Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Wykorzystując własne doświadczenia, autorka przedstawia nam przede wszystkim sytuację kobiet, dziewcząt i dziewczynek w środowisku, w którym dorastała. Ukazuje ich problemy wprost, a czasami aluzyjnie, pośrednio. Widzimy, że w muzułmańsko-beduińskim społeczeństwie są skrępowane religijnymi i społecznymi normami, obyczajowymi zakazami, w większości pozbawione dostępu do nauki, nie mogą swobodnie rozwijać własnej osobowości. Są całkowicie uzależnione od mężczyzn.
[…] Za każdym razem, gdy czytałam to opowiadanie sobie samej albo komuś innemu, łzy odbierały mi głos, (…) jak to się działo, że opowiadanie, które sama napisałam, zmuszało mnie do płaczu? Jaką ranę owo pisanie zabliźniło, a jednak znowu krwawiła? Moje pisanie rozwijało się czasami, brocząc krwią, a czasami było sposobem terapii. Pisałam dalej bez przerwy przez ponad trzy lata, od 2012 do 2015 roku! Opowiadania i teksty poetyckie pojawiały się codziennie, publikowałam je na swojej stronie Facebooka, a czasem na platformach literackich. Prawie wszystkie pojawiały się z przeszłości, która wydawała się być zamierzchła i daleka, (…). Mam na myśli to, że czynność pisania zaczęła narzucać się sama z siebie, stała się jak jedzenie, picie i sen. Między nią a mną narodziła się dziwna relacja, relacja między kimś, kto zbliża się do śmierci, a oknem, które wychodzi na życie […].
[…] Marginalizowanie beduinów w Palestynie dosięgło również literackiego pisania. Moje opowiadania i teksty zapełniły pewną lukę, zadośćuczyniły pewnej krzywdzie […].
Fragmenty Słowa od tłumaczki
Sheikha HELAWY (ur. 1968) to wybitna palestyńska pisarka i poetka. Przyszła na świat w rodzinie beduińskiej we wsi Dhajl Al-’irdż na obrzeżach Hajfy. W 1989 roku przeprowadziła
się z rodziną do Jafy. Helawy opublikowała cztery zbiory opowiadań, a także zbiór poezji. Za książkę Order C345 otrzymała nagrodę o wartości 20 000 dolarów podczas czwartej edycji Forum Award for Arabic Short Stories. Jej zbiór opowiadań z 2023 roku, They Fell Like Stars from the Sky, zawiera osiemnaście opowiadań opisujących dziewczęta i kobiety na różnych etapach ich życia. Wiele spośród nich to palestyńskie beduinki z „nieistniejących” wiosek, takich jak rodzinna wioska Helawy, Dhajl Al-’irdż, która została zniszczona przez władze Izraela.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 90
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: مدن منزوعة الروح
Opracowanie Wstępu: Małgorzata Szyburska
Redakcja i korekta: Bernadeta Lekacz
Projekt typograficzny, okładka, skład: Dariusz Adamski
Wykorzystane w książce materiały wizualne z rodzinnej miejscowości Sheikhy Helawy (Dhajl Al-’irdż, zburzonej w latach 90. XX wieku) pochodzą z prywatnego archiwum Autorki (prawe strony) oraz z domeny publicznej Wikimedia Commons (okładka i lewe strony)
Książkę złożono pismem Freight – autor Joshua DARDEN
Copyright © 2023 by Sheikha Helawy
Copyright © for the Polish translation by Małgorzata Szyburska
& Wydawnictwo Akademickie DIALOG Sp. z o.o. 2025
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Akademickie DIALOG 2025
All rights reserved including the rights of reproduction in whole or in part in any form.
Published by arrangement with Wydawnictwo Akademickie Dialog sp. z o.o. via Randle Editorial & Literary Consultancy.
ISBN 978-83-8238-179-5 (EPUB)
ISBN 978-83-8238-180-1 (MOBI)
Wydawnictwo Akademickie DIALOG Sp. z o.o.
00-112 Warszawa, ul. Bagno 3/218
tel.: 22 620 87 03
e-mail: [email protected]
wydawnictwodialog.pl
Niesfornej dziewczynce, którą zostawiłam za sobą pod drzewem dębu w wiosce Dhajl Al-’irdż. Wioska umarła, drzewo umarło, a ona wciąż czeka na światło pod skrzydłami „Pań ciemności”.
Zbiór opowiadań Sheikhy zaczyna się od wiele mówiącej dedykacji: „Niesfornej dziewczynce, którą zostawiłam za sobą pod drzewem dębu w wiosce Dhajl Al-’irdż. Wioska umarła, drzewo umarło, a ona wciąż czeka na światło pod skrzydłami «Pań ciemności»”. Ową niesforną dziewczynką była Sheikha Hussein Helawy, pisarka palestyńska, od 1989 roku mieszkająca w Jaffie. Urodziła się w 1968 roku w beduińskiej wsi Dhajl al-’irdż na stokach gór Karmel, niedaleko Hajfy. Uczyła się początkowo w Hajfie, w szkole nazaretanek. Na Uniwersytecie Telawiwskim uzyskała tytuł magisterski z wyróżnieniem w dziedzinie filologii arabskiej i pedagogiki.
Przez dwadzieścia lat pracowała jako nauczycielka języka arabskiego w liceum zakonu franciszkanów Terra Santa w Jaffie oraz w szkołach znajdujących się w takich miejscowościach, jak Ar-Ramla i Al-Lidd. Poza tym jest instruktorką w dziedzinie organizacji i programowania nauczania dla dyrektorów/dyrektorek szkół i dla nauczycieli. Prowadzi wykłady na Uniwersytecie Bir Sabaa (hebr. Ber Szeba), gdzie przygotowuje również rozprawę doktorską.
Od kilku lat działa w Instytucie Wychowania dla Demokracji jako dyrektorka i instruktorka projektu przeznaczonego dla prekursorów pedagogiki w szkołach Jerozolimy Wschodniej.
Od 2012 roku pisze opowiadania i poezję. W języku arabskim ukazało się dotychczas w Ammanie kilka zbiorów jej opowiadań, m.in. Panie ciemności (2015), Okna są kiepskimi książkami (2016), oraz teksty poetyckie Nauczyłam się fruwać poza porami roku (2015). Poetycki zbiorek pt. Otchłań, jaką jestem został opublikowany w 2023 roku.
W 2019 roku zdobyła nagrodę Czwartego Forum Arabskiego Krótkiego Opowiadania w Kuwejcie za zbiór opowiadań Rozkaz C345 (At-Talabijja C345). Jury konkursu podkreśliło w werdykcie, że opowiadania Sheikhy wyróżniają się wielością wątków, ogólnoludzkimi i filozoficznymi zagadnieniami ujętymi wyrazistym językiem, inspirującymi znaczeniami i bogatymi technikami narracyjnymi, które budzą ciekawość czytelnika przez niedopowiedzenia i przenoszenie go do świadomości Innego.
Niektóre jej utwory zostały przełożone na język angielski, niemiecki, francuski, hebrajski i bułgarski.
„W dzieciństwie nie czytałam wspaniałych książek. Nie było wspaniałych książek do czytania w chatach, w których troską było przetrwanie od jednej powodzi do drugiej (…). W moim dzieciństwie nie było wspaniałych książek, ale były kobiety tak wspaniałe jak książki”.
Dlatego zapewne w pierwszym zbiorze opowiadań Panie ciemności pisarka, wykorzystując własne doświadczenia, przedstawia przede wszystkim sytuację kobiet, dziewcząt i dziewczynek w środowisku, w którym dorastała. Ukazuje ich problemy wprost, a czasami aluzyjnie, pośrednio. Widzimy, że w muzułmańsko-beduińskim społeczeństwie są skrępowane religijnymi i społecznymi normami, obyczajowymi zakazami, w większości pozbawione dostępu do nauki, nie mogą swobodnie rozwijać własnej osobowości.
Są całkowicie uzależnione od mężczyzn. Uzasadnienie takiej sytuacji jest następujące: mężczyźni zapewniają kobietom środki do życia, stabilizację w rodzinie, więc kobiety powinny odwdzięczać się służeniem im, zajmowaniem się rodziną i gospodarstwem domowym. Mówi o tym wprost ostatnie opowiadanie, od którego pochodzi tytuł całego zbioru Panie ciemności: „Mężczyźni (wszyscy mężczyźni) są opiekunami kobiet (wszystkich kobiet) – mówią ściany ciemności”. W opowiadaniu W dniu, kiedy umarła moja oślica znajdziemy jakby ilustrację tego aspektu ich życia: „Spełnianie wymagań żonatych braci było dla niej bardziej litościwe od prawdopodobnego ślubu. Wiedziała, że wkrótce nastąpi. Najstarszy brat nie będzie go odwlekał, aż skończy osiemnaście lat. I nie zapyta jej o zdanie”.
O tragicznych przypadkach tak zwanego honorowego zabójstwa Sheikha pisze kilkakrotnie; czasem wprost, jak na przykład w opowiadaniu Ali, w którym tytułowy bohater zabija podejrzewaną przez siebie o zdradę żonę. W opowiadaniu Całym sercem kochałam ciebie autorka ujmuje temat aluzyjnie, niemal poetycko: „Zniknęła także Dalal. Jej matka nie płakała. Mówiono, że jej brat jest mężczyzną i że właśnie tacy są mężczyźni w Umm az-Zinat”. Inna z dziewcząt, Hasna, „nienawidziła swojej wioski i nienawidziła jej zasady: «Nie mamy dziewcząt, które kochają». W Umm az-Zinat ta, która kocha, staje się piękniejsza, jej śmiech głośno się rozlega. Potem dziewczyna zamieszkuje w niebie. Odwiedza wioskę jedynie w koszmarach, jakie nawiedzają jej matkę (…). Od kiedy zrozumiała, że słowo nie jest jedynie wyrazem, ale także znaczeniem, przestała wypowiadać się bez zahamowań. Ponieważ z powodu jakiegoś niewinnego słowa dziewczyna w Umm az-Zinat mogłaby zostać zabita”.
Autorka nie pomija problemu wydawania za mąż dziewczynek. Czytamy o tym zjawisku w opowiadaniu Panna młoda. Jedna z tych niepełnoletnich, niedorosłych jeszcze do małżeństwa „spóźniła się na swoje wesele. Resztkami henny kolorowała nowy zeszyt. Skośnym pismem kufi napisała na nim swoje imię. (…) Druga panna młoda ucieszyła się z białej sukienki, którą matka zdjęła z lalki”.
O znaczeniu, jakie owo społeczeństwo przywiązuje do dziewictwa panny młodej, dowiadujemy się ze wzmianki w opowiadaniu Hajfa zamordowała mój warkocz: „Fryzjer powiedział z odrobiną podziwu i podniecenia: «Oto twój warkocz». Spadł i leżał na podłodze. Fryzjerskie nożyczki pyszniły się mu w ręce z powodu jeszcze jednego męskiego zwycięstwa… Przyzwyczajony do tej beduińskiej mentalności, według której warkocz równa się dziewictwu, pojmował ogrom nieszczęścia”. Temat ten ujęty jest inaczej w opowiadaniu Jak gwiazdy spadają z nieba ukazującym niepokój kobiety przewidującej ewentualne konsekwencje wypadku córki, która „[z]badała ręce i stopy, nigdzie nie było zadrapania. Ręką bezwiednie zaczęła macać podbrzusze. Zobaczyła krew. Nie czuła bólu, ale szloch kobiet wokół niej był nożem, który zabił jej dzieciństwo!”.
Na tym tle w opowiadaniach Sheikhy ważniejsze, choć faktycznie niewielkie i sporadyczne, okazują się przejawy buntu, niezgody, na przykład stryjenki Ajszy pasjonującej się piłką nożną, krytykowanej więc za niewłaściwe dla kobiet zachowanie. „Będąc jeszcze dziewczynką, z zazdrością patrzyła na chłopców, gdy szli do oddalonej wioskowej szkoły, a później pisali listy do ukochanych”. Matka narratorki pierwszego opowiadania, właśnie rozwiedziona, „już wcześniej uznała, że smak buntu jest przyjemny, albo raczej znienawidziła smak podporządkowywania się”. Z tego samego opowiadania pochodzi męski komentarz: „Co to? Twoja córka chce być taka jak miejskie dziewczęta? – powiedział jeden z moich wujków, przestrzegając matkę przed następnym buntem”. A bohaterka opowiadania Pytanie jak sztylet, dziewczyna, która samowolnie wybrała się do miasta, postępując tak: „w Hajfie rysuje cienką linię dla rewolucjonistek i feministek, której będą jej zazdrościć. Linię, za którą drogo z góry zapłaciła. Albo zapłaci, kiedy zdusi swój bunt”.
A w tamtym środowisku karane jest nawet naruszenie tradycyjnego rozdzielania dwóch płci czy rozdzielania członków rodziny od osób postronnych podczas wielu sytuacji społecznych: „Czyż nie ośmieliła się tańczyć na weselu ciotki między obcymi ludźmi? Tamtego wieczora mężczyźni z rodziny zwołali pilną naradę, a potem podjęli kategoryczną decyzję, by zatuszować sprawę i natychmiast odesłać ją z powrotem do siedziby klanu” (Jak gwiazdy spadają z nieba).
Autorka skupia uwagę na sprawach kobiet, ale w kilku opowiadaniach wyłaniają się, jakby na marginesie, zarysy tła, na którym rozgrywają się ich historie; są to wzmianki dotyczące położenia Palestyńczyków czy palestyńskich beduinów w Izraelu. Już w dedykacji autorka mówi o rodzinnej „wiosce, która umarła”, dodajmy, dlatego że w latach 90. zlikwidowały ją władze izraelskie. Podobnie stryjenka Ajsza wspomina swoją wioskę i drewnianą chatę, „którą zniszczyły buldożery”. Tematem opowiadania Bezduszne miasta jest historia uchodźczyni, którą tragiczna sytuacja skłania do samobójstwa.
Z opowiadania Ali dowiadujemy się, że palestyńscy beduini w gruncie rzeczy skazani są na wegetowanie, a źródło utrzymania znajdują głównie w ciężkiej pracy fizycznej. Jeżeli zaś zajmują się tradycyjnie hodowlą bydła, napotykają przeszkody i restrykcje, jak na przykład dziadek narratorki opowiadania Orędowniczka Umm Kulthum, który traci możliwość wypasania kóz, bo władze izraelskie tworzą rezerwat na pastwiskach.
Poruszające są wyznania na temat pobudek, jakie skłoniły autorkę Bezdusznych miast do pisania. Dowiadujemy się o nich z wywiadu, który przeprowadziła z nią w lipcu 2023 roku dziennikarka Maliha Muslimani. Czytamy tam między innymi, że Sheikha nigdy nie marzyła o tym, by zostać pisarką, ale odkryła, iż „tekst pozwala na prowadzenie monologu, na intymne przebywanie na osobności tylko z samą sobą, na przeprowadzanie wiwisekcji pamięci poprzez snucie historii”. Wyznała: „Pierwsze opowiadanie to było Hajfa zamordowała mój warkocz. (…) Tytuł wskazuje na subiektywizm i rozliczenie się z samą sobą. Za każdym razem, gdy czytałam to opowiadanie sobie samej albo komuś innemu, łzy odbierały mi głos, (…) jak to się działo, że opowiadanie, które sama napisałam, zmuszało mnie do płaczu? Jaką ranę owo pisanie zabliźniło, a jednak znowu krwawiła? Moje pisanie rozwijało się czasami, brocząc krwią, a czasami było sposobem terapii. Pisałam dalej bez przerwy przez ponad trzy lata, od 2012 do 2015 roku! Opowiadania i teksty poetyckie pojawiały się codziennie, publikowałam je na swojej stronie Facebooka a czasem na platformach literackich. Prawie wszystkie pojawiały się z przeszłości, która wydawała się być zamierzchła i daleka, (…). Mam na myśli to, że czynność pisania zaczęła narzucać się sama z siebie, stała się jak jedzenie, picie i sen. Między nią a mną narodziła się dziwna relacja, relacja między kimś, kto zbliża się do śmierci, a oknem, które wychodzi na życie”.
W opowiadaniach Sheikha pisze o negatywnych zjawiskach we własnym środowisku, o tym, że chciałaby zerwać ze swoim beduińskim pochodzeniem. To z jednej strony, ale z drugiej strony z upływem czasu, z latami uzmysławia sobie coraz bardziej znaczenie tej tożsamości w jej życiu. W wywiadzie mówi: „Odkrycie skarbów beduińskości zbiegło się z początkiem pisania; pierwsze opowiadania pod tytułem Panie ciemności były powrotem do mojej wsi, mojego dzieciństwa, i czasu dorastania w tamtej miejscowości. Do beduińskości, którą usilnie starałam się ukryć i wyrzec się jej, wróciłam stęskniona, żałująca i dojrzała. Być może reakcje czytelników zachęciły mnie bardziej do pisania z tej pozycji. Marginalizowanie beduinów w Palestynie dosięgło również literackiego pisania. Moje opowiadania i teksty zapełniły pewną lukę, zadośćuczyniły pewnej krzywdzie”. Jeszcze raz akcentuje sens tego, co robi, mówiąc: „Zaczęłam chwytać nici, które przynosi pamięć, pamięć beduińska umyślnie sprowadzana do niebytu. Poprzez pisanie przywracam jej godność (…) nie jestem tego pewna, ale pisanie zaczęło się u mnie jako czynność brania odwetu za każdą krzywdę, jakiej doznałam, i wróciło do mnie, aby mścić się na mnie niekończącym się żalem”.
Stąd brało się u niej definiowanie siebie – jak mówi – „wobec Innego, zwłaszcza kiedy ten drugi nie akceptuje mojej obecności albo dąży do wymazania mojej tożsamości, do sformatowania jej według swego widzimisię i według własnych kryteriów”.
„Sądzę, że dążenie do poszukiwania określonej wyraźnej osobowości na powierzchni sprzeczności, które przeżyłam i przeżywam dalej jako beduinka i mieszkanka miasta, tego, co palestyńskie arabskie i syjonistyczne okupacyjne, tego, co dotyczy kobiety i mężczyzny – owo dążenie doprowadziło mnie do pisania nie dlatego, że pisanie jest rozwiązaniem, ale dlatego, że jest subiektywnym narzędziem, które pozwala zagłębić się i wcielić we wszystkie osobowości, zniweczyć je i poza nie wyfrunąć”.
Wydaje mi się, że warto uzmysłowić sobie, w jakim otoczeniu Sheikha pisze i działa. Przykładowo na pytanie o to, co przekład jej utworów na język hebrajski może dać palestyńskiej pisarce mieszkającej w Izraelu, a w szczególności literaturze palestyńskiej na terenach okupowanych, odpowiada między innymi tak: „Pojawieniu się przekładu mojej pierwszej książki na hebrajski towarzyszyła wielka polemika, co jest rzeczą zdrową i uprawnioną, ale było to na stronach Facebooka i w rubryce «prężenie muskułów». Temu źródłu brakuje wiedzy, jest to źródło jakiejś nienawiści i zdobywania punktów za patriotyzm na mój rachunek. Dla nas, palestyńskiej mniejszości żyjącej tutaj, język hebrajski stał się niezbędną częścią naszych codziennych kontaktów w nauce, pracy, instytucjach urzędowych itd. (ja sama studiowałam hebrajski na uniwersytecie i duża część mojej pracy w różnych instytucjach jest z tym językiem związana). To po pierwsze, a po drugie, jaki jest sens pytania o to, co mi dał przekład hebrajski. Nie oczekuję, żeby coś mi dał, nie szukam sławy ani uznania, ani akceptacji! Podchodzę do niego jak do każdego innego przekładu. Może mam zdolność do zrewidowania przekładu i redakcji w hebrajskim, ale nie w innych językach. Mam także wybór tłumacza/ki; wybrałam dwie tłumaczki znane ze swoich radykalnych lewicowych poglądów sprzeciwiające się okupacji (to Elena Hamermann i Rachel Peres). Kiedy jeden z izraelskich rozmówców w programie radiowym zapytał mnie o impuls do przekładu na hebrajski (ja sama przełożyłam dwie książki na hebrajski i zredagowałyśmy je we dwie, ja i Rachel Peres), odpowiedziałam mu, że to dawne pragnienie, żeby przebić izraelską literacką wyższość, jaka towarzyszyła mojemu dzieciństwu i okresowi dorastania, kiedy syjonistyczna młodzież zabraniała nam siadać w autobusach do Hajfy. Tak, nie oczekuję od nich uznania, bo ja i inni pozostaniemy. Jednak przekonanie, że nasza literatura nie zasługuje na hebrajski przekład, to przekonanie wynikające z poczucia wyższości. A twierdzenie przeciwstawne, utrzymywanie, że przekład na hebrajski jest aktem normalizacji, to mniemanie powierzchowne. (…) Przesłanie literatury wszędzie jest jednakie, nie jest przesłaniem miłości czy sympatii, czy poniżania, ale jest przesłaniem istnienia i przetrwania. Przekład tutaj jest jedną z form przetrwania tak jak studiowanie medycyny albo wykonywanie zawodu adwokata, czy nauka jakiegoś innego zawodu i uprawianie go w bastionie syjonizmu”.
Zapewne dlatego nie chce, by widziano w niej pisarkę zajmującą się wyłącznie kwestiami kobiecymi czy feminizmem. Mówi: „Narratorami opowiadań ze zbiorku Rozkaz C345 są w większości mężczyźni. Wiele innych utworów opowiedzianych jest przez zwierzęta i ciała nieożywione”. I dodaje, że chociaż „w ostatnim zbiorze opowiadań Zostaw mi jeszcze jedno lato (Amhilini sajfan achar) postacie to w większości kobiety w różnych sytuacjach, momentach siły i słabości, postacie różnorodne i typowe, prowokuje mnie słabość i marginalizowanie we wszystkich przejawach, piszę między innymi o marginalizowaniu kobiety. Jednak pisanie tylko o kobiecie i dla kobiety kieruje pisarstwo ku kruchości i słabości albo zaklasyfikowaniu w takiej właśnie kolumnie, aby łatwiej je było ukamienować i zdeprecjonować”.
Małgorzata SZYBURSKA
Szłyśmy, ja i matka, przemierzając drogę od stacji autobusowej do jedynego w okolicy salonu fryzjerskiego. Każda zachowywała milczenie, aby uchroniło nas od ponownego dyskutowania o sprawie. Od czasu, gdy przeprowadziłam się do szkoły sióstr nazaretanek w Hajfie, nalegałam, prosiłam, a ona odmawiała, błagałam, a ona obrzucała mnie przekleństwami, płakałam, a ona milczała.
Dopiero co po rozwodzie, popełniła już swoją porcję wykroczeń, więc gdzie jeszcze miałaby znaleźć miejsce na konfrontację z klanem? Jakie usprawiedliwienie znajdzie dla dziewczynki, którą uwiodła Hajfa? Nie była przekonana, ale zgodziła się. Już wcześniej uznała, że smak buntu jest przyjemny, albo raczej znienawidziła smak podporządkowywania się.
Droga do fryzjera była znana, ale tamtego ranka zdawała się jakaś inna.
Obróciłam się na ruchomym fotelu, by popatrzeć na swój warkocz leżący na podłodze jak żmija z raju, kuszący, by go dotknąć albo zniszczyć. Moja ręka powędrowała pomacać miejsce amputacji i zawróciła jak ukąszona. Ogarnęło mnie przerażenie i o mało co nie zwaliło z fotela. W ogromnym lustrze zauważyłam odbicie twarzy matki. Dłonią tłumiła szloch.
Fryzjer z odrobiną podziwu i podniecenia powiedział: „Oto twój warkocz”… Spadł i leżał na podłodze. Fryzjerskie nożyczki pyszniły się mu w ręce z powodu jeszcze jednego męskiego zwycięstwa… Przyzwyczajony do beduińskiej mentalności, według której warkocz równa się dziewictwu, pojmował ogrom nieszczęścia. Dostąpił jednak zaszczytu, jaki rzadko spotyka któregokolwiek fryzjera w okolicy… Warkocz, który wziął w niewolę, będzie przez długie lata ozdabiać ramę zdjęcia ślicznotki z krótkimi włosami, jakie przymocował nad wielkim lustrem.
Z litości dla swojej duszy unikałam potem przechodzenia obok jego salonu…
Wybuchłam niemym szlochem. Matka od tyłu obrzucała mnie groźnymi spojrzeniami: „Dobrze, już dobrze, tylko stąd wyjdźmy!”. Tym razem nie bałam się pogróżek matki, wspólniczki w przestępstwie. To ona wybrała fryzjera, dzień i godzinę. Jej zgoda była wymuszona, niemniej chroniła mnie przed oczywistą karą… Amputowany warkocz zabrał ze sobą cząstkę mojej duszy. Cierpiałam w milczeniu, nie miałam odwagi spojrzeć w lustro przede mną. Smutny gniew matki czyhał na mnie z tyłu, a moja osierocona głowa miała z przodu moją młodzieńczą lekkomyślność.
A Hajfa, ta zdradliwa przyjaciółka, skusiła mnie, a potem nagle ogłosiła skruchę.
Aby pocieszyć się po stracie, pomyślałam o zazdrości dziewcząt. Aby ukoić ból, jaki zwykle czuje matka tracąca dziecko, wzywałam swą przekorę na pomoc.
Nawet zdjęcia ślicznych dziewcząt z krótko obciętymi włosami, co tak długo, za każdym razem, gdy przechodziłam przed salonem fryzjerskim, kusiły mnie, bym pozbyła się swojej beduińskości, nie usprawiedliwiały mojego grzechu…
A Hajfa… ach Hajfo, jak teraz mogłaś się mnie wyrzec?
Co może mnie pocieszyć po zamordowanym warkoczu?
„Allah jaksif umricz, ja al-baida”, niech Pan Bóg skróci ci życie! – każdego dnia tysiąc razy grzmiała matka w beduińskim dialekcie. Pan Bóg nie odpowiadał na to życzenie, a powtarzanie go nie nudziło matki!
Fryzjer, wciąż gawędząc, powiedział: „Dziewczynka taka jak ty czego może chcieć od podobnego warkocza?”.
Każdego ranka siadałam na progu dzielącym sypialnię-bawialnię od kuchni-łazienki. Matka stawała na nim, bo to podwyższenie gwarantowało jej powierzchnię do całkowitego panowania nad moimi kręconymi włosami spadającymi poniżej pleców. Zaledwie mieściły się w dłoni. Łapała jeden kosmyk, to drugi się wymykał. Gdy udało się jej zebrać włosy w garści, grzebień ruszał w podróż. Z każdą podróżą grzebienia chwiałam się na boki z bólu. Z każdym jękiem wyrywającym mi się z ust pięść matki się zaciskała, grzebień stawał się bezwzględniejszy i milkłam. Uwalniała mnie dopiero wtedy, kiedy „moje włosy układały się” w warkocz odpowiedni dla dobrze wychowanej dziewczynki.
„Co to? Twoja córka chce być taka jak miejskie dziewczęta?” – powiedział jeden z moich wujków, przestrzegając matkę przed następnym buntem.
Uczniowie szkoły nazaretanek w Hajfie byli mieszaniną dzieci mieszkających w mieście oraz dzieci przybywających każdego ranka z okolicznych wsi. Każde z nich o czymś marzyło i każde miało jakiś powód, by uczęszczać do tej szkoły. Kiedy docierałam do wejścia, szkoła otwierała przede mną bramy raju i piekła zarazem. Wymazywałam z tymczasowej pamięci chatę dającą schronienie mnie, bratu i matce. Pozbywałam się odwiecznej beduińskiej tożsamości, język stawał się posłuszny i pozbywał się, on także, kompromitującego beduińskiego dialektu.
Właśnie one, moje imię i mój warkocz, ujawniały to, co chciałam ukryć! Nie udawało mi się przekonać innych, że pochodzę z królewskiej dynastii z pustyni i że tylko ja mam zaszczyt noszenia imienia, które noszę. Tłumione śmiechy biczowały mi duszę: „Szajcha1… ha ha ha? Czyli starucha?”.
Warkocz był beduińskim dziedzictwem, które mnie obciążało. Moja ręka zabawia się teraz krótkimi włosami żartującymi sobie z szyją. Wymykające się kosmyki kokietują rysy twarzy, w której surowość góruje nad młodością.
„Jesteś teraz zadowolona? Stałaś się jak dziewczęta z Hajfy? Czy tego chciałaś? Niech Pan Bóg skróci ci życie!”
Jestem teraz jak dziewczęta z Hajfy, albo prawie.
Uwierzyłam w to, albo niemal uwierzyłam. Tylko że moja ręka wciąż szuka warkocza i cofa się jak ukąszona.
1Szajcha to forma rodzaju żeńskiego od słowa „szajch” (dosłownie: starzec) – pierwotnie tytuł ten nadawano wodzowi plemienia beduińskiego. Obecnie nosi go każdy, kto uzyskał wyższą pozycję w społeczeństwie: naczelnik wsi, gminy dzielnicy lub ogólnie szanowana osoba.
Nie uważałam, że okłamywanie jej to coś bardzo żenującego. Okłamywanie jej właśnie. Wszystkie ukrywałyśmy przed matkami pewne sprawy, a o innych mówiłyśmy otwarcie. Nawet te, które wybierałyśmy do ujawnienia, opakowywałyśmy z nienaturalną troskliwością, tak jak opakowuje się tanie prezenty. Opakowywałyśmy je w odrobinę kłamstwa oślepiająco białego.
Wszystko, co przed nią ukrywałam, moim zdaniem nie mieściło się w ramach „at-tszizib” (kłamstwa). Nie zasługiwało na karę, jaką mi wymierzała, gdy moje „tszizibi” jak policzek w twarz stawiało ją w kłopotliwej sytuacji przed innymi. Potrzebowałam go, potrzebowałam kłamstwa tak bardzo, jak bardzo chciałam być jedną z nich, być jak Tony, Julia, Maha, Ihab, Nadira, Charlie… Potrzebowałam go, aby wykradać się z beduińskiego namiotu i żyć spokojnie na swojej tymczasowej obczyźnie. Potrzebowałam go, ażeby zabić plemiona… Matka mnie kochała. Jej miłość była głęboka, zimna i raniąca. Nieokazywana wahającym się uśmiechem czy pocałunkiem, raczej wzywaniem Boga i przeklinaniem mnie w chwilach gniewu.
– Oczerniłaś mnie przed zakonnicą! Co o mnie powie? Że nie potrafię wychować własnej córki?
– Jumma, mamo.
– Humma wa hajja dżadra! Nie wstydzisz się? Chcesz stać się włóczęgą ? Okłamujesz mnie? Na Boga, skrócę ci życie!
Siostrę Bern, brytyjską zakonnicę, i moją matkę dzielą wieki Odrodzenia, ale obie podzielają pogląd o konieczności dania mi odpowiedniego wykształcenia i ogłady. Pierwsza nazywa mnie Cyganką za każdym razem, gdy naruszam surowe reguły szkolne, druga obawia się, że pewnego dnia mogę naprawdę stać się Cyganką. Ratuję się z sideł beduińskości, aby wpadać w pułapkę Cyganów.
Ilość moich kolorowych kolczyków i bransolet zwiększała się każdego miesiąca, a zakonnica, która poświęciła się Chrystusowi i zakonowi, odbierała je, jedną po drugiej, z bolesnym dla mnie okrucieństwem, oczyszczając mnie z brudów „zacofanego Wschodu”. Wrzucała je potem do pudełka na biurku, przygotowanego na drobne grzeszki – po jego prawej stronie stała figurka Matki z Synem1, a po lewej pokryty jakby zastygłą krwią krzyż2. Moje włosy coraz bardziej stawały się szalone i uparte, a matka coraz bardziej się bała. Jej zaklinania stawały się coraz bardziej świętobliwe: „Na Boga, na Boga, nie wyjdę z tobą na ulicę, jeśli będziesz mieć takie włosy!!”.
Dla przezwyciężania ich porozumienia oraz ich podejrzliwości – owej Europejki, wysłanniczki Chrystusa, i tej beduinki, wysłanniczki strachu – kłamstwo stawało się dla mnie coraz bardziej życiową koniecznością. Aby przezwyciężyć siebie i strach, musiałam kłamać.
W ową chłodną niedzielę los chciał, żeby matka spotkała przy
bramie zamkniętej szkoły zakonnicę, która oświadczyła w brytyjskim angielskim, że w szkole nie ma żadnego nauczyciela ani żadnego ucznia. Moja matka, którą życie nauczyło jedynie beduińskiego dialektu jako języka surowej egzystencji, gniewu i milczenia, zrozumiała, że jej córka, która wyszła rano z domu pod pretekstem powtórek zarządzonych przez nauczycieli przed egzaminem gimnazjalnym, okłamała ją. W tamtym momencie dla mojej matki kłamstwo równało się haniebnemu postępkowi. Drugi prowadzi do pierwszego, a pierwsze ujawnia drugi. Zakonnica zaś znalazła w owym grzechu nie lada jaką okazję, aby okazać się w traktowaniu mnie surowszą i okrutniejszą. Następnego dnia w swoim gabinecie znajdzie uświęconą przyjemność w robieniu mi wyrzutów:
– Look at yourself! You are like a gipsy!
Każda z nich dwóch odmalowała mi mój grzech zgodnie ze swoimi zasadami moralnymi. Jedna jako grzech włóczenia się z przyjaciółkami napiętnowanymi wymykającą się spod kontroli cywilizacją, a druga jako grzech śmiertelny, jakim jest potajemne spotykanie się z ukochanym „zabawiającym się” moimi dziewiczymi uczuciami!
Przeszłyśmy ulicę Abbasa w kierunku stacji autobusowej. Kroki matki były dalekie, i twarz również. Nie bałam się kary, bo miałam w pamięci, jakiego rodzaju kar doświadczyłam. Szła szybko i od czasu do czasu spoglądała za siebie. Za każdym razem, gdy odległość między nami się zmniejszała, jej kroki stawały się większe. Szłam za nią, nucąc słowa piosenki, której słuchałyśmy, ja i Nadira, częściej niż dziesięć razy w ciągu dnia. Używanie radioodbiornika, zmonopolizowane w domu przez matkę, nie dawało mi okazji do słuchania piosenek z szalonego Zachodu.
Time, it needs time
To win back your love again
I will be there, I will be there
Love, only love
Can bring back your love someday
I will be there, I will be there3
Dotarłyśmy do stacji. Odwróciła się i gniewnie zaszeptała: „Jak się nie wstydzisz? Jeszcze śpiewasz? Tego się uczysz od swoich nic niewartych przyjaciółek?”.
Czy uwierzyłaby wtedy, że nauczyłam się owych piosenek od przyjaciółek jak najdalszych od grzechu i jak najbliższych Boga. Uwierzy dopiero po latach, kiedy już nie będzie potrzeby kłamania. Dopiero po latach.
1Matka z Synem – autorce chodzi o Matkę Boską z Dzieciątkiem. Według nauk islamu Jezus (arab. Isa), syn Marii (arab. Marjam), jest jednym z głównych proroków, którzy głosili wiarę w jedynego Boga. Jako prorok cieszy się u muzułmanów wielkim szacunkiem.
2Krzyż (oblany zastygłą krwią) – autorka ma na myśli krucyfiks. Muzułmanie uważają, że to nie Jezus został ukrzyżowany. Zamiast niego na krzyżu umarł jakiś inny człowiek.
3Fragment piosenki Still Loving You niemieckiego zespołu Scorpions z 1984 r.
Cienka strużka lepkiej krwi płynęła po ziemi. Szybko wysychała, zostawiając czerwoną plamę świadczącą o tym, że była rana. Jeszcze jedna plama krwi pozostała na ubraniu Dżawahir. Duża okrągła plama poniżej brzucha. Jej matka w skrytości prosiła Pana Boga, żeby to, co zakazane, nie było się już wydarzyło…
Starsze kobiety dawały sobie znaki oczyma z babską chytrością, której symbole tylko one odczytywały, a dziewczęta chowały się za lękiem o niewinność. Młodzieńcy po cichutku wycofywali się z sytuacji, której jedynie stare kobiety mogły zaradzić. Natomiast Habbaba Hisin tylko potrząsała głową. Czy ktoś inny oprócz niej mógł wiedzieć, jakie zagrażające zło ukrywała przeklęta prymitywna huśtawka? Mądrość, którą zdobyła z racji swojego wieku i z powodu przesiadywania z mężczyznami ze wsi, wystarczała, aby widziała to, czego inni nie widzieli.
Kilku chłopców, którzy spędzali większość dnia na poszukiwaniu rozrywki w pozostałościach po żydowskiej osadzie wynurzającej się z wierzchołka góry, zrobiło huśtawkę z ogromnej opony po ciężarówce. Zręcznie i lekko wyciągnęli ją z kupy żelastwa stanowiącej granice wioski i oddzielającej od cywilizowanego świata, a następnie przywiązali grubym sznurem do potężnego dębu.
Pięciu albo sześciu z nich siadało na huśtawce, a dwóch zajmowało się popychaniem.
Wydawało się, że niebo było blisko. Bliżej niż ziemia. Ich stopy przyzwyczajone do przekradania się przez wszystkie granice dotykały granic nieba. Huśtawka fruwała z nimi wysoko, aż do żydowskiej osady pod ich stopami. Okrzyki radości i upojenia przywodziły im na myśl baśń o dżinnach1, które zamieszkują stary dąb.
„To drzewo jest zamieszkane przez duchy” – powtarzali dorośli, aby trzymać dzieci z daleka od swoich posiedzeń pod dębem. Dzieci jednak nie odchodziły.
Dżawahir z towarzyszkami zatrzymywała się poobserwować młodzieńców fruwających wysoko po niebie wioski. Szeptały między sobą.
– Bujałaś się kiedyś na huśtawce?
– Nie, ani razu. Chciałabym pohuśtać się tak jak oni!
– Boję się… bo gdybyśmy spadły?
– Spadły jak z nieba gwiazdy…
– Ach…
Ich oczy mierzyły odległość, jaką huśtawka przebywała między krańcami nieba. Za każdym razem, gdy wznosiła się wysoko, ich ręce ściągały w dół brzegi sukienek.
– A jeśli wiatr porwie mi sukienkę?! – jedna z nich zapytała siebie z przerażeniem.
Krzyki radości napełniały wioskę i budziły w dziewczętach tłumione łobuzerstwo. Każda wycieczka huśtawki pomiędzy krańcami nieba przybliżała je do drzewa grzechu.
Wystawanie Dżawahir w tym miejscu było uparte jak jej charakter. Nie opuści miejsca, dopóki nie nasyci się smakiem powietrza nad drzewem. Instynkt podpowiadał jej, że zabawa z huśtawką jest na krawędzi zawstydzającego postępku. Och, gdyby ją to powstrzymało. Czyż nie ośmieliła się tańczyć na weselu ciotki między obcymi ludźmi? Tamtego wieczora mężczyźni z rodziny zwołali pilną naradę, a potem podjęli kategoryczną decyzję, by zatuszować sprawę i natychmiast odesłać ją z powrotem do siedziby klanu.
W południe chłopcy rozeszli się po bliskich i dalekich łąkach, niosąc pasterzom jedzenie. A huśtawka tańczyła przed dziewczętami w szatańskim tańcu.
Zatrzymały ją i tłocząc się, stanęły na niej.
Nie ma pewności, że jutro nadejdzie, ani nie ma pewności, że szatan będzie wciąż w pobliżu. Huśtawka lekko wyruszyła między krańce nieba. W kwietniowe południe wilgotny wiaterek płynął między fruwającymi w różne strony sukienkami i łaskotał puszek na udach. Niebo nigdy nie było tak bezchmurne.
Czy to kwiecień? Czy niebo nad wioską? Czy może huśtawka dosięgnęła innego nieba?
Dżawahir szeptała przyjaciółce do ucha: „Widziałaś? Mówiłam ci, że drzewo jest zamieszkane!”.
Po dwóch ciałach rozeszło się drżenie. Czyżby dżinny były tak miłe?
Zanim huśtawka skończyła podróż między dwoma niebami, urwał się sznur i dziewczęta rozsypały się wokoło drzewa. Ogromna opona wylądowała w dolinie, a sznur tańczył dalej taniec dżinnów.
Kobiety rzuciły się pospiesznie. Każda z nich upewniała się, czy nic się nie stało jej córce, albo wymierzonym policzkiem, albo przekleństwem. Tylko Dżawahir, upadłszy daleko od drzewa, wciąż leżała na ziemi, gdzie czyhały na nią ostre skały. Wstała z wielką trudnością. Widziała kamienie zabarwione krwią.
Zbadała ręce i stopy; nigdzie nie było zadrapania. Ręką bezwiednie zaczęła macać podbrzusze. Zobaczyła krew. Nie czuła bólu, ale szloch kobiet wokół niej był nożem, który zabił jej dzieciństwo!
Nie było jej tam. Była jej krew, tam gdzie grzebie samą siebie.
Biada jej matce.
Ta gdy zobaczyła, co się stało, wykrzyknęła: „Wysuszyłaś mi krew, niech Bóg wysuszy twoją!”. Miała to na myśli bardziej niż kiedykolwiek przedtem.
Oby jej krew wyschła. Oby wyschła i zamiast tak płynąć zamieniła się w kamień.
W chacie matka powiedziała Dżawahir, że przybyła Habbaba Hisn. Odetchnęły z ulgą. Rana jest na udzie. Tę głęboką ranę Habbaba pokryła ziarenkami kawy i gniotła tak długo, aż krew wyschła. Podziękowała Panu Bogu…
„Bóg ustrzegł ją i nas” – rzekła matka.
Celowo podniesionym głosem, żeby słyszały ją inne kobiety, Habbaba stwierdziła: „Chwała Bogu, dziewczyna jest nienaruszona”.
Po kilku dniach huśtawka znowu zaczęła dotykać nieba. W południe chłopcy rozchodzili się na łąki, niosąc jedzenie, a kobiety tłoczyły się koło huśtawki. Śmiały się i żartowały z dżinnami drzewa. Dżawahir i przyjaciółki stały daleko. Ich oczy mierzyły odległość między skrajami nieba, a ręce mocniej trzymały brzegi sukienek.
Habbaba obserwowała je z daleka. Potrząsała głową, mrucząc do swojego sznura modlitewnego: „To Pan Bóg chroni przed złem”.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
wydawnictwodialog.pl
1Dżinny – według tradycji muzułmańskiej to trzecia (obok ludzi i aniołów) kategoria istot rozumnych. Są wspominane wielokrotnie w Koranie; jedna z sur nosi tytuł Dżinny. Stworzone z ognia bez dymu, są niewidoczne, mogą przybierać dowolną postać. Dzieli się je na dobre i złe; dobre pomagają ludziom, a złe (ifryty i ghule) szkodzą ludziom. Czasami w islamie do złych dżinnów zalicza się szajtana (szatana). W tradycji muzułmańskiej, podobnie jak w chrześcijańskiej, to anioł, który nie chciał pokłonić się Adamowi, pierwszemu stworzonemu przez Boga człowiekowi (Koran, 15:390–34, 17:61).
Wydawnictwo Akademickie Dialog
00-112 Warszawa, ul. Bagno 3/218
tel.: 22 620 87 03
e-mail: redakcja@wydawnictwodialog.pl
wydawnictwodialog.pl
Odwiedź nas na Twitterze, YouTube, Facebooku!
X (Twitter)
YouTube
