Awans - Jakub Bielikowski - ebook + książka

Awans ebook

Bielikowski Jakub

3,5

Opis

Dokąd trafisz, podążając śladem zbrodni?

Warszawa, 1889 rok, czasy panowania cara Aleksandra III. „Trzecia stolica” carskiego imperium budzi się z popowstaniowego paraliżu. Andrzej Zaleski, porucznik carskiej policji, przypadkiem trafia na sprawę morderstwa rodziny rejentostwa Wolskich. Ofiary z poderżniętymi gardłami, w progu zabita służąca, skradzione tysiące rubli. To już trzeci taki napad w tym roku… Zaleski rozpoczyna śledztwo. Wchodzi do świata, gdzie oficerskie zabawy w lupanarach przeplatają się z działalnością rewolucyjnych socjalistów.

Kim naprawdę jest porucznik Zaleski? Sprzedawczykiem? Cwanym karierowiczem? A może po prostu rzetelnym stróżem prawa? Jaką cenę przyjdzie mu zapłacić za Awans? Są wszak i tacy, którzy wydają się poza zasięgiem ręki sprawiedliwości…

Andrzeja zbudziło walenie do drzwi. Wyskoczył z łóżka, wciągając bieliznę.
– Co się dzieje, Jędruś? Kto tam? – zapytała sennie Alina.
– Do mnie, Linko, muszę biec.
Chwycił bluzę munduru i rewolwer. Zgarnął dodatkowe pudełko nabojów.
Stara Agata już otwierała drzwi.
– My po pana porucznika.
– Idę, idę – krzyknął w stronę drzwi.
Ubranie się zajęło mu nie więcej niż dwie minuty. Na schodach czekali na niego stójkowi Kruk i Masztalerz.
– Co się dzieje? – rzucił, nie zatrzymując się.
– Jakieś podejrzane ruchy na Topieli.
Akurat tej lokalizacji Andrzej się nie spodziewał. Topiel, Topiel, zaraz, coś Kosakówna wspominała. Kupiec Miłosławski. Mówiono, że może próbować przejąć duży transport bawełny. Musiałby zapłacić gotówką co najmniej dwadzieścia tysięcy. To może być właściwy trop.

Jakub Bielikowski
Urodził się w zeszłym stuleciu i wychował na warszawskich Szmulkach. Ukończył Politechnikę Warszawską z tytułem inżyniera chemika, lecz nie zdążył zanurzyć rąk w instalacjach przemysłowych. Wciągnął go wir finansów ery prywatyzacji. Na przełomie wieków mieszkał i pracował w Londynie, Sztokholmie i Atenach. Kilkanaście lat temu osiadł w ulubionej Warszawie, choć próbował jeszcze przeprowadzki do RPA i do Moskwy.
Studiował także w Laboratorium Reportażu Uniwersytetu Warszawskiego. Potem poległ w walce z doktoratem i publikował na tematy zarządzania multikulturowego i karier kobiet w IT. Po drodze ukończył Warwick Business School w Coventry. Od wielu lat pracuje w sektorze informatycznym – od plaż Sydney, przez kazachskie stepy i pustynie Arabii, aż po hipisowskie San Francisco.
Od niedawna prowadzi stronę autorską jakubbielikowski.com

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 345

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,5 (2 oceny)
0
1
1
0
0

Popularność




Wszyscy bohaterowie książki są fikcyjni, nawet jeśli nazwiska kojarzą się z postaciami historycznymi. Zachowania, wartości, które prezentują, wypowiedzi są wytworem wyobraźni autora – nie mogą być traktowane jako prawda historyczna.

Warszawa

6 listopada 1890

Jaskrawe, gazowe światła bijące z okien pałacu zalewały nie tylko schody wejściowe, ale także trotuar i skwer naprzeciwko. Sylwetki żandarmów w szynelach, trzymających straż pod bagnetami, rzucały długie cienie. W zawiesistej, zimowej, listopadowej mgle, jak w laterna magica pojawiały się i kłębiły figury balowiczów.

Asesor kolegialny Andrzej Zaleski wytoczył się na Krakowskie Przedmieście, machnął od niechcenia dowódcy warty. Mroźne powietrze szczypało skórę rozgrzaną balem i alkoholem. Automatycznie sięgnął lewą dłonią do kieszeni, nałożył na kciuk chweulę[1] i pogładził rudawy zarost. Nocna wilgoć szroniła się na wypomadowanych carskich wąsach, drażniła usta i policzki.

Skręcił z Królewskiej w Mazowiecką, wesoło pogwizdując. W głębi placu Zielonego[2] wznosiła się ponura, żeliwna wieża pomnika upamiętniającego siedmiu generałów, zwanego powszechnie obeliskiem zdrajców[3]. Dlaczego dziś bez straży? Dziwne… Szampan i koniak szumiały Zaleskiemu w głowie, cicho błogosławił gazowe latarnie – jakże inaczej idzie się oświetloną ulicą. Od razu wiadomo – trzecia stolica[4]! Zatoczył się lekko i mało nie eksplodował z radości. Asesor kolegialny – no nieźle poczyna sobie syn zbiedniałego szlachetki z Białaczowa. Biedak z prowincji Przywiślańskiego Kraju[5]. Co z tego, że wkrótce będzie musiał włożyć znienawidzony tu niebieski mundur Korpusu Żandarmów? Jeszcze pół roku temu wydawało się, że sekretarz kolegialny służb śledczych policji, zwykły porucznik, to szczyt kariery naszego Andrzejka. Na cóż więcej mógł liczyć? Szczególnie biorąc pod uwagę, jakim ważnym personom nadepnął na odcisk.

A tu proszę, trzydzieści lat i już będzie ranga kapitańska. W dziewięć lat od chorążego kadetów to sześć czynów[6] awansu. Andrzej Zaleski, wasze wysokobłagorodie[7], już mu byle gwardyjski unterlejtnant[8] nie będzie świecił trzema gwiazdkami ani kazał salutować. Nie byle co.

Pół roku temu wszystko nabrało zawrotnego tempa. A potem okazało się przed kim ma stanąć w sądzie: wielki pan, koneksje, tytuły, a zwykły przestępca. Konfrontacja z prostym porucznikiem policji byłaby niewyobrażalna. Sam generał major Dowłatow wezwał go do siebie i powiedział: Słuszajtie, Andriej Stanisławowicz…[9]

Andrzej potknął się o wystającą kostkę brukową.

Nie nawykł do takich ilości alkoholu i miał nadzieję przetrzeźwieć w drodze do domu. Żona nie lubiła, kiedy tyle pił. Dlatego odprawił powóz i wybrał się na przechadzkę. W JEGO Warszawie nic mu przecież nie grozi. Jemu – niemal asesorowi kolegialnemu w służbie Jego Cesarskiej Mości, miłościwie panującego Aleksandra III, tfu.

Właśnie ten nierówny śródmiejski bruk uratował mu życie. Kątem oka złapał ruch cienia w bramie na lewo, drugi przy drzewie i mały tuż przy żeliwnym stołbie[10] pomnika. W takich chwilach błogosławił lata treningu gruzińskich sztuk walki. Mógł całkowicie polegać na instynkcie.

Lewa ręka Andrzeja wystrzeliła w tył i ostry zgrzyt metalu o metal zaświadczył, że nóż napastnika z bramy odbił się od krążka chweuli. Teraz typowy cios mkerdoaby[11] – ciężki oficerski but zatoczył łuk i łotr z bramy poszybował na ulicę. Z głuchym łoskotem bandzior zaliczył rynsztok. Prędko się nie podniesie. Mały hultaj przyczajony za stołbem wrzasnął i z jego ręki wystrzeliła półcegłówka. Andrzej nie miał szansy się uchylić, ale stary wynalazek jeszcze z pogranicza perskiego – wszyte w oficerską baranią czapkę stalowe usztywnienie i guma – sprawił, że zamiast paść zemdlony, Zaleski tylko przysiadł na trotuarze. Znowu szczęście się do niego uśmiechnęło, bo zadany z tyłu przez ostatniego zbója cios nożem przeszył powietrze.

Bang! Huknął strzał. Prawa ręka Andrzeja nie próżnowała i pewnie dzierżyła służbowy rewolwer. Zakotłowało się w ciemności, powietrze przeszył ostry dźwięk gwizdka, trzasnęły bramy. Wypadli dwaj stróże z lagami, a zza rogu Rysiej, spod Hotelu Maringe'a, gwiżdżąc jak lokomotywa, nadbiegał stójkowy. No, choć tyle jako tako działa w tym mieście – pomyślał Andrzej.

– Nic się waszej wysokości nie stało? – Stary stróż pochylił się nad nim. Zapach przepoconego kożucha, przetrawionej cebuli i piwa owionął czuły nos Andrzeja. Tego już było za dużo: szampan, koniak, cios w głowę i ten smród. Zaleski poczuł jak rzyga. Mocny uchwyt stójkowego pomógł mu opróżnić żołądek bez zabrudzenia płaszcza. Kołatanie w głowie i nudności mijały, zwłaszcza po tym, jak stróż odstąpił parę kroków w kierunku leżącego w rynsztoku napastnika.

– Mam zawołać waszej wysokości doktora? – kłaniał się w pas stójkowy.

Takie przestępstwo w jego rewirze, atak na słynnego Andrzeja Zaleskiego! Ciekawe, czy rzezimieszki wiedzieli, na kogo się porywają. Napaść na żandarma to czyn gardłowy.

– Sprawdźcie no. – Andrzej wskazał głową. – Może ten z rynsztoka zezna coś użytecznego?

– On już, wasza wysokość, nic nie powie – odpowiedział stróż. – Martwy. Rąbnął łbem o krawężnik i po nim. Tamci dwaj czmychnęli w podwórka. Szukać ich?

– Dajcie spokój, nie warto, nie złapiecie.

– Wezwać waszej wysokości dorożkę?

– Darujcie sobie tę waszą wysokość, to dopiero za tydzień, po nominacji… Wezwijcie… Jak no się nazywacie?

– Marian Śliwa, wasze błagorodie[12].

– A skąd? – wsłuchał się w znajomy akcent.

– A od Suchedniowa, jaśnie panie.

Krajan, znaczy się, znalazł. Andrzej nawet nie zdążył się obruszyć na jaśnie pana, gdy stukot kopyt i skrzypienie kół odwróciły jego uwagę od stójkowego. Powóz ze służbiście wyprężonym dorożkarzem, pewnie agentem policji, podjechał do krawężnika. Andrzej ciężko podniósł się z ziemi i wspiął się do środka. Opadł na obite skórą siedzenie.

– Na Maryańską[13], tylko powoli – warknął i odwrócił się do stójkowego. Krzyknął: – I dajcie sobie z tym wszystkim spokój. Nie złożę na was skargi, nikt z dowództwa o tym wiedzieć nie musi. Sprzątnijcie tylko to truchło, zawieźcie do Podgórskiego na Targową[14]. Powiedzcie mu, że ja kazałem. Zwykły raport o nieboszczyku wystarczy.

– Niech pana Bóg błogosławi – słychać było cichnący głos stójkowego, mieszający się ze stukotem końskich kopyt.

Nie będzie przecież szkodził krajanowi. Ta historia mogłaby się źle skończyć dla biednego Śliwy, gdyby się szarże dowiedziały.

Oczywiście Śliwa mógł wiedzieć, kim byli napastnicy. A na pewno wiedział prystaw[15] Grodecki. Ten stary oszust miał swoje macki we wszystkich złodziejskich szajkach w całym Śródmieściu. Tylko dlaczego złodziejaszki narazili się, napadając na policjanta? Przecież nie byli ślepi, musieli poznać mundur. Czyżby myśleli, że to jakiś pijany wojak zmierza do panienek i takiemu ukręcić parę rubelków to żaden grzech? Cóż, to już sprawa Śliwy, a wdzięczność stójkowego na pewno kiedyś się przyda.

Andrzej zmarszczył czoło, coś mignęło mu w pamięci. Ten cuchnący stróż trochę za długo nachylał się nad leżącym. Czy jego spracowana dłoń nie zacisnęła się czasem na grdyce napastnika, przynosząc śmierć? Pomyślał, że musi sam jutro przyjrzeć się zwłokom, choć bardzo nie chciało mu się dyrdać na Pragę. I gdzie się podział wartownik spod obelisku? Czy bandyci działali z czyjegoś polecenia? Może Grodeckiego? Prędzej czy później się dowie i dobierze się bydlakowi do skóry. Nie teraz, nie jutro, ale okazja na pewno się nadarzy. To była pierwsza myśl Andrzeja, gdy w zimną, listopadową noc telepał się Królewską.

Drugą było uczucie głębokiego zadowolenia z siebie. Z codziennie wykonywanych ćwiczeń. Jeszcze w korpusie kadetów zaprzyjaźnił się z Sawą i gruzińskie sztuki walki stały się jego pasją. W nich nic nie ma na siłę, liczą się zwinność, giętkość, spryt. Oczywiście Gruzini mieli też tradycyjne reguły, ale te on już dawno schował do kieszeni. Szybkość reakcji wyszkolił w bezwzględnej walce na pięści, chodząc w przebraniu po obskurnych szynkach. Złodzieje w Kazaniu nauczyli go walki ulicznej, brudnej, bez zasad, aż do powalenia przeciwnika i ucieczki. Chweula była nieocenionym dodatkiem, nikt nie spodziewał się żelaznego kciuka. Dzięki ćwiczeniom trzymał świetną formę. Smukły jak pięć lat temu, podczas gdy jego koledzy ze służby obrośli policyjnym sadłem i ważyli po sześć albo i osiem pudów[16]. Andrzej, mimo iż wzrostem nie mógł się równać z gwardzistami, mierząc dwa arszyny i sześć werszków[17], ale smukły i gibki, w mundurze wydawał się wyższy niż inni.

Gratulował też sobie wprowadzenia poprawek w regulaminowym stroju. Buty. To pierwsze, co obstalował z warszawskiej zapłaty. Niby wyglądające jak służbowe, lecz noski wzmocnione metalem, zaś skóra miękka jak na pośladkach.

W mankiety płaszcza kazał wszyć stalowe bransolety. To niezawodna broń przed nożem. Blaszki połączone ogniwami były elastyczne i nie ważyły dużo. W kazańskich czasach nieraz zaskakiwały przeciwnika. Ten tnie nożem, więc zasłona. Napastnik czeka, aż z przegubów tryśnie krew, a tu zgrzyt metalu i nic. Nóż się ślizga i pewna ręka policjanta chwyta atakującego za gardło. Na samo wspomnienie Andrzej poczuł, jak żywiej pulsuje mu krew. Może takie zagranie – podobnie jak cios pięści z chweulą – nie wzbudziłoby entuzjazmu angielskiego dżentelmena, ale spełniało swoje zadanie.

Wreszcie czapka – to był majstersztyk, solidne wzmocnienia, gumowa amortyzacja, lepsza niż hełm.

Dziś, mimo że udawał się na bal, instynktownie założył na siebie pełny ekwipunek. W pracy policyjnej przeczucie było sprawą kluczową, to ono wywindowało Andrzeja na czyn asesora kolegialnego.

Właśnie instynkt policjanta, który ponad rok temu uruchomił całą lawinę zdarzeń.

[1] Chweula – gruziński metalowy pierścień do walki na pięści, rodzaj kastetu.

[2] Plac Zielony – obecnie plac Dąbrowskiego.

[3] Obelisk zdrajców – potoczna nazwa pomnika siedmiu polskich generałów i pułkowników, którzy polegli w czasie powstania listopadowego, wiernie służąc Rosji. Pod obeliskiem stacjonował żołnierz pilnujący, by przechodnie zdejmowali czapki i kapelusze. Autor popełnia tu mały anachronizm, bo pomnik został przeniesiony z placu Saskiego na plac Zielony dopiero około 1898 r., gdy budowano sobór na placu Saskim.

[4] Trzecia stolica – Warszawa była nazywana trzecią stolicą Imperium Rosyjskiego (obok Petersburga i Moskwy).

[5] Kraj Przywiślański (ros. Priwislinskij Kraj) lub Kraj Nadwiślański – tereny zaboru rosyjskiego, nazywane tak po upadku powstania styczniowego, nazwa oficjalnie zastąpiła Królestwo Polskie.

[6] Czyn – ranga. Szczeble służbowe w carskiej administracji, wojsku i flocie były uszeregowane według wartości czynu, im czyn niższy, tym ważniejszy. Pozwalało to na porównanie stopni wojskowych i rang cywilnych.

[7]Wasze wysokobłagorodie (ros.) – tytuł przysługujący wyższym rangom oficerskim i urzędniczym (od kapitana i asesora kolegialnego).

[8]Unterlejtnant, czyli sztabskapitan (podkapitan) – stopień w gwardii odpowiadający kapitanowi w armii.

[9]Słuszajtie… (ros.) – niech pan słucha, Andrzeju Stanisławowiczu…

[10] Stołp lub stołb – wieża, wysoka budowla.

[11] Mkerdoaba – gruzińska sztuka walki bez użycia rąk. Ciosy zadaje się tylko nogami i ciałem.

[12]Wasze błagorodie (ros.) – tytuł używany wobec niższych rang oficerskich i urzędniczych.

[13] Maryańska – obecnie ulica Mariańska, boczna od ulicy Twardej.

[14] Na Targowej do 1892 r. mieścił się Praski Cyrkuł (czyli komisariat okręgowy) carskiej policji.

[15] Prystaw – odpowiednik komisarza w carskiej policji.

[16] Pud – rosyjska miara wagi wynosząca 16,38 kg, czyli osiem pudów to ponad 130 kg.

[17] Arszyn – rosyjska miara długości, odpowiednik 71 cm. Werszek – 4,445 cm, czyli Andrzej mierzył około 168 cm, wzrost jak na XIX w. dość wysoki.

Warszawa

23 października 1889

Październik tego roku był jak z kalendarza. Złota jesień trwała od dwóch tygodni i ulice miasta nie pokryły się jeszcze jesiennym błotem. Dzięki budowie pana Lindleya[18] z wielu miejsc zniknęły cuchnące rynsztoki i można było chodzić, nie przykładając do nosa perfumowanej chustki. Lepiej niż w Piterze[19], tam powszechnej kanalizacji jeszcze się nie doczekali. Słoneczko przygrzewało, nie za mocno, w sam raz na służbowy płaszcz. Dymy unosiły się wysoko w niebo i niknęły rozwiane wschodnim powiewem. To był dobry dzień na obchód najlepszych ulic lub spacer na drugą stronę Wisły i podziwianie złotej jesieni w parku Aleksandrowskim[20], niekoniecznie zaś na żmudną, policyjną robotę, na jaką się zanosiło.

Nowa kamienica przy Koszykach[21] była typową nową warszawską kamienicą, z dwiema figurami kobiecymi podtrzymującymi balkon nad bramą. Ponadto duże łuki okien sklepowych, lśniące tafle szkła i mosiądz ram. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu sklep na dole oznaczał dom niższego gatunku, dla pospólstwa. Wyżsi urzędnicy, ludzie majętni woleli kamienice o funkcjach tylko mieszkalnych. Dopiero otwarcie domu handlowego Hersego[22] uświadomiło właścicielom posesji, że sklep może być elegancki, zwiększać wartość domu i atrakcyjność wynajmowanych mieszkań. Tylko musi nazywać się Salon mody, Futra z Paryża albo w najgorszym razie Artykuły kolonialne i luksusowe. I właśnie salon mody kapeluszowej mieścił się na parterze kamienicy. Andrzej spojrzał na różowy kapelusz z delikatną woalką. Lenie byłoby w nim do twarzy. Musi tu zajrzeć po zakończeniu śledztwa – przemknęło mu przez myśl.

Wtedy nawet nie zdawał sobie sprawy, że jeszcze nie raz zawita do tej kamienicy. I że widok kapeluszy na bezcielesnych głowach mocno mu obrzydnie. Nocami zaś zaczną go męczyć koszmary, w których gładkie twarze manekinów będą szerzyć białe zęby i błyskać namalowanymi oczyma.

Stróż w bramie blokował wejście na klatkę. Wokół kłębił się tłumek gapiów i lokatorów – zarówno tych, którzy właśnie wyskoczyli z domu w przydeptanych kapciach i podomkach na rozchełstanych koszulach, jak i tych w modnych, jesiennych płaszczach. Stróż w granatowej sukiennej kurcie szerokimi barami przesłaniał drzwi. Ukłonił się Andrzejowi zdawkowo i spojrzał z widoczną odrazą. Ach, to jeden z tych, co sami będąc na policyjnej liście płac, z pogardą odnoszą się do funkcjonariuszy. Sprzedawczyk zdawało się mówić to spojrzenie. Przez cztery lata służby w Królestwie już zdążył przywyknąć do tej obłudnej wyższości małych patriotów.

Marmurowe schody wiodły prostymi biegami. Korytarz jasno oświetlały gazowe lampy. Mieszkanie na pierwszym piętrze było otwarte, a w drzwiach stał stary prystaw Morozow i jakichś dwóch stójkowych. Morozowa Andrzej lubił. Mógł ufać jego doświadczeniu i temu, że w swojej rutynie nie przepuści najmniejszego drobiazgu. Już kilka razy Andrzej był świadkiem, jak stary wykazał się spostrzegawczością, tym dostrzeganiem pozornie nieistotnych szczegółów i wiązaniem ich w ciągi przyczynowo-skutkowe. Oczywiście Morozow był leniem. Jak wszyscy prystawi. Lecz leniem doświadczonym i inteligentnym. Co ważniejsze, chętnie dzielącym się swoimi spostrzeżeniami z innymi. To niecodzienne w tej służbie. Fakt, że wezwał kogoś z szarży, wskazywał, że sprawa jest nietuzinkowa.

– Witajcie, Morozow.

– Witam, wasze błagorodie.

– Co tam?

– Paskudnie, wasze błagorodie, sami zobaczcie.

Andrzej obejrzał uważnie piękne, lśniące mahoniem drzwi mieszkania.

– Nu, żadnych śladów włamania. Sam sprawdzałem.

– A czornyj wchod[23]?

– Zamknięty, zasuwa od wewnątrz nieruszona, też bez śladów włamania. Mogli oczywiście wejść tamtędy i zamknąć za sobą. Ale myślę, że weszli od frontu.

No tak, służąca leżąca tuż za progiem, z głową ułożoną niemal symetrycznie na kwadracie zadbanego, dębowego parkietu i z poderżniętym gardłem, zdawała się potwierdzać ten scenariusz.

Ogromne tremo w ciemnodębowej, rzeźbionej ramie zajmujące prawie arszyn ściany, zwielokrotniało ciało dziewczyny. Młoda, całkiem ładna, ocenił Andrzej. Pewnie ma z siedemnaście lat, ale żyła już kilka lat w mieście. Ufryzowane blond włoski wystawały spod czepka. Okrągła buzia rozciągnięta ni to w uśmiechu, ni to w grymasie zdziwienia. Cały przód sukienki zalany był krwią. Uwagę przyciągała staranność ubioru dziewczyny. To nie był strój do sprzątania czy gotowania. Raczej do wyjścia na piątkową zabawę. Mała elegantka, na nogach pantofelki. Tak nie ubierają się służące, chyba że na tę najważniejszą randkę. Ta wybrała się na ostatnią.

Klęknął. Dziwny zapach. Aha, to krew zmieszana z woskiem do podłóg. Niedawno pastowane. Posadzka aż lśniła świeżą, głęboko miodową barwą. Obejrzał ręce, żadnych śladów, ot, normalne dłonie pracującej dziewczyny. Żadnych więcej obrażeń. Gardło poderżnięte jednym czystym cięciem, od prawej do lewej, bardzo ostrym narzędziem. Raz i po wszystkim.

– Co o tym sądzicie, Morozow? – spytał, wstając i otrzepując służbowe spodnie.

– Otworzyła im drzwi. Weszli, chciała się przywitać, a ci, chlast, podcięli jej gardło. Nawet nie zdążyła miauknąć, przecięta krtań i struny głosowe.

Struny głosowe – takiego słownictwa Andrzej się po Morozowie nie spodziewał.

– Padła na wznak, lekko pchnięta. Musiała ich nieźle zachlapać krwią. Z przeciętego gardła tryska jak z fontanny.

– Ich? – Andrzej zwrócił uwagę na ten szczegół wywodu Morozowa.

– Na pewno było ich więcej niż jeden lub jedna.

– Jedna?

– Ja bym niczego z góry nie zakładał. Mogli być wspólnicy, może też wspólniczka. Służąca mogła otworzyć dziewczynie.

Hm, Morozow coś musiał wiedzieć lub przeczuwać. Jednak Andrzej wolał sobie poukładać fakty po swojemu. Najpierw obejrzeć miejsce zbrodni, przyjrzeć się ofiarom, odpytać świadków, przesłuchać tego bufoniastego stróża. I dopiero potem pogadać z Morozowem o jego teorii.

– A jak tam dalej?

– Nie lepiej, wasze błagorodie.

Faktycznie dalej nie było lepiej. Z korytarza przeszklone, podwójne drzwi odchodziły na prawo. Salon elegancki. Przy piecu wielka roślina, liście jak dwie dłonie mężczyzny. Ciężki, orzechowy stół przygotowany na sześć osób, krzesła o modnie wygiętych nogach, tapicerowane brązowym pluszem, jedno przewrócone i rozprute. Za stołem widoczne drugie drzwi. Tam na progu dziecięcej sypialni leżał może pięcioletni chłopczyk. Czarne, kędzierzawe włoski. Długa nocna koszulka czerwona od krwi, poderżnięte gardło. Znowu jeden szybki ruch i głowa prawie odpadła od ciała. Andrzej widywał takie cięcia u górali kaukaskich czy kaspijskich. Ci operowali kindżałem jak chirurg lancetem.

W tej kałuży krwi widać było wyraźnie odciski butów wychodzące na dębową posadzkę, tu ułożoną w gwiazdy z ciemniejszych i jaśniejszych klepek. Odbiły się kwadratowe, modne noski męskich butów i coś dziwnego, jak walonki. Andrzej pochylił się nad śladem, wzrokiem szukał kolejnych.

– Są tylko tutaj. Nigdzie więcej ich nie ma. Te ślady to od worka.

– Od worka?

– Tak, na buty założyli worki, stary złodziejski numer. Dwa leżą tam, w kącie. I tym workiem wytarli też inne ślady butów i podeszwy. Na klatce nie ma ani kropli krwi, sprawdziłem na górze i na dole. – Morozow był naprawdę solidnym policjantem.

W sypialni story były zaciągnięte, panował półmrok. W łóżeczku po prawej stronie leżała mała postać przykryta poduszką.

– Dziewczynka, ze trzy latka, uduszona we śnie.

Głos Morozowa był twardy, ale słychać w nim było wzbierającą wściekłość. Pragnął dopaść zabójców. Siostrzenica Morozowa miała niedawno drugie urodziny. Razem to opijali.

Andrzej wzdrygnął się, widząc wystające spod poduszki mysie ogonki włosów. Dobrze, że przynajmniej zginęła we śnie, może nawet nie zdążyła się wystraszyć.

Na środku pokoju wybebeszona, rzeźbiona w esy-floresy dębowa trzydrzwiowa szafa, wyrzucone koszule i suknie, oderwana tylna ściana i w głębi rozwarte żelazne drzwiczki. Sejf. Czym go otworzyli? Wytrych, narzędzia, nie na siłę. Ktoś znał się na robocie i wiedział, gdzie szukać, bo meble dziecięce były nienaruszone.

Za to salon wyglądał, jakby w nim przeszedł huragan. Prawie wszystko było pootwierane, ale nie dało się dostrzec śladów zniszczeń. Nikt tu bezmyślnie nie rozbijał mebli, szuflady przetrząśnięto w poszukiwaniu tajnych schowków i biżuterii. Widać zabrali tylko to, co miało dużą wartość i co łatwo było spieniężyć. Obrazy, beznadziejne romantyczne landszafty z zachodami słońca, niewiele warta masówka – nieruszone. Brali, co można stopić i sprzedać. Typowe.

Sypialnię państwa domu przeszukano mniej dokładnie. Tylko wybebeszyli ciemnoorzechowe komódki przy łóżku.

Pan domu, łysiejący, z czarnymi bokobrodami, leżał przewieszony przez skraj wspartego na lwich łapach łoża. Głowa zwisała mu jak u lalki. Też jedno cięcie. Tylko jego żona zginęła od innego ciosu zadanego z dużą siłą. Zwykły nóż kuchenny wbity w serce. Fachowe uderzenie.

To była robota profesjonalistów, nie zostawili nic – zegarków, biżuterii. Na dłoniach małżonków ślady otarcia po zdarciu obrączek. Zaś małego pistoletu z rączką z masy perłowej spod poduszki nie ruszyli. Jak widać, pan domu obawiał się napadu, ale nie na wiele mu się przydała ta ostrożność.

Gabinet porządnie przeszukano, szuflady z ciężkiego biurka wyrzucono na gruby, zielony dywan.

– Był rejentem – powiedział Morozow podążający za Andrzejem jak cień.

– Rejentem, to ciekawe. Mógł mieć pieniądze klientów. Warto sprawdzić. Weźcie kogoś do pomocy, tylko gramotnego. Może Mondrzejewski i Tomaszewski? Niech uporządkują i przejrzą księgi. Może coś wygrzebią, tylko ostrożnie. Rejent z takiej kamienicy musiał mieć koneksje.

Tomaszewski był jak terier, wątku raz znalezionego nie odpuszczał. Jeśli ktoś ma coś znaleźć w papierach porozrzucanych po podłodze, to on. A Mondrzejewski niech się uczy.

Rozległo się ciężkie tupanie na klatce.

– Lekarz, wasze błagorodie – zawołał stójkowy.

Doktor Wilmowski przepchnął się przez drzwi. Ale nawet nie zdążył otworzyć ust, gdy z klatki dobiegł ich dziki kobiecy wrzask.

– Antoś! Helenka!

Na dole stróż szarpał się ze smukłą osóbką w szarym płaszczu i kapelusiku, spod którego wylewała się fala brązowych loków. Kobieta pchnęła stróża, wcześniej kopnąwszy go w kostkę, wdarła się na schody. Stójkowi nie mogli jej utrzymać.

– Puśćcie mnie do moich dzieci! Co się z nimi stało? Złaź z drogi, łajdaku! – Z fiołkowych oczu za okrągłymi okularkami błyskały wściekłe ognie. – Już, zjeżdżaj z drogi.

Zderzyła się z Andrzejem, który podskoczył do progu, i trochę ją to wyhamowało.

– Pani jest matką tych dzieci? – zapytał tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– No, nie – odparła lekko zaskoczona panienka. – Ale prawie.

– To kim pani jest i co pani tu robi?

– Magdalena Kosakówna, opiekunka dzieci, guwernantka. Co tu się dzieje? Żądam wyjaśnień. Chcę widzieć dzieci.

– Gdzie pani była wczoraj i ostatniej nocy?

– Co się stało? Niech pan mnie puści do Antosia i Helenki.

– Ja tutaj zadaję pytania. Więc pytam, gdzie pani była ostatniej nocy?

Pod ostrym spojrzeniem Andrzeja panienka wyraźnie oklapła.

– To był czwartek. Zawsze w czwartek mam wychodne. Idę do siostry na Wołową[24] i tam nocuję. Siostra mieszka z mężem.

– Kim jest mąż?

– Szymon Małachowski, przedsiębiorca budowlany.

Nazwisko nie było obce Andrzejowi. Firma Małachowskiego budowała drogi publiczne, parę razy dostał bardzo intratne kontrakty rządowe.

– Zawsze we czwartki nocuje pani u państwa Małachowskich? – dociekał Andrzej.

– Kiedyś nie zawsze, ale ostatnio tak. Siostrze urodził się synek. Lubię się nim zająć i ostatnie miesiące to już każdy czwartek u niej. Ale czemu nie mówi pan, co z Antosiem i Helenką? Gdzie oni są?

– Nie żyją.

Ku zaskoczeniu Andrzeja panienka nie wybuchła płaczem, nie zemdlała, nie zaczęła wrzeszczeć. Stała jak osłupiała i nic do niej nie docierało.

– Zajmij się panią, Morozow – powiedział, wracając do splądrowanego mieszkania.

Gotówka i biżuteria. No tak, to był główny łup bandytów. To przepada bez śladu. Chodził od pokoju do pokoju i nie mógł znaleźć żadnego punktu zaczepienia. Czas przesłuchać świadków. Jednak nim zdążył cokolwiek zrobić, znowu jak duch pojawił się Morozow.

– Proszę na słóweczko, wasze błagorodie.

Przeszli do salonu, gdzie przynajmniej nie było trupów.

– No, co się dzieje, Morozow?

– Dobrze, że wasze błagorodie zajmuje się tą sprawą, już się obawiałem, że dadzą ją Malinowskiemu.

No tak, zwykle sprawami pospolitych morderstw wśród polskich mieszczan zajmował się Malinowski. Andrzejowi dawano sprawy z Rosjanami.

– No i?

– Bo to nie pierwszy raz.

– Co nie pierwszy raz? – Andrzej nie wierzył własnym uszom. Przecież o podobnie bestialskim morderstwie musiałoby być głośno. W końcu Warszawa to małe, spokojne miasto, nie jakaś Łódź czy Piter, stolica imperium, gdzie na nowych przedmieściach trup się gęsto ściele.

– Bo te poprzednie to byli, panie poruczniku, Żydy i taki jeden.

Żydzi. To wiele wyjaśniało. O morderstwach na Żydach nie mówiło się dużo. Kogo obchodzi, że jednego parcha mniej? Tak rozumowało naczalstwo. Tak uważali polscy prystawi. Zresztą i gmina żydowska nie lubiła carskiej policji. Oni mieli swoją dintojrę[25] i wszystko było szyto-kryto.

– Jacy Żydzi i jaki znów jeden?

– No Żyd, taki ze Śliskiej. Ni to adwokat, ni to lichwiarz. On, żona, służąca i czworo dzieciaków. To było w maju. Wyglądało tak samo jak tutaj. Przy drzwiach służąca, poderżnięte gardło, oni zabici w łóżkach, jedna mała na korytarzu, pewnie też usłyszała hałas. Pełno krwi, a śladów żadnych. Węszyłem za tym…

– Czemu?

– Kahał[26] daje tysiąc cełkowych[27] nagrody za znalezienie sprawców.

Tak, to mogło zachęcić Morozowa. Dwuletnie pobory.

– Ponoć z domu zniknęło kilkanaście tysięcy rubli trzymanych dla jednego klienta. Nikt się o nic nie upomniał. Jak temu adwokatowi było? Jagiełło albo Kościuszko…

Teraz Andrzej sobie przypomniał. Coś o tym słyszał. Mecenas Łokietek. Żydzi lubili historyczne nazwiska. To było w maju.

– A ten taki jeden?

– To nie nasz rewir, Ochota. Jakiś lewus, żulik. Też zarżnięty, on i dziewucha ze wsi, ponoć jakiś łup zniknął.

– Czemuście mi nic nie mówili?

– To sprawy Malinowskiego, zresztą do dziś nie widziałem związku. Morderstwa jak morderstwa. Wasze błagorodie wie, jak jest, pracy nie brakuje, człowiek nie wie, którą ręką ma się podetrzeć.

Ech, te kwieciste rosyjskie wulgaryzmy. Andrzej uwielbiał ich melodię. Uśmiechnął się lekko, po raz pierwszy w tym ponurym dniu.

– Dobra robota, Morozow. Pogadamy o tym, jak skończycie przesłuchiwać lokatorów. Idźcie już, muszę to przemyśleć.

Wrócił do doktora. Wilmowski uważnie przyglądał się ofiarom.

– Coś dziwnego, doktorze?

– Świetne cięcie, sam bym tak nie potrafił. Ręka rzezaka.

Rzezak. No, na taki pomysł by nie wpadł. Choć w sumie też możliwe. Dobry koszerny rzezak potrafi poderżnąć gardło krowie jednym cięciem. Co prawda, krowa jest zwykle wtedy ogłuszona. Tym niemniej warto będzie popytać przy rzeźni na Pradze.

– Niech pan sprawdzi, doktorze, czy dziewczyna była dziewicą.

– Dobrze. Już teraz? A po co?

– Nie wiem, nie pali się, ale to może być ważne. I wszystko, co wyjdzie przy sekcji. Cokolwiek nietypowego.

– Znam swoją robotę, poruczniku.

– Oczywiście, przepraszam, panie doktorze. To taka cholernie obrzydliwa sprawa. Te szkraby. A swoją drogą, słyszał może pan, doktorze, o adwokacie Łokietku?

– Chyba nie żyje, nic więcej nie wiem.

– Niech pan sprawdzi, kto robił obdukcję zwłok i co jest w protokole. To może być ważne.

– Aha, sprawdzę. Jak patrzę na to cięcie, to przypomina mi się Pyrzak i jego służąca.

– Pyrzak?

Czyżby ten żulik, o którym mówił Morozow?

– Zwykle takimi się nie zajmuję. Pyrzak to był dość znany na Ochocie paser. Zabito go ze dwa miesiące temu. Wezwano mnie przypadkowo, bo mieszkam obok. Bardzo to podobnie wyglądało. Oboje z poderżniętymi gardłami.

Andrzej poczuł, jak mu się włosy jeżą na karku. Czyżby w mieście grasowała szajka morderców-rzeźników? Jak się prasa dowie, nie chciałby być w skórze naczalstwa.

– Panie doktorze, spotkajmy się wieczorem. Podjadę do pana na Grójecką. Muszę wszystko spisać. Te sprawy wydają mi się powiązane.

– Jak pan chce, poruczniku, po szóstej będę w domu. Myśli pan, że to ten sam sprawca?

– Kto wie. Teraz muszę przesłuchać mieszkańców, może ktoś coś widział.

Ledwo wyszedł za drzwi, natknął się na pannę Kosakównę. Siedziała u szczytu schodów, na marmurowej posadzce zdobionej zielonymi kwadratami nieznanego mu kamienia, kolana podciągnęła pod brodę. Suknię miała mokrą od łez, lecz już nie płakała. Teraz jej fiołkowe oczy były suche, czerwone, a ładna buzia cała w plamkach. Kapelusik leżał na ziemi. Dłonie w łososiowych rękawiczkach splotła wokół kolan.

– Panie poruczniku – powiedziała, unosząc głowę – musimy porozmawiać.

W jej głosie nie było śladu uprzedniej histerii. Brzmiał twardo, choć bardzo smutno. Biedna dziewczyna, widać było, że bardzo się przywiązała do dzieci. Z drugiej strony miała szczęście. Mogła leżeć tam, na kozetce w dziecinnym pokoju, z poderżniętym gardłem.

– Słucham panią. – Po chwili wahania wskazał jej drzwi Wolskich i weszli do środka, mijając się z doktorem i stójkowymi wynoszącymi martwą służącą. Przecież i tak miał przesłuchać guwernantkę. Tylko ona znała rodzinę.

Weszli do kuchni – jedynego miejsca bez śladów napadu. Andrzej podsunął dwa wytarte zydle, zbite pewnie przed pół wiekiem, i ciężko usiedli. Porucznik oparł się łokciem o mosiężną poręcz zabezpieczającą teraz całkiem wystygły żeliwny blat kuchni i skinął dziewczynie, by zaczynała.

– Bałam się o nią – cicho powiedziała Kosakówna. – Ostrzegałam ją przed tym lujem[28]. Bałam się, że zwabi ją do takiego przybytku… – Zarumieniła się lekko. – Ładna była i głupia. Takie często tam kończą. Od początku mi się nie podobał. Nie spodziewałam się jednak śmierci, tragedii.

– Zaraz, niech pani opowiada po kolei. Od kiedy pracowała pani dla rejenta Wolskiego i wszystko, co pani wie.

Wątek zaczął robić się interesujący. Może Kosakówna coś wie? Jeśli sprawa dotyczyła domów uciech i gryzetek[29], to sieć informatorów szybko to wyjaśni. U tych bandytów rubel łatwo rozwiązywał języki i ceniony był ponad lojalność. Dla policjanta z rakiem[30] lub białym papierkiem[31] w garści nie było tajemnic.

– Pan rejent Wolski przyjął mnie do pracy we wrześniu rok temu. Helenka tamtym latem skończyła roczek, a Antek miał trzy latka. – W oczach panienki błysnęły łzy, ale szybko je przełknęła i kontynuowała ściśniętym głosem: – Pani Maria chciała, aby jej dzieci wcześnie zaczęły się kształcić, a ja mam dobrą rękę do maluchów. U sędziego Morawskiego dzieci przygotowałam do szkoły i chłopak teraz będzie kończył ze złotym medalem.

W głosie Kosakówny pobrzmiewała nieukrywana duma. Znaczyło to, że musiała być starsza niż wyglądała. Musi mieć ze dwadzieścia trzy lata, trzeba też będzie sprawdzić u sędziego Morawskiego.

– Antek był pojętnym uczniem, a i Helka była bystra. Już do pięciu liczyć umiała. – Znowu łzy w oczach, siąknięcie nosem i ciągnęła: – Państwo byli mądrzy, mnie traktowali jak swoją. Nawet dla tej głupiej Joasi byli za dobrzy, zepsuli dziewczynę.

Joasia, więc takie imię nosiła nieszczęsna służąca.

– Joanna, a jak dalej?

– Joanna Kluska, gdzieś spod Żuromina. W papierach pana rejenta jest list od księdza z jej rodzinnej parafii.

Do Warszawy ściągały dziewczyny nie tylko z Mazowsza, ale i z Kujaw, Podlasia czy biednego Świętokrzyskiego. Daleko szukać, on sam przyjechał spod Opoczna.

– I co z tą Joasią?

– Fiu-bździu w głowie miała. Stroje, fety, książę z bajki jej się śnił. Dlatego się bałam, że wpadnie w łapy jakiegoś luja. Oni na takie dziewczyny tylko czekają.

– Poznała jakiegoś?

– Tak naprawdę nie wiem. Raz ją z nim widziałam, z miesiąc temu, jak z cukierni wychodziła.

– Jak on wyglądał?

– Tak uważnie się nie przyjrzałam. Daleko byli. Wysoki. Wyższy od was. Bardzo elegancki, w cylindrze, jasny frak. Wyglądał jak prawdziwy pan i to mnie zaniepokoiło.

– Włosy? Zarost? Kolor oczu?

– Nie widziałam. Włosy chyba ciemne, jak i wąsy. Zakręcone jak u pana porucznika. Tylko ciemniejszy na skórze. Jakby utykał na prawą nogę. Pytałam potem Joasi, kto to. Nic nie powiedziała. Ostrzegałam ją. Ale nakrzyczała na mnie, że zazdrośnica jestem. Że on się z nią ożeni i wtedy mi oko zbieleje, jaką ona panią będzie. Nic więcej nie wyznała. Ja też zajęta byłam swoją siostrą i Jurusiem. Pani nic nie powiedziałam. Może gdybym… – Znowu łzy popłynęły swobodnym strumieniem. Andrzej bez słowa podał jej swoją chustkę i kontynuował pytania.

– Nie wie pani, gdzie się z nim spotykała? Jakieś listy pisali?

– Joaśka czytać nie bardzo umiała. Co miałby jej pisać? Dopiero niedawno z książeczki do nabożeństwa uczyć się zaczęła, nawet trochę jej pomagałam. Ale powoli jej szło. Do nauki głowy nie miała. O spotkaniach nic mi nie mówiła. Zresztą od dwóch tygodni nie było czasu rozmawiać.

– Coś jeszcze pani zauważyła?

– Jakiś pierścionek od niego dostała, pewnie ma go w swoim kuferku.

Jasne, kuferek służącej. Porucznik szybko przeszedł do kuchni i wyciągnął spod łóżka nienaruszony kuferek. Zamek podważył nożem. Nic szczególnego. Dwie nowe bluzki, zapaska w kujawski wzór, pewnie z domu, stare chodaki. Tylko na samym dnie dwie rzeczy niepasujące do reszty. Cienki, złoty pierścionek z zielonym oczkiem. Obejrzał go ze znawstwem. Stara robota. Wężowy splot obrączki, nie jakaś tandeta. Może ktoś to rozpozna? Druga rzecz była jeszcze dziwniejsza. Czapka. Bardzo ładna, futrzana czapka, w stylu rosyjskich szlachcianek, taka na wielkie mrozy. Skąd się tu wzięła? Na pewno nie pasowała do służącej. Andrzej podniósł oczy na Kosakównę.

– Wie pani coś o tym?

– Pierwszy raz widzę.

– Szkoda.

Każe zabrać Tomaszewskiemu, może coś z tego wyczyta.

– Jak pani żyła z gospodarzami? Co pani wie o interesach rejenta?

– Niewiele. Wiodło im się dobrze, często zaglądali tu przemysłowcy. Starozakonni, Niemcy, Rosjanie, ale i nasi. Nie dawniej jak w poniedziałek minęłam dwóch takich dostojnych w drzwiach. Siedzieli u pana Wolskiego ze cztery godziny.

Kolejny trop do sprawdzenia.

– Właściwie niewiele wiem więcej. Pani Maria była miła, ale jej świat był w teatrze. Całe dnie coś pisała. Sama lub z innymi paniami, czytały na głos. Chodziła na wszystkie sztuki.

– A pani?

– Ja? – zaśmiała się sucho. – Prostej guwernantki na to nie stać. Szczególnie, jak się ma brata na utrzymaniu.

– Brata?

– Tak, mój Leoś ma jedenaście lat, do gimnazjum iść powinien. Obie z siostrą posyłamy, co możemy, choć Szymon się złości.

Normalna historia. Jak to u zubożałej szlachty. Dziewczyny miały szczęście, że są wykształcone. Siostra za mąż wyszła, może w niższej sferze, ale za pieniądzem. Ta też sobie radzi.

– Panie poruczniku… – Głos Kosakówny wyrwał go z zamyślenia.

– Tak, proszę pani?

– Jakbym coś mogła pomóc, to zawsze. Antoś i Helcia to takie słodkie dzieciaki. Zrobię wszystko, by dorwać tego luja i tych bandytów.

– Oczywiście, oczywiście, ale niech się pani nie trudzi. My, policja jego cesarskiej mości, zajmiemy się wszystkim.

Już miał odejść, gdy przypomniał sobie ważną rzecz.

– Jeśli będzie potrzeba panią znaleźć, to gdzie szukać?

– Teraz będę u siostry, Wołowa cztery, póki czegoś nowego nie znajdę. Nie będzie łatwo z taką historią.

Prawda, ludzie bywają przesądni. Reputacja dziewczyny na pewno na tym ucierpi. Nie będzie jej lekko.

– Dziękuję. – Odprowadziwszy ją do drzwi, dodał: – I szczęścia pani życzę.

– Niech pan ich dorwie, poruczniku. To będzie moje największe szczęście: patrzeć, jak zawisną na szubienicy.

– Będzie pani wiedzieć pierwsza, panno Kosakówno. Niech pani wie, ja nie odpuszczę. Ktokolwiek to zrobił, zapłaci za to. Oficerskie słowo honoru.

Spojrzała smutno na niego.

– Dziękuję, panie poruczniku.

Akurat nadchodzili Tomaszewski z Mondrzejewskim. Kosakówna przecisnęła się obok nich i znikła na schodach.

Andrzej wyjaśnił agentom, co mają zrobić, i ruszył śladem dziewczyny. Czas na przesłuchania. Sąsiadów zostawił Morozowowi. Nie sądził, by cokolwiek ważnego widzieli. Oczywiście znajdzie się jakaś sąsiadka z góry, co się będzie zaklinać, że słyszała dzikie okrzyki i koński galop. Lub powie inną bzdurę. Takich świadków nigdy nie brakuje. Niemniej jednak trzeba być dokładnym, nigdy nie wiadomo, co może wyjść na jaw.

On postanowił porozmawiać ze stróżem. Jakoś bandyci dostali się do kamienicy. Ktoś ich wpuścił. Kto? Wiadomo, dozorca. Tylko jak to było?

Stójkowi rozpędzili tłum, stróż wrócił do swojej dozorcówki w bramie. Andrzej przeszedł do wąskich drzwi, jakby wyciętych w alabastrowej sztukaterii, zwieńczonych idiotycznymi bukietami gipsowych anemonów, i wszedł bez pukania. Z takimi trzeba grać twardo. Stróż zdążył się już rozebrać z granatowego uniformu i wyraźnie pocieszał się na szybko wódką zagryzaną cebulą. W zapyziałej klitce nie było nikogo innego. Idealne warunki do przesłuchania.

– Co? – Mężczyzna na widok Andrzeja odstawił kieliszek i niezdecydowanie zakołysał się na zydlu.

– Wstawaj i melduj, swołocz. I nie co, tylkowasze błagorodie.

– Ależ wasze błagorodie, co… – Stróż poczerwieniał na twarzy, ale nie zdążył nic więcej wykrztusić, bo Andrzej zastosował swój żelazny chwyt, ścisnął go za ramię i prawie uniósł w powietrze.

– O której ich tu wpuściłeś i ile ci zapłacili, bydlaku?

– Ależ, wasze błagorodie, ja wcale…

– Jeszcze jedno łgarstwo, a jutro w kajdanach powędrujesz na Cytadelę jako wspólnik. Chyba że cię najpierw sąsiedzi rozszarpią, jak się dowiedzą, żeś w tym brudne paluchy maczał. Więc gadaj, jak księdzu na spowiedzi, a krzywda cię nie spotka.

– Przyszedł koło drugiej w nocy, ale on był tylko jeden. Ten sam dżentelmen co w ostatnie tygodnie. I dał mi półpolitnika[32]. Nigdy nie skąpił.

Faktycznie niezła taksa za otwarcie bramy, zwykle dawało się ałtyna[33].

– Spotykał się też z nią u ciebie?

– Tylko raz, w zeszłą środę. Dał mi całą zieleniuszkę[34] i przyniósł jej kwiaty.

Mieszkanie ciecia wyglądało jak obleśna speluna, a nie gniazdko miłości. Po wąskim tapczanie pewnie hasały pluskwy, ale zakochanej dziewczynie niewiele było potrzeba.

– Kto to był?

– Skąd mogę wiedzieć, wasze błagorodie? Nigdym go wcześniej nie widział. Pan, wyższy od was, wasza miłość, ze trzy werszki. Lekko utykał na prawą nogę. Twarzym dokładnie nie widział. Tylko te czarne wąsy, ale ciemny jakiś był.

Opis zbliżony do tego, co mówiła Kosakówna. Tylko że niewiele dający. Utykanie mógł symulować. A dobry but i dwa werszki wzrostu dodać może.

– Często przychodził?

– Był tu z dziesięć razy.

– Wy zaś trzymaliście gębę na kłódkę?

– Płacił, a to nie moja rzecz, z kim się służba zabawia.

Andrzej poczerwieniał ze złości.

– Jakby, bydlaku, to była twoja rzecz, oni by jeszcze żyli. Dyskretny sukinkot jeden.

Stróż milczał. Chyba w końcu do niego zaczynało docierać.

– Co się zdarzyło wczoraj w nocy?

– Tak późno dotąd nie przychodził. Moneta była srebrna. I wsunął mi w rękę taką małą flaszkę. Wypijcie za moje zdrowie – powiedział. Z wrażenia stróż zgubił i cwaniackość, i warszawską wymowę.

– Akcent jaki?

– Dziwny jakiś. Nie wiem skąd. Nie ruski i nie żydowski, chyba jednak nie nasz. Mówił cicho, jakby miał chore gardło.

Zmieniał głos, spryciarz. Po tym nie dojdziesz.

– I wypiliście?

– No tak, noc zimna była.

– Gdzie flaszka?

– Tam.

Andrzej wyciągnął spod szafki płaską, szklaną butelkę i ostrożnie powąchał. Jechało z niej makowiną. Nic dziwnego, że stróż zasnął jak kamień.

– I nic więcej nie słyszeliście?

– No nie, ażem się rano obudził. To żem poszedł sprawdzić, czy u Wolskich wszystko w porządku, i lampy na schodach pogasić. Drzwi były otwarte, a resztę sami znacie, wasze błagorodie.

– Co znam, to nie twoja sprawa, bydlaku. Jak pytam, to masz odpowiadać, jak nie pytam, milcz, bo mnie jeszcze chęć nachodzi, by ci pysk przesunąć.

Sprawa była jasna. Stróż otworzył panu. Ten zaczekał, aż narkotyk zadziała, i wpuścił resztę bandy. Potem zapukał do Wolskich. Dziewczyna mu otworzyła, może mieli umówiony sygnał. Ostatni błąd w jej młodym życiu. Co tym dziewczynom jest, że im miłość rozum odbiera?

Nie czas na to. Trzeba pogadać z Morozowem, ustalić, czego on się dowiedział.

Morozow trafił na jeden drobny ślad. Pijaczek z oficyny w nocy wyszedł za potrzebą do wychodka na podwórko. Była czwarta. Widział kilka ciemnych postaci wychodzących z bramy. Coś nieśli. Nie, nie odezwał się do nich. Po prawdzie, to ledwo się trzymał na nogach. Taki z niego będzie świadek, jak z koziej dupy trąba.

Po powrocie do komendy Andrzej wiedział, że raport dla przełożonych może poczekać. Najpierw musi lepiej zrozumieć, o co chodzi w tej sprawie. Czyli musi zacząć od prystawa.

– Morozow, znacie jakieś miejsce, gdzie można spokojnie porozmawiać?

– Tu niedaleko jest taki handelek, wasze błagorodie.

Andrzej znał Morozowa na tyle dobrze, że wiedział, iż próba wyciągnięcia z niego informacji bez podlania dobrą wódką i ugoszczenia solidną zakąską jest bezcelowa.

– Prowadźcie, ja też coś bym chętnie wrzucił na ząb.

Morozow wskazał drogę do niepozornie wyglądającego sklepiku. Pod szybą lady godnie prezentowały się kawały wędzonego jesiotra, grube na kciuk smażone minogi, lśniące srebrną łuską szczupaki i okonie, czerwone szczypce raków, gefilte fish[35] i całe bogactwo naszych jezior i rzek. Za ladą stał sędziwy Żyd, którego brzuch ledwo się mieścił w ciasnej przestrzeni. Na widok Morozowa i podążającego za nim Andrzeja jego brodatą twarz rozjaśnił szczery uśmiech.

– Witam szanownych panów. Porozmawiać trzeba?

Widać, że Morozow był częstym gościem.

– Co zawsze, wasza miłość? – zapytał Żyd, kłaniając się porucznikowi głęboko.

– Pewnie tak – odparł Andrzej, ufając gustowi Morozowa. – Tylko gorzałki dobrej nie żałujcie. Jakbyście starkę jakąś mieli…

– Dla waszej wysokości prędziutko coś znajdziemy, czym chata bogata. – Stary wyczuł, że ma do czynienia z szarżą i strzelił palcami.

Pojawił się chłopak, na oko dziesięciolatek, z wielkimi jak u kadzi uszami, który bez słowa uchylił zasłonę, wskazując drogę w głąb lokalu. Mały korytarzyk otwierał się na gustownie urządzony pokoik, z czterema tapicerowanymi krzesłami i wielkim samowarem na komodzie. Ściany obito zieloną, leciutko matową materią. Niemieckie sztychy przedstawiały scenki rybackie nawiązujące do rybnej oferty sklepiku, perłowobrązowe klosze lamp naftowych sączyły dyskretne światło. Wyglądało to raczej na małą jaskinię hazardu niż na typowy handelek.

– Mają i salkę dla zwykłych gości, ale tu nas nikt słyszeć nie będzie – wyjaśnił Morozow.

W mgnieniu oka na stół wjechały plastry ryb, pachnąca chała i ciemny chleb, kiszony czosnek i omszała butelka starki. Andrzej ze znawstwem powąchał korek.

– Tylko nie próbujcie potem mówić, że starka piętnastoletnia – lekko naburmuszony ostrzegł właściciela.

– Nigdy bym się nie ośmielił oferować waszej wysokości siedmioletniej stareczki jako piętnastolatki. Do takich gości z zawsze z szacunkiem, u mnie bez lipy – odparł Żyd obrażonym tonem.

– No, no, bez urazy, nastawiajcie samowar, pewnie czas jakiś pogadamy.

Przez dłuższą chwilę próbowali ryb, potem wypili po małym kieliszku, a gdy chłopak podał herbatę i zniknął za zasłoną, zamykając dodatkowe drzwi, Morozow chrząknął.

– Opowiadajcie, opowiadajcie – ponaglił go z uśmiechem Andrzej, któremu pierwszorzędnie pachnący jesiotr znacznie poprawił humor.

[18] Chodzi, oczywiście, o wodociągi warszawskie, których głównym projektantem był W. Lindley.

[19] Piter (pot. z ros.) – Petersburg.

[20] Park Aleksandrowski – obecnie park Praski.

[21] Koszyki – obecnie ulica Koszykowa.

[22] Ekskluzywny dom mody Hersego został otwarty w 1868 r.

[23]Czornyj wchod (ros.) – drzwi dla służby, wychodzące na inną klatkę, którą noszono węgiel, stąd nazwa.

[24] Wołowa – obecnie część ulicy Targowej.

[25]Dintojra (jid.) – sąd żydowski.

[26] Kahał (jid.) – samorząd gminy żydowskiej.

[27] Cełkowe (z ros.) – ruble.

[28] Luj (od fr. Louis) – lujem Niemcy, a potem i warszawiacy, nazywali sutenerów. Nowa nazwa alfons – wywodząca się z francuskiej książki Monsieur Alphonse, dopiero się przyjmowała.

[29] Gryzetka (pot.) – panienka lekkich obyczajów.

[30] Rak – dziesięciorublówka, nazywana tak od koloru banknotu.

[31] Biały papierek – banknot dwudziestopięciorublowy.

[32] Półpolitnik – moneta dwadzieścia pięć kopiejek, politnik – półrublówka.

[33] Ałtyn – moneta trzykopiejkowa.

[34] Zieleniuszka – banknot trzyrublowy.

[35]Gefilte fish (jid.) – ryba faszerowana.

Warszawa

maj 1889

opowiadanie Morozowa

– To było bodaj szesnastego maja. Zimno jak w psiarni. Miałem już iść do domu, gdy nagle wpadł chłopak od Miazgi. Miazga nie robiłby rabanu bez potrzeby, więc podjechałem na tę Śliską. Wiecie, wasze błagorodie, tam żydowskie kamienice, dla bogatszych. Na pierwszym piętrze, od frontu, marmurowe schody, więc wiadomo, że ktoś znaczny tu mieszka. Miazga stał w drzwiach z ponurą miną. Powiedział, że dozorca znalazł ich w południe, bo od dwóch dni mecenas Łokietek poczty nie odbierał, a tu urzędowe przesyłki czekają.

Drzwi były zamknięte, ale po naciśnięciu klamki otworzyły się. I stróż od razu zobaczył rozmazaną plamę krwi i dziewczynę leżącą w korytarzyku. Pobiegł po Miazgę, a on posłał do cyrkułu.