Błękitna sypialnia - Rosamunde Pilcher - ebook

Błękitna sypialnia ebook

Pilcher Rosamunde

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych

Toby pierwszy raz przeżywa śmierć przyjaciela, uczestniczy w narodzinach i jest świadkiem rodzącego się uczucia. Starzejąca się samotna panna Cameron dopiero po pięćdziesiątce odważyła się spełnić swoje dziecięce marzenie i odkrywa, że przyjaźń i wymiana myśli rozgrzewają puste serce. Owdowiała Veronica w zapracowanym sąsiedzie dostrzega uroczego i zabawnego mężczyznę zaprzyjaźnionego z jej dziećmi. Wszyscy oni przekonują się, że łatwiej cieszyć się dobrymi chwilami i przeżywać smutek, jeśli dzieli się je z bliskimi ludźmi.

Książka dostępna w zasobach:

Miejska Biblioteka Publiczna w Zgierzu

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 305

Rok wydania: 2007

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Rosamunde Pilcher

Błękitna sypialnia

Przełożyła z angielskiego

Ewa Pankiewicz

Wydawnictwo „Książnica” 

 

Tytuł oryginału

The Blue Bedroom

 

 

Opracowanie graficzne

Marek J. Piwko

 

 

Ilustracja na okładce

© Adrian Beesley

 

 

 

Copyright © 1985 by Rosamunde Pilcher

Wszelkie prawa zastrzeżone. Bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy żaden fragment niniejszego utworu nie może być reprodukowany ani przesyłany za pośrednictwem urządzeń mechanicznych bądź elektronicznych. Niniejsze zastrzeżenie obejmuje również fotokopiowanie oraz przechowywanie w systemach gromadzenia i odtwarzania informacji.

 

 

For the Polish edition

Copyright © by Wydawnictwo „Książnica”, Katowice 2007

 

 

Tłumaczenie tekstu piosenki Hiszpańskie dziewczyny

Andrzej Mendygrał i Grzegorz Wasilewski

 

 

 

 

 

 

ISBN 978-83-250-0014-1

Toby

Pewnego chłodnego wiosennego dnia tuż przed Wielkanocą Jemmy Todd, listonosz, wszedł do kuchni państwa Hardingów i doręczając poranną pocztę powiedział, że pan Sawcombe, ich sąsiad, zmarł tego ranka na zawał serca.

Hardingowie całą czwórką siedzieli właśnie przy stole. Ośmioletni Toby jadł płatki kukurydziane i nagle jedzenie zaczęło jakby rosnąć mu w ustach. Miał pełną buzię płatków i nie mógł nic przełknąć.

Reszta rodziny była również wstrząśnięta. Ojciec, gotów wyjść do pracy, na stojąco dopijał kawę; teraz odstawił filiżankę i ciężko usiadł.

– Bill Sawcombe?! Umarł? Kiedy się o tym dowiedziałeś?

– To była pierwsza wiadomość, jaką podzielił się ze mną pastor, kiedy zaczynałem swoją rundę. Spotkałem go, gdy wychodził z kościoła.

Toby zauważył, że oczy matki lśnią łzami. Nie mógł znieść widoku jej łez. Dotychczas widział mamę plączącą tylko raz, gdy trzeba było uśpić starego psa; tamto uczucie, że świat rozpada się na kawałki, pozostawało w Tobym przez wiele dni.

– Biedna pani Sawcombe – westchnęła mama – jakiż to musi być dla niej straszny szok.

– Pamiętam, że kilka lat temu miał już zawal serca – powiedział Jemmy.

– Ale wyszedł z tego. I czuł się dobrze, cieszył się ogródkiem i tym, że po latach gospodarowania na farmie miał wreszcie trochę czasu dla siebie.

Vicky, dziewiętnastolatka, nagle odzyskała głos:

– Nie mogę tego słuchać! Po prostu tego nie zniosę.

Vicky przyjechała na Wielkanoc z Londynu, gdzie pracowała i wraz z dwiema koleżankami wynajmowała mieszkanie. Jako że była na urlopie, nie ubrała się do śniadania; miała na sobie płaszcz kąpielowy – biały w niebieskie paski. Kolor tych pasków dokładnie odpowiadał kolorowi jej oczu. Vicky, długowłosa blondynka, czasem wyglądała bardzo pięknie, a czasem bardzo zwyczajnie. Teraz wyglądała zwyczajnie. Skrzywiła się, jakby nagle miała wybuchnąć płaczem, co uwydatniło kontury jej kościstej małej twarzy. Ojciec zawsze mówił Vicky, że jest za chuda, lecz ona nie stosowała żadnej diety, a chociaż nawet ulegała łakomstwu, była rzeczywiście bardzo szczupła.

– Taki miły człowiek... Będzie nam go brakowało – mama zwróciła wzrok ku Toby’emu, który wciąż siedział jak sparaliżowany z buzią pełną płatków.

Wiedziała – wszyscy wiedzieli – że pan Sawcombe był najlepszym przyjacielem Toby’ego. Położyła rękę na dłoni synka.

– My też będziemy za nim tęsknić, Toby.

Toby nie odpowiedział, ale dopiero teraz, gdy poczuł dotyk jej dłoni, zdołał przełknąć płatki. Mama, wszystko rozumiejąc, dyskretnie odsunęła na bok jego talerz z nie dojedzonym śniadaniem.

– Dobrze chociaż – powiedział Jemmy – że jest tu Tom. Przejmie farmę. Pani Sawcombe sama by sobie z nią nie poradziła.

Tom był wnukiem pana Sawcombe’a. Miał dwadzieścia trzy lata. Toby i Vicky znali go od zawsze. Dawniej Vicky i Tom chodzili razem na zabawy, na tańce do klubu „Pony” albo na letnie festyny i zawody jeździeckie, ale potem Tom wyjechał do Akademii Rolniczej, a Vicky wykształciła się na sekretarkę i wyprowadziła do Londynu. Nie mieli już ze sobą wiele wspólnego. „Szkoda” – myślał Toby. Vicky miała teraz wielu nowych przyjaciół i czasem przywoziła ich ze sobą do domu, jednak żaden nie wydawał się Toby’emu tak miły jak Tom Sawcombe. Jeden z nich, Philip, przyjechał tu kilka miesięcy temu, tuż przed Nowym Rokiem. Był bardzo wysoki i przystojny. Jeździł samochodem przypominającym lśniącą czarną rakietę, ale zupełnie nie pasował do rodziny Hardingów i – co było bardziej niepokojące – w jego obecności Vicky także do niej nie pasowała. Mówiła jakoś inaczej i nawet śmiała się w inny sposób.

Wydali małe przyjęcie sylwestrowe i zaprosili na nie Toma. Vicky zachowywała się wobec niego tak lekceważąco, że Toby był oburzony. Bardzo lubił Toma i nie mógł patrzeć, jak go poniżano, więc kiedy skończył się ten nieprzyjemny wieczór, powiedział o tym mamie.

– Wiem, co czujesz – odparła – ale musimy pozwolić Vicky, by prowadziła własne życie i sama podejmowała decyzje. Jest już dorosła, może wybierać sobie przyjaciół, popełniać błędy, chodzić własnymi drogami. Kochamy ją, dlatego musimy jej na to pozwolić.

– Nie kocham Vicky, kiedy jest taka okropna.

– Teraz tak to odczuwasz.

– Nie lubię tego Philipa.

Philip na szczęście zniknął z życia Vicky. Nie zaprosiła go więcej do domu i z czasem jego imię w rozmowach zastąpiły inne. Mama i tata Vicky odetchnęli z ulgą, życie toczyło się zwykłym torem, ale Toby nie mógł siostrze wybaczyć. Kiedy przyjeżdżała do domu, unikał jej towarzystwa.

– Nie, pani Sawcombe z pewnością nie daliby sobie rady sama. – Pan Harding spoglądając na zegarek wstał od stołu. – Muszę już iść. Dziękuję, Jemmy, że nas zawiadomiłeś.

– Przykro być zwiastunem smutnych wieści – odpowiedział Jemmy i wsiadł do czerwonej furgonetki pocztowej, by roznieść nowinę po całej parafii.

Ojciec Toby’ego swym dużym samochodem pojechał do biura, a Vicky poszła na górę, żeby się ubrać.

Toby został sam z mamą. Zobaczył, że mama się uśmiecha, i rzeki:

– Nigdy dotąd żaden z moich przyjaciół nie umarł.

– To spotka każdego wcześniej czy później...

– Miał tylko sześćdziesiąt dwa lata. Powiedział mi to przedwczoraj. Nie był jeszcze stary.

– Zawał serca to dziwna choroba. Człowiek umiera wtedy tak nagle... Lecz z pewnością pan Sawcombe nie chciałby być przykuty do łóżka i uzależniony od rodziny. Toby, kiedy umiera bliski ci człowiek, staraj się myśleć o związanych z nim miłych zdarzeniach, wspominać przyjemne chwile, cieszyć się, że miałeś okazję go poznać.

– Nie cieszy mnie to, że pan Sawcombe umarł.

– Śmierć jest częścią życia.

– On miał tylko sześćdziesiąt dwa lata.

– Może usmażyć ci jajka na bekonie?

– Nie chcę jajek na bekonie.

– A co chcesz robić?

– Nie wiem.

– Więc może pójdź do wioski i pobaw się z Davidem...

David Harker był kolegą Toby’ego. Jego ojciec prowadził miejscowy pub i nieraz częstował chłopców jakimś napojem gazowanym i chrupkami. Toby namyślał się chwilę. Być może lepsze to niż nic.

Wstał od stołu. Czuł się tak okropnie, jakby ktoś zranił go w samo serce.

– ...i nie rozpaczaj. Pan Sawcombe nie chciałby cię widzieć w takim smutku.

Wyszedł z domu i skierował się ku drodze. Między drogą i pastwiskiem należącym do pana Sawcombe’a rozciągał się maty wybieg, na którym Vicky trzymała kiedyś swego kucyka. Ale odkąd kucyka – dawno już – wywieziono, ojciec Toby’ego wynajął ten wybieg panu Sawcombe’owi, by mogły paść się tutaj cztery owce jego żony. Rogate i łaciate ulubienice pani Sawcombe miały staroświeckie imiona, jak Daisy i Emily. Pewnego chłodnego październikowego poranka Toby poszedł zobaczyć owce i zastał u tych „dziewczynek” wielkiego barana. Baran mieszkał tam kilka dni, a potem przyjechał właściciel i cisnął go brutalnie na platformę rozklekotanej furgonetki. Ale tryk zrobił, co do niego należało.

Już trzy pary jagnięcych bliźniąt pojawiły się na świecie i teraz tylko Daisy czekała na swój czas. Toby zawołał ją, przechylając się przez płot. Daisy podeszła powoli i z godnością, trąciła mu rękę swym szlachetnym nosem i pozwoliła się podrapać po wełnistej głowie.

Toby oglądał ją fachowo, jak to czynił Tom. Była bardzo gruba, co potęgowało jeszcze długie miękkie runo.

– Czy urodzisz jagniątka dzisiaj? – zapytał.

„Daisy także będzie miała bliźnięta – powiedział pan Sawcombe zaledwie dzień lub dwa dni temu – Będziemy mieć dwustuprocentowy przyrost, Toby. Dwustuprocentowy! To jest najlepsza rzecz, jakiej mógłby sobie życzyć każdy hodowca owiec. Chciałbym, by tak się stało. Przez wzgląd na panią Sawcombe chciałbym, by tak się stało!”

Toby nigdy już nie będzie rozmawiać z panem Sawcombe’em. Nie mógł się z tym pogodzić. To niemożliwe, że on odszedł, że po prostu już go tu nie ma. Inni ludzie umierali, ale nigdy osoba tak bliska jak pan Sawcombe. Dziadek również już nie żył, lecz umarł tak dawno, że Toby nawet go nie pamiętał. Została tylko fotografia stojąca obok łóżka babci i snute przez babcię opowieści. Po śmierci dziadka babcia została sama w starym pustym domu, na którego utrzymanie nie było ją już stać, i wtedy ojciec Toby’ego przeznaczył na mieszkanie dla niej tylne skrzydło własnego domu. Babcia mieszkała więc teraz z nimi, a raczej obok nich, bo było to zupełnie oddzielne mieszkanie. Miała łazienkę oraz kuchnię, w której przyrządzała posiłki, i trzeba było pukać do oddzielających to mieszkanie drzwi, jeśli chciało się tam wejść. Mama Toby’ego mówiła, że to każdorazowe pukanie jest bardzo ważne, bo wdzieranie się do babci bez uprzedzenia byłoby naruszeniem jej prywatności.

Zostawił Daisy i poszedł do wioski wciąż zatopiony w myślach. Przypominał sobie ludzi, którzy umarli wcześniej. Pani Fletcher, która prowadziła wiejski sklep i urząd pocztowy, umarła niedawno, a mama włożyła czarny kapelusz i poszła na jej pogrzeb. Ale panią Fletcher trudno było lubić i prawdę mówiąc, Toby zawsze trochę się jej bał, gdyż była taka stara i brzydka; wyglądała jak wielki czarny pająk. Swego czasu pani Fletcher prowadzenie sklepu powierzyła córce, Olive, ale właściwie była tam aż do końca, przesiadując jak kwoka, zgrzytając sztucznymi zębami, robiąc na drutach skarpetki i bacząc na wszystko. Nie, Toby nie lubił pani Fletcher. I wcale mu jej nie brakowało. Ale już teraz tęsknił za panem Sawcombe’em.

Mama radziła, by pobawił się z Davidem, lecz wiedział, że wcale nie jest w nastroju do zabawy w kosmonautów ani do łowienia ryb w błotnistym strumieniu, który przepływał przez ogród leżący na tyłach pubu. Poszedł więc do innego przyjaciela, Williego Harrela, miejscowego stolarza. Willie był niski i szczupły, mówił powoli, nosił staromodny kombinezon i luźną tweedową czapkę. Przyszedł kiedyś do ich domu, by zrobić nowe szafki w kuchni. Toby się z nim wtedy zaprzyjaźnił. Bardzo lubił w nudne wakacyjne przedpołudnia chodzić do wsi na krótkie pogawędki z Williem w jego stolarni. Była ona magicznym miejscem, miło pachnącym i zarzuconym wiórami ściętego drewna. Tu właśnie Willie budował drewniane bramy, stajenne wrota i okienne framugi, a także przycinał legary i belki. Tutaj także od czasu do czasu robił trumny, ponieważ był nie tylko cieślą, ale i właścicielem zakładu pogrzebowego. W tej roli stawał się zupełnie inną osobą; wkładał czarny garnitur i melonik i odziany w ten posępny strój, przemawiał przyciszonym, pełnym szacunku głosem, a swojej twarzy nadawał wyraz pobożnego przygnębienia.

Tego ranka drzwi jego warsztatu byty otwarte. Niewielka furgonetka stała na zagraconym podwórku. Toby zajrzał do stolarni. Willie nalewał sobie herbaty z termosu do kubka.

Podniósł wzrok i uśmiechnął się.

– Witaj, mały Toby. Co cię tu sprowadza?

– Pomyślałem, że wpadnę i pogadamy. – Zastanawiał się, czy Willie wie już o panu Sawcombie. Wszedł do środka, oparł się o warsztat i zaczął się bawić śrubokrętem.

– Nie masz co robić?

– Aha.

– Przed chwilą widziałem Davida. Przejeżdżał tędy na rowerze. Miał na głowie kowbojski kapelusz. To chyba nic zabawnego w pojedynkę bawić się w kowbojów.

– Nie lubię takich zabaw.

– No cóż, nie mogę dzisiaj z tobą pogadać. Mam coś do zrobienia dla pana Sawcombe’a, na godzinę jedenastą...

Toby nic już nie powiedział. Zrozumiał jednak, o czym mówił Willie. Willie i pan Sawcombe przyjaźnili się całe życie. Grali razem w kule, byli strażnikami w kościele. A teraz Willie będzie musiał... Toby wzdrygnął się na myśl o tym, co Willie miał zamiar zrobić.

– Willie...

– O co chodzi?

– Pan Sawcombe nie żyje.

– Zorientowałem się, że już wiesz – powiedział Willie współczująco. – Zobaczyłem to na twojej twarzy, gdy tylko tu wszedłeś.

Odstawił kubek z herbatą i położył dłoń na ramieniu Toby’ego.

– Nie wolno ci rozpaczać. Będziesz za nim tęsknił, wiem, ale nie wolno ci rozpaczać. Wszyscy będziemy za nim tęsknić – dodał i nagle jego głos zabrzmiał boleśnie.

– Był moim najlepszym przyjacielem.

– Wiem – powiedział Willie, kiwając głową. – Dziwna rzecz: przyjaźń... Ty, taki mały... Ile masz lat? Osiem... A już ty i Bill staliście się nierozłączni. Zawsze myśleliśmy, że stało się tak, bo pewnie czułeś się samotny, jesteś przecież o wiele młodszy od Vicky. Często rozmawiałem o tobie z Billem. Nazywaliśmy cię „późnym dzieckiem Hardingów”.

– Willie... czy będziesz robić trumnę dla pana Sawcombe’a?

– Tak.

Toby wyobraził sobie, jak Willie będzie robił tę trumnę, jak będzie wybierał odpowiednie drewno, zbijał deski... a potem ułoży starego przyjaciela w jej ciepłym wyperfumowanym wnętrzu, jakby kładł go do łóżka. Ten obraz był dziwnie kojący.

– Willie?

– Słucham.

– Wiem, że kiedy jakiś człowiek umiera, układasz go w trumnie i zawozisz na cmentarz; wiem też, że kiedy ludzie umierają, idą do nieba, by być tam z Bogiem, ale co się dzieje, zanim tam dotrą?

– Ach, o to ci chodzi... – powiedział Willie. Dopił herbatę i pogłaskał Toby’ego po głowie. – No cóż, to jest sekret między Bogiem a mną.

Toby nie miał już ochoty bawić się z Davidem. Kiedy Willie pojechał swą małą furgonetką na farmę pana Sawcombe’a, Toby – który nie mógł dziś wymyślić sobie żadnego zajęcia – ruszył w drogę do domu. Poszedł na skróty przez pastwisko. Trzy owce, które wydały już na świat jagnięta, stały ze swymi dziećmi na środku łąki. Daisy przeniosła się w sam róg, w zaciszny cień sosny. To miejsce dawało jej schronienie przed wiatrem i oślepiającymi promieniami słońca. Obok niej, chwiejąc się na drżących nóżkach, maleńkie jak szczeniątko, stało jedno jagnię. Toby podszedł bliżej i zobaczył, że maleństwo obwąchuje wielkie, pokryte wełną ciało matki, szukając mleka, a potem usłyszał, jak Daisy cichym głosem rozmawia ze swoim dzieckiem. Toby był zadowolony, ale i rozczarowany; zadowolony – bo jagnię się urodziło, a rozczarowany – bo Daisy nie powiła bliźniąt i teraz pani Sawcombe nie będzie miała dwustuprocentowego przyrostu swego stada. Po chwili Daisy położyła się niezgrabnie; jagnię przewróciło się obok niej. Toby przeskoczył przez ogrodzenie i pobiegł do domu, by opowiedzieć wszystko mamie.

– Daisy urodziła jagnię! To już ostatnie. Mama tłukła właśnie ziemniaki na obiad.

– A więc nie bliźnięta?

– Nie, tylko jedno. Ssie i wygląda dobrze, ale może będzie lepiej, jeśli powiemy o tym Tomowi.

– Czemu więc do niego nie dzwonisz?

Toby nie chciał dzwonić do Toma, bo nie wiedział, co powiedzieć, gdyby telefon odebrała pani Sawcombe.

– Czy ty nie mogłabyś tego zrobić?

– Kochanie, teraz nie mogę. Obiad jest już gotowy, a potem mam zamiar pójść do pani Sawcombe, zanieść jej trochę kwiatów. Zostawię Tomowi wiadomość.

– Myślę, że powinien wiedzieć to już teraz. Pan Sawcombe lubił natychmiast dowiadywać się o narodzinach jagniąt. Mówił, że to na wszelki wypadek.

– No cóż, jeśli jesteś tego pewien, namów Vicky, żeby zadzwoniła do Toma.

– Vicky?!

– Przecież cię nie zje, jeśli ją poprosisz. Jest na górze, prasuje. I powiedz jej, że obiad gotowy.

Poszedł do pokoju siostry.

– Vicky, obiad jest już gotowy, a Daisy urodziła jagnię i pomyśleliśmy, że mogłabyś zadzwonić do państwa Sawcombe i powiedzieć o tym Tomowi.

Vicky z hukiem odstawiła żelazko.

– Nie zadzwonię do Toma.

– Dlaczego nie?

– Dlatego że nie! Sam do niego zadzwoń.

Toby wiedział, czemu jego siostra nie chce telefonować do Toma. Była dla niego bardzo niemiła w czasie owego sylwestrowego przyjęcia i od tamtej chwili Tom nie rozmawiał z nią ani razu.

– Sam do niego zadzwoń! – powtórzyła.

Toby w zakłopotaniu pocierał sobie nos.

– A co mam powiedzieć, jeśli telefon odbierze pani Sawcombe?

– No to... namów mamę, żeby do niego zadzwoniła.

– Mama jest bardzo zajęta i spieszy się, bo po obiedzie ma zamiar odwiedzić panią Sawcombe.

– Czemu więc nie miałaby zostawić tam wiadomości dla Toma?

– Powiedziała, że to zrobi.

– Och, Toby – żachnęła się Vicky – więc po co to całe zamieszanie?

Toby był nieustępliwy.

– Pan Sawcombe zawsze lubił dowiadywać się natychmiast.

Vicky zmarszczyła brwi.

– Z Daisy nie stało się nic złego, prawda? – Lubiła Daisy tak samo jak Toby, więc pytając o nią porzuciła zgryźliwy ton i jej głos brzmiał teraz miło.

– Nie jestem pewien.

– Z pewnością dojdzie do siebie. – Vicky wyłączyła żelazko i postawiła je na końcu deski, by wystygło. – Zejdźmy na dół i zjedzmy obiad. Jestem strasznie głodna.

*

Lekkie poranne chmurki pogrubiały i pociemniały, a po obiedzie zaczęło padać. Mama Toby’ego włożyła nieprzemakalny płaszcz i wziąwszy ze sobą ogromny bukiet żonkili, wsiadła do samochodu, by odwiedzić panią Sawcombe. Vicky powiedziała, że umyje głowę, a Toby – nie mając już nic do zrobienia – niechętnie powędrował do swego pokoju, położył się na łóżku i zaczął czytać nową książkę, którą wypożyczył z biblioteki. Opowiadała o badaczach Arktyki. W dokończeniu pierwszego rozdziału przeszkodził mu odgłos samochodu zjeżdżającego z drogi i z piskiem opon zatrzymującego się przed frontowymi drzwiami ich domu. Odłożył książkę i wstał z łóżka, a gdy podszedł do okna, najpierw zobaczył starego landrowera, a potem Toma, który z niego wysiadał. Wychylił się przez okno i zawołał:

– Cześć!

Tom zatrzymał się, spojrzał w górę. Toby widział jego ładne kręcone włosy, na których lśniły teraz krople deszczu, opaloną na brąz twarz, niebieskie oczy i szerokie ramiona podnoszoną do pracy połataną roboczą kurtką w kolorze khaki. Tom miał też na sobie spłowiałe dżinsy i zielone gumowe buty do kolan.

– Przyjechałem, żeby rzucić okiem na Daisy. Twoja mama powiedziała mi o jej kłopotach. Czy jest tu gdzieś Vicky?

To było bardzo dziwne...

– Właśnie myje głowę.

– Zawołaj ją tutaj, dobrze? Nie jestem pewien, czy Daisy nie ma jeszcze jednego maleństwa. Będę potrzebował pomocy.

– Ja ci pomogę!

– Jesteś trochę za mały, by trzymać taką dorosłą owcę jak Daisy. Lepiej przyprowadź Vicky.

Toby zamknął okno i poszedł po siostrę.

Znalazł ją w łazience. Właśnie spłukiwała włosy.

– Vicky, Tom jest tutaj.

Zakręciła krany i wyprostowała się. Włosy przemoczyły jej cały podkoszulek. Odgarnęła je z twarzy i bacznie spojrzała na Toby’ego.

– Tom? Czego tu chce?

– On sądzi, że Daisy może mieć w sobie jeszcze jedno jagnię. Mówi, że potrzebuje pomocy, a ja nie jestem dość silny, by trzymać Daisy.

Chwyciła ręcznik i okręciła go wokół głowy.

– Gdzie on jest?

– Przed domem.

W jednej chwili wybiegła z łazienki i popędziła schodami w dół. Czekając na nich, Tom wszedł do domu, jak to czynił zawsze w dawnych czasach, zanim on i Vicky się pokłócili.

– Jeśli jest tam jeszcze jedno jagnię, to czy do tego czasu nie będzie już martwe? – zapytała Vicky.

– Musimy to sprawdzić. Bądź tak miła, weź wiadro wody, trochę mydła i przynieś to na łąkę – powiedział Tom. – Toby, chodź ze mną.

Deszcz lał strumieniami. Przecinając długi mokry trawnik obok rododendronów, doszli do drogi, a potem przeskoczyli przez plot. Poprzez strugi deszczu Toby zobaczył Daisy. Stała teraz i osłaniała swoje jagniątko, zwracając głowę w ich stronę. Gdy się zbliżyli, wydała z siebie głęboki dźwięk, który jednak nie przypominał jej zwykłego, zdrowego beczenia.

– Dobra dziewczynka, dobra... – Tom przemawiał do niej łagodnie, a potem podszedł i spokojnie ujął ją za rogi. Nie szarpnęła się, jak czyniła to zwykle. Pewnie wiedziała, że musi otrzymać pomoc i że Tom wraz z Tobym chcą tej pomocy udzielić. – Dobra dziewczynka, spokojna... – Tom przesunął ręką po grzbiecie owcy i grubym, przemoczonym deszczem runie.

Toby przyglądał się temu z biciem serca, choć nie bał się, raczej był zdenerwowany. Nie bał się, bo Tom był tutaj, tak jak nigdy nie obawiał się niczego, jeśli tylko stał obok pan Sawcombe.

– Tom, jeżeli Daisy ma w środku drugie jagnię, to czemu ono jeszcze z niej nie wyszło?

– Może to jakiś wielki facet, a może nie znalazł dla siebie właściwej pozycji – odpowiedział Tom i spojrzał w stronę domu. Toby podążając za jego wzrokiem zobaczył Vicky, która zmierzała ku nim przez łąkę z wiadrem wody.

– Wspaniale, Vicky – powiedział Tom, gdy doszła do nich i postawiła wiadro na ziemi. – Teraz trzymaj ją, zdecydowanie, ale bardzo delikatnie. Nie będzie się szamotać. Chwyć palcami za wełnę. A ty, Toby, trzymaj Daisy za różki i cały czas przemawiaj do niej uspokajająco. Niech wie, że jest w dobrych rękach.

Vicky wyglądała tak, jakby za chwilę miała wybuchnąć płaczem. Uklękła nie bacząc na błoto i objąwszy Daisy ramionami, przycisnęła policzek do jej wełnistego boku.

– Och, biedna Daisy, bądź dzielna, a wszystko będzie dobrze.

Tom zdjął roboczą kurtkę, koszulę i biały podkoszulek. Namydlił sobie ręce i ramiona.

– A teraz – powiedział – sprawdzimy, o co chodzi...

Toby, kurczowo trzymając różki Daisy, chciał zamknąć oczy. Nie zrobił tego jednak, bo przecież Tom kazał mu wciąż przemawiać uspokajająco.

– Dobra dziewczynka, dobra... – mówił do Daisy, bo w ten sposób rozmawiał z nią Tom, a on nie mógł wymyślić nic innego. – No już, już, Daisy, kochana...

To był poród, „odwieczny cud” – jak zwykł mawiać pan Sawcombe. Początek życia i on, Toby, pomagał mu się spełnić. Nagle usłyszał Toma.

– Jeszcze trochę, jeszcze trochę... spokojnie, duża dziewczynko...

Daisy jęknęła boleśnie.

– Mamy go! – krzyknął Tom. – Co za kolos! Żywy!

A więc to ono, to małe stworzenie było przyczyną wszystkich kłopotów. Biały baranek w czarne kropki, jeszcze umazany krwią i wciąż leżący płasko na jednym boku, był jednak dorodnym zdrowym jagnięciem. Toby puścił różki Daisy, a Vicky uwolniła ją ze swego mocnego uścisku. Uspokojona już Daisy odwróciła się do dziecka. Pochyliła się, by je polizać, i zabeczała łagodnie, po matczynemu. Po chwili delikatnie trąciła synka nosem i niebawem jagnię zaczęło się ruszać i podnosić głowę, zmagając się przy tym zabawnie ze swymi długimi, chwiejącymi się jeszcze nogami. Daisy polizała je ponownie, rozpoznając własne jagnię. Biorąc je pod opiekę, dawała mu swoją miłość i troskę. Mały baranek zrobił jeszcze dwa chwiejne kroki i wkrótce, z pewną zachętą ze strony swojej mamy, zaczął ssać!

Jeszcze długo potem, gdy Tom wycierał się koszulą, a później wkładał zdjęte wcześniej rzeczy, stali tam i nie zważając na deszcz, przyglądali się Daisy i jej bliźniętom – zauroczeni tym cudem, zadowoleni z siebie i wspólnego dokonania. Vicky i Toby siedzieli na ziemi pod starą sosną. Vicky jaśniała uśmiechem, jakiego Toby nie widział już od dawna.

Odwróciła się do Toma.

– Skąd wiedziałeś, że jest tam jeszcze jedno jagnię?

– Była bardzo gruba i sprawiała wrażenie niespokojnej.

– Pani Sawcombe ma więc swój dwustuprocentowy przyrost – powiedział Toby.

– Masz rację, chłopcze – przyznał Tom ze śmiechem.

– Dlaczego to jagnię nie wydostało się na świat o własnych siłach?

– Spójrz tylko na nie: to wielki facet z dużą głową. Teraz jednak będzie już zdrowy – odpowiedział Tom i spoglądając na Vicky dodał: – ale ty nie będziesz zdrowa, siedząc tu dłużej w deszczu. Przeziębisz się.

Jedną ręką ujął wiadro, drugą wyciągnął w stronę Vicky. – Chodźmy!

Pomógł dziewczynie wstać z ziemi. Stali teraz na wprost siebie.

– Jak miło znów z sobą rozmawiać – powiedział Tom.

– Tak – odparła Vicky – przepraszam...

– To była także moja wina.

Vicky wyglądała na zawstydzoną. Uśmiechnęła się, ale ze smutkiem; uśmiechem, który opuścił ku dołowi kąciki jej ust.

– Nie kłóćmy się więcej, Tom – powiedziała Vicky.

– Mój dziadek mawiał, że życie jest zbyt krótkie na kłótnie.

– Nie powiedziałam ci jeszcze, jak mi przykro, że twój dziadek... to wielka strata dla nas wszystkich... nie umiem tego wyrazić...

– Rozumiem. Są sprawy, o których wcale nie trzeba mówić. Chodźmy już.

Najwyraźniej zapomnieli o Tobym. Zostawili go na łące i poszli przed siebie. Tom obejmował Vicky, a ona położyła mu mokrą głowę na ramieniu.

Toby przyglądał się im z przyjemnością. Pan Sawcombe z pewnością byłby zadowolony. Na pewno cieszyłby się także z bliźniąt Daisy. To drugie jagnię było rzeczywiście „przystojnym facetem”; nie tylko po prostu „kolosem”, jak opisał je Tom. Miało śliczne łatki i parę widocznych już, choć jeszcze małych jak pączki rogów, otulonych mięciutką skręconą wełną. Zastanawiał się, jakim imieniem nazwie tego baranka pani Sawcombe. Może będzie nazywać go Billem. Stał tam tak długo, aż zrobiło się zbyt zimno i mokro, by nadal pozostawać na łące, więc poszedł do domu.

Mama wróciła już od pani Sawcombe i podała mu wspaniały podwieczorek składający się z rybnych paluszków, frytek i fasolki oraz ciasta ze śliwkami, czekoladowych paluszków i kakao. Uporawszy się z tym wszystkim, opowiedział mamie o swojej wspaniałej przygodzie z Daisy.

– ...a Tom i Vicky znowu są przyjaciółmi! – zakończył swoją relację.

– Wiem – odpowiedziała z uśmiechem mama. – Tom przywiózł ją swoim landrowerem, Vicky je dziś kolację u państwa Sawcombe.

Tuż po podwieczorku wrócił z pracy ojciec Toby’ego i razem oglądali w telewizji mecz piłkarski, a potem Toby poszedł na górę, żeby wziąć kąpiel. Leżąc w ciepłej parującej wodzie, która pachniała sosnowym płynem do kąpieli podkradzionym z butelki należącej do Vicky, Toby najpierw doszedł do wniosku, że mimo wszystko był to nie najgorszy dzień, a potem postanowił odwiedzić babcię. Nie widział jej przecież od wczoraj.

Wyszedł z wanny, włożył piżamę oraz szlafrok i przeszedł przez korytarz wiodący do jej mieszkania. Zapukał do drzwi i otworzywszy je po zachęcającym „proszę”, znalazł się w innym świecie; meble, firanki i wszystkie inne rzeczy były tutaj całkiem odmienne niż w pozostałej części domu. Nikt nie miał tylu fotografii i bibelotów, tylko tu w kuchennym palenisku zawsze paliło się trochę węgla. Toby zastał babcię siedzącą w głębokim fotelu. Robiła na drutach; na kolanach miała jakąś książkę. W pokoju stał telewizor, ale babcia niechętnie z niego korzystała, znacznie bardziej lubiła książki. Kiedy Toby myślał o babci, zawsze sobie wyobrażał ją zagłębioną w lekturze. Ilekroć jednak wchodził do jej mieszkania, wkładała między strony skórzaną zakładkę, zamykała książkę i odkładała na bok, by całą uwagę poświęcić wnukowi.

– Witaj, Toby.

Była bardzo stara. Dużo starsza od babć innych chłopców, bo ojciec Toby’ego także urodził się jako późne dziecko. Była też bardzo szczupła i tak krucha, że wydawało się, iż łatwo mogłaby złamać się na pół. Jej dłonie były niemal przezroczyste, a palce miały tak grube stawy, że nie mogła zdjąć pierścionków. Nosiła je więc przez cały czas, a one rzucały wokół migotliwe iskry.

– Co dziś robiłeś?

Przyciągnął sobie taboret i usiadł obok babci, by wszystko jej opowiedzieć. Powiedział jej o śmierci pana Sawcombe’a, ale ona już o tym wiedziała. Opowiedział o Williem robiącym trumnę dla swojego przyjaciela i o tym, że nie chciał się dziś bawić z Davidem w kowbojów, a także o jagniątku Daisy. Na końcu zaś o Vicky i o Tomie.

Babcia była bardzo zadowolona.

– To najlepsza wiadomość. Dobrze, że wreszcie skończyli ten niemądry spór!

– Jak myślisz, babciu, czy oni zakochają się w sobie i wezmą ślub?

– Może tak... może nie...

– Czy byłaś zakochana, kiedy wyszłaś za dziadka?

– Sądzę, że tak. To było tak dawno, czasem zapominam...

– Czy... – zawahał się, ale musiał się tego dowiedzieć, a babcia była osobą, która nigdy nie unikała trudnych pytań – czy bardzo za nim tęskniłaś, kiedy... umarł?

– Dlaczego o to pytasz? Czy tęsknisz za panem Sawcombe’em?

– Tak. Przez cały dzień. Tęskniłem za nim przez cały dzień.

– Z czasem poczujesz się lepiej. Tęsknota stanie się mniej dojmująca i będziesz pamiętał jedynie dobre chwile.

– Czy tak właśnie było z tobą i dziadkiem?

– Myślę, że tak. Tak.

– Czy umieranie jest bardzo straszne?

– Nie wiem... – szelmowski uśmiech był zaskakujący na jej starej, pomarszczonej twarzy. – Nigdy jeszcze nie umierałam!

– A ty... – Toby z przejęciem wpatrywał się w jej oczy; wiedział, że nikt przecież nie może żyć wiecznie. – Czy ty się nie boisz?

Babcia wzięła Toby’ego za rękę.

– Wiesz, zawsze myślałam, że życie każdego człowieka przypomina wysoką górę. I każdy człowiek musi wspiąć się na nią sam. Najpierw znajdujesz się w dolinie wśród łąk, małych strumyków i złocistych jaskrów. To dolina twojego dzieciństwa. Potem zaczynasz się wspinać. Powoli góra staje się coraz bardziej stroma, ale jeśli co jakiś czas będziesz się zatrzymywał i rozglądał wokół, wtedy wspaniałe widoki sowicie wynagrodzą ci wysiłek, szczyt góry zaś, ów wierzchołek, na którym śnieg i lód błyszczą w promieniach słońca, okaże się wprost niewiarygodnie piękny. Także dlatego, że jest osiągnięciem, zwieńczeniem, końcem długiej podróży.

To było wspaniale.

– Nie chcę, żebyś umarła! – powiedział czując, że bardzo ją kocha.

Babcia roześmiała się serdecznie.

– Och, kochanie moje, nie myśl o tym. Mam zamiar żyć jeszcze długie lata, aż będziecie mieli mnie dość. A teraz może zjemy trochę miętowego kremu, a potem postawimy pasjansa? Jak to miło, że przyszedłeś z wizytą. Zaczynało mnie już nużyć własne towarzystwo...

Później, pożegnawszy się z babcią, umył zęby i poszedł do swego pokoju. Odsłonił firanki. Deszcz przestał już padać i księżyc wspinał się po wschodniej stronie nieba. W jego srebrnym świetle Toby widział ciemne sylwetki owiec, które wraz z jagniętami skupiły się pod osłaniającymi je gałęziami starej sosny. Zdjął szlafrok i położył się do łóżka. Mama umieściła pod kołdrą butelkę z gorącą wodą, co sprawiło mu wielką przyjemność. Szeroko otwartymi oczami zapatrzył się w miękką ciemność i zamyślił głęboko.

Doszedł do wniosku, że dziś nauczył się bardzo wiele. Tylu rzeczy dowiedział się o życiu. Pomagał przy porodzie, a patrząc na Vicky i Toma zobaczył początek nowej miłości. Może się pobiorą, a może nie. Gdyby się pobrali, z pewnością mieliby dzieci, co Toby’ego uczyniłoby wujkiem. (Toby wiedział już, skąd się biorą dzieci, bo kiedyś w czasie jakiejś odważnej męskiej pogawędki na temat hodowli bydła pan Sawcombe mu to wyjaśnił.)

Co się zaś tyczy śmierci... „Śmierć jest częścią życia” powiedziała mu mama. Willie powiedział, że śmierć jest tajemnicą między nim i Panem Bogiem. A babcia była przekonana, że śmierć to lśniący szczyt prywatnej góry każdego człowieka i że prawdopodobnie jest czymś najlepszym, najwspanialszym ponad wszystko.

Pan Sawcombe wspiął się na swoją górę i osiągnął szczyt. Toby wyobraził go sobie – zdobywca wysokiej turni, stoi tam w przeciwsłonecznych goglach chroniących jego oczy przed jasnością nieba. Pan Sawcombe ma na sobie najlepszy, niedzielny garnitur i trzyma flagę.

Toby nagle poczuł się zmęczony. Zamknął oczy. Dwustuprocentowy przyrost. Jakże zadowolony byłby pan Sawcombe! Jaka szkoda, że nie żył wystarczająco długo, by dowiedzieć się o bliźniętach Daisy...

A kiedy Toby zapadał w sen, uśmiechnął się do siebie, bo nagle poczuł całkowitą pewność, że jego stary przyjaciel – gdziekolwiek teraz jest – o wszystkim już wie.

Jeden dzień w domu

W pierwszą środę kwietnia James Harner wysiadł na londyńskim lotnisku Heathrow. Wracał ze służbowej podróży, która wiodła przez pięć europejskich stolic, miał za sobą siedem oficjalnych spotkań z dyrektorami różnych firm i niekończące się godziny spędzone w poczekalniach lotnisk. W Londynie lało, jak zwykle o tej porze roku. James był niewyspany, walizka ciążyła mu jak ołów, a na dodatek rozbierało go przeziębienie.

Gładko ogolona twarz Robertsa, kierowcy przysłanego przez firmę na lotnisko, była pierwszym miłym akcentem tego powoli dobiegającego już końca dnia. Roberts uchylił czapki z daszkiem, odebrał od Jamesa walizkę i wyraził nadzieję, że podróż minęła przyjemnie.

Pojechali prosto do biura. James obdarował sekretarkę małą butelką perfum kupioną w strefie wolnocłowej i natychmiast zatelefonował do szefa.

– James! Miło cię słyszeć! Wpadnij, stary! Jak poszło?

Sir Osborne Baske był nie tylko przełożonym Jamesa, lecz również wypróbowanym przyjacielem. Mogli więc pominąć kurtuazyjne uprzejmości i nim minęło pół godziny, James zrelacjonował w skrócie wszystko, co się zdarzyło: które przedsiębiorstwa wyraziły zainteresowanie współpracą. Najcenniejszą wiadomość zakomunikował na końcu; w teczce miał podpisane już dwa cenne kontrakty – ze szwedzką firmą produkującą prefabrykowane meble dobrej jakości, choć o niezbyt wysokim standardzie, oraz ze szczycącą się wieloletnią tradycją duńską firmą jubilerską, która powoli wchodziła na rynek krajów Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej.

Sir Osborne był niezwykle zadowolony i wprost nie mógł się doczekać przekazania tych wspaniałych wiadomości pozostałym dyrektorom.

– We wtorek odbywa się posiedzenie zarządu. Czy do tego czasu przygotujesz pełny raport? Na piątek, jeśli to możliwe? W ostateczności – na poniedziałek rano.

– Jeśli jutro nie będę miał zbyt wielu zajęć, w piątek rano mógłbym raport dać do przepisania, a po południu puścić w obieg.

– Znakomicie. Będą więc mogli przestudiować go podczas weekendu, jeśli nie zatracą się w grze w golfa. Poza tym... – przerwał taktownie, kiedy James w panice poszukiwał chusteczki, a następnie głośno wydmuchał nos – ...przeziębiłeś się, stary? – zapytał oskarżycielsko, jakby James już go zaraził. Przeziębienia i katary potępiał bowiem bardziej niż wydatne brzuchy, ciężkie oficjalne obiady i zawały serca.

– Chyba złapałem katar – przyznał James.

– Hmm... – szef zastanawiał się nad czymś. – Wiesz co, czemu nie miałbyś spędzić jutrzejszego dnia w domu? Wyglądasz jak przepuszczony przez wyżymaczkę. Odpoczniesz i w spokoju napiszesz raport. Będziesz też miał okazję po długiej podróży spędzić trochę czasu z Louisą. Co ty na to?

James uznał, że to wspaniały pomysł.

– A więc załatwione! – wykrzyknął pan Osborne, wstając gwałtownie zza biurka i kończąc tę rozmowę, zanim kolejne zarazki mogłyby zadomowić się w sterylnym powietrzu jego wspaniałego gabinetu. – Jeśli wyjedziesz stąd od razu, będziesz w domu przed godziną szczytu. Zobaczymy się w piątek rano. Na twoim miejscu nie lekceważyłbym tego przeziębienia. W takiej sytuacji nie ma nic lepszego niż gorąca whisky z cytryną wypita tuż przed snem!

James i Louisa byli małżeństwem od czternastu lat. Z początku mieszkali w Londynie, w parterowym domku w dzielnicy South Kensington, kiedy jednak okazało się, że na świat przyjdzie dziecko, postanowili przenieść się na wieś. Zrealizowali zamiar dokonując pewnej finansowej żonglerki i James ani przez chwilę nie żałował owej decyzji. Wprawdzie na dojazdy poświęcał dwie godziny dziennie, lecz wydawało mu się to niewielką ceną za poczucie bezpieczeństwa, jakie dawał mu ten budynek z czerwonej cegły z dużym ogrodem i za przeżywaną każdego wieczoru radość powrotu do domu. Codzienne podróże, nawet w porze szczytu, nie męczyły go, przeciwnie – godzina w samochodzie spędzana z samym sobą stała się jego porą „wyłączania się” z pozostających za plecami problemów całego dnia.

Zimą w ciemności wjeżdżał przez własną bramę i zza drzew widział jasne światło palące się nad jego własnymi drzwiami. Wiosną ogród tonął w żonkilach. Lato przynosiło długie ciepłe wieczory, więc po pracy... szybki prysznic, lekka koszula, wygodne espadryle, kilka drinków na tarasie pod jasnobłękitnym baldachimem glicynii i słodki śpiew słowików rozlegający się z gęstwiny buka stojącego w głębi ogrodu...

Dzieci (było ich już dwoje) jeździły na rowerach wokół trawnika lub huśtały się na sznurowych drabinkach zwisających z ich domku na drzewie. W weekendy zjeżdżali się przyjaciele, sąsiedzi lub „uciekinierzy” z Londynu, którzy przywozili tu swoje rodziny i psy. Leniuchowali na leżakach, czytając niedzielne gazety, lub przyjaźnie konkurowali ze sobą w różnych grach ogrodowych. Ale w centrum tego życia była Louisa. Louisa nigdy nie przestała zaskakiwać Jamesa, który żeniąc się nie podejrzewał nawet, jakim skarbem okaże się żona. Łagodna i niewymagająca, przez długie lata dowiodła, że potrafi jak za sprawą czarów tworzyć atmosferę domu. Gdyby poprosić Jamesa o dokładne sprecyzowanie tego wrażenia, prawdopodobnie byłby bezradny. Wiedział tylko, że dom – choć często zasypany dziecięcymi zabawkami, bucikami i rysunkami – tchnął spokojem i serdecznością. Zawsze stały tu kwiaty w wazonach i rozbrzmiewał śmiech, zawsze znalazło się dość jedzenia dla niespodziewanych gości. Prawdziwym jednak cudem był fakt, że wszystko to dokonywało się niepostrzeżenie. James bywał w innych domach, gdzie kobiety spędzały całe dnie doglądając gospodarstwa, bez ustanku coś czyszcząc i porządkując, zamykając się w kuchni i dopiero na dwie minuty przed podaniem gościom posiłku wyłaniając się z niej jako uosobienie wyczerpania i udręki. Owszem, Louisa udawała się do kuchni, ale gości wprost tam za nią ciągnęło. Zabierali więc ze sobą drinki i nie protestowali, gdy dawała im ziemniaki do obierania lub prosiła, by ukręcili majonez. Dzieci wybiegały do ogrodu, a potem wracały, by pomagać przy łuskaniu groszku lub robić herbatniki z resztek ciasta pozostałego z piekącej się już szarlotki.

Jamesowi czasem wydawało się, że życie Louisy, w porównaniu z jego własnym, musi być okropnie nudne. „Co dziś robiłaś?” – pytał wracając do domu, ale żona niezmiennie odpowiadała: „Nic ważnego”.

Deszcz wciąż padał, popołudnie zmieniało się w zmierzch. James dojechał właśnie do Henborough, ostatniego przed skrętem do ich wsi miasteczka. Na skrzyżowaniu zapaliły się czerwone światła, więc zatrzymał samochód. Za wystawową szybą położonej tuż obok kwiaciarni dostrzegł dzbany pełne czerwonych tulipanów, frezji i narcyzów. Pomyślał o kupieniu Louisie kwiatów, ale światła zmieniły się na zielone, wyleciało mu to więc z głowy i pojechał dalej.

Było jeszcze widno, gdy znalazł się na podjeździe otoczonym kępami rododendronów. Wstawił samochód do garażu, wyjął walizkę z bagażnika i wszedł do domu kuchennymi drzwiami. Dożywający swoich lat spaniel Rufus wydał ze swego koszyka długie ostrzegawcze „hauuu!”; żona Jamesa odsunęła filiżankę z herbatą i wstała od stołu.

– Kochanie! Cóż za niespodzianka!

Jakież to cudowne być witanym tak czule.

Odstawił walizkę, a Louisa podbiegła do niego i padli sobie w ramiona. Poczuł, jaka jest szczupła i krucha. Miała stary błękitny pulower, pachniała wspaniale, ledwie uchwytnym aromatem perfum.

– Wróciłeś wcześniej.

– Udało mi się umknąć przed najgorszym tłokiem na szosie.

– Jak się miewa Europa?

– Ciągle jeszcze tam jest – powiedział, wypuszczając żonę z objęć. – Stało się coś złego?

– Co się miało stać?!

– Nie widzę porzuconych na środku garażu rowerów, nie słyszę żadnego piskliwego szczebiotu i gangi młodocianych nie walczą w ogrodzie. Nie ma dzieci!

– Są w Hamble, u Helen – Helen była siostrą Louisy – wiedziałeś, że mają tam jechać.

Wiedział, ale po prostu zapomniał.

– Sądziłem, że je zamordowałaś i spaliłaś na stercie kompostu.

Spojrzała na niego z troską.

– Złapałeś katar?

– Tak. Dopadłem go w jakiejś kryjówce, gdzieś między Oslo a Brukselą.

– Och, moje biedactwo...!

– Ależ wcale nie biedactwo. Dzięki katarowi nie jadę jutro do Londynu. Mam zamiar zostać tutaj, na łonie rodziny, i przy stole w jadalni napisać sprawozdanie o rynkach Wspólnoty Europejskiej. – Znów pocałował żonę. – Tęskniłem za tobą. Wyobrażasz to sobie? Naprawdę bardzo za tobą tęskniłem. Niewiarygodne. Co jest na obiad?

– Steki.

Coraz lepiej.

– Coraz lepiej – powiedział to głośno.