Autostrada - Agnieszka Pietrzyk - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Autostrada ebook i audiobook

Agnieszka Pietrzyk

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Dwudziestotrzyletnia Ewa Kamińska zjeżdża w nocy z autostrady A1 na węźle Kopytkowo i dzwoni pod numer alarmowy sto dwanaście. Jest przerażona, błaga o pomoc. Gdy policja dociera na miejsce, znajduje dziewczynę martwą, przypiętą pasami do fotela kierowcy. Sekcja zwłok wykazuje, że Kamińska zmarła z powodu nadmiernej ilości adrenaliny w organizmie, czyli ze strachu.

W sprawie tej dziwnej śmierci śledztwo prowadzi młody i ambitny prokurator Tobiasz Hanys z gdańskiej prokuratury. Przyjaciele Ewy również próbują ustalić, co się jej przydarzyło. W tym celu wyruszają w nocy na autostradę, aby przejechać tę samą trasę co ona.

Dwóch osiemnastolatków z Łodzi, Fabian Piwko i Piotr Nowicki, wyjeżdża nocą sportowym wozem na autostradę A1. Piotr dla żartu zabiera Fabianowi kluczyki i odjeżdża jego samochodem. Chłopak już nie wraca, znika na autostradzie wraz ze sportowym wozem…

Tajemnicza śmierć dziewczyny i dziwne zaginięcie sportowego wozu i kierowcy łączą się w jedną sprawę, która przybiera pełny grozy obrót.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 318

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 17 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Andrzej Hausner

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Część pierwsza

Autostrada A1 nazywana jest Autostradą Bursztynową. Liczy pięćset osiemdziesiąt cztery kilometry i jest jedyną polską autostradą o przebiegu południkowym. Łączy Trójmiasto, Toruń, Łódź i Górnośląski Okręg Przemysłowy. Kończy się na granicy z Czechami w Gorzyczkach.

Rozdział I

„Operator numeru sto dwanaście, w czym mogę pomóc?” – To zdanie Ada powtarzała nawet sto pięćdziesiąt razy dziennie, bo tyle połączeń odbierała. Parę razy zdarzyło się jej odebrać prywatną komórkę, też wypowiadając to zdanie. W numerze sto dwanaście pracowała już trzy lata i potrafiła rozpoznać, czy sprawa jest poważna.

Zgłoszenie, które odebrała czternastego listopada o godzinie drugiej trzydzieści dwie, od razu zaliczyła do najpilniejszych.

– Operator numeru sto dwanaście, w czym mogę pomóc?

Po wygłoszeniu formułki skupiła całą swoją uwagę na tym, co zaraz usłyszy. Mogło być różnie. Najgorsze były krzyki do słuchawki. Dzwoniącym wydawało się, że gdy będą krzyczeć, to prędzej przyjedzie policja albo pogotowie. Nic bardziej mylnego. Kluczowe było szybkie ustalenie podstawowych informacji, a wrzaski po drugiej stronie linii to utrudniały. Tym razem usłyszała ciszę. Uznała, że dzwoniący chce jedynie sprawdzić, czy numer sto dwanaście naprawdę działa, i zaraz się rozłączy. Takich telefonów miała całkiem sporo w ciągu dnia. Połączenie jednak nie zostało przerwane. Zamiast tego usłyszała oddech. Przyspieszony. Krótki. Urywany. Instynkt jej podpowiedział, że to nie żart. To nie mógł być żartowniś, który dyszenie do ucha operatorki uznał za fantastyczny dowcip. Takiego oddechu nie dałoby się udawać.

– Operator numeru sto dwanaście, w czym mogę pomóc? – powtórzyła głośniej.

– Pomóżcie mi.

Te słowa zostały wyszeptane, ale nie szeptem zamierzonym. Ten ktoś nie był w stanie mówić normalnie, bo ściśnięte gardło na to nie pozwalało.

– Proszę powiedzieć, w czym mogę pomóc.

– Boję się.

Znowu szept. To była kobieta. Dopiero teraz Ada to rozpoznała.

– Czy jest pani ranna?

Cisza. Tylko oddech jak u spłoszonego zwierzątka. Z kobietą po drugiej stronie linii nie działo się dobrze.

– Czy jest ktoś obok pani? Ktoś, komu może pani przekazać telefon?

– Nie ma.

Ada z ledwością dosłyszała te słowa. Palcami przycisnęła słuchawki do uszu.

– Czy jest pani ranna?

– Nie.

Kobieta twierdziła, że nie jest ranna, ale to wcale nie musiało być prawdą. Kilka tygodni temu kierowca po zderzeniu czołowym powiedział jej, że nic mu nie jest, a miał połamane żebra i przebite płuco. Ludzie w szoku często nie potrafią obiektywnie ocenić swojego stanu.

– Proszę powiedzieć, co się stało.

Znowu ten niepokojący oddech przywodzący na myśl zaszczute zwierzę.

– Czy miała pani wypadek?

– Nie.

– To co się stało?

– Nie wiem.

Ostatnie słowo przeszło w cichy jęk. Ada poprawiła słuchawki. Na szkoleniu uprzedzano ich, że w tej robocie potrzebna jest cierpliwość. I to była święta prawda. Chciało się pomóc osobie po drugiej stronie linii, nawet jeśli ta osoba tego nie ułatwiała.

– Jak się pani nazywa?

– Ewa Kamińska.

– Proszę podać adres.

– Gdańsk.

– Jeszcze ulica i numer.

Kobieta płakała. To było bardzo ciche łkanie, ale Ada je słyszała.

– Jest pani teraz w domu?

– Nie.

– To proszę podać adres, pod którym pani przebywa.

– Zjechałam z autostrady.

– Z której autostrady? Na jakim węźle?

Ustalenie lokalizacji było kluczowe, bo przecież Ada musiała poinformować służby ratunkowe najbliższe miejscu zdarzenia.

– Boję się – wyszeptała kobieta.

To było słychać. Naprawdę się bała.

– Zaraz skieruję do pani pomoc. Proszę tylko podać, jaką autostradą pani jechała i na jakim węźle ją opuściła.

– Boję się. Oni tu są.

Ada nie mogła zebrać myśli. Obawiała się, że nie zdoła pomóc tej kobiecie.

– Dokąd pani jedzie? Proszę powiedzieć.

– Oni tu są. Muszę uciekać, ale mój samochód nie rusza.

– Stoi pani na poboczu?

W odpowiedzi rozległ się przeciągły jęk i padły słowa przesycone niewyobrażalną trwogą:

– Oni tu są.

Młoda operatorka po raz pierwszy w swojej trzyletniej karierze zdjęła słuchawki. Nie była w stanie dłużej słuchać tego głosu. Napawał ją zbyt dużym niepokojem. Ręce jej drżały, w głowie się kotłowało, serce waliło jak po biegu. Po chwili się otrząsnęła i ponownie założyła słuchawki.

– Halo, czy pani mnie słyszy?

Rozległ się oddech, jeszcze bardziej zlękniony niż wcześniej. Jak gdyby nabrzmiał, podwoił się i wyrwał spod kontroli umysłu.

– Oni są straszni.

I wtedy Ada zadała pierwsze w tej pracy nieprofesjonalne pytanie:

– Kto?

Musiała się dowiedzieć, kto tę kobietę tak potwornie wystraszył. Czekała na odpowiedź ze ściśniętym sercem.

– To oni. Są straszni.

– Ale kto?

– Wkładają do mnie palce przez przednią szybę. Są czarne, okropnie czarne.

Ada przygryzła dolną wargę. Wyglądało na to, że dzwoniła wariatka. Co nie zmieniało faktu, że potrzebowała pomocy.

– Pani Ewo, czy ma pani Google Maps w telefonie?

– Boję się.

– Proszę się nie bać. Nic pani nie grozi.

– Oni tu są. Z każdej strony. Na dachu też.

– Nikogo tam nie ma. Proszę się uspokoić.

Ada miała naturalne predyspozycje głosowe do wyciszania emocji. Powiedzieli jej to na szkoleniu i parę razy usłyszała to od osób dzwoniących pod numer alarmowy.

– Pomóżcie mi. Oni tu są. Muszę uciekać.

Szept kobiety wciąż pulsował od niewyobrażalnej trwogi. Wydawało się, że zaraz przerodzi się w histeryczny krzyk. Jeśli tak się stanie, to Ada nie zdoła już nic ustalić.

– Nie musi pani nigdzie uciekać. Zaraz przyjedzie pomoc. Domyślam się, że ma pani Google Maps w telefonie. Proszę otworzyć tę aplikację. Wspólnie spróbujemy ustalić pani lokalizację.

Cisza. Strwożony oddech jakby się oddalił. Kobieta zapewne opuściła rękę z komórką. To, co Ada usłyszała sekundę później, przerosło jej system nerwowy. Dźwięk w słuchawkach był porażający. Gdyby do jej uszu dotarły odgłosy wydawane przez mordowanego człowieka, mniej by się przeraziła. Ten dźwięk tak trwożył, bo jednocześnie był zwyczajny. Łup. Łup. Łup. Jedno uderzenie, drugie, trzecie. Dochodziły kolejne. Jak gdyby kilkanaście dłoni, a może nawet kilkadziesiąt waliło w dach i szybę wozu, w którym znajdowała się dzwoniąca kobieta. Ada słuchała jak zahipnotyzowana. Oddech uwiązł jej w krtani, źrenice się rozszerzyły, wargi ułożyły w niemy okrzyk. Nagle potworny dźwięk ustał. Połączenie zostało przerwane. Koszmar się skończył. Operatorka siedziała odrętwiała. Musiało minąć kilka długich sekund, zanim wyciągnęła drżącą rękę, aby połączyć się z Centrum Powiadamiania Ratunkowego w Gdańsku.

Rozdział II

O czwartej rano czternastego listopada północna Polska znalazła się w objęciach antycyklonu, który przyniósł spadek temperatury. Pięć stopni poniżej zera sprawiło, że funkcjonariusze z gdańskiej komendy stali skuleni obok granatowego Citroëna na drodze wojewódzkiej dwieście trzydzieści jeden. W ciemnościach rozpraszanych niebieskim światłem kogutów wyglądali jak porzucone manekiny: nieruchomi z twarzami bez wyrazu. Wyprostowali się, gdy z półmroku wyłonił się prokurator Tobiasz Hanys.

– Ja naprawdę uwierzę, że ty sypiasz w tym garniturze – mruknął sierżant Mirek Sabisiak. – Czy ja dożyję dnia, gdy zobaczę cię w dresie albo chociaż swetrze?

Tylko Sabisiak zwracał się do młodego prokuratora na ty. Wiek mu pozwalał na tę poufałość. No i trzydzieści pięć lat służby.

Hanys rozchylił mocniej poły płaszcza, odsłaniając grafitowy garnitur, który w świetle gwiazd wyglądał na czarny.

– Nie sypiam w nim. Gdybym sypiał, byłby pognieciony.

– To jeszcze gorzej. Człowiek, który o czwartej rano wygląda jak z żurnala, wzbudza nieufność. Przemyśl to sobie, prokuratorze.

– Okej, popracuję nad tym, żeby wyglądać gorzej.

– Nie staraj się za bardzo, bo jeszcze cię polubimy.

Sierżant przesunął papierosa z jednego kącika ust w drugi. Jego twarz pokryta zmarszczkami ściągnęła się w wyrazie zaciekawienia.

– Czy dobrze zgaduję, że dziś jeszcze nie kładłeś się spać?

Hanys przytaknął. Cierpiał na bezsenność. Wystarczały mu cztery godziny snu na dobę. A dzisiejszej nocy miał jeszcze gościa. Po dwudziestej trzeciej przyjechała Alicja. Chciała pogadać. Zapewniała, że zajmie mu tylko parę minut. Wyszła po trzech godzinach, spokojniejsza i nawet uśmiechnięta. A on znowu czuł się jak jej terapeuta.

– Co mamy? – zapytał, zerkając na Citroëna.

– Martwą kobietę w fotelu kierowcy. – Sierżant oddał papierosa młodszemu koledze.

– Zgaś go – polecił, po czym skierował się w stronę granatowego auta.

Prokurator podążał za nim. Drogą przejechał samochód, omiatając ich reflektorami. Potem kolejny i następny. Funkcjonariusze z drogówki kierowali ruchem, przepuszczając pojazdy wahadłowo lewym pasem. Kierowcy zwalniali, chcąc rozeznać się w przyczynach obecności dwóch radiowozów. Zapewne spodziewali się wypadku. Widok jednego auta bez oznak kolizji musiał ich dezorientować.

Sabisiak włożył lateksowe rękawiczki i otworzył drzwi Citroëna.

– Zatrzymała się na prawym pasie. Nie zjechała na bok. Chyba nie próbowała wysiąść. Ma zapięte pasy. No i jest martwa.

Hanys zajrzał do wnętrza auta.

– Młoda – mruknął.

Nawet w półmroku było widać, że to jeszcze dziewczyna.

– Urodzona w dwa tysiące trzecim – oznajmił sierżant.

– Czyli ma przy sobie dokumenty?

– Tak, miała je w torebce na fotelu pasażera. Komórkę trzymała na kolanach.

– Co jeszcze o niej wiemy?

– Nazywa się Ewa Kamińska.

Prokurator wyprostował się jak na rozkaz.

– Kamińska Ewa?

– Tak. Znasz ją?

Hanys wyjął z kieszeni telefon i włączył latarkę. Snop światła przeciął wnętrze auta i zatrzymał się na twarzy dziewczyny. Drgnął. Nie dlatego, że ją rozpoznał. Ale dlatego, że było w niej coś makabrycznego. Trup z horroru. Hollywoodzki charakteryzator chętnie podpisałby się pod tym obliczem. Nabrzmiałe wargi, zapewne wypełnione implantami silikonowymi, wyglądały koszmarnie, bo kąciki ust się unosiły ku górze. Trup się uśmiechał. Dobry lekarz musiał wkładać jej te implanty. Nadawały twarzy radosny wyraz nawet po śmierci. Wyłączył latarkę.

– Znam ją. To koleżanka mojego brata. Razem studiują skandynawistykę na UG.

– No to masz pecha – westchnął sierżant. – Jak sprawa robi się osobista, to zawsze koszty emocjonalne są większe.

– To koleżanka Mateusza, a nie moja.

– No właśnie twojego brata, a nie mojego.

Prokurator szukał w pamięci tego, co powinien wiedzieć o tej dziewczynie. Kojarzył tylko jedno.

– Jej matka wyszła za szwedzkiego milionera i potem odziedziczyła po nim wielką fortunę. Głośno o tym było w naszych mediach.

– Coś mi świta – szepnął Sabisiak. – To się wiązało z jakimś skandalem albo coś podobnego.

Hanys przytaknął.

– Wykluczyłbym udział osób trzecich, ale zabezpieczcie odciski palców na klamkach. Przeszukajcie też samochód.

– Na razie musimy czekać na medyka sądowego – oznajmił Sabisiak. – On nie jest taki prędki jak ty. Jak się pojawi za godzinę, to będzie dobrze. Gdy zabiorą ciało, zrobimy wstępne oględziny wozu.

Czekali, aż minie ich tir. Ale za jednym drogowym kolosem pojawiły się dwa kolejne. Powietrze drgało od huku na drodze.

– To mógł być udar albo tętniak – oznajmił prokurator. – Albo coś wzięła. Może przedawkowała leki. Zanim zmarła, zdążyła się jeszcze zatrzymać.

– Zdążyła nawet zadzwonić pod sto dwanaście – wtrącił sierżant. – Operatorka powiadomiła CPR i podała numer telefonu do zlokalizowania.

Hanys ponownie włączył latarkę i skierował światło na kolana dziewczyny, gdzie obok białej dłoni leżała komórka.

– Sierżancie, zabezpieczcie też telefon. Chciałbym wiedzieć, do kogo jeszcze zadzwoniła przed śmiercią.

– Zrobi się.

Prokurator spojrzał w górę. Nad drogą wisiało rozgwieżdżone niebo.

– Nie będę wam potrzebny. Wracam do Gdańska.

– Tak, zjeżdżaj. I przy okazji pozdrów ode mnie swoją matkę.

– Co? Moją matkę?

– Tak. Znałem ją kiedyś. Gdybym wtedy był bardziej odważny, to byłbyś dzisiaj moim synem. Ale może dobrze, że nie jesteś. Z rodziną podobno źle się pracuje.

Hanys nie był pewien, czy stary pies sobie teraz nie żartuje. Prawdopodobnie tak było. Postanowił więc nie ciągnąć tematu. Rzucił okiem na sylwetkę kobiety w Citroënie. Szkoda dziewczyny. Odwrócił się i ruszył do swojego Passata.

Rozdział III

Czternastego listopada o szóstej rano ruch na północnym odcinku autostrady A1 się wzmógł. Sierżant Mirek Sabisiak jechał za lawetą, na której stał Citroën Ewy Kamińskiej. Ją samą już godzinę temu zabrano do Zakładu Medycyny Sądowej w Gdańsku. Starsza sierżant Nina Adamek chciała wsiąść do auta ofiary i osobiście odprowadzić je na policyjny parking, ale Sabisiak zaprotestował. Co prawda to Adamek kierowała oględzinami i miała głos decydujący, ale na szczęście nie chciała zadzierać z sierżantem, który zaczynał służbę jeszcze w poprzednim systemie i był kumplem komendanta Rucińskiego.

Sabisiak wolał, aby nikt nie jeździł wozem Kamińskiej, dopóki nie obejrzą go w warsztacie. Na razie wyglądało to na niespodziewany zgon z powodów naturalnych, ale nigdy nic nie wiadomo. Może się okazać, że przyczyną tej tragedii było samo auto. Jeśli policyjni mechanicy stwierdzą, że układ wydechowy jest niesprawny, to będzie znak, że Ewa Kamińska zginęła w wyniku zatrucia tlenkiem węgla. A wtedy trzeba byłoby sprawdzić, czy ktoś nie majstrował przy Citroënie.

Sabisiak marzył o gorącej kawie. Już niebawem ją wypije na komendzie przy Okopowej. Siądzie przy swoim biurku i weźmie do ręki stary wyszczerbiony kubek ozdobiony policyjnym mottem: „Nieważne, co się wydarzyło. Ważne, jak to spiszemy”. Te słowa zawsze go wzruszały, bo przypominały mu młode lata na służbie. Teraz ta mądrość była nieaktualna. Dzisiaj liczyły się fakty. W wypadku Ewy Kamińskiej też powinni zacząć od ustalenia faktów. Przede wszystkim: dokąd jechała. Zadziwiało go to, że była sama. Młodzi ludzie lubili towarzystwo rówieśników. Jego bratanica, gdziekolwiek się udawała, to zwykle ciągnęła ze sobą jakąś koleżankę. A Kamińska wybrała się w drogę samotnie. Przypomniał sobie wskaźnik poziomu paliwa w jej aucie, niemal pełny bak. Zastanowiło go to. Gdzie ta dziewczyna zatankowała? Na pewno nie w Gdańsku. Musiała na autostradzie.

Jadąca przed nim laweta z Citroënem pokonywała już węzeł Rusocin i wjeżdżała na drogę S6. Sabisiak jeszcze przez pewien czas podążał za nią, ale w Juszkowie zawrócił i wbił się na zachodnią jezdnię A1. Kierował się na południe, pokonując tę samą trasę co wcześniej ofiara. Pierwsze miejsce, gdzie można było zatankować, znajdowało się na czterdziestym drugim kilometrze na MOP-ie Olsze-Zachód. Miał więc kawałek do przejechania. Wypatrywał podświetlonych pylonów cenowych z logo stacji paliw. Wreszcie je dojrzał. Chwilę później zobaczył wycięty z ciemności prostokąt światła: miejsce obsługi podróżnych. Zjechał. Na parkingu stało kilkanaście osobówek i dwie ciężarówki sapiące na wolnych obrotach. Pod wiatą z dystrybutorami dwa kolejne samochody. Paliwo lało się do baków z jednostajnym, hipnotycznym sykiem. Ktoś trzaskał drzwiami, ktoś inny przeklinał przy automacie do kawy. Powietrze pachniało dieslem, mokrym asfaltem i tanimi hot dogami. Ludzie kręcili się przy budynku z toaletami. W sklepie z małym barem paliło się światło. To tam wszedł Sabisiak.

Za ladą stał chłopak, bez wątpienia miłośnik siłowni, na co wskazywał szeroki kark. Patrzył lekko przymkniętymi oczami, wyraźnie znudzony nocną zmianą. Sierżant pokazał mu na telefonie zdjęcie Ewy Kamińskiej. Ściągnął je z profilu dziewczyny na portalu społecznościowym.

– Czy ona była tu dzisiejszej nocy?

Chłopak przyjrzał się.

– Czy ona nie jest dla pana za młoda?

– To moja córka. Szukam jej od trzech dni. Dowiedziałem się, że prawdopodobnie ruszyła wieczorem do Torunia.

– Akurat panu uwierzę.

– Martwię się o nią. Jest chora na cukrzycę, a nie wzięła insuliny.

Cień niepewności przemknął przez twarz sprzedawcy.

– Wolałbym się nie mieszać do spraw rodzinnych – oznajmił filmowym tonem.

Sabisiak wyciągnął legitymację policyjną i położył ją na ladzie.

– No to co? Tankowała tutaj?

– Od razu wiedziałem, że pan jest psem.

– No to masz już dwa punkty za spostrzegawczość. Dwa kolejne dostaniesz za współpracę.

Policjant ponownie pokazał zdjęcie dziewczyny na swojej komórce.

– Tankowała tutaj?

– Chyba.

– Chyba to nie odpowiedź.

– Dla mnie większość lasek wygląda tak samo. Jak już sobie zrobią te usta, to koniec. Wszystkie są jak skrzyżowanie klauna z Kaczorem Donaldem.

Sierżant odruchowo przytaknął. Było w tym wiele racji. Sam miał problem z odróżnieniem jednej kobiety od drugiej. Nie to co kiedyś.

– Daj mi podwójne espresso.

Chwilę później zawarczał ekspres do kawy. Chłopak wziął się do podgrzewania hot dogów dla trzech kierowców, którzy weszli do baru, ciągnąc za sobą chłód poranka. Sierżant czekał, popijając mocną kawę z jednorazowego kubka. Nad barem dojrzał oko kamery. Przy dystrybutorach też na pewno mieli monitoring.

– Była tu taka z dużymi wargami – odezwał się sprzedawca, gdy zrobiło się ciszej. – Wydaje mi się, że jakoś po drugiej.

– To będzie ona. Godzina się zgadza – mruknął sierżant. – Zatankowała?

– Chyba tak. Kupiła pięć batonów.

– Jakich?

– Proteinowych, z czekoladą.

Chłopak podniósł z półki baton i obrócił go w palcach. Brązowe opakowanie ze złotym napisem. Technicy nie znaleźli tych batonów w Citroënie. Ani opakowań po nich. Ciekawe, co z nimi zrobiła?

– Była sama?

– Do baru weszła sama. Ale czy ktoś na nią czekał? Tego nie wiem. Może ktoś czekał, bo się spieszyła. Zagadnąłem ją nawet, ale nie chciała pogadać.

– Powiedziała może, gdzie jedzie albo ile drogi jeszcze przed nią?

– No nie, a ja właśnie o to ją zagadnąłem. Zapytałem, czy do Torunia po pierniki, czy dalej. A ona, że pierniki się jej źle kojarzą, bo w domu z piernika mieszka wiedźma, która pożera ludzi. No to ja jej mówię, że to Baba-Jaga i pożera dzieci. Popatrzyła na mnie jak na debila i wyszła.

Sabisiak wskazał głową na kamerę.

– Pokażesz mi nagranie?

– Teraz?

– No.

– Ale ja tu jestem sam. A poza tym o siódmej kończę.

– Obiecałem ci punkty za współpracę.

– A co mi po tych pana punktach. Na co niby je wymienię? Na piwo w Biedronce?

– Na piwo nie, ale gdybyś kiedyś miał jakieś kłopoty, to dobrze, gdy się wcześniej zapunktowało u jakiegoś gliniarza, co nie?

Chłopak patrzył obojętnie, jak gdyby nie zrozumiał aluzji policjanta.

– Dlaczego interesuje się pan tą dziewczyną?

– Bo zastrzeliła swoich rodziców i młodszego brata. Dzisiaj usłyszysz o tym we wszystkich mediach.

– Żartuje pan? – To pytanie było retoryczne. Sprzedawca nie czekał na odpowiedź. Jego mina dowodziła, że uwierzył w każde słowo. – A ja chciałem ją poderwać. Dobrze, że mi się nie udało. Teraz już wiem, dlaczego mówiła o złej wiedźmie w chacie z piernika pożerającej ludzi.

Sabisiak nie widział związku pomiędzy zastrzeleniem własnej rodziny a postacią Baby-Jagi. Wolał też nie wnikać w zawiłości umysłu sprzedawcy.

– To co? Pokażesz mi nagranie z baru? Chciałbym też zobaczyć obraz zarejestrowany przy dystrybutorach.

– No jasne, że pokażę. Chryste! Jak można zastrzelić własnych rodziców i jeszcze brata. Musiało jej nieźle odjebać.

Do sklepu wszedł kolejny kierowca. W samym swetrze, zacierał ręce, próbując się rozgrzać. Poprosił o kawę na wynos i kilka kanapek.

– Do Częstochowy wracam. Wiozę towar z portu. Na Jasną Górę go wiozę. Ale nie mogę powiedzieć, co wiozę. Przysięgałem na Matkę Boską Częstochowską, że nie powiem nikomu.

Sprzedawca nie zainteresował się gadaniną nowego klienta. Zapewne jego wyobraźnią zawładnął obraz dziewczyny strzelającej do rodziców śpiących w małżeńskim łóżku. Sierżant też nie wykazał zaciekawienia towarem, który miał trafić na Jasną Górę. Kierowcy to się nie spodobało, bo zaczął narzekać na wielkość kanapek. Wziął jedną do ręki i oglądał zawartość przez foliowy fragment opakowania.

– Pomidora nie ma.

– Z pomidorem już wyszły. Ma pan z kurczakiem, sałatą i ogórkiem.

– Ogórka też nie widzę.

Sierżant dopił kawę i wrzucił kubek do kosza na śmieci.

– Słyszałem, że ktoś się zatruł ogórkiem z tych gotowych sandwiczy. Jeśli pan znajdzie ogórka, to radzę go nie jeść.

Mężczyzna odłożył kanapkę na blat, jak gdyby planował zrezygnować z jej kupna. Ostatecznie zabrał wszystko. Wychodząc ze sklepu, odwrócił się jeszcze do Sabisiaka.

– Dziękuję za ostrzeżenie.

– Nie ma za co.

Sierżant nie wiedział, jak to się dzieje, że ludzie wierzą w każdą największą bzdurę, którą on powie. Może to za sprawą jego wyglądu? Misiowata sylwetka i piwne oczy głęboko osadzone pod szerokimi brwiami. Nieszkodliwy starszy pan. Przesunął dłonią po czaszce. Wiedział, że wszystkich irytują siwe kępki włosów na jego głowie, i to dlatego postanowił je zachować, chociaż dodawały mu lat.

Poszedł za chłopakiem na zaplecze. Chwilę czekał, aż tamten odnajdzie fragment nagrania z Ewą Kamińską. To rzeczywiście była ona. Sabisiak rozpoznał ją po długiej bluzie z dużymi kieszeniami jaśniejszego koloru. Policyjne oko zauważyło nerwowość w jej ruchach. Stukała palcami o blat, gdy sprzedawca sięgał po batony z półki. Oglądała się też na drzwi, jak gdyby obawiała się, że ktoś zaraz wejdzie. Ktoś, kogo wolałaby nie widzieć.

– Pokaż jeszcze nagranie ze stanowisk z dystrybutorami.

Sierżant wpatrywał się w szeroki kark sprzedawcy.

– Starałeś się kiedyś o robotę w policji?

– Tak. Jak pan się domyślił?

– Swój swego zawsze wywęszy.

Chłopak uznał te słowa za komplement, bo wyglądał na zadowolonego.

– Nie przeszedłem przez testy psychologiczne. Ale sprawnościowe to w mojej grupie najlepiej zaliczyłem.

Na monitorze pojawił się obraz. Kierowca tankował ciężarówkę. Zegar pokazywał godzinę drugą w nocy. Cztery minuty później Ewa była już w sklepie. Jeśli napełniała bak przed zakupami, to zaraz powinna się pojawić. Kierowca wsiadł do ciężarówki i ruszył. Wielki samochód toczył się powoli, odsłaniając drugie stanowisko i stojącego tam granatowego Citroëna.

Sabisiak zacisnął zęby. Robiło się ciekawie.

– Zatrzymaj nagranie! – polecił.

Obraz znieruchomiał. Osobą trzymającą pistolet do pompowania paliwa nie była Ewa Kamińska. To nie była kobieta. Szczupła sylwetka należała do mężczyzny. Nie było widać jego twarzy.

– Dobra, dawaj dalej. Ale zatrzymaj obraz, gdy ten gościu pokaże gębę.

Sprzedawca spisał się znakomicie. To była zaledwie jedna sekunda, gdy mężczyzna odkładał pistolet i wystawił do kamery swoją fizys. Stanowiska pod wiatą były doskonale oświetlone oprawami z diodami ledowymi, a więc twarz zatrzymana w kadrze była dobrze widoczna. Sierżant patrzył uważnie, jak gdyby zamierzał zapamiętać każdy szczegół anatomiczny. Te wąsko osadzone oczy, wysokie czoło i raczej cienki nos. Gdyby rysownik policyjny chciał naszkicować to oblicze, to Sabisiak zdołałby podać wszystkie szczegóły. Razem stworzyliby portret lepszy od fotografii.

Gdy sprzedawca puścił nagranie dalej, zobaczyli, że mężczyzna wsiada do Citroëna i opuszcza stanowisko pod wiatą. Zapewne podjechał bliżej sklepu, aby zabrać Kamińską.

– Gdzie jeszcze macie kamery?

– Nigdzie więcej. Tylko w sklepie i przy dystrybutorach.

Sabisiak wyjął z kieszeni nośnik pamięci i podał chłopakowi.

– Przekopiuj mi oba nagrania.

– Tak po prostu mam panu dać kopię?

– Chciałbyś, żebym poprosił o to na piśmie?

– No chyba tak.

– A pokwitowanie też byś chciał?

– No.

– To zaraz dostaniesz.

Sierżant wrócił do części sklepowej. Z półki wziął paczkę chusteczek higienicznych. Otworzył ją i wyjął dwie sztuki. Na jednej napisał prośbę o kopię z monitoringu, a na drugiej potwierdzenie odbioru. Obie chusteczki zostawił na ladzie.

– Kurwa, co to jest? – warknął chłopak na ich widok.

– To, co chciałeś.

Sabisiak wziął pendrive’a i wyszedł ze sklepu. Świtało. Jasność dnia zdawała się rywalizować z lampami ledowymi. Huk z autostrady nasilał się. Był to jedyny dźwięk w najbliższej okolicy. Gdyby trasa szybkiego ruchu ucichła, zapadłaby totalna głusza. Zjawisko niemożliwe, bo huk jadących samochodów wydawał się czymś nieprzerwanym, jak ryk fal podczas sztormu. Wsiadł do policyjnej Astry. Trzymał dłonie na kierownicy. Powinien ruszać. Stał jednak, wpatrując się w stanowiska pod wiatą. Ewa Kamińska przyjechała tutaj z mężczyzną. A jej towarzysz miał wyjątkowo znajomą twarz. Blisko osadzone oczy, wąski podbródek, jak gdyby kobiecy. Sierżant widział dzisiaj te pociągłe rysy, te ciemne oczy. To była fizys prokuratora Tobiasza Hanysa. Ta na nagraniu wydawała się jej młodszą wersją. Co powiedział prokurator, gdy zobaczył zwłoki? Że to znajoma jego brata. Że razem studiują skandynawistykę na UG. Sabisiak wyjął telefon i znalazł na stronie uniwersytetu listę studentów trzeciego roku. Byli na niej Ewa Kamińska i Mateusz Hanys. Oprócz nazwisk były też zdjęcia. Przyjrzał się twarzy młodszego Hanysa. Pokiwał głową, jak gdyby chciał powiedzieć: Mam cię. To ty. Nie miał wątpliwości. To ten chłopak tankował tutaj Citroëna. Wybrał się w drogę razem z Ewą Kamińską. Ona siedemnaście kilometrów dalej pożegnała się z życiem, a on zniknął. Oby nic mu się nie stało. Nie życzył prokuratorowi Hanysowi rodzinnej tragedii.

Rozdział IV

Do prosektorium prowadził długi korytarz zawsze pachnący detergentem. Osiem lat temu Tobiasz Hanys przeszedł go po raz pierwszy w grupie studentów, z żołądkiem ściśniętym w supeł. To wtedy poznał doktor Alicję. Tylko dzięki niej przetrwał tamtą sekcję zwłok. Do końca życia nie zapomni twarzy czternastoletniego chłopca, który wówczas leżał na stole sekcyjnym. Będzie też pamiętał spokojny głos medyczki sądowej, która przekonywała ich, że to nie jest taki straszny widok. Że gorzej jest patrzeć na otwarte ciało, które żyje. Że ona sama zasłabła w czasach studenckich, gdy obserwowała operację, podczas której chirurg usuwał część płuca.

Teraz przez korytarz prowadzący do prosektorium prokurator szedł sam i cieszył się, że zaraz zobaczy doktor Alicję. Siedziała przy biurku i przeglądała papiery. Biały fartuch wydawał się zbyt mocno opinać jej biust. Zawsze była tęgawa, ale w ostatnich miesiącach złapała jeszcze kilka kilogramów. Czarne lśniące włosy ładnie okalały jej okrągłą twarz.

– Cześć, prokuratorze – rzuciła bez podnoszenia wzroku. – Co tam? Świat się pali czy tylko jedna dusza mniej?

Pochylił się i cmoknął ją w policzek.

– Świat jak zwykle. A ty pięknie wyglądasz.

– Nie czaruj. – Uśmiechnęła się. – Dzięki za wczoraj. Potrzebowałam tej rozmowy.

– Możesz wpadać, kiedy chcesz. W lodówce mam zawsze trochę sera i pasztetu.

Ich przyjaźń nie miała prawa się wydarzyć. Podzieliła ich sala sądowa. Tamtego dnia, gdy oskarżał najbliższą jej sercu osobę. Alicja patrzyła wtedy na niego z ławy dla publiczności pełnymi rozpaczy oczami. Powinna go znienawidzić. Stało się inaczej.

– Przychodzę w sprawie tej dziewczyny, która zmarła w swoim samochodzie po zjechaniu z autostrady w Kopytkowie.

– Mam ją wziąć na stół natychmiast?

Westchnął.

– Matka nie pozwoliła „pokroić swojego dziecka”.

Alicja tylko skinęła głową. Tę reakcję najbliższych znała aż za dobrze.

– Powiedziałeś, że nie potrzebujesz na to jej zgody?

– Nie. Ta kobieta niedługo zrozumie, że najgorsza jest niepewność. Będzie chciała wiedzieć, dlaczego córka nie żyje, i bez tej wiedzy nie zgodzi się jej pochować. Sądzę, że jutro będziemy mieli jej akceptację na sekcję. Poczekamy.

– Też uważam, że się zgodzi, dlatego nie musimy czekać. Wyjątkowo mam dzisiaj czas. Tylko dwa noworodki na mnie czekają w szufladach.

– Wstrzymamy się, bo matka tej dziewczyny to Beata Horn.

Alicja przymrużyła oczy i czubkiem języka dotknęła górnej wargi. Nad czymś się zastanawiała.

– Horn? Ta, co podobno uśmierciła szwedzkiego hrabiego, żeby odziedziczyć po nim majątek?

– Ta sama.

– Aha, rozumiem, najbogatsza i najbardziej wpływowa kobieta w Polsce. Nie chcesz jej podpaść. Gdyby się na ciebie uwzięła, to mogłaby ci bardzo zaszkodzić.

Przytaknął.

– Na razie zleć tylko toksykologię. Mam przeczucie, że Ewa Kamińska coś wzięła i źle na to zareagowała.

– Zwykle zaczynam od wysłania krwi do laboratorium. W tym wypadku to konieczność, skoro ofiara nie ma obrażeń zewnętrznych.

– Podejrzewamy też zatrucie spalinami. Chociaż to mi się wydaje mniej prawdopodobne. Auto było nowe.

Alicja wstała i poprawiła fartuch na biodrach.

– Chodź ze mną.

Jej drewniaki stukały o kafelki. Hanys podążał za nią bezszelestnie. Weszli do pomieszczenia z komorami chłodniczymi. Alicja włożyła rękawiczki i przygotowała strzykawkę. Podeszła do chłodni i wysunęła szufladę ze zwłokami Ewy Kamińskiej.

Prokuratora zaskoczyło, że dziewczyna miała rozmazany makijaż. Nie zauważył tego, gdy oglądał ją w świetle latarki. Wtedy skupił się na silikonowych ustach. Ewa płakała przed swoją śmiercią? Z jakiego powodu? Czy z bólu?

Alicja wkłuła igłę w przedramię trupa.

– Zapytałeś Horn, czy córka na coś chorowała?

– Nie. Pojechałem tylko po to, żeby powiedzieć, że znaleźliśmy zwłoki w samochodzie.

– Ty osobiście? Myślałam, że to działka policji.

– Ewa Kamińska to bliska koleżanka mojego brata. Uznałem, że wypada mi osobiście.

– No i poza tym chodziło o Beatę Horn? Prawda? Podobno odziedziczyła tyle pieniędzy, że sama nie wie ile.

Hanys wzruszył ramionami.

– Nie wiem, czy jest aż taka bogata, czy to raczej wymysł portali plotkarskich.

Alicja się uśmiechnęła.

– Uwielbiam plotki. Odprężają mnie. Ostatnio czytałam, że Horn niespodziewanie dowiedziała się, że jest właścicielką samolotu. Stał na lotnisku w Amsterdamie. Dowiedziała się o nim, bo lotnisko kazało jej zapłacić za miejsce parkingowe. Czytałam też, że ma kilka pałaców w Szwecji.

– Może i ma. Ale w Gdańsku mieszka w apartamencie nad Motławą. Spory ten apartament i ładny, ale pałacem nie jest.

Doktor Alicja umieściła krew w próbówce. Uniosła szklane naczynie i przyjrzała mu się.

– No to jedną rzecz możemy już na tym etapie wykluczyć.

– Co takiego?

Podsunęła mu próbówkę pod oczy. Najpierw jego wzrok zatrzymał się na krwistym lakierze pokrywającym paznokcie doktorki, a potem na krwi w szklanym naczyniu. Ta w naczyniu była ciemniejsza od koloru paznokci.

– Przy zatruciu tlenkiem węgla krew jest jasna. A ta ma normalną barwę. To nie samochód przyczynił się do jej śmierci.

– W takim razie czekam na toksykologię. I dam ci znać, gdy matka oswoi się z myślą o sekcji zwłok.

Wyszedł z zakładu medycyny sądowej zamyślony. Powinien zatrzymać się gdzieś na śniadanie. Tak to już jest, że żołądek zawsze pokona głowę. Znalazł wolny stolik w restauracji na Piwnej. Chwilę później zajadał się jajecznicą na boczku. Nie odkładając widelca, wybrał numer brata. Powinien go poinformować o śmierci Ewy. Ten news zaraz zacznie krążyć po Trójmieście, podawany z ust do ust niczym smakowity kąsek. Zginęła przecież dziedziczka niebotycznej fortuny.

Mateusz nie odebrał. Zapewne był na zajęciach.

Gdy Hanys kończył posiłek, zadzwonili z sekretariatu prokuratury, aby go poinformować, że czeka na niego Beata Horn. Wytarł usta i brodę serwetką. Wziął tylko jeden łyk kawy, po czym wybiegł z restauracji.

Matka Ewy Kamińskiej siedziała na ławce naprzeciwko jego gabinetu. Towarzyszył jej aktualny mąż, Roland Wiśniewski. Oboje wyglądali zupełnie inaczej niż przed trzema godzinami, gdy odwiedził ich w apartamencie nad Motławą. Wtedy w szlafrokach prezentowali się dość zwyczajnie. Teraz biły od nich kasa i związana z nią wysoka pozycja społeczna. Zasługiwali na miano króla i królowej Trójmiasta. Nawet rozpacz nie była w stanie tego zamaskować. Nawet to, że siedzieli teraz na zwykłej drewnianej ławce w prokuraturze okręgowej, nie ujmowało im wyjątkowości. W zwyczajnym otoczeniu emanująca od nich aura wydawała się wyraźniejsza. Tu ich bogactwo rzucało się w oczy bardziej niż w wytwornych wnętrzach. Roland miał zegarek ze skórzanym paskiem na nadgarstku i sygnet z czarnym oczkiem na najmniejszym palcu. Ponadto marynarka skrojona została przez jakiegoś mistrza krawiectwa. Pani Horn emanowała bielą i pastelami. Emanowała nawet czymś więcej. Doskonałością. Jej usta poprawione przez chirurga, w przeciwieństwie do warg córki, miały idealny kształt. Nos też był idealny. A włosy lśniły kolorem trudnym do nazwania. Pasma wijące się po obu stronach twarzy rozjaśniały jej oblicze, odejmując kilka lat.

Tobiasz z trudem powstrzymał się od przeprosin za to, że na nich nie czekał.

Weszli do gabinetu. Wiśniewski pomógł usiąść żonie na krześle. Troska zasługująca na uznanie. Horn musiała być na silnych lekach uspokajających.

– Zgadzamy się na przeprowadzenie sekcji zwłok – oznajmił Roland. – Czy mamy podpisać na to dokument?

– Nie. To nie jest konieczne.

Prokurator czuł się lekko skrępowany. Peszył go ten mężczyzna o uroku arystokraty i urodzie włoskiego amanta. Roland Wiśniewski zbliżał się do pięćdziesiątki, ale niejedna dwudziestolatka uznałaby go za kogoś godnego uwagi.

– Jak już państwu wspominałem, podejrzewamy naturalną przyczynę zgonu. W związku z tym interesuje nas, czy Ewa na coś chorowała.

– Nasza córka była zdrowa – oznajmił Wiśniewski.

Prokurator spojrzał na Horn. Od niej oczekiwał odpowiedzi. Ona była matką i powinna wiedzieć więcej niż jej kolejny mąż.

– Pani Beato, czy Ewa chorowała?

– Nie chorowała.

Horn poruszała ustami. Jasne oczy pozostały nieruchome. Były to piękne oczy. Duże. Powiększone profesjonalnie wykonanym makijażem. Hanys pamiętał zdjęcia tej kobiety, na które czasami trafiał w mediach. Wyglądała na nich tak jak teraz. Perfekcyjnie. Śmierć dziecka tego nie zmieniła.

– Czy w pani rodzinie albo w rodzinie ojca Ewy dochodziło do nagłych zgonów w młodym wieku?

– Nie.

– Czy pani córka eksperymentowała z narkotykami albo dopalaczami?

– Nie.

– A może jakieś cudowne preparaty pomagające w przyswajaniu wiedzy? Studenci często sięgają po takie rzeczy.

– Nie.

– Pani Beato, dobrze wiemy, że nie wszystko mówi się rodzicom. Może jednak Ewa coś zażywała?

– Nie.

– A jakieś tabletki pomagające w schudnięciu?

– Moja córka była szczupła.

Horn wypowiadała się lakonicznie. Może leki uspakajające przeszkadzały jej w sformułowaniu bardziej obszernej wypowiedzi. A może to, że wciąż była w szoku. Mąż ujął ją za nadgarstek. Najwyraźniej chciał jej pomóc.

– Panie prokuratorze, Ewa to mądra dziewczyna, dlatego uważamy, że nie eksperymentowała z narkotykami ani innymi substancjami. Ale ma pan rację, że rodzice nie wszystko wiedzą. Dlatego proponuję, żeby pan podpytał swojego brata. Ewa i Mateusz bardzo się przyjaźnili. On może wiedzieć więcej.

– Tak, z bratem też porozmawiam – oznajmił Hanys, łapiąc się na tym, że zabrzmiało to, jak gdyby akceptował polecenie Wiśniewskiego. – Ewa mieszkała z wami?

– Nie. Ma własny apartament.

Roland mówił o pasierbicy w taki sposób, jak gdyby nadal żyła. Zapewne z uwagi na uczucia żony. Co chwilę spoglądał na nią, jak gdyby chciał się upewnić, że się trzyma. Ściskał ją też nadal za dłoń.

– Gdzie Ewa jechała wczoraj w nocy?

Wiśniewski cicho westchnął.

– Nie wiemy. Byliśmy pewni, że dzisiaj jest na uczelni. Nie mówiła, że gdzieś się wybiera. A zwykle nas o tym informuje, zwłaszcza gdy wyjeżdża na dłużej, nawet na dwa, trzy dni.

Mężczyzna przesunął dłonią po bujnych czarnych lokach. Banalny gest, ale jak znamienny dla podkreślenia atrakcyjności. Hanys uświadomił sobie, jak marne są jego własne włosy.

– Czy mają państwo do mnie jakieś pytania?

Horn i Wiśniewski milczeli.

– Sekcja zwłok i badania toksykologiczne dadzą nam odpowiedź, dlaczego Ewa zmarła. Musimy teraz czekać. Jutro ktoś z prokuratury podjedzie do państwa z protokołem do podpisania.

Beata pierwsza się podniosła. Podała dłoń prokuratorowi, gdy ten wstał. Poczuł ciepłe, drobne palce i zimny metal pierścionków. Pochwycił jej intensywny wzrok na sobie. Ta kobieta go onieśmielała. Oni oboje go onieśmielali.

– Jest pan podobny do Mateusza. Ale chyba nie jest pan tak przebojowy jak on.

Nie wiedział, jak skomentować uwagę Horn. Nigdy nie uważał młodszego brata za przebojowego.

– Obiecuję, że w jak najkrótszym czasie ustalimy, co spotkało Ewę. To zajmie dwa, trzy dni.

– Dziękuję panu.

Hanys wpatrywał się w wąskie plecy Beaty Horn, gdy ta opuszczała jego gabinet, trzymając męża pod ramię. Magnetyczna kobieta. Niezwykła i piękna.

Redakcja

Magdalena Chrobok

 

Korekta

Joanna Rodkiewicz

 

Skład i łamanie wersji do druku

Łukasz Slotorsz

 

Projekt graficzny okładki

Mariusz Banachowicz

 

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026

© Copyright by Agnieszka Pietrzyk, Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384303146

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Część pierwsza

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści