Opis

„Antychryst Pan świata” to dystopijna, czyli przedstawiająca czarną wizję przyszłości, wewnętrznie spójna i wynikająca z krytycznej obserwacji otaczającej autora sytuacji społecznej, powieść science fiction z 1907 r., pióra prałata Roberta Hugha Bensona, która koncentruje się na panowaniu Antychrysta i końcu świata. Została ona uznana za proroczą przez Dale'a Ahlquista, Josepha Pearce'a i papieża Benedykta XVI.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 424

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Robert Hugh Benson

Antychryst

– Pan świata

na język polski przełożył Stefan Barszczewski

Projekt okładki: Juliusz Susak

Na okładce: William Blake (1757–1827), The Number of the Beast is 666 (185),

licencja:public domain, źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:The_number_of_the_beast_is_666_Philadelphia,_Rosenbach_Museum_and_Library.jpg

© Wydawnictwo Armoryka, 2019

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

Prolog

– Niech pomyślę chwilkę – rzekł starzec, przechylając się w fotelu.

Percy skrzywił się na krześle i czekał, oparłszy podbródek na dłoni.

Pokój, w którym znajdowali się trzej mężczyźni, był bardzo cichy i umeblowany niezmiernie praktycznie, stosownie do wymagań czasu. Okien ani drzwi nie posiadał, gdyż od sześćdziesięciu już lat świat, doszedłszy do przeświadczenia, że można mieszkać nie koniecznie tylko na powierzchni ziemi, zaczął na serio żyć w jej głębinach. Toteż dom pana Templetona znajdował się o jakie czterdzieści stóp pod powierzchnią brzegów Tamizy, w dość wygodnym, jak uważano, położeniu, bo sto jardów zaledwie od drugiej linii centralnej samochodów i o ćwierć mili od stacji szybowców przy moście Braci Czarnych.

Zgodnie z wymaganiami urzędu zdrowia wszystkie ściany pokoju okrywała emalia zielonkawa, przypominająca barwę lasów na wiosnę, opromieniało zaś go sztuczne światło słoneczne, wynalezione przez wielkiego Reutera przed laty czterdziestu, a przyrządy automatyczne odświeżały powietrze i utrzymywały temperaturę dokładnie na wysokości 18° Celsiusza.

Pan Templeton był człowiekiem wymagań skromnych, zadowolonym ze sposobu życia, jaki wiedli jego przodkowie. I meble przypominały więc też kształtem dawne czasy, jakkolwiek, zgodnie z obyczajem panującym obecnie, pokrywała je miękka emalia azbestowa, naciągnięta na żelazo, niezniszczalna, przyjemna w dotyku i podobna z wyglądu do mahoniu. Kilka dobrze zapełnionych szafek bibliotecznych stało z obu stron piedestału z ogniskiem elektrycznym, przed którym siedzieli właśnie trzej mężczyźni, w dalszych zaś kątach pokoju widniały dwie windy hydrauliczne: jedna do pokoju sypialnego, druga zaś do korytarza prostopadłego, kończącego się na wybrzeżu rzeki.

Ojciec Percy Franklin, starszy z dwóch księży, rozmawiających z panem Templetonem, posiadał postać uderzającą. Pomimo bowiem, że liczył nie więcej, jak trzydzieści pięć lat, włosy jego były całkiem siwe.

Spod brwi gęstych i czarnych wyglądały oczy szare, niezwykle połyskujące i prawie namiętne, ale nos wydatny, podbródek i usta zarysowane twardo zwiastowały siłę woli. Ludzie obcy, rzuciwszy na niego okiem, zwykle przyglądali mu się powtórnie.

Drugi natomiast z księży, ojciec Francis, siedzący na fotelu z drugiej strony ogniska, nie wybiegał poza pospolitość. Miał wzrok przyjemny, czuły, ale rysy twarzy nie oznaczały mocy charakteru. Kąty warg i ciężko opadające powieki zwiastowały raczej usposobienie podobne do melancholii kobiecej.

Co się zaś tyczy pana Templetona, był to człowiek bardzo stary, o twarzy czerstwej, aczkolwiek pokrytej zmarszczkami, wygolony gładko, jak reszta ludzi ówczesnych. Obecnie leżał przechylony na fotelu, z plecami opartymi o poduszki i nogami przykrytymi derką.

Percy przyglądał się przez czas dłuższy mapom, rozłożonym na kolanach.

– Tak, wszystko to przedstawia się bez wątpienia daleko prościej – szepnął wreszcie, porównując liczne plamy barwne na mapach wieku dwudziestego z trzema wielkimi plamami map wieku dwudziestego pierwszego.

Posunął palcem wzdłuż Azji. Wyrazy: „Cesarstwo Wschodnie” biegły w poprzek plamy blado-żółtej, rozciągającej się od gór Uralskich do cieśniny Beringa, skręcającej ogromnymi głoskami ku Indiom.

Spojrzał następnie na plamę czerwoną. Była o wiele mniejszą, choć wcale znaczną, jeżeli zważymy, że obejmowała całą Europę od gór Uralskich i Afrykę. Plama niebieska wreszcie z napisem: „Rzeczpospolita Amerykańska” obejmowała cały ląd amerykański, rozpraszając się na lewej stronie półkuli zachodniej w tysiącu plamek niebieskich wśród Oceanu Spokojnego.

– Tak, istotnie, przedstawia się to prościej – potwierdził sucho starzec.

Percy zamknął księgę i oparł ją o swoje krzesło.

– Ale cóż dalej, panie? – spytał. – Co będzie?

Stary mąż stanu stronnictwa torysów uśmiechnął się.

– Bóg wie – odparł. – Jeżeli Cesarstwu Wschodniemu spodoba się ruszyć przeciw nam – jesteśmy bezsilni. Nie wiem nawet doprawdy, dlaczego dotychczas nie ruszyło. Przypuszczam, że chyba z powodu sporów religijnych.

– A Europa nie podzieli się? – spytał kapłan.

– Nie, nie! Znamy teraz nasze niebezpieczeństwo. I Ameryka poprze nas z pewnością. Niemniej powiem: Niech Bóg ma w Swej opiece nas, a raczej was, jeżeli Cesarstwo Wschodnie ruszy. Jest ono nareszcie świadome swoich sil.

Przez chwilę panowała cisza w pokoju, który zadrgał lekko pod wpływem jakiejś ciężkiej maszyny, sunącej snadź po szerokim bulwarze na powierzchni ziemi.

– A niech pan powie – odezwał się nagle Percy – jak pan sądzi, jak ułożą się w przyszłości sprawy religijne?

Pan Templeton odetchnął zawartością przyrządu trzymanego w ręce, po czym mówił:

– Krótko mówiąc, istnieją obecnie trzy siły: katolicyzm, humanitaryzm i religie Wschodu. O tych ostatnich nic powiedzieć nie mogę, jakkolwiek sądzę, że sufisi zwyciężą. Wszystko zdarzyć się może...

Nie ulega natomiast wątpliwości, że w Europie i Ameryce walka rozegra się między katolicyzmem i humanitaryzmem. Wszystko inne możemy pominąć. I sądzę – jeżeli chcecie wiedzieć, co sądzę, zapatrując się na te sprawy po ludzku – że katolicyzm będzie teraz szybko tracił na sile. Prawdą jest zupełną, że protestantyzm zakończył życie. Ludzie bowiem zrozumieli nareszcie, że religia nadprzyrodzona pociąga za sobą konieczność istnienia autorytetu absolutnego, i że zdania osobiste w sprawach Wiary nie są niczym innym, jak tylko początkiem rozkładu. Prawdą jest także, że ponieważ Kościół katolicki stanowi instytucję jedyną, która przyznaje sobie autorytet nadprzyrodzony z całą jego nieubłaganą logiką, przyłączyli się przeto do niego niemal wszyscy chrześcijanie, którzy nie utracili jeszcze wierzeń nadprzyrodzonych. Bardzo to dobrze. Z drugiej wszelako strony musicie pamiętać, że wbrew wszelkim przewidywaniom, humanitaryzm zaczyna sam zamieniać się powoli w religię istotną, acz nie nadprzyrodzoną. Jest to panteizm, rozwijający pod wpływem masonerii rytuał własny.   C r e d o   jego stanowi: „Bóg to człowiek”. Idealizuje, a pomimo to nie stawia żadnych żądań władzom duchowym człowieka. Poza tym ma do rozporządzenia wszystkie kościoły, prócz naszych i wszystkie katedry. Wreszcie wolno mu ujawniać swoje symbole, a nam nie wolno.

Toteż sądzę, że najpóźniej za lat dziesięć panteizm będzie legalnie uznany za Kościół panujący.

– Tymczasem – nie zapominajcie – my, katolicy, ponosimy tylko straty. Tracimy stale od lat przeszło pięćdziesięciu. Obecnie jedna czterdziesta Ameryki należy nominalnie do nas i to dzięki jeszcze ruchowi katolickiemu na początku wieku dwudziestego. We Francji i Hiszpanii jakbyśmy nie istnieli. W Niemczech liczba katolików zmniejszyła się znacznie. Nie straciliśmy bez wątpienia stanowiska naszego na Wschodzie, ale i tam – jak opiewają dane statystyczne – jeden tylko katolik przypada na dwustu ludzi, są przy tym rozrzuceni. We Włoszech? Hm, Rzym, należy wprawdzie znów do nas, lecz poza tym nic nie posiadamy.

Tutaj mamy za sobą Irlandię tudzież jedną sześćdziesiątą Anglii, Walii i Szkocji. Nie należy wszelako zapominać, że siedemdziesiąt lat temu jedna czterdziesta ludności wyznawała naszą wiarę.

– Poza tym podkreślić należy ogromny rozwój psychologii, od wieku co najmniej zupełnie przeciwko nam skierowany. Z początku, widzicie, istniał po prostu tylko materializm. Podupadł potem nieco, gdyż był

zanadto surowy, aż psychologia pospieszyła mu na ratunek. Obecnie psychologia rości sobie pretensję do całej reszty pola działania... Tak, ojcze, tracimy grunt i tracić go będziemy coraz bardziej. Sądzę nawet, że powinniśmy być przygotowani na to, że lada chwila nastąpi katastrofa.

– Ależ... – zaczął Percy.

– Sądzisz, ojcze – przerwał pan Templeton – że to słabość ze strony człowieka, stojącego nad grobem.

Trudno, tak jest, jak mówię, i nie widzę wyjścia. Zdaje mi się nawet, że rychło coś na nas spadnie. Nie, ojcze, sytuacja jest beznadziejna, chyba, że...

Percy spojrzał bystro na mówiącego.

– Chyba – powtórzył stary mąż stanu – Pan nasz powróci...

Ksiądz Francis westchnął i zapanowało milczenie.

Po chwili Percy zmienił nagle temat rozmowy.

– Cóż słychać – spytał – o owym projekcie parlamentu europejskiego?

– Och, sądzę, że przejdzie, jeżeli znajdzie się człowiek, który by go poparł. Cały wiek ubiegły, jak wiecie, dążył ku temu. Szowinizm narodowościowy wymierał szybko. I powinien był zniknąć jak niewolnictwo i temu podobne pod wpływem Kościoła katolickiego. Dokonano jednak tego poza Kościołem, skutkiem czego świat zaczyna zwierać szeregi przeciwko nam. Jest to niejako antagonizm zorganizowany, coś w rodzaju katolickiego przeciwkościoła... Jeżeli projekt owego parlamentu przejdzie, to my, katolicy, możemy spodziewać się czegoś w rodzaju prześladowania... Z drugiej wszelako strony zbawić nas może najście Wschodu, jeżeli dojdzie do tego... Nie wiem...

Percy siedział cicho przez chwilę, po czym zerwał się z krzesła.

– Trzeba iść! – zawołał w języku esperanto. – Już po dziewiętnastej. Dziękuję panu bardzo. Czy idziesz także, ojcze?

Ksiądz Francis powstał również, poprawiając strój ciemno-szary, dozwolony księżom i ujął za kapelusz.

– Zajrzyjcie – mówił starzec – znów kiedy do mnie. Sądzę, że nie byłem zanadto gadatliwy. Zapewne musisz jeszcze wysłać swój list.

– Tak – odparł Percy, skinąwszy głową. – Połowę napisałem już dzisiaj z rana, czułem jednak, że potrzebny mi jest jeszcze przegląd retrospektywny zdarzeń, zanim wyrobię sobie zdanie trafne. Toteż dziękuję panu bardzo. Wielka to, istotnie, praca ten list codzienny do kardynała protektora. Myślę nawet o zrezygnowaniu z tego stanowiska, jeżeli otrzymam pozwolenie.

– Nie czyń tego, kochany ojcze. Niech mi będzie wolno powiedzieć ci w oczy, że posiadasz umysł bardzo bystry. Rzym zaś nic nie zdoła uczynić bez informacji zrównoważonych. A nie sądzę, aby wśród konfratrów twoich znalazł się człowiek tak skrupulatny pod tym względem.

Percy uśmiechnął się, podnosząc czarne brwi protestująco.

– Chodź, ojcze – rzekł do towarzysza.

Wyszedłszy z korytarza, księża rozeszli się i Percy stanął, spoglądając przez kilka minut na znany dobrze krajobraz jesienny, jakby usiłując zrozumieć go lepiej. Bo to, co słyszał tam na dole z ust starca, zdawało się przedstawiać w dziwnym świetle tę wizję dobrobytu wspaniałego, jaką miał przed oczyma.

Powietrze jaśniało, jak we dnie, sztuczne bowiem światło słoneczne obejmowało wszystko i Londyn nie znał już prawie różnicy pomiędzy dniem a nocą. Kapłan stał w pewnego rodzaju zaułku o ścianach wypolerowanych i wyłożonych grubo masą gumową, głuszącą kroki. Poniżej, u stóp schodów, przelewały się dwa strumienie publiczności, przedzielone przegródką i dążące w strony przeciwne bez hałasu. Słychać było tylko szept esperanta, którym mówili idący. Przez czyste szyby przejścia dla publiczności, zrobionego ze szkła hartowanego, widać było szeroką, lśniącą drogę czarną, prążkowaną od końca do końca i pomarszczoną w środku. Droga ta była w chwili obecnej dziwnie pusta, z daleka jednak, od starego Westminsteru, dolatywał szum, jak z olbrzymiego ula, rosnąc coraz bardziej, aż nagle mignęło na drodze coś przezroczystego, buchając światłem z każdego kąta i oto szum zaczął przycichać, przycichać i wreszcie umilkł zupełnie, w miarę, jak się oddalał wielki samochód rządowy, wiozący z południa na wschód pocztę.

Bo droga, o której mowa, stanowiła uprzywilejowaną drogę rządową, dostępną tylko dla wehikułów państwowych, pędzących z szybkością nie przekraczającą 100 mil na godzinę.

Inne hałasy opanowano zupełnie w tym gumowym mieście. Tory osobowe oddalone były o 100 jardów jeden od drugiego. Koleje zaś podziemne leżały zbyt głęboko, aby można było odczuć co innego, jak tylko lekką wibrację. Ale i nad usunięciem tej nawet lekkiej wibracji, oraz szumu wehikułów zwykłych rzeczoznawcy rządowi pracowali usilnie już od lat dwudziestu.

Zanim jeszcze Percy ruszył z miejsca, uszu jego doleciał z góry krzyk przeciągły, niezwykle harmonijny i donośny, a gdy oderwał wzrok od rzeki wielkiej, statecznej, która jedyna nie pozwoliła się opanować, ujrzał wysoko nad sobą, na tle ciężkich chmur długi przedmiot, połyskujący łagodnym światłem i sunący z majestatycznym spokojem w kierunku północnym. Był to jeden z szybowców linii europejskiej, zwiastujący śpiewnym krzykiem swój przyjazd do stolicy Anglii.

– Chyba by Pan nasz powrócił – powtórzył Percy w myśli słowa wypowiedziane przez starca i przez chwilę nurtowało mu w sercu wspomnienie dawnego, pełnego nędzy bytu ludzkości. Jakże trudno utrzymać wzrok utkwiony w daleki widnokrąg, gdy tu, na pierwszym planie, widnieje świat tak pociągający wspaniałością i siłą! Och! Przed godziną zaledwie tłumaczył ojcu Francisowi, że ogrom to, co innego niż wielkość i że narzucająca się powierzchowność nie może wyłączyć subtelności wewnętrznej. I wierzył w to, co mówił wówczas, niemniej jednak zwątpienie jeszcze istniało. Aż wreszcie stłumił je wysiłkiem potężnym, wzywając w sercu Mistrza z Nazaretu, aby nie opuszczał jego serca, jak serca dziecka.

Po czym zaciął wargi, zastanawiając się, jak długo ojciec Francis wytrzyma nacisk i zeszedł ze schodów.

Księga I. Nadejście

Rozdział I

Oliver Brand, nowy poseł z Croydonu, siedział w swej pracowni, spoglądając w okno ponad stojącą przed nim maszyną do pisania.

Dom jego był położony na północy na samym krańcu wzgórz Surrey, pociętych obecnie i powierconych tunelami nie do poznania. Widok, rozpościerający się za oknem, mógł być ponętny tylko dla komunisty. Tuż pod szerokimi oknami ścięty grunt opadał zboczem, stromym na głębokość jakichś stu stóp, kończąc się wysokim wałem, za którym świat i prace ludzkie triumfowały jak daleko sięgnąć było okiem. Dwie olbrzymie drogi, podobne do wyciągniętych prosto torów wyścigowych, mierzące nie mniej niż ćwierć mili szerokości i zagłębione na dwadzieścia stóp pod powierzchnią ziemi, ciągnęły się z milę aż do połączenia na wielkiej stacji centralnej. Jedna z nich, na lewo, tworzyła główną drogę do Brighton, zapisaną w przewodniku dla podróżnych wielkimi głoskami, druga zaś, na prawo, wiodła do okręgów Tombridge i Hastings. Każda przedzielona była wzdłuż murem cementowym. Z jednej jego strony biegły na szynach stalowych tramwaje elektryczne, z drugiej zaś leżał tor dla samochodów, podzielony znów na trzy części: pierwszą przeznaczoną dla samochodów rządowych, biegnących z szybkością 150 mil na godzinę, drugą dla prywatnych z szybkością 60 mil, trzecią zaś dla tanich samochodów rządowych, biegnących z szybkością 30 mil na godzinę i zatrzymujących się co 5 mil.

Dalej rozpościerała się ogromna równina dachów z wznoszącymi się tu i ówdzie wieżyczkami, oznaczającymi gmachy publiczne, odcinającymi się wesoło i wyraźnie w bezdymnym powietrzu; jeszcze zaś dalej na jasnym niebie kwietniowym widniały zarysy wzgórz podmiejskich.

Zważywszy na ogromny ruch ludności cisza panowała w powietrzu zadziwiająca. Poza dudnieniem szyn stalowych, gdy pociąg biegł po nich na północ lub na południe i śpiewnym krzykiem samochodów, gdy podjeżdżały do stacji, w pracowni rozlegał się szum łagodny i uspokajający, podobny do brzęku pszczół w ogrodzie.

Olivera cieszyła każda oznaka życia ludzkiego, każdy odgłos i każdy widok ożywiony. Toteż uśmiechnął się obecnie, łowiąc uchem tętno życia i spoglądając przez okno w czysty przestwór. Wreszcie ściągnął wargi, położył palce na klawiszach maszyny i w dalszym ciągu układał mowę, którą miał wygłosić.

Położenie domu, w którym mieszkał, było bardzo szczęśliwe, stał bowiem w jednym z końców potężnej sieci pajęczej dróg, pokrywającej cały kraj. Dość bliski Londynu, aby być tanim – wszystkie bowiem osoby bogate przeniosły się przynajmniej na odległość 100 mil od pulsującego serca Anglii – pomimo to był

spokojny zupełnie. Do Westminsteru z jednej strony dotrzeć można było w przeciągu dziesięciu minut, do morza zaś z drugiej – w przeciągu dwudziestu. Dalej, ponieważ i wielkie stacje centralne Londynu znajdowały się w odległości dziesięciu minut, Oliver miał w każdej chwili do rozporządzenia wszystkie linie komunikacyjne, co wiele znaczyło dla polityka średnio zamożnego, zmuszonego dziś przemawiać w Edynburgu, a jutro w Marsylii.

Człowiek młody o wyglądzie przyjemnym, liczący nie wiele ponad lat trzydzieści, czarnowłosy, gładko wygolony, niebieskooki i białolicy, o postawie wysmukłej, męskiej i pociągającej, zdawał się być dziś niezmiernie zadowolony z siebie i ze świata. Wargi jego poruszały się z lekka, a oczy rozszerzały lub zmrużały, stosownie do wrażeń przenoszonych na papier. Od czasu do czasu zatrzymywał się uśmiechnięty i czerwieniał.

Otworzyły się drzwi pracowni, wszedł człowiek w średnim wieku, o ruchach nerwowych i położywszy bez słowa na stole przyniesioną paczkę papierów zabierał się do wyjścia. Oliver jednak zatrzymał go ruchem ręki, trzasnął lewarkiem w maszynie i spytał:

– No co, panie Phillips?

– Nie ma, panie, wiadomości ze Wschodu – odparł zagadnięty sekretarz posła.

Oliver rzucił okiem na papiery i położył na nich rękę.

– Nie ma – spytał – orędzia w całości?

– Nie, panie. Znów jest przerwane. Wymieniono pana Felsenburgha. Oliver zdawał się nie słyszeć.

Podniósł nagłym ruchem słabo zadrukowane arkusze i zaczął je przeglądać.

– Czwarty arkusz u góry, panie Brand – odezwał się sekretarz.

Oliver ruszył głową niecierpliwie, a na ten znak sekretarz wysunął się z pokoju.

Czwarty arkusz od góry, zadrukowany farbą czerwoną na tle zielonym, zajął uwagę Olivera całkowicie.

Przeczytał go bowiem dwa czy trzy razy, oparłszy się bez ruchu o poręcz krzesła, wreszcie westchnął i spojrzał znów przez okno.

W tej chwili drzwi otworzyły się ponownie i stanęła w nich młoda, wysoka kobieta.

– No i cóż, mój kochany? – spytała.

Oliver potrząsnął głową, zacinając wargi.

– Nic stanowczego – odparł. – Nawet mniej, niż zwykle. Słuchaj...

Wziął do ręki zielony arkusz i zaczął czytać, a towarzyszka jego usiadła przy oknie z lewej strony.

Była to postać zachwycająca. Wysoka i wiotka, o poważnych, gorących, szarych oczach, mocno zarysowanych czerwonych wargach i prześlicznym rysunku ramion oraz główki. Gdy Oliver wziął papier do ręki, przeszła wolno w poprzek pokoju, obecnie zaś siedziała trochę przechylona w brunatnej sukni, przyjąwszy pozę wdzięczną i poważną. Na pozór słuchała czytania z pewną rozmyślną uwagą, lecz oczy jej połyskiwały ciekawością.

Oliver czytał:

„Irkuck – czternastego kwietnia. – Wczoraj – jak zwykle – ale – mówią – zawód – ze – strony – sufistów

– wojsko – wciąż – napływa – Felsenburgh – przemawiał – do tłumu – buddystów – piątku – ubiegłego – dokonano – zamachu – na – lamę – czyn – anarchistów – Felsenburgh – odjeżdża – do – Moskwy – jak postanowiono – zamierza – ”.

– Oto wszystko – rzekł Oliver, niezadowolony, przerwawszy czytanie. – Jak zwykle, depesza nie dokończona.

Kobieta zakołysała nogą.

– Wprost nie pojmuję – zauważyła – kim jest w końcu ten Felsenburgh?

– Kochane dziecko, o to właśnie cały świat pyta. Nie wiadomo nic, poza tym, że w ostatniej chwili zaliczono go do deputacji amerykańskiej. Co prawda, „Herald” podał jego życiorys w ubiegłym tygodniu, ale już mu zaprzeczono. Pewne jest tylko, że to człowiek młody i że dotychczas niczym się nie odznaczył.

– Obecnie jednak – zauważyła kobieta – nie jest już nieznany.

– Oczywiście. Jak się nawet zdaje, kieruje całą sprawą. Bo ani słowa nie słychać o innych.

– A cóż ty myślisz o tym?

Oliver skierował wzrok błędny na okno.

– Sądzę, że to chwila decydująca. Dziwnym jest tylko to, że mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Ha, może być, że to sprawa zbyt potężna dla wyobraźni. Nie ulega wątpliwości, że w przeciągu ostatnich lat pięciu Wschód przygotowywał najście na Europę. Najście to powstrzymała jedynie Ameryka. Jesteśmy obecnie świadkami usiłowania ostatecznego. Dlaczego jednak przy tym Felsenburgh wysunął się na czoło? – tu Oliver zatrzymał się na chwilę. – Hm, w każdym razie musi być dobrym lingwistą. Przemawia już co najmniej w piątym języku. A może tylko jest tłumaczem deputacji amerykańskiej. Bardzo ciekaw jestem, co to za osobistość.

– Jak mu na imię?

– Podobno Julian. Tak przynajmniej nazwano go w jednej depeszy.

– A jakżeś otrzymał ostatnią?

– Drogą prywatną. Agencje europejskie przestały pracować. Wszystkie stacje telegraficzne strzeżone są dniem i nocą. Szeregi szybowców pilnują każdej granicy. Cesarstwo Wschodnie pragnie załatwić bez nas tę sprawę.

– A jeżeli źle pójdzie?

– Kochana Mabel, jeżeli piekło runie na nas... – tu przerwał i rozłożył ręce ruchem rozpaczliwym.

– A cóż robi nasz rząd?

– Pracuje dzień i noc, jak reszta Europy. Gdyby jednak doszło do wojny, będzie to walka straszliwa.

– Czyż nie ma szansy uniknięcia tej walki?

– Zdaniem moim – odparł Oliver wolno – istnieją dwie szanse: albo Wschód zlęknie się Ameryki i nie ruszy się po prostu ze strachu, albo też zniewolony będzie do zaniechania jej przez współczucie, jeżeli tylko pojmie, że jedyną nadzieję świata stanowi współdziałanie. Gdyby tylko nie te przeklęte ich religie!

Mabel westchnęła i spojrzała na rozległą równinę dachów, rozpościerającą się za oknem.

Sytuacja była istotnie jak najpoważniejsza. Olbrzymie Cesarstwo Wschodnie, utworzone przez sfederowanie państw pod wodzą syna nieba (umożliwione wskutek zlania się dynastii chińskiej z japońską i upadek Rosji) konsolidowało siły i poznawało potęgę swą w ciągu ostatnich lat trzydziestu pięciu, mianowicie od czasu zagarnięcia chudymi rękoma Indii. Gdy reszta świata uznała już całe szaleństwo wojny od czasu upadku rzeczypospolitej rosyjskiej pod naciskiem rasy żółtej – rasa żółta właśnie poznała, co wojna dać może. Zdawało się więc, że cywilizacja ostatniego wieku zmieciona będzie i zamieni się raz jeszcze w chaos. Myśl o tym doprowadzała Olivera wprost do szału. Gdy spoglądał przez okno i widział rozłożony przed sobą w spokoju ten olbrzymi obszar Londynu, gdy unosił się wyobraźnią nad Europą i dostrzegał wszędzie stały triumf zdrowego rozsądku i faktów nad dzikimi bajkami chrześcijaństwa – zdawała mu się wprost nie do zniesienia myśl, że wszystko to powrócić mogłoby jeszcze do zamętu barbarzyńskiego sekt i dogmatów, bo to jedynie mogłoby być wynikiem zwycięstwa Wschodu nad Europą. Odżyłby nawet – mówił do siebie – katolicyzm, ta wiara dziwna, wybuchająca tylokrotnie płomieniem, gdy usiłowano stłumić ją przez prześladowania, ta wiara najdziwaczniejsza i najbardziej z wszystkich wiar zaprzęgająca człowieka w niewolę.

Perspektywa tego niepokoiła Olivera szczerze, niepokoiła daleko bardziej, niż widoki katastrofy fizycznej i rozlewu krwi w Europie, w razie najścia Wschodu. W sprawie religii – jak to już nie raz słyszała Mabel z ust jego – nadzieją jedyną było to, że panteizm kwietystyczny, który uczynił już w ciągu wieku ubiegłego postępy tak olbrzymie na wschodzie i zachodzie, wśród mahometan, buddystów, hindusów, wyznawców Konfucjusza itd., dopomoże do zniweczenia szału nadprzyrodzoności.

Panteizmem zdaniem jego było to w co wierzył. Dla niego „Bóg” – to rozwijająca się suma życia nadprzyrodzonego; bezosobista Jedność tworzyła treść istoty tego Boga; współzawodnictwo więc stanowiło wielką herezję, przeciwstawiającą człowieka człowiekowi i powstrzymującą wszelki postęp, bo dla umysłu Olivera postęp znaczyło wsiąknięcie jednostki w rodzinę, rodziny w społeczeństwo, społeczeństwa w część świata, a części świata w całość jego. W końcu zaś sam świat nie był niczym innym, jak tylko wyrazem życia nieosobistego. Była to w istocie idea katolicyzmu, z której usunięto nadprzyrodzoność: wyrzeczenie się indywidualizmu z jednej, a nadprzyrodzoności z drugiej strony. Zdradą nazywało się apelowanie do Boga transcendentalnego; Bóg taki nie istniał, Bogiem takim, o ile mógł On być poznany, to – człowieczeństwo.

Niemniej małżonkowie – bo Oliver i Mabel tworzyli pewnego rodzaju małżeństwo, zawarłszy z sobą kontrakt terminowy, uznawany obecnie najzupełniej przez państwo – małżonkowie ci byli dalecy od podzielania zwykłej tępości wierutnych materialistów. Świat dla nich pulsował życiem gorącym, rozkwitającym w kwiatach, zwierzętach i ludziach; rozlewał się potokiem mocy wspaniałej, wyłaniającym się ze źródła głębokiego i zraszającym wszystko, co żyło lub czuło. Romantyczność tego cudnego świata dawała się ocenić tym bardziej, że była zrozumiała dla umysłów, które z niego wypływały. Istniały w nim, co prawda, tajemnice, lecz tajemnice, pociągające raczej, niż zawodzące, ujawniały bowiem nowe wspaniałości z każdym odkryciem, uczynionym przez człowieka. Nawet przedmioty nieożywione, nawet wykopaliska, prąd elektryczny, gwiazdy dalekie, były pyłem, otrząśniętym przez Ducha Świata, woniejącym Jego obecnością, świadczącym wymownie o Jego Naturze. Jak dalece, na przykład, zmieniło pogląd ludzi na samych siebie oświadczenie astronoma Kleina przed laty dwudziestu, że zaludnienie pewnych planet stało się faktem stwierdzonym! Jednym wszelako z warunków postępu na planecie, zamieszkanej przez człowieka, był pokój, a nie miecz, przyniesiony przez Chrystusa; pokój wyrastający ze zrozumienia a nie przerastający go; pokój, pochodzący ze świadomości, że człowiek był wszystkim i mógł rozwinąć się tylko współczując z bliźnimi swymi.

Toteż dla Olivera i małżonki jego świat obecny wydawał się czymś zupełnie nowym. Dawne przesądy zamarły stopniowo, a nowe światło rozszerzało się coraz bardziej. Duch Świata powstał, słońce wzeszło, ze strachem więc i wstrętem widzieli obecnie chmury, wyłaniające się z miejsca urodzenia wszelkich przesądów.

Mabel powstała z krzesła i podeszła ku mężowi.

– Mój kochany – rzekła – nie trzeba tracić odwagi. Wszystko to przejść jeszcze może tak, jak przechodziło dotychczas. Już to świadczy dobrze, iż w ogóle słuchają głosu Ameryki. I ten Felsenburgh zdaje się stać po stronie słuszności.

Oliver ujął jej rękę i pocałował.

Przy śniadaniu jednak, w pół godziny później, zdawał się mocno przygnębiony. Matka jego, staruszka blisko 80-letnia, niepojawiająca się nigdy przed południem, spostrzegła to od razu: spojrzawszy bowiem i przemówiwszy parę słów do niego, zamilkła, schylając się nad talerzem.

Siedzieli w milutkim pokoju, tuż za gabinetem Olivera. Stosownie do obyczaju powszechnie przyjętego, pokój ten umeblowany był meblami barwy jasno-zielonej. Okna jego wychodziły na ogródek, rozpościerający się z tyłu domu i na mur, obrośnięty pnącymi roślinami, a oddzielający go od sąsiedniej posesji.

W środku pokoju stał okrągły stół, a przy nim trzy wysokie fotele z wygodnymi poręczami i oparciami.

Pośrodku stołu wznosiło się okrągłe podwyższenie, na nim zaś stały półmiski. Od lat już trzydziestu stało się zwyczajem powszechnym w domach zamożnych umieszczanie jadalni nad kuchnią i przesyłanie potraw z kuchni do jadalni za pomocą wind hydraulicznych tak, że półmiski pojawiały się same na środku stołu.

Podłogę pokrywała masa z azbestu i korka, wynaleziona w Ameryce, tłumiąca kroki, czysta i przyjemna tak dla stóp, jak dla oka.

Mabel przerwała milczenie.

– A twoja mowa jutrzejsza? – spytała, biorąc za widelec.

Oliver rozchmurzył się trochę i stał się rozmowniejszy.

Okazało się z rozmowy, że Birmingham zaczyna znów się burzyć. Znów odezwały się tam głosy żądające wolnego handlu z Ameryką. Ułatwienia handlu z kontynentem europejskim nie wystarczały.

Oliverowi zatem powierzono uspokojenie umysłów. Miał im powiedzieć, że nie ma celu żadna agitacja, dopóki sprawa wschodnia nie będzie załatwiona. Ludność nie powinna właśnie w takiej chwili, jak obecna, naprzykrzać się rządowi sprawami podrzędnymi. Miał także powiedzieć im, że rząd uznaje słuszność żądań i że bez wątpienia wkrótce je uwzględni.

– Ograniczeni są i samolubni – dodał gwałtownie. – Przypominają dzieci, napierające się jedzenia na dziesięć minut przed obiadem. Otrzymaliby wszystko, gdyby poczekali trochę.

– I powiesz im to?

– Że są ograniczeni? Bezwarunkowo.

Mabel spojrzała na męża z przebłyskiem uznania w oczach. Wiedziała doskonale, że popularność, jaką cieszył się Oliver, polegała na jego otwartości. Tłum lubi, gdy chłoszcze go słowem i urąga mu człowiek genialny i odważny, rzucający się i gestykulujący w uniesieniu magnetycznym. I ona sama lubiła to również.

– Jak się tam udajesz?

– Szybowcem. Zdążę na statek, odlatujący ze stacji przy moście Braci Czarnych o godzinie osiemnastej.

Wiec odbyć się ma o dziewiętnastej, powrócę więc zapewne o dwudziestej pierwszej.

Zabrał się energicznie do śniadania, a matka spoglądała na niego z cierpliwym, dobrym uśmiechem staruszki.

Mabel zaczęła bębnić palcami po obrusie.

– Mój kochany – rzekła wreszcie – pospiesz się, bo muszę być w Brighton o godzinie piętnastej.

Oliver połknął ostatni kęs, postawił talerz na okrągłym wzniesieniu pośrodku stołu, spojrzał czy i inne talerze tam już stoją, po czym sięgnął ręką pod stół.

W tejże chwili, bez najmniejszego szmeru, wzniesienie opadło i znikło, wkrótce jednak odezwało się z dołu szczęknięcie i szmer czegoś posuwanego i oto wzniesienie ukazało się znów na środku stołu, na nim zaś półmisek z doskonałym naśladownictwem pieczonego kurczęcia.

Spędziwszy po śniadaniu minutę czy dwie z mężem, Mabel wyszła z domu, aby zdążyć na pociąg pomocniczy czwartego stopnia, odchodzący o godzinie 14 min. 30 do stacji głównej.

– Czy zauważyłaś – spytał Oliver żony, gdy znaleźli się sami – że matka jest jakaś milcząca?

– Ach – odparła Mabel – to znów kwestia nowych potraw. Nie może przyzwyczaić się do nich. Powiada, że nie idą jej na zdrowie.

– I nic innego?

– Zapewniam cię, że nic. Ani słowem nie narzekała ostatnimi czasy.

Uspokojony, śledził przez chwilę wzrokiem żonę, idącą chodnikiem. Bo w ostatnich czasach zaniepokoiło go trochę kilka słów, rzuconych przez matkę. W latach młodości wychowywana była po chrześcijańsku i zdawało mu się czasem, że wspomnienie tych czasów pozostawiło na niej piętno. Wśród swoich książek posiadała jeszcze jakiś „Ogród duszy”, z którym się rozstać nie chciała, jakkolwiek zapytywana w tej sprawie odpowiadała zawsze z rozdrażnieniem w głosie, że to książka bez znaczenia.

Niemniej Oliver wolałby, alby ją spaliła. Przesąd bowiem to rzecz strasznie trudna do wykorzenienia i bardzo łatwo opanowuje człowieka w miarę słabnięcia mózgu. Chrześcijaństwo, mówił sobie, jest równie dzikie jak głupie. Dzikie ze względu na jawną śmieszność i niemożliwość, głupie zaś, ponieważ trzymało się z dala od rozweselającego strumienia życia. Wiedział, że czołga się jeszcze jak pył tu i ówdzie w mrocznych kościołach i odzywa się krzykiem histerycznej sentymentalności w katedrze westminsterskiej, do której wszedł raz i spoglądał na nabożeństwo z uczuciem wstrętu i gniewu. Bełkotało ono dziwne, fałszywe słowa ludziom ciemnym, starym i niespełna rozumu. Doprawdy, byłoby straszne, gdyby matka miała znów powrócić do tych zabobonów.

Co do niego samego, to o ile tylko mógł sobie przypomnieć, zawsze sprzeciwiał się ustępstwom na rzecz Rzymu i Irlandii. Nie mógł pogodzić się z myślą, aby te dwa miejsca miały być raz na zawsze oddane na pastwę głupiemu i zdradzieckiemu zabobonowi. Stały się one bowiem ogniskami rokoszu, plamami zarazy na ciele ludzkości. Nigdy nie zgadzał się z twierdzącymi, że lepiej, aby cała trucizna Wschodu zebrała się w tych dwóch miejscach, zamiast rozpościerać się wszędzie, gdyż bądź co bądź istniała. Rzym oddano całkowicie starcowi w białej szacie w zamian za wszystkie kościoły parafialne we Włoszech i, jak słychać, ciemności średniowieczne zapanowały tam niepodzielnie. Co do Irlandii, to, otrzymawszy autonomię, oświadczyła się za katolicyzmem i otworzyła na oścież wrota indywidualizmowi pod postacią najbardziej niebezpieczną. Anglia zgodziła się na takie życzenie ze śmiechem, gdyż uwolniło ją to od wrzenia agitacyjnego, wskutek natychmiastowego wyjazdu znacznej części katolików angielskich na tę wyspę, a przy tym, działając w duchu komunistycznej polityki kolonialnej, zgodziła się też na wszelkie ułatwienia dla indywidualizmu w Irlandii, aby przez to sprowadzić go ad absurdum. I oto zaczęły się tam dziać rzeczy zabawne: Oliver czytał z gorzkim uśmiechem o nowym zjawieniu się na wyspie Kobiety w szacie niebieskiej i o kaplicach, wznoszonych na miejscach, przez Jej stopy dotkniętych. Nie bawiła go natomiast myśl o Rzymie, albowiem przeniesienie stolicy rządu włoskiego z Rzymu do Turynu pozbawiło Rzeczpospolitą Włoską w znacznej mierze wpływu moralnego, zdobytego w przeszłości, z drugiej zaś strony otaczało stary nonsens religijny złudną aureolą wspomnień historycznych.

Oliver stał jeszcze przez kilka chwil po odejściu żony na progu drzwi, pijąc uspokojenie ze wspaniałego obrazu mocy i rozumu, rozpościerającego się przed jego oczyma: wszędzie widniały bez końca wysokie szklane sklepienia kąpieli publicznych i zakładów gimnastycznych, kopuły szkół, gdzie uczono co rano praw i obowiązków obywatelskich, podobne do pająków windy i rusztowania, wznoszące się tu i ówdzie. Już nawet i kilka strzelających ku niebiosom wież kościelnych nie przejmowało go niepokojem. Boć daleko, daleko wśród szarej mgły Londynu roił się prawdziwie piękny, olbrzymi tłum ludzi, którzy pojęli wreszcie elementarną zasadę nowej ewangelii, że nie ma Boga prócz człowieka, kapłana prócz męża stanu, proroka prócz nauczyciela.

Następnie wrócił raz jeszcze do opracowania mowy, którą miał wygłosić.

Mabel także zagłębiła się w myślach, siedząc z dziennikiem, rozłożonym na kolanach w pociągu, pędzącym do Brighton. Wiadomości, nadchodzące ze Wschodu, niepokoiły ją bardziej, niż to mężowi okazywała, choć zdawało się niemożebnym, aby istniało istotne niebezpieczeństwo inwazji Azjatów. Życie Zachodu było tak rozumne i spokojne! Ludzie postawili nareszcie stopy na skale i nawet myśleć nie można było o tym, aby zechcieli wleźć znów w grząskie, wirowate piaski. Sprzeciwiało się to całemu prawu postępu. A jednak nie mogła się pozbyć myśli, że katastrofy należały także do metod, stosowanych przez przyrodę...

Siedziała bardzo cicho, rzucając czasem okiem na skąpe wiadomości ze Wschodu, po czym przeczytała artykuł wstępny, oparty na nich. I w artykule tym zdawało się przebijać przerażenie. Kilku mężczyzn, znajdujących się w sąsiednim przedziale, rozmawiało o tej samej sprawie. Jeden z nich opisywał fortyfikacje, wznoszone przez rząd, które był zwiedził, oraz pośpiech, jaki tam panował. Inni pytali i wtrącali swoje zdania. Nie brzmiały one pocieszająco. Wagon nie posiadał okien, szybkość bowiem pociągów na liniach głównych była tak wielka, że stawała się szkodliwą dla wzroku. Toteż tylko wnętrze długiego wagonu, opromienionego łagodnym światłem, rozpościerało się przed jej oczyma. Przez pewien czas spoglądała to na białe rzeźbione sklepienie, to na śliczne obrazy w dębowych ramach, to na głębokie fotele sprężynowe, to na globy mleczne nad głową, rzucające potoki światła, to wreszcie na matkę z dzieckiem, siedzącą naprzeciwko.

Wtem odezwał się dźwięk śpiewny i donośny, ledwie że odczuwana wibracja wagonu zwiększyła się nieznacznie, a po chwili odsunęły się automatyczne drzwi i Mabel stanęła na platformie stacji w Brighton.

Zstępując ze schodów, wiodących do stacji, ujrzała księdza, idącego przed nią. Musiał być starcem dzielnym i rześkim, bo choć włosy miał całkiem siwe, stąpał śmiało i pewnie. U stóp schodów zatrzymał się i obrócił trochę. Wówczas spostrzegła zdziwiona, że posiada twarz młodą, piękną i energiczną, o brwiach czarnych i bardzo jasnych oczach szarych. Wkrótce minęła go i skierowała się w poprzek placu ku domowi ciotki.

Nagle, bez jakiejkolwiek zapowiedzi, prócz ostrego huku gdzieś w górze, zaszedł cały szereg szybko po sobie następujących faktów.

Wielki cień zakręcił się u jej stóp, podobny do rozdarcia czegoś, wstrząsnął powietrzem, po czym rozległ się szum, jak olbrzymie westchnienie. Gdy stanęła przerażona, potężny przedmiot runął przed nią na gumowy bruk z chrzęstem i legł, zapełniając połowę placu, wyciągając ku górze skrzydła, kręcące się jeszcze i uderzające powietrze, jak płetwy okropnego olbrzyma kopalnego; rozbrzmiewając krzykiem i jękami ludzkimi; wijąc się życiem dogasającym...

Mabel nie była prawie w stanie zdać sobie sprawy z tego, co zaszło. Popchnięta gwałtownie z tyłu, runęła naprzód, zatrzymując się, drżąc od stóp do głowy, tuż przed poszarpanym ciałem mężczyzny, jęczącego i rozpostartego u jej nóg. Z ust jego dobywały się dźwięki artykułowane, wśród których dosłyszała wyraźnie imiona Jezus i Maryja. W tejże chwili ktoś szepnął jej do ucha:

– Proszę mnie przepuścić. Jestem kapłanem.

Usunęła się na wezwanie i oszołomiona nagłością zdarzenia, patrzała niemal bezmyślnie na siwego księdza o twarzy młodej, jak klęknął, rozpiął szatę i dobył spod niej krucyfiks; jak następnie schylił się nad ranionym, uczynił szybki ruch ręką i szepnął coś w niezrozumiałym języku. A potem jak powstał i szedł po krwią zbroczonym bruku, oglądając się dokoła, jakby w oczekiwaniu wezwania.

W tejże chwili po schodach wielkiego szpitala, stojącego na prawo od niej, zbiegły spiesznie postacie z głowami obnażonymi, trzymając w rękach przyrządy, przypominające dawne aparaty fotograficzne.

Wiedziała, kto są ci ludzie i serce jej zabiło uczuciem ulgi. Byli to bowiem słudzy eutanazji.

Jednocześnie uczuła się ujętą za ręce, cofniętą i znalazła się w pierwszym rzędzie kołyszącego się i krzyczącego tłumu, poza plecami policjantów oraz osób cywilnych, tworzących kordon, aby utrzymać publiczność z dala od miejsca katastrofy.

Oliver przeraził się i zaniepokoił strasznie, gdy w pół godziny potem do jego pokoju wbiegła matka z wiadomością, że jeden z szybowców rządowych spadł na plac stacyjny w Brighton właśnie w chwili, gdy opuszczali stację podróżni, którzy tam przybyli pociągiem o godz. 14 min. 30. Wiedział dobrze co to znaczy, pamiętał bowiem podobną katastrofę sprzed laty dziesięciu, wkrótce po uchwaleniu prawa, zabraniającego osobom prywatnym utrzymywania szybowców. Wiadomość ta zwiastowała śmierć wszystkich, znajdujących się w statku napowietrznym i prawdopodobnie wielu osób, przechodzących wówczas placem, a przygniecionych spadającym statkiem. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że żona jego znajdowała się w tej strasznej chwili na placu.

Natychmiast wysłał rozpaczliwą depeszę do ciotki, prosząc o nowiny i rzucił się na krzesło, drżąc cały w oczekiwaniu odpowiedzi.

Matka siedziała przy nim.

– Oby... Bóg był łaskaw... – zawołała łkając i zamilkła, gdy syn spojrzał na nią.

Lecz los był litościwy, skoro na trzy minuty przed utorowaniem sobie drogi przez p. Phillipsa, podążającego do domu z odpowiedzią, na progu pokoju Olivera stanęła Mabel we własnej osobie, trochę blada, lecz uśmiechnięta.

– Jest! – krzyknął Oliver i skoczył, załkawszy mocno.

Niewiele miała mu do opowiadania. Dotychczas nie ogłoszono jeszcze przyczyn katastrofy.

Przypuszczano wszelako, że szybowiec spadł wskutek nagłego zatrzymania się skrzydeł bocznych z jednej strony.

Opisała mu, jak cień szybowca pokazał się przed nią, jak usłyszała szum, a następnie trzask spadającego statku – i stanęła.

– Cóż dalej? – pytał Oliver, jeszcze blady, siedząc tuż przy niej i pieszcząc jej rękę.

– Był tam ksiądz także – rzekła. – Widziałam go już przedtem, na stacji.

Oliver parsknął z lekka histerycznym śmiechem.

– Uklęknął natychmiast – mówiła dalej – trzymając krucyfiks w ręce, zanim jeszcze nadbiegli lekarze.

Czyż to możliwe, mój kochany, aby ludzie wierzyli w takie rzeczy?

– Cóż robić, tak im się zdaje.

– Katastrofa zdarzyła się niespodziewanie, a jednak on znalazł się tam tak, jakby jej oczekiwał. A powiedz mi, Oliverze, jakże można jeszcze wierzyć w takie rzeczy?

– Widzisz, ludzie gotowi są wierzyć we wszystko, jeżeli tylko wmawia się to im zawczasu.

– A ten człowiek, chcę powiedzieć: ofiara katastrofy, ten człowiek umierający zdawał się też pełen wiary. Widziałam jego oczy.

Zatrzymała się.

– No i cóż, kochana?

– Słuchaj, Oliverze, co byś ty powiedział człowiekowi umierającemu?

– Co? Nic! Bo i cóż mógłbym mu powiedzieć? Doprawdy, nie wiem nawet, czym widział kiedykolwiek człowieka umierającego.

– I ja nie widziałam do dzisiaj – przy tych słowach drżała lekko – wnet jednak znaleźli się na miejscu ludzie eutanazji.

Oliver uścisnął delikatnie jej rękę.

– Jakżeż to musiało być okropne, droga moja. Dotychczas wzdrygasz się jeszcze.

– Nie. Ale słuchaj. Wiesz, że gdybym miała coś do powiedzenia tam, tym konającym, to bym bardzo pragnęła im to wypowiedzieć... Znajdowali się tuż, u mych stóp. Namyślałam się i spostrzegłam – że nie mam im nic do powiedzenia, bo o humanitaryzmie przecież nie mogłabym mówić im na żaden sposób.

– Dziecko moje, prawda, że to bardzo smutne, ale co na to poradzić? Stało się!

– I... na tym wszystko się kończy?

– Ma się rozumieć!

Mabel zacięła z lekka wargi, po czym westchnęła. Podczas jazdy pociągiem mózg jej przebiegały myśli skłębione. Wiedziała doskonale, że wywołało je tylko wstrząśnienie nerwowe, nie mogła wszelako ich się pozbyć. Jak zaznaczyła sama, po raz pierwszy stanęła oko w oko ze śmiercią.

– A ten ksiądz? – odezwała się po chwili. – Ten ksiądz nie wierzy, aby się na tym wszystko skończyło?

– Moje dziecko, powiem ci, w co on wierzy. Oto wierzy, że człowiek, któremu pokazał swój krucyfiks i powiedział słowa dosłyszane przez ciebie, żyje gdzieś, jakkolwiek mózg jego zamarł. Gdzie właściwie, tego nie wie: albo w rodzaju pieca hutniczego, w którym skazany jest na pieczenie się powolne; albo też, jeżeli jest bardzo szczęśliwy i ów kawał drzewa, zwany krucyfiksem, zdziałał swoje, znajduje się gdzieś za chmurami, w obliczu Trzech Osób, tworzących Jedną, aczkolwiek są Trzy; pełno tam osób innych, a wśród nich Kobieta w szacie niebieskiej, tudzież istoty w szatach białych z głowami schylonymi na bok.

– Wszystkie te istoty posiadają harfy, grając na nich i śpiewając bez końca. Wierzy dalej, że wszystkie owe piękne osoby przechadzają się po chmurach i znajdują w tym przyjemność wielką; spoglądają wiecznie w dół na wspomniany już piec hutniczy i wychwalają Trzy Wielkie Osoby za to, że dały im życie. Oto, w co ów ksiądz wierzy. Pojmujesz, że to brednie, że może to być bardzo... piękne, ale prawdą nie jest.

Mabel uśmiechnęła się zadowolona, gdyż nikt jeszcze nie wytłumaczył jej tego tak zrozumiale.

– Istotnie, mój drogi. To nie może być prawdą. Lecz dlaczego on wierzy w takie rzeczy? Posiadał wygląd człowieka zupełnie inteligentnego.

– Mojedziecko, gdybym ja, na przykład, wmawiał w ciebie od kolebki, że księżyc to krąg zielonego sera, i gdybym wbijał ci to w głowę dzień po dniu aż do dzisiaj, jestem prawie pewien, że uwierzyłabyś w końcu w moje słowa. Prawdziwymi kapłanami, moja kochana, są słudzy eutanazji. W głębi serca czujesz to, jak ja.

Mabel westchnęła z uczuciem ulgi i powstała.

– Nikt tak nie potrafi – rzekła – dodać otuchy, jak ty, Oliverze. Kocham cię za to. Muszę iść do swego pokoju. Cała jeszcze jestem pod wrażeniem katastrofy.

Idąc przez pokój, zatrzymała się nagle, pokazując trzewik.

– Co to? – spytała słabym głosem.

Na trzewiku widniała krwawa plama. Oliver spostrzegł, że Mabel, patrząc na nią, znów blednie. Powstał więc szybko.

– Proszę – zawołał – nie być dziecinną!

Mabel spojrzała na niego, uśmiechnęła się odważnie i wyszła.

Gdy odeszła, stał jeszcze przez pewien czas w miejscu, w którym go pozostawiła. Jakże czuł się szczęśliwy! Nie chciał nawet myśleć, czym byłoby dla niego życie bez niej. Znał ją od lat siedmiu – miała wówczas lat dwanaście. Wreszcie roku zeszłego udali się razem do urzędnika okręgowego, aby zrobić kontrakt ślubny. I stała się dlań od tego czasu potrzebą istotną. Bez wątpienia świat mógłby obyć się bez niej. Przypuszczał również, że i on przyzwyczaiłby się do straty, jaką by śmierć jej wywołała, lecz nie pragnąłby tego spróbować. Wiedział doskonale, bo tak pojmował miłość ludzką, że istnieje pomiędzy nimi przywiązanie podwójne: umysłu i ciała. Poza tym nic absolutnie. Lubił jednak szybkie intuicje żony i odbijające się w niej tak dokładnie echo myśli własnych. Było to jakby połączenie dwóch płomieni dla utworzenia nowego, większego niż każdy z poprzednich. Ma się rozumieć, że każdy z tych płomieni mógłby palić się oddzielnie – i do tego musi dojść w końcu – tymczasem jednak światło i ciepło obu połączonych w jeden, były ożywcze. Tak, czuł się szczęśliwy, że Mabel uniknęła spadającego szybowca.

O swym wykładzie chrześcijaństwa nie myślał więcej. Wszak wiadomo powszechnie, że katolicy wierzą w takie rzeczy, opisywać je zaś w ten sposób, jak on to uczynił przed chwilą, nie wydawałoby mu się bardziej świętokradzkim, niż wyśmiewanie się z bożka mieszkańców wysp Fidźi, posiadającego oczy z perłowej masy i perukę z włosia. Wprost nie można było traktować takich rzeczy poważnie. I on także dziwował się raz czy dwa razy w życiu, jak istoty ludzkie mogą wierzyć w podobne głupstwa, przyszła mu jednak z pomocą psychologia i wytłumaczyła, że za pośrednictwem sugestii można osiągnąć niemal wszystko. I pomyśleć, iż tak obmierzłe brednie powstrzymywały przez wiele lat ruch w sprawie ułatwienia śmierci, w sprawie eutanazji z całym jej wspaniałym miłosierdziem!

Brwi jego ściągnęły się trochę, skoro przypomniał sobie okrzyk matki: „Oby Bóg był łaskaw!” – ale wnet uśmiechnął się na myśl o patetycznej dziecinności biednej staruszki i zasiadł znów do pracy.

W godzinę później zjawił się pan Phillips w pokoju, niosąc świeży zwój, papierów.

– Ze Wschodu – zawiadomił – nie ma więcej wiadomości.

Rozdział II

Korespondencja Percego Franklina z kardynałem protektorem Anglii zajmowała mu codziennie co najmniej dwie godziny, zebranie zaś materiałów i krytyczne ich rozłożenie z osiem godzin dziennie.

W ciągu lat ośmiu metody, stosowane przez Stolicę Apostolską, uległy raz jeszcze rewizji, w celu przystosowania ich do potrzeb nowoczesnych, obecnie więc każda z ważniejszych dzielnic świata posiadała nie tylko zarządzającego metropolitę, lecz także przedstawiciela w Rzymie, będącego w bezpośredniej łączności z Papieżem z jednej strony, z ludnością zaś, którą przedstawiał, z drugiej. Innymi słowy, centralizacja posunęła się szybko naprzód, zgodnie z prawami życia, a z centralizacją także wolność metod i ekspansji władzy. Kardynałem-protektorem Anglii był opat zakonu benedyktynów, Martin, na Percego zaś, jak na tuzin jeszcze biskupów, księży i osób świeckich, z którymi nie wolno mu było urządzać jakichkolwiek narad formalnych, nałożono obowiązek wysyłania codziennie do kardynała długiego listu o sprawach, zauważonych przez każdego z nich.

Percy wiódł wobec tego życie ciekawe. Wyznaczono mu dwa pokoje w pałacu arcybiskupim w Westminsterze i zaliczono do sztabu katedralnego, jakkolwiek związany był z nim bardzo luźno i posiadał w znacznej mierze wolność osobistą. Wstawał bardzo wcześnie i po godzinnej medytacji odprawiał Mszę św.

Wkrótce potem spożywał śniadanie, odprawiał krótkie modły i zasiadał do szkicowania listu. O godzinie dziesiątej był gotów do przyjmowania osób, przybywających z własnej woli, jako też sztabu swego, złożonego z pół tuzina sprawozdawców, obowiązanych przynosić mu wycinki z dzienników, lub spostrzeżenia własne. Po załatwieniu tego zasiadał z jednym z księży do drugiego śniadania, po czym udawał się w odwiedziny do osób, których zdania potrzebował, powracając z owych wycieczek po godzinie szesnastej dla wypicia filiżanki herbaty. Wówczas dopiero, po modlitwie i odwiedzeniu Przenajświętszego Sakramentu, zabierał się do ostatecznego opracowania listu, wymagającego wielkiej staranności i przesiewania zdobytych danych. Po obiedzie robił notatki do listu na dzień następny, przyjmował znów odwiedzających i udawał się na spoczynek wkrótce po godzinie dwudziestej drugiej. Poza tym dwa razy w tygodniu asystował przy nieszporach i zwykle odprawiał w sobotę Mszę śpiewaną.

Jak widać z powyższego wiódł życie niespokojne, narażające go na osobliwe niebezpieczeństwa.

Pewnego dnia, w tydzień, czy dwa po katastrofie w Brightonie, gdy kończył właśnie list do kardynała, na progu pokoju zjawił się służący, zawiadamiając, że ojciec Francis czeka na dole.

– Będę za dziesięć minut – odparł Percy, nie podnosząc głowy.

Skreśliwszy wiersze ostatniego listu, wygładził arkusz i zabrał się do odczytania go, przekładając bezwiednie treść z języka łacińskiego na angielski:

Westminster, dnia 14 maja.

Eminencjo!

Od wczoraj zdobyłem trochę więcej informacji. Zdaje się być pewnym, że projekt prawa, uznającego esperanto za język państwowy, przedstawiony będzie w czerwcu. Dowiedziałem się o tym od Johnsona. Jest to, jak już zaznaczyłem poprzednio, ostatnia cegła w moście, łączącym nas z kontynentem europejskim, czego należałoby żałować. Spodziewany jest wielki napływ Żydów do masonerii. Dotychczas trzymali się jeszcze do pewnego stopnia na uboczu, lecz „zniesienie idei Boga” dąży do przyciągnięcia tych Żydów, obecnie rosnących w liczbę, którzy odrzucają pojęcie Mesjasza osobistego. Tu także działa „humanizm”.

Dzisiaj słyszałem rabina Symerna, przemawiającego w śródmieściu o tej sprawie i, zaiste, sprawiły na mnie wrażenie oklaski, jakimi go darzono. Między innymi – wzrasta również nadzieja, że wkrótce znajdzie się człowiek, który pokieruje ruchem komunistycznym i zespoli bardziej jego siły. Załączam wycinek z „New People”, omawiający kwestię powyższą i zaznaczam, że echo tego artykułu odezwało się wszędzie.

Powiadają, że sprawa ta musi wydać człowieka odpowiedniego, że miała swoich proroków i zwiastunów w ciągu wieku ubiegłego, ostatnimi zaś czasy brak ich zupełny.

„Aż dziw – czytał Percy dalej raport do kardynała-arcybiskupa – jak zgadza się to pozornie z pojęciami chrześcijańskimi. Wasza Eminencja zauważy, że porównanie do „dziewiątej fali” użyte jest wymownie...

Dowiaduję się dzisiaj o odstępstwie starej rodziny katolickiej Wargravów z Norfolku razem z ich kapelanem Micklemem, który, jak się zdaje, pracował przez pewien czas w tym kierunku. Dziennik „Epoch” zaznacza to odstępstwo z zadowoleniem, właśnie z powodu towarzyszących mu okoliczności. Niestety, zdarzenia takie przestały być niezwykłymi... Wśród laików wzrasta niedowierzanie. Siedmiu kapłanów z diecezji westminsterskiej opuściło nas w przeciągu ostatnich trzech miesięcy. Z drugiej strony przyjemnie mi donieść Waszej Eminencji, że Jego Ekscelencja przyjął dziś na łono Kościoła katolickiego byłego biskupa anglikańskiego z Carlisle z pół tuzinem jego duchownych. Spodziewano się tego już od kilku tygodni.

Załączam też wycinki z dzienników: „Tribune”, „London Trumpet” i „Observer” z moimi komentarzami.

Wasza Eminencja przekona się, jak wielkie istnieje podniecenie z powodu zdarzenia ostatniego”.

Percy położył arkusz, zebrał papiery, zawierające wycinki z komentarzami, podpisał je, złożył wszystko i wsunął do przygotowanej koperty z drukowanym adresem.

Załatwiwszy to, wziął biret i poszedł do windy.

Wchodząc po chwili do pokoju przyjęć, dostrzegł przez oszklone drzwi, że przesilenie nastąpiło, jeżeli już nie przeszło. Ks. Francis wyglądał bardzo nieszczęśliwie, niemniej w wyrazie jego ust i oczu widniało zacięcie, gdy stał, czekając na Percego.

– Przyszedłem tu – rzekł, wstrząsnąwszy nagle głową, na widok wchodzącego – aby pożegnać się z wami, ojcze, bo nie mogę wytrzymać już dłużej.

Percy wysiłkiem woli zataił wzruszenie i wskazawszy krótkim ruchem ręki gościowi krzesło, sam usiadł także.

– Oto koniec wszystkiego – odezwał się ks. Francis głosem najzupełniej stanowczym. – Przestałem wierzyć. Już od roku w nic nie wierzę.

– Chcecie chyba powiedzieć, że nic nie czujecie – poprawił Percy.

– Nie, ojcze, nie tak. Powiadam wam, że nie pozostało we mnie nic a nic Wiary. Nie mogę już nawet dyskutować o tym. Oto wszystko!

Percy nie miał na to nic do powiedzenia. Przemawiał do duszy tego człowieka tyle razy w przeciągu ostatnich ośmiu miesięcy, od chwili, gdy wyznał mu, że traci wiarę. Rozumiał doskonale, jak ta biedna istota walczyła z sobą i czuł głęboką litość dla niej, że dała pochwycić się tak czy owak zawrotnemu, triumfującemu wirowi „nowej ludzkości”. Fakty zewnętrzne przemawiały istotnie z okropną siłą za tą ludzkością a Wiara wobec nich jako niemowlę, czołgające się wśród olbrzymich maszyn, chyba że ten, kto ją posiadał, zdawał sobie sprawę, iż wola i łaska Boska są wszystkim, a wzruszenia umysłowe niczym.

Związek psychologii i materializmu, rozpatrywany pod pewnym kątem, zdawał się istotnie tłumaczyć wszystko, trzeba więc było mocnej wiedzy nadprzyrodzonej, aby pojąć ich niedostateczność praktyczną. A co się tyczy odpowiedzialności osobistej ks. Francisa, to Percy nie mógł powstrzymać się od uczucia, że przyjaciel jego przypisywał zbyt wiele wagi w religii ceremoniałowi, a zbyt mało modlitwie. Wartość zewnętrzna pochłonęła w nim wartość wewnętrzną.

Percy więc nie pozwolił litości ujawnić się w swych jasnych oczach.

– Ma się rozumieć – rzekł Francis ostro – że uznajecie mnie winnym.

– Kochany ojcze – odparł Percy, siedząc nieruchomo na krześle – nie ulega wątpliwości, że jesteście winni. Bo posłuchajcie. Powiadacie, że chrześcijaństwo, to absurd niemożliwy, gdy tymczasem wiecie, że tak nie jest. Może być nieprawdą – nie wchodzę w to teraz, choć jestem najzupełniej przekonany, że jest prawdą bezwzględną – ale nie może być absurdem, dopóki uznają je ludzie wykształceni i cnotliwi.

Nazywać je absurdem, to po prostu pycha, to uznawanie tych wszystkich, którzy je uznają, nie tylko za będących w błędzie, lecz za nierozsądnych i...

– A więc dobrze – przerwał Francis – przypuśćmy, że cofam com powiedział i oświadczam po prostu, że nie wierzę, aby było prawdą.

– Nie cofacie tego, coście rzekli – mówił dalej Percy spokojnie – bo wierzycie istotnie, że chrześcijaństwo jest absurdem. Powtarzaliście mi to z tuzin razy, a ja powtarzam, że to pycha, najzupełniej wystarczająca do uzasadnienia waszego postępowania. W danej chwili chodzi tylko o przyczynę moralną, być jednak może, iż istnieją jeszcze przyczyny inne...

Francis spojrzał bystro.

– Och, stara historia – zawołał drwiąco.

– Jeżeli tedy dacie mi słowo honoru, że w tej sprawie nie ma kobiety, ani też specjalnego programu grzechu, który zamierzacie doprowadzić do urzeczywistnienia, to uwierzę waszemu słowu. Ale, jak sami powiadacie, to stara przypowiastka!

– Otóż – zawołał Francis – przysięgam, że nie ma w postępowaniu moim tego, co podejrzewacie.

– W takim razie dzięki Bogu – zauważył Percy – o tyle bowiem będzie łatwiejszy powrót do Wiary.

Przez chwilę panowała cisza. Percy nie miał już istotnie nic do powiedzenia. Boć tyle już razy mówił mu o życiu wewnętrznym, tyle razy wzywał go do modlitwy i pokuty i usłyszał na to odpowiedź, że radzi po prostu hipnotyzowanie samego siebie. I zwątpił już, aby był w stanie wytłumaczyć temu, który nie chciał

widzieć, że jeśli z jednej strony miłość i wiara mogą być nazwane hipnotyzowaniem samego siebie, to z drugiej są sprawami tak realnymi, jak na przykład zdolności artystyczne, i wymagają takiego samego uprawiania. Niestety, wszelkie dowodzenia odbijały się od tego człowieka, jak groch o ścianę.

To też Percy nic już nie mówił i życzył sobie w duszy, aby gość pożegnał się i odszedł. Na nic zdałaby się wszelka perswazja.

Francis siedzący dotychczas w postawie skurczonej, odgadł snadź te myśli, wyprostował się bowiem nagle i rzekł:

– Zmęczyłem was. Odchodzę.

– Nie zmęczyliście mnie, kochany ojcze – odparł Percy – ale żal mi was szczerze, bo, widzicie, ja tak bardzo jestem pewien prawdy tego, co wy odrzucacie.

Francis spojrzał na niego smutno.

– A ja – rzekł – jestem pewien, że to nieprawda. Przyznaję, że to bardzo piękne i pragnąłbym, abym mógł w to wierzyć. Zdaje mi się też, że już nigdy nie będę szczęśliwy, ale... cóż robić!

Percy westchnął. Wszak tyle razy powtarzał mu, że serce jest tak samo Boskim darem, jak umysł i że zaniedbywać je w poszukiwaniu Boga, to pragnąć ruiny, ale kapłan ten nie brał tego do siebie. Odpowiadał bowiem starymi argumentami psychologicznymi, że sugestia w wychowaniu tłumaczy wszystko.

– Bez wątpienia – odezwał się znów Francis – odwrócicie się teraz ode mnie.

– Nie, to wy opuszczacie mnie – odparł Percy – a ja za wami iść nie mogę.

– Ale, czyż nie moglibyśmy pozostać przyjaciółmi?

Percy uczuł nagle gorąco w sercu.

– Przyjaciółmi? – zawołał. – Więc przyjaźń zasadza się według was na sentymentalizmie? Jacy byliby z nas przyjaciele?

Twarz Francisa zasępiła się mocno.

– Wiedziałem – rzekł – że tak będzie!

– Janie! – odparł na to Percy – nie rozumiesz więc, że nie może być między nami nic wspólnego, skoro nie wierzysz w Boga? Bo czynię ci ten zaszczyt, że przypuszczam, iż nie wierzysz istotnie.

Francis zerwał się z krzesła.

– Trudno! – odciął się. – Wierzyć nie mogłem. Żegnaj.

Przy tych słowach zwrócił się ku drzwiom.

– Janie! – zawołał raz jeszcze Percy – odchodzisz więc tak, nie podawszy mi nawet ręki?

– Jak to? – spytał odchodzący, zwracając się nagle, a twarz pałała mu posępnym gniewem. – Wszak powiedziałeś, że nie możemy być przyjaciółmi?

Percy otworzył usta, ale zrozumiał i nie mógł powstrzymać uśmiechu.

– A więc na tym tylko zasadza się u ciebie przyjaźń? Przepraszam. W każdym razie możemy zachować, jeżeli chcesz, formy przyzwoitości.

Mówiąc to, trzymał rękę wyciągniętą. Ks. Francis rzucił na nią okiem – zadrżały mu wargi, odwrócił się jednak i wyszedł, nie przemówiwszy ani słowa.

* * *

 Percy stał bez ruchu, dopóki automatyczny dzwonek przy drzwiach zewnętrznych nie zwiastował mu, że ks. Francis wyszedł zupełnie. Wówczas dopiero zawrócił ku długiemu korytarzowi, wiodącemu do katedry.

Mijając zakrystię, usłyszał nagle dalekie dźwięki organów, skręcił więc do kaplicy, służącej za kościół parafialny i ujrzał, że nieszpory nie skończyły się jeszcze. Wówczas ruszył prosto wzdłuż nawy bocznej, skręcił na prawo, przeszedł w poprzek nawę środkową i uklęknął.