Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ambroży Możebajka, czarodziej samouk i człowiek stanowczo nienadający się do bohaterskich czynów, chciał tylko czytać książki i podziwiać swój ogród. Wszystko zmienia się, gdy demoniczny kot Baltazar przynosi do domu osobliwe znalezisko.
Trop prowadzi Ambrożego do Czarciego Kręgu, a potem jeszcze głębiej: do zapomnianych sekretów miasteczka, ukrytej biblioteki i księgi, której lepiej było nigdy nie otwierać. Ktoś szuka Słowoklątwa – potężnej księgi klątw, zdolnej otworzyć drzwi, których pod żadnym pozorem nie należy otwierać.
Ambroży będzie musiał zaufać gadającej czaszce, kłótliwemu kotu, pewnej czarownicy i własnej, mocno wątpliwej odwadze.
Witajcie w Wydmach Małych – miejscu, gdzie książki gryzą, koty knują, a klątwy trzyma się w bibliotekach.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 252
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
w którym Ambroży usiłuje rozwikłać pewną zagadkę, zmaga się przy tym z pechem, sznurowadłami i wspinaczką pod górę, a sprawa dziwacznego kapelusza zaczyna się plątać.
Nastał piękny poranek w Wydmach Małych. Ciepłe masy powietrza znad lądu mieszały się leniwie z rześką bryzą wiejącą od strony Bałtyku. Kojącą woń kwiatów, traw i drzew przesycał słony zapach morza.
Zimorodek zakołował nad miasteczkiem. Śmignął nad pobielonym budynkiem Hotelu Bryza i odbił ku zachodniej części miasta, gdzie stały stare wille. Tu zgubił się na moment pośród drzew sosnowych i skrytych w ich cieniu domów o czerwonych dachach. Poszybował na szeroko rozpostartych skrzydłach ku leśnej granicy. Zniżył lot nad opustoszałą aleją. Tu, na skraju drogi, po lewej stronie, tuż przy linii lasu, przysiadł na parapecie okna.
I zaświergotał.
Pod pierzyną coś poruszyło się niemrawo, mrucząc i stękając. Z kołdry zrobiła się pokaźna kula. W końcu wyściubił się spod niej najpierw majestatyczny i długaśny nochal, po chwili zaś – cała przyczepiona do niego reszta.
– Cię choroba – wymamrotał zaspany jegomość, przeciągając się nieporadnie. Starł z powiek pozostałości snu. Obudził się z koszmaru akurat wtedy, gdy orkiestra białych myszy zaczynała dudnić popisowy kawałek.
Otrząsając się z mary, otworzył najpierw lewe oko, co uświadomił sobie dopiero w chwili, gdy wstał z łóżka lewą nogą. Ledwie puchaty dywan załaskotał stopę, Ambroży Możebajka zrozumiał, że oto niechybnie napotkał wróżbę. Jedną z tych kłopotliwych.
Podrapał koniuszek orlego nosa, wsłuchując się w odgłosy domu. Był to stary dom. Miał zapajęczony strych, ciemną piwnicę i zapomniane korytarze głęboko pod ziemią, a wszystko to otaczał ogród pełen wiekowych drzew, za którym rozciągał się gęsty las.
Słyszał skrzypienie, któremu wtórowały stuknięcia, ale wszystkie odległe i stłumione.
– Może nie będzie tak źle – mruknął, próbując wymacać bambosze. Znalazł tylko jeden. Oczywiście lewy.
Ambroży Możebajka był w błędzie. Kataklizmy swym złośliwym zwyczajem nieubłaganie się piętrzyły. Z czego zdał sobie sprawę, wchodząc do kuchni. Przepadł ulubiony kubek. Na nic się zdały zaklinanie i przeklinanie.
To jednak nie był koniec. Skończyły się płatki śniadaniowe, jogurt stracił ważność, a mleko skisło. Na domiar złego mrówki zwęszyły masło.
Stanął przy stole kuchennym, zerkając na świeżą pocztę. Rachunki, wezwania. Dalej ulotki i zaproszenia. Loża Ludu Olch, wezwanie na obrady. Nawet nie czytał dalej. Zmięte, pofrunęło do śmietnika. Nie zamierzał się mieszać w nie swoje sprawy. Odziedziczył dom, owszem, a prawo krwi czyniło go członkiem społeczności. Wszystko to stało się jednak zbyt późno, gdy był już w stanie oddzielać ziarna od plew i nie potrzebował starców tłumaczących świat. Był czarodziejem samoukiem i jedyne, czego pragnął od życia, to w spokoju czytać książki i patrzeć na ogród.
Kolejny był lakierowany papier, na którym wytłoczono: Coroczny Bal Lunarny Konferencji Północnej. Ambroży poczuł, jak potnieją mu dłonie. Wybrał się na bal tylko raz, w pierwszym roku po otrzymaniu spadku. Sądził, że miło będzie poznać znajomych wuja. Nic bardziej mylnego. Nie dość, że był tam najmłodszym uczestnikiem, to jeszcze przyjęcie okazało się pretekstem do niekończących się dysput o wyższości tojadu nad agrestem i następstwach koniunkcji sfer. Nie wspominając o tym, że nikt nie chciał z nim rozmawiać. Wyszło na to, że wujaszek oraz cała rodzina Możebajków byli personami non grata, a zaproszenie przesyłano jedynie z czystej grzeczności.
Ambroży westchnął i dalej przeglądał pocztę.
Biała koperta z pieczęcią Krajowego Związku Hotelarzy, nieotwarta, śmignęła w ślad za zaproszeniem na Bal Lunarny. Ambroży Możebajka odziedziczył podupadły interes po bracie matki. Po pięciu latach na swoim nie miał choćby cienia nadziei, że kiedykolwiek ukończy remont i otworzy podwoje dla turystów.
Już miał sięgnąć po złożony na pół numer „Gońca Lokalnego” – nieregularnego pisma Dziwów i Dziwożon – gdy dostrzegł jeszcze jedną ulotkę. Ręcznie ciętą, tanią kserokopię wykonaną w garażu lub na poddaszu. Na górze drukowane litery krzyczały: ZADRA. Nie miał pewności, czy poprawnie odczytał słowo. Odbitka była pośledniej jakości. Dalej ktoś umieścił wyobrażenie dłoni przebitej czymś, co – zależnie, jak patrzeć – było wykałaczką lub gwoździem. Ambroży przez chwilę przyglądał się ulotce, czując podskórny niepokój. Coś w duchu komunikatu, w symbolu napawało go niechęcią. Nie zamierzał zastanawiać się, czym jest Zadra ani co też ma na celu. Cisnął ulotkę i zabrał gazetę. Nie to, że był oddanym czytelnikiem „Gońca Lokalnego”. Na pierwszej stronie jednak dostrzegł zdjęcie oraz wywiad z sędzią Albertem Sthalem. Poczuł mimowolny dreszcz.
– To będzie dobre – prychnął pod nosem.
Sędzia, jako starszy społeczności, sprawował swą funkcję w sposób stosownie fatalistyczny, nieugięty i surowy. Wywiady zaś, jeśli już ich udzielał, przypominały odpytywanie z Kodeksu karnego i zasad wróżbiarstwa ludowego.
Pan domu z pewną trwogą zbliżył się do pokoju dziennego. Najpierw wystawił zza progu nos i niuchnął. Gdy nie wyczuł niczego podejrzanego, postanowił zajrzeć do pomieszczenia jednym okiem. Odetchnął z ulgą. Fotel zdawał się stać tam, gdzie pozostawił go poprzedniego wieczoru. Nienaruszony i całkowicie zanurzony w rzeczywistości. Nawet nikt go nie zajmował! Nie trwoniąc czasu na zbędne rozważania, Ambroży dopadł siedziska i z błogą radością umościł się w fotelu. Spojrzał na kawę przelaną do kubka zastępczego i doszedł do wniosku, że mogło być gorzej.
– Omen omenowi nierówny najwyraźniej – rzekł na głos, dodając sobie otuchy.
Uspokojony, przymknął powieki, upił łyk, otworzył oczy. I wszelka radość prysła. U jego stóp siedział wyraźnie nadąsany Baltazar. Nadąsany tym bardziej, że przywleczone do domu dary zostały jawnie przeoczone. Ambroży, krztusząc się, spojrzał w opalizujące ślepia kociska, ale dostrzegł w nich jedynie pogardę pomieszaną z irytacją, szybko więc przeniósł wzrok na podarki.
Wiele można było powiedzieć o Baltazarze, ale nie to, że uchyla się od tradycji. Zgodnie z niepisanym prawem co tydzień składał dar, wypełniając przedwieczne przymierze.
Czasem była to mysz. Czasem chochlik, porośnięty mchem but lub zatęchła skarpetka wykopana diabli wiedzą skąd.
Tym razem przyniósł przegniły patyk.
I kapelusz. Spiczasty i mocno sfatygowany.
Ambroży popatrzył na podarki i zmarszczył brwi. Nie mógł się zdecydować, jak zareagować. Ostatecznie postanowił dyplomatycznie się uśmiechnąć i cmoknąć ustami z umiarkowanym podziwem. Po minie piekielnika odgadł, że fortel się nie powiódł. Baltazar prychnął zirytowany.
– Coś nie w porządku?
Ambroży zerknął na ogromnego, czarnego niczym smoła kocura i pokręcił głową, by odsunąć od siebie wszelkie podejrzenia. Rozsierdzanie rosłych kotów z piekła jeszcze nigdy nikomu nie przyniosło niczego dobrego.
„Tylko nie rozkładaj skrzydeł. Tylko nie rozkładaj skrzydeł” – pomyślał, nie spuszczając piekielnika z oczu. Uśmiechnął się przymilnie.
– Wręcz przeciwnie. Jestem zaintrygowany. – Odchrząknął nieco nerwowo. – Gdzie to znalazłeś?
– Co?
– No to.
Piekielnik skrzyżował łapy i na wypadek, gdyby pogardliwe spojrzenie umknęło Ambrożemu, zlustrował go od stóp po czubek łysej głowy.
– Masz jednego bambosza – zauważył. – Mało praktyczne.
– Nie zmieniaj tematu. Skąd to masz?
– Czyli co? – mruknął kot, po czym nastroszył pędzelkowate kosmyki sierści sterczące z czubków uszu.
Możebajka po raz wtóry tego dnia zmarszczył czoło, kręcąc przy tym orlim nosem. Baltazar był demonem, piekielnikiem, który z jakiegoś powodu wybrał postać kota. Olbrzymiego, puchatego i kapryśnego. Jeśli wierzyć plotkom, miał na wątpliwym sumieniu kilku nierozważnych głupców zadających zbyt wiele pytań. Ostatniego ponoć zastrzelił przy partii pokera. Innymi słowy: Baltazara należało traktować z odpowiednią dozą respektu.
– No… – Zawahał się. – To. Ten kapelusz. I patyk. Tak, patyk! Nie sądziłem, że koty przynoszą patyki. To takie… No wiesz… Nic oczywiście nie sugeruję…
Baltazar przestał grzebać pazurem między kłami i łypnął zielonym ślepiem. Ostentacyjnie zastrzygł uszami, by w końcu prychnąć pogardliwie.
– Nie oceniaj, jeśli nie chcesz zostać oceniony – syknął kocur. – I to nie patyk. To sty-li-sko. I jest z lasu przy morzu. Sterczało w Czarcim Kręgu. Pomyślałem, że cię zainteresuje.
– Czemu miałoby mnie zainteresować?
– No bo… – Baltazar umilkł na moment, jakby miał powiedzieć coś krępującego. – Jesteś czarodziejem. Was interesują takie brednie.
Ambroży potarł czubek nosa.
– Nie jestem czarodziejem.
Owszem, od czasu gdy przejął rodowy spadek, co nieco zmieniło się w jego życiu. Ale wynikało to z naturalnych ciągotek, pasji, słabości i autosugestii. Pokolenia Możebajków zgromadziły w dworze pokaźny księgozbiór. Szperając w rodowej bibliotece przez ostatnie kilka lat, naczytał się tego i owego.
– A sprawdzałeś ostatnio swoją piwnicę? Albo warsztat?
– Majsterkowanie to nie czarowanie.
Almanach szkół i tradycji, zalegający w dworkowej bibliotece, porządkował takie przypadki. Zgodnie z definicją osoby zajmujące się tworzeniem mechanizmów, mniej lub bardziej ożywionych, zwano artefaktorami. Lub galwarungami, jeśli używały elektrolitów, acz granica była, zdaje się, czysto umowna. Ambroży osobiście uważał, że to tylko wymyślne nazwy, których celem jest podreperowanie ego. No bo nie wypadało kogoś chadzającego na potajemne spotkania i noszącego przy tym prześcieradło pod szlafrokiem nazywać majsterkowiczem. Oczywiście do tego dochodziły znaki, gesty i dziwaczne słówka. Przy czym te ostatnie faktycznie działały.
– Twoja praprababka od strony matki mogłaby się nie zgodzić – zauważył Baltazar.
– Podobno ona z nikim i nigdy się nie zgadzała. Coś jeszcze?
Demon przez chwilę przyglądał się Ambrożemu z protekcjonalnym rozbawieniem, które jak u wszystkich kotów, sprawiało, że wyglądał na głodnego.
– Masz mnie – rzekł w końcu, jakby wymienił nazwę smakołyka. – Każdy czarodziej przyzywa chowańca.
– Sam wlazłeś przez okno! Jak wyganiałem osę!
– Semantyka – rzucił, i tyle go było.
Ambroży, mrucząc pod nosem, sięgnął po uwalony w mchu kawałek drewna. Faktycznie, przy odrobinie dobrej woli można było w nim dostrzec coś, co zostało wykonane przez człowieka. „No, wykonane przez kogoś” – poprawił się w myślach.
– Stylisko. W Czarcim Kręgu – powtórzył szeptem słowa Baltazara i oglądał znalezisko. Z roztargnieniem podrapał się po łysinie. Kręciło go w nosie, a ilekroć kręciło go w nosie, tylekroć stał w obliczu zagadki.
– Czyli jednak omen… Wierusz! Wieeruuusz!
Skoczył na nogi, zaciskając w dłoniach kapelusz oraz zmurszały trzonek. Rozejrzał się bacznie po pokoju. Nic.
– Wieeruuusz! – zakrzyknął ponownie.
Tym razem wbił wzrok w starą gdańską szafę, zajmującą większość północnej ściany salonu. Jeśli Wierusz się pojawi, to najpewniej właśnie stąd wylezie.
– Wieruszu! Potrzeba mi twej rady! – Ostatnie słowa utonęły w gniewnym pomruku. Ambroży wyprostował się, prężąc pierś, i ruszył w stronę kuchni przez hol oraz jadalnię. Nie przestawał przy tym nawoływać. – Wieruuusz!
Odpowiadały mu jedynie ciche, ledwie słyszalne skrzypnięcia i stuknięcia starego dworku. Czasem, zwłaszcza ciepłymi nocami rozświetlonymi blaskiem tysięcy gwiazd, zdawać się mogło, że dom posapuje, pogrążony w wiekowej drzemce. Co nie do końca było ułudą.
– Wierusz?!
Cisza. Ani śladu kościstej twarzy i równie kościstej sylwetki starego służącego. Albo klucznika. Albo totumfackiego któregoś z panów na włościach. Może nawet i samego właściciela dworu. Z Wieruszem nigdy nic nie było wiadomo. Nie licząc tego, że znajdował się w zaawansowanym stanie nieżycia od co najmniej trzech wieków.
– Upiór… Upiór! Zabłąkany duch włóczęga, i to też z przypadku!
Nadal nic.
Zerknął na zegar ścienny. Wszystko wskazywało na to, że był poranek. Do południa zostało jeszcze trochę, nie mówiąc o godzinie wiedźm i duchów. A Wierusz miał swoje przyzwyczajenia. W najlepszym wypadku błąkał się po piwnicy lub głębokich rodowych kryptach pobudowanych przez jednego z przodków. W najgorszym – trwał gdzieś, chwilowo zawieszony między światem żywych i umarłych. Tak czy owak, Ambroży nie mógł liczyć na pomoc ducha w tym momencie. Teoretycznie mógł udać się na poszukiwania Wierusza. Oznaczałoby to jednak wędrówkę labiryntem pełnym pajęczyn, cieni oraz starych rozważań.
Jeśli już musiał, wolał wędrować w blasku dnia. No i najzwyczajniej w świecie lepiej mu się myślało w trakcie spaceru.
Założył letnią marynarkę. Nie mając co zrobić z kapeluszem, naciągnął go na głowę. Ułamane stylisko zatknął w kieszeń spodni i niewiele się zastanawiając, ruszył przed siebie, pogrążony w rozważaniach.
Dla zaoszczędzenia czasu szedł skrótem. Dla niepoznaki zaś postawił na sztorc kołnierz lnianej marynarki. Oczywiście ten kamuflaż nie był wiele wart, ale tonący brzytwy się chwyta. Natura jest sprawiedliwa. Skrót, choć dogodny, wymagał podjęcia pewnego ryzyka. Wił się zieloną alejką pomiędzy starymi budynkami z cegły oraz morskiego kamienia. Część obracała się w ruinę, najokazalsze zamieniano w apartamenty oraz hoteliki dla letników.
Acz nie wszystkie. Ścieżka biegła przy domu pani Kownackiej, starej wdowy po sławnym niegdyś kucharzu. W przeciwieństwie do swego jowialnego małżonka pani Kownacka była kobietą ulepioną z twardej gliny. Gliny wymieszanej z dozą bezpodstawnych uprzedzeń, podejrzliwości oraz szczyptą niechęci.
Zgodnie z naturą niniejszej opowieści akurat tego poranka postanowiła pielić grządkę kwiatową przy frontowym płocie. Na widok Ambrożego zmrużyła oczy.
– Znów słyszałam hałasy w twoim domu!
– Uprzejmie panią przepraszam.
– Coś ty na głowę założył?!
– Uprzejmie panią przepraszam – sapnął, przyśpieszając. Poły lnianej marynarki zafurkotały.
– Odkąd się sprowadziłeś, ciągle tu coś hałasuje! Jak nie huczy, to buczy!
Ambroży biegł, niemal gubiąc ulubione espadryle.
– Uprzejmie panią przepraszam!
– I teraz jeszcze w śmieciach grzebią!
Skręcił tuż za płotem i zwolnił, by złapać oddech. Przeskoczył kilka stopni i wyszedł na osiedlową uliczkę prowadzącą w dół, do miasteczka. Obejrzał się przez ramię, a upewniwszy się, że sąsiadka nie podąża jego tropem, ruszył przed siebie. Wszędzie dostrzegał ślady fatum. Bo jak inaczej wyjaśnić obalone śmietniki i resztki rozwleczone na podjazdach wszystkich mijanych posesji? Początkowo nie zwrócił na to uwagi, pogrążony we własnych myślach. Ale po drugim poślizgnięciu się na skórce od banana zaczął uważniej obserwować okolicę. Coś zawisło nad miasteczkiem. Coś złośliwego.
Przyśpieszył kroku.
Maszerował, ignorując zdziwione spojrzenia przyjezdnych i bezwiednie odpowiadając na pozdrowienia miejscowych. Parokrotnie przystanął, ni to porozmawiać, ni to wymienić uwagi o bałtyckim rybołówstwie, fatalnej kondycji portu oraz o letnikach. Ci ostatni zaś, jak co roku, przyprawiali mieszkańców Wydm Małych o migreny.
Głównie jednak przystawał, aby zasupłać sznurówki lewego buta.
I gdyby na tym pech się zakończył, może nie byłoby tak źle. Licho jednak nie śpi i uwielbia plątać ludzkie losy. Lub wszelkiej maści troczki, rzemyki i sznurki, by być dokładniejszym. Tym samym sznurówki zdawały się żyć własnym i perfidnie zmyślnym żywotem. Ledwie zasupłane, samoistnie się rozwiązywały. Wybierały przy tym miejsca najmniej dogodne.
Najpierw pan Hubert, sprzedający turystom lody i lemoniadę. Pan Hubert przy okazji prowadzenia biznesu zbierał podpisy popierające utworzenie rezerwatu przyrody. Stojący naprzeciwko pan Jacek, oferujący watę cukrową, był przeciw tej inicjatywie. Tym samym Ambroży, pochwycony idealnie pomiędzy tą dwójką, wpadł w samo epicentrum gorącego sporu.
– Przyroda jest dobrem wspólnym!
– Ekonomia i rozwój!
– Teraz nie ma rezerwatu i gdzie ten twój rozwój?!
– Ambroż, a co ty sądzisz? Ty już prawie nasz. To kapelusz?
Ambroży zamrugał zdziwiony. Od chwili gdy odziedziczył dwór, minęło parę dobrych lat, mimo to miejscowi wciąż patrzyli na niego podejrzliwie. Już otwierał usta, ale ktoś pociągnął go za rękę. Pani Róża, właścicielka cukierni, interweniowała w porę.
– Zostaw krzykaczy – szepnęła. – A cóż to masz na głowie? Albo nie mów. – Rozciągnęła pełne usta w słodkim uśmiechu. – Mam czekoladowe ciastka z truskawką, wedle nowego przepisu. Skusisz się?
Ambroży zatoczył się, zawadzając stopą o wystającą płytę chodnikową.
– Może jutro… Tak, jutro… Muszę teraz… muszę gdzieś być.
I nim pani Róża zarzuciła poważniejsze przynęty – a jej cukiernia słynęła z czekoladowych pyszności – Ambroży Możebajka pomknął w dół ulicy. Ale nie uszedł zbyt daleko. Los rzucił go przed oblicze Edmunda. Edmund, gładząc wąsy, które czasami poruszały się bezwiednie, kiwnął głową i zaczął schodzić z drabiny. Szyld nad drzwiami księgarniokawiarni jak zwykle wymagał doraźnych napraw. Pośród wszystkich sekretów Wydm Małych wiecznie odpadający szyld księgarni plasował się w ścisłej czołówce wakacyjnych atrakcji. Raz nawet był bohaterem lokalnej telewizji.
– Uszanowanie – sapnął. – Odłożyłem dla ciebie leksykon smoków. Wpadnij do mnie później. Swoją drogą, cóżeś za cudactwo przyodział?!
Ambroży Możebajka spojrzał na jowialnego księgarza i uśmiechnął się wymijająco.
– A takie tam – odparł. – Sprawdzam, jak mi leży.
– Niezbyt toto leży, jeśli chcesz znać moje zdanie.
Chciał coś odpowiedzieć, ale nogi same go poniosły, nim zdołał wykrztusić choćby słowo. Uchylił jedynie na pożegnanie kapelusza, który z każdym krokiem coraz bardziej go intrygował. Raz, że faktycznie był na Ambrożego za mały. Dwa, że niezbyt twarzowy.
Niecodzienne nakrycie łysiny zajmowało wszystkie myśli Możebajki. Szybko przejrzał katalog miejscowych. Nikt, nawet największy dziwak, wliczając w ten poczet samego Ambrożego, nie paradowałby w czymś takim. Co innego letnicy, turyści i inne zabłąkane dusze. Kłopot w tym, że w takim cudactwie nawet Warszawiacy się nie pokazywali, a byli bardziej miastowi od innych miastowych. Mówiąc wprost: filcowe skrzyżowanie walącej się piramidy z pogniecioną tacą było skrajnie nietwarzowe.
Znalazł się w kropce. Ściągnął kapelusz z głowy, usiłując wychwycić szczegół, cokolwiek, co pozwoliłoby mu rozpoznać pochodzenie cudactwa. Niestety. Zielony filc, jakich wiele, skórzany otok z prostą klamerką i nic ponad to, choćby piórka.
– Skąd się wziąłeś?
Oczywiście kapelusz przezornie milczał, co znacznie utrudniało sprawę. Ambroży naciągnął filcowe dziwadło na głowę i ruszył dalej. Nie bardzo wiedział, dokąd go niosą nogi. W końcu doszedł do wniosku, że jeżeli gdzieś ma znaleźć odpowiedź na swe pytania, to u źródła. W tym konkretnym wypadku – w Czarcim Kręgu.
Przestał zwracać uwagę na sznurowadła, zaakceptował los. „Jeśli ta sznurówka chce taka być, kim jestem, by stawać jej na drodze?” – usprawiedliwił sam siebie na wypadek wielce prawdopodobnego potknięcia. Mimo to zwolnił nieco i zaczął uważniej spoglądać zarówno pod nogi, jak i dokoła. Z Lichem trudno walczyć, ale nie znaczy to, że nie można go unikać.
Przystanął jedynie dwukrotnie. Raz na zakręcie, by spojrzeć ku opuszczonej wiekowej latarni morskiej uchodzącej za miejscową atrakcję przyciągającą letników. Po raz drugi zatrzymał się przy ostatnim domu po lewej stronie ulicy. Starym i pokrzywionym, o drewnianej fasadzie i zapadniętej werandzie. Był dokładnie taki, jakie bywają opuszczone domy na wzgórzu. Okiennica uchyliła się, skrzypiąc niemiłosiernie, zupełnie jakby dom łypał jednym ślepiem na intruza.
– No, no. Spokojnie – rzekł Ambroży. – Nic do ciebie nie mam.
Szybko ruszył ku klifom i porastającym je lasom, podczas gdy szum drzew mieszał się z odgłosem fal. Zszedł z drogi. Przemknął szlakiem turystycznym wijącym się wzdłuż nadmorskiej skarpy. Przeszedł jeszcze kilkanaście kroków, minął głaz narzutowy, trzy sosny, punkt widokowy i przystanął. Upewniwszy się, że nikt go nie widzi, wszedł pomiędzy drzewa oraz gęste krzaki. Na starą, od dawna zapomnianą ścieżkę, którą nie chadzali nawet najbardziej wścibscy turyści.
Łatwo odgadnąć, że kroczy się pradawną trasą lub stoi w miejscu nasączonym magią zapomnianych opowieści. Jest wówczas cicho, dostojnie, a nozdrza wypełnia zapach starych drzew. Tu milkną ptaki, nawet zwyczajowo rozwrzeszczane mewy oraz rybitwy. Tylko w takich miejscach, rozkołysanych szumem liści, można znikąd, nieoczekiwanie usłyszeć mrukliwy głos demonów.
– Długo ci zajęło. – Baltazar łypnął na Ambrożego. – Myślałem, że będę musiał tu czekać do późnej nocy. Albo i następnego ranka.
Kocur siedział na kamieniu i zapamiętale znaczył karty, sprawdzając pod słońce, czy naniesione kropki przebijają przez tekturę. Dama pik nosiła ślad po kuli, waleta najpewniej ktoś dźgnął nożem. Ambroży postanowił nie wiedzieć i nie pytać.
– Musiałem co chwila zawiązywać ten but. – Wskazał na lewą nogę. – Raz po raz kokarda się rozwiązywała.
– Wygląda mi to na zwykłą sznurówkę. Może powinieneś pomyśleć o rzepach?
– Nie ma butów na rzepy dla dorosłych – odparł Ambroży, marszcząc brwi. – Gdy stwierdzają, że jesteś dorosły, przestają robić dla ciebie buty na rzepy.
Demon w kociej skórze ożywił się i zastrzygł uszami. Oblizał pyszczek, spoglądając uważnie na swojego człowieka.
– Jacy „oni”? Brzmi jak opis oprawców. Można do nich dołączyć?
– Do kogo?
– No do nich. Do tej, nie wiem, Rady Sznurówkowej, skazującej takich jak ty na buty takie jak te.
– Nie ma czegoś takiego. – Ambroży skarcił się w myślach. Ciągle zapominał, że przy Baltazarze trzeba uważać na słowa. Demon potrafił wysnuwać najdziwniejsze wnioski z najbłahszych spraw. – Nie ma też żadnych „ich”. Ot, w pewnym wieku ludzie zaczynają chodzić w butach wiązanych.
– Za moich czasów było łatwiej. Wszyscy chodzili boso. Albo mieli buty wiązane na rzemienie.
– Brzmi wspaniale.
– Owszem! I można było jeść dzieci.
Ambroży minął Baltazara, kręcąc głową. Wiedział, że kot droczy się z nim, ponieważ czerpie przewrotną satysfakcję z każdej słownej potyczki. Ostatnie, czego teraz potrzebował, to spór o wyższość rzemieni nad sznurówkami. O zasadności jedzenia dzieci nie wspominając.
Wdrapanie się na pagórek było mniej męczące, niż się spodziewał. Nie znaczy, że mniej upiorne. Z każdym krokiem drzewa gęstniały, zacieniając ścieżkę. Popychane nagłymi podmuchami wiatru, trące o siebie konary trzeszczały niczym uchylane trumienne wieka. Na domiar wszystkiego w duchotę gęstwiny zaczęły się wdzierać kręcące w nosie zapachy butwienia oraz wilgoci.
Próżno też było nasłuchiwać ptaków.
Czarcia Górka w pełni zasługiwała na swą nazwę. Bez wyraźnego powodu omijali ją solidarnie turyści, przyrodnicy, kłusownicy i miejscowi. Nawet rozwydrzone nastolatki szukały innych miejsc do brojenia. Krwawe legendy, miast zachęcać, faktycznie odstraszały. Było to najbardziej odludne, spokojne i zdziczałe miejsce jak wybrzeże długie i szerokie.
W końcu wdrapał się na szczyt pagórka. Starł z czoła pot, wyklinając na sterczące we wszystkie strony gałęzie, które niczym kościane łapska usiłowały zatrzymać każdego śmiałka zmierzającego na samą górę.
– Cię choroba – mruknął pod nosem.
Wkroczył właśnie na niewielką polanę w środku gęstego lasu.
Całość otaczał niewysoki krąg kamieni. Roślinność, zdziczała i bujna, karlała z każdym krokiem w jego kierunku. Tuż za linią zewnętrznego pierścienia, okolonego muchomorami, rosły jedynie trawa oraz mech. Pojedyncze polne kwiaty zdawały się więdnąć, jakby ktoś wypijał z nich wszelkie soki.
– Cię choroba – powtórzył Ambroży, podążając za kotem prowadzącym go bezbłędnie ku samemu środkowi Czarciego Kręgu.
Wpatrywał się w niewielkie zagłębienie tuż obok zmurszałego pniaka. Wprawny obserwator nadal mógł dostrzec wyrzeźbione w drewnie kształty. Choć zostały niemalże całkowicie zatarte – przez wieki wystawione na deszcze, śniegi oraz słońce – nadal widać było zęby zdobiące rozwartą paszczę. Ambroży wiedział, że pośrodku kręgu stoi prastary posąg. Nie miał natomiast pojęcia, jakie przedwieczne bóstwo przedstawiał ten drewniany bałwan. Nie ulegało jednak wątpliwości, że nie była to przyjacielska istota.
– Tu znalazłeś trzonek?
– I kapelusz.
– I tylko to? Nic więcej?
Kot przez chwilę wiercił się w miejscu, zupełnie jakby usadowił się na szyszce. W końcu prychnął, krzywiąc pyszczek.
– Znalazłem też coś, co było żywe, ale już nie jest. I zostawiłem sobie to coś jako opłatę za fatygę.
– Kiedyś oddam cię do adopcji.
– Nie możesz. Zresztą obaj wiemy, że mnie uwielbiasz.
– Nie da się uwielbiać drzazgi w palcu.
Kot znów prychnął i zaczął obchodzić krąg. Ambroży zmarszczył brwi, przyglądając się miejscu, z którego najpewniej Baltazar wyciągnął kawałek drewna. Mech był poszarpany, a spod rozkopanej ciemnej ziemi wyzierały kamienie. Podobne, nieporadnie ociosane wystawały nad kobierzec porostów wewnątrz kręgu. Klęknął, by rozgrzebać ziemię oraz nikłe chwasty.
– Tu było coś ciężkiego. – Wskazał niewielkie zagłębienie. – Coś na tyle ciężkiego, że wgniotło… Czujesz ten zapach?
Baltazar przestał lizać łapę, ziewnął i ułożył się na mchu.
– Tak. Mysz. I pokrzywy.
– Dlatego Wierusz zajmuje się kuchnią – bąknął Ambroży.
Przyglądał się wgnieceniu i dziwnym brunatnym plamom rozbryzganym na kamieniach oraz roślinach. W końcu umaczał palec i uniósł go do ust.
– Ja bym tego nie robił – mruknął Baltazar, pacając ze znudzeniem pająka usiłującego przebiec między kamieniami. – Jedzenie, czy też lizanie, jeśli wolisz, dziwnych substancji znalezionych wewnątrz diabelskich kręgów, u stóp starych idoli, nie jest rozsądne. Nie wiadomo, gdzie to wcześniej było. I czym było.
– Siedź cicho.
Mimo to Ambroży się zawahał. Postanowił raz jeszcze uważnie obwąchać kleistą, prawie zaschniętą papkę oblepiającą teraz koniuszek palca wskazującego. Pachniała grzybami i czymś słodkim. „Raz kozie śmierć” – pomyślał, pakując palec do ust.
Wybałuszył oczy. Spojrzał wymownie na kocura, który mimo pozornego znudzenia bacznie się mu przyglądał. Baltazar na widok miny Ambrożego podskoczył na cztery łapy. Tymczasem pan Możebajka zaczął się krztusić i kasłać, łapiąc się za gardło.
– Na wszystkie czarcie zadki! – wykrzyknął kocur. – Mówiłem, byś nie jadł byle czego, co w ręce wpadnie! Wierusz mnie… Co?! Ty…
Ambroży otrzepał kolana, zaśmiewając się w głos.
– To gulasz. Całkiem przyzwoity, jeśli chcesz wiedzieć. Cokolwiek tu leżało, miało w sobie gulasz. Gulasz się, jak widać, rozlał. No, przynajmniej część.
– To, co mówisz, brzmi niedorzecznie. Kto, na wieczną siarkę, taszczyłby tu gulasz, a następnie rozlewał go u stóp zapomnianego przez wszystkich bożka?
W pierwszej chwili Możebajka był gotów zgodzić się z kocurem. Jednak nie od wczoraj wiedziano o dziwactwach ludzkości. Nie brakowało też całych rzeszy mniej lub bardziej żarliwych neofitów dawnych religii.
– „Niedorzeczne”, powiedział gadający kot – odparował Ambroży. – I widać nie aż tak zapomnianego. – Niezrażony prychnięciem Baltazara, przechadzał się po okręgu, wpatrując się to w porośniętą mchem ziemię, to w posąg. Szukał śladów. – Ktoś tu był. Upuścił coś ciężkiego z gulaszem i ten kapelusz, po czym czmychnął. Najpewniej czymś spłoszony.
Mówił coraz szybciej i szybciej, napędzany własnymi słowami. Czuł, jak werbalizowane myśli łączą się w logiczny ciąg. Teraz, gdy spoglądał na ziemię, dostrzegał coraz więcej. Ślady, które brał za przypadkowe odkształcenia niskiej trawy, wyglądały na ślady wleczenia.
Mrucząc pod nosem, poruszał się coraz ostrożniej, uważając, aby nie zadeptać czegoś istotnego, a do tej pory niewidocznego. Wpatrywał się w zamyśleniu w starego idola.
– To ciężkie coś było przez kogoś wleczone. – Wykonał nieokreślony ruch ręką. Popukał się drzewcem w nos, złapał oddech i wskazał niewielkie rozkopane wybrzuszenie z porwanym mchem. – Ktoś, ciągnąc to coś, gubi kapelusz. Siłuje się, przypadkiem rozrywa porosty, wzrusza ziemię i ułamuje ukryty stary badyl. Badyl, który ty znajdujesz. I który okazuje się styliskiem!
Triumfalnie podszedł do miejsca wskazanego przed chwilą i niewiele myśląc, za pomocą styliska rozkopał ziemię. Przez moment mruczał sam do siebie, aż w końcu zakrzyknął zadowolony. Zaparł się nogą, szarpnął, sapnął.
I wyciągnął.
W uwalanej ziemią dłoni trzymał drugą część drewnianego styliska. Znacznie ciemniejszą i w dużo gorszym stanie, częściowo zgniłą. Na jej końcu tkwił zaś kawał żelastwa przypominający literę L.
Baltazar drgnął, strzygąc uszami. Zaintrygowany, wpatrywał się zielonymi ślepiami w Ambrożego oraz jego znalezisko.
– Co to?
– To. Jest. Topór.
– Nie o to pytam. Co to jest to? Ten dźwięk.
– Jaki…
Dopiero teraz usłyszał to, co wyczulone kocie zmysły pochwyciły znacznie wcześniej. Ziemia pomrukiwała. Coś pod stopami Ambrożego zadudniło głucho. A potem raz jeszcze, znacznie bliżej i o wiele bardziej złowieszczo.
– Uciekaj!
Nieprzyjemny, stłumiony odgłos łamiącego się drzewa pochłonął łoskot osypującej się ziemi oraz krzyk przerażenia. Ambroży i Baltazar runęli w przepaść, która niespodziewanie otworzyła się tuż pod nimi.
Redakcja: Adrianna Hess
Korekta: Barbara Szymanek, Agata Milewska
Projekt okładki, ilustracje wykorzystane na I stronie okładki oraz wewnątrz książki: Aleksandra Zapotoczna
Skład i łamanie: Cyprian Zadrożny
Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl
Wydawnictwo Mięta Sp. z o.o.
03-475 Warszawa, ul. Borowskiego 2 lok. 210
www.wydawnictwomieta.pl
tel. +48 505 636 224
ISBN 978-83-68891-24-9
