Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
BESTSELLER „NEW YORK TIMESA”
Kobieta prowadząca w latach dwudziestych XX wieku schronisko dla kotów w Montrealu zwraca się o pomoc do zrzędliwego, ale uroczego czarnoksiężnika, by ocalić swoją placówkę. Tak rozpoczyna się wzruszająca i pełna ciepła powieść fantasy bestsellerowej autorki serii o Emily Wilde.
Agnes Aubert prowadzi uporządkowane życie, które w pełni jej odpowiada. Jako dumna kierowniczka organizacji charytatywnej ratującej koty poświęca się znajdowaniu nowych domów dla swoich bezdomnych podopiecznych.
Kiedy jednak schronisko musi znaleźć nową siedzibę, okazuje się, że jedynym właścicielem gotowym wynająć jej lokal jest tajemniczy Havelock – najsłynniejszy na świecie czarnoksiężnik, prowadzący w piwnicy nielegalny sklep z magicznymi przedmiotami. Havelock jest przystojny, lecz zrzędliwy i ekscentryczny, a Agnes nie czuje do niego nic poza pogardą. Zna plotki o jego mrocznej przeszłości, w tym pogłoski, że niegdyś o mały włos nie doprowadził swoją czarną magią do apokalipsy.
Pewnego dnia Havelocka odnajduje czarująca magini. Jej wizyta sprowadza niebezpieczeństwo zarówno na sklep z magicznymi przedmiotami, jak i na schronisko dla kotów. Aby ocalić swój azyl, Agnes musi połączyć siły z czarnoksiężnikiem, który niemal doprowadził do końca świata… i który być może właśnie próbuje skraść jej serce.
Havelock uosabia wszystko, czego Agnes nie potrzebuje w swoim życiu: chaos, kłopoty i nadmiar przygód. Kiedy jednak zaczyna poznawać go bliżej, odkrywa, że jest kimś więcej niż mrocznym magiem z legend. Być może również ona sama jest gotowa na odrobinę magii, intryg… i romans. W końcu drugie szanse nie są zarezerwowane wyłącznie dla kotów ze schroniska.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 383
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Agnes Aubert’s Mystical Cat Shelter
Copyright © 2026 by Heather Fawcett Copyright for the Polish translation © 2026 by Wydawnictwo MAG
Redakcja: Jadwiga Mik Korekta: Magdalena Górnicka, Elwira Wyszyńska Ilustracja na okładce: Lolloco Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński Ramka na stronie tytułowej i ornamenty rozdziałowe: Svetlana Parshakova/Adobe Stock Ilustracje kota na stronie tytułowej: Adobe Stock Projekt książki: Caroline Cunningham, na podstawie oryginalnego projektu Virginii Norey
ISBN 978-83-68919-72-1
Producent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Konstytucji 5/10, 00-657 Warszawa www.mag.com.pl han[email protected]
Wyłączny dystrybutor: Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz. tel. 22 733 50 10 www.dressler.com.pl
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Oczywiście Artemis
Zatrzymałam się na progu sklepu, żeby strzepnąć z butów szron. Cienka, biała warstewka w nocy osadziła się na parapetach i bruku. Wyglądała jak strzępki futra, które mogłaby zostawić po sobie zima, gdyby była wielką bestią skradającą się po pogrążonym we śnie mieście. Na szczęście jeszcze nie spadł śnieg.
Zdjęłam rękawiczki i dyskretnie sprawdziłam, czy nie mam na rękawach kociej sierści. Właściciel sklepu, starszy, chudy mężczyzna, popatrzył na mnie z powagą niewspółmierną do sytuacji.
– Ma odpowiednią wielkość – stwierdziłam, w końcu rezygnując ze szczerości. Sklep był lepszy niż pozostałe lokale, które oglądałam, ale nawet gdyby okazał się zły, bardzo chciałam znaleźć coś, za co mogłabym go pochwalić. Zauważyłam tylko trochę pleśni w rogach, ale za to nie natrafiłam na żadne ślady myszy. Wyglądało jednak na to, że powierzchnia jest prawdopodobnie o połowę mniejsza, niż podano w ogłoszeniu gazetowym.
Pan Levasseur uśmiechnął się z wyraźną ulgą.
– To prawda, mademoiselle – powiedział. – W tej okolicy nie znajdzie pani niczego większego. Tutejsi ludzie ciężko pracują i uczą się radzić sobie z tym, co mają.
Posłał mi zaczepne spojrzenie, jakby szykował się do kłótni. Ja tylko się uśmiechnęłam. Jego reakcja świadczyła o tym, że nie jestem pierwszą osobą pytającą o to miejsce. A teraz, kiedy je zobaczyłam, z łatwością odgadłam, która oferta – właściciela czy najemcy – została odrzucona.
– To dobra lokalizacja dla organizacji charytatywnej – kontynuował pan Levasseur. – Siostry Zbawienia mają swój sklep po drugiej stronie placu, a Saint-Jean prawie codziennie rozdaje darmowe posiłki.
– Tak? – mruknęłam nerwowo, udając zaskoczenie. Po drodze minęłam Saint-Jean, ładny, ale zniszczony, kamienny kościół liczący sobie co najmniej sto lat, oraz Siostry Zbawienia zapewniające darmową odzież tym, których nie było na nią stać. W szczególnie trudnych latach sama korzystałam ze wsparcia obu tych instytucji.
Słyszałam dobiegający z doków ryk syreny mgłowej oraz odgłosy rozładunku statków. Czułam zapach glonów i sadzy. Nie mogłam przestać myśleć o tym, że tak odizolowane miejsce, położone wśród magazynów i znajdujące się z dala od zgiełku miasta, nie jest idealne dla moich celów.
„Poradzisz sobie – pocieszył mnie cichy głosik. I zaraz dodał pesymistycznie: – Odrzucono cię osiem razy. Głowa do góry”.
Wyprostowałam się, po czym przywołałam na twarz spokojny wyraz pewnej siebie, doświadczonej kobiety interesu. Po długim dniu okazało się to trudne; bolały mnie plecy i ogólnie wolałabym być w domu, najlepiej w gorącej kąpieli.
– Dlaczego pani się przenosi? – zapytał bez ogródek pan Levasseur, jakby z góry przewidywał, że moja odpowiedź będzie niekorzystna.
Przez stale zmarszczone, krzaczaste brwi wydawał się wiecznie ze wszystkiego niezadowolony, ale odniosłam wrażenie, że nabrał do mnie trochę sympatii po tym, jak wyraziłam się przychylnie o jego lokalu.
– Wynajmowałam sklep przy Rue Sainte-Roseline – odpowiedziałam.
– Przy… – Wyraz jego twarzy się zmienił. – Chyba pani tam nie było, kiedy to się stało?
Nie miałam ochoty rozmawiać na ten temat. Mimo to bardzo chciałam, żeby mi współczuł, więc zmusiłam się do tego, by zadać pytanie:
– Czytał pan o tym w gazetach?
– Oczywiście. Podobno zrujnowano kilkanaście sklepów.
– Tak… Obawiam się, że mój jest jednym z najbardziej zniszczonych. W tej chwili nie nadaje się do użytku. Moja gospodyni, pani Richard, może to potwierdzić.
Otworzyłam teczkę, po czym wyjęłam z niej kartkę ze starannie spisanymi na maszynie nazwiskami i adresami – moimi referencjami.
– Znam ją. To dobra kobieta – odpowiedział. Zauważyłam, że lekko poczerwieniał z oburzenia. – Przeklęci magowie! Żeby pojedynkować się w biały dzień na ulicy pełnej porządnych, pracowitych ludzi. Ale czy to nie jest dla nich typowe?
– W rzeczy samej – potwierdziłam, czując ściskanie w gardle. – W takim razie chyba już pan rozumie mój pośpiech.
– Przeklęci magowie! – powtórzył właściciel, po czym nagle chwycił moją dłoń i ją uścisnął. – Wyrazy współczucia.
Jego troska sprawiła, że do oczu napłynęły mi łzy – ku własnemu skrępowaniu płaczę równie łatwo, jak się rumienię, dosłownie na zawołanie. Jednocześnie poczułam znajomą niechęć, która od dawna budziła się we mnie przy każdej wzmiance o magach. Nie lubiłam u siebie tej reakcji, więc starałam się ją tłumić. Gniew zawsze wydawał mi się niepraktyczną emocją, szczególnie wobec magów, nawet jeśli uzasadniały go nierównowaga sił i złe wykorzystanie mocy przez wielu z nich. Z drugiej strony, równie dobrze można by się złościć na cały świat.
Gdy pan Levasseur oprowadzał mnie po mieszkaniu na piętrze, jego maniery znacznie się poprawiły. Góra okazała się równie ponura jak sam sklep, słabo ocieplona i dość brudna. Gorąca woda w umywalce ledwo ciekła. Ale z tej części miałam korzystać tylko ja, więc nie przejmowałam się zbytnio jej stanem. Z okna sypialni rozciągał się widok na Rzekę Świętego Wawrzyńca, a parapet był na tyle szeroki, by zmieścił się na nim pokaźny zadek Jego Wysokości. Łatwo mogłam sobie wyobrazić, jak leniwie wygrzewa się w słońcu w swoim ulubionym miejscu.
– Widzę, że nie będzie pani sprawiać żadnych kłopotów – stwierdził pan Levasseur, gdy schodziliśmy na parter. – Nie lubię się kłócić z moimi najemcami. To psuje relacje. W zeszłym tygodniu eksmitowałem kobietę z lokalu niedaleko stąd. Miała dwoje dzieci, ale czy powiedziała mi o tym, kiedy podpisywała umowę? Nie lubię wynajmować kwater takim ludziom, bo nigdy nie wiadomo, co dzieciaki zrobią z mieszkaniem. Kiedy ta kobieta zaczęła zalegać z czynszem, niemal poczułem ulgę.
– Ça alors1 – mruknęłam.
Pana Levasseura chyba zawstydziła moja mina, bo dodał pośpiesznie:
– To kwestia utrzymania. Konserwacja nie jest tania. Traktuję swoje obowiązki poważnie, w przeciwieństwie do niektórych. Nie uwierzyłaby pani, jakie historie słyszę.
– Jakie? – spytałam, ponieważ zaczęłam się zastanawiać, czy złą opinię pana Levasseura o kolegach można potraktować jako rekomendację. Lecz ludzkie serce to eklektyczna rzecz, zbiór uprzedzeń i sentymentów, a ja znałam tego człowieka dopiero od dziesięciu minut. Skąd miałam wiedzieć, jak jest w jego przypadku?
Gospodarz zmierzył mnie wzrokiem. Mam okrągłą twarz i często się rumienię – czasami z emocji, czasami bez wyraźnego powodu. To, w połączeniu z szeroko rozstawionymi oczami, sprawia, że wyglądam na mniej niż trzydzieści pięć lat oraz wydaję się szczera i nadgorliwa. Élise lubi żartować, że sprawiam wrażenie, jakbym zawsze zbierała fundusze na szczytny cel. Pod każdym innym względem jestem zwyczajna. Przeciętne są zarówno moje włosy – naturalnie kręcone, ale raczej niesforne i bardziej wyblakłe niż jakiegoś konkretnego koloru – jak i wzrost oraz figura. Odkryłam jednak, że to zaleta w kontaktach z osobami nielubiącymi tych, którzy się wyróżniają.
– Gdybym miał córkę – rzekł w końcu Levasseur – przede wszystkim odradzałbym jej ten lokal przy Rue des Hirondelles. Trudno tam utrzymać najemcę, i nic dziwnego. Coś jest nie tak z właścicielem. Krążą o nim dziwne historie… I jeszcze ta restauracja na Montgomery Square. Jej piwnica jest zalewana przynajmniej dwa razy w roku.
– Dziękuję za radę – powiedziałam, choć byłam trochę rozczarowana jej przydatnością. Nie chciałam wynajmować restauracji i wiedziałam, że nigdy nie będzie mnie stać na lokal przy Rue des Hirondelles. Zdziwiło mnie jednak, że już co najmniej trzeci raz w tym tygodniu słyszałam o tej ulicy. Najpierw Élise zaproponowała, żebyśmy odwiedziły znajdujące się przy niej sklepy, by poprosić ich właścicieli o darowiznę, a potem mężczyzna rozdający ulotki próbował mnie namówić, żebym poszła na występ muzyczny w jednej z tamtejszych kawiarni.
Pokręciłam głową. To tylko zbieg okoliczności.
– Zacznijmy od podania. – Pan Levasseur uprzejmie podsunął mi krzesło przy chwiejnym stole. Z kieszeni kamizelki wyjął pióro i plik zmiętych papierów. – Jakiego rodzaju organizację charytatywną pani prowadzi? Nie potrzebuję szczegółów, wystarczy ogólny zarys. Domyślam się, że robi pani na drutach swetry dla sierot, prawda?
Nadszedł ten moment, więc zebrałam się na odwagę i odpowiedziałam:
– To organizacja charytatywna zajmująca się zwierzętami.
– Ach! Zbieracie pieniądze na słonie czy coś w tym rodzaju? Słyszałem, że ostatnio nastały dla nich ciężkie czasy.
Odniosłam wrażenie, że do tej pory gospodarz nie poświęcał zbytniej uwagi tym zwierzętom.
– Nie, nie na słonie. Na koty.
– Koty. To trochę dziwne. Chyba jeszcze nigdy nie spotkałem kota w kawiarni.
– Nie, to nie będzie kawiarnia, tylko azyl dla kotów.
– Dla kotów? – powtórzył pan Levasseur. Jeszcze nigdy nie widziałam u nikogo puściejszego spojrzenia. – A o co z nimi chodzi?
Mimo zimna poczułam, że na czoło występuje mi pot. Wcześniej przećwiczyłam w głowie tę rozmowę, ale teraz wyczułam, że sytuacja wymyka mi się spod kontroli i zmierza do takiego samego końca jak inne.
– W mieście żyje duża populacja kotów…
– To prawda. – Gospodarz zmarszczył brwi. – Za jednym z moich budynków osiedliła się cała kolonia. Niehigieniczne stworzenia. Więc pani się nimi zajmuje, tak? To nie jest zły pomysł, bo one chociaż trzymają szczury w ryzach.
– Tak – mruknęłam z wymuszonym śmiechem. – My się nimi zajmujemy, choć nie w ten sposób. Moja organizacja je przygarnia, doprowadza do porządku, a następnie szuka dla nich odpowiedniego domu.
– Przygarniacie koty? – Z jego twarzy z wolna znikał pusty wyraz i zastępowało go przerażenie. – Gdzie je trzymacie?
Chyba już wtedy powinnam się zorientować, że sytuacja jest nie do naprawienia, ale desperacja skłoniła mnie do tego, by jeszcze nie rezygnować, zwłaszcza że w trudnych chwilach mam skłonność do paplania.
– Koty są niezwykle czystymi stworzeniami. Jako towarzysze, szczególnie osób starszych, chorych i niedołężnych… cóż, ich wartość dla społeczeństwa jest nie do przecenienia. Kiedyś trafiłam do szpitala, w którym mieszkał kot…
– Przygarniacie te zwierzęta – powtórzył gospodarz, tym razem wolniej. – I chcecie je tu trzymać?
Przełknęłam ślinę. Moje milczenie było wystarczającą odpowiedzią.
– O nie – powiedział pan Levasseur. – Nie, nie, nie. Nic z tego nie będzie.
Wstał gwałtownie, zebrał papiery i schował je z powrotem do kieszeni razem z piórem. Jego brwi znowu były ściągnięte.
– Moja organizacja jest niewielka… – zaczęłam.
– Bardzo dobrze, mademoiselle – przerwał mi właściciel z lekkim uśmiechem. Zbliżył się do mnie z wyciągniętą ręką i poprowadził mnie przez sklep z wprawą świadczącą o dużym doświadczeniu. – Powodzenia w rozpoczęciu działalności charytatywnej.
– Działamy już od ponad pięciu lat – próbowałam nadal, choć znajdowałam się coraz bliżej wyjścia. – Moja obecna gospodyni może…
– Proszę uważać na schody – ostrzegł pan Levasseur, otwierając drzwi.
A potem zamknął mi je nagle przed nosem z takim impetem, że zaparło mi dech.
Przez jakiś czas błąkałam się, gdzie nogi poniosą, i nie zwracałam uwagi na otoczenie. Sądzę, że to zimno wyrwało mnie z odrętwienia. Słońce już zaszło, a niebo przybrało odcienie granatu i fioletu. Rozbłysły latarnie uliczne. Rozejrzałam się i ze zdumieniem stwierdziłam, że znajduję się w samym sercu starego miasta, przed kawiarnią, która właśnie zaczęła się napełniać wieczornym tłumem mężczyzn i kobiet w eleganckich kapeluszach i płaszczach. Zbliżałam się do skrzyżowania z Rue des Hirondelles, gdzie mieścił się sklep do wynajęcia, przed którym pan Levasseur niepotrzebnie mnie ostrzegał.
Na myśl o panu Levasseurze – nie wspominając już o czynszach poza moim zasięgiem – pociemniało mi w oczach. Spojrzałam w lekko zaparowane okno kawiarni i zobaczyłam dobrze widoczne dla przechodniów wyroby ułożone w małych koszyczkach. Chyba przez całą minutę z burczeniem w brzuchu wpatrywałam się w tartę budyniową, zanim przypomniałam sobie, jaki miałam budżet. Żadnych ciastek z kremem, dopóki nie znajdę miejsca do życia i pracy, a może wtedy również – zależnie od kosztów nowego lokum.
Potem jeszcze przez jakiś czas gapiłam się na brioszkę czekoladową.
Dopiero kiedy rozdzwoniły się dzwony bazyliki, a wąską uliczkę wypełniło ich upiorne echo, zdałam sobie sprawę z upływu czasu. Odwróciłam się od okna kawiarni i pośpiesznie ruszyłam w stronę domu. Ominęłam grupę młodych ludzi, już na wpół pijanych. Dwie dziewczyny trzymały się za ręce i kręciły w kółko ze śmiechem, powiewając spódnicami i płaszczami.
Droga od tętniącej życiem dzielnicy restauracyjnej do celu nie była daleka, ale tym razem mi się dłużyła. Bruk stał się nierówny, co zmusiło mnie do patrzenia pod nogi. Budynki pochylały się ku sobie. Moja okolica składała się głównie z robotniczych mieszkań zbudowanych z tradycyjnego szarego wapienia, nielicznych sklepów spożywczych i kafejek. Połowa tych lokali nie działała, po części dlatego, że nie docierały tutaj tramwaje. Zatrzymałam się przed małym budynkiem o brudnych kamiennych ścianach z zardzewiałymi drzwiami z żelaza. Kiedyś niepozorny, teraz przyciągał wzrok, ponieważ jego dwa okna były rozbite, a okiennice wyglądały jak poczerniałe od ognia. Między nimi ział otwór o szerokości około trzech metrów, przypominający krater księżycowy. Został niedbale zabity deskami. Dziura miała nierówne, ostre brzegi, a osmalone kamienie wyglądały tak, jakby najpierw się stopiły, a potem na nowo uformowały. Na drzwiach wisiała tabliczka z napisem:
Les Amis des Chats – Refuge Animalier
Przyjaciele kotów – Schronisko dla zwierząt
To nie ja byłam najbardziej poszkodowana – ten zaszczyt przypadł sklepowi z kanapkami po drugiej stronie ulicy, który stracił wszystkie okna. Jego fundamenty popękały, a impet cisnął drzwi na tyły lokalu. Właściciel – starszy mężczyzna o imieniu Hamad, który mimo burkliwości i braku uśmiechu regularnie przynosił kotom resztki – nie mógł sobie pozwolić na pokrycie kosztów naprawy. Teraz budynek stał opuszczony, a puste framugi okienne wyglądały jak ziewające czarne usta.
Usłyszałam miauczenie Jego Wysokości, jeszcze zanim dotknęłam klamki. To, w jaki sposób bestia mnie wyczuwała, kiedy zbliżałam się do budynku na odległość stu metrów, było dla mnie zagadką, której nigdy nie rozwiązałam; albo robiła to dzięki węchowi, albo – co w jej wypadku bardziej prawdopodobne – dzięki jakiemuś niecnemu szóstemu zmysłowi.
Otworzyłam drzwi, a potem starannie zamknęłam je za sobą i przeszłam przez drewnianą bramę, którą zainstalowałam w przedsionku. Jego Wysokość natychmiast zaczął owijać się wokół moich nóg i głośno protestować przeciwko spóźnionej kolacji. Trochę powściągliwsza Banshee tylko łypała na mnie ze środka pokoju z charakterystyczną, wiecznie zdezorientowaną miną. Koty ze schroniska, które zajmowały szereg klatek w sąsiednim pomieszczeniu, również zaczęły wyrażać niezadowolenie, choć Élise opiekowała się nimi przez większość popołudnia.
– Wiem. – Schyliłam się i odsunęłam Jego Wysokość od moich kostek. – Przepraszam, ale zatrzymały mnie ciastka. Oczywiście ty nigdy tego nie zrozumiesz. Jeśli coś nie krwawi, to nie jest jedzeniem.
Wytarłam buty o wycieraczkę z wyhaftowanym mottem schroniska: „Kot jest duszą domu”, zapisanym w języku francuskim i angielskim. Było ono umieszczone również na naszej papeterii. Potem nakarmiłam tę dwójkę – oczywiście najpierw Jego Wysokość, bo on nie zgodziłby się na nic innego.
Czarny kocur pojawił się w moim życiu rok po Banshee i bardzo się do mnie przywiązał. Właściwie sam do nas przywędrował – pewnego ranka otworzyłam tylne drzwi i zastałam go siedzącego na schodku, jakby czekał na umówione spotkanie. Mimo to nie był ani trochę oswojony, jednak dla własnej korzyści takiego udawał. Ogromna bestia z jedną białą łatą na nodze rządziła schroniskiem żelazną łapą. Gardziła towarzystwem pobratymców, ale cieszyła się rolą tyrana. Traktowała inne koty ze schroniska jak meble i bezkarnie kradła im jedzenie. Czasami dawała nauczkę jakiemuś głupiemu nowicjuszowi. Nigdy nie rzucano jej wyzwania po raz drugi.
Oczywiście nie odważyłam się nawet podjąć próby oddania Jego Wysokości do adopcji, a ponieważ kocur nie wykazywał najmniejszej chęci zmiany miejsca zamieszkania, oficjalnie ogłosiłam, że sama się nim zajmę, chociaż jego wkroczenie w moje życie bardziej przypominało wrogie przejęcie. Nie był czułą istotą, ale przebiegle udawał tolerancję dla pieszczot i choć nie okazywał, że jest z nich zadowolony, bardzo lubił mościć się na moich kolanach, ilekroć znajdowałam chwilę dla siebie. Zawsze powarkiwał cicho, kiedy próbowałam odłożyć książkę. Nieraz musiałam siedzieć do północy, zanim bestia uznała, że jej pokaźne ciało zostało odpowiednio ogrzane.
Banshee, niemal okrągła, pręgowana kotka, była prawdopodobnie jedynym stworzeniem zdolnym do życia u boku Jego Wysokości bez poddania się terrorowi kocura. Nie dało się jej zastraszyć. Przyczyną tego stanu rzeczy była jednak nie siła charakteru Banshee, lecz fakt, że cierpiała ona na całkowity brak rozsądku. Wątpiłam, czy przetrwałaby choć jeden dzień, gdybym zostawiła ją samą sobie, gdyż regularnie narażała się na śmiertelne niebezpieczeństwo, wspinając się na krokwie albo wciskając do klaustrofobicznych przestrzeni, w których zwykle utykała. Nie miała świadomości, że ogień jest gorący, i wielokrotnie próbowała wejść do rozpalonego pieca, aż w końcu Robin zbudował wokół niego osłonę.
Jej ulubionym zajęciem było siedzenie na środku pokoju i wpatrywanie się w jeden punkt bez wyraźnego powodu. Jego Wysokość tuż po swoim przybyciu kilkukrotnie próbował wystraszyć kotkę – między innymi poprzez przygwożdżenie Banshee do podłogi i zaciśnięcie szczęk wokół jej szyi. W końcu najwyraźniej uznał, że takie wysiłki wobec tego żałosnego, niezrozumiałego stworzenia są poniżej jego godności. Czasami odnosiłam wrażenie, że nawet współczuł kotce, bo czasami pozwalał jej zwinąć się przy nim w kłębek, którego to zaszczytu odmawiał innym mieszkańcom schroniska.
Imię Banshee pochodziło od jej osobliwej niemoty. Nigdy nie słyszałam, żeby wydawała jakikolwiek dźwięk poza mruczeniem, chociaż często wydawało się, że próbuje. Błąkając się po domu, często otwierała i zamykała pyszczek, jakby desperacko chciała mnie ostrzec przed zbliżającą się zagładą. Robin i ja żartowaliśmy, że w rzeczywistości kotka wszczyna prawdziwe larum, ale mogą je usłyszeć tylko mieszkańcy jakiejś bezbożnej, nadprzyrodzonej krainy.
Po tym, jak obsłużyłam Jego Wysokość i Banshee, zabrałam się za karmienie podopiecznych schroniska. Mieliśmy ich czterdzieścioro ośmioro, co było rekordową liczbą i dużym obciążeniem dla naszego budżetu. Ale cóż mogłam na to poradzić? Wyrzucić koty, choć zbliżała się zima?
Zatrzymałam się przy klatce Thoreau, żeby poświęcić mu dodatkową uwagę. Wiedziałam, że nie powinnam nikogo faworyzować, ale dystyngowany senior, którego Élise znalazła drżącego w pudełku za głównym dworcem kolejowym, przebywał w azylu od sześciu miesięcy – najdłużej ze wszystkich naszych podopiecznych.
Thoreau przytulił się do mojej dłoni. Był pięknym, ciemnoszarym kotem, najmniej wymagającym ze wszystkich. Znaleźliśmy go w opłakanym stanie – miał roztocza, złamane żebra i infekcję. Dotąd często odnosiłam wrażenie, że nadal próbuje oswoić się z tym, jak bardzo zmieniło się jego życie.
Clowder z coraz większą desperacją drapała kraty, więc otworzyłam drzwi jej klatki, żeby mogła zeskoczyć na podłogę. Cztery kocięta, mające zaledwie około miesiąca, podążyły za nią. Zauważyłam, że to nie spodobało się matce, bo spojrzała na mnie z urazą.
– Masz rację, przepraszam – powiedziałam. – Zasługujesz na mały odpoczynek, prawda?
Sprawdziłam, czy kocięta mają się dobrze, a następnie włożyłam je wszystkie – dwa rude pręgowane, jedno czarne z białymi łapkami i jedno trójkolorowe jak matka – z powrotem do klatki, po czym ją zamknęłam.
Przez chwilę sprzątałam, podczas gdy dwie kotki kręciły się wokół mnie. Clowder nerwowo obserwowała Jego Wysokość, ale on nie był w nastroju do sprawowania władzy i drzemał po kolacji w swoim ulubionym fotelu, leniwie machając ogonem.
Układ schroniska był prosty. Wcześniej mieściła się tu pracownia krawiecka, co idealnie odpowiadało moim potrzebom. Na dużym zapleczu, gdzie kiedyś szyto płaszcze i suknie, było odpowiednio dużo miejsca na klatki dla zwierząt, a mniejsze pomieszczenie od frontu wystarczało do przyjmowania potencjalnych opiekunów. Obok pokoju na tyłach znajdowała się mała kuchnia, równie zniszczona jak reszta lokalu, tak że dawało się ją posprzątać tylko do pewnego stopnia, bo niektóre zabrudzenia i plamy okazały się nieusuwalne.
Wiatr się wzmógł i teraz wpadał ze świstem przez dziurę w ścianie frontowego pokoju, ale starałam się to ignorować.
Wcześniej planowałam skromny posiłek składający się z sera i zupy z puszki – z nas dwojga to Robin był kucharzem – ale okazało się, że Élise odwiedziła kawiarnię na sąsiedniej ulicy i zostawiła mi zapakowany w papier placek z grzybami. Był jeszcze lekko ciepły.
Popatrzyłam na niego z mieszaniną irytacji i rozpaczy. Ile razy mówiłam mojej siostrze, że nie potrzebuję, by mnie niańczyła? Ona i jej mąż nie mogli sobie pozwolić na utrzymywanie trzeciej osoby ze skromnej pensji radnego miejskiego. Obie dostałyśmy niewielki spadek po rodzicach, a ja chciałam, żeby Élise zachowała każdy grosz ze swojej połowy dla siebie i nie czuła się zobowiązana do pomocy owdowiałej siostrze.
Byłam zirytowana tylko przez chwilę, bo mój żołądek burczał zbyt natarczywie. Nie jadłam nic od śniadania, więc pochłonęłam cały placek. Był maślany i wypełniony borowikami duszonymi w ciepłym, pikantnym sosie śmietanowym. Innymi słowy, niebo w gębie.
Gdy odzyskałam siły, dokończyłam wieczorne obowiązki, zerkając na tablicę, żeby sprawdzić, czym Élise już się zajęła. Przy każdej okazji wyśmiewała moje listy kontrolne, ale nie posunęła się do tego, żeby całkiem je lekceważyć. Zmieniłam koce, wyczyściłam kuwety i oszczędnie dorzuciłam drewna do pieca.
Pani Richard powiedziała mi, że mogę się wyprowadzić, kiedy zechcę, ale obie wiedziałyśmy, że to tylko puste słowa, skoro zbliżała się zima. Schronisko nie tylko było teraz wystawione na działanie żywiołów, ale w dodatku nasz grzejnik olejowy uległ nieodwracalnemu uszkodzeniu, a drewno było drogie. Gospodyni oświadczyła, że nie stać jej na tak poważne – i konieczne – naprawy. Hamad również nie mógł sobie na to pozwolić. Dlatego to miejsce wkrótce miało się stać kolejną cichą przestrzenią pośród miejskiego hałasu, próżnią architektoniczną.
Wzięłam głęboki oddech, żeby powstrzymać falę gniewu. Oczywiście policja nie aresztowała magów, którzy uznali za rozsądne stoczyć pojedynek na ulicy w samym środku miasta. Nieczęsto ich łapano, gdy łamali prawo, co nie należało do rzadkości. Czasami odnosiłam wrażenie, że jedyną rzeczą, która powstrzymuje ich przed rozerwaniem świata na strzępy, jest to, że są tak nieliczni. Badacze magii szacowali, że mniej niż jeden człowiek na milion rodzi się z jakimkolwiek magicznym darem, a i tak większość potrafi jedynie rzucać najprostsze zaklęcia.
I dzięki Bogu.
– Chodź, Banshee – powiedziałam, kiedy wszystkie koty zostały oporządzone i ponownie zamknięte. Pręgowana kotka, która z konsternacją wpatrywała się w pustą ścianę, miauknęła cicho, a następnie poszła za mną na górę.
Pod spadzistym dachem znajdowało się tylko jedno małe pomieszczenie. Przed pięcioma laty, zanim wprowadziliśmy się z Robinem, służyło jako magazyn. W sklepie z używanymi rzeczami znaleźliśmy dwa wąskie łóżka i z trudem wnieśliśmy je po starych schodach, a potem zsunęliśmy je razem, chichocząc przez cały czas. Choć już nie byliśmy nowożeńcami, często tak się czuliśmy.
Po śmierci Robina rozważałam usunięcie drugiego łóżka, ale ostatecznie nie mogłam się z nim rozstać. Teraz w zasadzie stało się własnością Jego Wysokości.
Może nie powinnam sugerować, że kocur nie lubi towarzystwa wszystkich ludzi. W rzeczywistości zrobił wyjątek dla jednej osoby w swoim życiu, a był nią Robin.
Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, co takiego dostrzegł w moim mężu.
Robin kochał koty, ale ja również. Poza tym był bardziej hałaśliwy niż ja, ponieważ lubił rozmawiać. Prawie każdą anegdotę zmieniał w całą opowieść i często tak się ożywiał, że wymachiwał rękami. Może chodziło o jego dobry nastrój i niezawodną uprzejmość, którą rozciągał także na koty. Zawsze pytał Banshee, czy może przyciąć jej pazury, i przepraszał za każdym razem, gdy musiał przejść nad którymś z naszych podopiecznych.
W noc po śmierci mojego męża Jego Wysokość nie chciał zasnąć. Błąkał się po schronisku, często zatrzymywał przy drzwiach wejściowych, drapał je zawzięcie i miauczał natarczywie, jakby sądził, że jego pan czeka po drugiej stronie, żeby go wpuścić. O świcie w końcu zwinął się w kłębek na poduszce Robina.
Weszłam do sypialni. Jego Wysokość na mnie spojrzał, a ja jak zwykle zadałam sobie pytanie, czy miał nadzieję zobaczyć Robina. Kiedy opuścił głowę, w jego nieodgadnionym kocim spojrzeniu dostrzegłam rozczarowanie – albo tylko tak mi się wydawało. Może po prostu pragnęłam jakiegoś towarzystwa.
Robin nie żył już od dwóch lat, a ja mimo swojej skłonności do łez już nie opłakiwałam go każdej nocy. Teraz miałam jednak za sobą długi i samotny dzień, więc pozwoliłam sobie na chwilę płaczu. Jego Wysokość nadal leżał zwinięty na poduszce, najwyraźniej mnie ignorując, ale był obecny. Banshee z kolei okazała mi współczucie, choć bardziej mnie to rozpraszało niż pocieszało. Wciąż próbowała zlizywać łzy z mojej twarzy, mimo że ją odpychałam. Chyba jak zwykle zakładała, że łzy są przyczyną, a nie skutkiem mojego cierpienia, czyli wrogiem, którego należy pokonać.
W końcu wytarłam twarz, nastawiłam mały mosiężny budzik stojący przy łóżku, a potem zgasiłam światło. Banshee usadowiła się między mną a Jego Wysokością i w ten sposób razem zasnęliśmy.
– Proszę mi przypomnieć, jakiego rodzaju to jest działalność – poprosił Mathieu. – Przepraszam, że zapomniałem. Miałem dzisiaj od rana pięć spotkań.
– Pisanie na maszynie – odpowiedziała Élise z pogodnym uśmiechem. – Średnio mamy około dwudziestu klientów dziennie. Większość przychodzi w sprawie listów, ale w zeszłym tygodniu miałyśmy pisarza, prawda, Agnes? Biedaczek, jeszcze nigdy nie widziałam tak brzydkiego pisma. Mamy również zamiar wprowadzić usługę wypożyczania, jak tylko znajdziemy dobrą cenę hurtową na taśmy z tuszem. Ostatnio ich brakuje, na pewno pan słyszał.
Podczas gdy ona trajkotała, ja starałam się nie piorunować jej wzrokiem, choć żołądek ściskał mi się z niepokoju. Élise od dzieciństwa czerpała niepokojącą dumę ze swojej umiejętności kłamania i wykorzystywała ją z całym zaangażowaniem oraz wrodzonym talentem ptaka ogłaszającego śpiewem nadejście poranka. Wcześniej omówiłyśmy naszą bajeczkę, ale teraz ona wymyślała większość szczegółów na bieżąco. Tę cechę uważałam za jedną z jej najgorszych.
Choć niezaprzeczalnie przydatną.
Właściciel przestał słuchać w połowie jej wypowiedzi i tylko zerkał w swój notatnik, kiwając głową bez zainteresowania. Stałyśmy przy ladzie w pustym lokalu, wcześniej wynajmowanym przez księgowego. Jesienne światło wpadające przez okno podkreślało schludny układ wnętrza, długiego prostokąta wciśniętego między warsztat szewski a pralnię. Jak na moje potrzeby lokum było zbyt małe, ale i tak bardzo mi się podobało.
Mathieu nabazgrał coś w notesie i wyrównał plik luźnych kartek wetkniętych między okładki, głównie faktur i planów budynków. Z trudem powstrzymałam odruch, żeby je uporządkować. Jak można cokolwiek zrobić w takim bałaganie?
– Kiedy możecie się panie wprowadzić? – spytał, gdy Élise skończyła zabawną anegdotę o piekarzu, który miał tak okropne pismo, że jego pomocnicy wciąż zastępowali sodę oczyszczoną solą kuchenną, a mus jabłkowy cydrem.
– Jak najszybciej. – Cieszyłam się, że choć raz mogę udzielić szczerej odpowiedzi.
Nie podobało mi się oszustwo Élise i przystałam na nie dopiero po wielu dniach bezustannych nacisków z jej strony. Właściciel miał prawo wiedzieć, że zamierzam wypełnić jego nieruchomość kotami.
– Nie przetrwasz zimy – powiedziała mi w końcu Élise bez ogródek. – Albo one jej nie przetrwają.
Nie mogłam się z nią nie zgodzić. Zima nie tyle nastała w Montrealu, co go zaatakowała. W poprzednim roku zaspy pokryły każdy plac. Sięgały aż do drugiego piętra kamiennych budynków, tak że ich mieszkańcy zakładali rakiety śnieżne i wychodzili przez okna. Czasami z dziećmi na sankach.
Nie zawsze tak było. Może ta zima okaże się łagodna.
Może.
– A jak teraz wygląda wasza sytuacja? – zapytał Mathieu.
– Sklep znajduje się przy Rue Sainte-Roseline i został poważnie zniszczony – wyjaśniłam. – Nie możemy tam zostać.
Właściciel zmarszczył brwi.
– Nie wiedziałem, że na Rue Sainte-Roseline są maszynistki. Moja ciotka mieszka na rogu przy parku.
– Och, nic w tym dziwnego – odezwała się Élise smutnym głosem, rzucając mi krótkie, mordercze spojrzenie. Była bardzo do mnie podobna, tylko ładniejsza, o delikatnej, elfickiej twarzy, którą większość ludzi uważała za uroczą. To ona zazwyczaj przejmowała inicjatywę we wszelkich negocjacjach – także tych w dzieciństwie, dotyczących większych deserów – bo odnosiła w nich większe sukcesy niż ja. Nie miałam jej tego za złe. Ona też nie traktowała mnie z tego powodu z wyższością; po prostu zaakceptowałyśmy, że tak właśnie to wygląda w naszym przypadku. – Obawiam się, że jesteśmy beznadziejne, jeśli chodzi o reklamę. – Élise przywołała na twarz samokrytyczny grymas. – Nie mamy nawet szyldu na drzwiach! Klienci polecają nas sobie ustnie.
Właściciel uśmiechnął się uprzejmie.
– Cóż, dam znać najpóźniej do piątku. Mają panie telefon?
Zapewniłyśmy go, że tak. W rzeczywistości w zgłoszeniu podałam numer do biura Gabriela, choć ten narzekał, że znowu musi pełnić rolę sekretarza, dopóki Élise nie udobruchała go pocałunkiem.
Wyszłyśmy z budynku i poczekałyśmy, aż właściciel zamknie drzwi. Czynsze za wszystkie inne lokale przy Charlotte Square przekraczały mój budżet – i to znacznie – ale nic nie można było na to poradzić. Musiałam po prostu znaleźć sposób na zwiększenie darowizn. Wiedziałam, że jeśli mi się to nie uda, zostanę eksmitowana. Élise obliczyła, że nawet jeśli Mathieu odkryje oszustwo po tym, jak się wprowadzę – co było bardzo prawdopodobne – faktyczna eksmisja zajmie sześć miesięcy lub więcej, ponieważ tyle wynosiło obecnie opóźnienie w rozpatrywaniu spraw przez odpowiedni sąd.
Gdy właściciel lokalu uścisnął nam dłonie na pożegnanie, mój żołądek zaburczał żenująco głośno.
Wszystkie te intrygi! Nie byłam do nich stworzona, a Élise o tym wiedziała. Łypnęła na mnie groźnie, jakby szykowała się do interwencji, gdyby w ostatniej chwili ruszyło mnie sumienie i zmusiło do wyznania prawdy.
Mężczyzna chyba usłyszał burczenie albo z jakiegoś innego powodu jego twarz złagodniała, kiedy puścił moją dłoń.
– Przykro mi, że zostały panie zmuszone do wyprowadzki – powiedział. – To naprawdę coś niezwykłego być tak blisko tak potężnego zaklęcia! Widziałyście panie maga, który je rzucił?
Ta uwaga – a raczej entuzjazm, z jakim ją wypowiedział – sprawiła, że na chwilę zaniemówiłam. Élise jak zwykle przyszła mi z pomocą.
– Na szczęście nie. Interesuje się pan magią?
Mathieu zaśmiał się z zakłopotaniem.
– Obawiam się, że tak. Przepraszam, ale od dzieciństwa mam lekką obsesję na punkcie magów – powiedział i po chwili dodał ze smutkiem: – Sam nie potrafię rzucić żadnego czaru. Nie żebym nie próbował. Ale śledzę ich poczynania w gazetach. W tym samego Króla Czarnoksiężników. Zastanawiałem się, czy to on mógł stać za eksplozją przy Rue Sainte-Roseline. Coś na taką skalę, rozumieją panie… Mówią, że obecnie przebywa w Nowym Jorku. – Mathieu wyglądał na zaniepokojonego i jednocześnie podekscytowanego tą perspektywą. – Nowy Jork nie jest daleko, prawda? Tylko kilka godzin jazdy pociągiem.
– Istotnie niedaleko – zgodziłam się. – O wiele za blisko.
Havelocka Renarda Królem Czarnoksiężników ochrzcili ci, którzy chcieli go obrazić. Epitet ten przez lata nabrał mrocznego i niemal mitycznego znaczenia, podobnie jak w przypadku Baby Jagi czy Sinobrodego. Renard był uważany za nieoficjalnego przywódcę najgorszej grupy magów: tych, którzy idealizowali apokaliptyczne pokazy magii.
– Przepraszam – powtórzył Mathieu, a jego ciemna twarz oblała się rumieńcem. – Proszę zrozumieć, że nie jestem jednym z tych upiornych wielbicieli uznających czarnoksiężników za bohaterów. Ale jego moc jest niezwykła… oczywiście w przerażający sposób.
Otworzyłam usta, by powiedzieć, że „przerażający” to zbyt łagodne określenie, lecz Élise nie dopuściła mnie do głosu.
– Tak, a my możemy tylko mieć nadzieję, że Renard nie zainspirował nikogo do sprowadzenia na nas końca świata. Boże! To, że Król Czarnoksiężników poniósł porażkę trzy lata temu, nie oznacza, że poniesie ją również przy następnej próbie. On albo inny szaleniec żądny władzy.
– Cóż, nie wiemy na pewno, czy taki był jego plan – rzekł Mathieu z taką miną, jakby zamierzał wyrecytować listę wielokrotnie powtarzanych argumentów. – Nie można wierzyć we wszystko, co mówią rymowanki dla dzieci.
– „Włosy pełne pająków, oczy jak dwa ognie”? – powiedziała Élise. – Czy nie tak brzmi jedna z piosenek, które śpiewają o nim dzieci? Uwierzyłabym w jeszcze gorsze rzeczy o Havelocku Renardzie.
Mathieu zaczął się bawić piórem.
– Chciałbym zaoferować paniom to miejsce. Porozmawiam z Hamadem. Jestem pewien, że on…
– Z kim? – spytała ostro Élise.
– Z Hamadem El-Kourym. Na pewno go panie znacie? Prowadził sklep z kanapkami przy Rue Sainte-Roseline i jest naprawdę świetnym człowiekiem. Jeśli za panie poręczy, nie musicie szukać dalej. Nawet zrezygnuję z kaucji, bo to sprawiedliwe. Nie zasłużyły panie na taki… niefortunny obrót wydarzeń.
– To bardzo miłe – mruknęła Élise, ale zmarszczyła brwi, najwyraźniej zastanawiając się nad wyjściem z sytuacji.
Och, Hamad na pewno by za mnie poręczył jako za odpowiedzialną, dobrze zorganizowaną i przyjazną właścicielkę doskonale prowadzonego schroniska dla kotów. Nagle rozbolała mnie głowa, a wtedy sobie uświadomiłam, jak mało spałam.
– Dobrze, dobrze – powiedział Mathieu z uśmiechem. – W takim razie mogę…
– Dziękuję, ale nie musi pan zawracać sobie głowy Hamadem – przerwałam mu pośpiesznie. – Przemyślałam sprawę i wydaje mi się, że to miejsce jest zbyt małe na nasze potrzeby. Dziękuję za poświęcony czas.
Oddalając się, czułam na sobie zdziwiony wzrok Élise i Mathieu.
Siostra dogoniła mnie przy fontannie na Charlotte Square. Siedziałam na kamiennej ławce i ocierałam łzy z oczu. Starałam się robić to dyskretnie, żeby nie ściągać na siebie uwagi, ale para siedząca kilka metrów dalej zerkała na mnie z niepokojem.
– Przestań – rzuciła szorstko Élise, przytulając mnie do siebie.
Oczywiście wiedziałam, że nie złości się na mnie, tylko na całą sytuację. Choć była dwa lata młodsza, od dzieciństwa często zachowywała się jak starsza siostra – prawdopodobnie dlatego, że miała nade mną przewagę wzrostu. Zwykle polegało to na tym, że kiedy szłyśmy ulicami miasta, trzymała mnie za rękę i kazała przez cały czas trzymać się blisko niej, jakby jej dodatkowe centymetry miały magiczną moc ochronną.
– Posłuchaj. – Odsunęła się, by spojrzeć mi w oczy. – Po tym, jak odeszłaś, Mathieu wspomniał mi o miejscu przy porcie, które będzie wolne od przyszłego miesiąca. Pójdę tam i wypytam o szczegóły.
– Będziesz znowu musiała kłamać. – Wytarłam oczy, nakazując sobie natychmiast przestać płakać.
– Tak, ale będzie łatwiej, kiedy nie będziesz stała obok i patrzyła na mnie, jakbym obrażała naszą matkę. Jeśli znów nam się nie uda, poproszę Gabriela o pomoc.
– On nie ma czasu – sprzeciwiłam się, choć obie wiedziałyśmy, że nie na tym polega prawdziwy problem.
Mąż mojej siostry startował w wiosennych wyborach, a szanse kandydatów były zbyt wyrównane, by czuł się spokojny. Gdyby do gazet trafiła jakakolwiek informacja pachnąca skandalem, mogłoby to oznaczać koniec jego kariery. Naciskanie na właścicieli nieruchomości, by pomogli organizacji charytatywnej jego szwagierki, z pewnością kwalifikowało się do takiej kategorii nadużyć.
Élise nawet nie zamierzała się ze mną spierać.
– Gdyby tylko ta twoja pani Richard nie była tak nieznośną sknerą – powiedziała. – Mogłaby pozwolić sobie na remont, ale cieszy się, że ma pretekst, żeby sprzedać lokal pod zabudowę.
– Tego nie wiesz – zaprotestowałam. Moja gospodyni była zrzędliwa, ale pod tą powłoką kryło się dobre serce. – Pozwoliła mi zostać tak długo, jak potrzebuję, za połowę czynszu.
– Och, Agnes. – Élise popatrzyła na mnie z czułą irytacją. – W twoim sklepie brakuje ściany! Oczywiście, że pozwoliła ci zostać, bo kto inny chciałby taki lokal? Babsztyl w ogóle nie powinien pobierać czynszu. Już zapomniałaś o przecieku w dachu, którego nie chce naprawić?
– Ona się starzeje, Élise – zauważyłam. – Utrzymanie tych starych budynków na pewno nie jest łatwe.
Siostra jęknęła.
– Jeśli powiesz jeszcze jedno współczujące słowo o tej kobiecie, wepchnę cię do fontanny – ostrzegła. – Słuchaj, wpadnę do ciebie wieczorem. Obiecujesz, że weźmiesz dzień wolny? Od tygodni się zapracowujesz.
– Nie mogę. – odparłam.
„Jestem tylko ja”, pomyślałam, ale nie powiedziałam tego na głos.
Nie chciałam wzbudzić w Élise poczucia winy, że nie może bardziej mi pomóc. Zbyt wiele razy kłóciłyśmy się o moje przepracowanie, żeby dojść do konstruktywnych wniosków.
Élise westchnęła, uściskała mnie krótko i odeszła szybkim krokiem. Wiecznie gdzieś się śpieszyła. Jako szefowa kampanii była potrzebna Gabrielowi tak bardzo jak mi w schronisku.
Ruszyłam przed siebie, żeby pojechać tramwajem do biblioteki i jeszcze raz przejrzeć oferty wynajmu. Byłam jednak tak pogrążona w myślach, że skręciłam w złą ulicę, ale zauważyłam to dopiero wtedy, gdy znalazłam się na Rue des Hirondelles.
– Znowu – mruknęłam.
Dlaczego, u licha, ciągle tu trafiałam? Czyżby jakaś siła wyższa postanowiła mnie dręczyć?
Ogarnął mnie swego rodzaju ślepy gniew. Nie byłam wściekła na nikogo konkretnego, chyba że na mnie samą. Uznałam, że równie dobrze mogę rzucić okiem na miejsce, przed którym ostrzegał mnie pan Levasseur, chociaż nie było mnie na nie stać bez względu na reputację właściciela lokalu. Co innego miałam do roboty?
„Nic, poza powrotem do schroniska i wpatrywaniem się w dziurę w ścianie”, pomyślałam.
Parsknęłam zduszonym śmiechem, a mężczyzna idący w przeciwnym kierunku ominął mnie szerokim łukiem.
Rue des Hirondelles była wąską uliczką z szarymi domami o wysokich oknach, z których każde składało się z kilkudziesięciu małych szyb. Najwyższe z nich lśniły delikatnie w popołudniowym świetle. Spomiędzy mansardowych dachów widać było tylko wąski pas nieba. Mimo ciasnoty zawsze uważałam ten zaułek za uroczy, gdy z rzadka zdarzało mi się tu trafić. Było w nim coś tajemniczego, jak w szkatułce na biżuterię, po otwarciu której natrafia się na coraz to kolejne ukryte kieszonki i szufladki.
Brukowana ulica prowadziła na niewielkie wzgórze ze starym kamiennym kościołem pełnym groźnych gargulców i kolorowych witraży. Ze skrzynek okiennych zwisała wypielęgnowana zieleń. W połowie drogi znajdował się niewielki placyk, zbyt mały, żeby nadano mu oficjalną nazwę. Z jednej jego strony ciągnął się rząd ładnych, srebrnych klonów, pod którymi stały ławki. Połowę skweru zajmowały stoliki dość hałaśliwej kawiarni La Fin, otwartej do późna.
Nie była to zamożna okolica. Mimo to nie mogłabym sobie na nią pozwolić, jako że tutejsze lokale miały ponadprzeciętne rozmiary, a oferty ich wynajmu rzadko trafiały na rynek. Zauważyłam, że większość klientów La Fin to marynarze, robotnicy z fabryk i inni ciężko pracujący ludzie. Wszyscy przechodnie mieli na sobie tylko praktyczne kapelusze i znoszone buty. Wygląd niektórych osób – być może zmierzających do jadłodajni z darmową zupą – sugerował, że przechodzą one trudny okres. Lecz sama okolica i jej mieszkańcy wydawali się zadbani w sposób wykraczający poza podstawową czystość, choć nie potrafiłam ubrać w słowa tego wrażenia.
Zatrzymałam się przed piekarnią sprzedającą – ku mojemu przerażeniu – czekoladowe brioszki. Kilka sklepów było tego dnia zamkniętych, ale nie dostrzegłam żadnego opuszczonego, podobnie jak ani jednego ogłoszenia o wolnym lokalu. Albo pan Levasseur się pomylił, albo to miejsce zostało już wynajęte.
Tuż za placem przystanęłam przed oknem wystawowym sklepu z samymi szalam. Na drzwiach lokalu wisiała tabliczka z napisem „Zamknięte”. Zasłony były zaciągnięte, więc mogłam jedynie zerknąć do środka przez kwadrat z zielonkawego szkła. Coś w tym miejscu wzbudziło moją ciekawość – może chodziło tylko o to, że ta część ulicy była starsza i bardziej zacieniona, przez co sam sklep wyglądał jak nawiedzony.
Obok znajdowała się mała, zaniedbana księgarnia. Mimo nieuporządkowanej witryny i chwiejnych stosów książek na wystawionym na zewnątrz stoliku było w tym przybytku coś zachęcającego.
Gdy do niego weszłam, zabrzęczał dzwonek, ale hałas najwyraźniej nie zaalarmował jedynej osoby obecnej w środku, starszej kobiety drzemiącej na krześle za ladą. Pomieszczenie było wąskie i pełne regałów oświetlonych ciepłym blaskiem lampy.
– Madame?
Kobieta otworzyła oczy i przez chwilę na mnie patrzyła, mrugając.
– Przepraszam panią – powiedziała po angielsku. Była niska, opatulona w kolorowe, ręcznie dziergane rzeczy, od swetra po czapkę i koc na kolanach. – Ledwo zarabiam na siebie. Proszę spróbować w La Fin.
Minęła chwila, zanim się zorientowałam, o co jej chodzi. Spojrzałam na swoją teczkę i wsunięty pod pachę notatnik z kartonowymi zakładkami.
– O nie, nie szukam pracy – wyjaśniłam pośpiesznie. – Zastanawiałam się nad lokalem obok.
Życzliwość w oczach kobiety nagle ustąpiła miejsca czujności.
– W takim razie co pani tutaj robi? Nie są zamknięci. To miejsce nigdy się nie zamyka. Nie zna pani drogi?
Nic nie rozumiałam.
– Słyszałam, że w okolicy jest sklep do wynajęcia – powiedziałam wolno i zauważyłam, że kostki jej palców zaciśniętych na poręczy krzesła zbielały.
– A gdzie to pani słyszała? – zapytała kobieta. – Od jednego z nich?
– Mm – wymamrotałam. Chociaż biegle posługiwałam się angielskim, nie był to mój język ojczysty, a kiedy rozmowa nie przebiegała zgodnie z moimi oczekiwaniami, zdarzało mi się gubić. Zaczęłam się zastanawiać, czy ta kobieta jest całkiem zdrowa na umyśle.
Pochyliła się do przodu i utkwiła we mnie ostry wzrok.
– Skoro pani nie wie, o czym mówię, proszę wyjść i poszukać gdzie indziej. – Każdą sylabę wymawiała wyraźnie i precyzyjnie. – W tym mieście jest dużo lokali do wynajęcia. Zwyczajnych. Jeśli mnie pani rozumie, proszę uprzejmie o opuszczenie tego miejsca. Nie chcę kłopotów. Nie mogę sobie na nie pozwolić.
Wsparła się na lasce i dźwignęła z krzesła, po czym ostrożnie weszła między regały i zniknęła na zapleczu.
Patrzyłam za nią, analizując jej słowa. Jedno wydawało się jasne: sąsiedni sklep rzeczywiście był tym, którego szukałam. Zastanawiałam się, czy ta kobieta ma jakiś konflikt z jego właścicielem. Spory między sąsiadami potrafiły być naprawdę zażarte.
Chciałam wierzyć w to prozaiczne wyjaśnienie, ale w rzeczywistości nawet gdyby ta kobieta poinformowała mnie, że w środku nocy z lokalu obok dochodzą przerażające krzyki, i tak zbadałabym sprawę. Może to brzmi absurdalnie, podobnie jak bajki o głupich bohaterkach otwierających drzwi, których wprost zabroniono im dotykać. W takich opowieściach często pomija się fakt, że zwracanie uwagi na niejasne ostrzeżenia stanowi przywilej osób zajmujących wygodną pozycję w życiu.
Podeszłam do sklepu z szalikami i do niego zapukałam. Kobieta z księgarni nie miała racji – lokal bez wątpienia był zamknięty. Spodziewałam się, że drzwi uchylą się ze skrzypieniem i jakaś upiorna ręka zaprosi mnie do środka, ale po chwili ciszy usłyszałam jedynie całkiem zwyczajne kroki, po czym w progu ukazał się młody mężczyzna.
Miał około dwudziestu lat, długie, ciemne włosy, oliwkową cerę i zaniepokojony wyraz twarzy. Uśmiechnął się do mnie z serdecznością sugerującą, że oczekiwał mniej przyjemnego gościa.
– Dzień dobry – powiedział. – Chyba się nie znamy… Yannick Abrams, witam. Szuka pani czegoś konkretnego? Zapraszam… Jest dość wietrznie, prawda? Nie musi pani pukać, wystarczy po prostu wejść.
Wszystko to wyrzucił z siebie jednym tchem, a ja, całkiem zdezorientowana, wymamrotałam coś na powitanie i weszłam do sklepu.
Znalazłam się w dużej, pełnej echa przestrzeni o ceglanych ścianach i podłodze wyłożonej kamiennymi płytami w kolorze mgły. Od razu zauważyłam, że jest to zabytkowy budynek o niemal średniowiecznym wnętrzu, jak te pochodzące z czasów założenia miasta. Okna wyglądały jak z końca osiemnastego wieku, natomiast mury prawdopodobnie liczyły sobie jakieś pięćdziesiąt lat. Kolejne warstwy historii były tu widoczne jak na stanowisku archeologicznym. Zastanawiałam się, ile różnych sklepów mieściło się w tym lokalu na przestrzeni pokoleń. Jego wnętrze okazało się prawie puste, ale w sposób sugerujący, że zostało splądrowane, a nie schludnie posprzątane. Pod ścianami stało kilka krzeseł i przypadkowo rozmieszczonych, delikatnie rzeźbionych stołów. Na jednym leżały stosy kolorowych szali, na innym drewniane wieszaki. Na ladzie ciągnącej się wzdłuż frontowych okien stała stara kasa fiskalna z ogromnymi klawiszami w rodzaju tych, które po naciśnięciu wydają niepokojący dźwięk. Chaotyczny wygląd całego miejsca podkreślało słabe oświetlenie. Ciężkie zasłony były zaciągnięte, a lampa naftowa paląca się na jednym ze stołów rzucała dziwne cienie.
Zmarszczyłam brwi. Co robił Yannick, zanim zapukałam? Siedział sam w ciemności?
W głębi sklepu, w pobliżu drzwi, które musiały prowadzić na zaplecze, zobaczyłam duży, osobliwy piec wbudowany w kamienną ścianę. Na jego widok pożałowałam swoich wcześniejszych myśli o bajkach.
Yannick poprawił schludny garnitur w nerwowy sposób, jakby nie był przyzwyczajony do takiego ubioru.
– Co pani miała nadzieję znaleźć? – spytał.
Dziwnie sformułowane pytanie.
– Przepraszam – powiedziałam. – Może źle mnie poinformowano, ale sądziłam, że to miejsce jest do wynajęcia.
Twarz młodzieńca przeszła niezwykłą serię przemian – od zaskoczenia, przez zrozumienie i wątpliwości, po nagłą radość. Mimo dezorientacji omal się nie roześmiałam, bo jeszcze nigdy nie spotkałam osoby będącej lepszą ilustracją określenia „jak otwarta księga” niż ów Yannick Abrams.
– Ach, prowadzi pani sklep! – wykrzyknął. – Tak, mamy wolne miejsce… To znaczy: lokal jest wolny. Tak. Jakie rzeczy pani sprzedaje?
To pytanie zadał z nutą desperacji w głosie, jakby chciał odwrócić moją uwagę od jego dziwnej reakcji. Byłam za bardzo zbita z tropu, żeby odpowiedzieć na nie inaczej niż wprost:
– Cóż, w pewnym sensie koty. Prowadzę organizację charytatywną, która ratuje i rehabilituje koty uliczne, po czym oddaje je do adopcji. Naszym celem jest zmniejszenie populacji bezdomnych zwierząt żyjących w mieście, jeśli uda nam się zebrać niezbędne środki. W schronisku pracuje tylko kilka osób: moja siostra, ja i kilkoro wolontariuszy.
– Jak miło – rzekł Abrams, a ja wyraźnie zauważyłam, że w jego głowie kłębią się myśli. Co dziwne, w żaden sposób nie zareagował na informację o kotach, ale wzmianka o organizacji charytatywnej wzbudziła w nim wyraźną iskrę podekscytowania. – Od dawna działa pani w tej branży?
Przedstawiłam mu ogólny zarys historii Les Amis des Chats, nie pomijając moich licznych pozytywnych referencji, a także łagodnego usposobienia naszych podopiecznych. Przez cały czas czekałam na nieuniknione. Yannick słuchał z przyjemnym uśmiechem, wyraźnie zaabsorbowany jakimś wewnętrznym dialogiem.
– Jest pan właścicielem tej nieruchomości, prawda? – zapytałam na koniec.
– Właścicielem? – powtórzył Abrams. – O nie. Jestem jego… jego przedstawicielem.
Powiedział to z tak oczywistym zadowoleniem ze znalezienia właściwej odpowiedzi, że niemal zrobiło mi się go żal. Jednocześnie mój niepokój wyraźnie wzrósł. Czy nikt nigdy nie powiedział temu młodzieńcowi, że jego myśli są tak widoczne jak kawałek jedzenia w kąciku ust?
– Chciałaby pani obejrzeć lokal? – spytał z zapałem.
„Nie, dziękuję”, powiedział mądry głosik w mojej głowie, ale go zignorowałam.
– Ja… Czy mogę najpierw zapytać o czynsz?
– Oczywiście! – powiedział Yannick Abrams i podał kwotę o połowę mniejszą od stawki pana Levasseura.
Wytrzeszczyłam oczy.
– Za tydzień?
– Za miesiąc. – Nagle na jego twarzy pojawił się wyraz jeszcze większego niż do tej pory zatroskania, a raczej prawdziwego niepokoju. – Wiem, że to niewiele, ale widzi pani, mamy trudności z utrzymaniem najemców. Ostatnia lokatorka, importerka szalików z całego świata, wyprowadziła się bez uprzedzenia. Wcześniej był piekarz, który nawet nie zadał sobie trudu, żeby zabrać ze sobą swoje ciasta. Pewnego ranka znaleźliśmy je w witrynie sklepowej, a po nim samym nie było śladu.
– Rozumiem – bąknęłam.
Cóż, przynajmniej wyjaśniła się obecność pieca. Taką w każdym razie miałam nadzieję.
– Zapraszam – powiedział Yannick, znów cały w uśmiechach.
Ruszyłam za nim na tyły sklepu. Po drodze Abrams wskazał na szale i zapewnił mnie, że wszystkie zostaną spakowane i usunięte, zanim się wprowadzę. Kamienne płyty były tak nierówne, że miałam wrażenie, jakbym próbowała utrzymać równowagę na pokładzie statku. Chłonęłam wzrokiem ogrom podłogi. Moglibyśmy wygodnie zmieścić na niej co najmniej dziesięć dodatkowych klatek i nadal mieć dość miejsca, żeby wolontariusze i goście swobodnie się przemieszczali, o nic się nie potykając.
Zatrzymałam się przy piecu czarownicy i drgnęłam, kiedy do moich nozdrzy dotarła woń masła. Croissanty czy kruche ciasteczka? Czy Yannick nie wspomniał, że przed sprzedawczynią szali urzędował tutaj piekarz?
– Nadal jest używany? – zapytałam.
Yannick zerknął na piec i zmarszczył brwi z dziwną irytacją.
– Nie. Powinniśmy go zamurować, bo tylko przeszkadza.
Na zapleczu mieścił się mały salonik z kanapą, biurkiem i regałem na książki. Okna wychodziły na wąski zaułek, za którym znajdował się Parc Saint-Aimé, skwer z ogrodami, drzewami i ścieżką z obu stron ozdobioną latarniami.
Dużą część podłogi zajmował perski dywan w krzykliwych kolorach.
– Pod spodem jest zapadnia – poinformował mnie Yannick, wygładzając stopą zagiętą krawędź dywanu. – Nie próbowałbym tam schodzić. Piwnica nie była sprzątana i jest dość niebezpieczna. Wszędzie mamy pleśń. I szczury. Ogromne szczury! Wie pani, jak to jest w starych budynkach.
Od razu zrozumiałam, że jeśli to miejsce rzeczywiście nawiedzają duchy albo coś gorszego, piwnica jest ich królestwem.
– Proszę się nie martwić – powiedziałam z całkowitą szczerością, bo nie byłam tak głupia jak bohaterki bajek. – Nie interesuje mnie eksplorowanie.
Abrams uśmiechnął się do mnie promiennie.
Ruszyliśmy w górę po spiralnych schodach, kolejnym relikcie minionej epoki, choć nie tak uroczym jak inne. Nie miały poręczy i były tak wąskie, że tworzyły nieprzyjemną, ciasną, ciemną przestrzeń. Mieszkanie na piętrze okazało się jednak przytulne, zachęcające. Parkiet był porysowany, a w środku pachniało stęchlizną i pajęczynami, ale bez trudu mogło temu zaradzić porządne wietrzenie. Wąski korytarz oddzielał dwie sypialnie – obie przestronne i czyste – od dużego salonu z imponującym sufitem, elegancką boazerią, oknami skrzydłowymi o takiej wysokości, że w każdym naliczyłam co najmniej dwa tuziny szyb, oraz małym balkonem z widokiem na park. Szkarłatne fotele wyglądały na stare, ale drogie, tak że mogłam sobie wyobrazić rozpartych w nich dawno zmarłych arystokratów.
– Trochę to wszystko zakurzone – rzekł Yannick, marszcząc brwi. – Zadbam, by tu posprzątano, zanim pani się wprowadzi.
Następnie pokazał mi małą kuchnię oraz łazienkę z odsłoniętymi rurami, które niepokojąco zabrzęczały i zadrżały, kiedy odkręciłam wodę. Na górze nie było prądu, tylko grzejniki olejowe i świeczniki, ale pod każdym innym względem lokal wyglądał bez porównania lepiej niż ten pana Levasseura. Wręcz chłonęłam wzrokiem to absurdalnie wykwintne wnętrze.
– Przepraszam – powiedział Yannick i lekko potrząsnął jedną z nadal brzęczących rur. – Chyba wiem… to znaczy, być może uda mi się to naprawić. A raczej zrobi to hydraulik. Tak, wezwę hydraulika, żeby wszystko sprawdził, zanim pani się wprowadzi.
Nic nie odpowiedziałam. Milczałam, kiedy przechodziliśmy z pokoju do pokoju. Mój niepokój się pogłębiał i niebezpiecznie zbliżał do paniki. Przez cały czas miałam nadzieję, że znajdę jakieś wyjaśnienie – jakiekolwiek, nawet najgorsze. Może kiedyś mieszkał tu morderca, który robił meble z kości swoich ofiar? Może lokal zasiedlały trzydziestocentymetrowe karaluchy, odporne na wszelkie pułapki i trucizny wymyślone przez ludzi? Lecz w miarę upływu czasu nie pojawiały się żadne szkielety ani potworne owady. Czułam się coraz bardziej nieswojo.
– To już wszystko! – oznajmił Yannick, kiedy wróciliśmy na parter.
Przez zabytkowe okna wpadało przyjemne jesienne słońce, a po bruku toczył się wózek z kwiatami jak z pocztówki. Doskonale pamiętałam, że kiedy szliśmy na górę, zasłony były zaciągnięte, a nie słyszałam, żeby ktoś wchodził do środka.
– I co pani sądzi? – zapytał Abrams.
Jego spojrzenie zdradzało tłumioną, ale doskonale widoczną ekscytację. Tylko na niego patrzyłam, nie wiedząc, co odpowiedzieć. To miejsce było idealne, tak. Niepokojąco, złowrogo idealne. Mój instynkt krzyczał jednak, że powinnam grzecznie podziękować Yannickowi, wyjść ze sklepu i nigdy więcej tu nie wracać. Czułam się jak liść zbliżający się do wodospadu – miałam wrażenie, że przyciąga mnie coś mrocznego i nieubłaganego. Oczywiście mogłam to zrobić. Po prostu wyjść, wrócić do schroniska przy Rue Sainte-Roseline, zająć się kotami i listami kontrolnymi. Postanowić, że następnego dnia wznowię poszukiwania innego lokalu, którego właściciel zamknie mi drzwi przed nosem albo przeprosi mnie z westchnieniem żalu.
Po czym powtórzyć ten proces kolejnego dnia i kolejnego, aż nadejdzie zima. A wtedy nie będzie już żadnych drzwi, do których mogłabym zapukać.
Odwróciłam się do Yannicka.
– Kiedy mogę się wprowadzić?
Uświadomienie sobie, że popełniłam fatalny błąd, zajęło mi około dziesięciu minut.
Nie, to nie do końca prawda – od początku wiedziałam, że to zrobiłam, ale uznałam, że była to mniej poważna katastrofa niż utrata dachu nad głową. Ale czy rzeczywiście tak było? Idąc w kierunku zachodzącego słońca, zatrzymałam się pół tuzina razy, gotowa wrócić i oznajmić Yannickowi, że jego lokal nie nadaje się na schronisko dla kotów.
Najbardziej martwiła mnie magia.
Pomyślałam o niej z powodu zasłon oraz wyraźnej desperacji Abramsa, żeby znaleźć jakiegokolwiek najemcę. Podejrzewałam, że sklep był wcześniej domem magicznego lokatora – może nawet tamtego piekarza, który rzucał zaklęcia na swoje ciasta i bochenki chleba.
Nie wiedziałam, czy to możliwe – jak większość ludzi, niewiele rozumiałam z magii, ponieważ czarnoksiężnicy nie byli zbyt skłonni dzielić się wiedzą. Wszyscy jednak wiedzieli, że zaklęcia są związane z przedmiotami. Czarodzieje nie tyle posługiwali się magią, co przywoływali ją z jakiegoś tajemniczego innego świata i wiązali z naszym za pomocą naczyń, które nazywali artefaktami. Każdy człowiek mógł rzucić czar polegający jedynie na wypowiedzeniu słowa, aby uwolnić magiczną moc z wisiorka, pierścienia, książki czy karafki.
Było to jednak niebezpieczne, ponieważ zaklęcia zwykłych śmiertelników kończyły się niepowodzeniem dużo częściej niż te rzucane przez magów. Czasem nawet powodowały śmierć domorosłego czarownika.
Oczywiście to nie wystarczało, by zdusić w ludziach chęć posiadania magicznych przedmiotów. Z tego powodu handel nimi był nielegalny w Montrealu i większości innych cywilizowanych miejsc. Mówiono, że pojedyncze sklepy z artefaktami nadal działają, tylko że w tajemnicy, choć bez wątpienia niektóre z nich prowadzili szarlatani skorzy do żerowania na głupich lub zdesperowanych.
Coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że trafiłam na najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie. Tamto miejsce było kiedyś sklepem z artefaktami, a jego właściciel pozostawił po sobie jakąś klątwę, a może nawet kilka. Okazały się tak straszne, że nikt nie chciał długo tam przebywać. Może poręcz schodów zamieniała się o północy w głodnego węża. Albo od kasy fiskalnej robiły się brodawki na palcach. Możliwe też, że w rzeczywistości w sklepie nie czaiło się żadne zło, ale sama jego reputacja wystarczała, żeby odstraszyć większość rozsądnych najemców.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Francuski odpowiednik wyrażenia „coś takiego” (przyp. tłum.). [wróć]
