Antidotum - Russell Karen - ebook + książka

Antidotum ebook

Russell Karen

0,0
67,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Co pamiętamy? Co wypieramy? I kto decyduje, która wersja dziejów przetrwa?

Antidotum – preriowa wiedźma z miasteczka Uz – przechowuje cudze traumy i tajemnice jako depozyty, które w każdej chwili można odzyskać. Do czasu. 14 kwietnia 1935 roku największa w historii Ameryki burza piaskowa unicestwia wszystko, również wspomnienia, które mieszkańcy powierzyli Antidotum. Jeśli ich sekrety wyjdą na jaw, wiedźmie grozi niebezpieczeństwo.

Niespodziewanie pomoc oferuje jej Dell, nastoletnia koszykarka polskiego pochodzenia, która sama ucieka przed własną przeszłością. Między dwiema kobietami rodzi się nieoczekiwany sojusz. Wkrótce odkrywają, że nad miastem ciąży klątwa, a w pustoszących je burzach grzmią echa dawnych krzywd, które domagają się zadośćuczynienia.

Antidotum to pełna magii opowieść o kłamstwie, winie i odkupieniu. O ludziach, którzy muszą zdecydować: czy ocalić przeszłość, czy pozwolić jej zniknąć w pyle historii.

Ale czy można zbudować przyszłość na zapomnieniu?

FINALISTKA NATIONAL BOOK AWARD FOR FICTION 2025

FINALISTKA NATIONAL BOOK CRITICS CIRCLE AWARD 2025

NOMINOWANA DO DUBLIN LITERARY AWARD 2026

„Strach, szczęście, rozpacz, żal – wlejcie to wszystko we mnie. Jestem pustą butelką. Jestem nowym rodzajem antidotum na wszelkie cierpienia”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 543

Data ważności licencji: 4/2/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału

The Antidote

Copyright © 2025 by Karen Russell

Projekt okładki

Penguin Random House UK

Ilustracja na okładce

Młoda matka emigrantka, hrabstwo Klamath, Oregon, 1939, fotografia autorstwa Dorothei Lange dla Farm Security Administration (FSA). Biblioteka Kongresu, Dział Grafiki i Fotografii, Kolekcja FSA/OWI (nr negatywu 8b35575)

Adaptacja okładki i stron tytułowych

Antonina Chmielewska-Merynda

Fotografia autorki na wyklejce

Dan Hawk

Redaktorka inicjująca

Dorota Gruszka

Redaktorka prowadząca

Justyna Skalska

Promocja

Zofia Kotecka

Opieka redakcyjna

Katarzyna Mach

Adiustacja

Anastazja Oleśkiewicz

Korekta

Justyna Jagódka

Łamanie

Piotr Poniedziałek

Copyright © for the translation by Maria Makuch

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026

ISBN 978-83-8427-151-3

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2026

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk

Ale pamiętam cię, zanim stałeś się opowieścią. Czasem czuję cierń w stopie tylko że niczego tam nie ma. Mówią mi, całkiem uprzejmie, że nie powinnam sobie tam niczego wyobrażać. Ale wierzę, że nie umarłeś.

Marie Howe, fragment z Gretel, from a sudden clearing

Prolog

Depozyt 69818060-1-77Pierwsze wspomnienie Harpa Oletskiego

Wybrałeś życie nigdzie, ale i tak jesteś tutaj. Tato wciąga cię za ręce w sam środek zagrody. Setki zajęcy wpatrują się w ciebie przez druty między słupkami ogrodzenia. Jakbyś patrzył w lustro. One też nie chcą być w tej historii. Mężczyźni pracowali od świtu, by zagnać tu zające. Miasteczko zebrało się, żeby rozwiązać problem zajęcy, bo wgryzają się w pastwiska i ziemie uprawne i pożerają złotą pszenicę, którą twój tato zamienia na pieniądze. Gorsze od szarańczy, mówi Tato. Każda skóra to już jakiś grosz. Tłum ciał wydzielających pot o woni rzepy i dobry nastrój, w palcach można już pocierać monetę, w oczodoły wdarła się krew. Woń przypomina pomieszczenie, gdzie rodzą się dzieci. Próbujesz się obrócić i uciec, ale Tato cię przytrzymuje. Jest tam pan O’Malley, pan Waldowko, pan Zalewski, pani Haage. Więcej nazwisk nie pamiętasz. Setka połączonych rąk, huśtając się w powietrzu, naciera na zagrodę kipiącą zajęczym życiem, miejsce, z którego nie ma ucieczki. Teraz następuje już tylko szaleństwo. Terror pałek, terror trzonków siekier i młotów, terror tratowania. – Tato! Ratunku! Przestań! – Zające przebiegają ci między stopami. – Uspokój się, Harp. – Tato jest zły. Twoje imię wypływa z jego ust jak strumień wrzątku. Zające są złe. Zające wrzeszczą i umierają, pałki walą w dół, w dół, w dół. – Jeśli nie będziesz pomagał, to się trzymaj z daleka, chłopaku. – Dzisiaj kończysz sześć lat. Po kolacji czeka rodzinne przyjęcie. Tort był fajny, gdy przyjechałeś do miasteczka. Na myśl o nim robi ci się niedobrze. Wiśnie wyciekają z zajęcy. Rozerwane szare skóry wpadają pod obcasy buciorów i drewniane pałki. Tato pokazuje ci, w co celować: czaszki i kręgosłupy drących się zajęcy. Tak najszybciej skończysz z ich wrzaskiem. Jest jeszcze inny sposób, krzyczy w środku twój głos. Zmiażdż go na placek. Patrzysz, jak ojciec wali w swoim rytmie, zaczynasz zabijać razem z pozostałymi mężczyznami.

Łapiesz spojrzenie swojej siostrzyczki poprzez wachlarz jej czystych palców. Lada siedzi u matki na kolanach. Trzy znajome dziewczynki patrzą zza ogrodzenia. Dziewczynkom wolno piszczeć i zakrywać twarze rękami. Wolałbyś być dziewczynką i być z nimi. W dół, w dół, w dół walą pałki i deski. Twój żołądek to pęcznieje, to klęśnie. Wrzeszczysz razem z zającami. Masz urodzinowe życzenie, żeby doczekać, aż ten dźwięk ucichnie. Wreszcie zapada cisza. Ręce mężczyzn spoczywają wzdłuż ich ciał jak narzędzia w szopie. Żadna zajęcza łapa nie pulsuje w drgawkach. Wrzask w tobie trwa. Ciągle, stale, nieprzerwanie. Tato podchodzi tam, gdzie stoisz i zakrywasz rękami twarz, łzy masz w dłoniach. – Nie możemy pozwolić, żeby zające opanowały całą prerię. Nikomu się to nie podoba, Synu. – To kłamstwo. Wielu się to podobało. Zamykasz oczy razem z nieżywymi zającami, bo nie chcesz widzieć, kto się śmieje.

– No proszę – mówi Tato. – Jeden jeszcze żyje. Nie możesz być miękki, Harp.

Ojciec wkłada ci do ręki pałkę. A po tym wszystkim już zawsze będziesz się bał.

Zagroda z zającami w Zachodnim Kansas, 1934 lub 1935, Potter, Kansas State Historical Society.

Część I Upadek

[Zdjęcie bez podpisu, prawdopodobnie mające związek z: Dzieci osadnika, Penderlea, Karolina Północna]; fot. Carl Mydans, Biblioteka Kongresu, Dział Druków i Fotografii, Urząd do spraw Bezpieczeństwa Rolnictwa / Biuro Informacji Wojennej, zbiory czarno-białych negatywów.

Preriowa wiedźma

W jednej chwili można stracić wszystko. Majątek, rodzinę, słońce. Tę lekcję musiałam przerobić dwa razy w życiu. Po raz pierwszy stało się to, gdy miałam piętnaście lat i uciekłam z Domu dla Samotnych Matek. Drugi raz, kiedy byłam preriową wiedźmą przykutą łańcuchem do pryczy w więzieniu z pustaków. – Twój drugi dom – mawiał Szeryf. Oficjalnie nie istnieję na jego Zachodzie; niemniej odwiedzanie mnie jest zbrodnią.

W Czarną Niedzielę, zanim jeszcze ktokolwiek wiedział, że nazwą ten dzień Czarną Niedzielą, w więzieniu obudził mnie odgłos, jakby pociąg towarowy drążył we mnie tunel. Rozdzierające wycie, od którego trzęsły się kamienne mury. Leżałam na pryczy, drżąc jak łupina. Wpiłam się palcami w materac. Na początku zamieniłam się w jeden strach, bałam się, że gdzieś odpłynę. Co się ze mną stało podczas snu? Czułam, jak jakiś nóż wydłubuje mi z kości cały szpik. Coś istotnego we mnie stopniało i wypłynęło, a to miejsce wypełniła nowa nieważkość. Lekkość i coś niedobrego, spowijająca mnie biel przemieszczała się wzdłuż kręgosłupa i sączyła z ust. Zbankrutowana, to słowo powstało w moim mózgu. Na początku nie rozpoznałam, że głos, który woła o pomoc, jest mój. Spanikowana, wyciszyłam się – nie mogłam już sobie pozwolić na najmniejszą utratę ciężkości. W zdrętwiałych kończynach poczułam mrowienie, ukłucia igieł z powrotem zszywały je z mózgiem. Nie było to szczęśliwe zjednoczenie. Dziesięć białych palców u nóg wyrastało jak grzyby spod brudnego zielonego koca, przebierały w powietrzu w najwyższym wysiłku, na jaki potrafiłam się zdobyć. Lampa naftowa w korytarzu świeciła słabym szmaragdowym blaskiem, poza którym cela pogrążona była w cieniu. Ten ból wcale nie był mój. Przeleciał jak wiatr. Potem przewiercił mi skórę i pochłonął świat.

A może kiedy się obudziłam, czarna burza już na dobre się zbliżała. Dławiący gorąc wypełnił więzienie, a za nim nastąpiły smagające bicze pyłu. Dotarło do mnie, że tu zostanę pogrzebana, zanim przypomnę sobie, kim jestem. Minuty i godziny straciły dla mnie jakiekolwiek znaczenie; skuliłam się na pryczy, oczekując, że cyklon rozerwie mnie na kawałki. Wreszcie wiatr zaczął słabnąć. Smuga światła rozcięła burzowe niebo – przez okienko w celi patrzyłam na bladą ścieżkę, coraz jaśniejszą i szerszą. Zielonkawy krążek zawisł nad ścianą chmur i wieki minęły, zanim rozpoznałam, że to słońce. Przecież to nie była północ, tylko trochę po południu.

Zaczęłam sobie przypominać ziemię poza celą, prerię bez krańców. Powróciła do mnie nazwa miasteczka, gdzie pracowałam: Uz, Nebraska, na południowy wschód od Sandhills i na zachód od rzeki Platte. Od czterech lat tkwiliśmy w najgorszej suszy, jakiej kiedykolwiek doświadczył przybysz na Wielkie Równiny Prerii. Inne istnienia prowadziły dawniejsze zapiski. Topole opowiadały liczącą tysiące lat historię zapisaną w nierównych kręgach, której nie kwapił się czytać żaden polityk. Kongresmeni szkolą się, by ograniczyć myślenie do cykli wyborczych, pomijają planetarne. Zauważają spadki i wzloty na rynku, ale nie pamiętają, jak odczytywać kręgi. W Uz od miesięcy brakowało prądu. Plagi szczęk i żuwaczek. Koniki polne zbite w szumiące chmury z grzechotem tłukły o kabiny traktorów. Tysiące zajęcy rozproszonych na Równinie pożerały wszystko, co było zielone. Skrzydlate chrząszcze w kolorze indygo spadały Bóg jeden wie skąd, kolby kukurydzy w kształcie wklęsłej klepsydry, jakich przed rokiem 1931 nikt jeszcze na Wielkich Równinach nie widział. Czerwony piasek z Oklahomy, czarny pył z Kansas i gołębioszara ziemia ze wschodnich równin Kolorado uformowały nad Uz falujący dach z pyłu rozbłyskujący piorunami cieplnymi.

Szeryf z rodziną mieszkał naprzeciwko więzienia w piętrowym domu szkieletowym z cegły, projekt z katalogu Sears, Roebuck. Dom rozsiadł się na wolnym kawałku ziemi, pięćset jardów od krat w moim okienku dwie na dwie stopy. Pył wpadał do celi i to, co na zewnątrz, stawało się coraz mniej rzeczywiste. Dom Szeryfa rozmył się jak na szkicu węglem. Wymazany gumą, kolejny raz przerysowany i w końcu niewidoczny dla oka. Niebo z całą pewnością spadało.

W końcu zdobyłam się na krzyk pomocy. Czułam przerażenie, wypuszczając tyle powietrza naraz – nieważkość wdarła mi się do głowy. Nikt nie zareagował. Jak długo tkwię w tej pułapce? Cela miała siedem stóp na osiem, ze sprzętów były w niej tylko prycza i blaszane wiadro do połowy wypełnione szczynami poprzedniego więźnia. A może moimi. Byłam chyba jedyną na odsiadce w tym pudle. Jednak się myliłam. Coś delikatnie wylądowało mi na piersi, a potem wskoczyło na gzyms pod oknem celi – ogromna kotka o zjeżonym marchewkowym futrze wydawała się absurdalnie jasna. Uszy miała nastawione do przodu, pazury zaciśnięte na gzymsie. Jej złote oczy patrzyły na mnie łagodnie. Nie słyszałam, aby cokolwiek ją przywoływało. Lecz po chwili kotka przecisnęła się przez kraty i zwinnie wskoczyła w żywioł.

Gdy tylko zniknęła, poznałam ją – kotka Szeryfa, puchata i pręgowana, w czasie moich odsiadek często sypiała mi na piersi. Szeryf z głupoty i lenistwa w ogóle jej nie nazwał, nawet Kotem. Pewne wspomnienie wróciło do mnie wraz z wyciem: kiedyś Szeryf utopił w miednicy miot jej kociąt, co było dla mnie słyszalne. Zalała mnie fala pisku pięciu kociąt, wpijających pazurki w wytłumione ściany w obrębie murów. Znowu słyszałam ten plusk, gdy worek został odrzucony. Wylana woda ściekała korytarzem, ich głosy przeszły w nienaruszoną ciszę. Szeryf uwięził matkę w szafie obok, zamykając nas obie w klatce dla bezsilnych świadków. Jej wściekłe wrzaski mieszały się z gasnącymi piskami. Ostatnie głosy tego świata nie brzmiałyby bardziej rozpaczliwie.

W dziedzinie tortur i głupi człowiek potrafi być erudytą. Szeryf przykucnął przed Celą numer 8, szczerząc się do mnie przez kraty, gdy nalewał mleko dla matki nieżywych kociąt. – Był jakiś hałas, co? W moment zapomnisz ten paskudny wypadek. Taka potężna wiedźma jak ty…

Zanim przywołałam swoje imię, powróciło to, czym się zajmuję. Tak, jestem Antidotum, przyszło do mnie i pozostało w pamięci. Jestem preriową wiedźmą. Drzwi do mojego życia otwarły się na oścież. Teraz zobaczyłam swój wynajmowany pokój w pensjonacie. Mój afisz w oknie na drugim piętrze, ręczne pismo wykaligrafowane złotymi literami: ANTIDOTUM Z UZ! TERAZ PRZYJMUJE DEPOZYTY. Ogłosiłam usługi bankowe jako panaceum na wszelkie dolegliwości: od zgagi po koszmary nocne. Jak pamiętam, jacyś moi klienci ułożyli o mnie reklamę, korzystając ze słów na plakacie:

„Antidotum na chorobę z miłości! Antidotum na rozpacz! Antidotum na wzdęcia! Antidotum na wyrzuty sumienia! Antidotum na bezsenność! Antidotum na spocone dłonie! Antidotum na marzycielstwo! Antidotum na wstyd!”

Prawie wszyscy na Wielkich Równinach o nas wiedzieli, nawet ci, którzy zaprzeczali, że istniejemy. Skrytki, tak nas czasem nazywano. Preriowe wiedźmy. Teraz dopiero sobie przypomniałam, co robię, żeby zarabiać na chleb – co robiłam już od wczesnej młodości. Wchłanianie i przechowywanie wspomnień moich klientów. Deponowanie tajemnic mieszkańców Uz. Grzechy i zbrodnie, pierwsze i ostatnie razy, noce niewysłowionej grozy i radość świeżych poranków – kto by tam wiedział, co moi klienci przelewali ze swoich ciał w moje? Tego się tylko domyślałam. Podczas przekazów znikałam, stając się pojemną nijakością. Ciało preriowej wiedźmy jest do wynajęcia. Skrytką, w której przechowuje się wiedzę o czymś, czego nie można znieść lub znieść tego, że się zapomni.

Połowa miasta Uz używała mnie jak banku i nawet ci, którzy napiętnowali mnie jako oszustkę i szantażystkę, wiedzieli, że świadczę usługi w Pokoju numer 11. Ludzie przychodzili i płacili mi za przechowanie pewnych fragmentów swojego życia. Na przykład zbyt przykrego wspomnienia, z którym ciężko przychodziło im dalej żyć, lub zbyt cennego, aby myśleć o nim na co dzień. Kiedy szeptali mi coś do ucha przez zieloną trąbkę, ich wspomnienia uchodziły z nich i wnikały we mnie. Wymiana była bezbolesna. Opowieści klientów nigdy mnie nie dotykały, ponieważ nie byłam przebudzona, aby je słyszeć. Pogrążona w transie mogłam się rozszerzać, by chłonąć cokolwiek. Póki transfer się nie zakończył, nie powracałam do stanu przebudzenia. – Wiem tyle o swojej zawartości – zapewniałam klientów – co skrytka bankowa o zdeponowanej w niej forsie. Tyle co zalewa octowa w słoju wie o pływających w nim korzeniach. – Co strych wie o swoich duchach. Ich zmarli żyli we mnie, cierpliwie czekając na moment, kiedy zostaną wspomniani. Pod ciężarem depozytów czułam przytłoczenie. Po dokonanym transferze często miałam ostry ból w klatce piersiowej albo miednicy – czasem była to migotliwa jasność, jakby w piersi krążyła złota rybka – w ten sposób wiedziałam, że transfer zakończył się powodzeniem. Nowy klient uśmiechał się z zakłopotaniem i mówił:

– Myślę sobie, co to ja pani właśnie powiedziałem? Całkowicie wyparowało mi to z głowy!

Teraz zrozumiałam, dlaczego moje ciało odczuwało tak przerażającą lekkość, dlaczego wciąż powracało do mnie słowo bankructwo. Stało się ze mną coś, czego nie umiałam się bać.

Piętnaście lat depozytów jakimś sposobem zostało ze mnie wyjętych podczas snu. Wypompowano je z mojego ciała, jakby ktoś odessał wodę z liścia. Gdzie się podziały? Z mojego ciała dostały się w jakiś żywioł? Czy gdzieś, w jakimś miejscu, nadal pozostają nietknięte? Czy może pochłonął je pył? Z każdym głębszym oddechem docierało do mnie coraz więcej o skali i formie tego, co straciłam. Przewróciłam się na bok i podciągnęłam koszulę nocną – tkanina workowa z GROVER’S ORCHARD przeznaczona do innych celów, za krótka na kobietę mojego wzrostu, z nadrukiem w piaskowe brzoskwinie, które z każdym oddechem zdawały się dojrzewać i parcieć. Pięściami wymacałam brzuch, jakby tysiące tajemnic zgromadzonych we mnie mogły jedynie się przemieścić.

Właściwie nie zapomniałam tych tajemnic, bo tak naprawdę nigdy ich nie znałam. Może jednak nie jest to do końca prawdą. Znałam je w taki sposób, w jaki znałam ciebie, mój Synu, zanim się urodziłeś. Schroniony w moim ciele jako ucisk i ciężar. Wspomnienia żyją. Gdy gromadzisz ich tyle co ja, zaczynasz słyszeć trzask swoich kości. Teraz czułam zagrożenie, że sama wyparuję.

Jak się okazało, nie byłam jedyna. W tym samym czasie farmerzy z Równin tracili całe zbiory. Rodziny chowały się w piwnicach swoich domów, podczas gdy chmury tyły od czarnej ziemi. Niebo zmieniło się w burczący brzuch. Gdy ciemność zaćmiła słońce, zaskoczeni na polach Uzjanie myśleli, że oślepli.

Wielu z tych farmerów i ranczerów także straciło – o czym nie wiedzieli – potężne obszary swojej przeszłości. Dnie i noce, które trzymałam dla nich w rezerwie, podczas gdy oni pochłonięci byli sprawami życiowymi. Klienci, którzy od mojego przybycia do Uz lojalnie korzystali z oferowanych przeze mnie usług bankowych, wkrótce dowiedzą się o krachu – jak mogłabym temu zapobiec? Pojawią się, aby podjąć, co im się należy, a ja nie miałam niczego do zwrócenia. Zachowałam jedynie garść faktów o swoim samotnym życiu.

Zawsze prowadziłam skrupulatną dokumentację. Potrafiłam powiedzieć, kto był u mnie 12 lipca 1927 roku, i podać, ile trwała wizyta. Byłam w stanie oszacować co do grosza, ile pieniędzy zarobiłam w hrabstwie Uz w latach 1920–1935. Lecz jakie to miało znaczenie, że od jednego klienta pobierałam dwa dolary, a od innego dwieście? Żadna z liczb wpisanych do księgi rachunkowej nie była miarodajna w stosunku do ogromu moich strat. Prawdę oddawały skurcze żołądka i szpony rozpaczy.

Czarna Niedziela, zanim tak nazwały ją gazety i zmiotły do historii, zmiażdżyła region na pył i nadała mu nazwę Great Dust Bowl. Podobnie jak wielu moich sąsiadów obudziłam się do zgliszcz. Będąc w środku żywiołu, myślałam, że najgorsze za mną. Jednak się myliłam. Pył szykował mi jeszcze jedną lekcję: póki oddychasz, masz więcej do stracenia.

Dom. Dom. Dręczyłam to słowo, aż świat zdołał się podźwignąć. Przykuta do pryczy, z nozdrzami płonącymi od pyłu uśmiechałam się w ciemności. Byłam przekonana, że straciłam wszystko, ale tak się nie stało. Pamiętam Ciebie. Rosła we mnie nadzieja. Nieprzerwanie, tak jak Ty kiedyś rosłeś. Wyobraziłam sobie, że zielone liście oplatają mi klatkę piersiową, pętając mnie ze wspomnieniami o Tobie. Twoje oślizłe, ważące siedem funtów ciało i Twój donośny płacz. Powtarzałam w myślach każde Twoje kopnięcie i skręt ciała. Powitałam nawet ból, gdy Cię utraciłam. To był ciężar, którego potrzebowałam, aby usiąść i położyć stopy na podłodze celi. Póki istnieje szansa na nasze spotkanie, Synu, przyrzekam Ci, że będę żyła.

Tej nocy, kiedy się urodziłeś, jedna z pielęgniarek w Domu dla Samotnych Matek w Milford zaryzykowała zwolnienie z pracy i pozwoliła mi Cię potrzymać. Rozluźnij się, powiedziała, i niech twoje dziecko się napije. On wie, co ma robić, słonko. Widzisz? Po to się urodził. Nigdy dotąd nie napotkałam na tak głodne stworzenie, tak żądne życia. Nie pomyślałabym, że moje ciało potrafi maksymalnie zaspokoić potrzeby innej istoty. Krzyczałeś, a ja ze zdumieniem pojęłam, że to ja jestem kimś, kogo przywołujesz. Byłam odpowiedzią na twoje pytanie. Antidotum na twój stres, na twój strach, na twój wściekły głód i twoje pragnienie życia. Wpatrywałam się w twoje surowe, ciemne oczy otwarte od narodzin. Razem wlatywaliśmy w sen i się z niego uwalnialiśmy, śniąc o mleku, o cieple, o miłości. Potem nastąpiła blokada godzin, które mi ukradziono – teraz myślę, że zostałam odurzona. Przykro nam, ale straciłaś dziecko, powiedziała mi inna pielęgniarka, gdy się obudziłam. Doznanie, gdy mleko wzbierało mi w piersiach, by napłynąć do twoich ust, było już zaledwie wspomnieniem, gdy lekarz, którego nigdy przedtem nie widziałam, wręczył mi akt twojego zgonu. Te potwory o smętnym uśmiechu mnie okłamały. Wiedziałam, że Ty nie umarłeś.

Wciąż istniejesz?

Asphodel Oletsky

Chyba wiesz, że kiedy zsynchronizujesz swój oddech z czymś, co oddycha za tobą, przestajesz go słyszeć.

Rankiem 14 kwietnia byłam jedyną dziewczyną na preriowym boisku. Lubiłam grać dwie na dwie z Valerią, Pazi i Nell, gdy tylko urwały się z domu, ale tamtego popołudnia byłam sama. Odmówiłam pójścia z wujkiem na poranną mszę, nasz niedzielny rytuał. Kiedy po raz pierwszy przyjechałam do Uz, przez bite trzy miesiące chodziłam z nim do polskiego kościoła. Tylu wąsatych parafian czuło nieodpartą potrzebę, aby mi powiedzieć, że gdyby moja matka nie uciekła z tym wykolejeńcem, tym oszustem – moim ojcem i człowiekiem mi nieznanym – nigdy nie zostałaby zamordowana.

– Lada była takim płochliwym kwiatuszkiem. Taką słodką dziewczyną, zanim uciekła z tym drabem – powiedziała jedna z polskich babek, od której woniało boraksem i Grape Sparkle. – Żyłaby, gdyby została w Uz…

– Poczekaj, busiu – przerwał jej wujek. – To prawda. Ale gdyby została z nami, jej córka by nie żyła. To mordercę trzeba potępiać za zbrodnię, prawda? Nie moją siostrę.

Przez chwilę poczułam do wujka czystą miłość; zaraz potem ze wstydu dostałam wypieków. Co ja tu robię, oddychając? Zużywam powietrze, które było przeznaczone dla niej. Przez następne kilka tygodni żarliwie modliłam się za duszę matki, klęcząc na chybotliwym żółtym podnóżku zbitym z rzepek kolanowych lasu. Któż by mógł wiedzieć, że za sprawą modlitwy można wbić sobie drzazgę? Dłużej nie dałam rady. Chodzenie na mszę do Świętej Agnieszki było jak uczestniczenie w zbiorowym bólu głowy z pięćdziesięcioma obcymi osobami. Dzwony! Święte kadzidła! Jak kac bez bibki. Zbyt wiele oczu wpatrzonych we mnie ze współczuciem i wyższością. Jedyne spojrzenie, które lubiłam przechwytywać, należało do Weroniki z szóstej stacji drogi krzyżowej, jej onyksowe oczy były chłodne, pozbawione źrenic i rzeczowe. Weronika była ważną osobą z drużyny Jezusa, otarła mu twarz z brudu i krwi. Kiedyś sama założyłam drużynę, odkryłam własny sposób oddawania czci – pod ognistym niebem za sprawą koszykówki. Wolałam podskakiwać, niż klękać. Modlę się do Boga, który kocha wygrywać.

– Może w następną niedzielę – mruknął wujek Harp, biorąc mnie za rękę przez boczne okienko od strony kierowcy, po czym odpuścił sprzęgło. Zdążył mi jeszcze wykrzyczeć, że moja dusza jest w niebezpieczeństwie, i skręcił z piaszczystej drogi w kierunku autostrady; spieczona ziemia pod oponami wykaszlała żółty pył. Gdy się nad tym zastanowić, to tak właśnie zrobił jego Bóg – zniknął w oddali, którą wujek nazywa niebem, a nas, ubogich wieśniaków, zostawił, żebyśmy zgrabiali prochy. Wujek Harp codziennie modlił się o deszcz, a potem użył kombajnu, żeby odgrzebać ganek. Na rozpoczęcie naszego ostatniego sezonu koszykówki matka Dagmary wręczyła każdemu zawodnikowi maskę przeciwpyłową z Czerwonego Krzyża ufarbowaną w barwy naszej drużyny.

Kiedy po raz pierwszy przyjechałam do Uz, kaszel budził mnie każdej nocy. Siadałam w łóżku z rękami przy twarzy i przez dobrą chwilę myślałam, że mama nadal żyje. Że mieszkamy w żółtym domu w Hubbell. A potem sobie przypominałam: mama została zamordowana, a mnie odesłano do jej siwego brata i u niego miałam dalej żyć. Codziennie rano, kiedy się budzę, tam i z powrotem przemierzam ten sam tunel zdarzeń. Po przebudzeniu widzę ugór, jestem zaplątana w niebieską pościel umarłej mamy, leżę w łóżku umarłej mamy; ten zły sen trwa niemal nieprzerwanie od dwóch lat.

Śledczy z naszego miasteczka nigdy nie złapali mordercy mojej matki, ale udało im się zlokalizować jej żyjącego brata. Wysłali mnie do Uz 4 sierpnia 1933 roku, w środku najgorętszego lata w historii. Tamtego popołudnia, gdy pociąg dowiózł mnie na stację, były sto cztery stopnie. Wujek nawet uważał, że ten rekordowy upał nie był przypadkowy – z pewnością nie winił mnie za to, widział we mnie tylko dodatek pogłębiający już zaistniałe nieszczęście.

Nie było we mnie jakichś konkretnych oczekiwań, kiedy wyszłam na peron w Uz, rozglądając się za wujkiem, którego nigdy nie widziałam. Gdy przed nim stanęłam, cień ewentualnej nadziei zlał się z uczuciem rozczarowania wywołanym jego wzrostem i posturą. Ten obgryziony przez szczury ludzki kaczan kukurydzy wziął ode mnie torbę i odgarnął mi włosy z twarzy, jakby rozsuwał zasłony – przez ten gest zapragnęłam go ugryźć.

– No, ani trochę jej nie przypominasz! – zwrócił się do mnie. – Twoja matka była ślicznym dzieckiem.

Rozczarowanie było naszym pierwszym wspólnym odczuciem. Harp Oletsky, jak się zorientowałam, nie miał pojęcia, kim była moja matka. Kiedy wypowiadał „Lada Oletsky”, widział swoją małą siostrzyczkę. Najmłodsza matka, jaką zapamiętałam, ma dwadzieścia siedem lat, wieczorami wyszminkowane na karminowo usta i piegi od słońca. Harp Oletsky nie miał pojęcia o najlepszych cechach mojej matki ani też o tych innych – o jej nieumiejętności oceny męskich charakterów; o jej miłości do polki i do każdej potańcówki; o jej walce, by mieć pracę i pieniądze; o jej darze wskrzeszania chorych ptaków i uschniętych roślin; o jej śmiechu, który spadał jak deszcz w środku naszego domu, zmywając ze ścian lepki smutek; o jej zwyczaju wysuwania języka, kiedy czytała albo szyła. Od samego początku rozumiałam, że będąc z nią, pozostanę sama. Ja jedna poniosę trumnę mamy. Nawet umarła potrzebuje mojej opieki. Miałam nadzieję, że Harp Oletsky pomoże mi ją lepiej zapamiętać. Jej prawdziwy głos odpływał ode mnie, coraz bardziej pobrzmiewając jak moje kiepskie brzuchomówstwo. Ale ten obcy człowiek jedynie potrafił bajdurzyć o jakimś szkrabie.

Nadzieja urasta i uczy nas, jakimi jesteśmy głupcami – mawiała mama, gdy rozczarowywała ją nowa praca lub nowy mężczyzna. Obserwując pomarszczoną twarz wujka, czułam zażenowanie z powodu swoich nadziei. Wujek nigdy nie zdobył się na to, by odnaleźć siostrę, choć rozgłaszał swoją rozpacz, gdy znikła. – Wcale daleko nie uciekła – zwracałam uwagę. Do miasteczka, gdzie mieszkałyśmy na granicy z Kansas, z Uz jechało się pociągiem trzy godziny.

– Lada nie chciała, żebyśmy ją odnaleźli – powiedział szorstko. – Mogę pokazać ci jej listy.

Mojego pierwszego dnia w Uz wujek oprowadził mnie po domu Oletskich. Pokazał mi wyblakły portret rodzinny wiszący w salonie. – To była Lada – wskazał na zamazane dziecko o płochliwym wyrazie twarzy ściskające w ręce blaszaną konewkę. Na zawsze tam zastygła, pomiędzy moimi dziadkami koloru budyniu i jej dwoma nieuśmiechniętymi braćmi.

– Wy, Polacy, wszyscy wyglądacie, jakbyście mieli zatwardzenie i ciągle się czemuś dziwili – powiedziałam wujkowi.

– Jesteś Polką, Dell.

Prowadził mnie dalej, prawie się nie odzywając. Czułam spojrzenie jego oczu wwiercające się we mnie jak dzioby dzięciołów. Zabrał mnie na górę i otworzył drzwi do pokoju dziecinnego mamy – teraz mojego.

– No, Dell. – W końcu coś powiedział. – Widzę, że to nie jest to, co sobie wyobrażałaś. Mów, czego tu brakuje. Co by trzeba zrobić, żebyś poczuła, że to miejsce jest twoim domem?

– Zakopać moje kości w ziemi – odrzekłam mu. – Ale nawet wtedy będę tu tylko z wizytą.

W Czarną Niedzielę, zanim się dowiedziałam, że była to Czarna Niedziela, wzięłam piłkę i weszłam do rozpalonego pieca. Od trzech tygodni codziennie było dziewięćdziesiąt stopni. Na horyzoncie wyrosła ciężarówka wujka, bliźniacze reflektory rozświetlały skrzące się cząsteczki minerałów zawarte w pyle. Nikt już się nie dziwił, że samochody jadą w południe na światłach.

Miałam ochotę na przejażdżkę do miasta, ale nie ośmieliłam się o to prosić. Przeszłam cztery mile na niegdyś trawiaste pagórki. Strumień wysechł zeszłego lata. Brakowało stopy ziemi. Każdy nowy podmuch wiatru wywiewał jej jeszcze więcej. Bankierzy zamartwiali się o swoje odfruwające pieniądze, ale wujek powiedział, że złoto to małe piwo w porównaniu do tego, co w tej suszy straciły Wielkie Równiny: ziemię.

– Sześć cali gleby uprawnej daje wszystko, Dell. Całe jedzenie, jakie jadłaś w życiu, zależy od tych sześciu cali.

Gdy zniknie gleba, zostaje orsztyn. Ziemia wyschnięta na kość tak, że można od niej odbijać piłkę.

Żyłam tylko po to, żeby grać w kosza. Dzięki temu miałam powód, aby wyjść z łóżka, i powód do podtrzymania oddechu. Będąc sama w Czarną Niedzielę, udawałam, że Trener mnie obserwuje. Biegłam przez boisko, pył drapał mnie w łydki do krwi, strzelałam pudło za pudłem, wrzeszcząc, gdy nagle dopadał mnie podmuch wiatru. Poruszanie się było walką. Oddychanie przez maskę. Rzucanie piłki pod wiatr wymagające ogromnej siły. Siatka ochronna drżała już, już. W dół-w dół-w dół, powtarzała piłka do podłoża.

Grałyśmy na tajnym boisku o milę na zachód od centrum miasteczka, na betonie, który Trener osobiście wylał na prerię. Na ziemi niczyjej, zbyt piaszczystej, by kiedyś mogła przynieść plony.

– Nikt nie da centa, żeby patrzeć, jak dziewczyny grają w kosza – powiedziała mi kiedyś Dottie Iscoe. – Kobieca koszykówka to teraz pokaz dla czubów.

Dottie Iscoe wyraźnie nie miała pojęcia o Babe Didrikson i Barnstorming Reds ani o rozgrywkach Amatorskiej Unii Atletycznej z nagrodami pieniężnymi i uniwersyteckimi stypendiami. Wszystkie liczyłyśmy na taką perspektywę, same nią będąc. Wyłowione przez trenerów i wysłane dalej, aby grać o dobre pieniądze. Ale to nie pieniądze, lecz miłość nas napędzała i wyciągała z domów we wszystkie pory roku. Wariacka miłość, to ona rzucała nas na pastwę pyłu, miotała naszymi ciałami w środek piekła, które Trener wciąż nazywał Wiosennym Treningiem.

– Dziewczyny, po co wam drużyna przeciwniczek? – krzyczał Trener z linii bocznej. – Jak możecie grać kontra wiatr?

Później było już lepiej. Gdy tylko się dało – nie każda dziewczyna tak łatwo mogła się urwać z domu – kilka z nas spotykało się przy księżycu. Trener był szorstkim głosem w naszych głowach kierującym naszymi ruchami. Podczas popołudniowych treningów, kiedy obecność była obowiązkowa, zbierała się cała drużyna i czekała na instrukcje Trenera. Dmuchał w gwizdek i z wrzaskiem krytykował wszystko, co robiłam, jego głos przeorywał mnie na wskroś i wlewał we mnie nową tajemną krew. To było fantastyczne uczucie. Trener mnie nie kochał. Żadnej z nas za bardzo nie lubił. Podczas treningów i meczy nie przejmował się naszymi imionami. Wołał na nas po numerach naszytych na koszulkach. Byłyśmy jak zadanie z matematyki, które Trener nieustannie rozwiązywał. Chciał tego samego co ja, czyli wygrywać.

Trener stawał pod koszem i wyszczekiwał do nas obelgi, jego auto przypominające ryj zwierzęcia stało z zapalonymi reflektorami na końcu boiska. Światła miało tak ustawione, że widać było linię środkową. Trenowałyśmy na wpół ślepe, przebiegając przez wirujące słupy pyłu układające się w kielichy kwiatów. Nasze różowe szorty wydymały się jak balony i przelatywały przez bliźniacze snopy światła; potem powtarzało mi się to w snach, trening trwał bez końca. Z jednego krańca boiska na drugi. Po każdym trafnym rzucie Trener wciskał klakson trzy razy, kierując na nas światła. Koszykówka zmieniła mnie w coś dużo większego ode mnie. Wszystkie nogi na boisku należały do jednego niepowstrzymanego zwierzęcia.

Ziemia tutaj jest tak płaska, że łatwo stracić orientację. Gdy słońce zaczyna się obniżać, nawet weterani Równin używają kompasu. Słyszałam, że jest to takie uczucie, jakby się było zagubionym na morzu. Nigdy nie widziałam oceanu, ale wiem, że to oznacza życie bez punktów odniesienia. Obróciłam się, aby trafić na drogę. Gdy spojrzałam na południowy wschód, dostrzegłam, że nad ziemią pojawił się czarny pas. Nie był to jakiś niezwykły widok. Pył potrafił nas oszukiwać. Na przykład wydawało się, że miasto zmniejsza się i faluje nad horyzontem, a potem znowu opada. Tak nieraz było, powiedział wujek, nawet przed suszą. Zabrał mnie do Mirage Flats niedaleko Sandhills, gdzie światło i trawiaste wydmy wywołują w ludzkich umysłach różne iluzje. Według jednej z nich te piaszczyste obszary mogły zostać korzystnie zagospodarowane przez farmerów. Klasyczne miraże zdobią wnętrze Grange Hall. Całą ścianę pokrywają plakaty kolejowe, które dla takich ludzi jak moi dziadkowie reklamują Uz w Nebrasce jako „Amerykański Eden”: ZBIORY PSZENICY JAK GÓRY ZŁOTA W POŁUDNIOWEJ NEBRASCE! PO ORCE GWARANTOWANY DESZCZ!

Patrząc na spragnioną prerię, czułam się samotna i ważna. Ten kraj mnie potrzebował. Potrzebował moich koleżanek z drużyny, wojowniczek z liceum, które grały w Regionie 7 Ligi Koszykówki Licealistek z Równin Zachodnich. Niestety nazwę drużyny narzucił nam nasz sponsor: Drób i Jaja z Uz. Przez drugi rok z rzędu od Mistrzostw Regionu 7 dzieliły nas trzy mecze. Farmerów i ranczerów pochłonął stracony sezon, ale Drób i Jaja z Uz szły po zwycięstwo. W pierwszych miesiącach 1935 roku mało kto oglądał nasze mecze, lecz wyniki podawano w gazetach lokalnych i wiedziałam, że coś znaczą – dużo więcej, niż sugerowała prawie pusta sala. Nasza wygrana, myślę, podtrzymała na duchu każdego mieszkańca tego rozpadającego się miasteczka.

W tym sezonie dzięki swoim umiejętnościom byłam w drużynie pierwszą rozgrywającą, ale także dzięki temu, że nie robiłam nic oprócz treningów. Pozostałe dziewczyny miały domy, do których tęskniły, wodę do napompowania i kury do nakarmienia, matki do łajania i przytulania, ojców do wrzasków, żeby zapierniczały z robotą, co równało się pracy przy tysiącach młodszych sióstr i braci, które trzeba odbeknąć, przewinąć i ukołysać do snu. Były wyczerpane miłością. Ja oprócz koszykówki nie miałam niczego, co opróżniłoby moje rezerwy gniewu. Musiałam mieć rywali, aby go z siebie wytrząsnąć. Dzień meczu był największą ulgą, jedyny dzień w tygodniu, gdy czułam wyłącznie spokój. Trener powiedział mi, co mam robić, a tablica wyników, co czuć. Stopy oderwały się od ziemi, piłka od palców i w tym momencie już wiedziałam, czy rzut będzie trafiony. Do i przez. Grałam przy księżycu, w letnie miesiące codziennie, kiedy wszystkie dziewczyny w moim wieku pracowały przy żniwach. Wujek Harp nie oczekiwał ode mnie pomocy. Poddał się i przestał mnie prosić, żebym w czymkolwiek pomagała (mimo to często zostawiał drzwi do swojego pokoju otwarte, tak że słyszałam, jak modli się głośno o moje zbawienie). Nikt nie potrafił mnie powstrzymać od robienia tego, na co cholernie się uparłam. Moja zamordowana mama umierała po raz drugi – stawała się we mnie coraz bardziej postrzępiona i wyblakła – ziemia atakowała nas z nieba, a jedyne, co mnie pocieszało i w co wciąż wierzyłam, to to, że każda pogoda jest na chwilę. Pogoda potrafiła błyskawicznie się zmienić.

Czarna chmura, zauważyłam, zaczęła napływać w głąb lądu. Pędziła na mnie – czyli na nas. Pył zaczął się unosić i tworzył zasłonę. Wiatr zapowiadał śmierć na prerii i już nic nie mogło rozsadzić jego oszalałego, głębokiego wycia. Nawet wtedy wiedziałam, że nadal muszę kozłować. Jedynie piłka przygważdżała mnie do Ziemi. Łup! Łup! Łup! Wpatrzona w swoje ręce biegałam po boisku tam i z powrotem, a wiatr usiłował skraść mi piłkę.

Ciężarowy Dodge powoli i chybotliwie pokonywał kanciastą drogę. Minęło pięć minut, gdy pokazała się przerażona twarz wujka, szary otoczak za przednią szybą.

– Chciałam iść.

– Zwariowałaś? Zaraz uderzy nawałnica. Wsiadaj.

Farmer na suchej ziemi, Harp Oletsky

[Zdjęcie bez podpisu, prawdopodobnie mające związek z: Mr. Tronson, farmer z okolic Wheelock, Dakota Północna]; fot. Russell Lee, Biblioteka Kongresu, Dział Druków i Fotografii, Urząd do spraw Bezpieczeństwa Rolnictwa / Biuro Informacji Wojennej, zbiory czarno-białych negatywów.

Czarna Niedziela zaczęła się na Zachodzie od rany ciętej nieba, która coraz bardziej się rozstępowała i zamiast krwi wylewała ziemię. Czasem wyobrażam sobie wesołość owych dziennikarzy z nowojorskich gazet wystukujących w swoim wymyślnym języku opowieść o naszym najgorszym dniu. Wyznaczających marginesy i wciskających naszą tragedię w ciasną kolumnę, jak stary Marvin w domu przedpogrzebowym wpychający wysokiego nieboszczyka w za mały garnitur.

OFIARY PYŁU w NEBRASCE MODLĄ SIĘ o DESZCZ!MESJASZ ŚPIEWANY w SANDHILLS

Biedni niedouczeni farmerzy! Czy tak uważają dziennikarze?

Biedni hazardziści, wszystko stawiają na pszenicę.

Wyobraźcie sobie duchy powstające z grobów, by ciskać cmentarną ziemią w żywych. Taki dźwięk usłyszeliśmy w ostatnią niedzielę. O trzeciej po południu słońce zostało zamordowane z zimną krwią na oczach wszystkich kobiet i dzieci. Utonęło w czarnej chmurze. Pogrzebane żywcem na szokującej wysokości przez burzę pyłową, która nadciągnęła, aby położyć kres wszystkim burzom.

Lecz kwadrans po drugiej niebo było niebieskie, a ja czułem w sobie niemal radość. Jadąc do domu z Mass, zatrzymałem się na pogawędkę z Edem Leedskalinem. Ed, zgięty w pół, zbierał osty przy drodze. Wyrywał młode zielone rośliny, zanim uformowały się na nich kolce. Ranczerzy w Uz podtrzymywali wygłodzone bydło przy życiu, karmiąc je biegaczami pustynnymi; Ed mi powiedział, że ostami karmi czworo swoich głodnych dzieci, gotując te rośliny ze smalcem i z solą. Serce mi się krajało, gdy wyobraziłem sobie posiłek z ostów. Przypominało to scenę prosto z filmu katastroficznego tamtego gościa.

Kilka miesięcy wcześniej w Grange’u pojawił się wysoki Jankes z prelekcją o naszej roli w katastrofie. Przedstawiciel Nowego Ładu zatrudniony przez jedną z agencji Roosevelta z całej tej zupy alfabetycznej i posłany, aby nas zreformować. Koleś z uniwersytetu, bo miał nadęty akcent znikąd. Musiał przyjechać do Uz prosto z jakiegoś modnego spotkania na szczycie na temat pyłu. Byli tam naukowcy z całego świata, powiedział. Palestyna, Cejlon! Miejsca, gdzie koloniści zaorali ziemię. Gdzie też występowały burze pyłowe. – Ameryka to nie jedyny kraj zmagający się z erozją gleby! – krzyczał z podium. Miał poparzoną od słońca twarz i kanarkowe włosy. Zastanawiałem się, jak to możliwe, że dzieciak z farmerskiej rodziny w wieku dwudziestu lat dostał państwową posadę.

Chłopak zrugał nas za wykorzenienie rodzimej trawy i wystawienie gleby na działanie żywiołów. Chciał, żebyśmy uprawiali rośliny okrywowe i byliny. By w ziemi pozostawało więcej korzeni. Pokazał nam przedpremierowy film Pług, który zniszczył Równiny. Reżyser przedstawił farmerów jako czarne charaktery, albo mi się tak wydawało. Czy byliśmy nimi? – Co to za bzdury?! – krzyknął mój przyjaciel Otto. Z sali padały gorsze słowa. Gdy pojawiły się napisy końcowe, młody człowiek obniżył ton głosu, jakby chciał uogólnić sens filmu: – Musicie zmienić sposób uprawiania tej ziemi. Trwająca tysiące lat urodzajność sprowadza się do warstwy uprawnej gleby. A wy z każdą minutą tracicie całe jej tony.

– Jak odzyskać straconą glebę? – spytałem.

– Nie da się, proszę pana – powiedział ekspert o twarzy dziecka. – Aby odbudować cal gleby uprawnej, potrzeba pięćset lat. Musicie chronić to, co zostało. – Następnie czknął na podium i już nie odzyskał opanowania. Prelekcja chłopaka nas wkurzyła, ale tak naprawdę nie była żadną nowością. Im więcej zrywaliśmy darni, tym mniej było wody. Naturalna gąbka zanikła. Obrobiliśmy pola na pył. Wciągnęliśmy wszelkie kotwice. A teraz wszystko wirowało w powietrzu.

Kwiatostany, liście, łodygi. Domy, drzewa, serca.

Najsuchszy kwiecień w historii według Biura Meteorologicznego. Najbardziej wietrzny za ludzkiej pamięci.

14 kwietnia wtargnął bez zapowiedzi, a o trzeciej po południu, niespełna pół godziny po pożegnaniu z Edem, gdy znów byłem w drodze, północ pochłonęła słońce. Nigdy dotąd bezksiężycowa noc nie była tak ciemna i głośna. Gleba powstała w buncie przeciwko farmerom. Nikt, kto tego nie przeżył, nie byłby w stanie zrozumieć, co się działo. Za sprawą jakiejś łaski udało mi się dotrzeć do Dell, zanim runęła na nas ściana pyłu. – Jakby huczało tysiąc tornad – powiedziała moja siostrzenica. Czy czerpałem jakąś satysfakcję ze strachu wsączającego się w jej głos? Tak. Aby ocalić jej życie, zaryzykowałem własnym. Dziewczynka Lady przyjechała do Uz z uśmieszkiem przyklejonym do twarzy. Nie uśmiechem. Czymś jak węzeł ratowniczy. Przyznaję, że czerpałem przyjemność z patrzenia, jak się rozluźnia. Był to dowód, że moja siostrzenica jest tylko dzieckiem. Dell nigdy się ze mną wspólnie nie modliła, ale wtedy poczułem przypływ wdzięczności wobec upartej siostrzenicy, kiedy bała się razem ze mną. Dopiero trzeba było armagedonu, aby rozluźniła zaciśniętą szczękę. Wjechaliśmy w złą drogę, gdy gwałtownie skręciłem, aby uciec przed ścianą pyłu.

Nagle dziewczynka zaczęła oddychać równo ze mną, nie była już sama we własnej ciemności. Czuliśmy, jak to się rozprzestrzenia. Trwoga, jeśli chcecie tak to nazwać. Pędząc naprzód, widzieliśmy ogień buchający z młyna na polu Sendera wyrzucający szkarłatne płomienie pod złowieszcze chmury. Pył spadał na przednią szybę, krew huczała mi w uszach, aż w głowie zanikła granica pomiędzy dźwiękami wewnętrznymi a zewnętrznymi. Płaski horyzont unosił się i rozciągał w ogromne połykające usta. Leciał na nas, kulisty i otwarty.

– Możesz szybciej jechać? – wrzeszczała do mnie Dell. – Nie chcę, żeby na moim nekrologu napisali, że zostałam żywcem pogrzebana na miejscu pasażera.

– Myślisz, że twoja śmierć zainteresuje gazety?

Miałem na oczach gogle i tknęło mnie, żeby namoczyć szmatkę wodą z chłodnicy. Dziewczyna przytknęła szmatkę do twarzy i w końcu umilkła.

To był cud, że dotarliśmy do domu przy widoczności na kilka stóp i ziemi spadającej na kabinę ciężarówki. Zasłona z ciemności nacierała na północny wschód, przed nią leciały tysiące ptaków. Przez wyjący wiatr nie słyszałem, aby choć jeden wydawał jakieś dźwięki. Ale ten widok nigdy mnie nie opuści. Fale ziemi rozbijające się o prerię. Niebo wydychające wszystkie jej ptaki.

Strach na wróble

Ja nie zostałem unicestwiony. Czymkolwiek to „ja” było.

Strach na wróble, Karolina Północna; fot. John Vachon, Biblioteka Kongresu, Dział Druków i Fotografii, Urząd do spraw Bezpieczeństwa Rolnictwa / Biuro Informacji Wojennej, zbiory czarno-białych negatywów.

Preriowa wiedźma

– Szczęściara – powiedziała obojętnie żona Szeryfa, stwierdzając, że żyję. Ocalenie zawdzięczam kotu. Dottie Iscoe przyprowadziła pod okna więzienia swoją środkową córkę Gladys, żeby wołała na kotkę. Krzyki dziecka poszybowały lotem ptaka, podczas gdy język jej matki kopał gęste powietrze jak grabarz. – Ko-cie!

Nie sądzę, aby któraś z nich oczekiwała, że usłyszy mój głos.

Kaszląc, pani Szeryfowa szła korytarzem w stronę mojej celi. Niosła latarkę, która była jej na nic – żart z Uz głosił, że światło elektryczne jest potrzebne po to, żeby widzieć, czy twoja lampa naftowa jeszcze się pali. Dottie miała czerwoną bandanę zakrywającą usta, małe oczka powiększone goglami motocyklowymi, które co jakiś czas przecierała, idąc po omacku wzdłuż ścian.

– Jed! Red! Przynieście klucz do yale!

Jed i Red byli jej synami o twarzach jak głazy. W swoje lepsze dni zauważałam, że mają w sobie coś śmiesznego – chodziło o kontrast pomiędzy ich obojętnym wyrazem twarzy a ulizanymi jak przez krowę rudymi włosami. Ale być może mylnie ich oceniałam, Synu. Wiem tylko na pewno, że bracia Iscoe są geniuszami hibernacji.

– Ja żyję! – wołałam do nich, jakoś niezbyt przekonująco. – Ratunku!

Dottie wrzasnęła. Odskoczyła, jakby nastąpiła na szczura. Jej potężny syn zajodłował z przerażenia. Po raz pierwszy, odkąd obudziłam się z powodu tej obrzydliwej lekkości, zdobyłam się na śmiech. Cudownie było ponownie móc się śmiać, tak jakbym nagle sobie przypomniała, jak się mruga i przełyka. Całe godziny przeleżałam sztywna pod pyłem, zgrzytając zapiaszczonymi zębami, wystraszona, by głębiej odetchnąć i jeszcze mniej ważyć.

Usłyszałam, jak klucz wgryza się w zamek. Drzwi celi otwarły się ze zgrzytem, wzbijając pył, który opadał wzdłuż ścian, formując grube brązowe węże. Jeszcze mocniej się zaśmiałam, ponieważ ten żart był trafiony. Ci sami ludzie, którzy najpierw mnie uwięzili, przyszli mnie uwolnić. I powiedzieć mi, że mam szczęście.

Kobiety typu Dottie Iscoe często z uporem twierdzą, że ludzie tacy jak ja powinni być im wdzięczni, Synu. Tak jakbyśmy mieli szczęście, że w ogóle żyjemy w świecie, który oni kontrolują. Zapytaj kamień albo kwiat, czy czuje się wdzięczny, że tu jest. Twoja matka nie ma ci wielu rad do przekazania, ale może ci powiedzieć, kiedy masz być nieufny. Powinieneś być wdzięczny jest zdaniem, które ludzie władzy dzierżą jak pałkę. W Domu dla Samotnych Matek ciągle mi to potarzano.

Dottie przyklękła nade mną na pryczy, obie zanosiłyśmy się kaszlem. Rozkuła mnie i postawiła na nogi. – Zapomniałaś, jak się chodzi? – burknęła. Rzeczywiście zapomniałam. Czułam się jak zbożowa łuska, jak pusta szmaciana lalka. Ostrożnie poruszałyśmy się wąskim korytarzem, gdzie warstwa pyłu była na tyle gruba, że pojawiły się na niej zmarszczki. Jed i Red czekali przy wejściu. Jed podniósł matkę, obejmując ją w pasie, Red chwycił mnie pod pachy. Obrócili nas dokoła, bardzo formalnie, i postawili niżej w świetle dziennym.

Gdy stałam, patrząc na pogrzebany ogród, powróciła mi zdolność widzenia.

Pusto-koścista, ptasio-lekka –

Ohydna lekkość –

Zbankrutowana.

To słowo narastało we mnie i przylgnęło do mojego stanu.

Wlokłam się za jej synami, zwalczając odruch, by uciec z powrotem do więzienia. Zdawało mi się, że następny podmuch wiatru uniesie mnie jak papierowe opakowanie albo ciśnie o kamienie.

– Jak poradziliście sobie, ty i dzieci? – spytałam Dottie. Mój głos był marny i odległy.

– Lepiej niż większość. W dzisiejszym „Registerze” nekrologi zajęły trzy strony. Vick dzwonił ze szpitala w Kearney, mówi, że jutro będzie ich dwa razy tyle…

Szeryf wyjechał, zanim wstało słońce, gdy tylko ustały wichury, powiedziała Dottie. Razem z Camem Yernhoffem cały ranek odkopywali ludzi wzdłuż autostrady. Nie kwapił się jej powiedzieć, że jestem w areszcie, rzuciła z poirytowaniem: – Nieźle mnie nastraszyłaś.

Istnieje spis więźniów prowadzony przez Szeryfa Iscoe dla stanu Nebraska i jestem pewna, że moje nazwisko nigdy się w nim nie pojawiło. W przeciwieństwie do mnie Szeryf nie jest systematyczny, jeśli chodzi o prowadzenie rejestru.

Od pani Szeryfowej dowiedziałam się, że burza zaatakowała miasta od zachodniego Teksasu po obie Dakoty. Zające stracone prądem niedaleko Kearney. Pola po eksplozji arbuzów. Zagotowane samochody na Route 20 i porzucone przez kierowców, dwaj nieprzytomni, pogrzebani przez pięciostopowe zaspy pyłu niecałe sto jardów od autostrady. Nie chciałam dalej tego słuchać, o co poprosiłam, ale to tylko spowodowało, że pani Szeryfowa z jeszcze większą rozkoszą wylewała na mnie wszystkie potworności. W Uz ludzie nazywają ją miastową plotkarą. Dottie tak naprawdę jest padlinożernym ptakiem. W telefonie towarzyskim przewodzi w wyłapywaniu przerażających historii. Prowadzi archiwum kości i na tym polu rywalizuje ze mną.

– Gesundheit – powiedziała Dottie, gdy wykichałam drobiny jej rozpylonej posiadłości.

Powietrze drapało nas w gardłach i nozdrzach. Wdychaliśmy ziemię z farm i rancz. Dławiliśmy się zbiorami naszych sąsiadów. Pył zabarwił niebo przyćmioną czerwienią. Po drugiej stronie podwórza z chmury bladego piasku wyłaniały się słupki bramy do ogrodu Dottie; grządki zmieniły się w nową plażę. Było widać, gdzie wiatr pozostawił swój autograf. Pył zachodził za trzeci stopień ganku państwa Iscoe. Dziesiątki biegaczy pustynnych przywarły do drutu kolczastego wokół więzienia. Resztki skłębionej zieleni skryły się w obumarłych ostach. Płowy kucyk o spłaszczonym pysku niuchał pośród nich, poruszając wargami jak kobiety w kościele.

Dom Szeryfa wyglądał jak odłamek wygrzebanej z piachu kości. Przez oklejone taśmą okna wlepiały we mnie wzrok dwie zjawy, które z ulgą rozpoznałam. Luyenne i Bettle, najmniejsze z rodziny Iscoe, liczące trzy i cztery lata. Dopiero co przybyłe na Ziemię nie wiedziały, jak zły jest ten świat. Zastanawiało mnie, w jakim wieku odkryją, co tutaj przeżyły. I zastanawiało mnie, czy kiedykolwiek się dowiedzą, że ich tatuś jest zły. Być może miłość przesłoni tę wiedzę jak zaćmienie słońce.

To była najgorsza w dziejach burza pyłowa, jaka uderzyła w południowe Równiny, Dottie powiedziała z nutą ukrytej radości w głosie. Czerwony Krzyż urzędował w McCook i Hastings, leczono tam osiemnaścioro dzieci i dwanaścioro dorosłych na pyłowe zapalenie płuc. Czarny walec zmiażdżył domy i obory. Połowa budynków w hrabstwie została tak dotkliwie zniszczona, że nie warto było ich odbudowywać. Jej beztroski ton wprawił mnie w zamęt, póki nie zdałam sobie sprawy, że Dottie chce uczcić szczęście swojej rodziny, które ją spotkało – w przeciwieństwie do losu wszystkich zmiecionych katastrofą sąsiadów.

– Szczęściara – powiedziałam.

– Ko-cie. – Gladys Iscoe wciąż wołała zwierzę. Jej zatroskane krzyki wpadły w rytm, przez co matka przestała je słyszeć, jak niekiedy dzieje się z żywą muzyką przechodzącą w tło czyichś dramatycznych myśli. – Ko-cie…

Zanim Dottie mnie powstrzymała, zdążyłam uklęknąć i wziąć dziewczynkę za rękę. Do ust napłynęły mi okrutne słowa: Niech kot na zawsze ucieknie od waszej rodziny i już nigdy nie wróci. Niech kot bezpiecznie dotrze do krainy mleka, myszy i miodu. Chłód w ciemnych oczach dziecka powstrzymał mnie od wypowiedzenia ich na głos. Gladys Iscoe miała dziesięć lub jedenaście lat – była za młoda, by cała ta martwość ją opanowała.

– Głowa do góry, Gladys – wyszeptałam. – Twoja kotka wróci cała i zdrowa.

Spojrzała na mnie poważnie i ścisnęła mi dłoń.

Dottie patrzyła na mnie ponad głową córki. Obie osłaniałyśmy oczy od maleńkich noży ukrytych w powietrzu. Dziura w niebie, która wrzeszczała na nas od wielu godzin, ustąpiła tępej żółtej mgle. Dottie pierwsza odwróciła spojrzenie, kaszląc w rękaw.

– Chyba chcesz wrócić do miasta, panienko Wiedźmo. Stąd do młyna jest Sahara, ale główną drogę prawie oczyścili. Red może cię podwieźć.

Nie chciałam niczego zawdzięczać Dottie. Ale nagle ogarnęło mnie zaskoczenie. Życzliwość jest źródłem własnego prądu elektrycznego. Niemal nigdy jej nie oczekuję. Dotknęła mojego nadgarstka, gdzie były kajdanki, i wręczyła synowi kluczyki do samochodu ojca.

Red Iscoe był okropnym kierowcą. Po dwudziestu minutach nacierania oponami Szeryfa na wydmy i cofania w pogrążone w pyle mielizny ogrodzeń nieśmiało poprosił mnie, żebym siadła za kierownicą. Mieliśmy szczęście, że Ford się nie zagotował. Po obu stronach drogi piętrzyły się ponure zaspy pyłu. Całe mile szarych przysypanych ostów i poprzewracanych ogrodzeń wyznaczały drogę do miasta. Rzędy zasianej pszenicy zostały zduszone i pogrzebane. Na północnym zachodzie zdewastowane pola Miguela Herrery ciągnęły się obojętnie. Drzewka z jego świeżo obsadzonego pasa ochronnego leżały na drodze, jakby ktoś je ogłuszył. Być może poczuł ulgę, widząc, że są zniszczone. Wielu mieszkańców Uz i okolic tworzyło pasy ochronne, żeby dostać czeki z programu wsparcia Roosevelta, z tak zwanego Nowego Ładu. Mężczyźni otwarcie mówili, że gdy tylko dostaną pieniądze od rządu, zetną świeżo posadzone drzewa. – Prędzej dam im radę, niż je posadzę – przechwalał się Wade Immey, jeden z moich stałych klientów. Nowy Ład wtargnął w tutejsze stare przyzwyczajenia.

Razem z Redem odciągaliśmy drzewka za korzenie, zaciskając powieki nad maskami pyłowymi. Dziwna była ta zażyłość z synem wroga. Chłopak Szeryfa torował mi drogę, żebym mogła dotrzeć do Uz.

W końcu zobaczyliśmy kąty proste miasteczka dźgające mętne światło. Skupisko budynków jakby spiskowało ogarnięte strachem, odwrócone do bezmiernego nieba nad prerią. – Uz to po prostu poszerzona droga – usłyszałam, jak gość od linii wysokiego napięcia narzeka do kolegi. Reflektory Reda oświetliły potrzaskane okna Smallfry’s Eats; rozwaloną drewnianą markizę; Easter’s Feed and Seed; zamknięte okiennice Banku Prerii. Każdą witrynę sklepową dotknęły czarne łapy pyłu.

Za tymi szanowanymi instytucjami, w chaotycznym, lichym zaułku głównej drogi prowadzącej jak kładka prosto w morze bezdrzewnego piachu, znajdziesz moje okno z widokiem na upadek. Mieszkałam na drugim piętrze w jednym z najwyższych budynków w Uz, trzypiętrowym pensjonacie z wyszynkiem, oferującym pokoje – jak przypuszczam – starym pannom takim jak ja, komiwojażerom, wędrownym kaznodziejom, wędrownym zabójcom, choć do tej pory na nikogo takiego się nie natknęłam. Farmerom walizkowym, zaklinaczom deszczu, pijakom, którzy zgubili klucze i drogę do domu.

Saloon „Country Jentleman” działał na parterze i serwował „bezalkoholowy trunek” kilkunastu starym alkoholikom. Dwa lata po ogłoszeniu prohibicji Uz konsekwentnie podtrzymało reputację trzeźwego hrabstwa, siedziby cnoty i przyzwoitości. Napis „bezalkoholowa” wciąż widniał na etykietkach niebieskich butelek ukrywających zdrowotną whisky. Często ktoś w upojeniu alkoholowym walił w rozklekotanego Steinwaya przemieniającego każdą nutę w błaganie o stroiciela. Według słów Rasmussena fortepian pochodził ze statku pirackiego i w swym wnętrzu ukrywał syrenę. Mój gospodarz był niezwykle pogodnym Szwedem, niegdyś należącym do cyrku Szwedów „Rolla Rolla Rasmussens”, który wciąż występuje w Gordon; myślę, że dzięki cekinowej gałęzi jego rodziny przejawiał odrobinę czułości dla wiedźm. Pozwolił mi zawiesić plakat w oknie Country Jentlemana i kiedy nikt nie kręcił się w pobliżu, był dla mnie całkiem miły. Od Białych farmerów pobierał stawki jak za tani hotel: piętnaście centów od łóżka w sali zbiorowej, dwadzieścia pięć za pokój. Mężczyźni podróżujący ze swoimi żonami mieli zniżkę. Płaciłam dwa razy tyle co inni goście, wyjątkiem był Charles Evans, przybysz z Audacious, osady samych Czarnych. Rasmussen pobierał od pana Evansa dolara za noc, tyle samo co za apartament prezydencki w Wheatgrower’s Hotel w Kimball. Im byłeś biedniejszy, tym drożej za wszystko płaciłeś, a jeśli byłeś Czarnym mężczyzną lub byłaś Czarną kobietą, Biali właściciele z Uz bezwstydnie podbijali ceny, a potem zasypiali z poczuciem, że obsługując cię, robią ci wielką uprzejmość. Kiedy narzekałam na swój czynsz, Rasmussen mówił, że powinnam mu być wdzięczna. – Pomyśl, jakie ryzyko ponoszę, pozwalając Skrytce działać nad Jentlemanem! – Prawdę mówiąc, chyba trzykrotnie powiększałam jego dochód; czekając do mnie w kolejce, moi klienci często wypijali ze dwa dzbany jego bezalkoholowego trunku. Podczas trudnej drogi do miasta patrzyłam, jak Red Iscoe żłopie wodę ze zrujnowanej kantyny Szeryfa, jego jabłko Adama gwałtownie się porusza. Miał przyjemniejszą wersję twarzy swojego ojca.

Czas uporządkował się bez ostrzeżenia. Powróciło do mnie okropne wspomnienie – teraz już wiedziałam, dlaczego Szeryf zawlókł mnie do więzienia w środku nocy. W sobotę wieczorem, przed Czarną Niedzielą, zmusił mnie, abym pobrała depozyt od kompletnie pijanego lekarza, który prowadził Stanowy Szpital Psychiatryczny w Hastings. Bełkoczący gość z okularami zsuwającymi się z nosa zataczał się przy trąbce w moim uchu. Vick wyciągnął go z izby wytrzeźwień i wpakował do Celi numer 8. Rozpoznałam rumianą twarz lekarza. Była we wszystkich gazetach, gdy zeznawał w procesie „Zabójcy zwanego Zajęcza Łapka”. Lekarz, tym razem ogolony i trzeźwy, zajął miejsce świadka i przed ławą przysięgłych wygłosił, że Clemson Louis Dew – chudy, trzęsący się ze strachu siedemnastoletni włóczęga – jest upośledzony umysłowo i dlatego zamordował siedem kobiet w czterech różnych hrabstwach Nebraski. A co ten lekarz, bełkocząc, zeznał mi do ucha dwie noce temu? Czkał nade mną bez opanowania i to był ostatni dźwięk, jaki wydał, zanim zemdlałam (Przepraszam – hep! – panno – hep! – Wiedźmo!).

Szeryf nigdy mi nie płaci za pobieranie depozytów od obcych. Bez ostrzeżenia wpada do pensjonatu i wlecze mnie do Celi numer 8. Kiedyś przyłapałam jego żonę, jak zmywa krew ze ściany, i sobie pomyślałam: Tym właśnie jestem dla Victora Iscoe. Potrzebuje mnie, żebym zmywała z ludzi groźne wspomnienia. Potraktuj to jako podatek, powiedział mi kiedyś. Podatek od czarnej magii. Tylko niewiele z osób, które Szeryf przyprowadza do mojej celi, jest formalnie aresztowanych. Większość nie jest. O północy pobrałam depozyty od dwóch braci z Filipin z fioletowymi limami, od irlandzkiego parobka w zakrwawionym fartuchu i dwóch zdenerwowanych Polek, które wzdrygały się za każdym razem, gdy Szeryf coś mówił. Możecie podziękować wiedźmie za wybawienie nas od morza kłopotów, lubił żartować z przerażonymi ludźmi, popychając ich w ciemnej celi do trąbki przy moim uchu. Nie musicie opuszczać miasta, a ja nie muszę nikogo zabijać.

W wieczór poprzedzający Czarną Niedzielę natychmiast przypomniałam sobie zawrót głowy zakłócający trans – zapomniałam swoje imię, upadłam do tyłu z ogromnej wysokości, rozpłynęłam się w pustce. Gdy odzyskałam przytomność, pijany lekarz uśmiechał się nade mną, jego odrażająca twarz wisiała nad moich uchem, krystaliczne niebieskie oczy błyszczały jak talerze na suszarce do naczyń. – Dziękuję, panno Wiedźmo – powiedział. – Czuję się jak promień słońca, niesamowicie lekko, co za cudowny dar! – Szeryf obserwował nas z rogu celi, gdzie przejął transfer. Wyglądał, jakby połknął kij, ale zauważyłam, że nie ma już spiętych ramion. Z jasnych, pustych oczu lekarza i bólu, jaki czułam w piersiach, wyczytałam, że przekaz zakończył się powodzeniem. – Pańska tajemnica jest u mnie bezpieczna – złożyłam mu obietnicę. Gwarancja, którą każdemu klientowi oferuję mechanicznie, tak jak sięga się po chusteczkę, aby wytrzeć nos. – A także tajemnica usłyszana ode mnie. – Gdzie się ona podziała?

Nie opuszczało mnie dręczące uczucie lekkości. Jeszcze bardziej przerażała formująca się wokół tego otoczka rezygnacji. Patrząc przez przednią szybę na powalone ogrodzenia i młode drzewa, usiłowałam odgadnąć, dokąd – do jakiego świata lub sfery – zostały przekazane wspomnienia, które przechowywałam. Być może próżnia w niebie wyssała je ze mnie. Może wciskająca się wszędzie wichura wywiała je w chmury. Ale pył z powrotem osiada na ziemi, prawda? Rosa unosi się z liści i powraca jako deszcz. Dlaczego wspomnienia moich klientów nie powinny wrócić do mnie równie nagle i w komplecie, jak ode mnie odpłynęły? Taka była teraz moja modlitwa. Martwe bydło naznaczało pola jak plamy atramentu. Przepełzliśmy obok zniszczonych zbiorów Bakowskich, na wpół spalonej stodoły Iversona. Leghorny właziły na drogę podobnie jak ja osłupiałe.

Razem z Redem słuchaliśmy radia podającego ponure wieści z sąsiednich hrabstw i stanów. Z powodu burzy pyłowej setki farmerów straciły całoroczne zbiory. Wśród nich z pewnością byli moi klienci. Co powinnam zrobić, jeśli pojawiłby się klient i upomniał o swoją przeszłość, a usłyszałby tylko puste syknięcie? Trzej mężczyźni, którzy oczyszczali główną drogę, zaczęli machać do nas łopatami. Pan Grigalunas zbywająco skinął głową, gdy z mozołem go mijaliśmy. Pamiętałam, że korzystał z moich usług od okresu boomu, i poczułam skurcz w żołądku. Czy wyczytał z mojej twarzy, że zbankrutowałam?

Wyłonił się wystawiony język Ulicy Głównej, tory kolejowe ginęły w pyle jak pogrzebane zęby. Dalej mogłam już pójść pieszo do Country Jentlemana i powinnam była tak zrobić.

Zamiast tego do twarzy przycisnęłam suchą szmatkę.

– Red, czy wiesz, co twój ojciec robi mi w Celi Ósmej?

– Zabiera cię tam na przesłuchanie. Wyobrażam sobie, że zadaje ci pytania.

– Jak sobie to wyobrażasz? Oboje siedzimy sobie na pryczy i gawędzimy?

– Nie takie to proste – powiedział. – Żeby uzyskać uczciwą odpowiedź od takich jak ty.

To podziałało; usłyszałam to w jego głosie. W chłopaku zaczęło kiełkować podejrzenie. Rozpoczęłam prace pielęgnacyjne nad zemstą na jego ojcu.

– Zamierzam powiedzieć ci coś, co będzie cię dręczyć do końca twoich dni, Red. Zechcesz w to uwierzyć lub nie, ale usłyszysz całą prawdę i…

W jego kamiennej twarzy pojawiła się szczelina. – Przestań…

Nie przestałam. Zakrzyczałam jego protesty. Wymieniłam wszystkie okrucieństwa, jakich doznałam z rąk Szeryfa, każdy jego przerażający i nikczemny uczynek. Obserwowałam zmagania na twarzy chłopaka. Jego brwi i wargi ułożyły się w wyraz pogardy, moje słowa jednak do niego docierały, wywołując jeszcze mocniejszą czerwień jego zarumienionej twarzy. Nie mógł mi zarzucić fałszu. Jego opór złamały drobne szczegóły. Coś tak w swej istocie nikłego jak białe znamię na plecach jego ojca, jak nieżywe kocięta pływające w worku po mące.

Red płakał, gdy kończyłam mówić.

Oblała mnie fala wstydu, gdy patrzyłam, jak chłopak łka z rękami przy twarzy. Nagle zapragnęłam wyjąć drzazgę, którą przed chwilą mu wbiłam.

– Nie przejmuj się – powiedziałam. – Mogę to wszystko z ciebie zdjąć. Chodź ze mną na górę i złóż depozyt…

Nad naszą bezdrzewną prerią krążą czasem zagubione ptaki wędrowne, aż z wyczerpania spadają jak kamienie. Nie mając nikogo innego, Red w końcu oparł głowę na moim ramieniu. Uniosłam rękę, aby pogłaskać go po spoconych włosach. Miałam nieprzepartą chęć, żeby zamknąć oczy i zasnąć obok niego. Chciałam śnić o dawnym niebie, kiedy wciąż byłam młoda i czułam w sobie Twój ciężar.

– Mój ojciec nie jest kimś takim, jak mówisz.

– Red – rzekłam. – A co, jeśli ci powiem, że to wszystko kłamstwa? Czyste zmyślenie.

– Wynoś się z mojego auta.

Rzadko prawda sama w sobie jest tym, czego ludzie nie potrafią zaakceptować. Oni tak to czują.

Stałam na ulicy i patrzyłam, jak Red Iscoe znika za zakrętem swoim mrówkopodobnym Fordem. Synu, usiłuję sobie wyobrazić, że dziś jesteś starszy od Reda – masz dwadzieścia sześć lat. Modlę się, żebyś żył u ludzi, którzy Cię kochają. Jeśli nazywasz kogoś tatką lub tatusiem, modlę się, żeby w niczym nie przypominał Vicka Iscoe.

Często się zastanawiam, czy byłabym dla Ciebie dobrą matką. Chcę, abyś mnie znał, dziecko, ale również chcę, żebyś mnie kochał. Martwię się, że powodzenie w jednym dążeniu oznacza klęskę w innym. Nadal zrobię wszystko, aby być wobec Ciebie szczera. To prawda, że zraniłam Reda Iscoe z wściekłości na jego ojca. I boję się, że w tej sprawie zrobiłam coś znacznie gorszego.

W pensjonacie na podłodze leżał cal pyłu, który także wypełniał moje czerwone buty. Każdy kubek i flakon zmieniły się w klepsydrę. Synowa Rasmussena musiała wchodzić do mojego pokoju, ponieważ okna zostały oklejone wilgotnymi papierami, a na stole widać było odciski palców. Lustro przykryła powłoka pyłu, przez zasłonę wpatrywała się we mnie zdumiona twarz. Mój wiek zawsze mnie przeraża – pajęczyna zmarszczek wokół oczu, nowa siwizna w warkoczach. Miałam piętnaście lat, gdy uciekłam z Domu dla Samotnych Matek w Milford, i z jakiegoś powodu wciąż oczekuję, że w lustrze zobaczę tamtą twarz. Przygotowałam się, że będę Twoją matką, a potem, przywiązana do łóżka, wybudziłam się do kłamstw lekarza. Wypłakiwałam z siebie mleko. Moje ciało mu nie uwierzyło. Moje ciało wiedziało, że żyjesz.

Odwróciłam się od zapylonego lustra i przez kwadrans zajęłam się polerowaniem trąbki. To moje łącze – jedyny przedmiot, o który zawsze dbam. Prezent od mojej nauczycielki Kettle. Cenny antyk, który dostała jako zapłatę od bogatej wdowy z San Francisco. Szmaragdowobłękitna, w najpiękniejszym kolorze na Zachodzie.

– Subtelnie magiczna – z uśmiechem powiedziała Kettle. – Teraz będziesz już prawdziwą preriową wiedźmą.

Każda znana mi Skrytka ma własne łącze. Do Szkatuły na Klejnoty w Gordon depozyty wpływają przez starą powgniataną trąbkę wysadzaną szafirami. Znana mi młoda Skrytka, która mieszka nad Elkhorn River, używa pustego rogu zwierzęcego. Jednak w sytuacji prawdziwie awaryjnej wiedźma poradzi sobie czymkolwiek, co ma pod ręką – rurką, lejkiem czy blaszanym kubkiem. Przemknęło mi przez głowę pewne dawne wspomnienie: tak, kiedyś odebrałam depozyt od rodzącej matki, używając stetoskopu Pinarda. Rodziła i jednocześnie umierała, krwawiła nieprzerwanie, wypychając przez kanał rodny ułożone pośladkowo dziecko. Oddała depozyt ostatnim tchem. Pragnęła pozostawić dziecku wspomnienie pełne miłości – bezpiecznie przechować je we mnie, zanim umrze. Innej strasznej nocy pobrałam depozyt od uciekinierki w wagonie towarowym; pamiętam jej szczupłe ciemne dłonie przy moim rozpalonym uchu. Utraciłam wszystko, co przyrzekłam im zabezpieczyć w swoim ciele.

Pierwsze, co zrobiłam, to oczyściłam trąbkę z pyłu. Z każdym ruchem szmatki ekshumowałam ją z ciemności, jak ząb dinozaura z wykopaliska w Chadron. Poczułam ulgę, że znów jest czysta. W świetle księżyca wyglądała jak ogromna muszla szumiąca pieśń zielonej głębi. Pewien klient z uniwersytetu powiedział mi, że na Równinach pogrzebane są odłamki prehistorycznych muszli, skamieniałości z oceanu, który zniknął dawno temu. Czasem w nocy, przysięgam, słyszę jego szum.

Córka Rasmussena używała starych gazet jako izolacji, wciskała je w szpary w ścianach i zalepiała nimi okna. Całą ich stertę zostawiła na stoliku przy łóżku obok kawałków stłuczonego flakonu, który podczas burzy musiał spaść z parapetu. Wtedy pośród odłamków zobaczyłam ją: prawdziwą zajęczą łapkę. Pazurkami była zwrócona do góry, jakby o coś usilnie prosiła. Przeszył mnie dreszcz. Co za ohydny żart. Czy to sprawka Szeryfa, który chciał mi dociąć? Czy też czyjś pomysł na kawał? Wróciłam pamięcią do mężczyzn, którzy odwiedzili mnie w zeszłym tygodniu. I wtedy, jak kłąb mgły gnany przez sterczące trawy, dopadł mnie nowy lęk.

Podeszłam do okna i poodrywałam gazety od szyb – jakby ktoś, kto podrzucił zajęczą łapkę, miał być widoczny na dole i mnie stamtąd obserwować. Ulica była niemal całkiem pusta. Dwaj mężczyźni w zielonkawym świetle reflektorów samochodowych odgarniali pył. Gorycz napłynęła mi do ust, musiałam mocno chwycić się pod boki. Zacisnęłam dłoń na łapce, która jakby oddała mi uścisk. Słońce zaszło, światło księżyca sączyło się przez grubą warstwę pyłu na szkle. Zdjęłam suknię z workowej tkaniny noszoną w Celi numer 8. Naga i przerażona wczołgałam się na materac i spoczęłam płasko na wznak. Umieściłam szary futrzany amulet na piersi, w rytm oddechów unosił się i opadał. Mam o czymś nie zapomnieć.

Synu, nie wiem, którą część świata nazywasz domem. Jeśli żyjesz gdzieś w pobliżu stanu Nebraska, na pewno słyszałeś o Zabójcy zwanym Zajęcza Łapka.

To była sensacja w hrabstwie Uz – morderca terroryzujący południowo-zachodnią Nebraskę. Za sprawą gazet lokalny strach rozprzestrzenił się jak pożar. Złowrogi rekwizyt, zakrwawiona zajęcza łapka, zawładnął zbiorową wyobraźnią. Dla preriowej wiedźmy był to dochodowy czas. Pobrałam dziesiątki depozytów od nowych klientów, gdy Zajęcza Łapka grasował swobodnie w ludzkich umysłach.

Latem 1933, gdy Uz szykowało się na kolejny nieurodzaj, na piaszczystych wzgórzach na zachód od Thedford odnaleziono ciała dwóch kobiet. Zidentyfikowano je jako studentki pielęgniarstwa, obie dorastały w Uz. Olga Kucera i Nina Rose po wiosennych feriach wracały do Lincoln. Po raz ostatni widziano je na stacji kolejowej. Na miejscu zbrodni ktoś zostawił zajęczą łapkę, „srebrzyste futerko zlepione ich krwią”.

Ów detal zapewnił reporterom udany dzień. Dwa brutalne morderstwa, żadnych podejrzanych. Trop jak okrutny żart. Dalsze trzy kobiety zaginęły w południowej Nebrasce pomiędzy żniwami a zasiewem. Na początku 1934 roku wszystkie domy były zaryglowane jak banki nocą. Jeśli o zmierzchu kobieta biegła po Main Street i nikt jej nie ścigał, wiadomo było, dlaczego ucieka – zagrożenie panowało wszędzie. Jak pył. Jak suchość w powietrzu. Morderstwa i zaginięcia nie tylko wzbudziły strach w pięciu okolicznych hrabstwach, ale także przyniosły fatalny rozgłos bogobojnemu miastu Uz. Ludzie ze złością narzekali na Szeryfa Iscoe, „stróża prawa, który nawet kataru nie potrafi złapać”. Miesiące mijały bez odrobiny wilgoci, w zachodniej Nebrasce niewyobrażalna duchota stała się nieodłączna z poczuciem narastającego strachu. W połowie marca za elewatorem zbożowym odnaleziono ciało uduszonej Allene Adams, pomocnicy aptekarza, z zakrwawioną zajęczą łapką na piersi. Szeryf poinformował dziennikarzy, że odtąd ściga seryjnego zabójcę.

W Niedzielę Wielkanocną Szeryf znalazł ciało Minnie Guzik porzucone za Hooverville, pięć przecznic od stacji kolejowej. Minnie była żoną znanego ranczera, wnuczką jednego z założycieli miasta. Rozeszły się plotki, że zabójca po raz kolejny zostawił swój podpis: szarą włochatą łapkę zanurzoną w krwi ofiary. Poziom paniki podskoczył w całym Uz.

Minęło niespełna dwanaście godzin, gdy Szeryf Iscoe dokonał aresztowania.

Szeryf dorwał Clemsona Louisa Dew przebywającego w obozie włóczęgów za stacją kolejową. Młody Biały chłopak z Indiany, który jeździł pociągami na gapę za pracą przy zbiorach – jabłek w Yakimie, buraków cukrowych w Grand Island – a między sezonami imał się różnych dziwnych zajęć. Przebywał w Uz od trzech tygodni i – jak podawała prasa po jego aresztowaniu – na tyle długo, by zdobyć renomę świetnego skrzypka przygrywającego przy ognisku. „Chłopak grał jak anioł”, podawała „The Gazette”, cytując jednego z bezdomnych w obozie w Uz. „Ludzie byli tak przywaleni zgryzotą, że przez cały dzień nie chciało im się ruszyć, a podrywali się do tańca, gdy im grał. Z tego znaliśmy Clemsona, z jego muzyki. To wszystko, co naprawdę o nim wiemy”.

W następnym akapicie dziennikarz odnotował pierwszy komentarz Szeryfa na temat Dew:

„Młodociany morderca grał sobie na skrzypkach przy ognisku z bezlitosnym uśmiechem na twarzy zaledwie parę godzin po zabójstwie…”.

– Wiesz, co to jest? – Szeryf Iscoe podobno tamtego wieczoru zapytał Clemsona Louisa Dew, pokazując mu zakrwawioną zajęczą łapkę.

Dalsza część ksiażki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Prolog. Depozyt 69818060-1-77. Pierwsze wspomnienie Harpa Oletskiego

Część I. Upadek

Preriowa wiedźma

Asphodel Oletsky

Farmer na suchej ziemi, Harp Oletsky

Strach na wróble

Preriowa wiedźma

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Epigraf

Meritum publikacji