapłaty. To kwestia honoru. A ja jestem człowiekiem honoru. Przeżyłem Sybir. Przetrwałem ucieczkę przez mroźną tajgę.

Kobieta patrzyła na niego ze łzami w oczach. Potwierdziły się słowa jej męża: „Strogan przeżył Sybir, kochana. Ten człowiek jest godzien zaufania. A o zapłatę się nie martw. Zabezpieczyłem cię”.

– Jeszcze raz dziękujemy. – Swieta pokłoniła się nisko, czując, jakby zdjęto jej ogromny ciężar z barków.

Wszystkie trzy zwróciły się ku wyjściu, a wówczas on ponownie się odezwał:

– Nino, ty zostań.

Widział wyraźnie, jak kobiety napięły się niczym struny. Oczy Swie­ty ponownie się zaszkliły łzami. Stanęła przed dziewczynami, starając się je zasłonić własnym ciałem, po czym trzęsącym się z nerwów głosem wydusiła:

– Weź mnie, panie, zamiast niej. To jeszcze…

Strogan westchnął zniecierpliwiony, a ona mogłaby przysiąc, że z trudem stłumił śmiech.

– Obiecałem, że nie stanie się wam krzywda? Obiecałem. Powtarzam: jestem człowiekiem honoru, Swieto. Idźcie z Maią do domu. Nino niebawem wróci. Osobiście dopilnuję, by dotarła cała i zdrowa.

– Idź – odezwała się cicho dziewczyna. – Ufam mu.

Te słowa, choć wypowiedziane szeptem, dotarły do uszu mężczyzny, a jego pierś zalało przyjemne ciepło. Nieznane mu dotąd uczucie, które – jak stwierdził ze zdumieniem – mógłby polubić.

Kiedy został sam na sam z Nino, podniósł się powoli z misternie wyrzeźbionego krzesła. Nie było jeszcze w pełni gotowe. Strugał je nocami, kiedy bezsenność wypierała koszmary, w których na nowo przeżywał śmierć ojca, karne zesłanie i morderczą drogę przez tajgę.

Strogan poruszał się cicho. Jak zjawa – przemknęło Nino przez myśl. Nie było bowiem słychać odgłosu kroków na drewnianej podłodze. Serce w piersi dziewczyny obijało się o żebra. Nie dała jednak po sobie poznać, że się boi. Instynktownie czuła, że ten mężczyzna jej nie skrzywdzi. Był niewiele starszy od niej. Wysoki, dość szczupły, ale szeroki w ramionach. Miał na sobie ciemne spodnie, białą koszulę z kołnierzykiem i kamizelkę. Przy drzwiach dostrzegła zawieszony na haczyku bury filcowy kapelusz. Jego ciemne włosy były krótko przystrzyżone.

Przystojny – ta jedna myśl powracała w jej głowie niczym bumerang, odkąd we trzy przekroczyły próg sutereny. Kosłow podszedł do Nino i stanął w niewielkiej odległości od niej.

– Możesz zamieszkać pod moim dachem, jeśli chcesz. – Głos Strogana stał się niski i wywoływał w ciele dziewczyny nieznane, acz przyjemne mrowienie. – Miejsca starczy dla dwojga.

Ośmielił się dotknąć knykciami jej policzka i czule pogładził rozpaloną skórę. Szare oczy z ciemną obwódką wokół tęczówek spoglądały na niego z ufnością.

– Schlebiasz mi, ale… – zawahała się. – Nie zrobię nic bez zgody brata.

Milczał. Jego dłoń zjechała na jej podbródek. Potarł kciukiem miękkie wiśniowe wargi i zniżył głowę. W porę się odwróciła – spierzchnięte usta trafiły na policzek. Drgnęła pod wpływem tej niewinnej pieszczoty. Usłyszała jego cichy śmiech, a potem szept:

– Dla ciebie jestem gotów poczekać.

Zadrżała, ale nie z obawy. Mężczyzna wyraźnie się spoufalał, a ona z zaskoczeniem odkryła, że wcale nie czuje się tym przytłoczona. Wręcz przeciwnie, była podekscytowana, a uśmiech sam jej się cisnął na usta.

– Chodźmy – rzekł i pochwycił rękę dziewczyny. – Odprowadzę cię do domu.

Kiedy tylko znaleźli się poza budynkiem, w ich nozdrza uderzył zapach dymu z kominów, a także woń gotowanej kaszy i ziemniaków. Suterena Kosłowa znajdowała się w jednym z nielicznych podpiwniczonych budynków, tuż obok maleńkiej cerkwi. Każdej niedzieli wraz z resztą mieszkańców uczestniczył w Boskiej Liturgii.

Nino szła w niewielkiej odległości od niego, ubrana jak wszystkie kobiety w prostą sukienkę z fartuszkiem i chustę. Zauważył, że buty ma już strasznie pokancerowane. Obiecał sobie, że sprezentuje jej nowe. Błoto chlupało pod ich stopami na nieutwardzonym trakcie. Mijali zapuszczone tawerny i niewielkie sklepiki, które funkcjonowały tu chyba tylko dla zasady i były bardziej miejscem wymiany plotek niż handlu. Towarów wiecznie brakowało, a mieszkańcy radzili sobie, jak mogli, uprawiając poletka za domami. Dookoła zabudowań panował chaos. Nikt nie dbał tu o porządek wokół obejść. Nawet wzdłuż głównych arterii, przy drewnianych budynkach z zadymionymi dachami z gontu, walały się narzędzia i różne odpadki.

– To tu – oznajmiła, jakby nie miał pojęcia, gdzie mieszka, a przecież nic w tej części dzielnicy nie działo się bez jego wiedzy.

Lichy drewniany domek, który rodzina Paszczenków dzieliła wraz z Wasinami – odkąd ci drudzy przybyli tu z dalekiej Gruzji – okolony był rozpadającym się płotem. Uwagę Strogana przykuła grządka z polnymi kwiatami. Coś ścisnęło mu gardło. Jego matka też uwielbiała kwiaty. Ogrodnik zawsze dbał, by posiadłość Kosłowów otaczały kwitnące krzewy.

– Zmarkotniałeś, panie – słusznie zauważyła.

– Nie jestem twoim panem, Nino – odparł rozbawiony.

– Jak zatem mam cię zwać? Strogan? Jak wszyscy?

– Nie jesteś jak wszyscy, Nino. – Uśmiechnął się kącikiem ust, a potem ponownie ośmielił dotknąć jej policzka. – Nie chciałbym, żebyś była. To dlatego pragnę mieć cię bliżej siebie.

Wypuściła drżący oddech. To, co się między nimi działo, było dla niej niczym ciepłe promienie słońca w zimny, ponury dzień.

– Ale nie zdradziłeś swojego imienia – wytknęła z przekrzywioną lekko głową, przypatrując mu się spod długich rzęs.

Strogan się zawahał. Kliczka dawała mu anonimowość. Nawet Aleksandr i Zurab nie znali jego tożsamości.

– Nie ufasz mi? – dopytała z żalem. – Ja tobie zaufałam.

– Nie ufam wszystkim pozostałym – szepnął, zbliżając usta do jej ucha. Czuła ciepło oddechu na skórze. – Ludzie to bestie. Imię to jedyne, co mi pozostało po moim dawnym życiu.

– Nigdy bym go nie zdradziła – zapewniła cicho i odważyła się złapać go za dłoń. Była duża, ciepła i szorstka. – Robisz dla nas więcej niż ktokolwiek inny. Wiem, co to lojalność. Wasinowie także dbają o swoich.

– A czy ja do nich należę?

Patrzyła z ufnością w jego brązowe oczy i przytaknęła, czując, jak jej policzki robią się gorące. Strogan zatrzymał wzrok na delikatnej twarzy. Miał świadomość, że wiele ryzykuje, jednak w spojrzeniu tej dziewczyny widział coś, czego sam dawno już nie czuł: nadzieję. Westchnął cicho, a potem znów się pochylił i nadal nie puszczając jej ręki, wyszeptał:

– Wiaczesław, ale… mów do mnie Sława, proszę. – Dawniej tym zdrobnieniem zwracali się do niego tylko najbliżsi.

– Sława – powtórzyła, jakby smakując jego imię na języku.

Zdawało się znajome, ale miało w sobie odrobinę mroku. Podobało jej się i pasowało do niego. A on uznał, że nigdy wcześniej nie słyszał, by z czyichkolwiek ust brzmiało tak pięknie.

– Dziękuję, że mogłem ci towarzyszyć. – Odsunął się i uśmiechnął do niej, a ona odwzajemniła się tym samym.

Ten mężczyzna już dawno zwrócił jej uwagę. Przyciągał ją swoją charyzmą i aparycją. Onieśmielał Nino, a jednocześnie intrygował. Emanował brutalnością i łagodnością. Młody, lecz o spojrzeniu człowieka dojrzałego i doświadczonego przez los. Strogan składał się ze wielu sprzeczności i może właśnie dlatego był pierwszym męż­czyzną, który wzbudzał w niej zainteresowanie. Możliwe też, że właśnie dlatego nie miała nic przeciwko, iż odtąd codziennie się u nich zjawiał, by się napić czaju karasznika5 lub mlecznego kwasu6. Obserwował z zadowoleniem, jak Nino żywo reaguje na przynoszone przez niego prezenty: nowe trzewiki, cukier czy prawdziwą kawę, której aromat jeszcze długo po wypiciu unosił się w skromnej izbie.

Dziewczyna z zaskoczeniem zauważyła, że z dnia na dzień z coraz większą niecierpliwością wyczekuje wizyt Strogana. Od czasu do czasu, kiedy udało jej się dostać drożdże, piekła specjalnie dla niego bubliczki. Pozwalała się trzymać za rękę, kiedy spacerowali ulicami Chitrówki, nierzadko zatrzymując się przy stoiskach z parującymi samowarami, by skosztować namiastki prawdziwego czaju. I się modliła. Żarliwie. Żeby brat jak najszybciej wrócił z katorgi. Cały i zdrów, bo bardzo chciała Stroganowi oddać więcej niż tylko swoje serce.

3 Ochrana – tajna policja polityczna w czasach carskiej Rosji.

4 Jama – kryjówka złodziejskiego półświatka, melina.

5 Karasznik – niskiej jakości resztki herbaty.

6 Mleczny kwas – rosyjskie określenie na skwaśniałe mleko.

III

To były długie dwa lata, podczas których Kosłow jeszcze bardziej umocnił swoją pozycję i wprowadził kodeks, którego przestrzegania bezwzględnie wymagał. Miał niezwykły dar gromadzenia wokół siebie właściwych osób, które dosłownie jadły mu z ręki, ślepo podążając za rozkazami. Pierwszym, co ustanowił, był obszczak – majątek, na który musiał się składać każdy, kto chciał się osiedlić w Chitrówce, w całości przekazywany na pomoc dla rodzin jego ludzi. Worów w za­konie – złodziei, którzy przestrzegali honorowych zasad. Okradali tylko carskie szuje. Mordowali wyłącznie frajerów, którzy na to zasłużyli. Chronili swoich. I nie pozwalali obcym watażkom panoszyć się po dzielnicy.

Aleksandr i Zurab powrócili wczesną wiosną. Zupełnie niespodziewanie pojawili się w czasie wieczornego posiłku w progu domu. Swieta była przeszczęśliwa, tak jak i Nino oraz Maia. Wieść w okamgnieniu dotarła do Strogana, który z miejsca w otoczeniu najbliższych towarzyszy udał się do chaty Paszczenki. Kiedy stanął w drzwiach, mieszkańcy zamarli, a potem trzej przyjaciele rzucili się sobie w objęcia.

– Kirył! – zwrócił się do nastoletniego wyrostka, który wraz z rówieśnikami także przybył powitać ocalałych z katorgi. – Zbierz ko­legów i rozgłoście w całej Chitrówce, że oto powrócili moi przyjaciele! Moi bracia z wyboru! Dziś nie pracujemy! Dziś świętujemy! Misza – wskazał mężczyznę z blizną – nakaż kobietom przynieść do mojej sutereny to, co mają dziś w domu najsmaczniejszego. Zagotujcie czaj w samowarach! – przemawiał Strogan, otaczając Zuraba i Aleksandra ramionami. Czuł, że ten dzień wszystko zmieni. Już dawno w jego głowie zrodził się plan na wzbogacenie się i rozszerzenie wpływów bratwy. – Naszykujcie tyle samogonu, ile zdoła pomieścić mój stół! Ocalałych z carskich obozów pracy należy powitać tak, jak na to zasługują. Jak bohaterów! Niech wszyscy widzą, jak bratwa świętuje powrót swoich do domu!

Zerknął na ukochaną Nino, która ze łzami w oczach lepiła chinkali. Wiedział, że przygotowuje je specjalnie dla niego. Tłumaczyła mu kiedyś symbolikę niektórych gruzińskich potraw. Te pierożki lepi się dla bliskich. Cieszyło go, że to właśnie o nim tak myślała. Nie zamierzał już dłużej zwlekać i postanowił, że podczas uczty poprosi Zuraba o rękę dziewczyny.

Zarówno brat Nino, jak i Aleksandr nie przypominali dawnych siebie. Potwornie chudzi, z rozbieganymi spojrzeniami, podskakujący na każdy szmer. Czarne włosy Paszczenki niemal w całości pokryły siwe pasma, a zielone oczy straciły dawny blask. Dla Strogana byli żywym wspomnieniem jego samego sprzed lat. Dobrze rozumiał ich ból. Dobrze wiedział, jakie potwory zamieszkały w ich głowach. I już nigdy ich nie opuszczą. Az wozdam – przemknęło mu przez myśl. Zemszczę się.

– Idźcie już do domu pachana – rzekła radośnie Swieta. – Dokończę z dziewczynami chinkali i do was dołączymy.

Aleksandr wyswobodził się spod ramienia Strogana, podszedł do żony i zaczął ją całować. Żarliwie i czule. Oddał w ten sposób cały dwuletni ból oraz tęsknotę za nią i domem. Kobieta czuła, jak łzy szczęścia płyną jej po policzkach. Najchętniej nie wypuszczałaby męża z objęć… z łoża, ale wiedziała, że pachanowi się nie odmawia. Przecież jeszcze się sobą nacieszą.

Żadne z nich nie miało pojęcia, że kiedy oni szykowali się do świętowania, ochranę już poinformowano, iż do Chitrówki powrócili najbliżsi towarzysze Strogana. Chcąc trzymać tę swołocz w ryzach, postanowili udać się do domu Paszczenki, by przypomnieć, że w Moskwie rządzi car i jego ludzie, a nie banda wyjętych spod prawa nierobów. Kiedy pięcioosobowy oddział stanął w progu chaty, Swieta z przestrachu aż upuściła tacę z ugotowanymi chinkali. Pospiesznie, nie spuszczając przybyszów z oka, pozbierała pierożki i umieściła z powrotem na paterze, po czym ostrożnie podniosła się z kucek. Maia i Nino stały nieruchomo w kącie, zlęknione. Nie ufały ludziom cara.

– Szukamy tych dwóch! – warknął najstarszy z nich, bezzębny i potwornie opuchnięty. – Gdzie oni?

– Tu ich nie ma – odpowiedziała Swieta zgodnie z prawdą. Głos jej drżał, tak jak i dłonie, które splotła na podołku.

– A zatem, towarzysze, poczekamy – rzekł z zadowoleniem do reszty oddziału. – Przygotuj nam jakiś trunek i jedzenie.

Kobieta posłusznie się odwróciła, odstawiła tacę poza zasięg wzroku żołnierzy ochrany, po czym sięgnęła do szafki po czarny chleb i smalec. Szepnęła do Nino, by ta przyniosła butlę bimbru. Nakroiwszy kromek, ułożyła je na talerzu i zaniosła mężczyznom, którzy zdążyli się już rozsiąść przy stole. Ten, którego wzięła za dowódcę, zobaczywszy poczęstunek, zrzucił jedzenie ze stołu. Wstał, złapał przerażoną ­Swietę za górę sukni i potrząsnął gwałtownie.

– Nie będę jadł tego paskudztwa. Dawaj pierogi! – Po tych słowach odepchnął ją gwałtownie i tak mocno, że upadła.

Maia podbiegła do zapłakanej kobiety i pomogła jej wstać. Obie skulone wycofały się w kąt, a ów żołnierz zbliżył się do tacy z chinkali.

– Łapy precz! – warknęła Nino.

– Nino, to tylko pierogi. Niech zjedzą… – prosiła cicho Swieta. Miała świadomość, że oddziały ochrany są brutalne, znane ze swej bezwzględności.

– Nie! To chinkali dla Strogana! Nie dla tej hołoty! – Wskazała palcem żołnierzy.

Całym sercem gardziła carem i wszystkim, co było z nim związane. Poza tym przyrządziła je dla ukochanego. Jak co tydzień. Miała cichą nadzieję, że Strogan poprosi dziś jej brata o pozwolenie, by została jego towarzyszką. Gdyby nie szacunek, jakim darzyła Zuraba, już dawno w pełni oddałaby siebie Wiaczesławowi.

Żołnierz ochrany nie brał pod uwagę odmowy. Zaśmiał się tylko w głos, nazywając Nino „głupią babą”. Podszedłszy do talerza, złapał jednego pieroga i wsadził sobie do ust. Chwilę później potężny cios spadł na jego głowę, a on runął na ziemię jak nieżywy. Decyzja Nino, choć odważna, pociągnęła za sobą katastrofalne skutki.

Nim wieść o nalocie ochrany dotarła do uszu Strogana, minęło sporo czasu. Czasu, którego kobietom zabrakło. Mieszkańcy, pochłonięci przygotowaniami do uczty, zaniedbali wprowadzone przez niego patrole. Dopiero jeden z młodzików przybiegł z wrzaskiem, że z chaty Paszczenki dobiegają kobiece krzyki. Strogan, Aleksandr i Zurab wraz z resztą mężczyzn pędem ruszyli na pomoc. Zastali splądrowany dom i trzy ciała. Gdy później przekazywano tę historię dalej, podkreślano, że jeszcze nigdy w Chitrówce nie było słychać tak przepełnionego rozpaczą ryku. „Mógłby zbudzić umarłego” – mówiono.

Strogan tylko patrzył. Nie drgnął mu żaden mięsień, a nawet można było odnieść wrażenie, że przestał oddychać. Mimo skupienia na rozgrywającej się przed nim scenie w istocie nie widział lamentującego Aleksandra tulącego do piersi martwe ciało Swiety. Nie dostrzegał Zuraba klęczącego z twarzą przyciśniętą do ziemi. Nie słyszał też wymawianych przez niego gruzińskich słów. Nie trzeba było znać tego języka, by się domyślić, że wyrażały bezbrzeżną rozpacz.

Kosłow widział tylko swoją Nino. Martwe oczy wpatrujące się w sufit, policzki, na których ślady łez nie zdążyły jeszcze wyschnąć. Rozpłatane gardło, z którego wylana krew utworzyła sporej wielkości kałużę wokół głowy. Suknia dziewczyny była podarta, a jej dół zakasany do pasa. Podobnie jak u Swiety i Mai. Ślady nie pozostawiały wątpliwości, że kobiety zostały brutalnie zgwałcone. Strogan podszedł do ciała Nino i rozpiął guziki swojej koszuli. Zdjął ją i nakrył roznegliżowane biodra ukochanej. Dotknął jej policzka. Był chłodny. Aż nim samym wstrząsnęły dreszcze. Nie dalej jak kilka godzin temu były gorące, rozpalone, rumiane. Teraz, blade niczym papier. Ostrożnie położył palce na powiekach i je zamknął. A potem się pochylił i pocałował sine usta.

Ostatni raz – pomyślał.

Następnie przeniósł wzrok na leżącą na ziemi metalową tacę i porozrzucane chinkali. Nino gotowała je dla niego. Nazajutrz chciał jej przekazać, że rozmawiał z Zurabem i ten się zgodził, by Nino została jego towarzyszką. A teraz… teraz nie liczyło się nic poza…

– Trzeba zająć się pochówkiem. – To były jedyne słowa, które rzekł do swoich ludzi.

Już miał wstać z klęczek, gdy zauważył, że coś błyszczy w zaciśniętej pięści dziewczyny. Ostrożnie rozcapierzył palce i wydobył spo­między nich złoty guzik. A potem wyszedł. W domu uważnie przyjrzał się znalezisku. Teraz miał stuprocentową pewność. Wytłoczona na nim litera „N” odnosiła się do hasła Bezpieczeństwo Ludowe7. Takie guziki znajdowały się tylko przy mundurach ochrany.

Zaszył się w swojej suterenie na najbliższe dwa dni. Pierwsze dwadzieścia cztery godziny nie spał. Myślał. Planował. I rozpaczał.

Żałoba po stracie Nino rozrywała mu pierś. Wiedział, że nie spocznie, póki nie pomści śmierci tych trzech niewinnych kobiet. Nie miał wątpliwości, że musi zrobić to sam – Aleksandr i Zurab nie przeżyliby ponownego zesłania na Sybir. A on był już tam legendą. To przecież jego stary Urka wybrał na swoją prawą rękę. Obaj zapisali się w historii eksy. Kosłow wiedział, że będzie mu łatwiej. Teraz był silniejszy niż jako piętnastoletni wyrostek. Sprytniejszy niż wcześniej. Ucieczka będzie tylko kwestią czasu. I zjednania sobie odpowiednich ludzi, a z tym Strogan nie miał najmniejszych problemów.

– Az wozdam – szepnął w przestrzeń.

Kiedy nocą wspominał chwile sam na sam z Nino, postanowił uhonorować cnotę, której strzegła. Oboje pragnęli siebie tak mocno, że to aż bolało. Ich pocałunki z czasem robiły się coraz śmielsze, a dłonie coraz odważniej badały ciała. Lecz mimo żaru gorejącego pod skórą wolą dziewczyny było czekać. On natomiast pomimo bólu w lędźwiach szanował jej decyzję. Obecnie Strogana gryzło jedno – pustka tam, gdzie jeszcze dwa dni temu biło zakochane w Nino serce.

Nazajutrz udał się na moskiewski targ na Placu Trubnym. Nie słyszał panującego tu gwaru, nie czuł zapachów jedzenia unoszących się w powietrzu i nęcących przechodniów do zakupów. Czuł za to ciężki aromat kwiatów ze stoiska, przy którym właśnie się zatrzymał. Utkwił wzrok w białych jak śnieg liliach. Wiedział, że symbolizują niewinność.

– Ile? – spytał sprzedawcę.

Po spojrzeniu, którym został zmierzony, domyślił się natychmiast, że trafił na wyjątkowo pazerną gnidę. Chytry uśmieszek, którego mężczyzna nawet nie starał się ukryć, sprawiał, że Strogana swędziały palce. I bardzo ciążył mu rzeźnicki nóż, ukryty pod kamizelką. Mógł to załatwić szybko. Jeden płynny ruch i ciało handlarza leżałoby martwe na bruku. Ale chciał to zrobić, jak ­należy. Uczciwie. Dla Nino.

– Dla ciebie? – prychnął handlarz z lekceważeniem. – Piętnaście rubli.

Swołocz! – przemknęło mu przez myśl.

– Dziesięć – oświadczył Strogan.

– Panie. To unikatowe sztuki, sprowadzone z Holandii. Dwanaście.

Kosłow łypnął na niego groźnie. Wiedział, że to spora przesada. Przeciętna pensja robotnika to dwadzieścia rubli miesięcznie. Mimo to nie wykłócał się dalej. Ba, byłby gotów zapłacić i piętnaście. Dla Nino. Wykorzystał pieniądze z obszczaku. Zamierzał o tym poinformować swoich ludzi. I spłacić dług. Zarówno ten finansowy, jak i honorowy. Zobowiązał się chronić te trzy kobiety. Nieważne, że Aleksandr i Zurab powrócili z katorgi. Mieszkały na podległym mu terenie i to na jego barkach spoczywała odpowiedzialność za ich śmierć.

W dzień pochówku włożył najlepszą kamizelkę i najschludniejsze spodnie. Spod posłania wyciągnął całkowicie nowy ciemnobeżowy robotniczy kaftan, sięgający połowy uda. Na głowę wcisnął filcowy kapelusz. Ze stojącego na stole słoja wyciągnął zakupioną dzień wcześniej białą lilię.

Kobiety pochowano we wspólnej mogile na Cmentarzu Rogożskim. Pogrzeb także opłacono z obszczaku. Strogan stał teraz nad świeżo usypanym grobem. Przywdział na twarz maskę obojętności, gdy wraz z ostatnimi opadającymi grudkami ziemi jego serce zamieniło się w głaz, a żyły wypełniło jedyne mające prawo bytu uczucie: żądza zemsty. Wiedział, że jako pachan – autorytet dla swoich braci – nie może pozwolić sobie na okazywanie emocji, choć wszystko wewnątrz krzyczało z rozpaczy.

Z jego rozkazu w dniu pochówku nie padło w Chitrówce żadne słowo. Ciszą postanowił uczcić pamięć Swiety, Nino i Mai. I nikt nie ośmielił się pogwałcić tego nakazu. Polecenie mężczyzny było święte. Do dziś po Moskwie krążą opowieści, że był jeden taki dzień, kiedy z Chitrówki nie dobiegły żadne głosy.

Strogan położył na wierzchu mogiły białą lilię. Ustawieni wokół grobu żałobnicy z gromnicami zdmuchnęli płomienie. Kosłow, Paszczenko i Wasin, idący na czele pochodu złożonego z mieszkańców Chitrówki, udali się z powrotem do swoich domów.

Pachan ponownie zaszył się w swojej suterenie, zażądawszy wcześniej całkowitego spokoju i samotności. Zerknął na przygotowany tego ranka cynowy kubek pełen sadzy ze spalonego papieru wymieszanego z wodą. Postawił go na starej drewnianej ławie. Zza pieca wyciągnął samogon, a z kieszeni ostry gwóźdź. Usiadł przy stole. Ze stoickim spokojem przyglądał się swojej lewej dłoni. Upił łyk alkoholu, a następnie naciął opuszkę palca i upuścił kilka kropli do cynowego kubeczka. Wymieszał wszystko starannie i wziął kolejny głęboki wdech. Serce mu przyspieszyło, gdy przyłożył gwóźdź do skóry. Znów go odsunął i polał rękę samogonem. Był zadziwiająco zimny.

Tak jak ciało Nino – przebiegło mu przez myśl.

Nie wydając z siebie dźwięku, bez zbędnej zwłoki zatopił końcówkę gwoździa w skórze. Zapiekło. Ból z każdym ruchem był coraz intensywniejszy, Strogan jednak cierpliwie nakłuwał, tworząc na wierzchu dłoni prosty symbol lilii. Skóra szczypała, krew znaczyła rękę cienkimi strużkami, ale on tatuował dalej. Robił to nawet wtedy, kiedy jego ciało zrosił zimny pot. Nawet kiedy treść żołądka podchodziła mu do gardła, a ból zdawał się nie do wytrzymania. Kosłow uciekał myślami do swojej Nino. Wspominał jej czuły uśmiech i słodkie pocałunki, bo tylko na tyle – albo na aż tyle – mu pozwoliła przed uzyskaniem zgody brata.

Krew zawrzała w żyłach Strogana, kiedy kolejnym obrazem, jaki pojawił się w jego wyobraźni, było martwe ciało dziewczyny. Spojrzał na ponakłuwaną skórę. Dłoń spuchła, pulsowała, a ból robił się uciążliwy. Kosłow starannie wydziarał jeszcze imię ukochanej, a następnie roz­począł żmudny proces wcierania w ranę papki z sadzy. Pot ciekł mu po skroniach, cierpienie wykrzywiało twarz, a łzy szczypały w kącikach oczu. Sam już nie wiedział, czy z rozpaczy, czy z fizycznego bólu. Na koniec polał wszystko alkoholem i nie wydobywszy z siebie ani jednego dźwięku, opadł bez przytomności na stół.

Gdy się ocknął, lewa dłoń pulsowała boleśnie. Strogan ponownie oblał skórę samogonem, a następnie odszukał w szafce smalec i natłuś­cił tatuaż. Oddychał szybko i płytko, z każdym dotknięciem rany ­tłumił jęk bólu. Na koniec spod materaca wyciągnął ojcowskie skórzane rękawice i założył jedną, by zabezpieczyć ranę. Miał świadomość, że w takich warunkach niezwykle łatwo o zakażenie.

Następnego ranka odkrył, że dłoń jeszcze bardziej spuchła, a brzegi tatuażu są zaognione. Gorączkował. Znów więc polał skórę alkoholem, przesmarował smalcem i okrył rękawicą. Po posiłku udał się do chaty Paszczenki, a gdy przekroczył jej próg, uderzyła go przejmująca cisza i panujący tu bałagan. Na drewnianej podłodze nadal widniały trzy zaschnięte kałuże krwi. Odgłos kroków zaalarmował Zuraba, który wynurzył się z izby, zarośnięty i brudny.

– Doprowadź się do ładu. I zwołaj schodkę – nakazał Strogan chłodno, po czym wrócił do swojej sutereny.

Zasiadłszy na krześle, obserwował, jak zbierający się tłum mężczyzn gęstnieje z każdą minutą. Słyszał ich pełne niedowierzania szepty. Większość nadal nie mogła pojąć, że ochrana dopuściła się takiej zbrodni na niewinnych kobietach. Docierające do uszu Kosłowa wściekłe pomruki w przeważającej części dotyczyły najmłodszej z ofiar, Mai. Zerknął na skórzaną rękawicę zakrywającą tatuaż. Jego ciałem wstrząsały dreszcze. Pomiędzy palcami prawej ręki przekładał złoty guzik. Kiedy zyskał pewność, że zebrali się już wszyscy, wstał. Powiódł spojrzeniem po swoich ludziach – swojej braci – i odezwał się opanowanym tonem:

– To była ochrana. – Uniósł guzik, po czym wbił wzrok w Zuraba i Aleksandra. – Zawiodłem. Zobowiązałem się je chronić. Mimo że moja piecza formalnie dobiegła końca wraz z waszym powrotem, to i tak nie mogę sobie darować, że taką bestialską zbrodnię popełniono na moim terenie… zaledwie dwie ulice dalej. – Zwiesił głowę i wyznał: – Nino była bliska mojemu sercu. Tego wieczora, kiedy ona ­wydała z siebie ostatnie tchnienie, poprosiłem Zuraba o jej rękę.

Po pomieszczeniu przetoczył się szmer pełnych zaskoczenia okrzyków. Strogan milczał przez moment, powoli układając sobie w głowie to, co chce przekazać.

– Przysięgam! Klnę się na własne życie, że nie spocznę, dopóki nie dokonam krwawej zemsty! Dopóki nie dokona się to, co Gruzini zwą licrwi. Choćbym ponownie miał trafić na Sybir. Choćby to była ostatnia rzecz, jakiej dokonam – dodał ciszej.

– Jesteśmy z tobą, pachanie! – rzucił ktoś z tłumu, a reszta zawtórowała.

– Pójdziemy z tobą – usłyszał głos Paszczenki.

Popatrzył przyjacielowi w oczy i ostro zaoponował:

– Nie! To zadanie, którego wykonania podejmuję się sam, Aleksandrze. Ty i Zurab musicie zostać tu, w Chitrówce. Musicie czuwać nad tym, co udało się nam zbudować przez ostatnie lata. Będziecie moimi oczami i uszami. Będziecie moimi dłońmi. Na wypadek, gdybym trafił do katorgi. Lub… nigdy nie wrócił…

Zamilkł. Nikt nie ośmielił się przerwać tej przejmującej ciszy. Strogan stał z dumnie podniesioną głową. Starał się nie okazywać tego, jak potwornie lęka się powrotu na Sybir, chociaż na samą myśl o tym skręcało mu trzewia.

– Nie ma zgody na bestialstwo wobec moich ludzi! Teraz zamordowali Bogu ducha winne kobiety! – Podniósł głos tylko po to, by kolejne zdanie wypowiedzieć pełnym dramatyzmu półszeptem: – Jutro mogą zabić wasze dzieci.

– Hańba!

– Ubić swołocz!

Strogan uniósł dłoń, a wszyscy zamilkli.

– Nikt nie będzie bezkarnie panoszył się po moim terenie. Czy to inny watażka, czy ci frajerzy z ochrany!

Kosłow zrobił pauzę, czując, jak niewidzialna pięść zaciska mu gardło. Atmosfera grozy i smutku ciążyła na barkach wszystkich zebranych.

– Widziałem, jak weszli od Pokrowskiej – wybrzmiał głos młodego chłopaczka, może w wieku Mai. – Duży oddział, uzbrojony w pałki i karabiny. Schroniłem się. Czułem, że szukają kozłów ofiarnych.

– Wiedzieli o powrocie Aleksandra i Zuraba – dodał ktoś inny.

– Moja luba podsłuchała, jak rozmawiali między sobą, że muszą pokazać tej hołocie, gdzie ich miejsce – wtrącił postawny mężczyzna z blizną ciągnącą się przez cały policzek i powiekę. Jego towarzyszką była siostra jednego z członków ochrany.

Strogan przymknął powieki. To było w stylu carskich żołnierzy. Brutalne zastraszanie. Zwłaszcza słabszych.

– Zurabie, Aleksandrze – zwrócił się do przyjaciół – pod moją nieobecność to wy czuwacie nad dobrem organizacji. To na waszych barkach spocznie odpowiedzialność za naszych ludzi. Będziecie dla nich wzorem. Awtoritietami. Długo nad tym wszystkim rozmyślałem i doszedłem do wniosku, że musimy umocnić naszą strukturę. Powinna być jak pajęcza sieć. Niby jedność, ale składająca się z wielu segmentów, które trzeba pokonać, by dotrzeć do środka. Gdy jedna część się naderwie, natychmiast jest łatana, a jej funkcję przejmuje kolejna.

Kosłow rozejrzał się uważnie. Znał swoich ludzi. Byli jego braćmi z wyboru. Nową rodziną. A rodzina potrzebuje zasad, by właściwie funkcjonować. Otaczali go ludzie, którzy skoczyliby za nim w ogień. Ludzie, którzy wykonają każdą jego wolę bez zająknięcia, bo wiedzą, że on nigdy nie zostawia swoich w potrzebie. Czuł, że właśnie dokonuje się historyczna zmiana. A to, co teraz ogłosi, będzie miało wpływ na przyszłe pokolenia osób kroczących jego śladami. Ludzi sprzeciwiających się władzy i państwu, które zamiast otaczać opieką, niszczy i wyzyskuje.

– Ojciec nauczył mnie, że najważniejsze są honor i lojalność. – Popatrzył po zebranych. – Musimy być lojalni wobec siebie. Bo tylko na siebie – wskazał palcem wszystkich zebranych – możemy liczyć. Musi­my przestrzegać zasad, które uczynią nas silnymi. Niepokonanymi. Może i nie zarabiamy uczciwie, lecz czymże jest uczciwość w państwie bezprawia? Tym, że jedni mają więcej od innych? Tym, że bogatsi mogą wyzyskiwać biednych? Gardzę carem! Gardzę państwem bezprawia! Jesteśmy worami w zakonie! To ten bezduszny system nas stworzył i to przeciw niemu będziemy od tej chwili działać. Będziemy złodziejami i mordercami, ale nasze wewnętrzne zasady pomogą nam przetrwać. Dadzą siłę do wyzbycia się słabości. I biada temu, kto podniesie rękę na jednego z nas.

Zamilkł. Podszedł do stołu, na którym nadal stała butelka samogonu, cynowy kubeczek z breją z sadzy i zakrwawiony gwóźdź. Podniósł go. Paznokciem zeskrobał resztki juchy z ostrej końcówki, a następnie powiódł wzrokiem po zebranych. W oczach braci dostrzegł to, czego w tym momencie tak bardzo potrzebował. Zapewnienie, że będą podążać ścieżką, którą właśnie zaczął wyznaczać. Pod prąd. Wbrew wszystkiemu i wszystkim. Zwali go pachanem. Ojcem. Dlatego jako pierwszy musiał przejść swoisty chrzest. Zapoczątkować rytuał, bez którego nikomu z zewnątrz nie będzie wolno wkroczyć w szeregi bratwy.

Bez słowa, nie przerywając kontaktu wzrokowego z resztą, rozchełstał koszulę, upił łyk bimbru, a potem wylał odrobinę na lewą pierś. Zacisnął palce na gwoździu. Wziął głęboki wdech i wstrzymał powietrze z chwilą, gdy ostry szpikulec zatopił się w skórze na torsie po stronie serca. Zemdliło go, ale nie ustawał w jej rozrywaniu, dopóki nie wykonał czterech kresek tworzących prowizoryczną ośmioramienną gwiazdę. Polał ranę alkoholem i począł wsmarowywać breję z sadzy. Kręciło mu się w głowie, żółć podchodziła do gardła, lecz on nie przerywał. ­Krople potu zrosiły kark i czoło, kiedy wcierał maź w ostatnią część wzoru.

– To będzie nasz znak rozpoznawczy. Nikt, kto nie zasłuży na to, by wstąpić w nasze szeregi, i kto nie dowiedzie bezwzględnej lojalności wobec bratwy, nie ma prawa nosić gwiazdy na sercu, a każda samowola będzie surowo karana.

Widział, jak wszyscy kiwają głowami na znak zrozumienia. A potem kładąc palec wskazujący po kolei na każdym z ośmiu ramion, ­zaczął wyliczać:

– Milczenie. Honor. Lojalność. Brak sporów. Pomoc innym worom. Przestrzeganie zasad. Bratwa zawsze na pierwszym miejscu. Kto raz wstąpi w nasze szeregi, nigdy nie będzie mógł dobrowolnie nas opuścić.

– Dzala ertobaszia – dobiegł go cichy szept Zuraba. – W jedności siła.

Tej nocy wszyscy mężczyźni obecni w suterenie przysięgli posłuszeństwo Stroganowi i bratwie. Każdy własnoręcznie wyrył sobie na piersi worowską gwiazdę, przypieczętowując dane słowo swoją krwią. A kiedy ostatni wor przysiągł: „Worów nie opuszczę nigdy!”, Strogan wziął swój rzeźnicki nóż, wsunął do kieszeni guzik, który znalazł w dłoni Nino, i rzekł:

– Przysięgam, że tej nocy sprawiedliwość zatriumfuje.

A potem opuścił suterenę.

7 Bezpieczeństwo Ludowe – Narodnaja Bezopasnost (z ros.)

IV

Rankiem Moskwę obiegła informacja o pięciu bestialskich zabójstwach żołnierzy ochrany. Każdemu rozpłatano gardło, odcięto genitalia i wsadzono je ofiarom w usta. Każda z nich została także pozbawiona oczu, a na czole wszystkich wyryto jedno słowo: zemsta. Dzień ten został zapamiętany przez mieszkańców jako krwawa niedziela, a Strogan zapadł się pod ziemię.

Aleksandr i Zurab przewodzili bratwie w jego imieniu, stopniowo rozszerzając jej wpływy, najpierw poza obszar Chitrówki, który początkowo im podlegał. Wykorzystując chaos, jaki zapanował po rewolucji październikowej, bratwa w ekspresowym tempie objęła swoimi mackami kolejne dzielnice Moskwy, skutecznie pozbywając się konkurencji.

Do dziś nie wiadomo, jak Stroganowi udało się ustalić tożsamość morderców Swiety, Nino i Mai. Do dziś nie wiadomo też, gdzie przebywał przez pięć kolejnych lat. Zjawił się znienacka, stając w progu swojej sutereny, która służyła Aleksandrowi i Zurabowi za miejsce spotkań siedmiu – siemiorki. Mężczyzna w schludnym skórzanym płaszczu, eleganckim kapeluszu i popalający cygaro w niczym nie przypominał dawnego Strogana. Kojarzył się raczej z arystokratą. Kiedy jednak zdjął skórzane rękawice, by ukazać tatuaż lilii na lewej dłoni, a potem rozsunął poły koszuli w miejscu, gdzie widniała wyryta worowska gwiazda, nikt nie miał wątpliwości. Pachan powrócił.

Pierwsi podeszli do niego Aleksandr i Zurab. Przyklękli na jedno kolano, położyli sobie dłonie na piersiach – tam, gdzie mieli wytatuowane symbole – a potem Zurab odezwał się jako pierwszy:

– Ród Wasinów nigdy nie zapomni tego, co dla nas zrobiłeś.

– Tak jak i rodzina Paszczenków – dodał Aleksandr.

– Pomściłeś bestialskie zabójstwo moich sióstr i żony Aleksandra.

– Dokonałeś tego sam, bo uznałeś, że tak trzeba. Że ich bezsensowna, niesprawiedliwa śmierć wymaga zemsty.

– Dlatego postanowiliśmy, że w ramach wdzięczności… w ramach spłaty długu, jakiego żadne pieniądze świata niezdolne są pokryć… uznajemy, że od tej chwili władza wśród naszej braci będzie dziedziczona w twojej rodzinie zgodnie z prawem męskiego pierworództwa, chyba że zasiadający u władzy pachan postanowi inaczej – oświadczył Zurab.

– A wszyscy tu zebrani są świadkami naszej decyzji – dodał Aleksandr. – Ja, Aleksandr Paszczenko, przysięgam ci posłuszeństwo. A jeśli zdradzę, niechaj spłonę.

– Ja, Zurab Wasin, przysięgam ci posłuszeństwo. A jeśli zdradzę, niechaj spłonę.

A potem kolejni mężczyźni obecni w suterenie przyklękali na jedno kolano przed swoim pachanem, powtarzając słowa przysięgi. Każdy też ucałował należący do rodu Kosłowów pierścień z koroną, który Strogan nosił na palcu wskazującym prawej dłoni. Kiedy ostatni z worów wstał, mężczyzna zdjął kapelusz i rzekł:

– Ja, Wiaczesław „Strogan” Kosłow, przysięgam zawsze dbać o dobro bratwy. Przysięgam rządzić sprawiedliwie i stać na straży wspólnie ustalonych praw. Przysięgam nie mieć litości dla wrogów. A jeśli zdradzę, niechaj spłonę.

GЯISZA

Wor narażony jest na trzy słabości, synu: przyjaźń, kobiety i rodzinę.

A ze słabościami trzeba walczyć.

Anatolij Kosłow

1

Grisza

1992Bułatnikowo, wieś pod Moskwą

– Czyja kolej? – spytał lekko bełkotliwie Jurij, zbierając karty ze stołu.

Gęste, ciemne włosy opadały mu na oczy. Zza lekko falującej grzywki widać było tylko białka, kiedy zerkał na nas uważnie znad talii kart. Ciemniejsza karnacja i nieogolona twarz sprawiały, że przypominał kaukaskiego rozbójnika, a nie wora w zakonie.

– Luka tasuje, Marina polewa – oznajmiłem.

Dziewczyna wstała. Miałem teraz przed oczami jej długie nogi. Krótka sukienka, w którą była dziś ubrana, kończyła się tuż poniżej tyłka. A dekolt… Przełknąłem ślinę, obserwując, jak kręcąc biodrami, podchodzi do barku. Gdzie podziała się ta przeklinająca jak szewc chłopczyca? Jeszcze w zeszłym roku nosiła szerokie spodnie i za duże koszule w kratę, a włosy chowała pod czapką z daszkiem. Wtedy w ogóle bym na nią nie zwrócił uwagi. Dziś trudno od niej oderwać spojrzenie. Jedno się nie zmieniło. Nadal wodziła maślanym wzrokiem za Paszczenką, kiedy ten nie widział. Raz jeszcze prześlizgnąłem się spojrzeniem po jej krągłościach.

Fajny widok!

– Zaraz się zaślinisz – zadrwił cicho Luka, tasując karty w dłoniach i łypiąc na mnie ostrzegawczo.

– Masz z tym jakiś problem? Skoro jest na co popatrzeć…

– Gadacie o mojej siostrze! – warknął Jurij.

– Słyszę wszystko! – zachichotała Marina.

– Ja? Nie… – Opadłem plecami na oparcie sofy, rozłożyłem na nim szeroko ramiona i uśmiechnąłem się przekornie, patrząc na Lukę.

Był totalnym przeciwieństwem Wasina. Gładko ogolony, ze starannie ułożonymi czarnymi włosami i szerokimi ramionami, wytrenowanymi podczas setek godzin spędzonych na basenie. Mógłby z powodzeniem uchodzić za dyrektora jakiejś spółki.

Luka rozdał karty, po czym wyciągnął w moją stronę paczkę czerwonych Chesterfieldów.

– Szluga?

Chwyciłem papierosa, wsunąłem między wargi i nachyliłem się do płomienia, który buchnął z trzymanej przez Jurija zapalniczki. Sam także wyciągnął jednego z paczki Luki i go odpalił. Zastanawiałem się, kiedy wraz z papierosem podpali również swoje włosy.

– W sumie to, jak by nie patrzeć, coś was łączy – zadrwiłem.

Luka łypnął na mnie podejrzliwie.

– Nas?

– No ciebie i Marinę.

– No… dwie dziewice – zarechotał Jurij.

– Jesteście obleśni! – fuknęła dziewczyna, kryjąc zmieszanie. Dostrzegłem to w jej szarych oczach.

– Ale zawsze możesz to zmienić. – Jurij szturchnął Lukę i odciągnął koszulę, ukazując worowską gwiazdę.

– Zrobię to, jak skończę Cambridge – zapewnił.

– Ja mogę to zrobić dzisiejszej nocy… – wtrąciła Marina zmysłowym głosem. – Nowy Rok to idealny…

– Zamknij się, Marina! – Jej brat poczerwieniał ze złości.

– Sam zacząłeś – roześmiałem się, a moje spojrzenie ponownie zawadziło o dziewczynę.

Jej słowa o tym, że chciałaby to zrobić dzisiaj, sprawiły, że zaczęła mnie jeszcze bardziej kusić. Zaciągając się papierosem, znów na nią zerknąłem. Co było, kurwa, ze mną nie tak, że dopiero w tym roku dostrzegłem, jak urzekająco jest piękna?

Mielibyśmy ładne dzieci… Na tę myśl aż zakrztusiłem się dymem. Co się ze mną dzieje? Czy to wina tego gruzińskiego samogonu, którym Marina nas poi?

Wtem spojrzała na mnie znad ramienia i mrugnęła swawolnie. Dobrze wiedziałem, co robi. Rozpraszała i nęciła, by wygrać – kolejny rok z rzędu.

Wszystkie chwyty dozwolone, prawda?

Nie odrywałem od niej wygłodniałego spojrzenia. Zadziwiające, jak przez ostatni rok się zmieniła. Nie była już dzieciakiem, ale kobietą. Cholernie gorącą kobietą. Na dzisiejszą okazję zrobiła nawet makijaż, choć jak dla mnie był zbędny. Brązowe włosy, kilka tonów jaśniejsze od włosów jej braci, widoczne brwi, szare oczy, naturalnie czerwone usta oraz ciemna karnacja nadawały jej egzotycznego wyglądu. Przez moment nie zrywaliśmy kontaktu wzrokowego. Widziałem, jak pod naporem mojego spojrzenia lekko się zaczerwieniła, ale szybko ukryła zmieszanie, łapiąc butelkę alkoholu bez etykiety. Zawstydzona Marina to było dla mnie coś zupełnie nowego. I bardzo pociągającego.

– Znowu ten gruziński szajs? – wyjęczał Luka, kiedy Wasinowa złapała za szyjkę butelki wypełnionej czaczą. – Wódki bym się napił.

– Wymiękasz? – podpuściłem go.

– Mówisz do swojego fiuta?! – odgryzł się.

– Nie, do twojego. – Ostentacyjnie złapałem się za krocze. – Mój ma się świetnie.

Luka zmroził mnie lodowatym spojrzeniem, a w pomieszczeniu zawibrował dźwięczny śmiech Mariny. Chichotała jeszcze wówczas, gdy z wprawą, jakiej mógł pozazdrościć jej niejeden barman, odkorkowała butelkę i nalała alkoholu do kieliszków. I nagle zamarła.

– Deda?8

Wszyscy spojrzeliśmy w stronę drzwi prowadzących na korytarz, gdzie stała matka Mariny. Już wiedziałem, po kim jej córka odziedziczyła urodę. Nani Wasinowa musiała być kiedyś olśniewająco piękna. Teraz stała zgarbiona, w workowatej sukni, i wodziła po nas przestraszonym wzrokiem.

Dziewczyna podbiegła do niej pospiesznie, tłumacząc coś po gruzińsku. Jurij zbladł i cały się spiął.

– Zamknij się, idiotko! – wrzasnął, na co pani Wasinowa skuliła się jeszcze bardziej.

Marina stanęła w połowie drogi, łypnęła na brata i wycedziła przez zaciśnięte zęby:

– Nie strasz jej, kretynie!

– To mów po rosyjsku!

– Będę mówić, jak mi się będzie podobało! JEGO i tak nie ma!

A potem podeszła do matki i zaczęła czule do niej przemawiać, kompletnie nie przejmując się panującym w domu zakazem używania gruzińskiego. Atmosfera zgęstniała.

– Wypijmy – zaproponowałem. – I tak musimy czekać, aż wróci, żeby zacząć kolejną partię.

Nie zdążyłem jednak podnieść kieliszka, bo do pomieszczenia wszedł Muraszka, prawa ręka Jurija. Lubiłem chłopaka, nadawał się do tej roboty. Zresztą Wasin mówił o nim w samych superlatywach. Ja jeszcze nie znalazłem odpowiedniego człowieka, chociaż stary suszył mi o to głowę. Ale to musiał być ktoś, komu będę mógł zaufać. Jeśli miałem przejąć władzę, potrzebowałem sowietnika, na którym będę mógł polegać w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach. Ten jeden zostawiam jako margines błędu. Każdy ma bowiem jakąś słabość, dla której gotów jest złamać nawet przysięgę krwi. Lukę w osobowości, którą można wykorzystać, by sterować drugim człowiekiem jak marionetką.

– Chodź, chodź, młody – zachęciłem Muraszkę, klepiąc miejsce obok siebie. – Zagrasz za Marinę.

– Właściwie to przywiozłem panu gościa. – Kiwnął głową w stronę drzwi, w których zaraz pojawił się Jegor.

– A to ci niespodzianka – skomentował Jurij. – Nie miałeś czasem siedzieć w Polsce?

– Miałem. Ale wróciłem. Coś ci nie pasuje? – fuknął w odpowiedzi.

– Nie zapominaj, do kogo mówisz!

– Możesz mi skoczyć, Wasin.

– Och, zamknijcie się obaj! – rozkazałem ostrym tonem. – Zachowujecie się jak dzieci!

W istocie zamilkli, ale nadal spoglądali na siebie nieprzychylnie.

– Załatwiłem spotkanie z Pudlem – oznajmił Jegor.

Ożywiłem się na te słowa. Prowadziliśmy interesy w Polsce, ale zależało nam na dotarciu do czołowych graczy w Warszawie. Jegor przez ostatnie pół roku torował ścieżkę i w końcu odniósł sukces.

– Świetna robota – pochwaliłem go. – Ojciec będzie zadowolony.

– Z czego? – Nawet nie wiedziałem, kiedy do pokoju wróciła Marina. – Och, cześć, Magik.

Posłała Jegorowi jeden ze swoich słodkich uśmiechów, które ostatnio testowała na mnie. Nie powiem, działały jak cholera. Na niego też, bo przez dłuższą chwilę się na nią gapił. Nie spodobało mi się to. Jurijowi najwyraźniej też.

– Przestań pieprzyć moją siostrę wzrokiem! – żachnął się. – A ty nie interesuj się męskimi sprawami.

– Jasne, ty i męskie sprawy – odfuknęła.

– Będę pieprzył wzrokiem, kogo chcę i kiedy chcę – wtrącił Jegor. – Ale uspokoję cię. Dzieci mnie nie interesują…

Zanim się zorientowaliśmy, coś świsnęło i obok ramienia Jegora pojawiła się wbita w oparcie kanapy rękojeść różowej sycylijki. Ma­ri­na dyszała wściekle. Muraszka zasłonił usta dłonią, tłumiąc wybuch śmiechu.

– Pojebało cię?! – wrzasnął Jegor. – Mogłaś mnie zranić!

– Mogłeś nie nazywać mnie dzieckiem!

Podeszła do kanapy i nachyliła się tak, że jej cycki miałem teraz przy twarzy, a zapach dziewczyny wniknął głęboko w moje nozdrza. Chwyciła nóż sprężynowy, wyciągnęła go i schowała pod spódniczkę. Dopiero teraz zauważyłem małą kaburę przytwierdzoną do uda. Aż mi stanął na ten widok.

– Spadam do siebie – oświadczył Jegor.

– Muraszka, odwieź go – powiedział Jurij. – A potem masz wolne.

– Możesz skoczyć z nami do klubu – zaproponował Luka.

– Jestem za! – wtrąciła Marina.

Pewnie poczułbym się zazdrosny, gdyby nie fakt, że Muraszkę bardziej interesowały fiuty.

– Chętnie! – ucieszył się chłopak, po czym wyszli razem z Jegorem.

– Ty nigdzie nie jedziesz! – oświadczył siostrze Jurij, kiedy tylko zamknęły się za nimi drzwi.

– Gówno masz do gadania, dobrze o tym wiesz! – warknęła. – Jak będę chciała, to pojadę.

– Uhm, ciekawe z kim.

– Luka mnie zabierze – odparła pewnym głosem. – Prawda, Luka?

Ale on nawet na nią nie patrzył. Widziałem, jak mina jej rzednie. Chłopak milczał dłuższą chwilę, udając, że interesują go karty, które od dobrego kwadransa trzymał w dłoni. Uśmiech spełzł z jego ust, a mięsień na szczęce zadrgał nerwowo. Zaciągnął się papierosem, po czym, wypuściwszy dym, burknął:

– Sorry, młoda. Nie jesteś w moim typie.

Miałem ochotę mu przypierdolić. Jebany pies ogrodnika. Odnosiłem wrażenie, że skurwysyn dobrze wie, iż Marina jest w nim ślepo zakochana, i odczuwa jakąś pieprzoną satysfakcję, kiedy ją ignoruje. Wystarczyło jednak, że nie patrzyła w naszą stronę, a on już bezczelnie obcinał ją wzrokiem. Jak towar. Nie spodobało mi się to.

Dziewczyna nic nie odpowiedziała, ale rozczarowanie w jej oczach było aż nadto widoczne. Chwyciła puste kieliszki i podeszła z powrotem do barku. Tym razem uzupełniała je z wyraźnym ociąganiem.

– Nie jest w twoim typie, co? – odezwałem się cicho, kiedy przyłapałem go na tym, jak gapi się na jej tyłek.

– O co ci chodzi? – spytał z miną niewiniątka, choć sztyletował mnie wzrokiem.

– Już ty dobrze wiesz.

Popukał się palcem w środek czoła i nie odpowiedział. Nic z tego nie rozumiałem. Wkurwiał mnie. Od jakiegoś czasu coś się zaczynało psuć między naszą trójką. Luka jakby się wyłamywał ze złożonej przed laty przysięgi.

Potarłem bliznę na ręce – pamiątkę po tamtym wieczorze, kiedy własną krwią przyrzekliśmy, że będziemy sobie wierni, „póki krew krąży w naszych żyłach i do ostatniego oddechu”. I naprawdę w to wierzyłem, ale Luka robił się śliski. Choć na Juriju mogłem polegać, to im byłem starszy, tym mniej zaufania miałem do starszego Paszczenki. A te tłumaczenia o przesuwaniu koronacji na woraz powodu zagranicznych studiów… Kurwa, kto jak kto, ale mój stary powinien od razu w tym zwęszyć podstęp. Miałem nosa do ludzi. A Luka Paszczenko zaczynał zajeżdżać fałszem i zdradą.

Oprócz naszej czwórki w salonie znajdowali się jeszcze Igor, najmłodszy brat Mariny, i Misza, brat Luki. Nie zwracali na nas jednak uwagi, bo z otwartymi ustami wpatrywali się w ekran telewizora, oglądając film, który na pewno nie był przeznaczony dla ich kategorii wiekowej. Tyle że nikogo to nie obchodziło. Chcieliśmy mieć spokój, a nie niańczyć bachory.

To miejsce to kwintesencja neorosyjskiego nurtu architektonicznego. Dom był stosunkowo nowy, wybudowany jakieś dziesięć lat temu, kiedy Jora nagle stwierdził, że na Sołncewie robi się zbyt tłoczno. Zbudowano go w pośpiechu, ale urządzono tak, jakby to car miał tu zamieszkać. Sam salon, w którym się teraz znajdowaliśmy, miał sześćdziesiąt metrów kwadratowych. W rogu stał czarny fortepian. Z tego, co wiedziałem, Wasinowie potrafili na nim świetnie grać. Barek z alkoholami ustawiono przy kominku, nad którym w ciężkiej złotej ramie wisiał obraz Madonny. Ogień trzaskał wesoło na dębowych bierwionach. Pachniało tu drogimi papierosami i sztuczną pomarańczą z odświeżacza, dyskretnie schowanego między książkami na masywnym regale z ciemnego drewna. Część, w której siedzieliśmy, służyła rozmowom przy wódce i kartach. Skórzane sofy, robione na zamówienie, były niesamowicie wygodne, że aż żal podnosić z nich dupy. Pomiędzy nimi stał masywny stół z drewna tak czarnego jak dusza gospodarza. Ręcznie rzeźbione zdobienia świadczyły o tym, że na pewno został wykonany na zlecenie, a nie wybrany z katalogu. Tam, gdzie stał nowoczesny kolorowy telewizor z wieżą stereo, znajdowało się kilka foteli w podobnym stylu, a ścianę dla kontrastu zdobiła boazeria. Z sufitu zwieszały się złocone, kryształowe żyrandole, a w oknach wisiały ciężkie brokatowe zasłony z lambrekinami. Całą podłogę pokrywał burgundowy, puchaty dywan, w którym moje buty się zapadały.

Niespodziewanie Jurij zwrócił siostrze uwagę:

– Gówniarze powinni iść już spać.

Obrzuciła go protekcjonalnym spojrzeniem i powiedziała:

– Proszę, nie krępuj się. Oddeleguj ich do łóżka. Powodzenia.

– To ty tu jesteś od brudnej roboty!

– Pierdol się, Jurij! Ja zamierzam jeszcze raz skopać wam dupy, żebyś kolejny rok z rzędu egzystował z łatką przegrywa. – Zarechotała złowieszczo, podając nam kieliszki.

– Uważaj, jesteś tu tylko dlatego, że ci pozwoliłem… – podkreślił, nie kryjąc satysfakcji w głosie.

Tak. W naszym świecie kobieta nie miała nic do gadania. Chyba że była to Marina Wasinowa. A o tym Jurij chyba zapomniał.

– Tak? – Złapała się pod boki, spoglądając na niego drwiąco. – I co mi zrobisz? Dasz klapsa?

Na słowo „klaps” wyobraźnia podsunęła mi obraz Mariny przełożonej przez moje kolano. Ponownie zrobiłem się twardy.

– Skończcie tę dziecinadę. Gramy. W tym roku zamierzam wygrać – mruknął posępnie Paszczenko.

– Wygrany bierze wszystko, Luka – rzuciła Marina, zawadzając o niego spojrzeniem.

Na ułamek sekundy ponownie pozwoliła sobie zrzucić maskę i przez jej śliczną twarz przetoczyły się wszystkie uczucia. A ten chuj nawet na nią nie zerknął. Pospiesznie złapała kieliszek i go wychyliła.

– Jesteś pewna tej deklaracji? – spytałem, spoglądając na nią drapieżnie.

Uniosła hardo brodę, chociaż policzki jej płonęły. Zmieszała się i żeby to ukryć, pospiesznie podeszła do barku i nalała sobie kolejkę. Ciągle zapominałem, że ma dopiero siedemnaście lat.

– Chcesz zaliczyć przedwczesny zgon? – zaśmiał się Jurij, na co pokazała mu środkowy palec.

Nie dostrzegał tego, co ja. Bólu, jaki toczył się w jej wnętrzu niczym złośliwy rak – bólu nieodwzajemnionego uczucia.

Luka kilkakrotnie przetasował karty i od nowa zaczął rozdawać. Marina opróżniła jeszcze jeden kieliszek, po czym wróciła do stolika. Zanim usiadła, znów na moment nade mną zawisła. Zza dekoltu widziałem niemal całe jej cycki. Nie miała stanika. Jej twarz była tak blisko, że wystarczyło się odrobinę pochylić, by ją pocałować. Wtem palce dziewczyny powędrowały do moich ust. Ostrożnie wyciągnęła papierosa spo­między warg, lekko trącając przy tym wrażliwą skórę. Poczułem dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa. Obserwowałem, jak wsuwa szluga i zaciąga się dymem. Serce zakołatało mi w piersi, wstrzymałem oddech. Prowokowała.

– Nie jesteś na to za młoda? – spytał Jurij.

– Przed chwilą wlała w siebie trzy kieliszki czaczy bez popity, a ty pytasz, czy nie jest za młoda na fajki? – zaśmiał się Luka. – Zresztą już widzę, jak cię słucha.

Marina posłała Luce pełen wdzięczności uśmiech. Wiele bym dał, żeby to mnie takim obdarzyła. Kolejny raz spojrzałem na bliznę przebiegającą przez wnętrze dłoni i znów uciekłem myślami do tamtego wieczora. Pierwszy raz widziałem na własne oczy czyjąś śmierć. Nie przyznałem się nikomu, ale prawie się poszczałem z przerażenia. Miałem wtedy jedenaście lat i jeszcze nie wiedziałem, że tyle krwi mieści się w człowieku. I że można tak bardzo zmasakrować czyjeś ciało.

A teraz? Ojciec wpoił mi, że jeśli nadejdzie taka konieczność, prawdziwy wor musi umieć zabić własnego syna, własnego ojca i własną matkę. Już niebawem miałem się przekonać, czy wystarczy mi sił, by zająć jego miejsce.

– Śpisz, kurwa, czy grasz? – Jurij kopnął mnie pod stołem.

Chwyciłem pustą szklankę i cisnąłem w jego kierunku. Uchylił się, a naczynie z brzdękiem wylądowało na podłodze.

– Ja tego sprzątać nie będę – wtrąciła Marina.

Wsunęła mi z powrotem papierosa do ust, cały czas patrząc w moje oczy. W jej tęczówkach błyszczał ogień. Zwilżyła wargi koniuszkiem języka. Ledwo się powstrzymałem, żeby nie złapać dziewczyny za biodra i nie wciągnąć na kolana. Chyba powinienem przystopować z tym gruzińskim szajsem, bo zaczynało mi się kręcić w głowie.

Wasinowa wróciła na swoje miejsce, bujając biodrami. Chwyciła karty i dorzuciła kilka banknotów do piętrzącej się na środku forsy. Oparła się plecami o kanapę, a kiedy zakładała nogę na nogę, lekko rozchyliła uda.

Kurwa…

Sukienka podjechała jej tak wysoko, że widziałem teraz wszystko w całej okazałości. I fragment białych majtek. I kaburę z sycylijką wokół uda. Nasze oczy na moment się spotkały. Dostrzegłem w jej spojrzeniu psotny błysk. Dobrze wiedziała, jaka jest piękna i jak działa na facetów. Na mnie. Była świadoma tego, że może wykorzystać swoje atuty dla osiągnięcia korzyści.

Jak, do cholery, mam się skupić?

Rzucaliśmy karty na stos, sprawnie pozbywając się kolejnych z trzymanych w dłoniach wachlarzy. Coraz bardziej ogarniały mnie zgubne skutki wypitego alkoholu. Czułem, że to ostatnia partia, bo wszyscy byliśmy już dobrze zrobieni. Luka przeciągnął się tak, że strzeliły mu stawy, i zerknął na zegar. Do północy został kwadrans.

– Kończymy tę zabawę, panienki – rzuciła Marina.

Została jej jedna karta. Ja miałem trzy, Luka i Juri po dwie. Na szczęście udało mi się pozbyć kolejnej. Dziewczyna przerzuciła na mnie uważne spojrzenie.

Tak bardzo chcę ją pieprzyć, że aż boli.

Zdawała się wyluzowana. Jedyną oznaką emocji, jakie się w niej kotłowały, było otwieranie i zamykanie różowej sycy­lijki, którą teraz trzymała w wolnej dłoni. Odgłos klikania był irytujący.

– Ja pasuję – rzekła nagle i rzuciła na stół swoją kartę.

– Co? – zdziwił się Jurij. – Masz, kurwa, tylko jedną kartę!

– Chcesz, to sobie ją weź – prychnęła, podnosząc się gwałtownie. – Mam dość tego samczego spędu.

– A, spierdalaj… – burknął w odpowiedzi.

– Igor, Misza – zagadnęła chłopców, całkowicie ignorując starszego brata. – Idziecie puszczać fajerwerki?

– Taaak! – rzucił rozentuzjazmowany Igor. – Pozwolisz mi odpalić? Proszę, proszę! – Podskakiwał wokół niej jak york po sporej dawce koki.

– Wróć i dokończ grę – odezwał się Jurij, ale go zignorowała.

– Czekaj, Marina! Wezmę szampana. – Rzuciłem swoje karty i także wstałem.

Postanowiłem pokazać tej dziewczynie, że może na mnie liczyć. A skoro Luka miał ją gdzieś, zamierzałem skorzystać z okazji. Zresztą będę pachanem. Mógłbym porozmawiać ze starym Wasinem i po prostu zażądać jej ręki. A on musiałby się zgodzić. Mógłbym nawet zażądać spędzenia z nią nocy, gdyby należała do innego wora. I gdyby to była jakakolwiek inna kobieta, to bym się nie wahał. Ale to była Marina, na której z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu coraz bardziej mi zależało.

– Co z wami, do cholery!? – warknął Jurij.

– Gówno – burknęła Marina. – Ta gra i ta tradycja są głupie i dziecinne. Znudziło mi się.

– Sama jesteś głupia i dziecinna – odgryzł się.

Posłała mu spojrzenie pełne jadu. Już otwierała usta, ale podszedłem do niej i szepnąłem:

– Olej go, Marina.

Popatrzyła na mnie szklistym wzrokiem. Lekko się chwiała. Pokusiłem się i przejechałem palcami po jej dłoni. Obserwowałem to, jak rozszerzają się źrenice dziewczyny. Znów językiem zwilżyła usta. Objąłem ją ramieniem. Zadrżała.

– Co ty robisz, Grisza? – spytała niepewnie.

Niepewna Marina to coś nowego.

– Asekuruję cię – wyszeptałem jej do ucha.

Szlag, jak ona pachnie.

– Sama umiem o siebie zadbać! – warknęła i odepchnęła mnie.

Ruszyła pospiesznie na korytarz i potknęła się na progu. Wyrżnęła kolanami o podłogę. Parsknąłem śmiechem. Była pocieszna, gdy próbowała się podnieść. Zdecydowanie przesadziła z alkoholem. Kiedy już dźwignęła się na nogi, zobaczyłem, że zdarła oba kolana. I to dość mocno.

– Twoje kolana. – Kiwnąłem głową w jej stronę, wciskając dłonie w kieszenie spodni.

– Idziesz czy nie?! – Zignorowała mój komentarz, nie patrząc na mnie. – Igor i Misza są sami. I mają fajerwerki. Mój młodszy brat i materiały pirotechniczne to nie jest dobre połączenie.

– Przecież nie dałaś im zapałek…

– Jeśli myślisz, że Igora cokolwiek jest w stanie powstrzymać przed osiągnięciem celu, to dla twojej wiadomości: nie.

W tym momencie dobiegł nas świst petardy, a ciemność za oknem rozjaśnił wybuch.

– Jasna cholera!

Marina pędem ruszyła na zewnątrz, co chwila się potykając. Pobiegłem za nią.

8Deda? (z gruz.) – Matka?

2

Grisza

Wyprysnęła z domu, nie biorąc nawet kurtki. Podszedłem do niej, kiedy zdrowo opieprzała młodego, ale ten zdawał się jej nie słuchać, tylko co chwila zezował w stronę kolejnych fajerwerków wetkniętych w puste butelki po wódce.

– Igor! – Złapała go za ramiona i potrząsnęła. – Jesteś za mały, żeby robić to bez opieki.

Prychnął i zaśmiał się w głos, a potem spojrzał na nią nie jak jedenastolatek, lecz dorosły facet. W tym pełnym drwiny spojrzeniu czaiło się ostrzeżenie i coś osobliwego, przez co nawet ja poczułem się nieswojo. Przemknęło mi przez myśl, że ten dzieciak ma spojrzenie ­rasowego torpiedy.

– Nie patrz tak na mnie, Igor! Jak ci urwie palce, to możesz zapomnieć o byciu chirurgiem!

Ostry ton Mariny nie zrobił na nim żadnego wrażenia, ale ­chłopak ustąpił.

Wtedy z domu wyszli Jurij i Luka, każdy z butelką szampana w dłoni. Od strony centrum Moskwy poszybowały pierwsze salwy sztucznych ogni.

– Jurij, odpalisz?! – krzyknął Igor i pędem ruszył w kierunku starszego brata.

– Sam odpal, rąk nie masz?

– Marina powiedziała…

– A ja ci mówię, że masz to zrobić sam i…

Obserwowałem, jak Marina robi się coraz bardziej czerwona ze złości. Ruszyła w kierunku chłopaków, chwyciła Igora za rękę i pociągnęła go za sobą.

– Jesteś idiotą, Jurij! – warknęła i podeszła do pierwszej z rac umieszczonych w butelce, po czym chwyciła się w miejscu, gdzie zwykle ma kieszenie płaszcza, i westchnęła zrezygnowana.

Zbliżyłem się i bez słowa nałożyłem na jej ramiona okrycie. Popatrzyła na mnie z wdzięcznością. A potem kucnąłem i przyłożyłem płomień zapalniczki do każdej z petard. Kiedy poszybowały w powietrze, za moimi plecami Luka i Jurij wydarli się na cały głos:

– Szczęśliwego nowego roku!

Igor z Miszą także zaczęli krzyczeć, po czym dołączyli do swoich braci. Zerknąłem na nich w momencie, kiedy Luka z Jurijem wręczali im butelki z szampanem. Przewidziałem w porę reakcję Mariny, więc złapałem ją za przedramię, nim zdążyła ruszyć w ich kierunku.

– Zostaw… To tylko szampan.

– Igor to jeszcze…

– Marina. – Zagrodziłem jej drogę. – Nie zmienisz tego, gdzie się urodził i kim będzie. Tak to już jest w worowskim mirze.

– Zawsze można coś zmienić! – odparła, a jej głos niebezpiecznie zadrżał. – To jeszcze dziecko…

Dolna warga dziewczyny zadygotała niepokojąco. Chryste, tak bardzo chciałem ją wtedy przytulić. Patrzyła na mnie błagalnie. Prag­nęła, bym zainterweniował, bo Jurij posłuchałby tylko mnie. Ale to nic by nie zmieniło. Od zawsze było wiadomo, że syn wora też będzie worem. Tak jak i córka worabędzie musiała poślubić swojego. Przeznaczenia nie można zmienić.

– Ja w jego wieku pierwszy raz widziałem mafijną egzekucję. Zresztą twój brat i Luka również. – Podałem jej odkorkowanego szampana. – Za nowy rok.

Ostrożnie odebrała ode mnie butelkę i upiła łyk, a potem kolejny i kolejny. W końcu sugestywnie złapałem ją za nadgarstek, powstrzymując przed opróżnieniem całej flaszki. Zabrałem szampana i sam wypiłem odrobinę. Marina przyglądała mi się przez moment na wpół przytomnym spojrzeniem. Z jej twarzy zniknęły smutek i zaciekłość. Wspięła się na palce, pocałowała mnie w policzek i wyszeptała:

– Za nowy rok, Grisza.

Zrobiło mi się gorąco, a ona bez słowa ruszyła do domu. Nie spojrzała na Jurija i Lukę, za to Paszczenko po raz kolejny zerknął na nią ukradkiem. Podszedłem do nich.