Aura - Izabela Skrzypiec-Dagnan - ebook
NOWOŚĆ

40 osób interesuje się tą książką

Opis

Dokąd uciec, gdy wali się świat? Opowieść o stracie, miłości i budowaniu życia na nowo…

Chcąc zostawić za sobą bolesne wspomnienia, Aura, młoda konserwatorka zabytków, przyjmuje zlecenie renowacji starych skrzyń wiannych w niewielkiej miejscowości na południu Polski. Pośród jesiennego krajobrazu, pracy z antykami i spotkań z ludźmi, którzy niosą własne historie, powoli odzyskuje spokój. Zaczyna wierzyć, że choć przeszłości nie da się zmienić, można nauczyć się z nią żyć.

Gdy na jej drodze staje tajemniczy Łukasz, na światło dzienne wychodzą sekrety, które zmieniają obraz małżeńskiego życia i zmuszają Aurę do ponownego zmierzenia się z przeszłością, o której próbowała zapomnieć…

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 236

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Mbotka_56

Dobrze spędzony czas

Dobrze spędzony czas
00



Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2026

ISBN: 978-83-68987-08-9

AURA

Czuje olbrzymią fizyczną ulgę.

Że to już koniec.

I niemal zgina się wpół, przygnieciona wyrzutami sumienia z powodu tej myśli.

Podczas ostatnich dwóch miesięcy setki razy uznała: „Dłużej już nie dam rady”. A potem dawała radę, wyciskając z siebie całą energię, aż się wyładowała do cna. Teraz było jej zero, może stąd ta ulga. Poziom dna, niżej nie ma już nic, chyba że któreś z następnych kręgów piekieł.

*

Ostatnie kilka metrów w stronę otwartej dwuskrzydłowej cmentarnej bramy Aura pokonuje już biegiem, niewysokie obcasy stukają o chodnikowe płyty. Boi się, że nie zdąży.

Wymiotuje gwałtownie, chowając się w ostatniej chwili za blaszanym kontenerem na odpady, stojącym na ulicy.

Jest zażenowana, chora z bólu, półprzytomna.

Przykłada dłoń do ust, a kwaśny posmak na języku sprawia, że czuje kolejne mdłości. Trochę się zataczając, przywiera plecami do ceglanego muru otaczającego teren cmentarza. Słońce pali jej twarz, więc zaciska powieki. Płacze bezgłośnie.

Jest bardzo gorące czerwcowe popołudnie. Rano padało, wszystko wokół paruje, w powietrzu tropiki. Aura jest cała mokra, jej ciało powleka cieniutka warstwa potu. Materiał granatowej, koktajlowej sukienki chłonie wilgoć, robi się ciężki. Ta sukienka z prostym dekoltem, pozbawiona ramiączek, odsłaniająca smukłe ramiona…

— Już szuka nowego. — Usłyszała podczas ceremonii gdzieś za plecami jadowitą uwagę.

A myślała, że będą tu dziś zgromadzeni tylko życzliwi jej ludzie. „To była ulubiona sukienka Michała, włożyłam ją dla niego, a wam wszystkim gówno do tego, w czym przyszłam na pogrzeb własnego męża”.

Próbuje unieść powieki, przezwyciężyć nawrót mdłości, słońce przypieka.

„Jestem wrakiem” — przelatuje jej przez myśl.

*

— Tak nie można… Są pewne zasady — zaprotestowali jej rodzice, kiedy oświadczyła, że nie będzie jej na stypie. — Nie może cię tam zabraknąć, to był twój mąż!

I właśnie dlatego że to był jej mąż, ukochany człowiek, którego dziś pochowała, wlecze się teraz przed siebie, przez senne, upalne, dyszące wilgocią miasto. Szuka chłodu, cienia, wytchnienia, miejsca, w którym mogłaby na chwilę zamknąć oczy i zapomnieć.

Nie ma pojęcia, jak dalej żyć. Owszem, pełna jest planów na daleką przyszłość — ale jak przetrwać dziś i jutro? Nie wie, jak wejść w kolejny dzień.

Skończyło się coś, co miało trwać i trwać. Teraz Aura stoi w ciemnym korytarzu egzystencji, jedne drzwi się za nią zatrzasnęły, drugie jeszcze się nie otworzyły. Ciemno tu, samotnie tu, wszystko boli.

*

„Jak to miasto śmierdzi” — kołacze jej się po głowie, kiedy przechodzi na ocienioną stronę ulicy i uderza w nią skondensowana fala zapachów. Intensywne, kobiece Black Opium i Good Girl mieszają się w stojącym upalnym powietrzu z męskim Fahrenheitem, Guilty Absolute i Invictusem. Jednocześnie czuć aromat świeżych owoców, porozkrawane arbuzy i aperol. Śmierdzą organicznie zgniłe warzywa. W mokrym powietrzu unosi się intensywna woń przywiędłej, skoszonej na miejskim skwerze trawy i ciężka, tłusta chmura smażonego fast foodu z budki; do tego mocny odór rozkładających się na słońcu śmieci i wyschniętego moczu.

Miasto latem — w takim słońcu i przy tak egzotycznej wilgotności betonowy organizm żyje, a jego fizjologia nabiera intensywności. Gęsty pot spływa po fasadach kamienic.

Najgorzej śmierdzą wąskie uliczki. Cały ten smród się tam kondensuje, zagęszcza w urbanistycznej betonozie.

Aura nie ma już czym wymiotować.

*

„Dobrze, że umieranie trwało miesiąc. Nie zniosłabym ani dnia dłużej”.

*

Takie wielkie miasto i ani jednego kątka, który mógłby przynieść ukojenie i ciszę, w który można by się schować, który stałby się małym, ciasnym azylem. Aura czuje się tak, jakby przeszła na autopilota. Coś każe jej iść przed siebie, coś ucięło gonitwę myśli, ogarnęła ją jakaś martwota. Idzie jak marionetka.

I to jest dobre.

Ma wrażenie, że jest sucha jak pustynia. Wypłakała wszystkie łzy, jej ciało to teraz puste naczynie.

Odsuwa od siebie myśli, że jej bliscy: przyjaciele, teściowie, siedzą teraz w kawiarni i pogrążeni w rozpaczy, wspominają. Może milczą, może ich gardła pozaciskane są od emocji. Puste krzesło, które było jej przeznaczone, stoi samotnie. Bardzo symbolicznie.

Słowo „wdowa” przywodziło jej zawsze pod powieki typowy obrazek: dostojna dama w dojrzałym wieku, cała spowita w czerń i kir, zalana łzami, otoczona wianuszkiem pełnych współczucia dzieci i wnuków. W tle przejmująca żałobna pieśń.

Dwudziestosiedmioletnia wdowa to niemal oksymoron. Dziewczyna pełna życia, zakochana, u progu wszystkiego, co najlepsze — tak było jeszcze pół roku temu. Potem diagnoza. Szok. Zaprzeczenie. Bunt. Błyskawiczne umieranie.

Czuje się najsamotniejszą osobą na świecie. Nikt nie jest w stanie unieść z nią jej bólu, z nikim nie może go dzielić, każdy ma własny, który wypala go od środka.

Poczucie pustki przynosi ulgę.

Jednocześnie czuje się zagubiona i bezradna.

Jest zmęczona. Dzień jest ciężki, trudno się oddycha takim wilgotnym powietrzem. Boli ją głowa, być może zaczyna się migrena; ból pojawia się w lewym oczodole i promieniuje w głąb czaszki.

Ma zaciśnięte gardło. Zaciśnięty żołądek. Czuje ciężar w klatce piersiowej. Czuje potrzebę płaczu, ale nie ma łez.

Idzie przed siebie, nie wiedząc, dokąd zmierza.

To i tak bez znaczenia.

*

Na śmierć nigdy nie jest się przygotowanym.

Michał chciał ją przygotować. Po swojemu, jak zwykle, czyniąc przy tym więcej szkody niż pożytku. Uparł się i przed pójściem do szpitala wyrzucił wszystkie swoje rzeczy. A ściślej — wszystkie, na które mu pozwoliła: ubrania, kosmetyki, cały ten codzienny nieistotny bajzel utrzymujący ciało w formie. Zatrzymała ich wspólne ukochane książki, dokumenty, żałowała, kiedy pozbywał się laptopa, drobnej elektroniki, kilogramów papierów. Chciał jej oszczędzić życia w mieszkaniu, w którym pełno jego rzeczy — a jego samego już nie ma.

Wiedziała, że wróci dziś do przestrzeni, która wygląda jak zamieszkana przez jedną osobę. Pamiątki zostały pochowane głęboko w szafach i szufladach.

Nie przewidział, że mimo pozbycia się wszelkiej fizycznej materii pozostał tam metafizycznie — we wspomnieniach, w zapachu, w jej sercu.

Aurze przechodzi przez myśl, że nie wróci dziś do domu. Nie zniesie tej pustki, tej samotności. Zastanawia się, czy nie pójść do rodziców, ale co to zmieni? Pomieszka z nimi kilka dni, a potem i tak będzie sama. To tylko odroczy w czasie samotność.

Nie potrafi z nikim dzielić tych emocji. Jest nadal w szoku. Poczucie niesprawiedliwości obezwładnia. Czuje się skrzywdzona.

Chciałaby krzyczeć, krzyczeć, krzyczeć, ale głos uwiązł gdzieś w gardle, Aura się dusi.

Dwie obrączki, jedna obok drugiej, na serdecznym palcu. Michał chciał swoją zabrać, wrzucić do Motławy, ale mu na to nie pozwoliła. Zaciska pięść i przygląda się krążkom lśniącym w blasku słońca. Przy okazji zauważa, że trzęsą się jej dłonie.

Czuje telefon wibrujący w cienkiej kopertówce zawieszonej na ramieniu na długim złotym łańcuszku. Pierwsza myśl: „Michał…”.

Dławi się jękiem, zerkając na wyświetlacz. Jej ojciec. To trzecie nieodebrane połączenie. Dzwoniła też dwa razy Gośka.

Aura przystaje gwałtownie na chodniku, zrozpaczona szuka w pamięci smartfona ostatniego połączenia z Michałem. Kiedy to było? Nie ma śladu. Przeszukuje kontakty, miała go zapisanego jako MMM.

M jak Mój.

M jak Mąż.

M jak Michał.

Był każdym M w jej życiu: jej mężczyzną, miłością, marzeniem, mocą, myślą, mądrością, motywacją…

Nie ma go w kontaktach. Usunął swój numer, kasując przy okazji wszystkie SMS-y, które wymienili w ciągu trwania małżeństwa.

Aura oddycha głęboko, próbując się pozbierać, żeby zrobić kolejny krok w przód, żeby pójść dalej. Czuje w sobie coś nowego — palący gniew pojawia się nagle w trzewiach. „Jak mogłeś mi to zrobić?! Jak mogłeś pozbawić mnie nawet tego?”

Ma wrażenie, że zaraz wybuchnie.

*

„Jestem wrakiem” — myśli kolejny raz, leżąc w eleganckiej sukience na plaży. Zeszła drewnianą rampą na plażę, ściągnęła czółenka, przymknęła oczy, gdy stopy zagłębiały się w rozgrzany piach. Kiedy dotarła nad morze, był późny wieczór, teraz jest już prawie noc.

Woda jest spokojna, jej tafla minimalnie marszczy się tuż przy brzegu, muskając plażę przezroczystą pianą. Dzień zgasł, miasto się rozświetliło. Nocą panuje tu półmrok i niemal zupełna pustka. Spacerowicze zniknęli po zachodzie słońca. Gdzie oni sobie poszli? Nigdy tego nie rozumiała. Czy może być coś piękniejszego niż plaża późnym wieczorem i nocą?

Aura czuje się tak, jakby cała zapadała się w piasek. Podłoże oddaje zmagazynowane w ciągu dnia ciepło, przebija się na powierzchnię ukryta w głębi wilgoć. Kobieta rozciera odruchowo między palcami dłoni drobne ziarenka. Ma piasek we włosach, pod materiałem sukienki, przykleja się jej do spoconego ciała.

Do ciała, które choruje, jest osłabione, cierpi. Nosi w sobie ogromną dawkę bólu straty, poczucia niesprawiedliwości, wyparcia i tęsknoty. Ciała, które zaznało miłości, dotykało, było dotykane, które kochało się z innym ciałem. Ciała, które drżało, budziło się, rozkwitało i odpoczywało w kochających ramionach. Ciała, które — jak ona już wie — potrafi zgasnąć w kilka tygodni. Poddać się. Nie podjąć walki, nie zareagować na terapię.

Pod półprzymkniętymi powiekami przewija się film z ich wspólnego życia. Zwykłe, codzienne chwile. „Nie bój się, jestem obok”. Spojrzenie szarych oczu. Sposób, w jaki się poruszał, pochylał, uśmiechał. Jego głos… Jego dotyk… Jego smak… Jego ulubiona biała bluza z kapturem, którą sama lubiła nosić. Wielka dłoń, z której musiał zdjąć obrączkę, bo leki wywołały opuchliznę. Wyraz twarzy, kiedy się zamyślał. Stukanie palcami w blat, czego nie znosiła. Brzmienie głosu.

Aura krztusi się szlochem, ale nie może płakać.

*

Nie wie, ile minęło godzin, odkąd tu leży. Jakiś czas temu pojawiła się roześmiana grupa młodych kobiet, przyszły od strony portu. Rozłożyły się na piasku niedaleko Aury, ale chyba jej nawet nie zauważyły.

Przechyla głowę, wtula policzek w piach i przez chwilę przygląda się ich sylwetkom odcinającym się na tle grafitowego nieba, zaczyna wychwytywać strzępki rozmów. Same kobiety: głośne, roześmiane, radosne. Włączyły muzykę, melodia z przenośnych głośników uderza decybelami w przestrzeń. Strzelają korki od butelek szampana.

Aura ma serce rozdarte na pół. Czuje się wysuszona, odwodniona, usta ma spierzchnięte, cała powoli zamienia się w piach. Nie myśli już o niczym i wpatruje się tylko w rozgwieżdżone niebo.

— Ktoś tam leży. — Słyszy po jakimś czasie.

W chwilę później dostrzega nad sobą dwie młode twarze. Pochylają się nad nią, wyglądają na zaniepokojone. Mają rozpuszczone, falujące włosy, trochę rozczochrane, pełne wiatru, a ich końcówki łaskoczą ją w obojczyki. Noszą białe, marszczone sukienki do kostek, a na włosach plecione, pewnie własnoręcznie, wianki z traw i kwiatów. W blasku księżyca wyglądają niemal nierealnie. Jak słowiańskie boginki. Są piękne.

— Wszystko w porządku? — pyta jedna z dziewczyn, widząc otwarte oczy Aury.

— Tak — mówi wbrew sobie, wkładając w to maksimum wysiłku.

— Potrzebujesz czegoś? Możemy ci jakoś pomóc?

— Po prostu leżę…

— Złamane serce? — Ta druga, dotąd milcząca, uśmiecha się łagodnie.

Aura zerka na nią ciężkim spojrzeniem, w którym jest samo cierpienie. „Nawet nie wiesz, jak bardzo trafiłaś”.

— Chodź do nas — proponują.

Ale Aura tylko kręci głową, zaciskając powieki. Ma nadzieję, że nie będą nalegać. Chciałaby im powiedzieć, żeby szły do przyjaciółek, dobrze się bawiły. I tak dają jej coś od siebie: Aura czuje się nieco podniesiona na duchu, wiedząc, że są obok. Słyszy po chwili, że odchodzą.

Obraca głowę i dostrzega kątem oka, jak wstają, otrzepują się z piasku i skaczą do melodii, śpiewając na całe gardło piosenkę, której ona nie zna. W Aurze wywracają się wszystkie wnętrzności. Łzy ciekną ciurkiem po policzkach, łaskoczą cienką skórę tuż przy uszach, moczą włosy. Nie ma pojęcia, co się z nią dzieje — nie jest w stanie opanować emocji.

Nawet nie słyszy, kiedy jedna z dziewczyn wraca. Po chwili podaje jej pełną butelkę białego wina.

— Wypij za nasze zdrowie, my pijemy za twoje. Wszystko się ułoży.

Butelka jest odkorkowana. Aura dźwiga się do góry i opiera na przedramieniu. Jest bardzo spragniona. Pije z gwinta, wino jest wytrawne, cierpkie i zimne. Idealnie gasi pragnienie w tę gorącą, letnią noc.

— To wieczór panieński mojej przyjaciółki Oliwii. Jeśli masz ochotę, dołącz do nas. Nie musisz z nami rozmawiać, zwierzać się, po prostu z nami bądź. Nie chcemy cię tu zostawić samej.

Aura czuje, jak wino ścieka jej cienką strużką po szyi, dekolcie, wsiąka w materiał sukienki. Odrywa się od butelki.

— Jesteście kochane. — Uśmiecha się, płacząc.

Siedzi później w kręgu ubranych na biało młodych dziewczyn, przysłuchuje się im, sama nie odzywając ani słowem. Opiera brodę o podsunięte do góry kolana, przysłaniając ciemną sukienką nogi i stopy. Czuje na sobie różne prądy powietrza, mieszające się na plaży: ciepłe jak kisiel podmuchy przesuwające się po jej zapiaszczonym ciele, a w chwilę później delikatna, przynosząca orzeźwienie bryza. Morze jest nadal ciche.

Wszystkie są w podobnym wieku, a w tak skrajnych momentach życia. Miłość, śmierć, uczucia, przemijanie, biel, czerń, radość, żałoba, wesele, pogrzeb.

Kończy im się wino. Aurze kręci się w głowie, dużo wypiła.

— Idziemy w miasto. Idziesz z nami?

— Nie… Ale jest mi lepiej, dziękuję, że mogłam tu z wami w milczeniu posiedzieć. — Uśmiecha się, walcząc z mdłościami.

Dziewczyny się podnoszą, szukają w ciemności torebek, wsuwają bose stopy w sandały, zbierają puste butelki.

— Jesteś pewna? Słuchaj, nie chcę, żebyś tu została sama. Zamówimy ci taksówkę do domu.

— Mieszkam przy plaży — kłamie gładko Aura. — Zaraz wracam do siebie.

— Odprowadzić cię?

— To dwa kroki stąd. Bawcie się dobrze.

Nieznajoma spontanicznie obejmuje zaskoczoną Aurę i przytulają się przez chwilę, połączone nagłym siostrzeńskim zrywem. Jest coś takiego w kobietach, że czują więź i wspólnotę: mając dwadzieścia lat — przy wejściach do klubów, mając trzydzieści lat — pod drzwiami przedszkoli, mając siedemdziesiąt — w poczekalniach przychodni.

— Wszystkiego dobrego.

— Wszystkiego dobrego.

Aura słyszy je jeszcze przez pewien czas, gdy opuszczają plażę. Przechyla się w tył i pada w piasek. Wszystko wiruje jej pod powiekami. Piła to wino jak wodę.

Gwiazdy gasną. Nawet nie wie, kiedy zasypia.

TEN DRUGI

Siedzi w ciemności na skraju plaży, niedaleko wejścia. Ma za sobą gęstwinę kwitnącej i owocującej jednocześnie dzikiej róży. Dalej szeleszczą poruszane wiatrem, powyginane dziwacznie sosny.

Gasi na kamieniu wypalonego po filtr papierosa, chociaż rzucił przecież fajki tuż po studiach; ten romans był intensywny, ale krótki.

Zerka niespokojnie na zegarek. Kobieta leży w bezruchu od pięciu minut. „Wstań wreszcie i wracaj do domu” — myśli. Z daleka niezbyt dobrze widzi, ale Aurelia raczej ani razu nie odmówiła proponowanego jej alkoholu. Chyba zalała się w trupa.

Ma na sobie czarny garnitur, rozpiął dwa guziki koszuli. Zdejmuje krawat, zwija go na palcach i wciska w kieszeń spodni. Czuje, że ma pełno piasku w półbutach. Drażni go to, wywołuje dyskomfort, którego nie znosi.

Przeczesuje palcami opadające na czoło włosy w kolorze spłowiałego blondu, które powinien podciąć kilka miesięcy wcześniej. Ale nie miał czasu.

Podejmuje wreszcie decyzję, podnosi się i rusza wolnym krokiem w stronę leżącej na piasku. Czuje w sobie natłok sprzecznych uczuć; niechęć, ciekawość, dystans. Droga do niej jest chyba zaczarowana; wydłuża mu się w tej ciemności w nieskończoność.

Zatrzymuje się nad zwiniętym w kłębek ciałem i rozgląda wokół. Plaża jest puściusieńka, za kwadrans trzecia. Czuje narastającą złość: idiotki, nie powinny zostawiać jej tu samej. Przebiega mu po plecach zimny dreszcz, kiedy patrząc na Aurę, przechodzi mu przez myśl, że wygląda, jakby nie żyła.

Pochyla się nad nią i przykłada dwa palce do jej szyi. Wyczuwa po chwili delikatne pulsowanie. Po prostu się upiła. Teraz jęczy coś niezrozumiale w półśnie, rozgarniając powietrze dłonią.

Rośnie w nim gniew.

— Co ty wyprawiasz… — mamrocze i zakrywa gwałtownym ruchem jej uda sukienką.

Mleczna skóra ginie pod ciemnymi falbankami. Nawet nie chce myśleć, że mógłby się tu na nią natknąć w takim stanie jakiś inny facet. Dobrze, że za nią poszedł, chociaż czuł się przez całą drogę fatalnie, jak stalker obserwujący ją z bezpiecznej odległości. Uczucie złości miesza się w nim ze współczuciem. Wie, przez co Aura przeszła przez ostatnie miesiące.

Podciąga do góry rękawy marynarki, a potem wsuwa delikatnie ręce pod jej ciało, grzęznąc w piachu. Podnosi się ze stęknięciem z dziewczyną w ramionach. Choć taka drobna, bezwładna waży naprawdę sporo.

— Obiecałeś, że mnie nie zostawisz… — bełkocze Aura przez sen, jej głowa kołysze się w rytm jego kroków.

W końcu mężczyzna unieruchamia ją, przytrzymując przedramieniem, przyciskając lekko do piersi.

Czuje na swoim brzuchu wibrowanie. Ktoś się do niej nie może dodzwonić, telefon wariuje w torebce.

Zaciska szczęki. „Życie jest dziwne” — myśli.

AURA

Jej pierwszą myślą po przebudzeniu jest, że chciałaby się nie obudzić.

Leży we wczorajszej sukience we własnym łóżku. Nawet nie pamięta, kiedy wróciła do domu. To bez znaczenia. Wpatruje się w sufit.

Uczucie samotności i świadomość nieobecności Michała wypełnia ją po brzegi. Będzie się tak tu budzić sama przez kolejne dni, tygodnie i miesiące. Coś zaciska jej pierś, więżąc oddech w płucach. Stara się głęboko oddychać, żeby wyrzucić z siebie to napięcie, nie rozpaść się.

Chciałabym dziś zostać sama. Wszystko jest w porządku, jestem w domu — pisze SMS-a do wszystkich osób, które nie mogły się do niej wczoraj i w nocy dodzwonić. Odpowiada w ten sam sposób na Messengerze zaniepokojonym przyjaciołom.

Czując nieznośny ból głowy, bierze prysznic i wraca w samej bieliźnie do łóżka. Leży w nim do wieczora, na przemian zapadając w krótkie, niespokojne drzemki i we wspomnienia, w coś bliskiego letargowi.

W ogóle nie czuje głodu. Zmusza się jedynie do picia wody, a i tak ma po niej mdłości. Przez cały dzień we włączonym telewizorze przewija się serial kostiumowy, który zaczęła oglądać dawno temu, w jakimś innym życiu, kiedy jeszcze wszystko było takie, jakie powinno być. Słyszy dialogi nawet wtedy, kiedy na chwilę przysypia — daje jej to jakieś kojące, złudne uczucie bezpieczeństwa.

Jest upał. Aura pootwierała okna, żeby zrobić przeciąg, ale zasłoniła je zaciemniającymi storami. Od czasu do czasu mocniejszy podmuch powietrza wybrzusza je i Aura ma wrażenie, że ktoś tam stoi ukryty.

Porusza się w półmroku mieszkania jak zwierzątko w ciemnej norce, obija się boleśnie o kanty mebli.

Dostała mocne tabletki na wyciszenie, jej mama naciskała.

— Na pewno? — dociekał lekarz. — Choć to bardzo bolesny etap, może potem pani żałować, że nie przeżyła go w pełnej świadomości.

Rozważa teraz połknięcie jednej, bo wszystko w środku gore, ale wie, że to bez sensu. Ten ból i tak ją musi przetrawić, nie ucieknie od tego.

Trzyma w dłoni szklankę i przygląda się, jak woda chlupocze, jak trzęsą się jej ręce.

— Mamo, nie przyjeżdżaj. Proszę, chcę być teraz sama — mówi, gdy oddzwania wreszcie do rodziców, którzy od rana nie ustają w próbach dotarcia do córki.

W końcu, przymuszona, obiecuje wpaść następnego dnia na chwilę do rodzinnego domu.

Wieczorem siada przy biurku i włącza laptop. Od nadmiaru negatywnych emocji, kiepskiej jakości snu, upału i głodu ma zawroty głowy. Otwiera plik tekstowy i pisze na górze pustej strony: AURELIA JAMRÓZ. LAT 27. WDOWA.

Wpatruje się w te kilka słów określających jej obecną sytuację życiową i czuje w sobie przenikliwe zimno. Wszystko się skończyło. Po co jutro rano zwlekać się z łóżka?

Po pewnym czasie pisze dalej:

Jeszcze pięć dni temu rozmawialiśmy. Jeszcze wtedy żył. Czuję się tak, jakby od poprzedniego piątku minął miesiąc. Powiedział mi: „Chciałbym, żebyś żyła pełnią. Masz być szczęśliwa, Aura. Żeby to doświadczenie nie było tak traumatyzujące, że nie ruszysz później dalej. Musisz to zrobić. Przeżyj to i żyj. To nie jest ani moja, ani twoja wina. Tak się czasem dzieje, ja odejdę młodo, ale przed tobą całe życie. Nie oglądaj się na nikogo. Żyj i rób to, co dla ciebie najlepsze”.

Aura przerywa, bo czuje, jak jej gardło zaciska się boleśnie, a obraz rozmywają napływające do oczu łzy. Zaczyna wyć. Jak ranne zwierzę, nie kontrolując się. Osuwa się na podłogę, zwija w kłębek i pozwala gorącej rozpaczy wypełznąć ze swojego ciała na zewnątrz.

*

— Nie chcę pocieszania, rozmowy ani współczujących spojrzeń — mówi Aura, kiedy mama otwiera drzwi wejściowe.

Kobieta stoi zaskoczona i przygląda się swojej ukochanej córce. Bladej, pozbawionej makijażu twarzy, cieniom pod oczami, powstrzymywanemu siłą woli grymasowi ust. Aura ubrana jest w czarną szmizjerkę, przewiązaną cienkim paskiem w złoty wzór. Trzęsie się.

Ląduje w miękkich ramionach matki.

— Mamo, proszę… Nie zniosę tego…

— Nic nie będę mówić.

Płaczą obie bezgłośnie.

Aura przechodzi przez rodzinny dom w milczeniu, a każdy, kogo spotyka na swojej drodze, zatrzymuje się w pół kroku, porażony, jakby niosła ze sobą jakąś śmiertelną epidemię i skażała powietrze. Słyszy, że w salonie jest Malwinka. Dziewczynka gaworzy rozkosznie, zaśmiewając się, bo odkryła kilka dni temu, że to do niej należy ten śmieszny głos. Aurze mięknie spojrzenie, kiedy wchodzi do pokoju i widzi bratanicę półleżącą w bujaczku, wierzgającą bosymi, pulchnymi stópkami. Dziewczynka poznaje ciocię i piszczy na jej widok.

Aura ostrożnie odpina dziecko i podnosi. Przymyka powieki, przytulając policzek do miękkich kosmyków na ruchliwej główce. Ta jedyna w swoim rodzaju dziecięca woń… Małe dzieci pachną jak maślane ciasteczka.

Ten zapach uspokaja, daje ukojenie, łagodzi. Chyba po to tu dziś przyszła.

Zapada się głęboko w fotelu w najciemniejszym kącie pomieszczenia z niemowlęciem w ramionach i tak tkwi. Rodzina chodzi wokół niej na palcach. Ewa przynosi butelkę z mlekiem, Aura karmi dziewczynkę i rozczula się, kiedy mała ufnie spogląda na nią swoimi wielkimi, niebieskimi oczami. Pojawia się między nimi więź, coś specyficznego, coś, czego Aura nigdy wcześniej nie doświadczyła. Potem nakarmione maleństwo zasypia, a Aura tuli je do serca, ciesząc się z ciepłego ciężaru w ramionach.

W pokoju dwa wiatraki elektryczne pracują na największej mocy, ich szum wypełnia przestrzeń, w której nie ma słów.

Mama przynosi Aurze mocnego earl greya w ulubionej filiżance, tata czekoladki i trufle, bracia siedzą przy niej przez chwilę w milczeniu i to wszystko minimalnie podnosi ją na duchu. Nic nie mówią, dostosowują się do jej prośby, choć czuje przesuwające się po niej pełne współczucia spojrzenia. Choć widzi, że niemal duszą się od słów, które chcieliby z nią zamienić.

Buja Malwinkę, nucąc cicho kołysankę. I tak w ciszy mija godzina, wreszcie Ewa odbiera od niej wybudzającą się ze snu córeczkę.

*

Kolejne dwa dni Aura spędza w łóżku. Nie ma siły wstać, jej ciało jest ołowiane: ciężkie i zimne. Wgapia się niewidzącym spojrzeniem w telewizor, który nie przerywa swojego monologu. Nie rozsunęła zasłon, nie otworzyła okna. Powietrze robi się duszne, nieświeże, pełno w nim drobinek kurzu. Bunkier żałoby. Nikt tu nie wejdzie, nikt nie zna hasła, nikt nie jest w stanie wypowiedzieć takich słów, które mogłyby przynieść jej choć cień nadziei na przyszłość.

Wie, że przychodzą: rodzice, bracia, przyjaciółki. Zostawiają poprzylepiane do drzwi karteczki: Jesteśmy z Tobą. Kochamy Cię. Chcę, żebyś wiedziała, że o Tobie myślę. Wspieram modlitwą. Zadzwoń, jeśli tylko poczujesz się przytłoczona. Czekam, aż się odezwiesz.

Aura czuje się pokrzywdzona. Życie jest takie niesprawiedliwe. „Nie zdążyliśmy się sobą nacieszyć” — myśli. „Nie zdążyliśmy nic”. Ma dziwne wrażenie, że jej wnętrzności płoną. To się zaczęło dzień wcześniej — uczucie ciepła w środku, które przeszło w rozpalenie w trzewiach. Zastanawia się z obawą, czy może zaraz nie zajmie się cała ogniem. Samozapłon. Czytała kiedyś o tym, jednocześnie i przerażona, i zafascynowana, że ludzki organizm może się sam zapalić, bez jakiejkolwiek iskry z zewnątrz. Chociaż od dwóch dni leży, czuje się taka zmęczona, jakby w upale pielgrzymowała przez senne ulice miasta. Ból głowy, ból mięśni, uczucie dźwigania niezdefiniowanego ciężaru. Kołatanie serca.

„Żałuję, że to nie ja umarłam” — stwierdza, przymykając powieki. „Był miłością mojego życia. Znalazłam swoje dopełnienie, jak teraz znów żyć w połowie całości? Gdybym umarła, nie musiałabym tak cierpieć”.

Zapada w krótką, męczącą drzemkę. Jest jej gorąco, przekłada się z boku na bok, rozkopuje koc. Śmierć męża boli ją niewyobrażalnie.

Dzwoni telefon. Wyrwana ze snu spogląda na wyświetlacz. Teściowa. Nie rozmawiały od dnia pogrzebu. Aura nie jest jeszcze na to gotowa.

Rzuca się z powrotem między poduszki. „Mieliśmy tyle planów… Całe życie przed sobą”. Pozabierał to wszystko, odchodząc: plany, przyszłość, optymizm, wiarę w jutro.

Przesypia całe popołudnie. W pokoju przyciemnionym zasłonami panuje niemal mrok, więc kiedy Aura się budzi, jest zdezorientowana, nie wie, czy to dzień, czy noc. Zastanawia się, kiedy Michał wróci z pracy i dlaczego go jeszcze nie ma.

A potem sobie przypomina.

Nie może się uspokoić. Leży na rozgrzebanym łóżku, skulona, zdrętwiała, z ciałem przenikniętym bólem. Dosłownie czuje się tak, jakby jej ktoś wydarł z piersi serce. Jakby jej ktoś posypał ciało żrącym proszkiem. Zaciska pięść i przygryza ją boleśnie, chcąc poczuć coś innego, jakiś inny rodzaj bólu, odwracający uwagę od tamtego.

*

Siedzi skulona na niewielkiej sofie w ich małym salonie. To jej ulubiony mebel, przytulny, wygodny, miękki w dotyku — został obity ciemnoturkusowym pluszem. Z prawej strony przytrzymuje ją w mocnym uścisku Gośka z wielkim brzuchem. To końcówka ósmego miesiąca, z całą pewnością jest jej niewygodnie, źle znosi upały, pełna jest wody, puchnie. Ale jest obok. Z lewej przytula ją Paulina. Bez słowa, w milczeniu, pełna współczucia. Ze łzami w oczach.

Trzymają między sobą przyjaciółkę i dobrze — inaczej Aura by się przewróciła.

Zupełnie nie wie, jaki to dzień, ile czasu minęło, kiedy ostatnio cokolwiek zjadła, czy jeszcze jest lato, kim jest, czy jeszcze jest i czy nie lepiej byłoby nie być?

*

Dostała jakieś leki na przetrwanie. Otępiają ją.

Przymyka powieki, dzień. Otwiera, noc. Kiedy minęło wczoraj? Czas to dziwoląg, nieogarniony twór, czasem dzień trwa dwa opadnięcia powieki, czasem godzina wlecze się jak tydzień.

Michał.

Gdzie jesteś?

Gdzie jesteś?!

GDZIE JESTEŚ?!

*

Data na wyświetlaczu telefonu informuje ją, że minęło trzynaście dni „od”. Ktoś zmienił jej pościel. Ktoś wyniósł zaczynające już cuchnąć w tym upale śmieci. Chyba była tu jej mama, ale Aura nie jest tego do końca pewna. Może to się jej tylko śniło?

Zaczynają się te dni, zakrwawiła połowę łóżka.

„Jestem martwa”. I to jest na swój sposób przyjemna myśl.

*

Wkładają jej w ramiona Malwinkę, Aura kuli się naokoło małego, ciepłego i pachnącego ciałka. Uśmiecha się, wsuwając nos w jedwabiste włoski. Niemal słyszy oddech ulgi, na który pozwala sobie zgromadzona wokół niej najbliższa rodzina. Tak sobie to wymyślili.

Aura odsuwa się od dziecka, podaje maleństwo bratowej.

— Weźcie ją, przejdzie na nią wszystko to, co we mnie ciemne.

Czuje się spowita kirem. Ta niewidzialna, delikatna, śliska w dotyku tkanina owija ją szczelnie, krępuje ruchy. Uciska tak mocno jak ciasny gorset — trudno wziąć głębszy wdech, trudno zaznać komfortu.

— Wypuść z siebie wszystko, co ciemne — mówi mama cicho, przysiadając obok córki. — Podziel się tym z nami. Będzie ci lżej.

Ale Aura nie potrafi dzielić się swoim bólem. Trzyma go zaborczo przy sobie.

Tylko ten ból jej pozostał po Michale.

Chyba nigdy się go nie pozbędzie.

*

Ani razu od dnia pogrzebu nie pojawiła się na cmentarzu. „Wyrodna żona” — myśli o sobie. „Wyrodna wdowa”.

Fakt, że to, co się stało, jest nieodwracalne, że on już nigdy nie stanie w drzwiach wejściowych, nie uśmiechnie się do niej, nie powie tego swojego przekłamanego „wszystko się ułoży”, sprawia, że Aura rozpada się na nowo. Zupełnie nie potrafi poradzić sobie z tęsknotą.

Nie chce rozmawiać z rodziną. Wie, że nikt jej nie zrozumie. Nikt nie przeżył tego, co ona. Kto z nich może wiedzieć, jak to jest być dwudziestosiedmioletnią wdową?

Rozmawia co dwa dni z terapeutką przez komunikator internetowy, widzi na ekranie jej łagodną twarz i wylewa z siebie potoki cierpienia. Sama wybrała taką formę spotkań. Nie wyobraża sobie wstać, uczesać się, założyć coś bardziej wyrafinowanego niż figi i góra od piżamy — i po prostu wyjść z mieszkania. To ponad jej siły. Płacze rozdzierająco, oświetlona niebieskawym światłem ekranu.

Terapeutka dostrzega wokół niej chaos, zabałaganiony pokój, Aura sama określa teraz swoje mieszkanie „cmentarzyskiem miłości”.

Po wypłakaniu się czuje się minimalnie lepiej. Przez jakiś czas. Potem znów pochłania ją mrok.

*

„Masz magnetyczne spojrzenie. Tymi swoimi oczami mogłabyś zaklinać węże” — powiedział Michał, kiedy się poznali.

Aura lewe oko ma niebieskie, a prawe w połowie niebieskie, w połowie brązowe. Przyzwyczaiła się do komentarzy na ten temat, ludzie zawsze jej heterochromię zauważają i komentują. Ale wiedziała, że Michałowi nie chodziło o nietypowe, asymetryczne zabarwienie tęczówek. Chodziło mu o jej spojrzenie. TO spojrzenie.

— Nie lubię węży — zaprotestowała.

I dodała w myślach: „Mogę zakląć ciebie”.

*

Dni mijają bez celu. Upływający czas jakoś nie pomaga, choć wszyscy jej to obiecywali. Aura odcina się od znajomych. Jest ostra w słowach, niejeden raz celowo ich obraża. Rodzina nie daje się odciąć, przychodzą nadal, więc w Aurze rośnie gniew.

Układa na stole wszystko, co zostawiają na klatce schodowej pod jej drzwiami: czekoladki, lasagne w torbie termicznej, desery w szklanych pojemnikach, brzoskwinie w puszkach. Nie je. Odrywa nowe karteczki, które poprzyklejali do drzwi: Odezwij się, proszę, czekam. Paula. Kochamy Cię. Wpadnij do nas do domu. Jesteśmy z Tobą.

Nie potrafi znaleźć w sobie najmniejszej siły do życia. Idzie małymi kroczkami do przodu, bo wszyscy wokół ją popychają, ale i tak czuje, że nieustannie się cofa.

Asekuruje sama siebie — odsuwa każdą myśl o Michale, każde wspomnienie. Nie dopuszcza ich do siebie, bo wie, że gdyby zaczęła wspominać, już by się z tego nie podniosła. Pogrążyłaby się na całego w poplątanych kolczastych chaszczach cierpienia, żałości i poczucia krzywdy. Dławią ją.

Myśli więc tylko o sobie. Próbuje przetrwać.

Po pewnym czasie — nie wie, nocą, porankiem, czy jakimś upalnym, burzowym popołudniem — dochodzi do wniosku, że Michał jednak był dalekowzroczny, potrafił przewidzieć, co będzie się działo w przyszłości. Jest mu teraz wdzięczna za tę pustkę, która ją otacza. Za to, że uprzątnął wszystkie swoje rzeczy, choć była na niego o to wściekła, kiedy się ich pozbywał. Nie ma pojęcia, jak dałaby radę funkcjonować w mieszkaniu, gdzie na każdym kroku potykałaby się o przedmioty, z których on korzystał. Jego ulubiony kubek, granatowy ręcznik. Otwarty laptop, książka z zakładką na sześćdziesiątej ósmej stronie. Wciągałaby na nagie ciało jego sweter, zanurzałaby się w otchłaniach wielkiej bluzy, chłonąc zanikający zapach męża i wyobrażając sobie, że czuje na skórze jego dotyk, a nie skrawek materiału. Spałaby na jego poduszce. Używałaby jego żelu pod prysznic. Zapachy przywołują tyle wspomnień, tyle dreszczy na ciele.

A tak… Może sobie czasem wyobrazić, że tak było zawsze. Że nie kupili tego mieszkania razem, że mieszkała tu od początku sama. Kiedy tak sobie myśli, zaklinając rzeczywistość, przez chwilkę jest jakby więcej powietrza w pomieszczeniu. Ale potem zamyka powieki. I pozostaje tylko prawda, bo człowiek odcina się od zewnętrznego świata i widzi tylko to, co było w rzeczywistości. W bieli, czerni albo karminie. Każdy pod powiekami ma inną barwę wspomnień.

*