Binding 13. Część druga - Walsh Chloe - ebook + audiobook
BESTSELLER

Binding 13. Część druga ebook i audiobook

Walsh Chloe

4,7

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

220 osób interesuje się tą książką

Opis

Druga część historii, która podbiła serce Weroniki Ancerowicz autorki For Sure Not You! 

Shannon nigdy nie przypuszczała, że popularny chłopak, o którego zabiegały wszystkie dziewczyny w szkole, stanie się dla niej kimś tak bliskim i tak ważnym. Nigdy nie sądziła, że będzie miała takiego przyjaciela. 

Jednak czego się kompletnie nie spodziewała to uczuć pojawiających się w jej sercu: tęsknoty, przywiązania i pożądania. Przecież Johnny nie mógłby na nią patrzeć „w ten” sposób, prawda? Jest dla niego ważna, ale to niemożliwe, aby ją kochał. 

Shannon nie jest typem dziewczyny, z jaką chciałby się spotykać. Ma tego pewność. Przyjaźń to zapewne wszystko, na co może liczyć. Gdyby tylko jej uczucia odeszły równie szybko, jak jej wątpliwości. 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                              Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 461

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 11 min

Lektor: Agnieszka Baranowska; Nikodem Kasprowicz

Oceny
4,7 (813 oceny)
629
123
47
13
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
makitala

Nie oderwiesz się od lektury

Super książka. Pomimo histori opisanej były momenty które śmiałam się bardzo, ale też takie gdzie złość, smutek przeważały. Bohaterowie dobrze opisani, pomimo że czasem czułam irytację. Polecam.. A i tak myślę że szkoda że jest taka moda dzielenia książek, a czego nie mogę zrozumieć to czemu premiery tych części są podzielone w czasie. Trochę brak szanowania czytelnika.
190
Liviaa

Dobrze spędzony czas

Ja myślałam, że ta część jest już częścià finałową, a tu takie coś? Przepraszam bardzo, ale mam nadzieję, że finał pojawi się już niedługo. Chociaż jestem mocno zawiedziona, że nie otrzymałam go już teraz
192
Oliwiapolis18

Nie oderwiesz się od lektury

NIE NO TAK NIE MOŻNA KOŃCZYĆ KSIĄŻEK. Dawać kolejna cześć
170
boberekgosiaczek

Nie oderwiesz się od lektury

Omg co ta książka ze mną zrobiła i jak może kończyć się w takim momencie No serio ludzie my te książki naprawdę przeżywamy a wy je urywacje w takich momentach brak słów. Kiedy kolejna cześć ?
AnitaPietek

Nie oderwiesz się od lektury

Główna bohaterka strasznie mnie irytowała ciągłymi przeprosinami i swoją infantylnością ale mimo wszystko jestem ogromną fanką tej historii. Czekam na kolejną część.
61

Popularność




Tytuł oryginału

Binding 13

Copyright © 2018 by Chloe Walsh

All rights reserved

Copyright © for Polish edition

Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne

Oświęcim 2023

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Redakcja:

Katarzyna Mirończuk

Korekta:

Agata Bogusławska

Edyta Giersz

Estera Łowczynowska

Redakcja techniczna:

Paulina Romanek

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Numer ISBN: 978-83-8362-021-3

Słownik

GAA – Gaelic Athletic Association (Gaelicki Związek Sportowy).

Culchie – osoba pochodząca z terenów wiejskich wokół Dublina. Zwrot używany zazwyczaj jako przyjacielska zaczepka.

Jackeen – osoba z Dublina. Zwrot używany czasami przez mieszkańców innych hrabstw Irlandii w odniesieniu do Dublińczyków.

Frigit – ktoś, kto jeszcze z nikim się nie całował.

Camogie – żeńska wersja hurlingu.

Hurling – irlandzka dyscyplina sportu. Gra się w nią z użyciem pałek (hurley) i twardych piłek (sliotar).

Scoil Eoin – szkoła podstawowa, do której chodził Johnny.

Grinds – prywatne korepetycje.

Fortnight – dwa tygodnie.

Chipper – restauracja z fast foodem.

Craic – zabawa.

Swat – nerd, kujon.

Langer – idiota.

Tog off – przebieranie się w strój treningowy i ze stroju treningowego.

St. Stephen’s Night – irlandzki Boxing Day, który wypada dwudziestego szóstego grudnia.

Bluey – film porno.

Corker – piękna kobieta.

Rozdział 1

To twoje urodziny

Shannon

Spędziłam pełne dwadzieścia minut, zwinięta w ramionach Johnny’ego, kiedy rozpaczliwie próbowałam zapanować nad emocjami. Jak tylko poczułam, że nie została mi już ani jedna łza do uronienia, odsunęłam się, żeby na niego spojrzeć.

Niebieskie oczy były przepełnione współczuciem, gdy patrzył na mnie ostrożnie.

– Cześć. – Pociągnęłam nosem, czując się zawstydzona.

– Cześć – powiedział Johnny, kiedy odsuwał moje wilgotne włosy z twarzy i przesuwał je na plecy.

– Dzięki – wychrypiałam, powstrzymując się przed chęcią wtulenia policzka w jego dłoń.

– Za co? – spytał, zakładając ostatnie pasemka moich włosów za ucho.

– Za przytulanie mnie i niewypuszczanie z rąk.

Uśmiechnął się smutno.

– Nie ma za co.

– Chcesz, żebym już poszła? – zapytałam, czując się niepewnie. – Teraz, kiedy już przemoczyłam twoją koszulkę i szyję?

Johnny pokręcił głową i powtórzył te same słowa co wcześniej:

– Chcę, żebyś została ze mną.

– Chcesz? – Pociągnęłam nosem, mocniej zacieśniając ręce na jego szyi.

– Tak, chcę.

– Okej – szepnęłam z mocno bijącym sercem.

– Chcesz o tym porozmawiać? – Jego oczy wypalały we mnie dziury.

Szybko pokręciłam głową, wiedząc, że wolałabym to wszystko wyprzeć i skoncentrować się na jedynej pozytywnej rzeczy w moim życiu. Na nim.

– Jesteś pewna?

– Chcę o tym zapomnieć – wyznałam. – Nie chcę nawet o tym myśleć. W ogóle… A przynajmniej do czasu, kiedy będę musiała wrócić do domu i stawić temu czoła.

– Jeśli tego chcesz, to w takim razie tak właśnie zrobimy – odpowiedział Johnny chropawym głosem.

Ramiona opadły mi z ulgą.

Ten chłopak… Boże…

– Jesteś głodna? – spytał, uwalniając moje biodra, a tym samym odbierając mi to pocieszające uczucie jego dłoni na skórze.

Mój żołądek zaburczał na wzmiankę o jedzeniu, kiedy niechętnie schodziłam z jego kolan.

– Uznam to za „tak” – powiedział Johnny, śmiejąc się cicho.

Kręcąc głową, wstał z łóżka i pomógł Sookie zeskoczyć na podłogę, po czym odwrócił się do mnie i uśmiechnął.

– Chodź, Shannon jak ta rzeka. – Wskazał głową na drzwi. – Pozwól mi cię nakarmić.

Na trzęsących się nogach zaczęłam podążać za Johnnym i Sookie, idąc wzdłuż długiego korytarza do gigantycznych schodów. Próbowałam powstrzymać uśmiech, kiedy Johnny zatrzymał się na szczycie schodów i podniósł Sookie, a następnie zaczął ją znosić, jakby była dzieckiem wtulonym w jego ramiona.

Podążyłam za nimi.

– Artretyzm – wyjaśnił, zażenowany, kiedy przyłapał mnie na wpatrywaniu się w niego. – Biedna staruszka. – Odstawił ją ostrożnie, kiedy dotarliśmy na sam dół, i patrzył, jak odchodzi powoli korytarzem. – Ale jest młoda sercem.

W momencie kiedy moja naga stopa dotknęła zimnych płytek, krzyknęłam i wskoczyłam z powrotem na stopień pokryty wykładziną.

– Boże – pisnęłam, drżąc. – Podłoga jest taka zimna.

– Zaczekaj – powiedział Johnny i pobiegł na górę, a po paru minutach wrócił, trzymając parę skarpet.

Podał mi je, a ja usiadłam na stopniu i założyłam je na stopy.

– Dzięki – szepnęłam, podciągając wysoko materiał. I tak oto miałam na sobie markowe skarpety firmy Nike, i to nie były podróbki.

– Nie ma problemu – odparł Johnny, przyglądając się mi. Potarł szczękę i dodał: – Nie wiem, dlaczego nie pomyślałem o skarpetach.

– Wszystko dobrze – zapewniłam, po czym wstałam. – Ja… Yyy… – Wzruszyłam bezradnie ramionami i wskazałam na moje nagie nogi, przykryte tylko na udach przez jego bokserki. – Nie mogłam utrzymać twoich spodni w górze na sobie.

– Nie? – Jego usta drgnęły z rozbawieniem.

Pokręciłam głową, a moje policzki płonęły.

– Jestem za mała.

– W porządku – odparł szorstko. – Tak mi się podoba.

– Podoba ci się?

– Chodziło mi o to, że… – Pokręcił głową i westchnął. – Chodziło mi o to, że mi to nie przeszkadza.

– A czy twoim rodzicom nie będzie przeszkadzało? – Zdenerwowana, założyłam włosy za ucho. – To znaczy, czy oni nie pomyślą…

– Nie – odpowiedział, ale brzmiał na nieco rozkojarzonego.

– Jesteś pewny?

Jego spojrzenie powędrowało po całym moim ciele, sprawiając, że skórę zalała mi fala ciepła.

– Nie. To…Yyy… Dobrze.

– Dobrze? – Uniosłam brwi.

Zaczerwienił się, przez co ja również zrobiłam się jeszcze bardziej czerwona.

O Boże…

– Jesteśmy tylko my – dodał i odchrząknął. – Mama wróci dopiero rano.

– Och, okej.

– A więc na co masz ochotę? – spytał, na szczęście zmieniając temat znów na jedzenie.

– Nie jestem wybredna – wymamrotałam, podążając za nim długim korytarzem.

Zatrzymałam się w drzwiach i podziwiałam tę piękną, nowocześnie zaprojektowaną kuchnię. Nie wyglądała jak reszta domu, który urządzono tradycyjnie i dostojnie.

– Dzięki Bogu – odparł Johnny, przykuwając moją uwagę do miejsca, gdzie stanął, czyli do wielkiej, czarnej, marmurowej wyspy, przy której sprawdzał telefon. – Ponieważ moje umiejętności kucharskie są całkiem podstawowe, a Gibsie wcześniej wyczyścił całą lodówkę.

– Ja umiem gotować – zaoferowałam nieśmiało.

– Co? Nie. – Szybko odrzucił propozycję, posyłając mi ponury uśmiech. – Jesteś moim gościem. Nie będziesz dla mnie gotowała.

– Nie przeszkadza mi to.

– No cóż, mnie przeszkadza – powiedział, po czym odłożył telefon na blat i całkowicie skupił się na mnie. – Może być zapiekana kanapka?

– Brzmi świetnie. – Uśmiechnęłam się promiennie.

– Dobry wybór – zaśmiał się. – Ponieważ do wyboru była zapiekanka albo płatki.

– Możemy też zjeść po prostu płatki. Nie mam nic przeciwko.

Johnny puścił do mnie oko i powiedział:

– Zaszalejemy i zjemy to i to.

Nie protestowałam. Byłam bardziej niż zadowolona, że mogłam wciągnąć cokolwiek, co on przede mną postawi.

– Pijesz herbatę?

– Tylko w wiadrach – odparłam z uśmiechem. – Torebka herbaty z dwiema łyżeczkami cukru i kropelką mleka.

– A więc jesteś zwolenniczką herbaty, a nie kawy.

– Ble, nienawidzę kawy. – Udałam odruch wymiotny.

Johnny uśmiechnął się szeroko i wskazał na wyspę pośrodku kuchni.

– Usiądź – poinstruował i przeszedł do szafek kuchennych, gdzie zaczął grzebać. – Wrzucę kanapki do opiekacza i możemy zjeść płatki, kiedy będziemy na nie czekać.

– Dziękuję ci za to.

– Za co? – spytał, kiedy przygotowywał kanapki w rekordowym czasie.

– Za to, że dla mnie gotujesz – odparłam, patrząc na plecy Johnny’ego, kiedy pracował.

Miał na sobie szary T-shirt i materiał tej koszulki cudownie rozciągnął się na jego plecach.

– Ciężko nazwać tost z serem i szynką gotowaniem dla ciebie – odparł z drapieżnym uśmiechem.

– No cóż, nikt nigdy dla mnie nie gotuje, więc to doceniam – powiedziałam, wciąż stojąc w drzwiach. – To ja głównie gotuję w domu.

– Tak? – Brzmiał na zaskoczonego. – Dlaczego?

– Ponieważ jestem jedyną dziewczyną. I większość prac domowych spadło na moje barki.

– No i? – odpowiedział Johnny, wciąż odwrócony do mnie tyłem. – Posiadanie macicy nie przywiązuje cię automatycznie do kuchenki albo do pieprzonego odkurzacza. – Pokręcił głową. – Jezu, gdybym jedynie pomyślał o tym, żeby powiedzieć coś tak seksistowskiego do mojej mamy, obcięłaby mi jajka.

Jego słowa mnie zachwyciły.

– To całkiem zdrowe podejście do życia.

– To jedyne możliwe podejście do życia – poprawił mnie. – Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, a nie w dziewiętnastym. – Włożył kanapki do tostera i odwrócił się do mnie. – Możesz usiąść, Shannon – powiedział łagodnie. – Wszystko dobrze.

– Yyy… Dobrze.

Podeszłam do wyspy, przysunęłam jeden ze stołków i od razu oblałam się rumieńcem ze wstydu, kiedy nie mogłam się na niego wdrapać. Spróbowałam jeszcze raz i znów mi się nie udało.

– Czy można to jakoś obniżyć?

Wiedziałam, że jestem mała, ale to było niedorzeczne. Skórzane siedzenie tego stołka sięgało mi do żeber.

– Co? – zawołał przez ramię Johnny, kiedy szukał czegoś w lodówce, z paczką płatków wetkniętą pod pachę.

– Stołek – powtórzyłam, cała czerwona na twarzy. – Nie mogę do niego dosięgnąć.

Rzucił mi szybkie spojrzenie i uśmiechnął się, kiedy zauważył, w czym mam problem.

– Była sprężyna – wyjaśnił, podchodząc do mnie. Odłożył paczkę Cheeriosów i butelkę mleka na wyspę. – Ale Gibsie ma nawyk psucia wszystkiego, czego dotknie. – Bez żadnego ostrzeżenia Johnny chwycił mnie za biodra, podniósł i posadził na stołku. – Lubi udawać, że jest rakietą, która startuje – dodał, nieświadomy, jak bardzo jego dotyk na mnie wpłynął. Podszedł do kolejnej szafki i wyjął z niej dwie miski, a potem otworzył szufladę i sięgnął po łyżki. – Ten gnojek zepsuł wszystkie sześć stołków w przeciągu tygodnia. – Postawił miski na blacie i uśmiechnął się do mnie. – Są ustawione na najwyższą wysokość.

– Nabijasz się ze mnie? – Naburmuszyłam się lekko.

Johnny wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Nigdy bym tego nie zrobił. – Popchnął miskę i łyżkę w moim kierunku. – Cheeriosy będą się nadawały na przystawkę? Mam też inne do wyboru, Rice Krispies.

– Mogą być Cheeriosy.

Usiadł na stołku obok mnie i sięgnął po paczkę z płatkami. Jego ramię otarło się o mnie, kiedy wsypywał płatki do obu misek i znów zadrżałam.

– Zimno ci? – spytał, odwracając się, żeby na mnie spojrzeć.

Pokręciłam głową.

– Wszystko dobrze.

– Jesteś pewna? – spytał, wlewając mleko do misek, a ja kiwnęłam głową.

– Jesteś pewny, że twoi rodzice nie będą mieli nic przeciwko, że tu jestem?

Zmarszczył brwi.

– Dlaczego mieliby mieć coś przeciwko?

– Nie wiem.

– Jest w porządku – zapewnił mnie. – Nie będzie im to przeszkadzało.

– Okej. – Nie byłam w stanie wytrzymać jego spojrzenia, więc spuściłam wzrok na swoją miskę. – Przypuszczam, że są przyzwyczajeni do tego, że przyprowadzasz dziewczyny do domu.

– Co to niby miało znaczyć? – spytał nieco ostrzejszym tonem.

– Nic. – Zaczerwieniłam się, chwyciłam za łyżkę i wsadziłam sobie pełną porcję płatków do ust.

– Shannon? – spytał Johnny, wciąż się we mnie wpatrując.

Wzruszyłam bezradnie ramionami.

– Nie przyprowadzam tutaj dziewczyn.

– Nie?

– Nie – potwierdził. – Nie przyprowadzam.

– A Bellę? – Te słowa wyszły z moich ust, zanim miałam szansę je zatrzymać.

– Co „Bellę”? – spytał, znów marszcząc brwi.

– Czy was… no… nie łączy coś więcej?

Grymas zniesmaczenia na twarzy Johnny’ego się pogłębił.

– To już dawno przeszłość.

– Przykro mi. Spotykaliście się bardzo długo, więc założyłam, że już była w twoim domu.

Johnny odwrócił się i spojrzał na mnie bez wyrazu.

– Spotykaliśmy się?

– A nie? – Zmarszczyłam czoło.

Wzruszył ramionami i znów odwrócił się do swojej miski.

– Nie.

– Och, okej – mruknęłam, całkowicie zbita z tropu.

– Nie chodziliśmy ze sobą, Shannon – wyjaśnił Johnny, zanim wsadził sobie wielką porcję płatków do ust.

– W takim razie co to było? – spytałam. – Ty i ona?

Wiedziałam, że powinnam przestać liczyć na jakieś informacje, ale nie mogłam się powstrzymać. Musiałam wiedzieć.

Johnny włożył kolejną łyżkę płatków do ust, przegryzł je, a potem połknął, po czym odwrócił się, żeby na mnie spojrzeć.

– Szczerze?

Przytaknęłam.

– Chodziło o fizyczność – przyznał, wyglądając na zakłopotanego. – To był tylko seks, Shannon.

– Tylko seks – powtórzyłam, ale moje słowa były ledwie nieco głośniejsze od szeptu.

– Tak – odparł. – I zanim coś powiesz, wiem, jak to brzmi. Ale taka jest prawda i tak samo było dla niej. Tak że… nie myśl sobie, że jestem złym facetem, i nie myśl, że ona chciała ode mnie czegoś więcej, ponieważ tak absolutnie nie było.

– A ty wiesz to na pewno?

– Tak, wiem – odparł, teraz nieco obronnym tonem. – Nie była zainteresowana mną jako osobą. Była zadowolona z tego, co potrafiłem zrobić na boisku i pod jej spódniczką. To było całkowicie cielesne. A kiedy nie mogłem dać jej tego, czego chciała, poszła szukać szczęścia z moim kolegą z drużyny.

– To okropne – szepnęłam; moje policzki płonęły.

– Tak, no cóż, czasem życie nie jest usłane różami – mruknął. – Czasami pieprzenie to tylko pieprzenie.

– Możemy już przestać o tym rozmawiać – szepnęłam, odsuwając od siebie naczynie.

– Masz rację – mruknął, opuszczając łyżkę z powrotem do miski. – Nie musisz tego słuchać. Masz tylko piętnaście lat, na miłość boską. – Pokręcił głową. – Co ja, do cholery, sobie myślałem, rozmawiając z tobą o takich głupotach?

– Mam szesnaście lat – poinformowałam go. – I nie jestem dzieckiem.

Johnny gwałtownie odwrócił do mnie głowę, na jego twarzy malowała się ostrożność.

– Masz piętnaście lat.

– Nie, nie mam – poprawiłam go. – Mam szesnaście.

– Od kiedy? – Zmarszczył czoło.

– Od dzisiaj.

– Dziś są twoje urodziny? – Johnny wpatrywał się we mnie, a ja wzruszyłam ramionami. – Dlaczego nic nie mówiłaś?

– Nie wiem. – Znów wzruszyłam ramionami. – Wypadło mi z pamięci?

– Shannon, daj spokój.

– Ponieważ to nie jest jakaś wielka rzecz – odparłam szybko. – To tylko zwykły dzień.

Zły dzień. Okropny dzień. Rozświetlony jedynie przez to, że jestem z tobą…

– Nie, Shannon – spierał się Johnny, wyglądając, jakby był całkiem zagubiony. – To wielka rzecz.

– Johnny, dziś są moje urodziny – ogłosiłam, czując się zażenowana. – Proszę bardzo.

– Żałuję, że nie wiedziałem wcześniej – narzekał. – Kupiłbym ci prezent.

– Nie potrzebuję prezentu – wydusiłam z siebie z szybko bijącym sercem. – Nie bądź niemądry.

Johnny pokręcił głową i mruknął:

– Tak, no cóż, gdybyś mi powiedziała, przygotowałbym ci coś lepszego niż miskę pieprzonych płatków.

– I zapiekankę – dodałam.

– I zapiekankę. – Johnny westchnął ciężko.

– Czy one nie powinny już być gotowe? – spytałam.

– Cholera!

Johnny odsunął swój stołek i podbiegł do opiekacza.

– Nie są całkiem spieczone – ogłosił, marszcząc czoło. – Ale były już na dobrej drodze.

– Są w porządku – zapewniłam go, kiedy zeskoczyłam ze stołka. – Lubię takie chrupiące.

Podniosłam obie miski i podeszłam z nimi do zlewu, żeby je umyć.

– Nawet o tym nie myśl – ostrzegł Johnny, kiedy kładł na talerze nasze zapiekanki.

– O czym nie myśleć? – spytałam, zbita z tropu.

– Nie będziesz sprzątała żadnej rzeczy w dniu swoich urodzin – oświadczył, trzymając w obu dłoniach talerze.

– Nie przeszkadza…

– I twoja twarz. – Pokręcił głową, zmieniając temat. – I to z twoją mamą. Jezu, to twoje urodziny…

– Powiedziałeś, że możemy o tym zapomnieć – wykrztusiłam, słysząc, że drży mi głos, kiedy zaczęła narastać we mnie panika.

Nie chciałam o tym myśleć. Wiedziałam, co nadejdzie, kiedy opuszczę ten dom, i chciałam o tym zapomnieć. Przez kilka kolejnych godzin pragnęłam udawać, że nie czekało na mnie piekło po drugiej stronie drzwi wejściowych.

Johnny wyglądał, jakby chciał się ze mną pokłócić, ale pokręcił głową i wydał z siebie niski jęk.

– Masz rację. Przepraszam – powiedział w końcu. – Odłóż te miski do zlewu i chodź ze mną. Później się tym zajmę.

Wbrew mojej naturze było, żeby zostawiać po sobie bałagan, ale zastosowałam się do instrukcji Johnny’ego i poszłam za nim przez korytarz do przestronnego salonu, w którym palił się ogień w kominku. Podeszłam tam bez zastanowienia i jęknęłam z ulgą, kiedy poczułam ciepło, uderzające w moje gołe nogi i ręce.

Johnny postawił talerze na szklanym stoliku, stojącym naprzeciw ognia, a potem przesunął kanapę spod ściany i ustawił ją dokładnie na wprost kominka.

– Nie musiałeś tego dla mnie robić – powiedziałam szybko.

– Na zewnątrz jest lodowato – wyjaśnił. – A ten dom jest tak wielki, że zajmuje wieczność, żeby się nagrzał. – Wskazując ręką na kanapę, powiedział: – Poczuj się jak w domu, wrócę za sekundkę.

Bez dalszego wyjaśnienia wyszedł, zostawiając mnie samą w swoim ogromnym salonie.

Zbyt oszołomiona, żeby robić cokolwiek innego niż gapienie się, pozostałam przy ogniu, ogrzewając plecy i spychając moje uczucia na bok.

Kiedy Johnny wrócił kilka minut później, niósł dwa kubki z herbatą.

– Dwie łyżeczki cukru i kropelka mleka – powiedział, mrugając okiem i stawiając kubki na stoliku obok naszych talerzy.

– Dziękuję – szepnęłam, oszołomiona jego dobrocią.

Usiadł na jednym krańcu kanapy i uniósł brwi. Po dwóch minutach wewnętrznej walki ostrożnie za nim podążyłam, zajmując miejsce po przeciwległej stronie kanapy i zostawiając między nami dystans.

Johnny chwycił za pilota i włączył telewizor, zawieszony na ścianie nad kominkiem. Był ogromny, miał przynajmniej osiemdziesiąt cali.

– Jakieś życzenia? – spytał, przeglądając program na ekranie.

Pokręciłam głową.

– Cokolwiek chcesz.

– Masz wybór solenizantki.

– Zaskocz mnie. – Pokryłam się rumieńcem.

Johnny spojrzał na telewizor i uśmiechnął się z wyraźną psotą w oczach.

– Zaraz Irlandia będzie grała w Pucharze Sześciu Narodów. – Wzruszył ramionami. – Miałem zamiar to obejrzeć.

– W takim razie włącz to – zachęciłam go.

– Nie będzie ci to przeszkadzało?

– To twój telewizor – odparłam. – Dlaczego miałoby mi to przeszkadzać?

– Jeśli się znudzisz, po prostu mi powiedz – wymamrotał, kiedy włączył mecz, a jego uwaga momentalnie została przykuta do ekranu. – Wtedy włączymy coś innego.

Kiedy na boisko wkroczyła irlandzka drużyna seniorów i zabrzmiał hymn narodowy, twarz Johnny’ego się rozjaśniła. Jego oczy tańczyły z podekscytowania, kiedy oparł głowę o zagłówek kanapy. Wyglądał na bardzo młodego. I uroczego.

Poczekałam, aż wybierze swoją kanapkę, po czym sięgnęłam po drugą i ugryzłam mały kawałek. Kiedy smak szynki i roztopionego sera spłynął po moim języku, jęknęłam, po czym szybko zaczęłam pochłaniać moją kanapkę.

– Zamierzam tam być pewnego dnia – powiedział Johnny, przechylając głowę w kierunku telewizora. – Pewnego dnia to ja tam będę grał, Shannon.

– Wiem – odpowiedziałam, wierząc w każde słowo. Przygryzając wargę, odwróciłam się do niego. – Nie zapomnij o mnie, kiedy będziesz już bogatym i znanym zawodnikiem rugby.

– Nigdy nie wiadomo – odparł, uśmiechając się. – Może zabiorę cię ze sobą, żebyś dopingowała mnie z trybun.

Proszę, zrób to. Proszę, zabierz mnie ze sobą.

– Jesteś bardzo pewny siebie – powiedziałam zamiast tego.

– Mogłabyś nosić mój numer i krzyczeć: „Johnny! Johnny!” – zaśmiał się, po czym wrócił do oglądania meczu.

Nie kuś mnie…

Siedząc na kanapie w salonie jego rodziców, przy ogniu palącym się w kominku i odgłosach padającego na zewnątrz deszczu, poczułam, że moje ciało powoli się relaksuje, podczas gdy ja próbowałam oglądać mecz. Nie wymuszałam specjalnie rozmowy, która przerwałaby niekomfortową ciszę, ponieważ nie było takiej potrzeby. W tym momencie przebywanie z nim tutaj było tak proste jak oddychanie.

To była dziwna reakcja na bycie w tak bliskiej odległości od Johnny’ego, ale tak właśnie czułam. Podobało mi się przebywanie z nim. On też nie naciskał, żebym z nim porozmawiała, i to mi odpowiadało. Siedział po prostu koło mnie i wydawał polecenia graczom w telewizorze. Pomiędzy nami leżała ogromna poduszka, a Sookie siedziała u naszych stóp.

Kiedy wyciągnął nogi i położył je przed sobą na stoliku, poczekałam dobre dziesięć minut, zanim spróbowałam zrobić to samo, lecz poniosłam epicką porażkę, kiedy moje stopy ledwie palcami dotknęły krawędzi stolika, zanim opadły ze stukotem na podłogę.

Śmiejąc się, Johnny przysunął stolik bliżej do kanapy, jednak ja, zawstydzona, trzymałam stopy sztywno na podłodze. Po niecałej minucie Johnny schylił się, podniósł moje nogi i położył je na stoliku. Odwróciłam się, żeby na niego spojrzeć, lecz jego uwaga była skupiona już z powrotem na telewizorze.

Od czasu do czasu Johnny zatrzymywał mecz, żeby dołożyć trochę węgla albo klocków drewna do ognia, po czym znów siadał na kanapie. Po trzecim razie, kiedy to zrobił, pociągnęłam poduszkę do klatki piersiowej.

Przed końcem meczu nasze ramiona się dotykały, ale nie przeszkadzało mi to. On był duży, twardy i ciepły i podobało mi się to uczucie, gdy był obok mnie.

Nieco później, kiedy powieki zaczęły mi opadać, Johnny uniósł rękę, a ja nawet nie drgnęłam, gdy objął moje ramiona. Wtuliłam policzek w jego bok i zamknęłam oczy, pozwalając sobie odpłynąć w sen bez cienia strachu w sercu, ponieważ on nie mógł istnieć, kiedy ten chłopak oplatał mnie ramieniem.

Rozdział 2

Johnny

To jej urodziny. Shannon spędzała ze mną swoje szesnaste urodziny, z czego byłem zadowolony.

Jak szalone to było?

Dziewczyna, która przed świętami Bożego Narodzenia nie istniała dla mnie jako zupełnie obca i nieznana mi osoba, a od świąt nie wyobrażałem już sobie dnia bez myślenia o niej. Nie chciałem jej oddawać. Coś w środku mówiło mi, że jeśli to zrobię, ona wróci z kolejnym siniakiem. Gdybym miał ją przy sobie, przynajmniej byłaby bezpieczna. W jej życiu istniało coś nieźle popieprzonego. Coś, przez co miałem ochotę ją skraść i zabrać ze sobą, gdziekolwiek to miałoby być.

Nie byłem głupi, wiedziałem, że ktoś zostawił na jej twarzy te ślady. Tak samo jak na udach i na ramionach. Miałem niemal stuprocentową, cholerną pewność, że gdybym ją rozebrał do naga, znalazłbym o wiele więcej siniaków. Nie wiedziałem, co się działo ani kto ją prześladował, ale dowiem się tego. Pytanie jej wprost nie miało sensu, była tak cholernie ostrożna, że przebicie się przez ten mur, który zbudowała wokół siebie, graniczyło z cudem. Gdybym naciskał ją zbyt mocno i zbyt szybko, uciekłaby z powrotem do swojej skorupy.

Chciałem rozwalić tę pieprzoną barierę i drani odpowiedzialnych za to, że musiała w ogóle się tam chować. Była cudowna, cholernie cudowna i nie potrzebowała chować swojego blasku za tymi cholernymi okiennicami.

Shannon przeszły dreszcze, co zwróciło moją uwagę. Była dziesiąta wieczór, a ona nie otworzyła oczu od momentu zaśnięcia wczesnym popołudniem.

– Cii… – szepnąłem, kiedy zakwiliła przez sen.

Nie próbowałem nawet się powstrzymywać przed głaskaniem jej włosów.

Nie mogłem pomóc, jeśli sama tego nie chciała, ale nie mogłem też przestać próbować. Wszystko wewnątrz mnie się zmieniało, gdy skupiałem całą swoją uwagę na tej malutkiej dziewczynie.

Shannon otarła się policzkiem o moje udo i wtuliła mocniej, zwijając się w kłębek. Pierwszy raz widziałem, żeby osoba w jej wieku mogła skręcić w ten sposób swoje ciało. Jak ostatni obsesyjny wariat, którym byłem, pozwoliłem sobie po raz tysięczny dzisiaj spojrzeć na jej posiniaczoną kość policzkową.

Wiedziałem, że nie powinienem na to patrzeć. To sprawiało, że moje ciało trzęsło się z gniewu, a mimo to nie mogłem się powstrzymać. Wpatrywałem się w ślad na jej twarzy, aż byłem wystarczająco wypełniony taką ilością złości, żeby zniszczyć całą wioskę. Chyba żeby całkiem się dobić, przeniosłem spojrzenie na siniaki na jej udzie.

W tym momencie poczułem w kieszeni wibracje telefonu, co odciągnęło mnie od tych morderczych myśli. Wyciągnąłem komórkę i wpatrywałem się w ekran, nie rozpoznając numeru widocznego na ekranie. Ostrożnie, żeby nie obudzić Shannon, wysunąłem się spod niej i poczekałem, aż się ułoży. Ściągnąłem z siebie bluzę i przykryłem jej nagie nogi, a potem wyślizgnąłem się z pokoju, żeby odebrać telefon.

– Tak? – powiedziałem, kiedy już stałem na korytarzu.

– Jak ona się miewa? – Usłyszałem głos Joeya Lyncha.

– Śpi – odpowiedziałem, starając się mówić cicho, ponieważ jeśli ona się obudzi i poprosi, żeby zabrać ją do domu, to szczerze nie wiedziałem, co bym zrobił. Nie mogłem jej odmówić, ale zdecydowanie nie chciałem tego robić. – Prawie cały dzień śpi.

– To dobrze – odpowiedział i westchnął. – Potrzebowała tego.

– Co się dzieje, Lynch? – Przeszedłem do drzwi wejściowych, otworzyłem je i wyszedłem na zimne, nocne powietrze. – Co się, do cholery, dzieje z twoją siostrą?

– Już ci mówiłem – odparł. – Spytaj ją.

– Pytam ciebie – burknąłem.

– Będę u ciebie za pięć minut. – To była cała odpowiedź Joeya, po czym się rozłączył i zostawił mnie tak zbitego z tropu jak nigdy.

Wściekły i zupełnie zagubiony, chodziłem po korytarzu, wiedząc, że musiałem nad sobą zapanować, lecz nie mogłem znaleźć w sobie nawet grama spokoju. Dokładnie pięć minut później z drugiej strony drzwi wejściowych zaczęło dochodzić ciche pukanie.

Jak wściekły wariat, którym byłem, stałem tam i czekałem na niego. Otworzyłem drzwi i już otwierałem usta, gotowy, żeby wyładować nerwy na Joeyu, kiedy usłyszałem za sobą głos Shannon.

– Joe? – powiedziała zaspanym tonem, kiedy stała tak w drzwiach salonu. Miała na sobie swoje ubrania, które wyprane i wysuszone położyłem na stoliku przy sofie.

Ruszyłem, żeby jej powiedzieć, aby poszła do mojego pokoju i tam została, ale jej brat przechwycił ją, zanim ja to zrobiłem.

– Czas już iść, Shan – oświadczył Joey.

– Tak? – Jej oczy na krótką chwilę rozszerzyły się w panice, po czym spojrzenie nabrało wyrazu rezygnacji. – Okej.

– Tak – westchnął ciężko. – Mama potrzebuje pomocy przy dzieciach.

– Ona może zostać – powiedziałem pospiesznie. Spojrzałem na Shannon i dodałem: – Możesz zostać.

– Nie, musimy już iść – stwierdził Joey, kiedy oplótł Shannon ramieniem w obronnym geście i zaczął wyprowadzać ją z mojego domu. – Dzięki za pomoc, Kavanagh.

Zdenerwowany, podążyłem za nimi.

– Dzięki, Johnny – szepnęła Shannon, spoglądając na mnie smutnymi oczami, kiedy jej brat wyprowadzał ją na zewnątrz. – Za wszystko.

– Shannon, nie musisz…

– Chodź, Shan – przerwał mi Joey. – Musimy wracać do domu.

– Czy z mamą wszystko w porządku? – spytała Shannon, kiedy brat poprowadził ją wokół samochodu do strony pasażera i otworzył drzwi.

– Nic jej nie będzie – powiedział do niej Joey. – Ale musimy jechać do domu.

Nie miałem pieprzonego pojęcia, dlaczego moje nogi zaprowadziły mnie w kierunku samochodu od strony pasażera, ale tak właśnie się stało. Czując się bezradny, patrzyłem, jak jej brat pakuje ją na siedzenie, po czym przechodzi na stronę kierowcy.

– Pa, Johnny – szepnęła Shannon, kiedy Joey uruchamiał silnik.

Poruszyła się, żeby zamknąć drzwi samochodu, lecz ja wyciągnąłem rękę, powstrzymując ją przed tym. Popatrzyła na mnie tymi dużymi, niebieskimi oczami.

Zostań. Zostań ze mną, Shannon. Będziesz ze mną bezpieczna…

– Pa, Shannon – powiedziałem do niej zamiast tego i z niechęcią, która ocierała się o żal, zamknąłem drzwi.

Opony samochodu rozbryznęły żwir, kiedy Joey gwałtownie ruszał z mojego podjazdu.

Stojąc w ulewnym deszczu, patrzyłem, jak ją ode mnie zabiera.

Rozdział 3

Złe i jeszcze gorsze wiadomości

Shannon

– Czy ty też to czujesz? – spytał Joey, kiedy odjeżdżaliśmy spod domu Johnny’ego Kavanagha, trzymając kierownicę z taką siłą, że aż pobielały mu kostki.

– Czuję co? – wydusiłam z siebie.

Spojrzał na mnie pustym wzrokiem i sprawił, że poczułam się nieco mniej samotna w mojej hańbie, kiedy spytał:

– Ulgę?

Przytaknęłam, nienawidząc siebie za myślenie o tym, ale to właśnie czułam. Tak samo jak on.

– Czy ona dobrze się czuje? – wychrypiałam, kiedy znów mogłam mówić.

Joey przytaknął sztywno.

– Powinna czuć się dobrze.

– Czy to właśnie się stało w piątek? – szepnęłam, czując, jak łzy zaczynają szczypać mnie w oczy, kiedy obrzydzenie i nienawiść do siebie wzięły górę. – Czy ona była w szpitalu przez cały weekend, a my o tym nie wiedzieliśmy?

Ponownie sztywno potwierdził.

– Och, Joey – załkałam. – Była sama.

– Miała jego – odparł Joe, zaciskając szczęki. – On z nią był i on jest teraz w domu, a od nas nie odbierała telefonów. Mogła to zrobić. Mogła odebrać i powiedzieć nam, gdzie jest. To nie nasza wina.

– Co my zrobimy? – spytałam, pragnąc, żeby miał odpowiedzi, których ja nie miałam. – Joe?

– Nie wiem – wykrztusił w końcu łamiącym się głosem. – Nie wiem, co mam już dalej robić, Shannon.

– W porządku – zmusiłam się, żeby odpowiedzieć. – Nie musisz wiedzieć. Masz tylko osiemnaście lat.

– Nie mogę tam być, Shan – powiedział w końcu, a jego twarz zalała się poczuciem winy. – Nie mogę tak dalej żyć.

– Wiem – wyszeptałam, czując się słabo, kiedy usłyszałam te słowa, wychodzące z jego ust.

Słyszałam to już wcześniej. Od Darrena.

– Myślę, że powinniśmy rozważyć to, co powiedziała Aoife – dodał Joey głosem pełnym emocji.

– A co powiedziała Aoife? – wykrztusiłam, przerażona.

– Żeby to zgłosić.

– Chyba żartujesz – odpowiedziałam poważnie.

Joey spojrzał na mnie pełnymi skruchy oczami, ale nic nie odpowiedział.

– Nie pójdę do domu dziecka – wydusiłam, czując się zdradzona. – Tobie nic nie będzie. Będziesz mógł żyć własnym życiem i odejdziesz. Ja będę w rodzinie zastępczej!

– Shannon, ona rozmawiała ze mną wczoraj o mojej przyszłości i to miało dużo sensu…

– Twojej przyszłości! – prychnęłam.

Joey jęknął głośno.

– Nie tylko mojej, Shannon. Nas wszystkich…

– Nie mogę uwierzyć, że w ogóle mogłeś pomyśleć o tym po tym wszystkim, co stało się z Darrenem! – krzyknęłam, tracąc panowanie nad sobą. – Jak mogłeś pomyśleć, żeby nam to zrobić, Joey?

Mój ojciec mnie terroryzował, maltretował mnie. Żyłam w ciągłym strachu, ale on nigdy nie dotknął mnie w taki sposób. Nigdy mnie nie zgwałcił, a dokładnie to przeżywał Darren przez wiele miesięcy, wciąż i wciąż, aż prawie go zabili. Czytałam raporty kilka lat po tym, jak to się stało. Wiem wszystko na temat operacji, jakie przeszedł, które miały naprawić zniszczenia, jakie te skurwysyny mu zrobiły. A teraz Joey rozważał zaryzykowanie tego.

Wróć. Zawróć samochód i wróć do niego. Wróć do Johnny’ego. Powiedz mu. Powiedz i pozwól mu sobie pomóc. Powiedział, że to zrobi.

Nie, idiotko, on ci nie pomoże. Nikt nie może tego zrobić. Twój własny brat sobie ciebie odpuszcza!

– Jeśli chcesz odejść, to odejdź! – krzyknęłam, kiedy gorące łzy płynęły po moich policzkach. – Odejdź i zostaw nas. Idź i bądź z Aoife i miejcie razem wspaniałe życie. Ja ochronię chłopców.

– Nie możesz ochronić nawet siebie! – ryknął Joey. – Ja to robię, Shannon. Ja. To ja staram się łagodzić te pieprzone ciosy, które wciąż przychodzą.

– To może tobie i tacie się poszczęści i on wykończy mnie następnym razem – syknęłam i załkałam głośno. – Oszczędzi ci to kłopotów, a jemu energii.

– Nawet tak, kurwa, nie mów, Shannon! – warknął Joey, uderzając dłonią w kierownicę.

– Dlaczego nie? – wydusiłam pomiędzy chwytaniem kolejnych haustów powietrza. – Taka jest prawda.

– Shannon, oddychaj – rozkazał Joey łagodniejszym tonem, wyciągając rękę i masując mnie po plecach. – Weź głęboki oddech.

Nie mogłam.

Nie mogłam oddychać, do cholery.

Pochyliłam się i rozpaczliwie starałam się zaczerpnąć powietrza.

– Dobrze – uspokajał mnie Joey, kiedy kierował samochodem jedną ręką, a drugą głaskał mnie po plecach. – Spokojnie i powoli.

Zanim dotarliśmy do domu, zdołałam się uspokoić do tego stopnia, że mogłam całkowicie wciągnąć powietrze do płuc.

Przez kilka minut siedzieliśmy po prostu przed domem, wpatrując się w samochód naszego ojca zaparkowany na podjeździe.

Nie chciałam wchodzić do tego domu, Joey również tego nie chciał. Oboje mieliśmy kompletnie przechlapane.

Nie, tymasz przechlapane. Jemu nic nie będzie…

– Shannon? – Głos Joeya wyrwał mnie z zamyślenia.

Nie spojrzałam na niego, nie odpowiedziałam.

– Słuchasz mnie? – spytał.

Kiwnęłam słabo głową, patrząc prosto przed siebie na samochód.

– Następnym razem, kiedy on podniesie na ciebie rękę, chcę, żebyś mu oddała – powiedział grobowym tonem.

Zesztywniałam.

– Słyszysz mnie?

Przytaknęłam.

– Jeśli on znowu cię dotknie, Shannon, to chcę, żebyś wzięła najostrzejszy nóż, i chcę, żebyś wbiła mu go prosto w serce.

Pociągnęłam nosem i odwróciłam się do niego.

– Ty już nie wracasz, prawda?

Joey wpatrywał się tylko we mnie, a jego oczy były pełne łez.

– Nie mogę – szepnął, kiedy łza popłynęła mu po policzku. – Jeśli wejdę do tego domu, zabiję ich oboje.

Patrzyłam na jego twarz, rejestrując prawdę, którą mi powiedział, a potem odpięłam pas i otworzyłam drzwi.

– Żegnaj, Joey – szepnęłam obojętnie, wysiadłam z samochodu i weszłam do domu.

Rozdział 4

Granice i buldożery

Johnny

W poniedziałkowy poranek miałem koszmarny nastrój, po części spowodowany okropnym bólem, który odczuwałem, ale głównie przypisywałem go temu, że nie zmrużyłem oka. Przez całą noc wierciłem się i przewracałem, myśląc o Shannon. Przez całą cholerną noc leżałem, rozbudzony, i towarzyszyły mi jedynie wyrzuty sumienia oraz to pieprzone zdjęcie w gazecie.

Powinienem ją zatrzymać, nie pozwolić mu jej zabrać. Nie miałem zielonego pojęcia dlaczego, ale głos w mojej głowie krzyczał, żebym ją chronił. Chciałem to zrobić, nie wiedziałem tylko, przed czym albo przed kim miałem ją ochraniać. Zupełnie nie miałem pojęcia, co się działo, ale byłem uzbrojony i gotowy pójść na wojnę za dziewczynę, której nie znałem, przeciwko wrogowi, o którym nikt mi nie mówił.

Jezu, przez nią miałem tak popieprzone w głowie. To wymykało się spod kontroli. Ona zakłócała moje perfekcyjnie poukładane życie i nie miałem pojęcia, jak mam sobie z tym poradzić. Ta dziewczyna sprawiła, że byłem słaby i niezdecydowany.

To nie w porządku, ona nie miała żadnego interesu w tym, żeby wchodzić do mojego życia w tak kluczowym momencie, jednak była jak tornado, którego się nie spodziewałem. Była problemem, którego nie przewidziałem, kiedy robiłem plany, i jedyną osobą, która mogła zaprzepaścić całą moją ciężką pracę. A najbardziej denerwującą rzeczą w związku z tym wszystkim było to, że mi się to podobało.

Podobał mi się fakt, że zmieniała moje życie o sto osiemdziesiąt stopni i napędzała we mnie myśli i uczucia, jakich nigdy wcześniej nie doznałem. A potem znienawidziłem to, że to polubiłem.

Byłem całkowicie uzależniony od każdej pojedynczej rzeczy, jaka dotyczyła tej dziewczyny, i to nie miało nic wspólnego z fizycznością, chociaż fizyczność była cholernie doskonała. W dodatku ona nie patrzyła na mnie jak na źródło swojego utrzymania. Patrzyła dokładnie poza tymi wszystkimi bzdurami. Widziała mnie, tylko mnie, a to sprawiało, że miałem ochotę poprzestawiać różne rzeczy i umieścić ją w samym centrum mojego świata.

Wiedziałem, że musiałem wziąć się w garść, jednak nie potrafiłem, ponieważ ona była uzależniająca, a ja miałem obsesję.

Straciłem rachubę, ilu chłopaków, z którymi grałem w rugby przez wszystkie sezony, odpadło z gry albo straciło szansę z powodu dziewczyny. Nie mogłem pozwolić, żeby to przydarzyło się mnie. Stawka była zbyt wysoka, mogłem stracić wszystko.

Zanim poznałem Shannon, nigdy nie dotykały mnie problemy z koncentracją, nie miałem wątpliwości nawet co do jednej rzeczy. Wiedziałem dokładnie, kim byłem, skąd pochodziłem i dokąd zmierzałem. A teraz? Teraz byłem w rozsypce i to ostatnie, czego potrzebowałem. Nie chciałem tego cholernego stresu. Za mniej niż trzy tygodnie miałem badania. Jeśli ich nie przejdę, zagrożą całej mojej przyszłości. Na tym powinienem się skupiać, na mojej karierze, a nie na dziewczynie.

Zanim dotarłem do szkoły, byłem rozkojarzony, wytrącony z równowagi i zaczynałem świrować. Działo się ze mną coś bardzo złego i potrzebowałem natychmiastowej interwencji.

– Mam prośbę. – To były moje pierwsze słowa, kiedy znalazłem Gibsiego, stojącego przed salą do stolarstwa przed pierwszymi zajęciami. – Poważnie! – dodałem, gdy spojrzał na mnie sceptycznie. Westchnąłem głośno i pociągnąłem go przez korytarz w kierunku części wspólnej dla piątego roku. – Musisz mi pomóc.

– Okej, ale za dwie minuty mam zajęcia – narzekał, powłócząc nogami, kiedy szedł przede mną.

– Ja też mam zajęcia, Gibs – odparłem, kierując go do, na szczęście pustej, sali wspólnej. – Rachunkowość z Kocurem Danem. Ale to jest o wiele pilniejsze niż moje zestawienia zysków czy projektowanie pieprzonego stolika kawowego dla twojej mamy.

– W porządku, stary, wyluzuj – uspokajał. Strząsnął moją rękę, podszedł do jednego ze stolików i wysunął krzesło. Położył plecak na podłodze, usiadł i spojrzał na mnie. – Zamieniam się w słuch.

Zamknąłem za nami drzwi, chwyciłem skórzane krzesło i przesunąłem pod drzwi, po czym na nim usiadłem.

– Miałeś rację, Gibs – jęknąłem. – Mam przechlapane.

– Miałem? – Jego brwi uniosły się z zaskoczenia. – Na jaki temat? – Zanim zdążyłem odpowiedzieć, jego oczy rozszerzyły się zabawnie, kiedy zrozumiał. – O pieprzeniu samego siebie? – A przynajmniej byłoby to zabawne, gdyby nie było tak cholernie przygnębiające. – Jasna cholera, Johnny. Nie robiłeś tego czy nie możesz zrobić?

– Próbowałem, poległem, nie próbowałem od tamtej pory, więc teraz jestem prawie pewny, że nie mogę. – Zdecydowałem, że to z siebie wyrzucę.

Nie było żadnego cholernego sensu w unikaniu tego tematu. On nie zamierzał odpuścić, a ja miałem teraz na głowie poważniejsze sprawy niż mój wybuchowy testosteron.

– Jak długo to trwa?

– Ostatni raz przed świętami – odparłem szybko. – Ale nie w tym problem.

– Jezu, Kav, powiedziałbym, że to duży problem, stary. – Gibsie zagwizdał cicho. – Próbowałeś lubrykantów?

– Co? Nie! Przestań gadać o moim kutasie – warknąłem, po czym przeczesałem dłonią włosy. – Chodzi o nią, chłopie. Miałeś rację. Jestem kompletnie pieprznięty w głowę i potrzebuję, żebyś powstrzymał mnie przed zrobieniem czegoś głupiego z tą dziewczyną.

– Jaką dziewczyną?

– A jak myślisz, jaką dziewczyną, durniu? – prychnąłem. – Shannon.

– Och, tą dziewczyną. – Gibsie się zaśmiał. – Wskrzeszonatorką.

– Przestań się śmiać. To nie jest śmieszne. Potrzebuję twojej pomocy – burknąłem, sfrustrowany. – I nie ma słowa „wskrzeszonatorka”.

– Tak, jest – odparł Gibsie. – Jezus był wskrzeszony. To było wskrzeszenie wykonane przez Boga. Wskrzeszonatora. Podobnie z Shannon: wskrzeszonatorką twoich jajek tamtego dnia na boisku. – Uśmiechnął się ironicznie i dodał przyciszonym głosem: – Ona się objawi i on powstanie.

– Co czyni Boga wskrzeszającym – warknąłem. – Nigdzie w języku angielskim nie był nazwany pieprzonym „wskrzeszonatorem”.

– Mówię o Biblii, a nie o słowniku.

– Mówisz chyba z tyłka – odparłem.

– Terminator jest nazywany pieprzonym terminatorem, dupku – warknął Gibsie. – A nie cholernym terminującym.

– Terminujący… – zamyśliłem się. – Kolejne słowo, które nie jest słowem.

– No cóż, wskrzeszonator jest słowem.

– Nie, nie jest, do cholery. – Pokręciłem głową, zirytowany. – To nie jest ani fonetycznie, ani gramatycznie poprawne.

– Poprawne gramatycznie? – burknął Gibsie. – Spójrz na siebie, Panie Wyższy Poziom Angielskiego, myślący, że pozjadał wszystkie rozumy, ze swoim Wielkim Gatsbym i Szekspirem. No cóż, nie tym razem. – Popukał się po skroni. – Tym razem to ja jestem ten mądrzejszy.

– To się nazywa podstawą rozumienia, Panie Podstawowy Poziom Angielskiego, i mówię ci już teraz, że się mylisz.

Podrapał się po głowie.

– Skoncentruj się, Gibs – rozkazałem. – Potrzebuję twojej pomocy, chłopie.

– Nie mogę – mruknął z głęboko zmarszczonymi brwiami. – Wiem, że mam rację, Johnny. Chodzę co niedzielę na mszę, wiesz?

– No i dobrze – zakpiłem. – Może powinieneś pomodlić się do Jezusa o zdrowy rozsądek… – Słowa wyszły z moich ust w tym samym czasie, kiedy on podszedł do mnie i przesunął moje krzesło z drogi. – Kurde, Gibs! – warknąłem. – Gdzie ty, do cholery, idziesz?

– Do biblioteki – odparł, otwierając drzwi. – Mylisz się. Wygoogluję to. A potem wydrukuję i obwieszę tym słowem całą pieprzoną szkołę – dodał, kiedy wychodził z pokoju. – Patrz, jak wskrzeszam prawdę.

– Dobrze – mruknąłem znużonym głosem. – Zrób to.

Mniej niż dziesięć minut później Gibsie wrócił z zakłopotanym wyrazem twarzy.

– Nie ma takiego słowa – oświadczył, wchodząc do środka.

– Wiem – stwierdziłem poważnie. – A teraz, kiedy już pozbyłeś się tego ze swojego organizmu, myślisz, że mógłbyś mi pomóc?

– Po prostu tego nie rozumiem – jęknął Gibsie, siadając z klapnięciem na krzesło naprzeciwko mnie. – Jak to jest możliwe, że to nie jest słowo?

– Gibsie, błagam!

– Chcę tylko tego słowa, Johnny.

– W porządku, to jest twoje słowo – zgodziłem się, wykończony. – Możesz je mieć. Możesz, do cholery, zadzwonić do redakcji Słownika Oksford, żeby je wpisali i oznaczyli twoim znakiem zastrzeżonym, wszystko mi jedno. Po prostu mi pomóż.

– Tak, no cóż, może i tak zrobię – prychnął Gibsie, przeczesując swoje blond włosy. – Dobrze, powiedz mi o swoim problemie.

– Lubię ją – westchnąłem ciężko.

– Okeeej – powiedział przeciągle. – Powiedz mi, w czym jest problem.

– To jest mój problem – odparłem. – Lubię ją, Gibs. Myślę, że naprawdę ją lubię, stary. Lubię naprawdę, czyli bardzo. O wiele bardziej niż lubię. Jezu!

Gibson wzruszył ramionami.

– Wciąż nie widzę problemu, chłopie.

– Ja. Nie. Chcę. Jej. Lubić. – Wypowiedziałem te słowa powoli, podkreślając każde, teraz już pozbawiony cierpliwości.

– Ponieważ ona ma piętnaście lat, a ty siedemnaście?

– Ma szesnaście lat – przyznałem i jęknąłem. – Wczoraj miała urodziny.

– W takim razie wiesz, że wiek to kupa gówna, prawda? – odparł Gibsie. – Chwytasz się brzytwy, stary. Ta sprawa z wiekiem jest wielką, tłustą wymówką, dlatego że Shannon cię poruszyła, a ty panikujesz, ponieważ jeszcze nigdy w swoim życiu nie czułeś się poruszony.

– Jestem poruszony – przyznałem bez wahania. – Kompletnie, cholernie poruszony.

– To jest wspaniałe – zaśmiał się radośnie Gibsie, całkiem dobrze się bawiąc podczas mojego załamania nerwowego.

– To nie jest powód do śmiechu – odparłem.

– Żartujesz sobie? – parsknął. – To najśmieszniejsza rzecz, jaką słyszałem od lat.

Zauważając moje mordercze spojrzenie, przestał się śmiać i gestem pokazał, żebym kontynuował.

Pochyliłem się, ignorując ból w pachwinie, i oparłem łokcie na udach.

– Odwiozłem ją do domu w zeszłym tygodniu, stary. Spóźniła się na autobus przez ten wyczyn, jaki odwalił McGarry przed łazienkami, a ja nie mogłem jej tam zostawić…

– I ty dopiero teraz mi o tym mówisz? – obruszył się.

Wzruszyłem bezradnie ramionami.

– Wiem, że powinienem odejść, ale tego nie zrobiłem. Wsadziłem ją do mojego samochodu i rozmawialiśmy. Przez kilka godzin. I to nie tylko o rugby, Gibs. O wszystkich zwykłych bzdurach bez większego znaczenia, które zanudziłyby mnie na śmierć. Nie zanudziły – stwierdziłem stanowczo, żeby pojął powagę sytuacji. – Było prawie tak samo jak tamtego dnia, kiedy ją powaliłem i spędziliśmy godzinę przed gabinetem dyrektora, rozmawiając, ale było lepiej, ponieważ ona była całkowicie świadoma. Tak cholernie łatwo mi się z nią rozmawia, Gibs. Nie uwierzyłbyś – westchnąłem głęboko. – Nie chciałem, żeby odchodziła.

– Cholera. – Gibsie potarł szczękę.

– Dokładnie. – Wpatrywałem się w mojego najlepszego przyjaciela. – Przez te wszystkie lata, od kiedy mnie znasz, Gibs, czy kiedykolwiek coś takiego mi się przydarzyło?

– To zdecydowanie twój pierwszy raz – zgodził się z zamyślonym wyrazem twarzy.

– I robi się jeszcze gorzej.

– Gorzej? – Zmarszczył brwi. – Jak?

– Powiedziałem jej o mojej operacji.

Naprawdę zszokowany, otworzył usta.

– Mówisz poważnie?

– Poważnie jak atak serca – westchnąłem, sfrustrowany. – Powiedziałem jej wszystko, a potem straciłem nad sobą panowanie.

– Dlaczego?

– Spanikowałem, Gibs – odparłem obronnie. – Wyrwało mi się to i totalnie spanikowałem. Dobrze wiesz, co by się stało, gdyby coś dotarło do trenerów z U20, że nie jestem do końca sprawny.

Teraz i tak nie ma to znaczenia, pomyślałem gorzko. Jeśli nie zbiorę się do kupy, moje marzenia pójdą z dymem.

– I myślisz, że będzie to rozpowiadała? – spytał.

– Tak szczerze, to nie, stary. Nie sadzę, że jest tego typu dziewczyną, która plotkuje o kimkolwiek. Ale zawsze jestem bardzo ostrożny i straciłem głowę, a to mnie przeraziło. Byłem bardziej wkurzony na siebie niż na cokolwiek innego i przesadziłem. – Spuściłem głowę ze wstydu. – Jestem całkiem pewny, że przeze mnie płakała.

– A więc sam sobie spieprzyłeś?

– Tak można by pomyśleć – mruknąłem. – Ale ona podeszła do mnie w szkole następnego ranka i mnie przeprosiła.

– Dlaczego?

– Gdybym to wiedział, stary.

– Wyprowadziłeś ją z błędu?

– Nie mogłem. Odeszła, zanim miałem jakąkolwiek szansę – wycedziłem. – A potem zrobiłem to ponownie w piątek.

– Co zrobiłeś?

– Wsadziłem ją do samochodu – przyznałem.

– No cóż, cholera.

– I wtedy posunąłem się o krok dalej.

– Jak? – Gibsie spoglądał na mnie uważnie. – Co zrobiłeś, Johnny?

– Odwiozłem ją do domu. – Wypuszczając z ust kolejne westchnienie, oparłem się na krześle i jęknąłem. – Ale wtedy znów ją porwałem.

– Że co, kurwa?

– Wiem – mruknąłem. – Wiem.

– Jak można porwać dziewczynę, Johnny?

Wzruszyłem bezsilnie ramionami.

– Cholera wie, ale zrobiłem to.

– Dlaczego?

– Ponieważ nie mogłem pozwolić jej odejść – przyznałem, zatrzymując dla siebie tę część o tym, że Shannon źle się czuła. – Nie mogłem pozwolić jej mnie zostawić, stary.

– Ujeżdżałeś ją?

– Co ci właśnie powiedziałem o moim kutasie?

– Okej, to czy próbowałeś ją ujeżdżać?

– Co? Nie! – burknąłem. – Zabrałem ją do Biddies, kretynie.

– Czy to powinno coś dla mnie znaczyć? – spytał. – Rozmawiasz ze mną, stary. Doskonale zdaję sobie sprawę, co się dzieje w tamtym miejscu. – Uśmiechając się ironicznie, dodał: – Zwykle jestem w centrum tego wszystkiego.

– Nie, nie ujeżdżałem jej, do cholery. I nie mów „ujeżdżać”.

– Dlaczego nie?

– Nie o niej. – Odchylając się do tyłu, ścisnąłem nasadę nosa i westchnąłem. – Tylko… Po prostu nie o niej, okej?

– Dobrze, czy uprawiałeś z nią miłość? – drwił. – Na parkingu? Czy w toalecie? Czy w tym fajnym miejscu z tyłu loży?

– Ale z ciebie pajac – warknąłem. – Totalny i zupełny pajac.

– Och, mój Boże! – Gibsie się skrzywił i uderzył dłonią w swoje usta. – Och, nie – jęknął. – Nie zadziałał, prawda?

– Mój kutas działa, Gibs! – odparłem. – Staje mi, kretynie. Po prostu mnie boli, kiedy…

– Kiedy co? – spytał z szeroko otwartymi oczami.

– Nie mogę dokończyć – wymamrotałem.

– Nie możesz dojść? – wykrztusił. – Tak w ogóle?

– Przypuszczam, że bym mógł, gdybym spróbował – westchnąłem, przygnębiony. – Ale ostatnim razem, kiedy próbowałem, to było tak bolesne, że prawie zwymiotowałem swoje wnętrzności i niemal zemdlałem.

– Jezu. Kiedy był ten ostatni raz?

– W Dzień Świętego Szczepana.

– Jasna cholera – westchnął. – Johnny, to było kilka miesięcy temu. Musisz dojść, stary.

– Czy ty uważasz, do cholery, że ja o tym nie wiem? – odparłem. – To nie jest tak, że mi się to podoba, Gibs.

– To jest nienaturalne.

– Tak, Gibs, to mój kutas. Doskonale zdaję sobie sprawę, jak nienormalne to jest.

– Nic dziwnego, że kulejesz – mruknął. – Twoje jajka są tak pełne spermy, że cię dociążają.

– To nie jest, kurwa, śmieszne.

– Och, Jezu. A co, jeśli oni źle cię zszyli? – zasyczał i wytrzeszczył oczy. – Kurwa, stary! A co, jeśli odcięli ci przewód od spermy, kiedy grzebali wokół twojego wora?

– Przewód od spermy? – powtórzyłem za nim. – Co ty, kurwa, bierzesz?

– Czytałem o tym zabiegu, wiesz – stwierdził, wyglądając na przerażonego. – Tak wiele rzeczy mogło pójść nie tak…

– Nie. – Pokręciłem głową, ukrywając strach. – Nie mogli tego zrobić.

– Tak, stary – wykrztusił. – Naprawdę mogą. Przecięli cię tak blisko twojego…

– Możesz przestać! – warknąłem, drżąc. – Jezu Chryste, nie mogę tego słuchać.

– Przepraszam. – Przestając się krzywić, machnął na mnie ręką i powiedział: – Skończ opowiadać mi o tym, co stało się z Shannon.

– Nie dotknąłem jej. – Zmieniając pozycję, wymamrotałem: – Ale chciałem. – Oparłem głowę o dłonie i jęknąłem. – Po Biddies wiedziałem, że muszę odwieźć ją do domu, ale nie mogłem, Gibs. Kurwa, nie mogłem, więc zabrałem ją do pieprzonego kina. Ja po prostu… Potrzebowałem spędzić z nią więcej czasu, wiesz? Jakby wciąż było mi mało. Potrzebowałem więcej…

– Więcej? – Uniósł brew. – Więcej czego, Johnny?

– Więcej jej – odpowiedziałem ponuro. – Zawsze jest coś więcej, jeśli o nią chodzi. – Pokręciłem głową i westchnąłem. – Jezu, tak bardzo jej pragnę, że nie potrafię jasno myśleć, Gibs.

– Bzdury.

– I sprałem w barze jednego z gnojków z jej starej szkoły – przyznałem się.

– Ty pieprzony idioto – warknął Gibsie. – Czy ktoś to widział?

– Liam – mruknąłem, pociągając palcami za włosy. – Poniosło mnie, stary. Powiedzieli coś na jej temat i straciłem nad sobą kontrolę.

– Masz szczęście, że to nie dotarło do Dennehy’ego – zauważył.

–Tak – zgodziłem się. – Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jak blisko jestem do spieprzenia sobie wszystkiego.

Nie potrzebuję, żeby ktokolwiek mi to uświadamiał…

– A wczoraj? – spytał. – W twoim domu? O co chodziło?

Pokręciłem głową i znów oparłem się plecami o krzesło.

– Jej mama poroniła.

– Cholera.

– Taaa.

– Nic jej nie jest?

– Nie wiem. – Wzruszyłem bezradnie ramionami. – On ją ode mnie zabrał.

– Kto ją zabrał?

– Joey, zawodnik hurlingu.

– No cóż, jest jej bratem, stary – stwierdził Gibsie. – Wyraźnie miał zamiar po nią wrócić.

– Mam to gdzieś – odparłem, myśląc o jej posiniaczonej twarzy. – Nie chciałem, żeby wychodziła, Gibs, a on po prostu ją ode mnie zabrał. A ja mu na to pozwoliłem!

– Wiesz o tym, że nie można trzymać ludzi w domu jak zwierzęta, prawda? – spytał ostrożnie. – Wiesz, że tak można robić tylko z psami i kotami, tak?

– Odpierdol. Się – warknąłem.

– Spokojnie – mruknął. – Tylko sobie żartowałem.

– No cóż, to nie jest, kurwa, śmieszne – odparłem. – Żadna z tych rzeczy nie jest zabawna. Musiałem użyć całej mojej siły woli, żeby pozwolić jej odejść z bratem wczoraj wieczorem. Dosłownie całej.

– No cóż, chłopie – powiedział w końcu Gibson, wzdychając. – Spójrz na to inaczej. Teraz przynajmniej możesz w końcu przyznać, że ją lubisz.

– Ale ja nie chcę jej lubić, do cholery – warknąłem. – O to w tym wszystkim chodzi. Nie mam czasu, żeby ją lubić. Nie mogę pozwolić, żeby zajmowała mi myśli, Gibs. Wiesz, czym to mi grozi. Nie mogę wypaść z rytmu, a ta dziewczyna sprawia, że mój umysł zbacza tak daleko z właściwej ścieżki, że to jest niedorzeczne.

Już i tak mam kłopoty.

– Najwyraźniej nie masz nad tym żadnej kontroli – odpowiedział dziwnie poważnym tonem. – Nic nie poradzisz na to, kogo lubisz, Johnny. Takie jest życie.

– Ale nie moje życie. Ja tak nie funkcjonuję.

– Tak funkcjonujemy my wszyscy – poprawił mnie.

– Rzecz w tym, że Shannon nie jest jakąś zwykłą dziewczyną, Gibs – wydusiłem z siebie. – Ona jest inna. Nie jest dziewczyną tylko do łóżka ani taką na jeden numerek, ani też taką, która się przyczepi po to, żeby być rozpoznawaną. Nie mogę wypieprzyć jej z mojego umysłu. Ona nawet nie wiedziała, kim ja jestem, stary. Nie miała najmniejszego pojęcia. I to było szczere, nie udawała tego. Spotkałem już wystarczająco dużo tych dziewczyn na przyczepkę, żeby starczyło mi na całe życie, i umiem rozpoznać, że ona była nieświadoma czegokolwiek. – Pokręciłem głową i zapadłem się na krześle. – A poza tym wszystkim ona jest krucha.