Atlas chmur - David Mitchell - ebook

Atlas chmur ebook

David Mitchell

4,1
69,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Nominowany do Nagrody Bookera bestseller Atlas Chmur Davida Mitchella to również jedna ze Stu Książek Dekady według wpływowych brytyjskich krytyków literackich Richarda Madeleya i Judy Finnigan. Teraz na jego podstawie powstał głośny film, w którym kreacje stworzyła plejada gwiazd: Tom Hanks, Halle Berry, Susan Sarandon, Jim Sturgess, Ben Whishaw, Jim Broadbent i Hugh Grant.

Pasażer statku, z utęsknieniem wyglądający końca podróży przez Pacyfik w 1850 roku; wydziedziczony kompozytor, usiłujący oszustwem zarobić na chleb w Belgii lat międzywojennych; dziennikarka-idealistka w Kalifornii rządzonej przez gubernatora Reagana; wydawca książek, uciekający przed gangsterami, którym jest winien pieniądze; genetycznie modyfikowana usługująca z restauracji, w oczekiwaniu na wykonanie wyroku śmierci; i Zachariasz, chłopak z wysp Pacyfiku, który przygląda się, jak dogasa światło nauki i cywilizacji – narratorzy Atlasu Chmur słyszą nawzajem swoje echa poprzez meandry dziejów, co odmienia ich los zarówno w błahym, jak i w doniosłym wymiarze.

 W tej niezwykłej powieści David Mitchell znosi granice języka, gatunku literackiego i czasu, proponując zadumę nad właściwą ludzkości żądzą władzy i niebezpiecznym kierunkiem, w którym w pogoni za władzą zmierzamy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 776

Oceny
4,1 (131 ocen)
59
39
19
9
5
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Paulina_Kr
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Oj, nie jest to łatwa pozycja. Pierwsza z opowieści jest nużąca (cieszę się że przeczytałam komentarz, że jak się przebrnie przez pierwszą jest lepiej). Nie wszystkie opowieści mi się podobały, lecz każda z nich była wartościowa. Zakończenie jest mocno filozoficzne i myślę, że na długo pozostanie w mojej pamięci. Przez cały czas czytania powieści towarzyszyły mi skrajne odczucia, ale ostatecznie stwierdzam, że warto.
10
o_lev

Nie oderwiesz się od lektury

+100
10
Magda_mf

Dobrze spędzony czas

Była to raczej trudna książka i nie do końca ją zrozumiałam. Pierwsza połowa naprawdę mi się podobała, druga mniej. Za to styl pisania i zabawa formą były świetnie pomyślane
00
Voitcus

Całkiem niezła

Ciekawie napisana, trudno jednak dojrzeć w historii większy sens. Widać, że miał taki być, ale niestety nie udało mi się go znaleźć.
00



Tytuł ory­gi­nału: The Cloud Atlas

Copy­ri­ght © 2004, 2024 by David Mit­chell Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2012 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Joanna Figlew­ska Korekta: Urszula Okrzeja Przed­mowa: © 2024 Gabrielle Zevin Ilu­stra­cja na okładce: © Kai & Sunny Foto­gra­fia autora: © Paul Stu­art Opra­co­wa­nie okładki: Piotr Chy­liń­ski

ISBN 978-83-68591-77-4

Pro­du­cent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Kon­sty­tu­cji 5/10, 00-657 War­szawa www.mag.com.pl, han­[email protected]

Wyłączny dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Maz. tel. 22 733 50 10, www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Dla Hany i jej Dziad­ków

Przedmowa

Okażmy współ­czu­cie pisa­rzowi, który uważa, że stwo­rzył dzieło podobne do Atlasu chmur! Pewien agent lite­racki powie­dział mi kie­dyś, że gdy począt­ku­jący pisarz porów­nuje swoją powieść do Atlasu chmur, on z miej­sca wie, że będzie straszna. Bo ktoś, kto napi­sał książkę podobną do Atlasu chmur, nie napi­sał Atlasu chmur, ponie­waż nie ma dru­giej takiej książki. Dzieło, które naj­bar­dziej przy­po­mi­na­łoby Atlas chmur, byłoby do niego zupeł­nie nie­po­dobne.

Gdy wydano tę powieść w 2004 roku, recen­zenci porów­ny­wali Atlas chmur nie­mal ze wszyst­kim. Kry­tycy za pomocą porów­nań zazwy­czaj wyja­śniają dzieła i osa­dzają je w kon­tek­ście, ale nie sądzę, by jaka­kol­wiek powieść docze­kała się więk­szej liczby porów­nań niż Atlas chmur. Oso­bi­ście nie znam poważ­nej recen­zji Atlasu, w któ­rej nie pró­bo­wano by wymie­niać wielu wpły­wów dostrze­żo­nych we wszyst­kich jego czę­ściach roz­pi­sa­nych na sześć gło­sów. A.S. Byatt w „Guar­dia­nie” przy­wo­łuje Her­mana Melville’a, Ray­monda Chan­dlera, Mar­tina Amisa, Geo­rge’a Orwella, Aldo­usa Hux­leya, Alas­da­ira Graya, Rid­dleya Wal­kera, Wil­liama Gol­dinga, Anthony’ego Bur­gessa, Ursulę K. LeGuin i Thorn­tona Wil­dera. Recen­zja Toma Bis­sella w „The New York Times Book Review” dorzuca do tego Cervan­tesa, Jamesa Miche­nera, Daniela Defoe, Isher­wo­oda, Gri­shama, Wil­liama S. Bur­ro­ughsa, powieść newage’ową Jona­than Living­ston Seagull, a w ostat­nim aka­pi­cie rów­nież Ulis­sesa Jamesa Joyce’a. Theo Tait z „The Tele­graph” pisze w jed­nej z rzad­kich nie­przy­chyl­nych recen­zji, że „Atlas chmur połowę czasu chce być Simp­so­nami, a połowę Biblią”. To zda­nie jest bar­dziej zabawne niż praw­dziwe, ale gdy­bym je daw­niej prze­czy­tała, już samo ono prze­ko­na­łoby mnie do tej książki. Warto zauwa­żyć, że na początku czwar­tego roz­działu pewien kry­tyk lite­racki zostaje…

(chyba już nie spo­sób przed­wcze­śnie zdra­dzić tre­ści Atlasu chmur, ale jeśli ktoś trak­tuje te sprawy ze śmier­telną powagą, warto w tym miej­scu przejść do lek­tury samej powie­ści)

…wyrzu­cony z przy­ję­cia na dachu.

Czy­ta­jąc te recen­zje, zasta­na­wia­łam się, czy można dys­ku­to­wać o Atla­sie chmur bez wymie­nia­nia wyczer­pu­ją­cej i szcze­gó­ło­wej listy sko­ja­rzeń. Ja dla zabawy dodam Orlanda, 2001: Ody­seję kosmiczną, wcze­śniej­sze powie­ści Davida Mit­chella1 oraz meta­fik­cyjne arcy­dzieło Itala Calvina Jeśli zimową nocą podróżny. Mit­chell czy­tał powieść Calvina na stu­diach i powie­dział potem, że widzi Atlas chmur jako „roz­mowę” z Calvi­nem, który z kolei wła­sne dzieło widział jako „w wyraźny spo­sób” powstałe pod wpły­wem Wła­di­mira Nabo­kowa. Oczy­wi­ście na tym wła­śnie polega lite­ra­tura piękna – sta­nowi podróże w cza­sie, roz­mowy mię­dzy intro­wer­ty­kami, któ­rzy w więk­szo­ści przy­pad­ków ni­gdy się nie spo­tkają.

Jeśli zimową nocą podróżny zawiera ciąg wsta­wio­nych pierw­szych roz­dzia­łów powie­ści róż­nych gatun­ków, któ­rych nar­ra­cje ury­wają się w punk­cie kul­mi­na­cyj­nym. Atlas chmur jest jak powieść Calvina, ale jest jej podwo­je­niem, odwró­ce­niem i peł­niej­szym domknię­ciem: jest odpo­wie­dzią na lite­racki impuls Calvina. Podob­nie jak Mit­chell czy­ta­łam Jeśli zimową nocą podróżny na stu­diach i cho­ciaż widzę teraz w Atla­sie chmur DNA tej powie­ści, pod­czas lek­tury Atlasu dwa­dzie­ścia lat temu utwór Calvina nie przy­szedł mi na myśl ani razu. Nie ma jed­nak zna­cze­nia, jakie odwo­ła­nia wymie­nia sam Mit­chell2, jakie odwo­ła­nia przy­pi­sują mu kry­tycy, o jakich odnie­sie­niach wspo­mina tekst na obwo­lu­cie (Nabo­kow, Eco, Phi­lip K. Dick) ani jakie sko­ja­rze­nia znaj­dzie w tek­ście czy­tel­nik. Cho­dzi o to, że Atlas chmur nasuwa wspo­mnie­nia wcze­śniej­szych lek­tur, wywo­łu­jąc wra­że­nie cał­kiem podobne do tego, które ma Luisa Rey w trze­cim roz­dziale, gdy po raz pierw­szy sły­szy Atlas chmur na sek­stet, skom­po­no­wany przez Roberta Fro­bi­shera w roz­dziale dru­gim. Czy­tel­nik Atlasu chmur jest pro­szony, by przy­wo­ły­wał wspo­mnie­nia wszyst­kiego, co prze­czy­tał wcze­śniej.

Szóstkę głów­nych boha­te­rów Atlasu chmur łączy iden­tyczne zna­mię w kształ­cie komety, co może – choć nie musi – sta­no­wić dowód na to, że są swo­imi kolej­nymi rein­kar­na­cjami. W roz­dziale czwar­tym Timo­thy Caven­dish odrzuca tę wizję jako „zde­cy­do­wa­nie za bar­dzo hip­pie-ćpuno-newage’ową”. A mimo to jestem prze­ko­nana, że postaci te, róż­nej płci, róż­nych ras, żyjące w róż­nych cza­sach i oko­licz­no­ściach, mogą być tą samą osobą, ponie­waż pocho­dzą od tej samej osoby – od pisa­rza, który je stwo­rzył. Jeśli ludzie po Whit­ma­now­sku „zawie­rają w sobie mnó­stwo”, powie­ści rów­nież mogą mnó­stwo w sobie zawie­rać – mogą i powinny. Roz­ważmy choćby genialne pierw­sze zda­nia wszyst­kich sze­ściu czę­ści:

Adam Ewing

Czwar­tek, 7 listo­pada ~

Poza wio­ską Indian, na spłach­ciu bez­lud­nym wybrzeża na świeży ślad stóp natra­fi­łem.

Robert Fro­bi­sher

Sixsmith,

śni­łem, że sta­łem w skle­pie z por­ce­laną, tak zasta­wio­nym od pod­łogi aż hen, wysoko pod sufit pół­kami peł­nymi por­ce­la­no­wych anty­ków, że lada ruch mię­śniem zrzu­ciłby kilka z nich i roz­trza­skał.

Luisa Rey

Rufus Sixsmith wychyla się przez bal­kon i obli­cza, jaką pręd­kość osią­gnie jego ciało, gdy ude­rzy o chod­nik, kła­dąc kres wszel­kim dyle­ma­tom.

Timo­thy Caven­dish

Wcze­snym zmierz­chem pięć, nie, mój Boże, sześć lat temu, sze­dłem sobie w sta­nie naj­wyż­szej szczę­śli­wo­ści jedną z alei w Gre­en­wich, wśród jaśmi­now­ców i wynio­słych kasz­ta­nów.

Sonmi~451

Histo­rycy jesz­cze nie­na­ro­dzeni doce­nią w przy­szło­ści twoją współ­pracę, Sonmi~451.

Zacha­riasz

Razem ze Sta­rym Dżor­dżim to żeśmy se drogi prze­cięli wię­cej razy, niż w ogóle pamię­tam, i jak już umrę, kto wie, co ten dia­beł zębaty spró­buje mi jesz­cze wykrą­tać…

Tych sześć gło­sów od razu suge­ruje kon­kretne czasy, ale rów­nież poło­że­nie geo­gra­ficzne, kul­turę, a nawet klasę spo­łeczną. Na pod­sta­wie spo­sobu nar­ra­cji i zasto­so­wa­nego języka wiemy, gdzie i kiedy jeste­śmy, a nawet w jaki spo­sób funk­cjo­nu­jemy. Gdy docie­ramy do Zacha­ria­sza i końca cywi­li­za­cji, jeste­śmy już w kul­tu­rze prze­kazu ust­nego (tzn. post­po­wie­ścio­wej!) i język zmie­nił się w takim stop­niu, że czy­tel­nik nie rozu­mie go już z łatwo­ścią. Kie­dyś opi­sa­ła­bym Atlas chmur jako książkę o sztuce opo­wie­ści, ale dzi­siaj postrze­gam ją bar­dziej pre­cy­zyj­nie jako opo­wieść o języku i jego ewo­lu­cji3.

Jako czy­tel­niczka nie sta­ram się uni­kać spoj­le­rów i za pierw­szym razem, gdy czy­ta­łam Atlas chmur, wie­dzia­łam już wcze­śniej, jaką ma struk­turę. Mimo że napi­sa­łam, jakoby już nie spo­sób było przed­wcze­śnie zdra­dzić tre­ści Atlasu chmur, zazdrosz­czę czy­tel­ni­kowi, który dopiero zacznie go czy­tać i nie wie o tej książce nic, jeśli w ogóle ktoś taki ist­nieje4. Zazdrosz­czę czy­tel­niczce, która nie wie, czy kie­dy­kol­wiek prze­czyta zakoń­cze­nie „Adama Ewinga Dzien­nika Pacy­ficz­nego”, kiedy ten urywa się w poło­wie zda­nia. Wyobra­żam sobie, jak oboje krzy­czą: „Niech cię szlag, Mit­chell! Tak się nie robi! Czy Ewing umrze na morzu? I kim, do cho­lery, jest Robert Fro­bi­sher?”. Przy­jem­ność lek­tury Atlasu chmur czę­ściowo polega wła­śnie na znaj­do­wa­niu odpo­wie­dzi na takie pyta­nia. Czy­tel­nik zostaje posta­wiony w roli detek­tywa, który ma roz­su­płać tajem­nicę w tre­ści: co łączy Ewinga z Fro­bi­she­rem, potem z Rey i tak dalej? Na opi­sa­nie struk­tury tej powie­ści naj­czę­ściej używa się okre­śle­nia „matrioszka”, mnie jed­nak ni­gdy nie podo­bał się obraz matrioszki jako meta­fory Atlasu chmur. Ow­szem, taka meta­fora suge­ruje zawie­ra­nie się w sobie czę­ści, ale rów­nież to, że jedna opo­wieść jest naj­więk­sza, a każda kolejna zaj­muje coraz mniej miej­sca. W Atla­sie chmur nato­miast wszyst­kie opo­wie­ści są jed­na­kowo ważne. Atlas mniej przy­po­mina matrioszkę, a bar­dziej wia­nu­szek z wycię­tych z papieru iden­tycz­nych ludzi­ków trzy­ma­ją­cych się za ręce po dwóch stro­nach tuneli roz­miesz­czo­nych nie­równo w cza­so­prze­strzeni – i wia­nu­szek ten w każ­dej chwili można z powro­tem zło­żyć w jeden arku­sik.

W dys­ku­sji o Atla­sie chmur czy­tel­nik może być skła­niany do wska­za­nia swo­ich ulu­bio­nych frag­men­tów. Ja odma­wiam odpo­wie­dzi na to pyta­nie, choć przy­znaję, że posta­cią mi naj­bliż­szą jest sekre­tarz słyn­nego kom­po­zy­tora, Robert Fro­bi­sher, z jego połą­cze­niem wiel­kiej ambi­cji i upo­ka­rza­ją­cej ano­ni­mo­wo­ści. „Nie mówię, że jestem kom­po­zy­to­rem, bo nie jestem już w sta­nie wytrzy­mać Kre­tyń­skiego Prze­słu­cha­nia: «A jaki rodzaj muzyki pan two­rzy?»; «Och, a co mogłem już pań­skiego sły­szeć?»; «Skąd przy­cho­dzą panu pomy­sły?»”. Nie wiem, czy ist­nieje na ziemi powie­ścio­pi­sarz (albo arty­sta), któ­remu obce byłoby podobne prze­słu­cha­nie. Naj­głęb­szą melan­cho­lię jed­nak czuję, czy­ta­jąc roz­działy Timo­thy’ego Caven­di­sha. I to nie z powodu Caven­di­sha, z jego zachwy­ca­jąco poetycką wul­gar­no­ścią, ale dla­tego, że wła­śnie w tej czę­ści dosta­jemy dowód, że postaci, które poko­cha­li­śmy, są fik­cyjne. Jak się oka­zuje, „Luisa Rey” to nade­słany ręko­pis, który Caven­dish czyta w pociągu, a jeśli to prawda, wszystko, co łączy się z Luisą Rey, nie jest praw­dziwe – rów­nież nagła śmierć naj­pierw Fro­bi­shera, potem Sixsmi­tha, och, moje biedne serce! Powinno ist­nieć słowo odda­jące „melan­cho­lię po odkry­ciu, że wyda­rze­nia w powie­ści są fik­cyjne”.

Oczy­wi­ście czy­tel­nicy i czy­tel­niczki radzą sobie z podobną melan­cho­lią przez cosplay, fan art, fan fic­tion i opra­co­wa­nia naukowe. Atlas chmur inspi­ruje wszyst­kie te formy na ogromną skalę5. Takiej reak­cji można by się spo­dzie­wać po best­sel­le­ro­wej serii fan­tasy, grze video czy nowym albu­mie Tay­lor Swift, rzadko po powie­ści. Kiedy ponow­nie prze­czy­ta­łam Atlas chmur, by napi­sać tę przed­mowę, zasta­na­wia­łam się, ilu czy­tel­ni­ków i czy­tel­ni­czek zro­biło sobie tatuaż przed­sta­wia­jący zna­mię w kształ­cie komety. Pobieżne szu­ka­nie w Google’u przy­nio­sło impo­nu­jące sześć wyni­ków, ale musi być ich wię­cej – nie dają się wyszu­kać, nikt ni­gdy ich nie sfo­to­gra­fo­wał, cze­kają, by zasko­czyć nimi kochanka lub kochankę. Rodzi się zatem pyta­nie: co spra­wia, że powieść jest godna tatu­ażu? Co spra­wia, że ktoś chce mieć odnie­sie­nie lite­rac­kie na swoim ciele już na zawsze, a przy­naj­mniej dopóki to ciało ist­nieje? Odpo­wie­dzią jest pra­gnie­nie, by prze­nieść ele­ment fik­cji do rze­czy­wi­sto­ści, a ono poja­wia się tylko wtedy, gdy książka jest w szcze­gólny spo­sób bli­ska sercu6.

Zda­łam sobie sprawę, że nawet nie powie­dzia­łam jesz­cze, o czym jest ta książka, ale może dla­tego, że to bez zna­cze­nia. (Ponow­nie Timo­thy Caven­dish: „Jakby w sztuce cho­dziło o Co, a nie o Jak!”7). Ale pro­szę bar­dzo. Sze­ścioro boha­te­rów, któ­rzy żyją w róż­nych epo­kach, może – lub nie – być wła­snymi kolej­nymi rein­kar­na­cjami. Oko­licz­no­ści, w jakich żyją, i ich fizyczne postaci się zmie­niają, ale roz­gry­wają te same kon­flikty. Cza­sem wycho­dzi im tro­chę lepiej, cza­sem tro­chę gorzej. Tematy powie­ści obej­mują chci­wość wiel­kich kor­po­ra­cji, nad­uży­cia wła­dzy, zmiany kli­ma­tyczne, kolo­nia­lizm, chi­rur­gię pla­styczną, AI, suk­ces i porażkę pisar­ską, rewo­lu­cję, pro­pa­gandę, autor­stwo i współ­pracę, zawłasz­cze­nie kul­tu­rowe, rasizm, przy­sto­so­wa­nie, tech­no­lo­gię, age­izm oraz płeć kul­tu­rową. Dla­tego wła­śnie Atlas chmur wydaje się powie­ścią bar­dzo nowo­cze­sną, a jed­no­cze­śnie taką, o któ­rej wła­ści­wie nie spo­sób pisać. Okażmy współ­czu­cie powie­ścio­pi­sarce, która ma uło­żyć przed­mowę do Atlasu chmur!8 Naj­bar­dziej uczciwe opi­sa­nie Atlasu chmur wyma­ga­łoby pew­nie sze­ściu róż­nych przed­mów, z któ­rych każda byłaby dol­nym przy­pi­sem do poprzed­niej. David Mit­chell ze swo­jej strony powie­dział, że to powieść „o dra­pież­no­ści i dra­pież­nic­twie” i „o jed­nost­kach żeru­ją­cych na gru­pach”, i choć trudno temu zaprze­czyć, nie sądzę, by wła­śnie dla­tego ludzie uma­wiali się na tatuaż.

Wróćmy na chwilę do naszego począt­ku­ją­cego pisa­rza, który nie­zręcz­nie porów­nał swoją powieść do Atlasu chmur. Cza­sem sama nim byłam, przy­naj­mniej we wła­snej gło­wie, i myślę, że dla­tego mogę się wypo­wie­dzieć w naszym imie­niu. Nie porów­nu­jemy się do Atlasu chmur, bo uwa­żamy, że napi­sa­li­śmy Atlas chmur. Ale dla­tego, że David Mit­chell jest takim pisa­rzem, jakim chcemy być, a Atlas taką książką, jaką chcemy napi­sać. Atlas chmur jest przy­kła­dem moż­li­wo­ści lite­ra­tury pięk­nej – tego, że ist­nieją nowe histo­rie i nowe spo­soby ich opo­wia­da­nia, że te nowe histo­rie znajdą swo­ich czy­tel­ni­ków, jeśli tylko uda nam się być genial­nymi jak David Mit­chell. Atlas chmur jest nie­pro­sty i auto­re­flek­syjny, ale jest rów­nież pełen nadziei i miło­ści. To powieść o nie­ocze­ki­wa­nych spo­so­bach, w jakie jeste­śmy ze sobą powią­zani, a jed­no­cze­śnie pozba­wiona złu­dzeń o ludz­kiej natu­rze. Jest zachwy­ca­jąco pomy­słowa za każ­dym razem, gdy ją czy­tam9. To książka, która wła­ści­wie nie powinna dzia­łać. Spra­wia, że pisarz pisze powie­ści, które też teo­re­tycz­nie nie powinny dzia­łać. Sama nie­ustan­nie się do niej odwo­łuję, podob­nie jak wielu innych pisa­rzy10. Dla tych z nas, któ­rzy pró­bują się wyrwać z mar­twych pust­kowi lite­ra­tury, Atlas chmur jest naszą Anty­foną Sonmi.

Gabrielle Zevin

Listo­pad 2023

Adama Ewinga Dziennik Pacyficzny

Czwartek, 7 listopada ~

Poza wio­ską Indian, na spłach­ciu bez­lud­nym wybrzeża na świeży ślad stóp natra­fi­łem. Trop przez gni­jące wodo­ro­sty wiódł, palmy i bam­busy, aż do tego, kto je zosta­wiał – Bia­łego czło­wieka. Spodnie miał pod­wi­nięte i kabat żeglar­ski nosił, miał utrzy­maną sta­ran­nie brodę i za dużą czapkę z bobro­wego futra. Łyżeczką do her­baty piach koloru popiołu kopał i prze­sie­wał z namasz­cze­niem takim, że dostrzegł mię dopiero, gdym go z dzie­się­ciu jar­dów pozdro­wił. Tak oto zna­jo­mość zawar­łem z dr. Hen­rym Goose’em, medy­kiem lon­dyń­skich wyż­szych sfer. Jego nacja zasko­cze­niem dla mnie nie była. Jeśli jest gdzie sie­dziba tak odludna lub wyspa tak odle­gła, by człek nalazł tam schro­nie­nie przez Anglika nie­tur­bo­wany, tom ja takiej na żad­nej z map nie widział.

Zali pan dok­tor zapo­dział co na tym posęp­nym brzegu? Słu­żyć mogę pomocą? Dr Goose potrzą­snął głową, chu­s­teczkę roz­su­płał i jej zawar­tość uka­zał z wyraźną dumą.

– Zęby, sir, niczym szkli­wione skarby naj­więk­sze są dla poszu­ki­wań, któ­rem tu sobie zamie­rzył. W dniach minio­nych ten brzeg Arka­dyj­ski salą był ban­kie­tów kani­bali, a jakże, gdzie silni sła­bych poże­rali, a zęby pluli, jak pan i ja plu­jemy z ust pestki wiśni. Wsze­lako teraz trzo­nowce te, sir, w złoto się prze­mie­nią. A jak? Ręko­dziel­nik pewien z Pic­ca­dilly, co wyż­sze sfery zaopa­truje w zębowe pro­tezy, zacne płaci sumki za ludz­kie zębi­ska. Wiesz pan, za ile ćwierć funta pój­dzie?

Wyzna­łem, że nie wiem.

– A ja też, sir, oświe­cać pana nie zamie­rzam, zawo­dowe są to sekrety! – Po nosie się postu­kał. – Znasz się pan, panie Ewing, z mar­kizą Grace of May­fair? Nie? Tym lepiej dla pana – trup z niej istny w kry­no­li­nach. Minęło lat pięć już, jak jędza oczer­niła mię, a jakże, impu­tu­jąc mi rze­czy takie, że z Towa­rzy­stwa mię wyklu­czono. – Dr Goose patrzał w dal ku morzu. – Toż wła­śnie owa czarna godzina dała począ­tek mym pere­gry­na­cjom.

Wyra­zi­łem współ­czu­cie dla trud­nego dok­tora poło­że­nia.

– Dzię­kuję, sir, dzię­kuję po sto­kroć, lecz te ząbki – chu­s­teczką potrzą­snął – to, dali­bóg, anio­ło­wie mej pomsty. Pozwoli pan, że obja­śnię. Mar­kiza nosi szczękę sztuczną pro­jektu wzmian­ko­wa­nego już mistrza. Wsze­lako w przy­szło­roczne Boże Naro­dze­nie, gdy ta klempa w per­fu­mie bry­lo­wać będzie na Balu Amba­sa­do­rów, ja, Henry Goose, a jakże, powstanę i wszem wobec oznaj­mię, że gospo­dyni nasza uzę­bie­niem kani­bali prze­żuwa! Sir Hubert naj­pew­niej rzuci mi wyzwa­nie. „Okaż pan dowody” – pro­stacko zary­czy – „lub satys­fak­cji żądam!”. A ja oświad­czę: „Dowody, sir Huber­cie? Cóż, oso­bi­ście ząbki pań­skiej mamy zbie­ra­łem w splu­waczce prze­ogrom­nej na połu­dnio­wym Pacy­fiku. O, pro­szę, sir, tu mam jesz­cze kilka!”. I te oto ząbki do jej wazy w żół­wia kształt­cie wprost w zupę cisnę. I to, sir, wła­śnie to będzie dla mnie satys­fak­cją. Kąśliwi szy­dercy obsma­rują mar­kizę w gaze­tach i wio­sną szczę­ście będzie miała, jeśli kto ją zaprosi na Bal Ubo­gich!

Pośpiesz­nie poże­gna­łem się z Hen­rym Goose’em, miłego dnia mu życząc. Jest chyba nie­spełna rozumu, jak mnie­mam.

Piątek, 8 listopada ~

W stoczni pry­mi­tyw­nej pod mym oknem prace trwają nad bomem foka, pod pana Sykesa kie­run­kiem. Pan Wal­ker, wła­ści­ciel jedy­nej tawerny w Ocean Bay, jest także głów­nym tutej­szym han­dla­rzem drewna i prze­chwala się, ileż to lat jako mistrz szkut­nic­twa w Liver­po­olu spę­dził. (Wystar­cza­jąco obzna­jo­miony jużem z ety­kietą Anty­po­dów, by przy­mknąć oko na podobne nie­prawdy oczy­wi­ste). Pan Sykes rzekł mi, że całego tygo­dnia trzeba dla nada­nia „Wieszczce” bri­stol­skiego sznytu. Utknąć w Musz­kie­cie na sie­dem dni, wyrok to smętny, lecz gdy pomnę zębi­ska sro­giego sztormu i mary­na­rzy, co za burtę wypa­dli, to i mój dopust obecny zda się mniej dotkliwy.

Ran­kiem spo­tka­łem dziś na scho­dach dr. Goose’a i śnia­da­li­śmy razem. Kwa­te­ruje w Musz­kie­cie od połowy paź­dzier­nika, po tym, jak bra­zy­lij­skim bry­giem han­dlo­wym „Namo­ra­dos” przy­był tu z Fiji, gdzie sztuki swe w ośrodku misyj­nym prak­ty­ko­wał. Teraz wycze­kuje dok­tor dawno spóź­nio­nego już austra­lij­skiego szku­nera do połowu fok, „Nel­lie”, by do Syd­ney go zabrał. Dotarł­szy do kolo­nii, będzie miej­sca szu­kać na pokła­dzie statku pły­ną­cego do jego rodzin­nego Lon­dynu.

Osąd mój co do osoby dr. Goose’a nie­spra­wie­dli­wym był i przed­wcze­snym. Człek chcący prze­trwać w mym fachu cynicz­nym być musi niczym Dio­ge­nes, lecz cynizm śle­pym czy­nić potrafi na cnoty sub­tel­niej­sze. Dok­tor nie jest od drob­nych eks­cen­trycz­no­ści wol­nym i rad opo­wiada o nich przy miarce por­tu­gal­skiego pisco (ni­gdy w nad­mia­rze), ręczę jed­na­koż, że prócz mnie jedy­nym jest dżen­tel­me­nem na tej sze­ro­ko­ści na wschód od Syd­ney i na zachód od Val­pa­ra­iso. Być może ułożę nawet list pole­ca­jący go Par­tridge’om z Syd­ney, dr Goose bowiem i drogi Fred są jak z jed­nej gliny ule­pieni.

Pogoda zła unie­moż­li­wiła mi poranne wyj­ście, toteż opo­wie­ści snu­li­śmy przy ogniu tor­fo­wym i godziny mknęły niczym minuty. Dużo o Til­dzie mówi­łem i o Jack­so­nie oraz o tym, jak się „gorączką złota” w San Fran­ci­sco fra­suję. Roz­mowa zeszła nam potem z mego mia­sta rodzin­nego na obo­wiązki nota­riu­sza w Nowej Połu­dnio­wej Walii, jakie nie­dawno na mnie spa­dły, a stam­tąd na Gib­bonsa, Mal­thusa i Godwina, przez tematy Pija­wek oraz Paro­wo­zów. Pełna uwagi roz­mowa to kura­cyjne reme­dium, któ­rego bole­śnie mi na pokła­dzie „Wieszczki” bra­kuje, z dok­tora zaś eru­dyta praw­dziwy. Co wię­cej, posiada zacną armię figur sza­cho­wych, w wie­lo­ry­bich fisz­bi­nach rzeź­bio­nych, które zaję­cie będą przez nas miały, aż „Wieszczka” w morze wypły­nie bądź przy­pły­nie tu „Nelly”.

Sobota, 9 listopada ~

Świt jak srebrny talar pro­mie­nieje. Szku­ner nasz na­dal przed­sta­wia widok żało­sny w zatoce. Na brzegu napra­wiają wojenne kanu indiań­skie. Wybra­li­śmy się z Hen­rym na „Plażę Ban­kie­tów”, w waka­cyj­nym humo­rze, pozdro­wiw­szy bez­tro­sko poko­jówkę, która u pana Wal­kera służy. Panna ta w chmur­nym uspo­so­bie­niu pra­nie na krzaku roz­wie­szała i nie zwró­ciła na nas uwagi. Ma nieco domieszki krwi czar­nej i, jak mnie­mam, matce jej do ludu z dżun­gli nie­da­leko.

Gdy­śmy mimo wio­ski indiań­skiej prze­cho­dzili, „bucze­nie” wzbu­dziło cie­ka­wość naszą i ura­dzi­li­śmy wytro­pić jego źró­dło. Osada oto­czona jest pali­sadą tak zbu­twiałą, że można by się do środka prze­do­stać w miej­scach wielu. Suka wyle­niała głowę unio­sła, lecz bez­zębna była, zdy­cha­jąca, i nie szczek­nęła. Zewnętrzny krąg chat ponga (z kona­rów, ścian ziem­nych i plą­ta­niny gałęzi u pował) przed sie­dzi­bami „moż­nych” kuc­nął – budow­lami z drewna o stru­ga­nych nad­pro­żach, z naj­prost­szymi z gan­ków. Pośrodku wio­ski odpra­wiała się publiczna chło­sta. Henry i ja jedy­nymi byli­śmy Bia­łymi widzami, lecz wyraźny znać było podział na trzy kasty indiań­skich spek­ta­to­rów. Wódz na tro­nie usa­dzony był w stroju przy­bra­nym pió­rami pta­simi, pod­czas gdy wyta­tu­owani możni wraz z kobie­tami swo­imi i dziećmi stali w asy­ście, w licz­bie ogól­nej bli­skiej trzy­dzie­stu. Nie­wol­nicy, o skó­rze ciem­niej­szej, w głęb­szej bar­wie niźli u ich orze­chowo-brą­zo­wych panów, w licz­bie o połowę mniej­szej, w bło­cie przy­kuc­nęli. Przy­ro­dzona ocię­ża­łość i otę­pie­nie! Z twa­rzami dzio­ba­tymi i kro­sto­wa­tymi od haki-haki nie­szczę­śnicy przy­glą­dali się karze bez reak­cji żad­nej, prócz owego „bucze­nia” prze­dziw­nego, jakby psz­cze­lego. Łącze­nie się w bólu, czyli też znak potę­pie­nia to był – wie­dzieć nie mogli­śmy, co dźwięk ów ozna­czał. Bat dzier­żył Goliat jako­wyś, któ­rego postura wsze­la­kiego łowcę nagród znad pio­nier­skiej gra­nicy by onie­śmie­liła. Każdy cal musku­łów miał dzi­kus ów tatu­ażem pokryty, jasz­czu­rami ogrom­nej i pomniej­szej wiel­ko­ści – za jego skórę zwie­rzęcą dano by nie­złą sumkę, lubo za perły wszyst­kie Hawa­jów nie chciał­bym wyzna­czo­nym być do ode­bra­nia mu onej. Nie­szczę­sny wię­zień, szro­nem wielu lat suro­wych pokryty, przy­wią­zany był nagi do trój­kąt­nej ramy. Cia­łem jego wstrzą­sała każda kolejna raza skórę roz­ry­wa­jąca, plecy miał niczym per­ga­min krwa­wymi runami zapi­sany, lecz fizjo­gno­mia jego wyra­żała spo­kój nie­ziem­ski męczen­nika, co go Pan ma już w swej pie­czy.

Wyznaję, zamie­ra­łem każdą razą, gdy bat na ciało spa­dał. Jed­nako wten­czas rzecz się zda­rzyła dziwna. Bity dzi­kus dźwi­gnął głowę opa­dłą, moje oczy wzro­kiem nalazł i prze­słał mi spoj­rze­nie zagad­kowe, w któ­rym odczy­ta­łem przy­ja­zny znak roz­po­zna­nia. Niczym aktor na sce­nie, co w Loży Kró­lew­skiej spo­strzegł druha z dawna nie­wi­dzia­nego i dla publicz­no­ści nie­zau­wa­że­nie znać mu daje, że go poznał. Rychło jed­nak wyta­tu­owany Negr do nas się zbli­żył i łysnął swym szty­le­tem nefry­to­wym na znak, żeśmy gośćmi nie­mile widzia­nymi. Zapy­ta­łem o naturę prze­stęp­stwa owego więź­nia. Henry ramie­niem mię oto­czył.

– Chodźmy, Ada­mie, kto mądry, mię­dzy ofiarą i bestyją nie staje.

Niedziela, 10 listopada ~

Pan Boer­ha­ave śród zgrai zaufa­nych oprysz­ków sie­dział niczym Lord Ana­conda i jego ple­bej­skie gady11. Ich „cele­bra­cje” Dnia Pań­skiego roz­po­częły się na dole, nimem wstał. Ruszy­łem po gorącą wodę do gole­nia i dół tawerny nala­złem zatło­czony wil­kami mor­skimi, swej kolei cze­ka­ją­cymi z bied­nymi indiań­skimi dziew­czę­tami, jakie Wal­ker usi­dlił w pro­wi­zo­rycz­nym bor­dello. (Rafa­ela śród depra­wa­to­rów nie było).

Nie zwy­kłem łamać postu dnia świę­tego w lupa­na­rach. Henry czuł równą, co ja, odrazę, poświę­ci­li­śmy więc śnia­da­nie (służkę z pew­no­ścią do usług inszego rodzaju przy­mu­szano) i do kaplicy wyru­szy­li­śmy dla odda­nia tam czci postem nie­prze­rwa­nym.

Dwu­stu jar­dów nie uszli­śmy, gdym ku kon­ster­na­cji wła­snej wspo­mniał na dzien­nik ten, leżący na stole w mym pokoju w Musz­kie­cie, na widoku dla każ­dego majtka pija­nego, co do środka mógłby wtar­gnąć. W oba­wie o bez­pie­czeń­stwo jego (a i wła­sne, jeśliby w ręce pana Boer­ha­avego wpadł) zawró­ci­łem przeto dla zręcz­niej­szego jego ukry­cia. Sze­ro­kie uśmie­chy powi­tały mię w Musz­kie­cie i spo­dzie­wa­łem się już, żem był „wil­kiem, o któ­rym mowa”, jed­na­koż odkry­łem tego przy­czynę praw­dziwą, gdym drzwi otwo­rzył: a to niedź­wie­dzie pośladki pana Boer­ha­avego okra­kiem na ciem­no­skó­rej Zło­to­wło­sej, w moim łóżku, in fla­grante delicto! Czy prze­pro­sił Holen­der dia­belny? Gdzież tam! Uznał, że to jemu krzywda się stała i zary­czał:

– Zabie­raj się stąd, mości Kuta­zwi­sie, lub, na Boga, ten wredny dziób Jan­kesa ci roz­łu­pię!

Chwy­ci­łem dzien­nik i z łomo­tem na dół popę­dzi­łem, ku bun­to­kra­cji, roz­ra­do­wa­niu i wśród szy­derstw bia­łych bar­ba­rzyń­ców tam zebra­nych. U Wal­kera wnio­słem pro­test, że za pokój płacę pry­watny i ocze­kuję, iż pry­watnym pozo­sta­nie także pod mą nie­byt­ność, lecz ten szu­bra­wiec jedy­nie mi upu­stu część trze­cią zapro­po­no­wał za „ćwierć godziny galopu na naj­do­rod­niej­szej z kla­czek w mej stajni!”. Nie­smaku pełen odrze­kłem, żem mąż i ojciec! I że pier­wej zginę, niźli upodlę god­ność mą i przy­zwo­itość z któ­rą­kol­wiek bądź z jego dzie­wek francą nęka­nych! Wal­ker klął się, że mi „oko pod­ma­luje”, jeśli znów „dziew­kami” wła­sne jego córki nazwę. Jeden ple­bej­ski gad bez­zębny zadrwił, że jeśliby posia­da­nie żony i dziecka cnotą było, „był­bym, panie Ewing, po dzie­się­cio­kroć od pana cno­tliw­szy!”, a ręka nie­wi­dzialna kufel cien­kiego piwa na mą osobę opróż­niła. Wyco­fa­łem się, nim lurę zastą­piła broń solid­niej­szej natury.

Dzwon kaplicy wszyst­kich bogo­boj­nych w Ocean Bay wzy­wał, pośpie­szy­łem więc tam, gdzie ocze­ki­wał mię już Henry, i zapo­mnieć pró­bo­wa­łem nie­dawne spro­śno­ści, któ­rych w mej kwa­te­rze byłem świad­kiem. Kaplica jak stara krypa trzesz­czała, a człon­ków kon­gre­ga­cji na pal­cach bez mała rąk obu nie­mal zra­cho­wać było można, lecz ni­gdy podróż­nik żaden nie gasił pra­gnie­nia w pustyn­nej oazie z wdzięcz­no­ścią więk­szą niźli ta, z jaką Henry i ja cześć Panu tego ranka odda­wa­li­śmy. Kaplicy lute­rań­ski zało­ży­ciel dzie­siątą już zimę na cmen­ta­rzu przy niej spo­czy­wał, a żaden wyświę­cony następca nie ważył się jesz­cze nad ołta­rzem prze­jąć dowo­dze­nia. Chrze­ści­jan zatem wszel­kiego auto­ra­mentu wie­rze­nia grze­cho­czą w niej jak w jakiej grze­chotce. Ta połowa kon­gre­ga­cji, która piśmienną była, psalmy czy­tała i dołą­czy­li­śmy do odśpie­wa­nia paru hym­nów zgła­sza­nych po kolei. „Pasterz” owej ple­bej­skiej trzódki, nie­jaki pan D’Arnoq, stał pod skromną krzyża figurą i Henry’ego i mię upro­sił, byśmy par­ty­cy­po­wali podob­nie. Pomny na me oca­le­nie od zeszło­ty­go­dnio­wej burzy, zgło­si­łem Łuka­sza, rozdz. 8:

A przy­stą­piw­szy, zbu­dzili go, mówiąc: Mistrzu, giniemy! A on wstaw­szy, zła­jał wiatr i nawał­nicę wody, i uspo­ko­iły się, i stała się cisza12.

Henry Psalm 8 gło­sem odmó­wił tak dono­śnym, jak retor szko­lony:

Posta­wi­łeś go nad dzie­łami rąk two­ich. Pod­da­łeś wszystko pod nogi jego: owce i woły wszyst­kie, nadto zwie­rzęta polne, ptac­two nie­bie­skie i ryby mor­skie, które się prze­cho­dzą po ścież­kach mor­skich13.

Orga­ni­sta żaden Magni­fi­cat nie grał, prócz wia­tru pod stro­pem, chór żaden Nunc Dimit­tis nie śpie­wał, prócz mew krzy­czą­cych, jed­nako tuszę, iż Stwórca był kon­tent. Podob­niejsi Pierw­szym Chrze­ści­ja­nom z Rzymu byli­śmy niźli jakie­mu­kol­wiek bądź póź­niej­szemu Kościo­łowi, miste­riami świet­nemu i zdob­nemu w klej­noty. Nastą­piła pospólna modli­twa. Para­fia­nie ad lib o wytę­pie­nie zarazy ziem­nia­cza­nej się modlili, o miło­sier­dzie dla duszyczki zmar­łego dzie­ciątka, o bło­go­sła­wień­stwo dla nowej łodzi rybac­kiej, etc… Henry dzięki zło­żył za gościn­ność, nam, przy­by­szom, przez chrze­ści­jan na wyspie Cha­tham oka­zaną. Afekty te i we mnie rezo­no­wały i modli­twę Til­dzie ofia­ro­wa­łem, Jack­so­nowi i teściowi memu na czas mej wydłu­żo­nej nie­byt­no­ści.

Po mszy, do dok­tora i do mnie zbli­żył się z nasta­wie­niem ser­decz­nym pode­szły wie­kiem „grot­maszt” owej kaplicy, nie­jaki pan Evans, który Henry’ego i mię swej zacnej żonie przed­sta­wił (oby­dwoje dobrze sobie chyba radzili z upo­śle­dze­niem głu­chotą, li tylko na te pyta­nia odpo­wia­da­jąc, które, jak im się zda­wało, zada­wa­nymi im były, oraz li tylko takie odpo­wie­dzi przyj­mu­jąc, które, jak im się zda­wało, wypo­wia­dano – for­tel ów wielu prze­jęło ame­ry­kań­skich adwo­ka­tów) oraz synom bliź­nia­kom, Keega­nowi i Dyfed­dowi. Pan Evans zdra­dził, że miał w zwy­czaju co tydzień zapra­szać pana D’Arnoqa, Kazno­dzieję naszego, na obiad do ich domu nie­opo­dal, bo ten w Port Hutt zamiesz­kuje, na przy­lądku o kilka mil odle­głym. Czy nie zechcie­li­by­śmy także dołą­czyć do nich na nie­dzielny posi­łek? Poin­for­mo­waw­szy już Henry’ego o Gomo­rze w Musz­kie­cie oraz sły­sząc, jak nasze żołądki do buntu wzy­wają, przy­ję­li­śmy uprzej­mość Evan­sów z wdzięcz­no­ścią.

Domo­stwo gospo­da­rzy naszych, o pół mili od Ocean Bay poło­żone w głębi krę­tej, wie­trzy­stej doliny, oka­zało się budyn­kiem skrom­nym, lecz odpor­nym na burze pie­kielne, co tak wiel­kiej licz­bie łodzi nie­for­tun­nych gru­cho­czą żebra na pobli­skich rafach. Bawial­nię głowa wie­prza mon­stru­al­nej wiel­ko­ści zamiesz­ki­wała (dotknięta przy­pa­dło­ścią opa­da­ją­cej szczęki i nie­do­wi­dze­nia), ubi­tego przez bliź­nia­ków w ich uro­dziny szes­na­ste, a nadto som­nam­bu­liczny sto­jący zegar (w sprzecz­no­ści z mym kie­szon­ko­wym cza­so­mie­rzem paru godzin się­ga­ją­cej. Dali­bóg, korzyst­nym było, że dokładny czas w impor­cie z Nowej Zelan­dii nie był naj­cen­niej­szym z towa­rów). Paro­bek na far­mie, India­nin, przez szybę wyj­rzał na gości swego pana. W życiu oczy me nie widziały podob­nie obszar­pa­nego rene­gado, wsze­lako pan Evans zapew­niał, że Mulat ćwierć­krwi, „Bar­na­bas”, „naj­chyż­szym był owczar­kiem, jaki kie­dy­kol­wiek bądź na dwóch nogach bie­gał”. Keegan i Dyfedd to uczciwi, nie­okrze­sani mło­dzieńcy, głów­nie obcho­dze­nia się z owcami uczeni (fami­lia w posia­da­niu jest pogło­wia sztuk dwu­stu), bo żaden do Mia­sta nie jeź­dził (wyspia­rze Nową Zelan­dię tak zwą) ani też w nauce jakiej się ukształ­cał, prócz lek­cji Pisma Świę­tego od ich ojca, dzięki czemu zno­śnie pisać i czy­tać się nauczyli.

Pan Evans zmó­wił modli­twę dzięk­czynną i sma­ko­wać moż­li­wość mia­łem naj­przy­jem­niej­szy z posił­ków (bez soli, czerwi i prze­kleństw) od czasu poże­gnal­nej kola­cji z kon­su­lem Bak­sem i Par­tridge’ostwem w Beau­mon­cie. Pan D’Arnoq histo­rie nam powia­dał o stat­kach, jakie zaopa­try­wał przez lat dzie­sięć na Cha­tham, Henry zaś face­cjami zaba­wiał nas o pacjen­tach, zarówno zna­mie­ni­tych, jak i niskiego uro­dze­nia, któ­rych dobro­czyńcą był w Lon­dy­nie i w Poli­ne­zji. Ze swej strony opi­sa­łem tru­dów wiele, jakie nota­riusz z Ame­ryki prze­zwy­cię­żyć musi dla odna­le­zie­nia austra­lij­skiego bene­fi­cjenta ostat­niej woli, któ­rej posta­no­wie­nia w Kali­for­nii wyko­ny­wano. Prze­pi­li­śmy gulasz barani i kne­dle z jabł­kami por­cyjką domo­wej roboty ale, przez pana Evansa na han­del z wie­lo­ryb­ni­kami warzo­nego. Keegan i Dyfedd poszli swych trzód dopa­trzyć, a pani Evans do zajęć kuchen­nych powró­ciła. Henry zapy­tał, czy misjo­na­rze obec­nie dzia­łal­ność pro­wa­dzili na Cha­tha­mach, na co pan Evans i pan D’Arnoq, spoj­rze­nia wymie­niw­szy, odrze­kli:

– Nie, Maorys nie odnosi się dobrze do nas, Pakeha, nisz­czą­cych jego Moriori nad­mia­rem cywi­li­za­cji.

Zapy­ta­łem, czy zło takie jak „nad­miar cywi­li­za­cji” ist­nieje, czyli też nie?

Pan D’Arnoq odrzekł:

– Jeśli Boga na zachód od Hornu nie ma, cze­muż też wszyst­kich ludzi nie ma, któ­rzy są sobie równi w waszej Kon­sty­tu­cji, panie Ewing?

Nazwy „Maorys” i „Pakeha” z postoju „Wieszczki” w Zatoce zna­łem, ale upra­sza­łem, by oświe­cili mię, kim lub czym owi „Moriori” są. Zapy­ta­nie moje puszkę Pan­dory roz­warło pełną histo­rycz­nych wyda­rzeń, w szcze­gó­łach zmierzch i upa­dek opi­su­ją­cych Abo­ry­ge­nów z wysp Cha­tham. Zapa­li­li­śmy fajki. Opo­wieść pana D’Arnoqa cią­gnęła się nie­prze­rwa­nie trzy godziny póź­niej, gdy musiał już do Port Hutt na powrót jechać, nim zmrok zaciemni wybo­isty gości­niec. Jego opo­wieść wedle mnie tym spod pióra Defoe i Melville’a dorów­nuje i zapi­szę ją w lite­ra­łach tych, gdy ze snu się zbu­dzę, w który, jeśli Mor­fe­usz dozwoli, zapadnę głę­boko.

Poniedziałek, 11 listopada ~

Świt lepki, bez słońca. Zatoka zda się szla­mo­watą, lecz pogoda wystar­cza­jąco łagodna, by można było kon­ty­nu­ować „Wieszczki” naprawę, za co dzięki skła­dam Nep­tu­nowi. Aku­rat, gdy to piszę, nowy bezan­maszt sta­wiają.

Nie­długi czas temu, gdy­śmy razem z Hen­rym śnia­dali, pan Evans przy­był w amba­ra­sie, upra­sza­jąc wielce mego przy­ja­ciela dok­tora, by udał się zba­dać jego sąsiadkę, z dala od ludzi żyjącą, nie­jaką wdowę Bry­den, którą koń na opo­czy­stym zrzu­cił trzę­sa­wi­sku. Była przy tym pani Evans i oba­wia się, że życie wdowy jest w nie­bez­pie­czeń­stwie. Henry pochwy­cił swój sakwo­jaż medyka i poje­chał bez jed­nej chwili zwłoki. (Zapro­po­no­wa­łem, że takoż pojadę, ale pan Evans o wyro­zu­mia­łość bła­gał, pacjentka bowiem obiet­nicę wymo­gła, by nikt prócz dok­tora nie widział jej w nie­dy­spo­no­wa­niu). Wal­ker, takie pod­słu­chu­jąc usta­le­nia, rzekł mi, że żaden repre­zen­tant płci męskiej przez owe lat dwa­dzie­ścia progu domu wdowy nie prze­kro­czył, i uznał, że „stara, ozię­bła locha pew­nie już w mogile jed­nym kula­sem, jeśli kono­wa­łowi prze­szu­kać się dozwala”.

* * *

Początki Moriori z „Rēkohu” (wysp Cha­tham rdzenna nazwa) do dziś tajem­nicą są okryte. Pan Evans skłonny jest mnie­mać, że wywo­dzą się od Żydów wypę­dzo­nych z Hisz­pa­nii, wska­zu­jąc na ich nosy zakrzy­wione i szy­der­czy kształt ust. Teo­ria przez pana D’Arnoqa pre­fe­ro­wana, jakoby Moriori to Maorysi, któ­rych kanu nie­gdyś o brzegi naj­od­le­glej­szej z wysp się roz­strza­skały, oparta jest na podo­bień­stwach języka i mito­lo­gii i dla­tego wyż­szy logiki karat posiada. Pew­nym jest, że po wie­kach, czyli też tysiąc­le­ciach życia w izo­la­cji, Moriori tak pry­mi­tywne wie­dli życie, jak ich kuzyni nie­szczę­śni z Ziemi van Die­mena. Sztuka budo­wa­nia łodzi (poza pro­stymi ple­cio­nymi tra­twami dla prze­pły­wa­nia przez kanały mię­dzy wyspami) i nawi­ga­cji poszła w zapo­mnie­nie. Że pokryta wodą i lądem Zie­mia insze kon­ty­nenty miała, ludowi Moriori nawet się nie śniło. Po praw­dzie w ich języku nie ma słowa „rasę” okre­śla­ją­cego, a „Moriori” zwy­czaj­nie „ludzi” ozna­cza. Nie hodo­wano tu zwie­rząt, po wyspach tych bowiem nie cho­dziły ssaki żadne, do czasu, aż prze­pły­wa­jący wie­lo­ryb­nicy roz­myśl­nie przy­wieźli tu i zosta­wili świ­nie, by utwo­rzyć dla się spi­żar­nię. W swym dzie­wi­czym sta­nie byli Moriori zbie­ra­czami. Łowili sko­ru­piaki paua, po raki nur­ko­wali, wybie­rali pta­kom jaja z gniazd, polo­wali dzi­dami na foki, wodo­ro­sty zbie­rali i wyko­py­wali spod ziemi już to pędraki, już to korzonki.

Do czasu tego Moriori sta­no­wili jedy­nie miej­scową odmianę pogan pospo­li­tych w spód­niczki z trawy lub w pióra przy­odzia­nych, na wszyst­kich pomniej­sza­ją­cych się „czar­nych pla­mach” oce­anu, jesz­cze przez Bia­łego czło­wieka nie­tknię­tych. Rēkohu z dawna jed­nak prawa rościło do bycia wyspą szcze­gól­niej­szą, a to z przy­czyny eks­tra­or­dy­na­ryj­nych wie­rzeń pacy­ficz­nych. Od cza­sów nie­pa­mięt­nych kasta kapła­nów śród Moriori utrzy­my­wała, że kto­kol­wiek bądź krew ludzką roz­le­wał, zabi­jał wła­sną mana – honor swój, war­tość, pozy­cję i duszę. Żaden Moriori schro­nie­nia by takiemu nie udzie­lił, jadłem nie uczę­sto­wał, nie kon­wer­so­wałby ani nawet patrzał na per­sonę non grata. Jeśli mor­derca na taki ostra­cyzm ska­zany nawet prze­trwał zimę pierw­szą, to i tak despe­ra­cja z samot­no­ści wyni­kła pchała go ku wyrwie w lodzie na Przy­lądku Young, gdzie życie sobie odbie­rał. Zważ­cie to, upra­szał pan D’Arnoq. Dwa tysiące dzi­czy (jak pan Evans zga­dy­wał) sło­wem i czy­nem przy­ka­za­nia Nie będziesz zabi­jał chroni, two­rzy ramy ust­nej Magna Carty dla pod­trzy­ma­nia har­mo­nii przez sześć­dzie­siąt stu­leci, co nie­znana w inszych miej­scach, odkąd Adam owocu z Drzewa Wia­do­mo­ści Złego i Dobrego zakosz­to­wał. Wojna rów­nie obca była Moriori, jak Pig­me­jom tele­skop. Pokój, nie spo­koju okres pomię­dzy woj­nami, lecz tysiąc­le­cia pokoju nie­zmą­co­nego rzą­dzą tymi na kraju świata ległymi wyspami. Któż zaprze­czyć może, że Stare Rēkohu bli­żej Uto­pii More’a leżało niż nasze „Pań­stwa Postępu”, przez głodne wojen ksią­żątka z Wer­salu i Wied­nia, Waszyng­tonu i West­min­steru rzą­dzone? Tutaj – pan D’Arnoq dekla­mo­wał – i tylko tutaj ist­niały te idee nie­uchwytne, przy­braw­szy formę ciała i kości owego szla­chet­nego, dzi­kiego ludu. (Henry, gdy­śmy póź­niej do Musz­kietu wra­cali, wyznał: „Ni­gdy bym szla­chetną nie nazwał rasy dzi­ku­sów, co nazbyt są zaco­fani, by pro­sto dzidą mio­tać”).

Wsze­lako szkło i pokój jed­nako kru­che się zda­dzą gdy ciosy spa­dają raz za razą. Cio­sem pierw­szym dla Moriori był „Union Jack”, w darń Skir­mish Bay zatknięty w imię króla Jerzego przez porucz­nika mary­narki Bro­ugh­tona z HMS „Cha­tham” led­wie lat temu pięć­dzie­siąt. Trzy lata póź­niej odkry­cie Bro­ugh­tona u agen­tów mor­skich w Syd­ney i Lon­dy­nie się nala­zło, a garstka wol­nych osad­ni­ków (w któ­rych licz­bie był też pana Evansa rodzic), roz­bit­ków mor­skich i „ska­zań­ców spory z Urzę­dem Kolo­nial­nym Nowej Połu­dnio­wej Walii pro­wa­dzą­cych w mate­rii warun­ków ich osa­dze­nia” upra­wiała dynie, cebulę, kuku­ruzę i mar­chew. Sprze­da­wali je ubo­gim łow­com fok, co dru­gim cio­sem dla nie­za­leż­no­ści Moriori było, łowcy owi bowiem wni­wecz nadzieje dobro­bytu tubyl­com obra­cali, różowo bar­wiąc kipiel przy­boju foczą krwią. (Pan D’Arnoq zilu­stro­wał pro­fita aryt­me­tyką taką – jedna focza skóra 15 szy­lin­gów w Kan­to­nie zara­biała, a owi łowcy pio­nier­scy gro­ma­dzili w jed­nej łodzi skór ponad dwa tysiące!). Toteż w ciągu lat kilku foki można już było naleźć jedy­nie na ska­łach od strony oce­anu, a „łowcy fok” obró­cili się także ku upra­wie ziem­niaka, hodowli owiec i świń, z takim roz­ma­chem, że Cha­thamy zwą teraz „Ogro­dem Pacy­fiku”. Owi parvenu far­me­rzy oczysz­czali grunt, krzaki wypa­la­jąc, a to zapa­lało torf pod powierzch­nią, gdzie tlił się przez lat wiele, wycho­dząc na powierzch­nię w porach suchych dla nie­szczę­ścia roz­sie­wa­nia od nowa.

Cios trzeci Moriori zadali wie­lo­ryb­nicy, zawi­ja­jący teraz w licz­bie pokaź­nej do Ocean Bay, Waitangi, Owenga i Te Wha­karu dla naprawy łodzi, nowym sprzę­tem onych wypo­sa­ża­nia i odświe­ża­nia. Koty i szczury wie­lo­ryb­ni­ków mno­żyły się jak egip­skie plagi i poże­rały gniaz­du­jące w norach ptaki, któ­rych jaja Moriori jako strawę wysoko cenili. Czwarty, owa zbie­ra­nina cho­rób, co trzebi rasy ciem­no­skóre, gdzie­kol­wiek bądź Biała cywi­li­za­cja się zbliży, jesz­cze Abo­ry­ge­nów liczbę nad­wą­tliła.

Wszel­kie te nie­szczę­ścia Moriori wytrwać by jesz­cze mogli, gdyby nie donie­sie­nia, które do Nowej Zelan­dii docie­rały, opi­su­jące Cha­thamy jako istny Kanaan z lagu­nami peł­nymi węgo­rzy po brzegi, zatocz­kami z dywa­nem sko­ru­pia­ków i z miesz­kań­cami, co ani wojny, ani broni poję­cie rozu­mieli. Uszom ple­mień­ców z Ngati Tama i Ngati Mutunga, dwóch kla­nów Maory­sów Tara­naki Te Ati Awa (gene­alo­gia Maory­sów podług zapew­nień pana D’Arnoqa rów­nie zawiłą jest w każ­dej naj­mniej­szej z gałą­zek, jak owe drzewa gene­alo­giczne wiel­bione tak przez zie­miań­stwo Europy, zaiste, każde chło­pię tej rasy nie­pi­śmien­nej przy­to­czyć może imię dziada swego i „rangę” jego w oka mgnie­niu) pogło­ski te zdały się obie­ca­nym zadość­uczy­nie­niem za poła­cie ziem ich przod­ków, w nie­daw­nych „Woj­nach Musz­kie­tów” utra­cone. Szpie­gów wysłano dla pod­da­nia pró­bie ducha Moriori, gwał­cąc ich tapu i plą­dru­jąc miej­sca święte. Pro­wo­ka­cje owe Moriori przy­jęli, jak Pan nasz przy­ka­zał, „poli­czek drugi nad­sta­wia­jąc” i agre­so­rzy do Nowej Zelan­dii powró­cili, poświad­cza­jąc Moriori bojaź­li­wość. Cali w tatu­ażach maory­scy conqu­ista­do­res naleźli armadę swą jed­no­stat­kową, w postaci brygu „Rod­ney” pod komendą kapi­tana Hare­wo­oda, który u schyłku roku 1835 zgo­dził się prze­trans­por­to­wać Maory­sów w licz­bie dzie­wię­ciu­set i sie­dem kanu wojen­nych w dwóch podró­żach, w zamian za ziem­niaki nasienne, broń palną, świ­nie, dostawy sute lnu mię­dlo­nego i jedno działo. (Pan D’Arnoq napo­tkał Hare­wo­oda lat temu pięć, w nędz­nej kon­dy­cji, w tawer­nie w Bay of Islands. Z początku zaprze­czył, jakoby był onym Hare­wo­odem z „Rod­neya”, poczem zakli­nał się, że przy­mu­szo­nym został do prze­wozu Negrów, lubo nie rzekł jasno, jakim spo­so­bem ów przy­mus się mate­ria­li­zo­wał).

„Rod­ney” z Port Nicho­las w listo­pa­dzie wypły­nął, ale jego pogań­ski ładu­nek pię­ciu­set męż­czyzn, kobiet i dzia­twy, cia­sno upcha­nych w ładowni na sześć dni podróży, dusił się od nie­czy­sto­ści i mor­skiej cho­roby, przy wody wiel­kim nie­do­statku, i przy­bił do Whan­ga­tete Inlet w sta­nie tak osła­bio­nym, że Moriori, gdyby tylko wolę mieli, wyciąć w pień mogliby swych dra­pież­nych współ­braci. Dobrzy Sama­ry­ta­nie woleli jed­na­koż podzie­lić się uszczu­ploną obfi­to­ścią Rēkohu, ani­żeli znisz­czyć swe mana, krew tocząc, więc cho­rych i umie­ra­ją­cych Maory­sów pie­lę­gno­wali, aż ci do sił powró­cili.

– Maorysi drze­wiej już na Rēkohu przy­by­wali – obja­śnił pan D’Arnoq – lecz odpły­wali na powrót. Moriori mnie­mali więc, że i ci podob­nie w pokoju ich zosta­wią.

Wiel­ko­dusz­ność Moriori nagro­dzona została, gdy kpt. Hare­wood powró­cił z Nowej Zelan­dii z kolej­nymi czte­ry­stoma Maory­sami. Naten­czas obcy przy­stą­pili do ziemi zawłasz­cza­nia przez takahi, maory­ski rytuał, co lite­ral­nie tłu­ma­czy się jako „cho­dze­nie po ziemi dla we wła­da­nie jej wzię­cia”. Tak stare Rēkohu podzie­lone tym gustem zostało, a Moriori uwia­do­mieni, że odtąd Maory­sów są wasa­lami. Wcze­snym grud­niem, gdy koło tuzina Abo­ry­ge­nów pro­test pod­nio­sło, bez­ce­re­mo­nial­nie toma­haw­kiem ich wybito. Maorysi dowie­dli, że pojęt­nymi są uczniami Angli­ków w „kolo­ni­za­cji ponu­rej sztuce”.

Wyspa Cha­tham na wscho­dzie opa­suje lagunę roz­le­głą, Te Whanga, wypeł­nioną sło­nym trzę­sa­wi­skiem, co nie­mal śród­lą­dowe morze sta­nowi, jed­nako użyź­niane oce­anem w porze przy­pływu poprzez odpływ laguny w Te Awa­pa­tiki. Lat temu czter­na­ście męż­czyźni Moriori odby­wali na tej ziemi świę­tej zgro­ma­dze­nie. Trzy dni trwało ono, a cel miało jeden – odpo­wiedź dać na pyta­nie: Czy prze­la­nie krwi Maory­sów nisz­czy li także mana czło­wie­cze? Młodsi twier­dzili, że wiara Pokoju nie tyczyła kani­bali obcych, o któ­rych przod­ko­wie ich zgoła nic nie wie­dzieli. Moriori zabi­jać przy­mu­szeni są lub sami zginą. Star­szy­zna upra­szała o uci­sze­nie nastro­jów, bo tak długo, jak Moriori swe mana chro­nili wraz z zie­mią swą, ich bogo­wie i przod­ko­wie chro­nili lud przed krzywdą. „Do serca przy­tul wroga swego” – nale­gali starsi – „aby ciosu zadać ci nie mógł”. („Do serca przy­tul wroga swego” – dow­cip­ko­wał Henry – „dla poczu­cia, jak jego szty­let nerki ci łasko­cze”).

Star­szy­zna wygrała na koniec, ale zna­cze­nia to nie miało.

– Gdy brak­nie liczeb­nej prze­wagi – rzekł nam pan D’Arnoq – Maorys zdo­bywa oną, ude­rza­jąc pierw­szy i naj­moc­niej­sze z cio­sów zada­jąc, co wielu bry­tyj­skich i fran­cu­skich nie­szczę­śni­ków z mogił może potwier­dzić.

Ngati Tama i Ngati Mutunga zwo­łali rady wła­sne. Gdy męż­czyźni Moriori powró­cili z obrad zgro­ma­dze­nia, cze­kały ich zasadzki i noc hańby gor­szej od kosz­maru, noc rzezi, wio­sek pło­ną­cych, gra­bieży, męż­czyzn i kobiet na pal rzę­dami wbi­ja­nych na nad­brzeż­nych pia­skach, dzieci w dziu­rach przy­ta­jo­nych, zwę­szo­nych i na strzępy przez psy myśliw­skie roz­ry­wa­nych. Nie­któ­rzy z wodzów patrzali jutra i mor­do­wali tylu jedy­nie, ilu potrzeba było dla wymu­sze­nia lękli­wego posłu­szeń­stwa u pozo­sta­łych. Inszych kacy­ków rze­czy takie nie wstrzy­my­wały. Na plaży Waitangi pięć­dzie­się­ciu z Moriori głowy ścięto, wypa­tro­szono, owi­nięto lnu liśćmi, poczem w ogrom­nym piecu ziem­nym upie­czono z bul­wami yamu i słod­kimi bata­tami. Nawet połowa Moriori, co widzieli zachód słońca ostatni nad Sta­rym Rēkohu, nie prze­żyła, by patrzeć, jak wscho­dzi słońce Maory­sów. („Mniej jak stu czy­stej krwi Moriori żyje dzi­siaj”, lamen­to­wał pan D’Arnoq. „Na papie­rze Korona Bry­tyj­ska z jarzma nie­woli lata temu ich oswo­bo­dziła, lecz Moriori nie dbają o papier. O tydzień rejsu pod żaglem jeste­śmy od Domu Guber­na­tora, a Jej Kró­lew­ska Wyso­kość na Cha­tham gar­ni­zonu nie utrzy­muje”).

Zapy­ta­łem, czemu Biali rąk Maory­sów pod­czas masa­kry nie powstrzy­mali?

Pan Evans nie spał już i nawet w poło­wie głu­chy tak nie był, jak wprzód mi się zda­wało.

– Widział pan kiedy wojow­ni­ków maory­skich roz­wście­czo­nych i krwi żąd­nych, panie Ewing?

Odrze­kłem, żem nie widział.

– Ale widział pan krwi żądne rekiny, czyż nie?

Odpar­łem, żem widział.

– Toż nie­le­d­wie to samo. Ima­gi­nuj pan sobie krwa­wiące cielę, ciska­jące się w wodzie płyt­kiej, co od reki­nów się roi. Co pan robisz: trzy­masz się od wody z dala, czy pró­bu­jesz szczęki reki­nów powstrzy­mać? Taki oto wybór nasz był. Ow­szem, pomo­gli­śmy owym nie­licz­nym, co pod drzwi nasze przy­szli – owczarz nasz, Bar­na­bas, jed­nym był z nich, jed­nako gdy­by­śmy w ową noc za próg wyszli, ni­gdy by nas wię­cej nie widziano. Pamię­taj pan, my, Biali, nie­spełna pięć­dzie­się­ciu liczy­li­śmy w Cha­tham w owym cza­sie. Maory­sów wszyst­kich razem było dzie­wię­ciu­set. Maorysi pospołu z Pakeha zamiesz­kują, panie Ewing, lecz w pogar­dzie nas mają. Nie­chaj ni­gdy pan o tym nie zapo­mni.

Jakiż z tego morał pły­nie? Pokój, lubo umi­ło­wany przez Pana naszego, cnotą jest kar­dy­nalną tylko won­czas, gdy bliźni sumie­nie z tobą dzieli.

Wieczorem ~

Nazwi­sko pana D’Arnoqa nie jest miło­ścią wielką darzone w Musz­kie­cie.

– Biały czar­nuch, krwi mie­sza­nej, ludzki kun­del – rzekł mi Wal­ker. – Nikt nie wie czym jest.

Suggs, pastuch jed­no­ręki, co pod barem mieszka, zakli­nał, że nasz zna­jomy gene­ra­łem jest Bona­par­tego, ukry­wa­ją­cym się tu pod fał­szywą maską. Inszy, że D’Arnoq Polacz­kiem jest, przy­się­gał.

Nazwy „Moriori” takoż nikt tu miło­ścią szcze­gól­niej­szą nie darzy. Pijany Maorys, Mulat, powie­dział mi, że cała histo­ria z Abo­ry­ge­nami „sta­remu pomy­lo­nemu Lute­ra­nowi” przy­śnić się musiała, a pan D’Arnoq ewan­ge­lię o Moriori głosi tylko dla upra­wo­moc­nie­nia swych pre­ten­sji oszu­kań­czych do ziemi prze­ciw Maory­som, praw­dzi­wym Cha­tham wła­ści­cie­lom, co pły­wają tam i siam w swych kanu od cza­sów nie­pa­mięt­nych! James Cof­fee, hodowca wie­przów, powie­dział, że Maorysi Bia­łemu czło­wie­kowi przy­sługę oddali, wybi­ja­jąc Bru­tu­sów insze ple­mię dla zro­bie­nia nam miej­sca, doda­jąc, że Rosja­nie Koza­ków szkolą, by „sybe­ryj­skie skóry gar­bo­wali” podobną modą.

Pro­te­sto­wa­łem, że misją naszą być winno cywi­li­zo­wać czarną rasę przez nawra­ca­nie, a nie ją wytę­pić, bo ręka Boga ją także stwo­rzyła. Kto żyw w tawer­nie atak gwał­towny na mnie przy­pu­ścił za „sen­ty­men­talne, jan­ke­skie kła­pa­nie!”.

– Naj­lep­szy z nich nazbyt dobrym nie jest, by jak świ­nia zdech­nąć! – krzyk­nął któ­ryś. – Jedyną dla czar­nych ewan­ge­lią do poję­cia jest ewan­ge­lia bata, do ch–y! – Któ­ryś znowu: – My, Bry­tyj­czycy, nie­wol­nic­two oba­li­li­śmy w naszym impe­rium – żaden Ame­ry­ka­nin tego rzec nie może!

Sta­no­wi­sko Henry’ego było, oględ­nie rze­kł­szy, dwu­znacz­nym.

– Po latach pracy z misjo­na­rzami pokusę czuję kon­klu­do­wać, że sta­ra­nia ich prze­dłu­żają jedy­nie na lat dzie­sięć czy dwa­dzie­ścia ago­nię rasy umie­ra­ją­cej. Lito­ściwy oracz strzela do konia pra­co­wi­tego, co już za stary, by pracy podo­łać. Czyż nie obli­guje to nas, jako filan­tro­pów, by podob­nie dzi­ku­som w cier­pie­niach ulżyć przez ich wymar­cia przy­śpie­sze­nie? Myśl o waszych czer­wo­no­skó­rych India­nach, Ada­mie, myśl o trak­ta­tach, które wy, Ame­ry­ka­nie, odwo­łu­je­cie i nie dotrzy­mu­je­cie ich raz za razą i znowu. Bar­dziej ludz­kim jest z pew­no­ścią i uczciw­szym walić dzi­kich po gło­wach i mieć z nimi spo­kój?

Tyle prawd, ilu ludzi. Cza­sami praw­dziw­szą Prawdę przez chwilę dostrze­gam, skry­wa­jącą się pod sie­bie samej bała­mut­nym podo­bień­stwem, wsze­lako, gdy zbli­żam się do niej, poru­szy się i głę­biej schowa w oko­lone cier­niami bagno roz­bież­no­ści.

Wtorek, 12 listopada ~

Nasz zacny kpt. Moly­neux zaszczy­cił dziś Musz­kiet dla tar­go­wa­nia się z wła­ści­cie­lem o cenę pię­ciu beczek solo­nej woło­winy (targu dobito przy par­tyjce hała­śli­wej tren­tuno, którą kapi­tan wygrał). Ku memu zdu­mie­niu, nim kpt. Moly­neux wró­cił, by spraw­dzić w stoczni postępy, Henry’ego na słowo popro­sił, w mego kom­pana pokoju. Kon­sul­ta­cje trwają na­dal, gdy to piszę. Przy­ja­ciela mego ostrze­gano przed despo­ty­zmem kapi­tana, lecz nie podoba mi się to mimo wszystko.

Później ~

Kpt. Moly­neux, jak się oka­zuje, na przy­pa­dłość medyczną cierpi, co nie­le­czona osła­bić może umie­jęt­no­ści rodzaju róż­no­rod­nego potrzebne na jego sta­no­wi­sku. Z racji tej kapi­tan ofertę Henry’emu zło­żył, by nam w podróży do Hono­lulu towa­rzy­szył (wikt i koja pry­watna darmo), obo­wiązki przyj­mu­jąc zarówno pokła­do­wego medyka, jak i oso­bi­stego dok­tora kpt. Moly­ne­aux, aż do zawi­nię­cia do portu doce­lo­wego. Przy­ja­ciel mój obja­śnił, że myślał do Lon­dynu powró­cić, lecz kpt. Moly­neux mocno naci­skał. Henry obie­cał kwe­stię prze­my­śleć i decy­zję pod­jąć w pią­tek ran­kiem, na który to dzień ogło­szono teraz wypły­nię­cie „Wieszczki”.

Henry nie zdra­dził, jakaż to przy­pa­dłość kapi­ta­nowi dolega, ani ja pyta­łem; lubo nie trzeba esku­lapa kształ­co­nego, by pojąć, że kpt. Moly­ne­aux doku­czają ruma­ty­zmy. Przy­ja­ciela mego dys­kre­cja dobrze o nim świad­czy. Mimo eks­cen­trycz­no­ści Henry’ego Goose’a jako kolek­cjo­nera kurio­zów wie­rzę, że dr Goose jest medyka wzo­rem i gorącą mam – lubo samo­lubną – nadzieję, że Henry w swej odpo­wie­dzi na pro­po­zy­cję kapi­tana przy­sta­nie.

Środa, 13 listopada ~

Do dzien­nika przy­cho­dzę jak do spo­wied­nika kato­lik. Sińce me mówią, że tych eks­tra­or­dy­na­ryj­nych, prze­szłych godzin pięć to nie maja­cze­nia Cho­robą spro­wa­dzone, lecz wyda­rze­nia praw­dziwe. Opi­szę, co dnia tego mi się przy­da­rzyło, tak bli­sko fak­tów się trzy­ma­jąc, jak tylko w mej mocy.

Tego ranka Henry zło­żył wizytę kolejną w domo­stwie wdowy Bry­den dla popra­wie­nia jej łub­ków i zmiany okła­dów. Miast bez­piecz­nemu leni­stwu się pod­dać, posta­no­wi­łem wspiąć się na wzgó­rze wyso­kie na pół­noc od Ocean Bay, Stoż­ko­wym Wierz­choł­kiem zwane, któ­rego góru­jące wznie­sie­nie obie­cuje naj­lep­szy pro­spekt „wnę­trza” wyspy Cha­tham. (Henry, w latach doj­rzal­szy, rozumu ma nazbyt wiele, by nie wagu­so­wać się po wyspach nie­zba­da­nych, które kani­bale zalud­niają). Znu­żony potok, co wodę do Ocean Bay toczy, w górę mię powiódł przez bagni­ste pastwi­ska, zbo­cza kiku­tami dzio­bate, w dzie­wi­czy las tak zbu­twiały, sęko­waty i splą­tany, żem zmu­szony był wdra­py­wać się w górę niby oran­gu­tan jaki! Lawina gradu spa­dać zaczęła gwał­tow­nie, las wypeł­niła per­ku­sją osza­lałą i urwała nagle. Wytro­pi­łem drozda czar­no­brzu­chego, któ­rego upie­rze­nie smo­li­ste czar­nym jak noc było i któ­rego powol­ność gra­ni­czyła z pogardą. Tui, skryty przed wzro­kiem, jął śpie­wać, wsze­lako roz­pa­lona ma fan­ta­zja mocą ludz­kiej mowy go nagro­dziła.

– Oko za oko! – przede mną wołał, prze­la­tu­jąc labi­ryn­tem pąków, gałą­zek i cierni. – Oko za oko!

Po wyczer­pu­ją­cej wspi­naczce zdo­by­łem szczyt, lubo dotkli­wie nad­we­rę­żony i podra­pany, o godzi­nie jakiej, nie wiem, gdy­żem zanie­dbał wie­czoru prze­szłego zega­rek mój kie­szon­kowy nakrę­cić. Mgła nie­prze­nik­niona, co wyspy te nawie­dza (abo­ry­geń­ska nazwa Rēkohu, powiada pan D’Arnoq, „Słońce Mgieł” ozna­cza) opa­dła, gdym ja się wspi­nał, umi­ło­wana ma pano­rama niczym wię­cej zatem była niźli czub­kami drzew zni­ka­ją­cymi w mżawce. Nędzna to nagroda za me trudy.

„Szczyt” Stoż­ko­wego Wierz­chołka kra­ter sta­no­wił, o śred­nicy na rzut kamie­niem, oka­la­jący spa­dek o ścia­nach ze ska­li­stych sto­ków, któ­rego dno nie­wi­doczne leżało, daleko a daleko niżej żałob­nego listo­wia drzew kopi, w licz­bie grosa lub wię­cej. Nie życzył­bym sobie głębi jego badać bez pomocy lin i oskarda. Okrą­ża­łem kra­teru zrąb, wypa­tru­jąc wyraź­niej­szego szlaku jakiego na powrót do Ocean Bay, gdy nagłe szu-szu! na zie­mię mię posłało – umysł wstręt do pustki czuje i nawyk ma zalud­niać ją fan­to­mami, tak oto zoczy­łem wprzód szar­żu­ją­cego wie­prza z kłami, potem maory­skiego wojow­nika z dzidą w górę wznie­sioną, co na twa­rzy wypi­saną miał nie­na­wiść przod­ków swych, wła­ściwą jego rasie.

Wsze­lako był to tylko alba­tros, skrzy­dłami łopo­cący w powie­trzu jak żaglo­wiec. Patrza­łem za nim, jak ginie w prze­świe­ca­ją­cej mgle. Całego jarda do kra­teru kra­wę­dzi mi bra­ko­wało, jed­nako, ku zgro­zie mej, zie­mia pode mną ugięła się jak sko­rupa na łoju – nie na grun­cie twar­dym sta­łem, ale na nawi­sie! Zapa­dłem się po prze­ponę, traw się chwy­ta­jąc despe­racko, ale te w pal­cach się prze­rwały i runą­łem w dół, niby mane­kin do studni ciśnięty! Pamię­tam wiro­wa­nie w próżni, wrza­ski, patyki dra­piące oczy, młynki w powie­trzu, kurtkę roz­dartą i luźno wiszącą; ziemi osyp; ocze­ki­wa­nie na ból; nagłą, bez­ładną modli­twę o pomoc; krzak, co spo­wal­nia upa­dek, lubo go nie wstrzy­muje, i próby bez­na­dziejne odzy­ska­nia ekwi­li­brum – gdy się zsu­wam – terra firma wresz­cie pędzącą mi na spo­tka­nie. Zde­rze­nie cał­ko­wi­cie zmy­sły me zamro­czyło.

W pie­rzy­nach z mgły i na podusz­kach przez lato pod­su­wa­nych leża­łem, w sypialni w San Fran­ci­sco, do mojej podob­nej. Słu­żący o karła postu­rze rzekł:

– Dureń, Ada­mie, z cie­bie straszny.

Weszli Tilda z Jack­so­nem, wsze­lako, gdym try­umf wyra­zić chciał, z ust mych wybu­chło tylko gar­dłowe szcze­ka­nie, jak u indiań­skiej rasy! Żona ma i syn wsty­dem się okryli za moją przy­czyną i do kola­ski wsie­dli. Rzu­ci­łem się w pogoń, pra­gnąc nie­po­ro­zu­mie­nie owo wyja­śnić, lecz kola­ska zni­kała w ucie­ka­ją­cej dali, ażem się w zadrze­wio­nym zmierz­chu zbu­dził i w ciszy, grzmią­cej, wie­czy­stej. Sińce me, ska­le­cze­nia, mię­śnie i koń­czyny jęczały jak w sądzie pro­ce­su­jące się strony.

Posła­nie z mchu i ściółki, wyło­żone w tym wądole mrocz­nym od dru­giego dnia Stwo­rze­nia, oca­liło me życie. Anio­ło­wie znać członki me zacho­wali, bo jeśli­bym bodaj jedną nogę czy rękę zła­mał, na­dal bym tam leżał, wydo­być się nie mogąc, śmierci cze­ka­jąc od żywio­łów albo z bestii pazu­rów. Na nogi się podźwi­gnąw­szy i zoba­czyw­szy, jak dale­kom się zsu­nął i upadł (na wyso­kość fok­masztu), bez więk­szej krzywdy dla osoby mej, podzię­ko­wa­łem Panu za oca­le­nie, zaprawdę bowiem, wzy­wa­łeś mię w uci­sku i wyba­wi­łem cię; wysłu­cha­łem cię w osło­nie burzy14.

Wzrok mój przy­wykł do pomroki i oczom widok uka­zał się jed­nako nie­za­tarty, strasz­liwy i wznio­sły. Wprzód jedna, dzie­sięć potem, wresz­cie setki twa­rzy z wiecz­nej sza­ro­ści się wyło­niły, topo­rem w korze wycio­sane przez bał­wo­chwal­ców, niby duchy arbo­re­alne, znie­ru­cho­miałe pod zaklę­ciem okrut­nego maga. Epi­tet żaden odpo­wied­nio nie skre­śli obrazu tego bazy­lisz­ków ple­mie­nia! Tylko nie­oży­wione może być tak żywym. Kciu­kami wodzi­łem po ich fizjo­gno­miach ohyd­nych. Nie wąt­pię, żem pierw­szym był Bia­łym w tem mau­zo­leum od jego pre­hi­sto­rycz­nej inau­gu­ra­cji. Naj­młod­szy z den­dro­gli­fów, jak mnie­mam, dzie­sięć lat ma, lecz star­sze, roz­dęte na korze, kiedy drzewa rosły, wyrze­zane zostały ostrzem pogan, któ­rych duchy wła­sne już od dawien dawna wymarłe. Pra­daw­ność taka z pew­no­ścią rękę Moriori pana D’Arnoqa przed­sta­wiała.

Czas pły­nął w tym miej­scu zaklę­tym i natę­ża­łem się, by naleźć spo­sób ucieczki, ośmie­lany świa­do­mo­ścią, że two­rzy­ciele owych „rzeźb drzew­nych” muszą mieć spo­sób na regu­larne tegoż dołu opusz­cza­nie. Jedna ściana mniej stromo wyglą­dała niźli insze, a włók­ni­ste pną­cza coś na obraz „oli­no­wa­nia” ofe­ro­wały. Goto­wa­łem się do wspi­naczki, gdy uwagę mą zwró­ciło zagad­kowe „bucze­nie”.

– Kto tam idzie?! – zawo­ła­łem (czyn pochopny jak na Bia­łego intruza bez broni i w świą­tyni pogan). – Okaż się!

Cisza słowa me wraz z echem pochło­nęła i drwiła ze mnie. Przy­pa­dłość ma w śle­dzio­nie się ozwała. „Bucze­nie” wio­dło do chmary much, krą­żą­cych wkoło wypu­kło­ści na uła­maną gałąź nadzia­nej. Szturch­ną­łem ów guz paty­kiem sosno­wym i zwy­mio­to­wa­łem bez mała, bo był to kawał cuch­ną­cych trzewi. Obró­ci­łem się, by uciec, lecz nie mogłem odejść bez roz­wia­nia mrocz­nych podej­rzeń, że to ludz­kie serce na drze­wie wisiało. Nos i usta okry­łem chu­s­teczką, a paty­kiem tkną­łem ode­rwaną wnętrz­ność. Organ zadrgał jak żywy! Pie­kąca ma przy­pa­dłość w górę po krę­go­słu­pie strze­liła. Niby we śnie (choć sen to nie był!), blada sala­man­dra wychy­nęła ze swego w tru­chle zamiesz­ka­nia i w oka­mgnie­niu po patyku wbie­gła na mą rękę! Patyk w bok cisną­łem i nie dostrze­głem, gdzie sala­man­dra zni­kła. Krew strach mi ściął i czym prę­dzej sal­wo­wać się chcia­łem ucieczką. Napi­sać łatwiej, niż zro­bić, bo jeśli­bym się ześli­zgnął był i na powrót runął ze ścian, co o zawrót głowy przy­pra­wiały, szczę­śliwy traf mógłby upadku mego powtór­nie już nie zła­go­dzić, jed­nako wgłę­bie­nia na stopy w skale były wycio­sane i przez łaskę Pana brzeg kra­teru zdo­by­łem bez nie­for­tun­nych przy­pad­ków.

Nala­zł­szy się znów w posęp­nej chmu­rze, tęsk­ni­łem za obec­no­ścią ludzi wła­snej mej barwy, tak, nawet żegla­rzy gru­biań­skich z Musz­kietu, i jąłem scho­dzić w tym cza­sie – jak mnie­ma­łem – ku połu­dniu. Posta­no­wie­nie me wprzód uczy­nione, by o wszyst­kim, com widział, donieść (z pew­no­ścią pan Wal­ker, Kon­sul de facto i de iure, winien powia­do­mio­nym zostać o rabunku serca ludz­kiego?), sła­bło, gdym się do Ocean Bay zbli­żał. Na­dal nie posta­no­wi­łem, o czym raport zło­żyć i komu. Serce naj­pew­niej wie­prza było lub owcy. Per­spek­tywa Wal­kera i jemu podob­nych, drzewa oba­la­ją­cych i przeda­ją­cych den­dro­glify kolek­cjo­ne­rom, w mym sumie­niu budziła odrazę. Może kto sen­ty­men­ta­li­stą mię nazwać, wsze­lako nie pra­gnę się przy­czy­nić do zada­nia Moriori osta­tecz­nego gwałtu15.

Wieczorem ~

Krzyż Połu­dnia jasno na nie­bie już świe­cił, nim Henry powró­cił do Musz­kietu, jako że roz­chwy­ty­wany był przez więk­szą liczbę miesz­kań­ców wyspy, pra­gną­cych porady „Uzdra­wia­cza wdowy Bry­den” w kwe­stii ruma­ty­zmów, jago­dzicy i obrzę­ków.

– Gdy­byż ziem­niaki dola­rami były – narze­kał mój przy­ja­ciel – od Nabu­cho­do­no­zora był­bym bogat­szy!

Nie­po­koił się mą (okro­joną mocno w rela­cji) fatalną przy­godą na Stoż­ko­wym Wierz­chołku i nale­gał na zba­da­nie mych obra­żeń. Wprzód słu­żącą zago­ni­łem, by zgo­to­wała mi kąpiel, i wysze­dłem z niej na zdro­wiu wzmoc­niony. Henry poda­ro­wał mi sło­iczek bal­samu na me infla­ma­cje i odmó­wił przy­ję­cia za niego choć centa. Oba­wia­jąc się, że może to być szansą ostat­nią zasię­gnię­cia porady u facho­wego dok­tora (Henry ku odrzu­ce­niu oferty kpt. Moly­neux się skła­nia), odsło­ni­łem przed nim swe obawy vis-à-vis przy­pa­dło­ści mej. Wysłu­chał poważ­nie i o czę­sto­tli­wość, a nadto czas trwa­nia ata­ków zapy­tał. Henry żało­wał, że czasu nie miał ani apa­ra­tury dla peł­nej dia­gnozy, lubo zale­cił, bym po powro­cie do San Fran­ci­sco pil­nie nalazł spe­cja­li­stę od para­zy­tów tro­pi­kal­nych. (Na wyzna­nie zdo­być się nie mogłem, że ani jed­nego takiego nie ma).

W sen nie zapa­dam.

Czwartek, 14 listopada ~

Z portu wyru­szamy z poran­nym odpły­wem. Raz jesz­cze stoję na pokła­dzie „Wieszczki”, ale uda­wał nie będę, żem kon­tent. W trum­nie mej zło­żone są teraz trzy zwoje słuszne liny, po któ­rych wspi­nać się jestem przy­mu­szo­nym, by do koi się dostać, bo pod­łogi na cal nawet spod nich nie widać. Pan D’Arnoq pół tuzina beczek pro­wi­zji roz­ma­itej kwa­ter­mi­strzowi sprze­dał oraz belę żaglo­wego płótna (ku Wal­kera odra­zie). Wszedł na pokład dla peł­nie­nia nad­zoru nad ich zała­dun­kiem i dla ode­bra­nia samemu zapłaty, a nadto pomyśl­nych wia­trów mi życzył. W trum­nie mej ści­śnięci byli­śmy jak dwa śle­dzie w beczce, wyszli­śmy więc na pokład, bo wie­czór przy­jemny. Po prze­dys­ku­to­wa­niu róż­no­rod­nych mate­rii uści­snę­li­śmy sobie dło­nie i zszedł na pokład cze­ka­ją­cego go keczu, któ­rego sprawną załogę dwóch posłu­ga­czy rasy mie­sza­nej sta­no­wiło.

Pan Rode­rick nie­wiele miał zro­zu­mie­nia dla mej pety­cji, by linę kło­po­tliwą w insze miej­sce usu­nięto, on bowiem zobli­go­wany był opu­ścić swą pry­watną kabinę (dla przy­czyny, o któ­rej poni­żej) i do kubryku się prze­nieść ze zwy­kłymi mary­na­rzami, któ­rych liczba o pię­ciu Kasty­lij­czy­ków uro­sła, „upo­lo­wa­nych” od kotwi­czą­cego w Bay Hisz­pana. Ich kapi­tan obraz Furii przed­sta­wiał, lecz mimo że mało wojny „Wieszczce” nie wydał – a w bitwie z pew­no­ścią z nosa by mu krew pusz­czono, bo dowo­dzi naj­dziu­raw­szą z kryp – może jedy­nie gwiaz­dom dzię­ko­wać, że kpt. Moly­neux nie był w potrze­bie więk­szej liczby dezer­te­rów. Już same słowa „rejs do Kali­for­nii” zło­tem łyskają i wabią tamże wszyst­kich ludzi, jak ćmy ku lam­pie. Owych pię­ciu zastąpi dwóch dezer­te­rów zbie­głych w Bay of Islands, a nadto rąk, które burza zabrała, na­dal wsze­lako kilku nam męż­czyzn bra­kuje do peł­nej liczby załogi. Fin­bar powiada, że ludzie na nowe usta­le­nia sar­kają, bo z panem Rode­rickiem, w kubryku zakwa­te­ro­wa­nym, nie mogą do woli opo­wie­ści snuć nad butel­czyną.

Los wyna­gro­dził mi pięk­nie. Opła­ciw­szy rachu­nek odrzy­skóry Wal­kera (a nie dałem szu­braw­cowi ni centa wię­cej), pako­wa­łem kufer z chle­bo­wego drewna, gdy Henry wszedł i przy­wi­tał mię w te słowy:

– Witaj, kom­pa­nie podróży!

Bóg mych modlitw wysłu­chał! Henry posadę Dok­tora Pokła­do­wego przy­jął i jużem nie jest bez przy­ja­ciół w tej pły­wa­ją­cej zagro­dzie. Takim mułem upar­tym jest pospo­lity mary­narz, że miast wdzięcz­no­ści, iż dok­tor będzie pod ręką, by w łubki zła­ma­nia im wsta­wiać i infek­cje leczyć, tylko docho­dzą ich sar­ka­nia:

– A co my są, byśmy Dok­tora Pokła­do­wego wieźli, co cho­dzić nie potrafi po buksz­pry­cie? Barka Jej Wyso­ko­ści?

Wyznać muszę pewną urazę, gdy kpt. Moly­neux udzie­lił pła­cą­cemu jak ja za rejs dżen­tel­me­nowi jedy­nie żało­snej koi, choć obszer­niej­sza kabina cały czas była w jego dys­po­no­wa­niu. Dużo więk­szą wagę jed­na­koż przy­wią­zuję do zło­żo­nej przez Henry’ego obiet­nicy obró­ce­nia swych nie­by­wa­łych talen­tów ku dia­gno­zie mej przy­pa­dło­ści, jak tylko w morze wypły­niem. Ulga ma wprost nie­opi­sana.

Piątek, 15 listopada ~

Pod­nie­śli­śmy kotwicę o świ­cie, nie zwa­ża­jąc, że pią­tek dla mary­na­rzy pecho­wym jest Jona­szem. (Kpt. Moly­neux bur­czy: „Prze­sądy, Dnie Świę­tych i insze prze­klęte dyr­dy­mały dobre są, psia­krew, dla Papi­stow­skich bab, lecz ja w tym inte­re­sie jestem przy­mu­szo­nym o zyski dbać!”).

Nie wybra­li­śmy się z Hen­rym na pokład, bo ręce wszyst­kie przy takie­lunku były zajęte, a i wiatr połu­dniowy wiał mocno na peł­nym morzu; sta­tek dokucz­liwy był zeszłej nocy, a dzi­siaj nie mniej. Pół dnia spę­dzi­li­śmy na apteki Henry’ego urzą­dza­niu. Prócz ekwi­punku moder­nego dok­tora, przy­ja­ciel mój w posia­da­niu jest kilku tomów uczo­nych po angiel­sku, nie­miecku i po łaci­nie. Skrzy­neczka „spek­tra” prosz­ków w butel­kach kor­kiem zatknię­tych zawiera, pod­pi­sa­nych greką. Henry łączy je dla roz­ma­itych pigu­łek i maści powsta­nia. Zer­k­nę­li­śmy przez luk ku połu­dniu – Cha­thamy kro­pecz­kami inkau­stu były na oło­wia­nym hory­zon­cie, wsze­lako prze­wa­la­nie się i koły­sa­nie nie­bez­piecz­nym jest dla tych, któ­rych nogi wcza­so­wały tydzień na brzegu.

Popołudniem ~

Szwed Tor­gny do drzwi mej trumny zapu­kał. Rów­nie zasko­czony, co zacie­ka­wiony ukrad­ko­wym zacho­wa­niem, pro­si­łem, by wszedł. Przy­siadł na liny „pira­mi­dzie” i że przy­nosi pro­po­zy­cję od koła mary­na­rzy wyszep­tał.

– Powiedz pan nam, gdzie żyły są naj­lep­sze, te tajemne, co wy miej­scowi tylko dla sie­bie trzy­ma­cie. Ja i kam­raci robotą się zaj­miem, pan będziesz tylko sie­dział pięk­nie, a dzie­siątą część dosta­niesz.

Chwilę nie­jaką zajęło mi zro­zu­mie­nie, że Tor­gny myśli w kali­for­nij­skich kopal­niach drą­żyć. Czyli dezer­cja powszechna jawi się na spraw hory­zon­cie, gdy tylko „Wieszczka” do celu zawi­nie, i przy­znaję, że sym­pa­tie me lokują się po stro­nie mary­na­rzy! Co rze­kł­szy, przy­sią­głem Tor­gny’emu, że wie­dzy żad­nej o zło­żach złota rze­czo­nych nie mam, gdyż przez rok miniony nie­obecny byłem, lubo chęt­nie i darmo mapę ułożę, ilu­stru­jącą osła­wione „Eldo­ra­dos”. Tor­gny na to przy­stał. Z tego dzien­nika wyrwaw­szy stro­nicę, schema szki­co­wa­łem: „Sau­sa­lito, Bene­cia, Sta­ni­slaus, Sacra­mento, etc.”, gdy nie­życz­liwy głos się ozwał:

– Wróż­biar­stwo jakie czy co, mości Kuta­zwi­sie?

Nie sły­sze­li­śmy byli, jak Boer­ha­ave scho­dami zszedł i pchnię­ciem roz­warł drzwi na oścież! Tor­gny zakrzyk­nął w kon­ster­na­cji, winę swą po trzy­kroć tym wyzna­jąc.

– Cóż tam – cią­gnął nasz ofi­cer – cóż to za sprawki masz pan z naszym pasa­że­rem, par­chu sztok­holm­ski?

Tor­gny stał onie­miały, ale ja stra­szyć się nie dałem i odrze­kłem gbu­rowi, żem opi­sy­wał godne ujrze­nia „widoki” mego mia­sta, dla zgo­to­wa­nia Tor­gny’emu atrak­cji, gdy na ląd zej­dzie.

Boer­ha­ave brwi uniósł.

– Zatem to pan teraz zej­ście na ląd mary­na­rzom przy­zna­jesz, czy tak? To mi nowina dla mych sta­rych uszu. Pan pozwo­lisz ten papier, panie Ewing.

Nie pozwo­li­łem. Mój poda­rek dla żegla­rza nie dla Holen­dra był do rekwi­ro­wa­nia.

– Och, o wyba­cze­nie pro­szę, panie Ewing. Tor­gny, odbierz poda­rek. – Wyboru nie mia­łem, jak tylko przy­bi­temu Szwe­dowi go wrę­czyć. Pan Boer­ha­ave rzekł: – Tor­gny, daj mi swój poda­rekw jed­nej chwili albo, na bramy pie­kieł, będziesz dnia żało­wać, gdy­żeś z matki [pióro me przed zapi­sa­niem tej pro­fa­na­cji się wzdraga] wypełzł.

Szwed, prze­ra­żony śmier­tel­nie, jak mu kazano, zro­bił.

– Wielce kształ­cące – zauwa­żył Boer­ha­ave, mej kar­to­gra­fii się przy­glą­da­jąc. – Kapi­tan w zachwy­tach będzie, gdy dowie się o sta­ra­niach pań­skich dla dopo­mo­że­nia naszym majt­kom par­cha­tym, panie Ewing. Tor­gny, na masz­cie wachtę trzy­masz dwa­dzie­ścia cztery godziny. Czter­dzie­ści ośm, jak kto zoba­czy, że jesz i pijesz. Pij sz–y wła­sne, jak cię pra­gnie­nie naj­dzie.

Tor­gny uciekł, wsze­lako ofi­cer jesz­cze ze mną nie skoń­czył.

– Rekiny w tych wodach żerują czę­sto, mości Kuta­zwi­sie. Za stat­kami pły­wają, cze­ka­jąc na przedni kąsek. Widzia­łem kie­dyś, jak jeden żarł pasa­żera. Ów, jak pan, o bez­pie­czeń­stwo wła­sne nie dbał i za burtę wypadł. Sły­sze­li­śmy krzyki. Żar­ła­cze ludo­jady figlują z obia­dem, z wolna pod­ja­dają, tu nóżkę skubną, ówdzie co insze, a tam­ten nie­szczę­śnik żył dłu­żej, niż­byś pan mnie­mał. Roz­waż to pan. – Drzwi mej trumny zamknął. Boer­ha­ave, tak jak gbury i despoci, szczyci się, że tak znie­na­wi­dzo­nym jest, że aż mu to roz­głosu przy­daje.

Sobota, 16 listopada ~

Losu zrzą­dze­niem naj­więk­sza z nie­przy­jem­no­ści na mnie spa­dła w całej mej dotych­cza­so­wej podróży! Cień Sta­rego Rēkohu pchnął mnie, któ­rego jedy­nym pra­gnie­niem są spo­kój i dys­kre­cja, pod prę­gierz podej­rzeń i plo­tek! A jed­nak prze­wina moja w tym tylko, co się tyczy ufno­ści chrze­ści­jań­skiej i nie­ubła­ga­nej złej for­tuny! Mie­siąc do dnia upły­nął, odkąd Nową Połu­dniową Walię opu­ści­li­śmy, gdym zapi­sał owo pogodne zda­nie: „Anty­cy­puję nudną podróż, nie­za­kłó­coną niczym”. Jak­żeż wpis ten drwi teraz ze mnie! Nie zapo­mnę ni­gdy ostat­nich godzin ośm­na­stu. Wsze­lako, skoro spać nie mogę ani myśleć (a Henry już w pościeli), jedyną mą od bez­sen­no­ści ucieczką jest Szczę­ścia zakli­na­nie na tych współ­czu­ją­cych stro­ni­cach.

Nocy zeszłej do mej trumny wró­ci­łem „umę­czon jak pies”. Po modli­twy zmó­wie­niu zdmuch­ną­łem lampę i miriadą gło­sów koły­sany zapa­dłem w pły­ci­zny snu, gdy ochry­pły głos w trum­nie mej! mię zbu­dził i oczy me sze­roko roz­warł w prze­stra­chu!

– Pan Ewing – zakli­nał naglący szept – pan nie boi, pan Ewing, nie krzywda, pro­szę, nie krzy­czy.

Pod­sko­czy­łem mimo­wol­nie i głową o gródź wal­ną­łem. Przy bursz­ty­no­wej poświa­cie sączą­cej się przez spa­czone drzwi i przy gwiazd bla­sku wpa­da­ją­cym przez bulaj ujrza­łem, jak wąż liny ze zwoju się roz­wija i oswo­ba­dza się kształt czarny, jak zmarły przy Ostat­niej Trą­bie! Potężna ręka wychy­nęła z ciem­no­ści i usta me zakryła, nimem zdą­żył głos wydać!

Napast­nik mój syk­nął:

– Pan Ewing, nie ma krzywdy, pan bez­pieczny, ja zna­jomy pan D’Arnoq – on chrze­ści­ja­nin – pan cicho będzie, pro­szę!

Roz­są­dek naresz­cie zebrał siły prze­ciw stra­chom. Człek to, nie duch żaden, w mej kaju­cie się skry­wał. Jeśliby chciał gar­dło me pode­rżnąć za nakry­cie głowy, buty i puz­dro z papie­rami praw­nymi, już bym nie żył. Jeśli mój straż­nik ukry­tym pasa­że­rem był, toż on szcze­gól­niej, nie ja, o życie bać się winien. Po jego mowie nie­ocio­sa­nej, po lek­kiej postu­rze i po woni India­nina w nim pozna­wa­łem, samot­nego na łodzi z Bia­łymi w licz­bie pięć­dzie­się­ciu. Zgoda. Kiw­ną­łem głową z wolna dla dania znaku, że nie będę krzy­czeć.

Ostrożna dłoń uwol­niła me usta.

– Ja Autua – powie­dział. – Ja znam pana, pan mię widział, pan lituje.

Zapy­ta­łem, o czym mówi?

– Bat Maorysa, pan widział.

Pamięć zwy­cię­żyła nad dzi­wacz­no­ścią sytu­acji i przy­po­mnia­łem sobie Moriori bato­żo­nego przez „Króla Jasz­czu­rów”. To mu dodało otu­chy.

– Pan dobry czło­wiek, pan D’Arnoq powiada, że pan dobry czło­wiek. On ukrył mię w pana kabi­nie wczo­raj wie­czór, ja uciekł. Pan pomoże, pan Ewing.

Z wnę­trza mego jęk się dobył! I jego dłoń me usta przy­kryła na nowo.

– Jak pan nie pomoże, ja trup.

Wszystko prawda, pomy­śla­łem, a nadto za sobą mnie na dno pocią­gniesz, jeśli kpt. Moly­neux o mej nie­win­no­ści prze­ko­nać nie zdoła! (Pło­ną­łem z obu­rze­nia na czyn kazno­dziei i na­dal płonę. Nie­chaj sam dla sie­bie zachowa swe „sprawy słuszne” i zostawi nie­win­nych prze­chod­niów w pokoju!). Rze­kłem India­ni­nowi, że już teraz „on trup”. „Wieszczka” stat­kiem była han­dlo­wym, nie zaś tajemną „koleją pod­ziemną” dla oca­lo­nych nie­wol­ni­ków.

– Ja dobry mary­narz – nale­gał Negr. – Zapra­cuję podróż!

– Zna­ko­mi­cie – odrze­kłem (zwąt­pie­nia pełen o jego zapew­nie­niach w mate­rii żeglar­skiego rodo­wodu) i upra­sza­łem, by nie­zwłocz­nie w łaskę kapi­tana się oddał.

– Nie. Oni nie słu­chają. „Płyń z powro­tem, Negr”, mówią i rzucą mię w morze. Pan praw­nik, tak? Pan idź, pan mów. Ja tu będę, ja scho­wam! Pro­szę. Kapi­tan słu­cha pan Ewing. Pro­szę.

Próżno prze­kła­da­łem mu, że żad­nemu wsta­wien­nic­twu kpt. Moly­neux nie był mniej przy­chylny, jak pocho­dzą­cemu od Jan­kesa Adama Ewinga. Moriori samot­nym był w swej przy­go­dzie i nie pra­gną­łem w niej udziału. Dłoń jego moją nala­zła i z kon­ster­na­cją poczu­łem, jak me palce zaci­ska wokół ręko­je­ści noża. Sta­now­cze i ponure żąda­nie wyra­ził.

– Pchnij mię. – Ze spo­ko­jem prze­ra­ża­ją­cym i pew­no­ścią przy­ło­żył sztych do gar­dła.

Powie­dzia­łem India­ni­nowi, że sza­lo­nym jest.

– Nie sza­lony. Jak pan nie pomoże, to pan mnie tak samo zabije. Pan wie, to prawda. – (Zakli­na­łem go, by wstrze­mięź­liwy był i wyro­zu­miały). – To zabij mię. Inszym mów: ja napadł i pan zabił. Ja nie dla ryb, pan Ewing. Lepiej tu umrzeć.

Klnąc me sumie­nie raz, los mój dwa­kroć, a trzy­kroć pana D’Arnoqa, pro­si­łem, by nóż scho­wał i, na nie­biosa, skrył się, by nikt z załogi nie usły­szał go i do drzwi nie zało­mo­tał. Z kapi­ta­nem przy­rze­kłem poroz­ma­wiać przy śnia­da­niu, bo sen mu teraz prze­ry­wać to pogrą­żyć całe przed­się­wzię­cie. India­nin kon­tent się poczuł i dzię­ko­wać mi zaczął. Na powrót w zwoje liny się wsu­nął, mię zosta­wia­jąc z nie­mo­żeb­nym omal zada­niem uło­że­nia linii obrony Abo­ry­gena ukry­tego na pokła­dzie angiel­skiego szku­nera, bez ścią­gnię­cia na jego odkrywcę i kom­pana z kabiny o kon­spi­ra­cję oskar­żeń. Oddech poga­nina rzekł mi, że zasnął. Kusiło mię do drzwi się rzu­cić i o pomoc krzy­czeć, wsze­lako w oczach Boga sło­wem się zwią­za­łem, nic to, że z India­ninem.

Kako­fo­nia trzesz­czą­cych desek, masz­tów roz­chwia­nych, naprę­ża­nych lin, łopo­cą­cych płó­cien, stóp na pokła­dzie, becze­nia kóz, chro­botu szczu­rzego, ude­rzeń pomp, dzwo­nów wachty dzie­lą­cych, bija­tyk i śmie­chów z kubryku, komend, szant przy kotwicz­nej win­dzie i odwiecz­nego domi­nium Tetydy; wszystko mię koły­sało, gdym kal­ku­lo­wał, jak naj­le­piej prze­ko­nać kpt. Moly­neux o mej nie­win­no­ści w spi­sku pana D’Arnoqa (muszę teraz czuj­niej­szym być, niźli kie­dy­kol­wiek bądź, aby dzien­nika tego nie­przy­ja­zne oczy nie czy­tały), gdy wrzask fal­se­tem, co w oddali się począł, ale z pręd­ko­ścią bełta z kuszy się przy­bli­żał, uci­szyły deski pokładu, o cale zale­d­wie od miej­sca, gdziem leżał.

Taki koniec fatalny! Na brzu­chu leża­łem, w szoku, zesztyw­niały, zapo­mi­na­jąc oddy­chać. Okrzyki pod­nio­sły się dalej i bli­żej, kroki zebrały się w miej­scu i larum „Dok­tora Goose’a budzić!” pod­nie­siono.

– Bie­dak z lin spadł, trup. – India­nin wyszep­tał, gdym śpie­szył zba­dać amba­ras. – Nic pan moż­li­wo­ści nie ma, pan Ewing.

Naka­za­łem mu w ukry­ciu pozo­stać i wysze­dłem pośpiesz­nie. Mnie­mam, że India­nin wyczuł, jak kusiło mię użyć oka­zji wypadku i go wydać.

Załoga stała wokół czło­wieka u pod­stawy środ­ko­wego masztu twa­rzą do dołu leżą­cego, w migo­tli­wym świe­tle lampy pozna­łem jed­nego z Kasty­lij­czy­ków. (Przy­znam, że emo­cją, jaką wprzód poczu­łem, ulga była, że nie Rafael, a inszy spadł po swą śmierć). Pod­słu­cha­łem, jak Island­czyk mówił, że zmarły od ziom­ków w karty wiele racji araku wygrał i cały go wypił przed wachtą. Henry przy­był w koszuli noc­nej z dok­tor­skim sakwo­ja­żem. Przy­kląkł przy bez­ład­nym ciele, pulsu szu­kał, ale głową pokrę­cił.

– Ten już dok­tora nie potrze­buje.

Pan Rode­rick Kasty­lij­czyka buty zzuł i z odzie­nia go roze­brał na aukcję, a Man­kin trze­cio­rzędne płótno wor­kowe przy­niósł na całun nie­bosz­czyka. (Pan Boer­ha­ave odli­czy płótno od intraty z aukcji). Mary­na­rze do kubryku lub na poste­runki swe powró­cili w ciszy, każdy posępny po takim dowo­dzie kru­cho­ści żywota. Henry, pan Rode­rick i ja zosta­li­śmy popa­trzeć, jak Kasty­lij­czycy odpra­wiają swe pogrze­bowe obrzędy kato­lic­kie nad kra­ja­nem przed zawi­nię­ciem go w płótno i odda­niem ciała głę­bi­nie ze łzami i bole­snym adios!

– Połu­dniowcy namiętni – zauwa­żył Henry, gdy mi dobrej nocy życzył.

Pra­gną­łem ogrom­nie sekre­tem mym podzie­lić się z przy­ja­cie­lem, wsze­lako ugry­złem się w język, aby moja gada­tli­wość jemu szkody nie przy­nio­sła.

* * *

Po sce­nie owej melan­ko­licz­nej wra­ca­jąc, ujrza­łem blask lampy w kam­bu­zie. Śpi tam Fin­bar dla „pil­no­wa­nia przed zło­dzie­jasz­kami”, ale jego także zbu­dził nocny har­mi­der. Przy­po­mnia­łem sobie, że ukryty podróżny pew­nie dzień cały i pół nie jadł, i obaw pełen byłem, do jakich to bestial­skich nie­pra­wo­ści mógł bar­ba­rzyńcę żołą­dek czczy przy­mu­sić. Czyn ten mógł prze­ciw mnie prze­ma­wiać dnia następ­nego, ale kucha­rzowi rze­kłem, że głód wil­czy odbie­rał mi sen i (po cenie dwa­kroć zwy­kłej „na oko­licz­ność nie­co­dzien­nej pory”) zdo­by­łem talerz kapu­sty kwa­szo­nej, kieł­basy i bułek twar­dych jak kule armat­nie.

W pry­wat­no­ści mej kabiny bar­ba­rzyńca podzię­ko­wał mi za poczciwe serce i poży­wił się wik­tem skrom­nym, jakby danie pocho­dziło z Pre­zy­denc­kiego Rautu. Praw­dzi­wych mych moty­wów nie wyzna­łem – wszak, im żołą­dek jego peł­niej­szy, tym mniej skłonny był mnie kosz­to­wać – ale zapy­ta­łem go za to, czemu przy bato­że­niu uśmiech­nął się był do mnie.

– Ból mocny, ale przy­ja­ciela oczy moc­niej­sze.

Rze­kłem mu, że o mnie nic bez mała nie wie, a i ja nic o nim. W oczy me pal­cem wymie­rzył, poczem we mnie, jak gdyby ów gest pro­sty star­czał za całą eks­pli­ka­cję.

Gdy upły­wała wachta środ­kowa, wiatr sil­niej­szy się zerwał, od któ­rego deski jęczały, a wzbu­rzone morze obmy­wało pokłady. Woda mor­ska nie­ba­wem do mej trumny kapać zaczęła, po ścia­nach ciek­nąc struż­kami i koc mój mocząc.

– Mogłeś na kry­jówkę wybrać sobie such­szą dziurę – wyszep­ta­łem dla zba­da­nia, czy India­nin w sen zapadł.

– Bez­piecz­nie lepiej niż sucho, pan Ewing – wymam­ro­tał, rów­nie jak ja czujny.

Dla­czego, zapy­ta­łem, tak go okrut­nie w indiań­skim siole bito?

Zapa­dła cisza jak makiem zasiał.

– Nazbyt dużo świata widział. Ja zły nie­wol­nik.

Dla odgo­nie­nia cho­roby mor­skiej w czas tych burz­li­wych godzin nakło­ni­łem India­nina, by swą histo­rię wyja­wił. (Nie mogę, co prawda, zaprze­czyć, żem też był cie­kaw). W swej łama­nej mowie ją przed­sta­wił, tutaj więc jedy­nie sedno jej wyłożę.

* * *

Statki Bia­łych losu zmienne koleje spro­wa­dziły na Stare Rēkohu, jak powia­dał pan D’Arnoq, lecz takoż i cuda. W dzie­cię­cych latach mój India­nin Autua tęsk­nił wię­cej się nauczyć od owych bla­do­skó­rych ludzi z miejsc, któ­rych ist­nie­nie w cza­sach jego dziada do dzie­dziny mitów przy­na­le­żało. Autua utrzy­muje, że ojciec jego był śród tych tubyl­ców, co napo­tkali eks­pe­dy­cję porucz­nika Bro­ugh­tona przy­bi­ja­jącą do brzegu Skir­mish Bay, i dzie­ciń­stwo spę­dził, wysłu­chu­jąc histo­rii wciąż na nowo opo­wia­da­nych – o „Wiel­kim Alba­tro­sie” wio­słu­ją­cym w poran­nej mgle; o jego barw­nie upie­rzo­nych, cudacz­nie złą­czo­nych słu­gach, co w kanu ku brze­gowi tyłem pły­nęli; o papla­ni­nie dziw­nej sług Alba­trosa (mowie pta­ków?); o ich zia­niu dymem; o ich ohyd­nym gwał­ce­niu tapu, co zaka­zuje obcym kanu doty­kać (dotyk taki klą­twę na łodzie spro­wa­dza i nie­zdat­nymi czyni je do pły­wa­nia, jakby je topo­rem tknąć); o wyni­kłych zwa­dach; o owych „grzmią­cych kijach”, któ­rych gniew magiczny zabić mógł czło­wieka przez dłu­gość przy­brzeż­nego pia­sku; i o prze­pa­sce jak ocean błę­kit­nej, bia­łej jak obłok i czer­wo­nej jak krew, którą słu­dzy owi na drągu zatknęli, nim powio­sło­wali na powrót do Alba­trosa. (Flagę tę usu­nięto i przy­nie­siono wodzowi, który dum­nie obno­sił ją, aż go zołzy16 zabrały ze świata).

Autua miał wuja, Koche, który na pokład bostoń­skiego poła­wia­cza fok się zacią­gnął circa 1825 roku. (India­nin nie jest pew­nym w mate­rii swego dokład­nego wieku). Moriori cenio­nych człon­ków załogi na stat­kach takich sta­no­wili, bo w miej­sce bie­gło­ści w sztuce wojny męż­czyźni Rēkohu „włócz­nie zdo­by­wali” w polo­wa­niach na foki i wyczy­nach w pły­wa­niu. (Dla sta­ra­nia się o żonę, per exem­plum, kawa­ler musiał na samo dno morza zanur­ko­wać i wynu­rzyć się z lan­gu­stami w oby­dwu rękach, a trze­cią w ustach trzy­ma­jąc). Nowo odkryci Poli­ne­zyj­czycy, wzmian­ko­wać należy, łatwą są ofiarą dla pozba­wio­nych skru­pu­łów kapi­ta­nów. Wuj Autuy, Koche, powró­cił po pię­ciu latach, w stroje Pakeha odziany, z kołami w uszach, skromną dola­rów i réales sakiewką, dziw­nymi oby­cza­jami opę­tany (śród nich „zia­niem ogniem”), brzmią­cymi fał­szy­wie prze­kleń­stwami i histo­riami o mia­stach i miej­scach nazbyt dzi­wacz­nych dla nakre­śle­nia ich w mowie Moriori.

Autua poprzy­siągł zamu­stro­wać na następny sta­tek, co będzie wypły­wał z Ocean Bay, i na oczy wła­sne owe miej­sca egzo­tyczne zoba­czyć. Wuj jego nakło­nił dru­giego ofi­cera na fran­cu­skim statku wie­lo­ryb­ni­czym do zgo­dze­nia dzie­się­cio­let­niego (?) won­czas Autuy na chłopca okrę­to­wego. W swej karie­rze na morzach Moriori wiel­kie lody Antark­tyki oglą­dał, wie­lo­ryby zmie­nione wprzód w wysepki krwi zakrze­płej, potem w beczki olbrotu. Na Las Encan­ta­das17, osło­nię­tych od wia­trów, polo­wał na olbrzy­mie żół­wie; w Syd­ney widział budowle wspa­niałe, parki, konne powozy i damy w czep­kach, i cuda cywi­li­za­cji; opium z Kal­kuty do Kan­tonu prze­wo­ził; prze­trwał dyzen­te­rię w Bata­wii; pół ucha stra­cił w potycz­kach z Mek­sy­ka­nami przed ołta­rzem w Santa Cruz; prze­żył jako roz­bi­tek na Hor­nie i Rio de Jane­iro widział, lubo na brzeg nie zszedł; a zauwa­żał wszę­dzie tę ordy­na­ryjną bru­tal­ność, jaką rasy jaśniej­sze ciem­niej­szym oka­zują.

Autua powró­cił latem 1835 roku jako w świe­cie bywały mło­dzie­niec lat około dwu­dzie­stu. Myślał wziąć sobie na miej­scu żonę i dom wybu­do­wać, i upra­wiać kilka akrów, wsze­lako – podług pana D’Arnoqa rela­cji – do prze­si­le­nia zimo­wego owego roku każdy Moriori, co nie zgi­nął, nie­wol­ni­kiem został Maory­sów. Lata przez powra­ca­ją­cego mło­dziana śród załóg z naro­dów wszel­kich spę­dzone pozy­cji Autuy w oczach agre­so­rów nie pod­nio­sły. (Zauwa­ży­łem, w jak przy­krym cza­sie odbył się ów powrót syna mar­no­traw­nego).

– Nie, pan Ewing, Rēkohu wołało mię wra­cać, żebym patrzał, jak umiera, i znał – pokle­pał się lekko po gło­wie – prawdę.

Panem Autuy był ów Maorys w tatu­ażach jasz­czu­rzych, Kupaka, co swym prze­ra­żo­nym, przy­bi­tym nie­wol­ni­kom oznaj­mił, że przy­był dla oczysz­cze­nia ich z fał­szy­wych boż­ków („Czy bogo­wie wasi was ura­to­wali?” – szy­dził Kupaka), z ich języka plu­ga­wego („Mój bat was maory­skiej czy­stej mowy nauczy”), z ich krwi nieczy­stej („Parze­nie się mię­dzy sobą wasze praw­dziwe mana roz­rze­dziło!”). Od tam­tej pory związ­ków mię­dzy Moriori zaka­zano, a wszel­kie potom­stwo spło­dzone przez męż­czyzn maory­skich z kobie­tami Moriori uznano za Maory­sów. Tych, co naj­wcze­śniej owe nakazy zła­mali, zgła­dzono w spo­sób strasz­liwy, a ci, co pozo­stali, żyli jak w para­liżu, z bez­względ­nego ujarz­mie­nia zro­dzo­nym. Autua kar­czo­wał zaro­śla, sadził psze­nicę i hodo­wał wie­prze dla Kupaki, aż wystar­cza­jące zdo­był zaufa­nie, by móc goto­wać ucieczkę. („Sekretne miej­sca Rēkohu, pan Ewing, doliny wyżej źró­dła, ukryte doły, pie­czary w sercu lasu Moto­po­ro­poro, co tak gęsty, że pies czło­wieka nie wytropi”. Mnie­mam, żem był sam wpadł w jedno z owych miejsc tajem­nych).

Rok póź­niej schwy­tano go, wsze­lako nie­wol­nicy Moriori nazbyt nie­liczni już byli, by ich gar­dłem karać. Pozy­cją niżsi Maorysi pra­co­wać przy­mu­szeni byli u boku pod­da­nych, ku wła­snej odra­zie. („Zie­mię przod­ków naszych w Aote­aroa porzu­ci­li­śmy dla tych nędz­nych skał?” – sar­kali). Autua uciekł znowu, a pod­czas jego dru­giego wol­no­ści okresu, sekret­nego azylu na mie­sięcy kilka udzie­lił mu pan D’Arnoq, sam nara­ża­jąc się na nie­bez­pie­czeń­stwo nie­małe. Pod­czas tego pobytu przy­jął Autua chrzest i ku Panu się zwró­cił.

Zbiry Kupaki poj­mali zbiega rok i pół póź­niej, wsze­lako tym razem kacyk w swych humo­rach uzna­nie prze­ja­wił dla ducha Autuy. Po uka­ra­niu chło­stą Kupaka wyzna­czył nie­wol­nika na rybaka dla potrzeb swego stołu. W zatrud­nie­niu takim Moriori kolejny rok prze­żył, aż popo­łu­dnia pew­nego nalazł rzadki okaz ryby moeeka rzu­ca­jący się w jego sieci. Żonie Kupaki obja­śnił, że rybiego króla jeść może jedy­nie król śród ludzi, i obja­śnił ją, jak rybę dla męża przy­rzą­dzić. („Zła, zła tru­ci­zna ryba moeeka, pan Ewing, raz czło­wiek do ust bie­rze i śpi, i nie budzi wię­cej”). Na czas uczto­wa­nia owego wie­czoru Autua z obozu się wymknął, skradł kanu swego pana i pokre­ślo­nym prą­dami, roz­ko­ły­sa­nym, bez­k­się­ży­co­wym morzem powio­sło­wał na bez­ludną wyspę Pitt, dwie mile na połu­dnie od wyspy Cha­tham („Ran­giau­ria” zwaną w mowie Moriori i jako kolebkę ludz­ko­ści czczoną).

For­tuna sprzy­jała ucie­ki­nie­rowi, bo bez tur­ba­cji o świ­cie cel osią­gnął, kiedy szkwał się wzmógł i żadne kanu za nim w ślad nie podą­żyło. Autua w owym Raju Poli­ne­zji dzi­kim sele­rem się żywił, rze­żu­chą, jajami, jago­dami i z rzadka upo­lo­wa­nym mło­dym dzi­kiem (roz­nie­ca­nie ognia jedy­nie pod osłoną ciem­no­ści lub mgły ryzy­ko­wał) i siłę czer­pał z myśli, że Kupakę przy­naj­mniej zasłu­żona kara spo­tkała. Czy jego samot­ność nie była mu nie­zno­śną?

– W noc przod­ko­wie odwie­dzali. W dzień ja mówił pta­kom o Maui, a ptaki mnie o morzu.

Porę roku nie­jedną zbieg tak prze­żył, aż do wrze­śnia minio­nego, gdy zimowa wichura o rafę wyspy Pitt roz­biła sta­tek wie­lo­ryb­ni­czy „Eliza” z Nan­tuc­ket. Załoga cała poto­nęła, ale nasz pan Wal­ker, zapa­mię­tały w pogoni za łatwą gwi­neą, przez cie­śninę się prze­pra­wił dla poszu­ki­wań łupu. Kiedy na ślady ludz­kiego sie­dli­ska natra­fił i ujrzał stare kanu Kupaki (każde zdobne jest uni­ka­to­wymi rzeź­bie­niami), wie­dział, że skarb nalazł, co żywo zacie­kawi jego maory­skich sąsia­dów. Dwa dni póź­niej duża eks­pe­dy­cja na łowy na wyspę Pitt prze­pły­nęła z głów­nego lądu. Autua sie­dział na plaży i, jak przy­by­wają, patrzał, zdę­biały jedy­nie na widok wroga swego sta­rego, przy­pró­szo­nego siwi­zną, lecz żywot­nego wielce, wyda­ją­cego wojenne okrzyki.

Mój nie­pro­szony towa­rzysz podróży zakoń­czył swą opo­wieść:

– Pies żar­łok tego łaj­daka zwę­dził moeeka z kuchni i zdechł, psia­krew, on, nie Maorys. Tak, Kupaka wychło­stał, ale on stary i od domu daleko, a jego mana czcze i głodne. Maorysi z wojen żyją i zemsty, i spo­rów, pokój ich zabija. Wielu do Nowej Zelan­dii wraca. Kupaka moż­no­ści nie ma, jego ziemi nie ma. Potem zeszły tydzień, pan Ewing, ja pana widzę i ja wiem, pan mię ura­tuje, ja wiem.

* * *