Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych
Wiktoria jako osiemnastolatka zakochała się w obiecującym dramaturgu, Oliver wszakże znikł wkrótce z jej życia i nagle po trzech latach pojawił się znowu: jako wdowiec z dwuletnim synkiem. Wiktoria jest na tyle naiwna, że zgadza się dać mu jeszcze jedną szansę. Razem wyjeżdżają do Szkocji i dopiero tam Wiktorii otwierają się oczy...
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Zgierzu
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 349
Rok wydania: 1995
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Rosamunde Pilcher urodziła się w 1924 r. w Kornwalii. Po ukończeniu szkoły przez rok pracowała w brytyjskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Potem wstąpiła do Kobiecej Służby Pomocniczej przy Marynarce Wojennej. Służbę odbywała w Porthmouth i Trincomalee na Cejlonie, w jednostkach floty wschodnioindyjskiej. Pod koniec wojny wyszła za mąż za Grahama Pilchera i przeniosła się z nim do Szkocji. Mieszkają tam do dziś.
Mają czworo dzieci i ośmioro wnucząt. Rosamunde Pilcher zaczęła pisać bardzo wcześnie, pierwsze opowiadanie opublikowała, gdy miała osiemnaście lat. Wydała trzynaście powieści, z których w Polsce ukazały się: Poszukiwacze muszelek, Wrzesień, Czas burzy, Pusty dom.
ROSAMUNDE PILCHER
Z angielskiego przełożyłaKrystyna Chmiel
Tytuł oryginału
Wild Mountain Thyme
Projekt obwoluty, oprawy i stron tytułowych
Cecylia Staniszewska
Redakcja
Maria Radzimińska
Redakcja techniczna
Lidia Lamparska
Korekta
Maria Włodarczyk
Copyright © 1978 by Rosamunde Pilcher
© Copyright for the Polish edition by „Świat Książki", Warszawa 1995
© Copyright for the Polish translation by Krystyna Chmiel 1995
Świat Książki, Warszawa 1995
Druk i oprawa w GGP
ISBN 83-7129-855-2Nr 1241
Zanim zbudowano obwodnicę, szosą przecinającą Woodbridge płynął nieprzerwany strumień pojazdów. Ruch kołowy był tak intensywny, że staroświeckie domy z epoki królowej Anny drżały w posadach, a w oknach brzęczały szyby. Jeszcze nie tak dawno Woodbridge było jedną z wielu miejscowości leżących na trasie.
Po uruchomieniu obwodnicy wszystko się zmieniło - zdaniem mieszkańców — na lepsze. Gorzej na tym wyszli natomiast właściciele sklepów i garaży oraz kierownik przydrożnego baru dla kierowców ciężarówek.
Mieszkańcy Woodbridge nie musieli już przebiegać na drugą stronę ulicy z duszą na ramieniu, a psy dla bezpieczeństwa trzymać na smyczy. Podczas weekendów dzieci w toczkach dojeżdżały na kucykach kłusem na treningi w miejscowym klubie jeździeckim. Można już było urządzać przyjęcia i kiermasze dobroczynne na wolnym powietrzu. Na miejscu baru dla kierowców powstały ekskluzywne delikatesy. Podupadający sklep tytoniowy przejął młody koneser antyków. No, a pastor zaczął już planować na przyszły rok uroczyste obchody trzystulecia miejscowego późnogotyckiego kościoła.
Jednym słowem, Woodbridge wyszło dobrze na tych zmianach.
*
Pewnego chłodnego lutowego przedpołudnia, kiedy zegar na wieży kościelnej wskazywał za dziesięć dwunastą, zza warsztatu rymarskiego na rogu głównej ulicy wynurzyło się sfatygowane volvo. Młody mężczyzna, który prowadził samochód, miał przed sobą pustą jezdnię zamiast nieprzerwanego potoku pojazdów jak kiedyś. Jechał więc powoli, przyglądając się uroczo bezładnej zabudowie, łukowatym portalom nad wystawami sklepów i majaczącym w oddali wierzbom na łąkach. Po zimowym niebie płynęły chmury, a ciszę przerywał tylko warkot samolotu lecącego w stronę Londynu.
Miasteczko wyglądało jak wymarłe. Kierowca volvo minął spokojnie bar z krzewami laurowymi w donicach przy wejściu, zakład fryzjerski „Carole Coiffures”, skład win o oknach z butelkowego szkła i sklep ze starociami, gdzie akurat odbywała się przecena. Dojechał w końcu tam, dokąd zmierzał, zaparkował wóz przy krawężniku i wyłączył silnik.
Tymczasem ucichł już warkot samolotu. Słychać było tylko szczekanie psa i śpiew ptaka, który zmylony słabym blaskiem słońca, myślał, że przyszła już wiosna. Młody człowiek wysiadł z wozu, zatrzasnął drzwiczki i przez chwilę wpatrywał się w wachlarzowato ułożone szybki nad drzwiami domu będącego celem jego wizyty. Dom był symetrycznie zbudowany; do frontowych drzwi prowadziły kamienne schodki, a wysokie okna o przesuwanych ramach były przesłonięte tiulowymi firankami.
„No, tak - pomyślał - w tym domu nic się nigdy nie zmieni”. Wszedł na schodki i zadzwonił do drzwi. Zauważył przy tym, że szyldzik dzwonka i kołatka w kształcie lwiej głowy są z wypolerowanego mosiądzu, a na drzwiach błyszczy świeżo położona żółta farba, bez śladu zadrapań czy pęcherzy. W cieniu domu było chłodno, toteż mężczyzna drżał z zimna w swej skórzanej kurtce. Zadzwonił ponownie i tym razem usłyszał wewnątrz kroki, po czym drzwi się otworzyły.
Dziewczyna, która stanęła w progu, wyglądała na zmieszaną. Sprawiała wrażenie, jakby oderwano ją od jakiegoś zajęcia, do którego chciałaby jak najszybciej powrócić. Miała długie, jasne jak len włosy, a ubrana była w opiętą bawełnianą koszulkę, fartuszek, podkolanówki i drewniaki z czerwonej skórki.
- Słucham? - zapytała z niecierpliwością w głosie.
Kiedy jednak nieznajomy z uśmiechem powiedział: - Dzień dobry - od razu zmieniła nastawienie. Najwidoczniej zorientowała się, że ten przystojny młody człowiek - wysoki, długonogi, w spranych dżinsach i brodaty jak wiking - nie jest dostawcą węgla ani kwestującym na Czerwony Krzyż.
- Czy zastałem panią Archer? - kontynuował przybysz.
- Przykro mi - powiedziała takim tonem, jakby rzeczywiście było jej przykro. - Pani Archer nie ma w domu. Wyjechała po zakupy do Londynu.
Na oko mogła mieć około osiemnastu lat, a w jej angielszczyźnie pobrzmiewał jakiś obcy akcent - chyba skandynawski.
- Ale mam pecha! - ostentacyjnie użalił się nad sobą. - Powinienem był najpierw zadzwonić, ale miałem nadzieję, że zastanę panią Archer w domu.
- Pan jest jej znajomym?
- Nnno...tak, znamy się od kilku lat. Tylko że... przez jakiś czas nie mieliśmy ze sobą kontaktu. Ostatnio bawiłem na zachodzie kraju i właśnie, wracając do Londynu, pomyślałem sobie, że dobrze byłoby wpaść na chwilę, ale to nic ważnego.
Niezdecydowanie zaczął się wycofywać, ale, jak się spodziewał, dziewczyna go zatrzymała.
- Kiedy pani wróci, powiem jej, że pan tu był. Pani ma przyjechać na podwieczorek.
W tym momencie, jak na zamówienie, zegar na wieży kościelnej wybił południe.
- Jest dopiero dwunasta. Nie mogę czekać tak długo. Może kiedyś znowu będę tędy przejeżdżał... - Przerwał i rozejrzał się po ulicy. - Kiedyś tu była taka mała knajpka...
- Już nie ma. Teraz są tam delikatesy.
- No to zjem kanapkę w barze, bo już dawno nic nie jadłem. - Uśmiechnął się do niej z wyżyn swego wzrostu. - Miło mi było panią poznać. Do widzenia!
Zwrócił się do wyjścia, ale wyczuwał, że dziewczyna bije się z myślami. I rzeczywiście zaczęła:
- Mogłabym...
- Co by pani mogła? - pomógł jej, już z jedną nogą na schodkach.
- Czy pan rzeczywiście jest znajomym państwa - upewniała się, jakby chcąc, żeby to potwierdził.
- Tak, naprawdę jestem, ale nie wiem, jak mógłbym to udowodnić.
- To znaczy, szykowałam właśnie lunch. Mógłby pan zjeść z nami.
Spojrzał na nią takim wzrokiem, że aż się zarumieniła.
- Cóż za lekkomyślność! Na pewno nieraz przestrzegano panią, że nie wolno wpuszczać do domu obcych ludzi!
Speszyła się, bo pewnie rzeczywiście nieraz to słyszała.
- Ale jeżeli rzeczywiście jest pan znajomym państwa Archer, to pani na pewno chciałaby, żebym zaprosiła pana do domu.
Widać było, że jest to cudzoziemka pracująca jako pomoc domowa i że nudno jej samej w domu. Wszystkie takie dziewczyny nudziły się i czuły samotnie - widocznie należało to do ujemnych stron tej pracy.
- Ależ nie może pani pakować się w kłopoty! - udał oburzenie.
- Chyba się w nic nie pakuję! - Zdobyła się na uśmiech.
- A gdybym ukradł rodzinne srebra? Albo próbował panią zgwałcić?
Jakoś nie wzięła poważnie takiej ewentualności. Potraktowała to raczej jako dowcip i poczuła się pewniej, nawet cichutko zachichotała.
- Gdyby pan zrobił coś podobnego, zaczęłabym krzyczeć i całe miasteczko przybiegłoby mi na ratunek. W Woodbridge wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich i o wszystkim gadają. Nic nie da się ukryć!
Teraz już dziewczyna cofnęła się i zachęcającym ruchem otworzyła szeroko drzwi do holu. Obcy udał wahanie, na tyle długo, aby to wyglądało wiarygodnie, po czym wzruszył ramionami i z miną człowieka, który, choć niechętnie, dał się przekonać, oświadczył:
- No, dobrze - i wszedł za nią do środka. - Ale w razie czego pani poniesie konsekwencje! - ostrzegł żartobliwie.
Parsknęła śmiechem. Widać ta przygoda zaczynała ją bawić.
- Może się pan rozbierze? - zaproponowała tonem pani domu.
Zdjął kurtkę, którą dziewczyna powiesiła na wieszaku.
- Może pan przejdzie do kuchni i napije się piwa?
- Dziękuję, chętnie.
Poszedł za nią na zaplecze domu, gdzie znajdowała się kuchnia, wychodząca na ogród od południa.
Kuchnia, cała z nierdzewnej stali i drzewa tekowego, lśniła czystością. Posadzka z błękitnych i białych kafelków miała w sobie coś ze stylu portugalskiego. Na parapecie stały rośliny doniczkowe, a stół przy oknie był już nakryty. Przybysz od razu zauważył wysokie dziecięce krzesełko, a na stole barwny plastykowy obrusik, małe łyżeczki i kubek.
- Opiekuje się pani dzieckiem? - zapytał.
- Tak - odpowiedziała. Z lodówki wyjęła puszkę piwa, a z haczyka na ściance kredensu zdjęła cynowy kufel. - To wnuczek pani Archer.
- Jak ma na imię?
- Tomasz. Wołają go Tomek.
- Gdzie on jest?
- Jeszcze śpi. Zaraz po niego pójdę, bo o tej porze zwykle jada lunch.
- Ile ma lat?
- Dwa. - Podała nieznajomemu puszkę i kufel.
Otworzył puszkę i wlał piwo do kufla w taki sposób, żeby nie powstała piana.
- Jego rodzice wyjechali?
- Nie. - Jej uśmiechnięta twarz z dołeczkami w policzkach nagle posmutniała. - Takie nieszczęście! Jego matka nie żyje! - Zmarszczyła czoło, jakby zastanawiając się nad czymś. - Dziwne, że pan o tym nie wie!
- Tak jak mówiłem, nie byłem z Archerami w kontakcie już od dłuższego czasu. Przykro mi, ale nie miałem o tym pojęcia.
- Zginęła w katastrofie lotniczej, kiedy wracała z wakacji w Jugosławii. Była jedynym dzieckiem państwa Archerów.
- Więc teraz opiekują się wnuczkiem?
- Tak.
- A co się dzieje z jego ojcem? - indagował dalej, pociągając łyk smakowitego chłodnego piwa.
Młoda gosposia pochyliła się, aby zajrzeć do piekarnika. Kuchnię wypełnił wspaniały zapach. Gościowi napłynęła ślinka do ust. Do tej pory nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo jest głodny.
- Nie wiem, bo oni się rozeszli - wyjaśniła, zamykając piekarnik i prostując plecy. Ponownie obrzuciła go podejrzliwym spojrzeniem. - Myślałam, że o tym też pan wie!
- Nie wiem o niczym, bo nie było mnie w kraju. Wyjeżdżałem do Hiszpanii i do Ameryki.
- Aha! - Spojrzała na zegarek. - Nie będzie panu przeszkadzało, jeśli zostawię pana przez chwilę samego? Muszę iść na górę po Tomka.
- Jeśli nie boi się pani, że wyniosę srebrne łyżeczki... - Wyraźnie ją prowokował.
- Myślę, że pan tego nie zrobi! - Roześmiała się. Ze swoją jasną cerą wyglądała tak zdrowo, jakby codziennie wypijała dzbanuszek pełnotłustego mleka.
- Można wiedzieć, jak pani na imię? - spytał.
- Helga.
- A więc jest pani Szwedką?
- Tak.
- Ci Archerowie mają szczęście, że trafili na kogoś takiego jak pani.
- To ja mam szczęście, że na nich trafiłam. Dobrze mi się tu pracuje, bo są bardzo mili. Inne dziewczyny mają gorzej, mogłabym panu o tym dużo naopowiadać...
- Czy chodzi pani na kursy wieczorowe?
- Tak, uczę się angielskiego i historii.
- Pani mówi świetnie po angielsku.
- Bo studiuję literaturę angielską. Interesuje mnie szczególnie Jane Austen.
Teraz on się roześmiał, bo sprawiała wrażenie strasznie zadowolonej z siebie.
- No to leć, Helgo, na górę i przynieś dzieciaka. Nawet jeśli on nie jest głodny, to ja jestem!
Znów spłonęła rumieńcem i wybiegła, zostawiając niespodziewanego gościa samego w kuchni zalanej słońcem. Słyszał jej kroki na schodach, potem w pokoju na piętrze. Dochodził stamtąd jej cichy głos i hałas rozsuwanych zasłon. Odstawił kufel z piwem i bezszelestnie przeszedł przez hol. Otworzył drzwi pod schodami i wszedł tam. Obicia i zasłony w pokoju były z grubego francuskiego perkalu. Znajdował się w nim fortepian i regał z równo poustawianymi książkami. Na ścianach wisiały jakieś bezpretensjonalne akwarelki. Do kominka nałożono już świeżych drew, ale jeszcze ich nie podpalono. I tak było ciepło, gdyż dom miał centralne ogrzewanie. W powietrzu unosiła się silna woń hiacyntów.
Wszystko było uporządkowane, drogie i w dobrym guście, że wyprowadzało młodego mężczyznę z równowagi. Takie rzeczy zawsze działały mu na nerwy. Rozglądał się za jakąś robótką na drutach, rozrzuconymi gazetami, psem, kotem lub choćby poduszką - czymś, co stwarzałoby przytulną, domową atmosferę. Nic z tych rzeczy. O tym, że ten dom jest w ogóle zamieszkany, świadczyło jedynie tykanie zegara na parapecie kominka.
Kręcąc się po pokoju, zauważył kolekcję zdjęć na fortepianie. Na jednym był pan Archer, w cylindrze, z dumną miną stojący u boku królowej w pałacu Buckingham. Jego wąsy sterczały sztywno jak szczoteczka do zębów, a marynarka ciasno opinała wydatny brzuch. Na innym zdjęciu figurowała pani Archer jako zwiewna panna młoda, na kolejnym - gołe niemowlę na futrzanym dywaniku. A w końcu Jeannette...
Długo przyglądał się jej wizerunkowi. Ładna, to prawda - zawsze była ładna. Nawet seksowna, na swój szczególny wyrafinowany sposób. Pamiętał jej wspaniałe długie nogi i kształt wypielęgnowanych rąk, ale inne szczegóły nie zachowały się w jego pamięci - nawet jej głos czy uśmiech.
Ożenił się z nią tylko dlatego, że Archerowie nie chcieli, aby ich córka miała nieślubne dziecko. Kiedy wyszło na jaw, że ukochana jedynaczka ma romans, mało tego, że żyje z tym strasznym człowiekiem o nazwisku Oliver Dobbs - ich mały, uporządkowany światek runął w gruzy. Pani Archer dostała takiego rozstroju nerwowego, że aż musiała położyć się do łóżka. Pan Archer, jako były żołnierz, wykazał więcej opanowania. Odchrząknął, poprawił krawat i zaprosił Olivera do klubu na lunch.
Na Oliverze nie wywarło to większego wrażenia. W monologu ojca Jeannette uczestniczył jako bierny słuchacz. Przypominało to scenę ze staroświeckiej sztuki.
Jedynaczka, z którą wiązali wielkie nadzieje, upadła tak nisko - perorował pan Archer. No, ale nie ma sensu oskarżać się nawzajem ani płakać nad rozlanym mlekiem. Słyszał, że Oliver pochodzi z dobrej rodziny i ukończył dobrą szkołę. Dlaczego więc pracuje w smażalni ryb i frytek? Oliver odpowiedział na to pytanie, które brzmiało jak zarzut, że przyczyna jest bardzo prozaiczna.
Chodziło o to, że był pisarzem, a praca w smażalni była na tyle prosta i mało absorbująca, że zarabiał na życie, mając równocześnie czas na pisanie.
Pan Archer odchrząknął i zapytał o rodziców Olivera. Dowiedział się, że mieszkają w Dorset i są nie tylko biedni, ale i uparci. Żyjąc tylko z wojskowej emerytury ojca Olivera, odejmowali sobie od ust, aby syn mógł ukończyć ekskluzywną szkołę. Kiedy ją ukończył w wieku lat siedemnastu - próbowali rozpaczliwie przekonać go, aby obrał jakąś ustabilizowaną drogę życiową. Mógłby, na przykład, wstąpić do wojska, najlepiej do marynarki... Albo zostać dyplomowanym księgowym, bankowcem lub prawnikiem... On jednak pragnął zarabiać na życie jako pisarz, bo właściwie już nim był. Gdy syn nie dał się przekonać, rodzice zerwali z nim wszelkie kontakty, zostawiając go bez przysłowiowego grosza przy duszy.
Jeżeli tak wyglądała sprawa z rodzicami Olivera, pan Archer spróbował z innej beczki. Zaczął wypytywać, czy Oliver kocha Jeannette. Czy byłby dla niej dobrym mężem?
Oliver z mety odpalił, że nie przypuszcza, aby mógł być dobrym mężem, ponieważ jest bardzo biedny.
To było sedno sprawy! Pan Archer odchrząknął po raz trzeci i ostatni, po czym ponownie zmienił taktykę. Zasugerował Oliverowi, że jeśli poślubi Jeannette i uzna dziecko, to już on się postara, aby młodzi mogli żyć na właściwym poziomie.
- Właściwym, to znaczy jakim? - spytał wprost Oliver.
Pan Archer z pozornym spokojem zaczął mu wszystko objaśniać. Nie spuszczał wzroku z Olivera, lecz równocześnie to nerwowo obracał w dłoni szklankę, to giął widelec albo kruszył bułkę. Pod koniec męskiej rozmowy stół przypominał pobojowisko, ale Oliver zorientował się, że jest na dobrej drodze.
Rzeczywiście, mieszkając w londyńskim mieszkaniu Jeannette i mając stałe wpływy na koncie bankowym, mógł spokojnie rzucić pracę w smażalni i całkowicie poświęcić się pisaniu. Miał już w druku jedną książkę, ale teraz pracował nad sztuką teatralną, a to było całkiem co innego. Czuł, że musi ją szybko ukończyć, gdyż wypalał się wewnętrznie - ta praca go unicestwiała, zżerała jak rak. Ale jak na pisarza przystało, był szczęśliwy tylko wtedy, kiedy prowadził podwójne życie. W jednym pochłaniały go całkowicie „wino, kobiety i śpiew” - na drugie życie składały się wytwory jego wyobraźni, znacznie barwniejsze i ciekawsze niż jego znajomi. A już na pewno te wymyślone postacie były bardziej zajmujące niż rodzina Archerów.
Podczas tamtego lunchu obaj panowie zawarli umowę, potwierdzoną później notarialnie. Oliver i Jeannette wzięli ślub cywilny i chyba o to głównie chodziło Archerom. Związek ich jednak nie trwał dłużej niż kilka miesięcy. Jeszcze przed urodzeniem dziecka Jeannette uciekła do rodziców, oświadczając, że mogłaby od biedy znieść nudę i samotność, ale za nic w świecie nie zniesie upokorzeń i przemocy fizycznej.
Oliver prawie nie zauważył jej odejścia, gdyż sam, w jej mieszkaniu, mógł bez przeszkód ukończyć sztukę. Kiedy ją wreszcie napisał, wyprowadził się, zamknął mieszkanie, a klucz odesłał Jeannette. Wyjechał do Hiszpanii i był tam jeszcze, gdy dziecko przyszło na świat. Tam też przeczytał w gazecie o katastrofie lotniczej w Jugosławii, w której zginęła Jeannette. W tym momencie jednak mało go to wzruszyło, gdyż dla niego Jeannette należała już do przeszłości. Pisał już następną powieść i tak go to pochłaniało, że nie poświęcił wspomnieniom o Jeannette więcej niż pięć minut. Znacznie bardziej frapujące było dla niego towarzystwo wymyślonych przez siebie postaci.
*
Zanim Szwedka zeszła na dół, Oliver był już z powrotem w kuchni. Siedział pod oknem, grzejąc się w słońcu i rozkoszując piwem, gdy w drzwiach ukazała się Helga z dzieckiem na ręku. Chłopczyk był większy, niż Oliver przypuszczał; wyglądał rozkosznie w czerwonych ogrodniczkach, białym sweterku i śliniaczku. Włoski miał miedzianorude, jak nowe monety pensowe. Twarzy nie było widać, bo wtulił ją w zgrabną szyję Helgi.
- Jest nieśmiały - wyjaśniła, uśmiechając się do Olivera znad pleców Tomaszka. - Powiedziałam mu, że mamy gościa, ale on wstydzi się pokazać buzię. - Pochyliła się nad chłopczykiem i szepnęła mu do ucha: - Nie bój się, głuptasku. Popatrz, jaki miły pan zje z nami obiadek!
Dziecko wydało pomruk dezaprobaty i jeszcze szczelniej przywarło do niani. Helga ze śmiechem oderwała go od siebie i usadowiła w wysokim krzesełku. Wtedy, chcąc nie chcąc, musiał spojrzeć na Olivera. Oczy miał niebieskie i w ogóle wyglądał krzepko. Oliver nie miał pojęcia o postępowaniu z dziećmi, więc powiedział tylko: ,,Cześć!”
- Przywitaj się, Tomku! - namawiała chłopca Helga, lecz od razu, tytułem wyjaśnienia, dodała: - On nie jest zbyt rozmowny.
Mały wpatrywał się w obcego, nie spuszczając z niego oczu nawet wtedy, gdy Helga zakładała mu plastykowy śliniaczek. Jeden policzek miał jeszcze zaczerwieniony od poduszki i pachniał świeżym mydłem.
Helga otworzyła piekarnik i wyjęła pieróg z mięsem oraz misę brukselki. Nałożyła trochę z obu potraw na mały talerzyk, rozgniotła widelcem na jedną masę i postawiła jedzenie na blacie wysokiego krzesełka.
- Teraz ładnie jedz! - poleciła, wkładając dziecku łyżeczkę w rączkę.
- Czy on już umie sam jeść? - zainteresował się Oliver.
- Oczywiście, nie jest już malutki, ma przecież dwa latka. Prawda, Tomeczku? Pokażesz panu, jak ślicznie zjadasz obiadek?
Tomaszek odłożył łyżeczkę, nie przestając wpatrywać się w gościa. Pod spojrzeniem jego niebieskich oczu Oliver poczuł się trochę nieswojo. Odstawił kufel piwa, wziął łyżeczkę, nabrał trochę mięsa ugniecionego z brukselką i powiedział:
- Popatrz no tutaj!
Tomek otworzył posłusznie buzię. Żując, nie spuszczał oczu z nieznajomego. Oliver zwrócił chłopcu łyżeczkę, a wtedy mały uśmiechnął się do niego z pełną buzią, pokazując nie tylko pieróg z mięsem, ale także drobne białe ząbki.
Uśmiech ten zauważyła Helga, stawiając przed Oliverem talerz.
- No, proszę, jużeście się zaprzyjaźnili! - oświadczyła.
Usiadła obok Tomka, aby pomagać mu przy jedzeniu.
- To bardzo miły chłopczyk.
- Co on robi przez cały dzień? - wypytywał Oliver.
- Trochę się bawi, trochę śpi, a po obiedzie idzie na spacer. Zwykle pani Archer z nim wychodzi, ale dziś ja pójdę.
- A czy on lubi oglądać jakieś książeczki czy coś takiego?
- Oczywiście, ma książki z obrazkami, ale czasem je drze.
- A zabawki? - badał dalej.
- Tak, najchętniej bawi się klockami i samochodzikami. Nie lubi natomiast żadnych pluszowych zwierzaków, misiów czy królików... Wydaje mi się, że on nie lubi dotyku futra.
Oliver zabrał się do jedzenia pieroga, gorącego i bardzo smacznego.
- Zajmowałaś się już kiedyś dziećmi? - zapytał z pełnymi ustami.
- Tak, u siebie w domu, w Szwecji, mam dużo młodszych braciszków i siostrzyczek.
- A lubisz Tomka?
- Pewnie, on jest taki grzeczny! Prawda, Tomciu, że jesteś grzeczny? - Zrobiła do niego minę. - I przede wszystkim nie płacze ciągle, tak jak niektóre dzieci!
- Takie wychowywanie przez dziadków musi być chyba strasznie nudne.
- On jest jeszcze za mały, żeby rozumieć, co jest nudne, a co nie.
- Ale kiedy podrośnie, to będzie się nudził.
- Jedynaki są zawsze trochę samotne. W miasteczku jest dużo dzieci, może się z nimi zaprzyjaźni.
- A ty się z kimś zaprzyjaźniłaś?
- Tak, z jedną taką dziewczyną, która pracuje w sąsiedztwie. Chodzimy razem na kursy.
- Masz już jakiegoś chłopaka?
Przez twarz przemknął jej grymas.
- Mój chłopak został w Szwecji.
- Pewnie tęskni za tobą?
- Piszemy do siebie listy. Zresztą to nie będzie długo trwało. Przyjechałam tylko na pół roku, a potem wracam do Szwecji.
- A co będzie z Tomkiem?
- Myślę, że pani Archer znajdzie dla niego inną opiekunkę. Dołożyć panu jeszcze?
Na deser podała owoce, jogurt i sery. Tomek pił jogurt, Oliver obrał sobie pomarańczę, a Helga tymczasem nastawiła wodę na kawę.
- Mieszka pan w Londynie? - zwróciła się do Olivera.
- Tak, w suterenie, ale przy samej Fulham Road.
- To teraz pan tam wraca?
- Tak, byłem tydzień w Bristolu.
- Na urlopie?
- Skąd, kto w lutym spędza urlop w Bristolu? Grają tam moją sztukę w teatrze „Fortuna”. Musiałem dokonać pewnych poprawek, bo aktorzy skarżyli się, że trudno im wymawiać niektóre kwestie.
- To pan jest pisarzem?- Zrobiła wielkie oczy. - Pisze pan sztuki? Takie na scenę? Musi pan być w tym dobry!
- Też tak myślę – mruknął, wpychając do ust cząstki pomarańczy. Jej smak w połączeniu z goryczką białej skórki przypominał mu Hiszpanię. - Tyle że nie to jest ważne, co ja myślę, ale to, co o tym myślą inni. Przede wszystkim krytycy i publiczność w teatrze.
- Jaki jest tytuł tej sztuki?
- „Złamany szeląg”, ale nie pytaj mnie, o czym to jest, bo musiałbym długo opowiadać.
- Mój chłopak też pisze, ale artykuły z dziedziny psychologii. Drukują je w zeszytach naukowych uniwersytetu.
- To musi być ciekawe.
- Na pewno, ale nie tak jak pisanie sztuk na scenę.
- Rzeczywiście, to nie to samo - zgodził się.
Tymczasem Tomek wypił już jogurt, więc Helga wytarła mu buzię, zdjęła śliniaczek i zsadziła z wysokiego krzesełka na ziemię. Chłopiec podszedł do Olivera i oparł się o jego kolano. Przez wytarty materiał dżinsów Oliver wyczuwał jego ciepłe paluszki. Tomek zadarł główkę i znów się uśmiechnął, pokazując perłowe ząbki i dołeczki w policzkach. Zainteresowała go broda, więc Oliver schylił się, aby umożliwić mu jej dosięgnięcie. Wtedy chłopczyk głośno się roześmiał, a Oliver podniósł go i postawił na swoim kolanie. Poczuł przy tym jego ciężar i ciepło.
Helga przyglądała się temu z satysfakcją.
- Widzę, że już się z panem zaprzyjaźnił. Czy mógłby pan pooglądać z nim książkę, dopóki nie pozmywam? Potem wyjdę z nim na spacer.
Wprawdzie Oliver też chciał już zbierać się do wyjścia, ale przystał na tę propozycję. Helga poszła więc po książkę, zostawiając go samego z Tomaszkiem.
Chłopiec był zafascynowany przede wszystkim jego brodą. Kiedy stał na kolanach Olivera, ich oczy znajdowały się na tym samym poziomie. Oliver ostentacyjnie jęknął, kiedy Tomek pociągnął go za brodę. Rozbawiło to chłopca, więc spróbował jeszcze raz.
- To boli, ty łobuzie! - skarcił go Oliver, przytrzymując jego rączkę. Czując na sobie badawczy wzrok małego, szepnął konfidencjonalnie: - A czy ty wiesz, kim ja jestem?
Tomek roześmiał się tylko.
Helga wróciła z książką, dużą, bogato ilustrowaną, w lakierowanej okładce, z wizerunkami zwierząt gospodarskich. Oliver otworzył ją w przypadkowym miejscu i wraz z siedzącym na jego kolanach Tomkiem oglądał obrazki. Helga tymczasem oczyściła talerze z resztek jedzenia i wstawiła je do zmywarki, a potem dokładnie wyszorowała formę, w której piekł się pieróg. Oliver przewracał karty książki, wskazując Tomkowi przedmioty na obrazkach i podając ich nazwy: to jest domek, a to furtka; to drzewo, a to stóg siana... Na widok namalowanego pieska Tomek naśladował szczekanie. Kiedy na obrazku była krowa - wydawał dźwięk przypominający muczenie. Okazał się bardzo towarzyskim dzieckiem.
W końcu Helga oświadczyła, że czas już przebrać Tomka do wyjścia. Wzięła go na ręce i zaniosła na górę. Oliver został sam, rozglądając się po sterylnie czystej kuchni i nieskazitelnie wypielęgnowanym ogrodzie. Wyobrażał już sobie, co to będzie, kiedy Helga odejdzie i jej miejsce zajmie inna dziewczyna do dziecka. Może się to powtarzać jeszcze kilka razy, dopóki Tomek nie ukończy ośmiu lat. Wtedy przypuszczalnie wyślą go do jakiejś ekskluzywnej szkoły przygotowawczej. Robiło mu się słabo na myśl o tym, że jego syn zostanie wtłoczony w tryby tradycyjnej angielskiej edukacji; jak konserwatywni dziadkowie pokierują jego losem, dobierając mu odpowiednich kolegów, kształtując zainteresowania i pilnując, aby nie wyłamywał się z więzów konwenansu.
On sam nie dał się tak zaszufladkować. W wieku siedemnastu lat zerwał wszystkie więzi rodzinne. Po pierwsze dlatego, że chciał się poświęcić pisarstwu; a po drugie - bo zawsze dążył do niezależności. A jak da sobie radę Tomek?
Te rozważania popsuły mu humor, więc dał sobie spokój. W końcu nic go nie obchodziło, do jakiej szkoły będzie chodził Tomek. Aby odegnać te natrętne myśli, zapalił papierosa i bezmyślnie otworzył książkę z obrazkami na stronie tytułowej. I tu doznał szoku, bo przeczytał starannie wykaligrafowaną czarnym tuszem dedykację: Tomaszowi Archerowi z okazji drugich urodzin od kochającej babci.
Oliver poczuł złość. Raptem okazało się, że los Tomka obchodzi go bardziej, niż mu się wydawało. Gdyby pani Archer znalazła się w pobliżu, na pewno zwymyślałby ją, a może nawet doszłoby do rękoczynów. Mruknął więc do siebie przez zaciśnięte zęby: - Jaki Tomasz Archer, ty świętoszkowata krowo! To jest Tomasz Dobbs, mój syn!
Kiedy Helga zeszła na dół, niosąc Tomka już ubranego w kombinezon i czapeczkę z pomponem, Oliver czekał na nią w holu. Nałożył kurtkę i stwierdził:
- No, to na mnie już czas. Muszę wracać do Londynu.
- Oczywiście, jeśli pan musi...
- To bardzo ładnie z twojej strony, że zaprosiłaś mnie na lunch.
- Powiem pani, że pan był.
- Proszę bardzo - przyzwolił z uśmiechem.
- Ale nie wiem, co mam jej powiedzieć. To znaczy... przepraszam, ale nie wiem, jak się pan nazywa.
- Wystarczy, że powiesz - Oliver Dobbs.
- Dobrze, panie Dobbs... - zawahała się, a potem szybko dodała: - Muszę jeszcze skoczyć po płaszcz i wózek Tomka. Potrzymałby go pan przez chwilę?
- Chętnie. - Wziął od niej dziecko i przytulił do piersi.
- Zaraz wracam, Tomku! - zapewniła go opiekunka i znikła za oszklonymi drzwiami w głębi holu.
„Niemądra, naiwna dziewczyno - pomyślał Oliver. - Jeśli chcesz, możesz wcale nie wracać!” Miał nadzieję, że jego postępek nie sprawi jej zbyt wielkich przykrości. Z synem na ręku przeszedł przez hol, otworzył na żółto pomalowane drzwi od frontu i zszedł schodkami do samochodu.
Helga słyszała wprawdzie z garderoby warkot silnika, ale nie skojarzyła tego z wozem Olivera. Kiedy wróciła z wózkiem, nie zastała już ani mężczyzny, ani dziecka. Zauważyła, że nie zamknął za sobą drzwi, przez które do holu wdarło się zimno.
- Panie Dobbs! - wybiegła na dwór z krzykiem. - Tomku!
Odpowiedziała jej cisza. Ulica była pusta.
Wiktoria Bradshaw odkryła, że człowiek najbardziej się męczy wtedy, kiedy nie ma nic do roboty. Wbrew pozorom nadmiar pracy jest dużo mniej męczący. Dzisiejszy dzień był tego dowodem. W lutym źle się działo w handlu konfekcją - a właściwie w handlu czymkolwiek. Szał gwiazdkowych zakupów dawno minął, a o styczniowych wyprzedażach już zapomniano.
Mdłe poranne słońce i lekki przymrozek dawały pewne nikłe nadzieje na pogodny dzień, ale już po południu zachmurzyło się, zaczęło padać i zrobiło się tak zimno, że nikt przy zdrowych zmysłach nie wybierał się w taką pogodę po zakupy. Każdy wołał siedzieć w domu przy kominku lub kaloryferze, rozwiązywać krzyżówki, piec ciasto lub oglądać telewizję niż chodzić po sklepach.
Zbliżała się piąta po południu. Na dworze szybko się ściemniało i tylko przez szybę wystawową od wewnątrz widać było odwrócone litery szyldu SALLY SHARMAN. Okna wychodziły na zalany strugami deszczu Beauchamp Place, przez który przemykali przechodnie pod parasolami, zmagając się z wiatrem i ciężarem niesionych pakunków. Przy skrzyżowaniu z Brompton Road sznur samochodów czekał na zielone światło. Po schodkach do sklepu biegła jakaś osoba ubrana w płaszcz od deszczu. Sadziła susami, jakby ją ktoś gonił. Jednak mimo pośpiechu, z jakim zamknęła przeszklone drzwi, do środka wdarło się zimne powietrze.
Była to Sally, właścicielka firmy, w czarnym, nieprzemakalnym płaszczu i czapce z rudego lisa.
- Ależ psia pogoda! - powiedziała zadyszana, zamykając parasolkę. Zdjęła rękawiczki i powoli rozpinała płaszcz.
- Jak ci poszło? - zagadnęła Wiktoria.
Sally była na roboczej naradzie z młodym projektantem konfekcji, który postanowił przestawić się na hurtową sprzedaż swoich modeli. Zajęło jej to całe popołudnie.
- Nieźle - stwierdziła, wieszając płaszcz na mokrej parasolce. - Całkiem nieźle. Facet ma dobre pomysły i umie dobierać kolory. Byłam zaskoczona, że przedstawił kolekcję dla osób w dojrzałym wieku, bo sądziłam, że taki młody człowiek projektuje tylko dżinsy i bluzy.
Dopiero kiedy zdjęła lisią czapę i otrząsnęła ją z deszczu - można było stwierdzić, że jest szczupła i elegancka. Miała na sobie wąskie spodnie wpuszczone w kozaczki i sweter ze zgrzebnej wełny, który na każdej innej kobiecie wyglądałby jak szmata do podłogi, ale na Sally leżał cudownie.
Sally zaczęła swoją karierę zawodową jako modelka - do tej pory zresztą zachowała tyczkowatą figurę i nazbyt wyraziste, lecz fotogeniczne kości policzkowe. Z wybiegu dla modelek awansowała do działów mody w pismach kobiecych. Następnym szczeblem w jej karierze, dzięki rozległym znajomościom i głowie do interesów, był już własny sklep. Ta praktycznie myśląca, dobiegająca czterdziestki rozwódka miała bardziej czułe serce, niż mogłoby się wydawać. Wiktoria pracowała u niej prawie dwa lata i przez ten czas bardzo się polubiły.
- Uuuuch, jak ja nie znoszę służbowych spotkań! -ziewnęła Sally - Mam potem kaca przez resztę dnia!
Z przepastnej torby wyjęła paczkę papierosów i popołudniową gazetę. Rzucając to wszystko na kontuar, zmieniła temat:
- A co u ciebie?
- Właściwie nic się nie działo. Sprzedałam tę strojną beżową sukienkę, no i jakaś dama przez pół godziny zastanawiała się nad tym wełnianym płaszczem w jodełkę. W końcu powiedziała, że się jeszcze namyśli, bo ten płaszcz ma kołnierz z norki, a ona jest działaczką ruchu ochrony zwierząt.
- Powiedz jej, że możemy go wymienić na kołnierz ze sztucznego futra - poradziła Sally, przechodząc do swojego kantorka na zapleczu sklepu. Usiadła przy biurku i zaczęła przeglądać korespondencję. - Wiesz co, Wiktorio? - mówiła dalej. - Pomyślałam, że powinnaś wziąć teraz ze dwa tygodnie urlopu. Później zacznie się ruch w interesie i nie dam sobie rady bez ciebie, a nie brałaś wolnego już od niepamiętnych czasów. Tyle tylko że luty nie jest zbyt atrakcyjnym miesiącem. Chyba żebyś wyskoczyła gdzieś na narty albo do twojej mamy w Sotogrande. Jak tam jest w lutym?
- Też zimno i deszczowo.
- Po twoim głosie poznaję, że wolałabyś nie brać urlopu w lutym - domyśliła się Sally, a Wiktoria nie oponowała. - Wiesz, gdyby to moja matka miała dom w Sotogrande, siedziałabym u niej przez cały rok. Poza tym potrzebujesz wypoczynku, jesteś taka blada i chuda. Kiedy patrzę na ciebie, mam wyrzuty sumienia, że cię za bardzo eksploatuję.
Mówiąc to, otworzyła następną kopertę.
- Sądziłam, że zapłaciłyśmy już ten rachunek za prąd - zmieniła temat. - Nawet jestem pewna, że zapłaciłyśmy. Komputer musiał się pomylić, a może to sprawka wirusa?
Wiktoria ucieszyła się, że szefowa przestała już poruszać problem jej urlopu w lutym. Podniosła gazetę, którą Sally wyjęła z torby, i bezmyślnie ją przeglądała. Przebiegła wzrokiem nagłówki, wyławiając mniej i bardziej ważne wiadomości. Hrabstwo Essex nawiedziły powodzie, a gdzieś w Afryce znowu wybuchł pożar. Jakiś stary hrabia żenił się po raz trzeci, a w Bristolu odbyła się właśnie próba generalna przed premierą nowej sztuki „Złamany szeląg” pióra... Olivera Dobbsa!
To był zupełny przypadek, że zwróciła uwagę na tę wiadomość, złożoną drobną czcionką i upchniętą u dołu kolumny. Nie miała ani nagłówka, ani zdjęcia, tylko grubą czcionką wydrukowane nazwisko Olivera Dobbsa.
- ...i to jest już ostatnie upomnienie, masz pojęcie? A niech to! Pamiętam przecież, że w zeszłym miesiącu wypisałam im czek! - Sally nadal roztrząsała temat rachunku za prąd, ale urwała, widząc brak reakcji Wiktorii. - Ej, co z tobą, nie słyszysz? Na co się tak gapisz?
- Nic takiego, tylko znalazłam wzmiankę o facecie, którego kiedyś znałam.
- Mam nadzieje, że nie wsadzili go do więzienia?
- Nie, napisał sztukę teatralną. Słyszałaś kiedyś o Oliverze Dobbsie?
- Owszem, wiem, że pisze sztuki dla teatru telewizji. Któregoś wieczoru oglądałam jakąś jego jednoaktówkę. Napisał też scenariusz świetnego filmu dokumentalnego o Sewilli. A co o nim piszą?
- W Bristolu mają wystawiać jego sztukę.
- Jaki on jest? - od niechcenia spytała Sally, będąc wciąż myślami przy wygórowanych rachunkach wystawianych przez londyński Zakład Energetyczny.
- Przystojny.
To wywołało zainteresowanie Sally, która gustowała w przystojnych mężczyznach.
- Podobał ci się? - indagowała.
- Miałam wtedy osiemnaście lat i łatwo było mi zaimponować.
- Nie tobie jednej, wszyscy byliśmy tacy w tym wieku. Zresztą ty, szczęściaro, nadal wyglądasz jak młódka!
Raptem Sally straciła zainteresowanie dla Olivera Dobbsa, rachunku za prąd i wszystkiego innego. Ten dzień stanowczo dłużył się niemiłosiernie! Przeciągnęła się i ziewnęła.
- Wiesz co? Do diabła z tym wszystkim! Zamykamy budę i idziemy do domu. Chwała Bogu, że są weekendy. Nic nie robić przez dwa dni, to cudowne! Przesiedzę chyba cały wieczór w wannie albo przed telewizorem.
- Myślałam, że gdzieś wychodzisz.
Sally prowadziła dosyć bujne życie towarzyskie. Otaczał ją wianuszek adoratorów, z których żaden nie miał pojęcia o istnieniu rywali. Sally dokonywała cudów zręczności, aby nie pomylić ich imion, więc na wszelki wypadek zwracała sie do każdego per „kochanie”.
- Na szczęście nie. A ty?
- Chyba będę musiała pójść na drinka do znajomych mojej mamy. Nie zapowiada się to zbyt interesująco.
- Skąd możesz wiedzieć? - zaprotestowała Sally. - Życie jest pełne niespodzianek.
*
Praca na Beauchamp Place miała tę dobrą stronę, że z zaułka Pendleton, gdzie Wiktoria zajmowała mieszkanie swojej matki, można tam było przejść spacerkiem. Przeważnie chodziła piechotą do pracy, gdyż na skróty było to tylko pół godziny marszu. Ruch na powietrzu zwykle działał na nią bardzo odświeżająco. Jednak dziś była taka plucha, że perspektywa marszu w ulewnym deszczu i przy lodowatym wietrze nie należała do przyjemnych. Wprawdzie Wiktoria na ogół wystrzegała się jeżdżenia taksówkami, ale tym razem zdecydowała się złamać zasadę. Podeszła w górę Brompton Road i zatrzymała nadjeżdżający samochód.
Jazda jednokierunkowymi ulicami w godzinach szczytu trwała o dziesięć minut dłużej niż pokonanie tej samej trasy piechotą. Licznik wybił tyle, że z banknotu funtowego kierowca wydał jej tylko kilka drobniaków reszty.
Od taksówki musiała jeszcze przejść kawałek po kałużach i mokrych kocich łbach, nim dotarła do pomalowanych na niebiesko drzwi swego domu. Otworzyła je, weszła na górę po schodkach przykrytych wytartym beżowym chodnikiem i skierowała się do małego saloniku.
Odłożyła parasolkę i koszyk. Zaciągnęła story z grubego perkalu, przez co pokój od razu zrobił się bardziej przytulny. W kuchni postawiła czajnik na gazie, aby napić się kawy. Wróciła do pokoju i włączyła telewizor, ale zaraz go wyłączyła. Nastawiła płytę z uwerturą Rossiniego i przeszła do sypialni, aby zdjąć mokry płaszcz i buty.
Z dźwiękami uwertury zmieszał się gwizdek czajnika. Wiktoria zalała wrzątkiem kawę rozpuszczalną i z kubkiem w ręku usiadła przed gazowym kominkiem. Sięgnęła do koszyka po gazetę kupioną przez Sally. Jeszcze raz przeczytała notatkę o nowej sztuce Olivera Dobbsa. Wprawdzie powiedziała Sally, że kiedy miała osiemnaście lat, łatwo jej było zaimponować, ale prawda była taka, że czuła się wtedy samotna i rozdygotana jak dojrzały owoc na gałązce, który zaraz urwie się i spadnie. Trzeba trafu, że Oliver stał wtedy pod drzewem...
*
Była wtedy studentką pierwszego roku Akademii Sztuk Pięknych. Nieśmiała i zakompleksiona, jeszcze się nie zdążyła z nikim zapoznać, toteż niespodziewane zaproszenie na imprezę zaskoczyło ją, ale też mile połechtało. Jakaś starsza koleżanka, może litując się nad nowicjuszką, rzuciła w jej stronę luźną uwagę:
- Diabli wiedzą, co to ma być, ale mówili, że mogę zaprosić, kogo zechcę. Dobrze by było, gdybyś przyniosła flachę, ale jeśli nie przyniesiesz, to też się nic nie stanie. Wiesz, będziesz tam mogła poznać masę fajnych ludzi. O, tu masz adres. Ten chłopak nazywa się chyba Sebastian, ale to mało istotne. Jeśli będzie ci się chciało, to wpadnij. Obojętne, o której.
Jeszcze nigdy w swoim życiu Wiktoria nie spotkała się z takim zaproszeniem. Najpierw zdecydowała, że z niego nie skorzysta, potem kilka razy zmieniała zdanie - raz była gotowa iść, to znów ogarniał ją strach. W końcu znalazła jakieś czyste dżinsy, zabrała matce butelkę czerwonego wina i pojechała pod wskazany adres.
Było to mieszkanie na najwyższym piętrze budynku na zachodnim Kensingtonie. Wiktoria znalazła się wśród nie znanych sobie ludzi, ściskając w garści butelkę. Po jakichś dwóch minutach ktoś zauważył: „O, jak to ładnie z twojej strony!” i wziął od niej wino. Potem nikt już się do niej nie odezwał. W zadymionym pokoju znajdowało się kilku młodzieńców obwieszonych sznurami paciorków, dziewczyny o ziemistej cerze i z włosami w strąkach, a nawet kilkoro brudnych dzieci. Nie widać było niczego do jedzenia ani do picia.
Wiktoria nie mogła nigdzie dostrzec tej dziewczyny, która ją zaprosiła na imprezę. Krępowała się przyłączyć do którejś z grupek towarzyskich, porozsiadanych na podłodze, poduszkach lub na jedynej kanapie, z której wystawały sprężyny. W równym jednak stopniu wstydziła się wziąć płaszcz i wyjść. W powietrzu unosił się słodki i przenikliwy zapach marihuany, stanęła więc w oknie, zadręczając się wizją tego, co się stanie, jeśli wtargnie tu policja. Wtem ktoś ją zagadnął:
- My się chyba nie znamy?
Wiktoria, przestraszona tym nagłym odezwaniem, odwróciła się tak niezręcznie, że o mało nie wytrąciła nieznajomemu szklanki z ręki.
- Och, przepraszam! - wyjąkała.
- Nie szkodzi, nic się nie wylało - uspokoił ją, ale zaraz się poprawił: - Przynajmniej niedużo.
Uśmiechnął się, jakby opowiedział dobry kawał. Odwzajemniła uśmiech, wdzięczna, że ktoś się do niej przyjaźnie odezwał. Mało tego, w całym tym towarzystwie tylko on jeden nie był brudny, spocony ani pijany. Odwrotnie, był wybitnie przystojny, a nawet atrakcyjny: wysoki, szczupły, o rudawych włosach spadających na kołnierz swetra i z oryginalną brodą.
- Nie masz drinka - zauważył.
- Nie.
- Przynieść ci?
Odmówiła; naprawdę nie miała ochoty na drinka, a poza tym obawiała się, że jeśli ten chłopak odejdzie, to już więcej nie wróci.
- Nie lubisz? - rozbawiony wskazał na swoją szklankę. Wiktoria krytycznie przyjrzała się jej zawartości.
- Nie wiem, co to jest.
- Wątpię, czy ktokolwiek to wie. W każdym razie przypomina... - pociągnął łyk i jak zawodowy kiper trzymał przez chwilę w ustach - ...czerwony atrament z anyżkiem!
- A jak to działa na żołądek?
- O tym pomyślimy jutro! - Przyjrzał się jej z wyrazem skupienia. - Chyba się nie znamy - powtórzył.
- Myślę, że nie. Nazywam się Wiktoria Bradshaw.
Wymówiła swoje nazwisko z uczuciem zażenowania, ale on zdawał się tego nie dostrzegać.
- A co robisz?
- Jestem na pierwszym roku Akademii Sztuk Pięknych.
- Aha, to dlatego się tu znalazłaś. I jak ci się podoba?
- Nieszczególnie. - Rozejrzała się znacząco wokół.
- Wprawdzie miałem na myśli twoje studia, ale jeśli ci się tu nie podoba, to dlaczego nie pójdziesz do domu?
- Sądziłam, że byłoby to nieuprzejme.
Rozbawiło go to stwierdzenie.
- W tym towarzystwie nikt nie myśli o uprzejmości.
- Zresztą jestem tu dopiero od dziesięciu minut.
- A ja od pięciu.
Skończył drinka, wysączając ostatnie krople podejrzanego napoju tak dokładnie, jakby to było pyszne chłodne piwo. Potem odstawił szklankę na parapet okna i zakomenderował:
- Wychodzimy!
Ujął ją pod ramię i skierował w stronę drzwi. Opuścili mieszkanie bez słowa pożegnania czy choćby najbłahszej wymówki.
U szczytu ciemnej i brudnej klatki schodowej odwróciła się i spojrzała mu w oczy.
- Nie miałam tego na myśli! - zaprotestowała.
- Czego znów nie miałaś?
- No, żebyś ty także wyszedł. To ja chciałam wyjść!
- A skąd wiesz, że ja nie chciałem?
- Przecież przyszedłeś się zabawić!
- Takie imprezy przestały mnie bawić już dość dawno. Chodźmy stąd szybko zaczerpnąć świeżego powietrza!
Kiedy byli już na dole i owiało ich ciepłe powietrze letniego wieczoru, Wiktoria znów się zatrzymała.
- No to bardzo ci dziękuję - oświadczyła.
- Jak to?
- Mogę już wziąć taksówkę i pojechać do domu.
Uśmiechnął się.
- Boisz się czegoś?
- Nie, skąd! - Wiktoria poczuła się zakłopotana.
- No więc, przed czym uciekasz?
- Przed niczym. Chciałabym po prostu...
- Jechać do domu?
- Tak.
- Ale nie pojedziesz.
- Dlaczego?
- Bo pójdziemy teraz do knajpy, włoskiej czy jakiejś innej. Zamówimy dużą butelkę wina, a ty opowiesz mi historię swojego życia.
Nadjechała wolna taksówka. Nieznajomy wepchnął do niej Wiktorię i poinstruował kierowcę, dokąd ma jechać. Jechali w milczeniu przez jakieś pięć minut. Na miejscu pomógł jej wysiąść i zapłacił za kurs. Zaprowadził ją do podrzędnej knajpki ze stołami ustawionymi wzdłuż ścian. W powietrzu mieszał się zapach dymu papierosowego i gotujących się potraw. Zajęli stolik w rogu sali, gdzie było dosyć ciasno. Młody człowiek umieścił jakoś swe długie nogi tak, aby nie potykali się o nie kelnerzy. Zamówił butelkę wina i przypalając papierosa, poprosił o kartę. Potem odwrócił się do Wiktorii i zagaił:
- No więc...
- Co: „no więc?”
- No więc, proszę, opowiedz mi historię swojego życia. Przyłapała się na tym, że się uśmiecha.
- Ależ ja nic o tobie nie wiem, nie znam nawet twojego nazwiska! - zaprotestowała.
- Oliver Dobbs - przedstawił się uprzejmie. - Musisz mi wszystko opowiedzieć, bo jestem pisarzem. Takim prawdziwym, który ma agenta reklamowego i duży dług w banku, a przy tym mocną potrzebę wysłuchiwania zwierzeń. Mało kto dzisiaj umie naprawdę słuchać, wszyscy chcieliby tylko mówić. Nie sądzisz?
- Chyba tak - odpowiedziała, gdyż pomyślała w tej chwili o swoich rodzicach.
- A widzisz? „Chyba” - to znaczy, że nie jesteś pewna. Nikt nie jest niczego pewien, bo nie umie słuchać innych. Ile masz lat?
- Osiemnaście.
- Kiedy cię zobaczyłem, myślałem, że jesteś młodsza. W tamtej obskurnej dziurze, stojąc w oknie, wyglądałaś najwyżej na piętnaście. Już miałem powiadomić pogotowie opiekuńcze, że jakaś małolata włóczy się sama po nocy.
Kelner postawił na stole odkorkowaną już litrową butelkę. Oliver nalał wina do kieliszków i wypytywał dalej:
- Gdzie mieszkasz?
- W zaułku Pendleton.
- Gdzie to jest? Fiu, fiu! - Aż zagwizdał, kiedy mu wyjaśniła. - A więc panienka z dobrego domu! Nie przypuszczałem, że takie też studiują na uczelniach artystycznych. Musisz być cholernie nadziana.
- Wcale nie jestem.
- To jakim cudem stać cię na mieszkanie w Pendleton?
- Bo mieszkam w domu mojej mamy, która wyjechała do Hiszpanii.
- Coraz ciekawiej. Co pani Bradshaw robi w Hiszpanii?
- Jeśli już, to pani Paley, bo moi rodzice się rozwiedli pół roku temu i mama wyszła drugi raz za mąż. Ojczym nazywa się Henry Paley i ma dom w Sotogrande, gdzie może przez cały rok grać w golfa. - Wiktoria postanowiła wyrzucić z siebie wszystko jednym tchem. - A mój ojciec wyjechał z kuzynką, która ma podupadający majątek ziemski w południowej Irlandii. Zapowiedział, że będzie tam hodował kuce do gry w polo, ale wątpię w to, bo on zawsze dużo gada, a mało robi.
- A biedną małą Wiktorię zostawili samą w Londynie?
- Mała Wiktoria ma już osiemnaście lat.
- Dobrze więc, stara i doświadczona. Mieszkasz sama?
- Tak.
- I nie czujesz się samotnie?
- Wolę mieszkać sama niż z dwojgiem ludzi, którzy drą ze sobą koty.
- Rodzice bywają czasem okropni, prawda? - Puścił do niej oko. - Moi też są okropni, ale nie mogli się zdecydować na rozwód. Zaszyli się w najbardziej zabitym deskami kącie Dorset i o wszystko złe - że gorzej się im powodzi, ceny rosną, a kury kiepsko się niosą - obwiniają albo mnie, albo rząd.
- Ja kocham swoich rodziców - zaoponowała Wiktoria. - To tylko oni przestali kochać siebie nawzajem.
- Masz rodzeństwo?
- Nie, jestem jedynaczką.
- Więc nie ma kto się tobą zająć?
- Wystarczająco dobrze zajmuję się sobą sama.
- To teraz ja się tobą zajmę - oświadczył pompatycznie.
Od tego wieczoru upłynęły dwa tygodnie, a Oliver się nie pojawił. Wiktoria straciła nadzieję, że jeszcze go kiedykolwiek zobaczy.
W piątkowe popołudnie postanowiła dla zabicia chandry zrobić generalne porządki w mieszkaniu, choć było czysto. Po sprzątaniu poszła do łazienki umyć włosy. Właśnie klęczała w wannie pod prysznicem, kiedy usłyszała dzwonek do drzwi. Owinęła się ręcznikiem i pobiegła otworzyć.
Przed drzwiami stał Oliver. Wiktoria aż rozpłakała się ze szczęścia. Wpuściła go do środka, a on wziął ją w ramiona - tak jak stała, całą mokrą - i osuszył jej twarz rogiem ręcznika. Potem poszli na górę. Oliver wyciągnął z kieszeni kurtki butelkę wina, a Wiktoria przyniosła kieliszki. Usiedli przy kominku i popijali wino, a kiedy w butelce pokazało się dno, Wiktoria poszła do sypialni ubrać się i rozczesać długie, wilgotne sploty jasnych włosów. Oliver siedział w nogach łóżka i przyglądał się jej. Potem zabrał ją na kolację, ale nawet nie próbował usprawiedliwić swojej dwutygodniowej nieobecności. Wspomniał tylko, że był w Birmingham i to musiało Wiktorii wystarczyć. Nawet nie przyszło jej na myśl zapytać, co tam robił.
Wkrótce okazało się, że taki właśnie charakter będą miały ich stosunki. Oliver to pojawiał się w jej życiu, to znikał; był nie tylko nieprzewidywalny, ale również tajemniczy. Nigdy nie wiedziała, gdzie był i co robił. Mógł być zarówno w Ibizie, jak i na farmie u kolegi w Walii. Nie mówił też nic o swojej pracy ani o swoim mieszkaniu. Wiktoria wiedziała tylko, że jest to suterena gdzieś przy Fulham Road.
Oliver miewał zmienne humory i Wiktoria nieraz była świadkiem wybuchów jego nieokiełznanego temperamentu. Tolerowała to, gdyż sądziła, że artysta ma prawo być chimeryczny. Tym bardziej że potrafił być równocześnie świetnym kumplem, dowcipnym i kochającym mężczyzną.
Właściwie był dla niej czymś w rodzaju starszego brata, na dodatek bardzo przystojnego.
Kiedy Oliver długo nie przychodził, Wiktoria wmawiała sobie, że na pewno pracuje. W myślach widziała go przy maszynie do pisania, jak wciąż przerabia swoje utwory, kreśli, dopisuje, poprawia, nie mogąc osiągnąć wymarzonych efektów artystycznych. Czasem miał przy sobie trochę pieniędzy, a czasem nie miał wcale. Wtedy Wiktoria sama kupowała produkty i przyrządzała posiłki w domu. Kupowała także wino i cygara, które lubił.
Najcięższy okres nastał, kiedy Oliver nie miał zbytu na swoje utwory. Musiał wtedy podjąć dorywczą pracę przy zmywaniu naczyń w małej restauracyjce. Potem sytuacja się poprawiła, gdyż udało mu się zawrzeć umowę z telewizją na wystawienie jego sztuki. Dalej jednak dorabiał zmywaniem, aby mieć z czego opłacić komorne.
Wiktoria nie miała poza Oliverem innych partnerów i nie czuła takiej potrzeby. Nie wyobrażała więc sobie, że może go coś łączyć z innymi kobietami. Dotąd nie miała okazji być o niego zazdrosna. Nie dawał z siebie zbyt wiele, ale jej to wystarczało.
Po raz pierwszy usłyszała z jego ust nazwisko Jeannette Archer, kiedy oświadczył jej, że ma zamiar się ożenić.
Stało się to wczesnym latem, kiedy okna w mieszkaniu Wiktorii były szeroko otwarte. Piętro niżej pani Tingley spod czternastki przesadzała pelargonie do ozdobnych doniczek, a lokator z mieszkania obok mył samochód. Na dachu gruchały gołąbki, a ulistnione korony drzew tłumiły odgłosy ruchu ulicznego. Oboje siedzieli przy oknie. Wiktoria przyszywała guzik do marynarki Olivera. Niby jeszcze się trzymał, ale widać było, że niedługo odleci, więc zaofiarowała się go wzmocnić. Nawlokła igłę, zawiązała supełek na końcu nitki i właśnie wbijała igłę w wytarty sztruks, kiedy Oliver ni z tego, ni z owego wypalił:
- Co byś zrobiła, gdybym ci powiedział, że się żenię?
Wiktoria z wrażenia trafiła igłą wprost w swój wielki palec. Ból był słaby, ale bardzo uporczywy. Szybko wyciągnęła igłę i obserwowała, jak na czubku palca wzbiera czerwona kropelka. Oliver tak na to zareagował:
- Wyssij szybko, bo mi poplamisz marynarkę!
Ponieważ nie usłuchała, wziął ją za rękę i sam wepchnął jej kciuk do ust. Napotkał przy tym jej wzrok, więc nie powstrzymał się od uwagi:
- Co się tak na mnie patrzysz?
Wiktoria patrzała nie tyle na niego, co na swój palec, w którym wzbierał pulsujący ból, jakby ktoś uderzył weń młotkiem. Odrzekła więc spokojnie:
- Nie umiem inaczej.
- No to powiedz coś, nie patrz takim cielęcym wzrokiem!
- A co według ciebie powinnam powiedzieć?
- Mogłabyś, na przykład, życzyć mi szczęścia.
- Nie wiedziałam, że... to znaczy... że ty... - Nawet w takiej chwili próbowała zachowywać się rozsądnie i taktownie, ale Oliver gardził wszelkimi eufemizmami. Przerwał jej brutalnie:
- Masz na myśli, że nie wiedziałaś, że kogoś mam? Wiesz, jak to brzmi? Jak cytat ze staroświeckiej powieści, jakie czytuje moja matka.
- Co to za dziewczyna?
- Nazywa się Jeannette
