Bal trwa teraz. Transpersonalna autobiografia - Sokół Riya - ebook + książka

Bal trwa teraz. Transpersonalna autobiografia ebook

Sokół Riya

0,0
59,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Przysięgam przywrócić wiarę i miłość wszystkim, których życie poobijało i którzy myślą, że już nic pięknego nie może ich spotkać

 

…Bo przyjdzie moment, gdy mama, babcia czy inna ukochana osoba zadzwonią do Ciebie ostatni raz. Kiedy dziecko ostatni raz poprosi, aby je położyć spać, gdy ostatni raz zobaczysz swoją twarz bez zmarszczek, i gdy ostatni raz powiesz: mam przecież całe życie przed sobą…

Przyjdzie ostatni raz…

Więc żyjmy teraz. Natychmiast. Tworząc najwspanialsze wspomnienia. Bo:

ŻYCIE JEST TERAZ. BAL TRWA TERAZ.

 

Ta książka jest dla nas, mimo że jest o mnie. Czytając ją, odnajdziesz część siebie.

 

O tym, jak z choroby można zbudować zamek wolności.

O modlitwie, która nie chroni przed bólem, lecz pomaga go znieść. O życiu, które uczyło mnie żyć.

 

„Jak jest kryzys, zrób z tego bal, i tańcz, kochanie, tańcz.

Albo wykorzystasz ten ból, albo on wykorzysta ciebie.”

 

To mój memoir, zbiór moich wspomnień i historii, które ukształtowały to, jak patrzę na świat. Jeśli trzymasz go w ręku i jakakolwiek część Ciebie mówi „tak”, to znaczy, że już wcześniej dotarł do Ciebie mój szept. Gdy ją pisałam, wyobrażałam sobie rozmowę z każdym, kto ja przeczyta.

Dziękuję, że jesteś!

Riya Sokół

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 469

Rok wydania: 2025

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Autorka: Riya Sokół

Współpraca z autorką: Jana Karpienko

Redakcja: Dagmara Benzar

Korekta: Katarzyna Zioła-Zemczak

Koncepcja graficzna okładki: Karina Rucka

Opracowanie graficzne okładki: Katarzyna Grabowska

Projekt graficzny makiety i skład: Izabela Kruźlak

Zdjęcia na okładce: Rafał Maslow

Redaktor prowadząca: Agnieszka Górecka

© Copyright by Riya Sokół © Copyright for this edition by Wydawnictwo Pascal

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być powielana lub przekazywana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy, z wyjątkiem recenzentów, którzy mogą przytoczyć krótkie fragmenty tekstu.

Autorka preferuje pisanie wielkimi literami swoich osobistych, rodzinnych określeń, aby oddać hołd szczerej miłości i wdzięczności, jaką darzy swoich najbliższych.

Bielsko-Biała 2025

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o. ul. Zapora 25 43-382 Bielsko-Biała tel. 338282828, fax [email protected]

ISBN 978-83-8317-716-8

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Wszystkie treści zawarte w tej publikacji, w tym teksty, ilustracje, zdjęcia i grafiki, podlegają ochronie prawnoautorskiej. Zabrania się ich wykorzystywania do trenowania modeli sztucznej inteligencji, w tym dużych modeli językowych (LLM), tworzenia zbiorów danych, eksploracji tekstów i danych (text and data mining) oraz jakichkolwiek innych form automatycznego przetwarzania treści w celach komercyjnych, analitycznych lub badawczych bez uprzedniej, pisemnej zgody wydawcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Dedykuję tę książkę każdej Duszy,

która usłyszała szept mojej Duszy. 

Wasza Ri

Dziękuję mojej Rodzinie.

Całej, wielkiej, nadzwyczajnej.

Dziękuję Sile Wyższej za prowadzenie.

Dziękuję Przyjaciołom, Mentorom, Znajomym bliższym i dalszym, każdemu wymienionemu i niewymienionemu Bohaterowi tej książki...

Dziękuję Wydawnictwu i każdemu, kto wsparł proces powstawania książki.

Ona została stworzona dzięki moim spotkaniom z najróżniejszymi Osobami. Dzięki złamanym sercom, zawodom, zdradom, ale też dzięki cudom, miłości i szczęściu, jakie mam do Ludzi, którzy byli bądź są jak Anioły w moim życiu.

Więc dziękuję Wam wszystkim. Zarówno za ból, jak i za radość. Wy wiecie, jeśli to o Was mowa.

Riya Pati Sokół

„Nie miała pojęcia, że kiedy wypowiada życzenie, łączy się z czymś większym niż ona... Wszechświat zaczyna konspirować, aby się spełniło. I prawie nigdy nie wygląda to tak, jak to sobie wyobrażała...

Jest rok 2011. Właśnie mam zdmuchnąć świeczkę. Siedzę na swoim przyjęciu urodzinowym, niespodziance zorganizowanej przez mojego Brata Michała, i słyszę krzyk: „Życzenie! Pomyśl życzenie!”. Przelatuje mi przed oczami całe moje życie...

.

Zeskanuj kod QR i zapoznaj sięz dodatkową treścią audiowizualnąprzygotowaną przez autorkę

ROZDZIAŁ 1

MAGICZNY PAŁAC

Od siódmego roku życia występuję na ogromnych scenach, tańcząc i śpiewając, w Polsce oraz poza jej granicami. Już wtedy wiedziałam, że scena to moje miejsce na ziemi. Nic poza ćwiczeniem i występowaniem nie miało dla mnie znaczenia. Większość czasu spędzam na treningach tanecznych i wokalnych, co pozostawia mi mało przestrzeni dla siebie, ale śpiew i taniec są sensem mojego życia. To wtedy mogę oddychać. Wszystko inne jest niewygodnym przerywnikiem, który muszę przetrwać.

Na scenie czuję, jakbym łączyła się z czymś nie do opisania, z jakąś energią większą niż ja, magią, którą znam z pięknych snów. Na scenie czuję się na swoim miejscu. Na scenie znika wszystko: lęki, napięcia, koszmary.

Nigdy nie wiedziałam czym są wewnętrzny spokój, cisza, bezpieczeństwo. Stan lękowy to mój naturalny stan.

Bezsenność jest oczywista. Prawie nie sypiam ze strachu przed koszmarami. Jednocześnie marzę o odcięciu się od codziennego bólu. Żadne rozwiązanie nie jest dobre, więc noce spędzam na fantazjowaniu. Gdy przychodzą najgorsze stany, uciekam w wyobraźnię.

Skąd mi się to wzięło?

W wieku sześciu lat jestem na minikoloniach. Pewnej nocy nie mogę usnąć, więc opiekunka opowiada mi historię o magicznym zamku z mnóstwem komnat – w każdej z nich można robić, co tylko się chce.

– Ale tam można naprawdę wszystko? – odpowiedziałam z niedowierzaniem.

– Tak.

– I wszystko się tam może zdarzyć?

– Tak! Zero ograniczeń. Przed wejściem do danej komnaty masz tylko wymyślić, co ma się w niej stać, a potem otwierasz drzwi i dokładnie to się dzieje.

Mój umysł eksploduje, a wyobraźnia natychmiast zaczyna podsuwać mnóstwo pomysłów na to, co mogłoby się w tych zamkowych pokojach znajdować.

– A jak się tam dostać? – pytam.

– Zamykasz oczy, zaciskasz piąstki, uśmiechasz się i mówisz: „JUŻ”. I wtedy się tam przenosisz. Jest jednak pewien warunek, który musi zostać spełniony, żeby to zadziałało... Przez rok musisz być codziennie grzeczna – dodaje na koniec pani.

Ups... o nieeee... przecież odkąd pamiętam, słyszę, że jestem niegrzeczna. Nigdy się nikogo nie słucham, nawet kary mnie nie mobilizują. Zawsze idę swoją trasą, w swoim tempie, po swojemu. Zazwyczaj w tak zwanym „tempie błyskawicy” i z mnóstwem niezrozumiałych dla innych pomysłów...

Gdy zespół Kris Kross wydaje wielki hit Jump wraz z teledyskiem, w którym chłopcy chodzą ze spodniami tył na przód i warkoczykami na głowach, następnego dnia idę tak do szkoły. W tamtych czasach musiało to poskutkować natychmiastowym wezwaniem Mamy i naganą za nieodpowiednie zachowanie oraz obraźliwy, krzykliwy wygląd. „Pani córka nie szanuje naszej instytucji. To skandal”.

Nie rozumiem tego – dla mnie nie ma w tym nic niezwykłego.

Tak samo jest z fantazjowaniem w trakcie lekcji, które jest moim głównym zajęciem, i jestem pewna, że w szkole również mogę to robić. Nie wpadam na to, że mam słuchać, co mówi jakaś przypadkowa pani...

Dopiero po paru aferach szkolnych zaczyna do mnie docierać, że oczekuje się ode mnie czegoś zupełnie innego i to coś jest w moim odczuciu dziwne. Jeszcze bardziej wstrząsa mną fakt, że wszyscy oprócz mnie byli tych oczekiwań świadomi. Jestem w szoku, że są one wiedzą powszechną, a nie jakąś głęboko skrywaną tajemnicą. Jak mam nie czuć się dziwna i inna? Widzę świat zupełnie inaczej niż większość ludzi wokół mnie. Większość, bo jest jedna Pani, Pani Magda, nasza wychowawczyni w drugiej klasie. Ona zawsze szepcze mi: „Jesteś wyjątkowa. Nie strać tego. Rób swoje”.

Dość wcześnie zaczynam uświadamiać sobie, że jestem inna, więc w przekonaniu, że hasło „grzeczna” oznacza bycie takim jak wszyscy, mocno wątpię, czy będzie to dla mnie kiedykolwiek możliwe. Mimo to postanawiam spróbować.

Każdego ranka składam sobie przyrzeczenie: „Dziś będę grzeczna, przez cały dzień, obiecuję”. Co wieczór, wiedząc, że plan znów się nie powiódł, mówię do siebie: „OK, jutro zacznę od nowa”. Jestem zdeterminowana, ale nie udaje mi się bycie posłuszną, więc jedyne, co mi pozostaje, to wyobrażać sobie wieczorami, że jakimś sposobem dostaję się do zamku i zaczynam zwiedzać komnatę za komnatą. Dokładnie widzę, co znajduje się w każdej z nich, potrafię zwizualizować sobie każdy szczegół ich wyglądu, a także ich zapach i odgłos własnych kroków na marmurowej podłodze.

W ten sposób powstaje pokój do nauki latania z moim ukochanym Piotrusiem Panem. Po nim drugi, pełen Lego, a następnie taki, w którym znajduje się cały Disneyland. I oczywiście jeden do nauki tańca z Patrickiem Swayze oraz taki, w którym siedzę na kolacji ze wszystkimi gwiazdami Hollywood. Jest taki ze sceną, na jakimś wielkim stadionie, gdzie występuję przed ogromną widownią. W jeszcze innym mówię do kamery w studio telewizyjnym, opowiadając widzom o ważnych rzeczach. W kolejnym mam dwie małe córeczki. Rzecz jasna, jest jeszcze pokój przeznaczony do romantycznych tańców z wymarzonym chłopcem.

Ale pokój odwiedzany przeze mnie najczęściej to ten, w którym wydaję z siebie głos, a on dociera do wszystkich osób na świecie i powoduje, że u każdej z nich ląduje kropla światła, rozświetlająca ich wnętrze i powodująca szczęście.

Nie wiem, czemu tak bardzo marzę o dawaniu radości innym ludziom, ale mam jasność , że to właśnie głos do tego służy i że mam się nim dzielić.

Dosłownie widzę, jak strumień powietrza wydostaje się z moich ust i rozprzestrzenia na cały świat, a następnie, niczym magiczny pył Dzwoneczka z Piotrusia Pana, obsypuje każdą istotę na Ziemi. Wyobrażam sobie, że po tym dotknięciu każdy zaczyna doświadczać wolności, ma ochotę tańczyć, a na jego twarzy pojawia się uśmiech.

Mija trochę czasu zanim zaczynam łączyć fakty: pewne sytuacje, które wyobrażałam sobie po nocach, zaczynają się urzeczywistniać. Chociażby to, że rok później naprawdę stoję na scenie przed ogromną publicznością, tańczę i śpiewam...

Pięć lat po usłyszeniu historii o zamku leżę w łóżku u mojej Cioci na Florydzie, a emocje związane z atrakcjami zaplanowanymi na kolejny dzień nie pozwalają mi zasnąć. Mam zobaczyć ten magiczny Disneyland, o którym kiedyś widziałam wzmiankę w magazynie dla dzieci. Nie wiem, czym dokładnie jest to miejsce, pamiętam tylko zdjęcie zamku. I nagle w środku nocy zdaję sobie sprawę, że kiedyś już przecież robiłam dokładnie to samo. Byłam w Disneylandzie... w jednej z komnat... to była moja fantazja i niedługo miała się zrealizować! To niesamowite. Czy to możliwe, że ktoś zobaczył to, co sobie wyobrażałam, i zaaplikował do mojego życia? Od tamtej chwili poświęcam dużo czasu na kontemplacje o życiu, marzeniach i sposobach myślenia. Im lepiej rozumiem te tematy, tym bardziej mnie one fascynują.

Skąd ja się tu wzięłam

Zespół Pieśni i Tańca Varsovia, w którym spędziłam ponad 7 lat, opuszczam wraz z zakończeniem szkoły podstawowej, ale od razu zaczynam tańczyć w innej grupie – u Agustina Egurroli. Równocześnie trafiam też do artystycznej klasy w warszawskim LO im. S. Żeromskiego, dzięki czemu mogę kontynuować śpiewanie. To właśnie tam bardzo ważna dla mnie nauczycielka mówi mi, że z moim głosem jest coś nie tak, że jest cienki i nie zrobię z nim kariery.

Wówczas rodzi się we mnie myśl, która długo mnie nie opuści: mój głos nie jest wystarczająco dobry. Ten, który miał zmieniać świat i wybrzmiewać na stadionach. I co teraz?

Zapisuję się na lekcje śpiewu i próbuję to naprawić. Przez wiele lat nauki u różnych coachów wciąż słyszę to samo: „Twój głos jest ładny, ale zbyt niekonwencjonalny. Nie zaśpiewasz nim jak Mariah Carey”.

Ale ja chcę jak ona... ona, Whitney, Celine, Edyta Górniak – to do nich aspiruję. Dlatego walczę, chodząc do różnych profesjonalistów, chociaż jakaś część mnie wierzy w to, co mówią.

Na studiach stawiam pierwsze kroki w świecie mediów i show-biznesu, do którego mam niepowstrzymany pociąg.

Zatrzymuje mnie jednak ciężki wypadek, który ma ogromne konsekwencje i rozpoczyna szalony bieg wydarzeń w moim życiu.

Rok 2005

Zjeżdżam na rolkach ulicą Spacerową w Warszawie, w dół, w stronę Mokotowa. Jestem bez kasku. Tracę równowagę i kontrolę nad prędkością. Ponieważ ulica skręca, a ja jadę coraz szybciej, w ułamku sekundy muszę podjąć decyzję – wjechać z rozpędu pod koła samochodu czy zatrzymać się na betonowym słupie tuż przy krawężniku. Wybieram to drugie i niestety trafiam prawą częścią twarzy w latarnię. Upadam, tracę przytomność. Podbiegają do mnie ludzie i widząc mnie, zaczynają krzyczeć. Potem już tylko wspomnienie szpitala i lekarza, który pyta, czy było USG oka, bo nie wie, czy ono w ogóle jeszcze jest na swoim miejscu. Mam zmiażdżoną połowę twarzy, kilkadziesiąt szwów i cudem uratowane oko – bo z latarni wystawał wielki drut, który wbił się centymetr obok oczodołu.

Tracę możliwość pracy w Wydarzeniach w Polsacie u Tomasza Lisa, gdzie jestem na stażu od kilku miesięcy. Ale to nie wszystko.

Jest kwiecień, a ja od września uczęszczam do Teatru Muzycznego Roma, gdzie w czerwcu mamy zaplanowany wielki pokaz na dużej scenie. Próby są teraz częste, jak to przed premierą... A ja słyszę, że nie zatańczę, nie zaśpiewam, nie wystąpię. Mam wstrząśnienie mózgu, a także zmasakrowaną i sparaliżowaną prawą część twarzy – według prognoz lekarskich już nigdy nie będę wyglądać tak jak przed wypadkiem i nie obejdzie się bez operacji plastycznej. Lekarz mówi, abym wybiła sobie z głowy występ i pracę w telewizji.

Leżę w łóżku totalnie załamana, pogrążona w głębokim PTSD. Czuję, że straciłam szansę życia, że było tak pięknie i wszystko legło w gruzach. Po parunastu dniach, z desperacji, załamania i szoku rodzi się wielki plan. Szanse na pracę być może przepadły, ale do występu zostały prawie trzy miesiące.

Daję trenerom znać, że nie pojawię się na próbach, ale przyjadę na dzień przed występem, gotowa w stu procentach. Jeśli nie będę czegoś umieć, to będą mnie mogli wyrzucić – ale niech dadzą mi szansę.

Proszę koleżanki, żeby nagrywały każdy trening i przynosiły mi nagrania. Codziennie powtarzam wszystkie choreografie w myślach, leżąc w łóżku. Wyobrażam sobie, że tańczę. Tak samo ćwiczę piosenki. Nie ruszam się, ale po kilkanaście godzin dziennie uczę się wszystkiego sumiennie, z zamkniętymi oczami, na pamięć.

Każdego ranka mówię sobie, że moje ciało jest mądre i bardzo szybko się regeneruje oraz że z tego wszystkiego na pewno wyjdzie jeszcze coś dobrego. Ilekroć pojawia się zwątpienie, odpowiadam sobie: „Nie wiesz, co cię czeka. Na pewno coś niesamowitego”.

W czerwcu idę na kontrolę. Lekarz nie może uwierzyć, że moja twarz się zagoiła. Faktycznie, jest jeszcze sina, ale po tym, jak szukali w niej oka pod opuchlizną i między dwoma wielkimi rozcięciami, moja regeneracja wygląda naprawdę imponująco. Nie ma asymetrii czy zniekształcenia, chociaż wszyscy byli pewni, że taka będzie konsekwencja wypadku, a operacja plastyczna okaże się koniecznością.

Prosto ze szpitala jadę na próbę generalną. Ku ogromnemu zdziwieniu trenerów, znam każdy układ bezbłędnie, na pamięć. Następnego dnia – z toną podkładu na twarzy, aby ukryć fiolet – występuję na deskach teatru.

Wieczorem spotykam się z przyjaciółmi i z jednym z nich dochodzi do zbliżenia. To jedno z tych upojnych uniesień pełnych chemii, nagroda za przepiękny sukces.

Wraz ze wschodem słońca wstaję, biorę prysznic i wychodzę z jego mieszkania, ubrana w kreację z poprzedniego dnia.

Mieszkam wtedy na warszawskim Dolnym Mokotowie. Idę do domu pieszo, z placu Trzech Krzyży – wzdłuż parku Ujazdowskiego – ze szpilkami w dłoniach, pachnąca spełnionym marzeniem i pocałunkami poprzedniej nocy...

Przepełnia mnie radość, słońce muska moją twarz. Czuję się jak Carrie Bradshaw snująca się po ulicach Nowego Jorku w najpiękniejszym dniu swojego życia.

Idę lekka i rozanielona. Mam poczucie, że świat leży u mych stóp. Uśmiecham się do siebie, obserwując naturę i ciesząc się letnim wiatrem, głaszczącym mnie po ciele. Wciąż mam w pamięci zapach tego poranka.

Nagle widzę wywieszone na ogrodzeniu parku zdjęcia Gombrowicza z najpiękniejszymi cytatami z jego dzieł. Wygląda na to, że trafiłam na wystawę, ciągnącą się wzdłuż całej długości ściany.

Już wtedy żartowałam sobie, że ten wybitny pisarz jest moją bratnią duszą. Poznałam jego twórczość dzięki swojej pierwszej, ogromnej miłości. Jeszcze w liceum, po nocach, czytaliśmy razem Dziennik. Byliśmy zafascynowani jego głębią, a w szczególności tym, jak pięknie Gombrowicz opisywał więzienie, w którym na jakimś poziomie wszyscy tkwimy: więzienie naszej własnej psychiki.

W stanie, w którym obecnie jestem, jego słowa docierają do najczulszych miejsc mojego serca.

„Człowiek jest najgłębiej uzależniony od swego odbicia w duszy drugiego człowieka, chociażby ta dusza była kretyniczna” (Ferdydurke)1.

Zatrzymuję się, wpatrzona w te dobrze znane mi słowa. Półtora roku wcześniej rozstałam się właśnie z tym pierwszym chłopakiem, po wielu latach dość dramatycznego i burzliwego związku, z którego nie umiałam się wydostać. Ileż razy płakałam wtedy nad tym zdaniem...

I jakże niesamowite jest to, że dzisiaj oznacza ono dla mnie coś zupełnie innego. Podkreśla wolność, której doświadczam i którą sama sobie wywalczyłam. Czuję ból w tych słowach, a jeszcze mocniej czuję to, że po raz pierwszy w życiu mnie nie dotyczą. Wpatrzona w wielkie zdjęcie z cytatem mówię do siebie: „Zapamiętaj tę chwilę. Jesteś wolna. WOLNA. Zapamiętaj, aby zawsze móc do niej wrócić”. Uśmiecham się ze łzami wzruszenia w oczach i ruszam dalej boso, ulicą Belwederską, w rytm zdania „jestem wolna”, nie mogąc wyjść z rozkoszy, która wzrasta we mnie z każdym krokiem.

Kilka dni później dzwoni do mnie przyjaciel: chce zaproponować mnie do pracy przy nowym programie TVN-u. Robi to, a ja zostaję przyjęta. Spełnia się moje kolejne marzenie.

Już parę miesięcy później z asystentki awansuję na redaktorkę jednego z działów w programie Szymon Majewski Show. Wszystko dopina się w piękną całość.

W grudniu, na urodziny, otrzymuję bilet do Tajlandii.

To budzi kontrowersje, bo dostaję go od mojego głównego szefa, właściciela firmy. Ponieważ oboje wiemy, że łączy nas tylko przyjaźń, mimo zagrożenia plotkami i obaw jedziemy razem na tę przygodę. I tak, kompletnym przypadkiem, trafiam na – dotychczas zupełnie mi nieznane – rozwój duchowy, medytację, pracę z energią...

Lądujemy tam na detoksie: przez dwadzieścia jeden dni nie jemy nic. Przechodzimy oczyszczanie ciała, umysłu, emocji, duszy i serca. Ćwiczymy mało znaną jeszcze jogę, medytujemy, uczęszczamy na sesje reiki i oczyszczanie czakr. Chodzimy na hipnoterapię, która pomaga mi poukładać sobie wiele rzeczy na zupełnie innym poziomie niż wcześniejsze spotkania z psychologami. Otwierają się wrota do części mnie, z której istnienia nie zdawałam sobie sprawy.

Po powrocie „tajemnica” wychodzi na jaw, co niesie za sobą poważne konsekwencje w środowisku pracy, bo ludzie zaczynają plotkować i odwracają się ode mnie. To boli, ale zyskuję mój świat duchowy, który staje się dla mnie alternatywną rzeczywistością, moim sekretem, do którego nikogo nie dopuszczam. Mam świadomość, że nikt by go nie zrozumiał.

Przenoszę się do Dzień Dobry TVN, występuję też w chórkach u różnych gwiazd i mam mnóstwo pomysłów na śpiewanie.

W międzyczasie poznaję w końcu szefa wytwórni, ponieważ ja i mój ówczesny przyjaciel, aktor, chcemy nagrać razem piosenkę. Poznaję ich ze sobą, zaczynamy burzę mózgów, pracę, spotkania... Nagle telefony cichną, a ja po jakimś czasie dowiaduję się, że panowie robią projekt. Tyle że beze mnie.

Pęka mi serce. Nie mogę tego zrozumieć. Czuję, jakby ktoś posypywał solą moją najgłębszą ranę. Ranę odrzucenia, bycia niechcianą i niewystarczająco dobrą, ranę związaną z tym, kim jestem, i z moim głosem. Mimo tego, co w międzyczasie zbudowałam, nagle z bólu rzuca mnie na kolana. Zaczynam w siebie wątpić: to pewnie przez mój cienki głos...

To był moment, w którym powiedziałam sobie: „Nigdy więcej. Rzucam to. Nie chcę, to nie dla mnie”.

Dzisiaj myślę, że mało wtedy potrzebowałam, aby rzucić swoje marzenie... jednak z drugiej strony, wiem, że uciekanie od czegokolwiek, co tak boli, to mechanizm obronny, stosowany przez każdego człowieka... By uniknąć cierpienia jesteśmy w stanie zrobić wszystko. Zaczynamy iść przez życie jak przez pole minowe, aby tylko znów nie dotknąć okolic bólu... Ale jak to mówię: „marzenia to szepty od Boga”, więc nie opuszczają nas tak łatwo. Jeśli ich nie spełniamy, prześladują nas po nocach...

Dlatego też, gdy rozpoczynam niewinny romans z niezwykle uzdolnionym kompozytorem i nieoczekiwanie dostaję od niego przepiękną piosenkę, płaczę. Po pierwsze – bo jest tak piękna, po drugie – bo on mówi, że napisał ją specjalnie dla mnie.

Chcę stworzyć do niej słowa i ją nagrać, ale w międzyczasie poznaję mojego późniejszego Męża i zakochuję się w nim. Kończę więc romans, chwilę potem zachodzę w ciążę i kompozytorowi mówię, że gdy tylko urodzę, wracamy do pracy.

Kilka miesięcy później, na krótko przed porodem, siedzę w domu i oglądam festiwal w Opolu, na którym rok wcześniej występowałam w chórkach u Edyty Górniak. Nagle widzę, że na scenę wychodzi moja koleżanka, wokalistka, która kiedyś poznała mnie z TYM kompozytorem... i śpiewa piosenkę do melodii napisanej dla mnie. A następnie wygrywa nią konkurs.

Znów rzuca mnie na kolana. Ten przeszywający ból... Ból straconej szansy, zabranego marzenia, bycia niewystarczającą, gorszą, niewybraną. Czuję wewnętrzny konflikt. Ta piosenka jest tak piękna, a ona napisała do niej tak niesamowite, chwytające za serce słowa... Czemu to nie byłam ja? Dlaczego ja nie mogłam tego zrobić?

I znów słyszę odpowiedź w swojej głowie: to pewnie przez ten beznadziejny głos. Może jednak brak mi talentu...

Jestem pewna, że to koniec. Kolejny raz myślę, że muszę przestać śpiewać. Że nie mam głosu. Że mi się nie uda. Chcę zrezygnować, aby tylko już nigdy nie narazić się na czucie tego, co teraz czuję.

Rok później los podsuwa mi kolejną wytwórnię, z którą udaje mi się podpisać kontrakt. Z ekscytacji nie śpię przez kilka tygodni. Płaczę ze szczęścia, nie mogę w to uwierzyć. Mimo że to bardzo niekorzystna umowa, jestem gotowa zrobić wszystko, by spełnić marzenia.

Lecę do Szwecji tworzyć płytę, nagrywam singiel ze Stefano Terrazzino, który puszczają w radiostacjach, występujemy razem na koncertach, tańczymy, nagrywamy klipy, robimy sesje zdjęciowe, to dla mnie wspaniały początek kariery. I nagle...

Nagle padają propozycje, na które nie jestem w stanie się zgodzić, w wytwórni robi się jakieś zamieszanie, wyrzucają prezesa i wszystkich innych pracowników... Zaczyna być dziwnie i nieprzyjemnie. Wchodzę w konflikt i rezygnuję ze współpracy. Niestety, wciąż obowiązuje mnie kontrakt, w którym zapisano, między innymi, że nie mogę nigdzie nagrywać, śpiewać ani występować bez zgody wytwórni. Czekam, aż miną dwa lata.

Pamiętam, jakby to było wczoraj: jest środek nocy, siedzę z moją drugą Córką w brzuchu, w jej jeszcze nieurządzonym pokoiku, gdzie wciąż stoją mój komputer i mikrofon, i włączam podkład do piosenki Almost Lover. Zaczynam śpiewać i rejestruję to, ocierając łzy. Następnie słucham nagrania. Nie jestem w stanie polubić swojego głosu. Nie umiem znaleźć w nim piękna. Mam do niego tyle pretensji...

„Goodbye my almost lover... goodbye my hopeless dream...” – słyszę w głośnikach i myślę: „Może i lepiej, że to już na zawsze zostanie tylko w moich plikach komputerowych”.

Rodzę drugą Córkę i trafiam na nowego nauczyciela śpiewu, Krzysztofa, który w pracy wykorzystuje najnowszą metodę śpiewania: SLS (speech level singing). I to on, choć dopiero zaczyna, poznaje mnie z trenerem ze Stanów, Jeffreyem. W trakcie naszego spotkania odkrywają nagle u mnie pewną nadzwyczajność i na zajęciach padają słowa, które będę pamiętać do końca życia:

– To nie jest cienki głos, tylko najbardziej niezwykły rodzaj sopranu, jaki istnieje, czyli sopran koloraturowy.

– Sopran co? – pytam Jeffreya, totalnie zagubiona.

– Koloratura soprano, to jest sopran koloraturowy – tłumaczy mi Krzysztof.

– Krzyś, ale ja dalej nie wiem, o co chodzi...

– To niezwykle rzadki głos. Unikat. Chodzi o to, że to twój dar, nie przekleństwo – odpowiada Jeffrey.

We trójkę głowimy się, co możemy ze mną zrobić. Słyszę, że już teraz mogę starać się o pracę w operze... ale ja chcę śpiewać w mainstreamie i nagrać płytę. Wpadamy w końcu na genialny pomysł. Kate Bush. Równie wysoki głos i wcale nie śpiewa w klasycznie... Poszukamy u niej repertuaru.

Jeffrey proponuje, abym poleciała do Stanów, do samego twórcy metody SLS, który opatentował ją wraz z Lucianem Pavarottim, wpływając tym samym na zwrot o sto osiemdziesiąt stopni w technikach śpiewania. Seth Riggs – bo to o nim mowa – nie bierze nowych studentów, przez trzydzieści lat pracował z Michaelem Jacksonem, a na co dzień ma Steviego Wondera czy Barbarę Streisand, więc ja, mała dziewczynka z Polski, nawet nie wiem, czy mam po co tam lecieć...

To duża inwestycja i ważna decyzja.

Zdmuchnięcie świeczki

Siedzę nad zapaloną świeczką wetkniętą w tort, w dniu urodzinowej niespodzianki i uświadamiam sobie, że to, co rozegrało się wiele lat temu, zdążyło mignąć mi przed oczami w sekundę...

Nagle mam wizję mojej Córki, która właśnie jest na etapie nauki chodzenia. Widzę ją, jak wstaje i upada. Niezłomnie, jest nie do zatrzymania. Bez powątpiewania, czy się do tego nadaje. Bez wściekania się, że tyle razy jej nie wyszło. Bez narzekania, że to długo trwa, a ona ma wszędzie siniaki. Po prostu to robi i ma z tego frajdę.

Wciąż wpatrzona w świeczkę, słyszę w sobie głos: „A co, jeśli dotychczasowe wydarzenia były właśnie takim rozłożonym w czasie upadaniem, nauką „chodzenia”? Miałam dojść tu właśnie, do tego miejsca. I to nie były żadne porażki, tylko droga do TUTAJ...”.

Czuję, jak rośnie we mnie nowa fala wiary w to, że może jednak mam stać na scenie.

Że może to jest przełom.

Zdmuchując świeczkę, mówię do siebie: jestem gotowa na moją misję.

Pamiętnik lipiec 2021

Nie miała pojęcia ani ile trwa spełnianie marzenia, ani jak wygląda droga, która prowadzi do jego spełnienia.

Nikt z nas tego nie wie. To trochę tak, jakbyśmy wyruszali w podróż, na przykład na Hawaje. I że te wszystkie przesiadki, opóźnienia, zagubione walizki, zmiany terminali, wpadanie na ludzi, niedobre jedzenie w samolocie... to wszystko jest CZĘŚCIĄ DROGI... drogi do naszych marzeń.

Czasem trwa to jednak tak długo, że zapominamy w pewnym momencie, że w ogóle wyruszyliśmy w tę podróż. Pakujemy się podekscytowani: ubrania, okulary przeciwsłoneczne... już widzimy siebie tam, pod palmami, w turkusowej wodzie, na białym piasku... witani przez uśmiechniętych ludzi mówiących nam ALOHA... A tu nagle śnieg w Berlinie i wokół mówią po niemiecku. Coś tu nie gra – myślimy, bo zapominamy, że jesteśmy w drodze. Zapominamy, że prowadzi nas coś większego niż my i naszym zadaniem jest pielęgnować połączenie z tym czymś.

Zorganizowałam sobie pobyt w Stanach. „Zrobię z tego przygodę życia, będę wszystko rejestrować na kamerze, to będzie jak film o american dream” – taki był mój plan!

Wspierana przez jeden z portali internetowych, który publikował nagrany przeze mnie materiał stamtąd, w odcinkach na stronie swojego serwisu, niczym miniserial, chwilę potem wsiadłam w samolot i poleciałam.

Miałam lekcję tańca z tancerzem Katie Perry. Odwiedziłam atelier projektantów Christiny Aguilery, nagrywałam w studiu z jej producentami i przyjaciółmi. Bywałam na kolacjach w domu u Jane Fondy, dzięki której poznałam Lionela Richie i Richarda Perry’ego. Wszystko działo się szybko, było szokujące, abstrakcyjne, surrealistyczne... i wyglądało jak wyjęte żywcem z mojego zamkowego marzenia.

Byłam też oczywiście na konsultacji wokalnej u Setha. Od niego usłyszałam: „Nie biorę nowych uczniów, bo słyszałem już wszystkie najpiękniejsze i największe głosy tego świata. Nic mnie już nie zaskoczy. Ale ty... to faktycznie nie jest popowy głos... i to wcale nie musi cię skreślać...”. Wtedy zaproponował mi bycie jego studentką, bo mam... „Inny głos niż Mariah Carey”!

Tak, właśnie jej imię wymienił. Najwspanialsza artystka naszych czasów, której talentu nie da się nie podziwiać. Ta, której wokal całe życie pragnęłam mieć, którą chciałam być... I myślałam, że właśnie to, że nie brzmię jak ona, jest moim największym problemem. Nagle okazało się, że to dobrze. Mariah jest wyjątkowa. A ja miałam odnaleźć wyjątkowość w moich strunach głosowych... I inspirować się nią, zamiast traktować jak coś niepożądanego. Myślę, że Mariah Carey bardziej doceniłaby inspirację niż próbę imitacji.

Chwilę później byłam w studio, w którym nagrywała Celine Dion. To tam powstała moja wersja Woman’s Work, autorstwa Kate Bush, czyli mój debiutancki numer, a po powrocie do Polski powstał piękny teledysk, który wypuściłam na YouTube’a.

Zaczął się nowy rozdział.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

PRZYPISY

1 Gombrowicz W., Ferdydurke, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1996. ↩