Agnes Aubert. Mistyczne schronisko dla kotów - Heather Fawcett - ebook + książka

Agnes Aubert. Mistyczne schronisko dla kotów ebook

Fawcett Heather

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.



Dowiedz się więcej.
Opis

BESTSELLER „NEW YORK TIMESA”

Kobieta prowadząca w latach dwudziestych XX wieku schronisko dla kotów w Montrealu zwraca się o pomoc do zrzędliwego, ale uroczego czarnoksiężnika, by ocalić swoją placówkę. Tak rozpoczyna się wzruszająca i pełna ciepła powieść fantasy bestsellerowej autorki serii o Emily Wilde.

Agnes Aubert prowadzi uporządkowane życie, które w pełni jej odpowiada. Jako dumna kierowniczka organizacji charytatywnej ratującej koty poświęca się znajdowaniu nowych domów dla swoich bezdomnych podopiecznych.

Kiedy jednak schronisko musi znaleźć nową siedzibę, okazuje się, że jedynym właścicielem gotowym wynająć jej lokal jest tajemniczy Havelock – najsłynniejszy na świecie czarnoksiężnik, prowadzący w piwnicy nielegalny sklep z magicznymi przedmiotami. Havelock jest przystojny, lecz zrzędliwy i ekscentryczny, a Agnes nie czuje do niego nic poza pogardą. Zna plotki o jego mrocznej przeszłości, w tym pogłoski, że niegdyś o mały włos nie doprowadził swoją czarną magią do apokalipsy.

Pewnego dnia Havelocka odnajduje czarująca magini. Jej wizyta sprowadza niebezpieczeństwo zarówno na sklep z magicznymi przedmiotami, jak i na schronisko dla kotów. Aby ocalić swój azyl, Agnes musi połączyć siły z czarnoksiężnikiem, który niemal doprowadził do końca świata… i który być może właśnie próbuje skraść jej serce.

Havelock uosabia wszystko, czego Agnes nie potrzebuje w swoim życiu: chaos, kłopoty i nadmiar przygód. Kiedy jednak zaczyna poznawać go bliżej, odkrywa, że jest kimś więcej niż mrocznym magiem z legend. Być może również ona sama jest gotowa na odrobinę magii, intryg… i romans. W końcu drugie szanse nie są zarezerwowane wyłącznie dla kotów ze schroniska.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 383

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Agnes Aubert’s Mysti­cal Cat Shel­ter

Copy­ri­ght © 2026 by Heather Faw­cett Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2026 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Jadwiga Mik Korekta: Mag­da­lena Gór­nicka, Elwira Wyszyń­ska Ilu­stra­cja na okładce: Lol­loco Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Piotr Chy­liń­ski Ramka na stro­nie tytu­ło­wej i orna­menty roz­dzia­łowe: Sve­tlana Par­sha­kova/Adobe Stock Ilu­stra­cje kota na stro­nie tytu­ło­wej: Adobe Stock Pro­jekt książki: Caro­line Cun­nin­gham, na pod­sta­wie ory­gi­nal­nego pro­jektu Vir­gi­nii Norey

ISBN 978-83-68919-72-1

Pro­du­cent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Kon­sty­tu­cji 5/10, 00-657 War­szawa www.mag.com.pl han­[email protected]

Wyłączny dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Maz. tel. 22 733 50 10 www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Oczy­wi­ście Arte­mis

Rozdział 1

Zatrzy­ma­łam się na progu sklepu, żeby strzep­nąć z butów szron. Cienka, biała war­stewka w nocy osa­dziła się na para­pe­tach i bruku. Wyglą­dała jak strzępki futra, które mogłaby zosta­wić po sobie zima, gdyby była wielką bestią skra­da­jącą się po pogrą­żo­nym we śnie mie­ście. Na szczę­ście jesz­cze nie spadł śnieg.

Zdję­łam ręka­wiczki i dys­kret­nie spraw­dzi­łam, czy nie mam na ręka­wach kociej sier­ści. Wła­ści­ciel sklepu, star­szy, chudy męż­czy­zna, popa­trzył na mnie z powagą nie­współ­mierną do sytu­acji.

– Ma odpo­wied­nią wiel­kość – stwier­dzi­łam, w końcu rezy­gnu­jąc ze szcze­ro­ści. Sklep był lep­szy niż pozo­stałe lokale, które oglą­da­łam, ale nawet gdyby oka­zał się zły, bar­dzo chcia­łam zna­leźć coś, za co mogła­bym go pochwa­lić. Zauwa­ży­łam tylko tro­chę ple­śni w rogach, ale za to nie natra­fi­łam na żadne ślady myszy. Wyglą­dało jed­nak na to, że powierzch­nia jest praw­do­po­dob­nie o połowę mniej­sza, niż podano w ogło­sze­niu gaze­to­wym.

Pan Levas­seur uśmiech­nął się z wyraźną ulgą.

– To prawda, made­mo­iselle – powie­dział. – W tej oko­licy nie znaj­dzie pani niczego więk­szego. Tutejsi ludzie ciężko pra­cują i uczą się radzić sobie z tym, co mają.

Posłał mi zaczepne spoj­rze­nie, jakby szy­ko­wał się do kłótni. Ja tylko się uśmiech­nę­łam. Jego reak­cja świad­czyła o tym, że nie jestem pierw­szą osobą pyta­jącą o to miej­sce. A teraz, kiedy je zoba­czy­łam, z łatwo­ścią odga­dłam, która oferta – wła­ści­ciela czy najemcy – została odrzu­cona.

– To dobra loka­li­za­cja dla orga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nej – kon­ty­nu­ował pan Levas­seur. – Sio­stry Zba­wie­nia mają swój sklep po dru­giej stro­nie placu, a Saint-Jean pra­wie codzien­nie roz­daje dar­mowe posiłki.

– Tak? – mruk­nę­łam ner­wowo, uda­jąc zasko­cze­nie. Po dro­dze minę­łam Saint-Jean, ładny, ale znisz­czony, kamienny kościół liczący sobie co naj­mniej sto lat, oraz Sio­stry Zba­wie­nia zapew­nia­jące dar­mową odzież tym, któ­rych nie było na nią stać. W szcze­gól­nie trud­nych latach sama korzy­sta­łam ze wspar­cia obu tych insty­tu­cji.

Sły­sza­łam dobie­ga­jący z doków ryk syreny mgło­wej oraz odgłosy roz­ła­dunku stat­ków. Czu­łam zapach glo­nów i sadzy. Nie mogłam prze­stać myśleć o tym, że tak odizo­lo­wane miej­sce, poło­żone wśród maga­zy­nów i znaj­du­jące się z dala od zgiełku mia­sta, nie jest ide­alne dla moich celów.

„Pora­dzisz sobie – pocie­szył mnie cichy gło­sik. I zaraz dodał pesy­mi­stycz­nie: – Odrzu­cono cię osiem razy. Głowa do góry”.

Wypro­sto­wa­łam się, po czym przy­wo­ła­łam na twarz spo­kojny wyraz pew­nej sie­bie, doświad­czo­nej kobiety inte­resu. Po dłu­gim dniu oka­zało się to trudne; bolały mnie plecy i ogól­nie wola­ła­bym być w domu, naj­le­piej w gorą­cej kąpieli.

– Dla­czego pani się prze­nosi? – zapy­tał bez ogró­dek pan Levas­seur, jakby z góry prze­wi­dy­wał, że moja odpo­wiedź będzie nie­ko­rzystna.

Przez stale zmarsz­czone, krza­cza­ste brwi wyda­wał się wiecz­nie ze wszyst­kiego nie­za­do­wo­lony, ale odnio­słam wra­że­nie, że nabrał do mnie tro­chę sym­pa­tii po tym, jak wyra­zi­łam się przy­chyl­nie o jego lokalu.

– Wynaj­mo­wa­łam sklep przy Rue Sainte-Rose­line – odpo­wie­dzia­łam.

– Przy… – Wyraz jego twa­rzy się zmie­nił. – Chyba pani tam nie było, kiedy to się stało?

Nie mia­łam ochoty roz­ma­wiać na ten temat. Mimo to bar­dzo chcia­łam, żeby mi współ­czuł, więc zmu­si­łam się do tego, by zadać pyta­nie:

– Czy­tał pan o tym w gaze­tach?

– Oczy­wi­ście. Podobno zruj­no­wano kil­ka­na­ście skle­pów.

– Tak… Oba­wiam się, że mój jest jed­nym z naj­bar­dziej znisz­czo­nych. W tej chwili nie nadaje się do użytku. Moja gospo­dyni, pani Richard, może to potwier­dzić.

Otwo­rzy­łam teczkę, po czym wyję­łam z niej kartkę ze sta­ran­nie spi­sa­nymi na maszy­nie nazwi­skami i adre­sami – moimi refe­ren­cjami.

– Znam ją. To dobra kobieta – odpo­wie­dział. Zauwa­ży­łam, że lekko poczer­wie­niał z obu­rze­nia. – Prze­klęci mago­wie! Żeby poje­dyn­ko­wać się w biały dzień na ulicy peł­nej porząd­nych, pra­co­wi­tych ludzi. Ale czy to nie jest dla nich typowe?

– W rze­czy samej – potwier­dzi­łam, czu­jąc ści­ska­nie w gar­dle. – W takim razie chyba już pan rozu­mie mój pośpiech.

– Prze­klęci mago­wie! – powtó­rzył wła­ści­ciel, po czym nagle chwy­cił moją dłoń i ją uści­snął. – Wyrazy współ­czu­cia.

Jego tro­ska spra­wiła, że do oczu napły­nęły mi łzy – ku wła­snemu skrę­po­wa­niu pła­czę rów­nie łatwo, jak się rumie­nię, dosłow­nie na zawo­ła­nie. Jed­no­cze­śnie poczu­łam zna­jomą nie­chęć, która od dawna budziła się we mnie przy każ­dej wzmiance o magach. Nie lubi­łam u sie­bie tej reak­cji, więc sta­ra­łam się ją tłu­mić. Gniew zawsze wyda­wał mi się nie­prak­tyczną emo­cją, szcze­gól­nie wobec magów, nawet jeśli uza­sad­niały go nie­rów­no­waga sił i złe wyko­rzy­sta­nie mocy przez wielu z nich. Z dru­giej strony, rów­nie dobrze można by się zło­ścić na cały świat.

Gdy pan Levas­seur opro­wa­dzał mnie po miesz­ka­niu na pię­trze, jego maniery znacz­nie się popra­wiły. Góra oka­zała się rów­nie ponura jak sam sklep, słabo ocie­plona i dość brudna. Gorąca woda w umy­walce ledwo cie­kła. Ale z tej czę­ści mia­łam korzy­stać tylko ja, więc nie przej­mo­wa­łam się zbyt­nio jej sta­nem. Z okna sypialni roz­cią­gał się widok na Rzekę Świę­tego Waw­rzyńca, a para­pet był na tyle sze­roki, by zmie­ścił się na nim pokaźny zadek Jego Wyso­ko­ści. Łatwo mogłam sobie wyobra­zić, jak leni­wie wygrzewa się w słońcu w swoim ulu­bio­nym miej­scu.

– Widzę, że nie będzie pani spra­wiać żad­nych kło­po­tów – stwier­dził pan Levas­seur, gdy scho­dzi­li­śmy na par­ter. – Nie lubię się kłó­cić z moimi najem­cami. To psuje rela­cje. W zeszłym tygo­dniu eks­mi­to­wa­łem kobietę z lokalu nie­da­leko stąd. Miała dwoje dzieci, ale czy powie­działa mi o tym, kiedy pod­pi­sy­wała umowę? Nie lubię wynaj­mo­wać kwa­ter takim ludziom, bo ni­gdy nie wia­domo, co dzie­ciaki zro­bią z miesz­ka­niem. Kiedy ta kobieta zaczęła zale­gać z czyn­szem, nie­mal poczu­łem ulgę.

– Ça alors1 – mruk­nę­łam.

Pana Levas­seura chyba zawsty­dziła moja mina, bo dodał pośpiesz­nie:

– To kwe­stia utrzy­ma­nia. Kon­ser­wa­cja nie jest tania. Trak­tuję swoje obo­wiązki poważ­nie, w prze­ci­wień­stwie do nie­któ­rych. Nie uwie­rzy­łaby pani, jakie histo­rie sły­szę.

– Jakie? – spy­ta­łam, ponie­waż zaczę­łam się zasta­na­wiać, czy złą opi­nię pana Levas­seura o kole­gach można potrak­to­wać jako reko­men­da­cję. Lecz ludz­kie serce to eklek­tyczna rzecz, zbiór uprze­dzeń i sen­ty­men­tów, a ja zna­łam tego czło­wieka dopiero od dzie­się­ciu minut. Skąd mia­łam wie­dzieć, jak jest w jego przy­padku?

Gospo­darz zmie­rzył mnie wzro­kiem. Mam okrą­głą twarz i czę­sto się rumie­nię – cza­sami z emo­cji, cza­sami bez wyraź­nego powodu. To, w połą­cze­niu z sze­roko roz­sta­wio­nymi oczami, spra­wia, że wyglą­dam na mniej niż trzy­dzie­ści pięć lat oraz wydaję się szczera i nad­gor­liwa. Élise lubi żar­to­wać, że spra­wiam wra­że­nie, jak­bym zawsze zbie­rała fun­du­sze na szczytny cel. Pod każ­dym innym wzglę­dem jestem zwy­czajna. Prze­ciętne są zarówno moje włosy – natu­ral­nie krę­cone, ale raczej nie­sforne i bar­dziej wybla­kłe niż jakie­goś kon­kret­nego koloru – jak i wzrost oraz figura. Odkry­łam jed­nak, że to zaleta w kon­tak­tach z oso­bami nie­lu­bią­cymi tych, któ­rzy się wyróż­niają.

– Gdy­bym miał córkę – rzekł w końcu Levas­seur – przede wszyst­kim odra­dzał­bym jej ten lokal przy Rue des Hiron­del­les. Trudno tam utrzy­mać najemcę, i nic dziw­nego. Coś jest nie tak z wła­ści­cie­lem. Krążą o nim dziwne histo­rie… I jesz­cze ta restau­ra­cja na Mont­go­mery Squ­are. Jej piw­nica jest zale­wana przy­naj­mniej dwa razy w roku.

– Dzię­kuję za radę – powie­dzia­łam, choć byłam tro­chę roz­cza­ro­wana jej przy­dat­no­ścią. Nie chcia­łam wynaj­mo­wać restau­ra­cji i wie­dzia­łam, że ni­gdy nie będzie mnie stać na lokal przy Rue des Hiron­del­les. Zdzi­wiło mnie jed­nak, że już co naj­mniej trzeci raz w tym tygo­dniu sły­sza­łam o tej ulicy. Naj­pierw Élise zapro­po­no­wała, żeby­śmy odwie­dziły znaj­du­jące się przy niej sklepy, by popro­sić ich wła­ści­cieli o daro­wi­znę, a potem męż­czy­zna roz­da­jący ulotki pró­bo­wał mnie namó­wić, żebym poszła na występ muzyczny w jed­nej z tam­tej­szych kawiarni.

Pokrę­ci­łam głową. To tylko zbieg oko­licz­no­ści.

– Zacznijmy od poda­nia. – Pan Levas­seur uprzej­mie pod­su­nął mi krze­sło przy chwiej­nym stole. Z kie­szeni kami­zelki wyjął pióro i plik zmię­tych papie­rów. – Jakiego rodzaju orga­ni­za­cję cha­ry­ta­tywną pani pro­wa­dzi? Nie potrze­buję szcze­gó­łów, wystar­czy ogólny zarys. Domy­ślam się, że robi pani na dru­tach swe­try dla sie­rot, prawda?

Nad­szedł ten moment, więc zebra­łam się na odwagę i odpo­wie­dzia­łam:

– To orga­ni­za­cja cha­ry­ta­tywna zaj­mu­jąca się zwie­rzę­tami.

– Ach! Zbie­ra­cie pie­nią­dze na sło­nie czy coś w tym rodzaju? Sły­sza­łem, że ostat­nio nastały dla nich cięż­kie czasy.

Odnio­słam wra­że­nie, że do tej pory gospo­darz nie poświę­cał zbyt­niej uwagi tym zwie­rzę­tom.

– Nie, nie na sło­nie. Na koty.

– Koty. To tro­chę dziwne. Chyba jesz­cze ni­gdy nie spo­tka­łem kota w kawiarni.

– Nie, to nie będzie kawiar­nia, tylko azyl dla kotów.

– Dla kotów? – powtó­rzył pan Levas­seur. Jesz­cze ni­gdy nie widzia­łam u nikogo puściej­szego spoj­rze­nia. – A o co z nimi cho­dzi?

Mimo zimna poczu­łam, że na czoło wystę­puje mi pot. Wcze­śniej prze­ćwi­czy­łam w gło­wie tę roz­mowę, ale teraz wyczu­łam, że sytu­acja wymyka mi się spod kon­troli i zmie­rza do takiego samego końca jak inne.

– W mie­ście żyje duża popu­la­cja kotów…

– To prawda. – Gospo­darz zmarsz­czył brwi. – Za jed­nym z moich budyn­ków osie­dliła się cała kolo­nia. Nie­hi­gie­niczne stwo­rze­nia. Więc pani się nimi zaj­muje, tak? To nie jest zły pomysł, bo one cho­ciaż trzy­mają szczury w ryzach.

– Tak – mruk­nę­łam z wymu­szo­nym śmie­chem. – My się nimi zaj­mu­jemy, choć nie w ten spo­sób. Moja orga­ni­za­cja je przy­gar­nia, dopro­wa­dza do porządku, a następ­nie szuka dla nich odpo­wied­niego domu.

– Przy­gar­nia­cie koty? – Z jego twa­rzy z wolna zni­kał pusty wyraz i zastę­po­wało go prze­ra­że­nie. – Gdzie je trzy­ma­cie?

Chyba już wtedy powin­nam się zorien­to­wać, że sytu­acja jest nie do napra­wie­nia, ale despe­ra­cja skło­niła mnie do tego, by jesz­cze nie rezy­gno­wać, zwłasz­cza że w trud­nych chwi­lach mam skłon­ność do papla­nia.

– Koty są nie­zwy­kle czy­stymi stwo­rze­niami. Jako towa­rzy­sze, szcze­gól­nie osób star­szych, cho­rych i nie­do­łęż­nych… cóż, ich war­tość dla spo­łe­czeń­stwa jest nie do prze­ce­nie­nia. Kie­dyś tra­fi­łam do szpi­tala, w któ­rym miesz­kał kot…

– Przy­gar­nia­cie te zwie­rzęta – powtó­rzył gospo­darz, tym razem wol­niej. – I chce­cie je tu trzy­mać?

Prze­łknę­łam ślinę. Moje mil­cze­nie było wystar­cza­jącą odpo­wie­dzią.

– O nie – powie­dział pan Levas­seur. – Nie, nie, nie. Nic z tego nie będzie.

Wstał gwał­tow­nie, zebrał papiery i scho­wał je z powro­tem do kie­szeni razem z pió­rem. Jego brwi znowu były ścią­gnięte.

– Moja orga­ni­za­cja jest nie­wielka… – zaczę­łam.

– Bar­dzo dobrze, made­mo­iselle – prze­rwał mi wła­ści­ciel z lek­kim uśmie­chem. Zbli­żył się do mnie z wycią­gniętą ręką i popro­wa­dził mnie przez sklep z wprawą świad­czącą o dużym doświad­cze­niu. – Powo­dze­nia w roz­po­czę­ciu dzia­łal­no­ści cha­ry­ta­tyw­nej.

– Dzia­łamy już od ponad pię­ciu lat – pró­bo­wa­łam na­dal, choć znaj­do­wa­łam się coraz bli­żej wyj­ścia. – Moja obecna gospo­dyni może…

– Pro­szę uwa­żać na schody – ostrzegł pan Levas­seur, otwie­ra­jąc drzwi.

A potem zamknął mi je nagle przed nosem z takim impe­tem, że zaparło mi dech.

Rozdział 2

Przez jakiś czas błą­ka­łam się, gdzie nogi poniosą, i nie zwra­ca­łam uwagi na oto­cze­nie. Sądzę, że to zimno wyrwało mnie z odrę­twie­nia. Słońce już zaszło, a niebo przy­brało odcie­nie gra­natu i fio­letu. Roz­bły­sły latar­nie uliczne. Rozej­rza­łam się i ze zdu­mie­niem stwier­dzi­łam, że znaj­duję się w samym sercu sta­rego mia­sta, przed kawiar­nią, która wła­śnie zaczęła się napeł­niać wie­czor­nym tłu­mem męż­czyzn i kobiet w ele­ganc­kich kape­lu­szach i płasz­czach. Zbli­ża­łam się do skrzy­żo­wa­nia z Rue des Hiron­del­les, gdzie mie­ścił się sklep do wyna­ję­cia, przed któ­rym pan Levas­seur nie­po­trzeb­nie mnie ostrze­gał.

Na myśl o panu Levas­seu­rze – nie wspo­mi­na­jąc już o czyn­szach poza moim zasię­giem – pociem­niało mi w oczach. Spoj­rza­łam w lekko zapa­ro­wane okno kawiarni i zoba­czy­łam dobrze widoczne dla prze­chod­niów wyroby uło­żone w małych koszycz­kach. Chyba przez całą minutę z bur­cze­niem w brzu­chu wpa­try­wa­łam się w tartę budy­niową, zanim przy­po­mnia­łam sobie, jaki mia­łam budżet. Żad­nych cia­stek z kre­mem, dopóki nie znajdę miej­sca do życia i pracy, a może wtedy rów­nież – zależ­nie od kosz­tów nowego lokum.

Potem jesz­cze przez jakiś czas gapi­łam się na brioszkę cze­ko­la­dową.

Dopiero kiedy roz­dzwo­niły się dzwony bazy­liki, a wąską uliczkę wypeł­niło ich upiorne echo, zda­łam sobie sprawę z upływu czasu. Odwró­ci­łam się od okna kawiarni i pośpiesz­nie ruszy­łam w stronę domu. Omi­nę­łam grupę mło­dych ludzi, już na wpół pija­nych. Dwie dziew­czyny trzy­mały się za ręce i krę­ciły w kółko ze śmie­chem, powie­wa­jąc spód­ni­cami i płasz­czami.

Droga od tęt­nią­cej życiem dziel­nicy restau­ra­cyj­nej do celu nie była daleka, ale tym razem mi się dłu­żyła. Bruk stał się nie­równy, co zmu­siło mnie do patrze­nia pod nogi. Budynki pochy­lały się ku sobie. Moja oko­lica skła­dała się głów­nie z robot­ni­czych miesz­kań zbu­do­wa­nych z tra­dy­cyj­nego sza­rego wapie­nia, nie­licz­nych skle­pów spo­żyw­czych i kafe­jek. Połowa tych lokali nie dzia­łała, po czę­ści dla­tego, że nie docie­rały tutaj tram­waje. Zatrzy­ma­łam się przed małym budyn­kiem o brud­nych kamien­nych ścia­nach z zardze­wia­łymi drzwiami z żelaza. Kie­dyś nie­po­zorny, teraz przy­cią­gał wzrok, ponie­waż jego dwa okna były roz­bite, a okien­nice wyglą­dały jak poczer­niałe od ognia. Mię­dzy nimi ział otwór o sze­ro­ko­ści około trzech metrów, przy­po­mi­na­jący kra­ter księ­ży­cowy. Został nie­dbale zabity deskami. Dziura miała nie­równe, ostre brzegi, a osma­lone kamie­nie wyglą­dały tak, jakby naj­pierw się sto­piły, a potem na nowo ufor­mo­wały. Na drzwiach wisiała tabliczka z napi­sem:

Les Amis des Chats – Refuge Ani­ma­lier

Przy­ja­ciele kotów – Schro­ni­sko dla zwie­rząt

To nie ja byłam naj­bar­dziej poszko­do­wana – ten zaszczyt przy­padł skle­powi z kanap­kami po dru­giej stro­nie ulicy, który stra­cił wszyst­kie okna. Jego fun­da­menty popę­kały, a impet cisnął drzwi na tyły lokalu. Wła­ści­ciel – star­szy męż­czy­zna o imie­niu Hamad, który mimo bur­kli­wo­ści i braku uśmie­chu regu­lar­nie przy­no­sił kotom resztki – nie mógł sobie pozwo­lić na pokry­cie kosz­tów naprawy. Teraz budy­nek stał opusz­czony, a puste fra­mugi okienne wyglą­dały jak zie­wa­jące czarne usta.

Usły­sza­łam miau­cze­nie Jego Wyso­ko­ści, jesz­cze zanim dotknę­łam klamki. To, w jaki spo­sób bestia mnie wyczu­wała, kiedy zbli­ża­łam się do budynku na odle­głość stu metrów, było dla mnie zagadką, któ­rej ni­gdy nie roz­wią­za­łam; albo robiła to dzięki węchowi, albo – co w jej wypadku bar­dziej praw­do­po­dobne – dzięki jakie­muś nie­cnemu szó­stemu zmy­słowi.

Otwo­rzy­łam drzwi, a potem sta­ran­nie zamknę­łam je za sobą i prze­szłam przez drew­nianą bramę, którą zain­sta­lo­wa­łam w przed­sionku. Jego Wyso­kość natych­miast zaczął owi­jać się wokół moich nóg i gło­śno pro­te­sto­wać prze­ciwko spóź­nio­nej kola­cji. Tro­chę powścią­gliw­sza Ban­shee tylko łypała na mnie ze środka pokoju z cha­rak­te­ry­styczną, wiecz­nie zdez­o­rien­to­waną miną. Koty ze schro­ni­ska, które zaj­mo­wały sze­reg kla­tek w sąsied­nim pomiesz­cze­niu, rów­nież zaczęły wyra­żać nie­za­do­wo­le­nie, choć Élise opie­ko­wała się nimi przez więk­szość popo­łu­dnia.

– Wiem. – Schy­li­łam się i odsu­nę­łam Jego Wyso­kość od moich kostek. – Prze­pra­szam, ale zatrzy­mały mnie ciastka. Oczy­wi­ście ty ni­gdy tego nie zro­zu­miesz. Jeśli coś nie krwawi, to nie jest jedze­niem.

Wytar­łam buty o wycie­raczkę z wyha­fto­wa­nym mot­tem schro­ni­ska: „Kot jest duszą domu”, zapi­sa­nym w języku fran­cu­skim i angiel­skim. Było ono umiesz­czone rów­nież na naszej pape­te­rii. Potem nakar­mi­łam tę dwójkę – oczy­wi­ście naj­pierw Jego Wyso­kość, bo on nie zgo­dziłby się na nic innego.

Czarny kocur poja­wił się w moim życiu rok po Ban­shee i bar­dzo się do mnie przy­wią­zał. Wła­ści­wie sam do nas przy­wę­dro­wał – pew­nego ranka otwo­rzy­łam tylne drzwi i zasta­łam go sie­dzą­cego na schodku, jakby cze­kał na umó­wione spo­tka­nie. Mimo to nie był ani tro­chę oswo­jony, jed­nak dla wła­snej korzy­ści takiego uda­wał. Ogromna bestia z jedną białą łatą na nodze rzą­dziła schro­ni­skiem żela­zną łapą. Gar­dziła towa­rzy­stwem pobra­tym­ców, ale cie­szyła się rolą tyrana. Trak­to­wała inne koty ze schro­ni­ska jak meble i bez­kar­nie kra­dła im jedze­nie. Cza­sami dawała nauczkę jakie­muś głu­piemu nowi­cju­szowi. Ni­gdy nie rzu­cano jej wyzwa­nia po raz drugi.

Oczy­wi­ście nie odwa­ży­łam się nawet pod­jąć próby odda­nia Jego Wyso­ko­ści do adop­cji, a ponie­waż kocur nie wyka­zy­wał naj­mniej­szej chęci zmiany miej­sca zamiesz­ka­nia, ofi­cjal­nie ogło­si­łam, że sama się nim zajmę, cho­ciaż jego wkro­cze­nie w moje życie bar­dziej przy­po­mi­nało wro­gie prze­ję­cie. Nie był czułą istotą, ale prze­bie­gle uda­wał tole­ran­cję dla piesz­czot i choć nie oka­zy­wał, że jest z nich zado­wo­lony, bar­dzo lubił mościć się na moich kola­nach, ile­kroć znaj­do­wa­łam chwilę dla sie­bie. Zawsze powar­ki­wał cicho, kiedy pró­bo­wa­łam odło­żyć książkę. Nie­raz musia­łam sie­dzieć do pół­nocy, zanim bestia uznała, że jej pokaźne ciało zostało odpo­wied­nio ogrzane.

Ban­shee, nie­mal okrą­gła, prę­go­wana kotka, była praw­do­po­dob­nie jedy­nym stwo­rze­niem zdol­nym do życia u boku Jego Wyso­ko­ści bez pod­da­nia się ter­ro­rowi kocura. Nie dało się jej zastra­szyć. Przy­czyną tego stanu rze­czy była jed­nak nie siła cha­rak­teru Ban­shee, lecz fakt, że cier­piała ona na cał­ko­wity brak roz­sądku. Wąt­pi­łam, czy prze­trwa­łaby choć jeden dzień, gdy­bym zosta­wiła ją samą sobie, gdyż regu­lar­nie nara­żała się na śmier­telne nie­bez­pie­czeń­stwo, wspi­na­jąc się na kro­kwie albo wci­ska­jąc do klau­stro­fo­bicz­nych prze­strzeni, w któ­rych zwy­kle uty­kała. Nie miała świa­do­mo­ści, że ogień jest gorący, i wie­lo­krot­nie pró­bo­wała wejść do roz­pa­lo­nego pieca, aż w końcu Robin zbu­do­wał wokół niego osłonę.

Jej ulu­bio­nym zaję­ciem było sie­dze­nie na środku pokoju i wpa­try­wa­nie się w jeden punkt bez wyraź­nego powodu. Jego Wyso­kość tuż po swoim przy­by­ciu kil­ku­krot­nie pró­bo­wał wystra­szyć kotkę – mię­dzy innymi poprzez przy­gwoż­dże­nie Ban­shee do pod­łogi i zaci­śnię­cie szczęk wokół jej szyi. W końcu naj­wy­raź­niej uznał, że takie wysiłki wobec tego żało­snego, nie­zro­zu­mia­łego stwo­rze­nia są poni­żej jego god­no­ści. Cza­sami odno­si­łam wra­że­nie, że nawet współ­czuł kotce, bo cza­sami pozwa­lał jej zwi­nąć się przy nim w kłę­bek, któ­rego to zaszczytu odma­wiał innym miesz­kań­com schro­ni­ska.

Imię Ban­shee pocho­dziło od jej oso­bli­wej nie­moty. Ni­gdy nie sły­sza­łam, żeby wyda­wała jaki­kol­wiek dźwięk poza mru­cze­niem, cho­ciaż czę­sto wyda­wało się, że pró­buje. Błą­ka­jąc się po domu, czę­sto otwie­rała i zamy­kała pysz­czek, jakby despe­racko chciała mnie ostrzec przed zbli­ża­jącą się zagładą. Robin i ja żar­to­wa­li­śmy, że w rze­czy­wi­sto­ści kotka wsz­czyna praw­dziwe larum, ale mogą je usły­szeć tylko miesz­kańcy jakiejś bez­boż­nej, nad­przy­ro­dzo­nej kra­iny.

Po tym, jak obsłu­ży­łam Jego Wyso­kość i Ban­shee, zabra­łam się za kar­mie­nie pod­opiecz­nych schro­ni­ska. Mie­li­śmy ich czter­dzie­ścioro ośmioro, co było rekor­dową liczbą i dużym obcią­że­niem dla naszego budżetu. Ale cóż mogłam na to pora­dzić? Wyrzu­cić koty, choć zbli­żała się zima?

Zatrzy­ma­łam się przy klatce Tho­reau, żeby poświę­cić mu dodat­kową uwagę. Wie­dzia­łam, że nie powin­nam nikogo fawo­ry­zo­wać, ale dys­tyn­go­wany senior, któ­rego Élise zna­la­zła drżą­cego w pudełku za głów­nym dwor­cem kole­jo­wym, prze­by­wał w azylu od sze­ściu mie­sięcy – naj­dłu­żej ze wszyst­kich naszych pod­opiecz­nych.

Tho­reau przy­tu­lił się do mojej dłoni. Był pięk­nym, ciem­no­sza­rym kotem, naj­mniej wyma­ga­ją­cym ze wszyst­kich. Zna­leź­li­śmy go w opła­ka­nym sta­nie – miał roz­to­cza, zła­mane żebra i infek­cję. Dotąd czę­sto odno­si­łam wra­że­nie, że na­dal pró­buje oswoić się z tym, jak bar­dzo zmie­niło się jego życie.

Clow­der z coraz więk­szą despe­ra­cją dra­pała kraty, więc otwo­rzy­łam drzwi jej klatki, żeby mogła zesko­czyć na pod­łogę. Cztery kocięta, mające zale­d­wie około mie­siąca, podą­żyły za nią. Zauwa­ży­łam, że to nie spodo­bało się matce, bo spoj­rzała na mnie z urazą.

– Masz rację, prze­pra­szam – powie­dzia­łam. – Zasłu­gu­jesz na mały odpo­czy­nek, prawda?

Spraw­dzi­łam, czy kocięta mają się dobrze, a następ­nie wło­ży­łam je wszyst­kie – dwa rude prę­go­wane, jedno czarne z bia­łymi łap­kami i jedno trój­ko­lo­rowe jak matka – z powro­tem do klatki, po czym ją zamknę­łam.

Przez chwilę sprzą­ta­łam, pod­czas gdy dwie kotki krę­ciły się wokół mnie. Clow­der ner­wowo obser­wo­wała Jego Wyso­kość, ale on nie był w nastroju do spra­wo­wa­nia wła­dzy i drze­mał po kola­cji w swoim ulu­bio­nym fotelu, leni­wie macha­jąc ogo­nem.

Układ schro­ni­ska był pro­sty. Wcze­śniej mie­ściła się tu pra­cow­nia kra­wiecka, co ide­al­nie odpo­wia­dało moim potrze­bom. Na dużym zaple­czu, gdzie kie­dyś szyto płasz­cze i suk­nie, było odpo­wied­nio dużo miej­sca na klatki dla zwie­rząt, a mniej­sze pomiesz­cze­nie od frontu wystar­czało do przyj­mo­wa­nia poten­cjal­nych opie­ku­nów. Obok pokoju na tyłach znaj­do­wała się mała kuch­nia, rów­nie znisz­czona jak reszta lokalu, tak że dawało się ją posprzą­tać tylko do pew­nego stop­nia, bo nie­które zabru­dze­nia i plamy oka­zały się nie­usu­walne.

Wiatr się wzmógł i teraz wpa­dał ze świ­stem przez dziurę w ścia­nie fron­to­wego pokoju, ale sta­ra­łam się to igno­ro­wać.

Wcze­śniej pla­no­wa­łam skromny posi­łek skła­da­jący się z sera i zupy z puszki – z nas dwojga to Robin był kucha­rzem – ale oka­zało się, że Élise odwie­dziła kawiar­nię na sąsied­niej ulicy i zosta­wiła mi zapa­ko­wany w papier pla­cek z grzy­bami. Był jesz­cze lekko cie­pły.

Popa­trzy­łam na niego z mie­sza­niną iry­ta­cji i roz­pa­czy. Ile razy mówi­łam mojej sio­strze, że nie potrze­buję, by mnie niań­czyła? Ona i jej mąż nie mogli sobie pozwo­lić na utrzy­my­wa­nie trze­ciej osoby ze skrom­nej pen­sji rad­nego miej­skiego. Obie dosta­ły­śmy nie­wielki spa­dek po rodzi­cach, a ja chcia­łam, żeby Élise zacho­wała każdy grosz ze swo­jej połowy dla sie­bie i nie czuła się zobo­wią­zana do pomocy owdo­wia­łej sio­strze.

Byłam ziry­to­wana tylko przez chwilę, bo mój żołą­dek bur­czał zbyt natar­czy­wie. Nie jadłam nic od śnia­da­nia, więc pochło­nę­łam cały pla­cek. Był maślany i wypeł­niony boro­wi­kami duszo­nymi w cie­płym, pikant­nym sosie śmie­ta­no­wym. Innymi słowy, niebo w gębie.

Gdy odzy­ska­łam siły, dokoń­czy­łam wie­czorne obo­wiązki, zer­ka­jąc na tablicę, żeby spraw­dzić, czym Élise już się zajęła. Przy każ­dej oka­zji wyśmie­wała moje listy kon­tro­lne, ale nie posu­nęła się do tego, żeby cał­kiem je lek­ce­wa­żyć. Zmie­ni­łam koce, wyczy­ści­łam kuwety i oszczęd­nie dorzu­ci­łam drewna do pieca.

Pani Richard powie­działa mi, że mogę się wypro­wa­dzić, kiedy zechcę, ale obie wie­dzia­ły­śmy, że to tylko puste słowa, skoro zbli­żała się zima. Schro­ni­sko nie tylko było teraz wysta­wione na dzia­ła­nie żywio­łów, ale w dodatku nasz grzej­nik ole­jowy uległ nie­od­wra­cal­nemu uszko­dze­niu, a drewno było dro­gie. Gospo­dyni oświad­czyła, że nie stać jej na tak poważne – i konieczne – naprawy. Hamad rów­nież nie mógł sobie na to pozwo­lić. Dla­tego to miej­sce wkrótce miało się stać kolejną cichą prze­strze­nią pośród miej­skiego hałasu, próż­nią archi­tek­to­niczną.

Wzię­łam głę­boki oddech, żeby powstrzy­mać falę gniewu. Oczy­wi­ście poli­cja nie aresz­to­wała magów, któ­rzy uznali za roz­sądne sto­czyć poje­dy­nek na ulicy w samym środku mia­sta. Nie­czę­sto ich łapano, gdy łamali prawo, co nie nale­żało do rzad­ko­ści. Cza­sami odno­si­łam wra­że­nie, że jedyną rze­czą, która powstrzy­muje ich przed roze­rwa­niem świata na strzępy, jest to, że są tak nie­liczni. Bada­cze magii sza­co­wali, że mniej niż jeden czło­wiek na milion rodzi się z jakim­kol­wiek magicz­nym darem, a i tak więk­szość potrafi jedy­nie rzu­cać naj­prost­sze zaklę­cia.

I dzięki Bogu.

– Chodź, Ban­shee – powie­dzia­łam, kiedy wszyst­kie koty zostały opo­rzą­dzone i ponow­nie zamknięte. Prę­go­wana kotka, która z kon­ster­na­cją wpa­try­wała się w pustą ścianę, miauk­nęła cicho, a następ­nie poszła za mną na górę.

Pod spa­dzi­stym dachem znaj­do­wało się tylko jedno małe pomiesz­cze­nie. Przed pię­cioma laty, zanim wpro­wa­dzi­li­śmy się z Robi­nem, słu­żyło jako maga­zyn. W skle­pie z uży­wa­nymi rze­czami zna­leź­li­śmy dwa wąskie łóżka i z tru­dem wnie­śli­śmy je po sta­rych scho­dach, a potem zsu­nę­li­śmy je razem, chi­cho­cząc przez cały czas. Choć już nie byli­śmy nowo­żeń­cami, czę­sto tak się czu­li­śmy.

Po śmierci Robina roz­wa­ża­łam usu­nię­cie dru­giego łóżka, ale osta­tecz­nie nie mogłam się z nim roz­stać. Teraz w zasa­dzie stało się wła­sno­ścią Jego Wyso­ko­ści.

Może nie powin­nam suge­ro­wać, że kocur nie lubi towa­rzy­stwa wszyst­kich ludzi. W rze­czy­wi­sto­ści zro­bił wyją­tek dla jed­nej osoby w swoim życiu, a był nią Robin.

Ni­gdy nie potra­fi­łam zro­zu­mieć, co takiego dostrzegł w moim mężu.

Robin kochał koty, ale ja rów­nież. Poza tym był bar­dziej hała­śliwy niż ja, ponie­waż lubił roz­ma­wiać. Pra­wie każdą aneg­dotę zmie­niał w całą opo­wieść i czę­sto tak się oży­wiał, że wyma­chi­wał rękami. Może cho­dziło o jego dobry nastrój i nie­za­wodną uprzej­mość, którą roz­cią­gał także na koty. Zawsze pytał Ban­shee, czy może przy­ciąć jej pazury, i prze­pra­szał za każ­dym razem, gdy musiał przejść nad któ­rymś z naszych pod­opiecz­nych.

W noc po śmierci mojego męża Jego Wyso­kość nie chciał zasnąć. Błą­kał się po schro­ni­sku, czę­sto zatrzy­my­wał przy drzwiach wej­ścio­wych, dra­pał je zawzię­cie i miau­czał natar­czy­wie, jakby sądził, że jego pan czeka po dru­giej stro­nie, żeby go wpu­ścić. O świ­cie w końcu zwi­nął się w kłę­bek na poduszce Robina.

Weszłam do sypialni. Jego Wyso­kość na mnie spoj­rzał, a ja jak zwy­kle zada­łam sobie pyta­nie, czy miał nadzieję zoba­czyć Robina. Kiedy opu­ścił głowę, w jego nie­od­gad­nio­nym kocim spoj­rze­niu dostrze­głam roz­cza­ro­wa­nie – albo tylko tak mi się wyda­wało. Może po pro­stu pra­gnę­łam jakie­goś towa­rzy­stwa.

Robin nie żył już od dwóch lat, a ja mimo swo­jej skłon­no­ści do łez już nie opła­ki­wa­łam go każ­dej nocy. Teraz mia­łam jed­nak za sobą długi i samotny dzień, więc pozwo­li­łam sobie na chwilę pła­czu. Jego Wyso­kość na­dal leżał zwi­nięty na poduszce, naj­wy­raź­niej mnie igno­ru­jąc, ale był obecny. Ban­shee z kolei oka­zała mi współ­czu­cie, choć bar­dziej mnie to roz­pra­szało niż pocie­szało. Wciąż pró­bo­wała zli­zy­wać łzy z mojej twa­rzy, mimo że ją odpy­cha­łam. Chyba jak zwy­kle zakła­dała, że łzy są przy­czyną, a nie skut­kiem mojego cier­pie­nia, czyli wro­giem, któ­rego należy poko­nać.

W końcu wytar­łam twarz, nasta­wi­łam mały mosiężny budzik sto­jący przy łóżku, a potem zga­si­łam świa­tło. Ban­shee usa­do­wiła się mię­dzy mną a Jego Wyso­ko­ścią i w ten spo­sób razem zasnę­li­śmy.

Rozdział 3

– Pro­szę mi przy­po­mnieć, jakiego rodzaju to jest dzia­łal­ność – popro­sił Mathieu. – Prze­pra­szam, że zapo­mnia­łem. Mia­łem dzi­siaj od rana pięć spo­tkań.

– Pisa­nie na maszy­nie – odpo­wie­działa Élise z pogod­nym uśmie­chem. – Śred­nio mamy około dwu­dzie­stu klien­tów dzien­nie. Więk­szość przy­cho­dzi w spra­wie listów, ale w zeszłym tygo­dniu mia­ły­śmy pisa­rza, prawda, Agnes? Bie­da­czek, jesz­cze ni­gdy nie widzia­łam tak brzyd­kiego pisma. Mamy rów­nież zamiar wpro­wa­dzić usługę wypo­ży­cza­nia, jak tylko znaj­dziemy dobrą cenę hur­tową na taśmy z tuszem. Ostat­nio ich bra­kuje, na pewno pan sły­szał.

Pod­czas gdy ona traj­ko­tała, ja sta­ra­łam się nie pio­ru­no­wać jej wzro­kiem, choć żołą­dek ści­skał mi się z nie­po­koju. Élise od dzie­ciń­stwa czer­pała nie­po­ko­jącą dumę ze swo­jej umie­jęt­no­ści kła­ma­nia i wyko­rzy­sty­wała ją z całym zaan­ga­żo­wa­niem oraz wro­dzo­nym talen­tem ptaka ogła­sza­ją­cego śpie­wem nadej­ście poranka. Wcze­śniej omó­wi­ły­śmy naszą bajeczkę, ale teraz ona wymy­ślała więk­szość szcze­gó­łów na bie­żąco. Tę cechę uwa­ża­łam za jedną z jej naj­gor­szych.

Choć nie­za­prze­czal­nie przy­datną.

Wła­ści­ciel prze­stał słu­chać w poło­wie jej wypo­wie­dzi i tylko zer­kał w swój notat­nik, kiwa­jąc głową bez zain­te­re­so­wa­nia. Sta­ły­śmy przy ladzie w pustym lokalu, wcze­śniej wynaj­mo­wa­nym przez księ­go­wego. Jesienne świa­tło wpa­da­jące przez okno pod­kre­ślało schludny układ wnę­trza, dłu­giego pro­sto­kąta wci­śnię­tego mię­dzy warsz­tat szew­ski a pral­nię. Jak na moje potrzeby lokum było zbyt małe, ale i tak bar­dzo mi się podo­bało.

Mathieu naba­zgrał coś w note­sie i wyrów­nał plik luź­nych kar­tek wetknię­tych mię­dzy okładki, głów­nie fak­tur i pla­nów budyn­ków. Z tru­dem powstrzy­ma­łam odruch, żeby je upo­rząd­ko­wać. Jak można cokol­wiek zro­bić w takim bała­ga­nie?

– Kiedy może­cie się panie wpro­wa­dzić? – spy­tał, gdy Élise skoń­czyła zabawną aneg­dotę o pie­ka­rzu, który miał tak okropne pismo, że jego pomoc­nicy wciąż zastę­po­wali sodę oczysz­czoną solą kuchenną, a mus jabł­kowy cydrem.

– Jak naj­szyb­ciej. – Cie­szy­łam się, że choć raz mogę udzie­lić szcze­rej odpo­wie­dzi.

Nie podo­bało mi się oszu­stwo Élise i przy­sta­łam na nie dopiero po wielu dniach bez­u­stan­nych naci­sków z jej strony. Wła­ści­ciel miał prawo wie­dzieć, że zamie­rzam wypeł­nić jego nie­ru­cho­mość kotami.

– Nie prze­trwasz zimy – powie­działa mi w końcu Élise bez ogró­dek. – Albo one jej nie prze­trwają.

Nie mogłam się z nią nie zgo­dzić. Zima nie tyle nastała w Mont­re­alu, co go zaata­ko­wała. W poprzed­nim roku zaspy pokryły każdy plac. Się­gały aż do dru­giego pię­tra kamien­nych budyn­ków, tak że ich miesz­kańcy zakła­dali rakiety śnieżne i wycho­dzili przez okna. Cza­sami z dziećmi na san­kach.

Nie zawsze tak było. Może ta zima okaże się łagodna.

Może.

– A jak teraz wygląda wasza sytu­acja? – zapy­tał Mathieu.

– Sklep znaj­duje się przy Rue Sainte-Rose­line i został poważ­nie znisz­czony – wyja­śni­łam. – Nie możemy tam zostać.

Wła­ści­ciel zmarsz­czył brwi.

– Nie wie­dzia­łem, że na Rue Sainte-Rose­line są maszy­nistki. Moja ciotka mieszka na rogu przy parku.

– Och, nic w tym dziw­nego – ode­zwała się Élise smut­nym gło­sem, rzu­ca­jąc mi krót­kie, mor­der­cze spoj­rze­nie. Była bar­dzo do mnie podobna, tylko ład­niej­sza, o deli­kat­nej, elfic­kiej twa­rzy, którą więk­szość ludzi uwa­żała za uro­czą. To ona zazwy­czaj przej­mo­wała ini­cja­tywę we wszel­kich nego­cja­cjach – także tych w dzie­ciń­stwie, doty­czą­cych więk­szych dese­rów – bo odno­siła w nich więk­sze suk­cesy niż ja. Nie mia­łam jej tego za złe. Ona też nie trak­to­wała mnie z tego powodu z wyż­szo­ścią; po pro­stu zaak­cep­to­wa­ły­śmy, że tak wła­śnie to wygląda w naszym przy­padku. – Oba­wiam się, że jeste­śmy bez­na­dziejne, jeśli cho­dzi o reklamę. – Élise przy­wo­łała na twarz samo­kry­tyczny gry­mas. – Nie mamy nawet szyldu na drzwiach! Klienci pole­cają nas sobie ust­nie.

Wła­ści­ciel uśmiech­nął się uprzej­mie.

– Cóż, dam znać naj­póź­niej do piątku. Mają panie tele­fon?

Zapew­ni­ły­śmy go, że tak. W rze­czy­wi­sto­ści w zgło­sze­niu poda­łam numer do biura Gabriela, choć ten narze­kał, że znowu musi peł­nić rolę sekre­ta­rza, dopóki Élise nie udo­bru­chała go poca­łun­kiem.

Wyszły­śmy z budynku i pocze­ka­ły­śmy, aż wła­ści­ciel zamknie drzwi. Czyn­sze za wszyst­kie inne lokale przy Char­lotte Squ­are prze­kra­czały mój budżet – i to znacz­nie – ale nic nie można było na to pora­dzić. Musia­łam po pro­stu zna­leźć spo­sób na zwięk­sze­nie daro­wizn. Wie­dzia­łam, że jeśli mi się to nie uda, zostanę eks­mi­to­wana. Élise obli­czyła, że nawet jeśli Mathieu odkryje oszu­stwo po tym, jak się wpro­wa­dzę – co było bar­dzo praw­do­po­dobne – fak­tyczna eks­mi­sja zaj­mie sześć mie­sięcy lub wię­cej, ponie­waż tyle wyno­siło obec­nie opóź­nie­nie w roz­pa­try­wa­niu spraw przez odpo­wiedni sąd.

Gdy wła­ści­ciel lokalu uści­snął nam dło­nie na poże­gna­nie, mój żołą­dek zabur­czał żenu­jąco gło­śno.

Wszyst­kie te intrygi! Nie byłam do nich stwo­rzona, a Élise o tym wie­działa. Łyp­nęła na mnie groź­nie, jakby szy­ko­wała się do inter­wen­cji, gdyby w ostat­niej chwili ruszyło mnie sumie­nie i zmu­siło do wyzna­nia prawdy.

Męż­czy­zna chyba usły­szał bur­cze­nie albo z jakie­goś innego powodu jego twarz zła­god­niała, kiedy puścił moją dłoń.

– Przy­kro mi, że zostały panie zmu­szone do wypro­wadzki – powie­dział. – To naprawdę coś nie­zwy­kłego być tak bli­sko tak potęż­nego zaklę­cia! Widzia­ły­ście panie maga, który je rzu­cił?

Ta uwaga – a raczej entu­zjazm, z jakim ją wypo­wie­dział – spra­wiła, że na chwilę zanie­mó­wi­łam. Élise jak zwy­kle przy­szła mi z pomocą.

– Na szczę­ście nie. Inte­re­suje się pan magią?

Mathieu zaśmiał się z zakło­po­ta­niem.

– Oba­wiam się, że tak. Prze­pra­szam, ale od dzie­ciń­stwa mam lekką obse­sję na punk­cie magów – powie­dział i po chwili dodał ze smut­kiem: – Sam nie potra­fię rzu­cić żad­nego czaru. Nie żebym nie pró­bo­wał. Ale śle­dzę ich poczy­na­nia w gaze­tach. W tym samego Króla Czar­no­księż­ni­ków. Zasta­na­wia­łem się, czy to on mógł stać za eks­plo­zją przy Rue Sainte-Rose­line. Coś na taką skalę, rozu­mieją panie… Mówią, że obec­nie prze­bywa w Nowym Jorku. – Mathieu wyglą­dał na zanie­po­ko­jo­nego i jed­no­cze­śnie pod­eks­cy­to­wa­nego tą per­spek­tywą. – Nowy Jork nie jest daleko, prawda? Tylko kilka godzin jazdy pocią­giem.

– Istot­nie nie­da­leko – zgo­dzi­łam się. – O wiele za bli­sko.

Have­locka Renarda Kró­lem Czar­no­księż­ni­ków ochrzcili ci, któ­rzy chcieli go obra­zić. Epi­tet ten przez lata nabrał mrocz­nego i nie­mal mitycz­nego zna­cze­nia, podob­nie jak w przy­padku Baby Jagi czy Sino­bro­dego. Renard był uwa­żany za nie­ofi­cjal­nego przy­wódcę naj­gor­szej grupy magów: tych, któ­rzy ide­ali­zo­wali apo­ka­lip­tyczne pokazy magii.

– Prze­pra­szam – powtó­rzył Mathieu, a jego ciemna twarz oblała się rumień­cem. – Pro­szę zro­zu­mieć, że nie jestem jed­nym z tych upior­nych wiel­bi­cieli uzna­ją­cych czar­no­księż­ni­ków za boha­te­rów. Ale jego moc jest nie­zwy­kła… oczy­wi­ście w prze­ra­ża­jący spo­sób.

Otwo­rzy­łam usta, by powie­dzieć, że „prze­ra­ża­jący” to zbyt łagodne okre­śle­nie, lecz Élise nie dopu­ściła mnie do głosu.

– Tak, a my możemy tylko mieć nadzieję, że Renard nie zain­spi­ro­wał nikogo do spro­wa­dze­nia na nas końca świata. Boże! To, że Król Czar­no­księż­ni­ków poniósł porażkę trzy lata temu, nie ozna­cza, że ponie­sie ją rów­nież przy następ­nej pró­bie. On albo inny sza­le­niec żądny wła­dzy.

– Cóż, nie wiemy na pewno, czy taki był jego plan – rzekł Mathieu z taką miną, jakby zamie­rzał wyre­cy­to­wać listę wie­lo­krot­nie powta­rza­nych argu­men­tów. – Nie można wie­rzyć we wszystko, co mówią rymo­wanki dla dzieci.

– „Włosy pełne pają­ków, oczy jak dwa ognie”? – powie­działa Élise. – Czy nie tak brzmi jedna z pio­se­nek, które śpie­wają o nim dzieci? Uwie­rzy­ła­bym w jesz­cze gor­sze rze­czy o Have­locku Renar­dzie.

Mathieu zaczął się bawić pió­rem.

– Chciał­bym zaofe­ro­wać paniom to miej­sce. Poroz­ma­wiam z Hama­dem. Jestem pewien, że on…

– Z kim? – spy­tała ostro Élise.

– Z Hama­dem El-Kourym. Na pewno go panie zna­cie? Pro­wa­dził sklep z kanap­kami przy Rue Sainte-Rose­line i jest naprawdę świet­nym czło­wie­kiem. Jeśli za panie porę­czy, nie musi­cie szu­kać dalej. Nawet zre­zy­gnuję z kau­cji, bo to spra­wie­dliwe. Nie zasłu­żyły panie na taki… nie­for­tunny obrót wyda­rzeń.

– To bar­dzo miłe – mruk­nęła Élise, ale zmarsz­czyła brwi, naj­wy­raź­niej zasta­na­wia­jąc się nad wyj­ściem z sytu­acji.

Och, Hamad na pewno by za mnie porę­czył jako za odpo­wie­dzialną, dobrze zor­ga­ni­zo­waną i przy­ja­zną wła­ści­cielkę dosko­nale pro­wa­dzo­nego schro­ni­ska dla kotów. Nagle roz­bo­lała mnie głowa, a wtedy sobie uświa­do­mi­łam, jak mało spa­łam.

– Dobrze, dobrze – powie­dział Mathieu z uśmie­chem. – W takim razie mogę…

– Dzię­kuję, ale nie musi pan zawra­cać sobie głowy Hama­dem – prze­rwa­łam mu pośpiesz­nie. – Prze­my­śla­łam sprawę i wydaje mi się, że to miej­sce jest zbyt małe na nasze potrzeby. Dzię­kuję za poświę­cony czas.

Odda­la­jąc się, czu­łam na sobie zdzi­wiony wzrok Élise i Mathieu.

Rozdział 4

Sio­stra dogo­niła mnie przy fon­tan­nie na Char­lotte Squ­are. Sie­dzia­łam na kamien­nej ławce i ocie­ra­łam łzy z oczu. Sta­ra­łam się robić to dys­kret­nie, żeby nie ścią­gać na sie­bie uwagi, ale para sie­dząca kilka metrów dalej zer­kała na mnie z nie­po­ko­jem.

– Prze­stań – rzu­ciła szorstko Élise, przy­tu­la­jąc mnie do sie­bie.

Oczy­wi­ście wie­dzia­łam, że nie zło­ści się na mnie, tylko na całą sytu­ację. Choć była dwa lata młod­sza, od dzie­ciń­stwa czę­sto zacho­wy­wała się jak star­sza sio­stra – praw­do­po­dob­nie dla­tego, że miała nade mną prze­wagę wzro­stu. Zwy­kle pole­gało to na tym, że kiedy szły­śmy uli­cami mia­sta, trzy­mała mnie za rękę i kazała przez cały czas trzy­mać się bli­sko niej, jakby jej dodat­kowe cen­ty­me­try miały magiczną moc ochronną.

– Posłu­chaj. – Odsu­nęła się, by spoj­rzeć mi w oczy. – Po tym, jak ode­szłaś, Mathieu wspo­mniał mi o miej­scu przy por­cie, które będzie wolne od przy­szłego mie­siąca. Pójdę tam i wypy­tam o szcze­góły.

– Będziesz znowu musiała kła­mać. – Wytar­łam oczy, naka­zu­jąc sobie natych­miast prze­stać pła­kać.

– Tak, ale będzie łatwiej, kiedy nie będziesz stała obok i patrzyła na mnie, jak­bym obra­żała naszą matkę. Jeśli znów nam się nie uda, popro­szę Gabriela o pomoc.

– On nie ma czasu – sprze­ci­wi­łam się, choć obie wie­dzia­ły­śmy, że nie na tym polega praw­dziwy pro­blem.

Mąż mojej sio­stry star­to­wał w wio­sen­nych wybo­rach, a szanse kan­dy­da­tów były zbyt wyrów­nane, by czuł się spo­kojny. Gdyby do gazet tra­fiła jaka­kol­wiek infor­ma­cja pach­nąca skan­da­lem, mogłoby to ozna­czać koniec jego kariery. Naci­ska­nie na wła­ści­cieli nie­ru­cho­mo­ści, by pomo­gli orga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nej jego szwa­gierki, z pew­no­ścią kwa­li­fi­ko­wało się do takiej kate­go­rii nad­użyć.

Élise nawet nie zamie­rzała się ze mną spie­rać.

– Gdyby tylko ta twoja pani Richard nie była tak nie­zno­śną sknerą – powie­działa. – Mogłaby pozwo­lić sobie na remont, ale cie­szy się, że ma pre­tekst, żeby sprze­dać lokal pod zabu­dowę.

– Tego nie wiesz – zapro­te­sto­wa­łam. Moja gospo­dyni była zrzę­dliwa, ale pod tą powłoką kryło się dobre serce. – Pozwo­liła mi zostać tak długo, jak potrze­buję, za połowę czyn­szu.

– Och, Agnes. – Élise popa­trzyła na mnie z czułą iry­ta­cją. – W twoim skle­pie bra­kuje ściany! Oczy­wi­ście, że pozwo­liła ci zostać, bo kto inny chciałby taki lokal? Babsz­tyl w ogóle nie powi­nien pobie­rać czyn­szu. Już zapo­mnia­łaś o prze­cieku w dachu, któ­rego nie chce napra­wić?

– Ona się sta­rzeje, Élise – zauwa­ży­łam. – Utrzy­ma­nie tych sta­rych budyn­ków na pewno nie jest łatwe.

Sio­stra jęk­nęła.

– Jeśli powiesz jesz­cze jedno współ­czu­jące słowo o tej kobie­cie, wepchnę cię do fon­tanny – ostrze­gła. – Słu­chaj, wpadnę do cie­bie wie­czo­rem. Obie­cu­jesz, że weź­miesz dzień wolny? Od tygo­dni się zapra­co­wu­jesz.

– Nie mogę. – odpar­łam.

„Jestem tylko ja”, pomy­śla­łam, ale nie powie­dzia­łam tego na głos.

Nie chcia­łam wzbu­dzić w Élise poczu­cia winy, że nie może bar­dziej mi pomóc. Zbyt wiele razy kłó­ci­ły­śmy się o moje prze­pra­co­wa­nie, żeby dojść do kon­struk­tyw­nych wnio­sków.

Élise wes­tchnęła, uści­skała mnie krótko i ode­szła szyb­kim kro­kiem. Wiecz­nie gdzieś się śpie­szyła. Jako sze­fowa kam­pa­nii była potrzebna Gabrie­lowi tak bar­dzo jak mi w schro­ni­sku.

Ruszy­łam przed sie­bie, żeby poje­chać tram­wa­jem do biblio­teki i jesz­cze raz przej­rzeć oferty wynajmu. Byłam jed­nak tak pogrą­żona w myślach, że skrę­ci­łam w złą ulicę, ale zauwa­ży­łam to dopiero wtedy, gdy zna­la­złam się na Rue des Hiron­del­les.

– Znowu – mruk­nę­łam.

Dla­czego, u licha, cią­gle tu tra­fia­łam? Czyżby jakaś siła wyż­sza posta­no­wiła mnie drę­czyć?

Ogar­nął mnie swego rodzaju ślepy gniew. Nie byłam wście­kła na nikogo kon­kret­nego, chyba że na mnie samą. Uzna­łam, że rów­nie dobrze mogę rzu­cić okiem na miej­sce, przed któ­rym ostrze­gał mnie pan Levas­seur, cho­ciaż nie było mnie na nie stać bez względu na repu­ta­cję wła­ści­ciela lokalu. Co innego mia­łam do roboty?

„Nic, poza powro­tem do schro­ni­ska i wpa­try­wa­niem się w dziurę w ścia­nie”, pomy­śla­łam.

Par­sk­nę­łam zdu­szo­nym śmie­chem, a męż­czy­zna idący w prze­ciw­nym kie­runku omi­nął mnie sze­ro­kim łukiem.

Rue des Hiron­del­les była wąską uliczką z sza­rymi domami o wyso­kich oknach, z któ­rych każde skła­dało się z kil­ku­dzie­się­ciu małych szyb. Naj­wyż­sze z nich lśniły deli­kat­nie w popo­łu­dnio­wym świe­tle. Spo­mię­dzy man­sar­do­wych dachów widać było tylko wąski pas nieba. Mimo cia­snoty zawsze uwa­ża­łam ten zaułek za uro­czy, gdy z rzadka zda­rzało mi się tu tra­fić. Było w nim coś tajem­ni­czego, jak w szka­tułce na biżu­te­rię, po otwar­ciu któ­rej natra­fia się na coraz to kolejne ukryte kie­szonki i szu­fladki.

Bru­ko­wana ulica pro­wa­dziła na nie­wiel­kie wzgó­rze ze sta­rym kamien­nym kościo­łem peł­nym groź­nych gar­gul­ców i kolo­ro­wych witraży. Ze skrzy­nek okien­nych zwi­sała wypie­lę­gno­wana zie­leń. W poło­wie drogi znaj­do­wał się nie­wielki pla­cyk, zbyt mały, żeby nadano mu ofi­cjalną nazwę. Z jed­nej jego strony cią­gnął się rząd ład­nych, srebr­nych klo­nów, pod któ­rymi stały ławki. Połowę skweru zaj­mo­wały sto­liki dość hała­śli­wej kawiarni La Fin, otwar­tej do późna.

Nie była to zamożna oko­lica. Mimo to nie mogła­bym sobie na nią pozwo­lić, jako że tutej­sze lokale miały ponad­prze­ciętne roz­miary, a oferty ich wynajmu rzadko tra­fiały na rynek. Zauwa­ży­łam, że więk­szość klien­tów La Fin to mary­na­rze, robot­nicy z fabryk i inni ciężko pra­cu­jący ludzie. Wszy­scy prze­chod­nie mieli na sobie tylko prak­tyczne kape­lu­sze i zno­szone buty. Wygląd nie­któ­rych osób – być może zmie­rza­ją­cych do jadło­dajni z dar­mową zupą – suge­ro­wał, że prze­cho­dzą one trudny okres. Lecz sama oko­lica i jej miesz­kańcy wyda­wali się zadbani w spo­sób wykra­cza­jący poza pod­sta­wową czy­stość, choć nie potra­fi­łam ubrać w słowa tego wra­że­nia.

Zatrzy­ma­łam się przed pie­kar­nią sprze­da­jącą – ku mojemu prze­ra­że­niu – cze­ko­la­dowe brioszki. Kilka skle­pów było tego dnia zamknię­tych, ale nie dostrze­głam żad­nego opusz­czo­nego, podob­nie jak ani jed­nego ogło­sze­nia o wol­nym lokalu. Albo pan Levas­seur się pomy­lił, albo to miej­sce zostało już wyna­jęte.

Tuż za pla­cem przy­sta­nę­łam przed oknem wysta­wo­wym sklepu z samymi sza­lam. Na drzwiach lokalu wisiała tabliczka z napi­sem „Zamknięte”. Zasłony były zacią­gnięte, więc mogłam jedy­nie zer­k­nąć do środka przez kwa­drat z zie­lon­ka­wego szkła. Coś w tym miej­scu wzbu­dziło moją cie­ka­wość – może cho­dziło tylko o to, że ta część ulicy była star­sza i bar­dziej zacie­niona, przez co sam sklep wyglą­dał jak nawie­dzony.

Obok znaj­do­wała się mała, zanie­dbana księ­gar­nia. Mimo nie­upo­rząd­ko­wa­nej witryny i chwiej­nych sto­sów ksią­żek na wysta­wio­nym na zewnątrz sto­liku było w tym przy­bytku coś zachę­ca­ją­cego.

Gdy do niego weszłam, zabrzę­czał dzwo­nek, ale hałas naj­wy­raź­niej nie zaalar­mo­wał jedy­nej osoby obec­nej w środku, star­szej kobiety drze­mią­cej na krze­śle za ladą. Pomiesz­cze­nie było wąskie i pełne rega­łów oświe­tlo­nych cie­płym bla­skiem lampy.

– Madame?

Kobieta otwo­rzyła oczy i przez chwilę na mnie patrzyła, mru­ga­jąc.

– Prze­pra­szam panią – powie­działa po angiel­sku. Była niska, opa­tu­lona w kolo­rowe, ręcz­nie dzier­gane rze­czy, od swe­tra po czapkę i koc na kola­nach. – Ledwo zara­biam na sie­bie. Pro­szę spró­bo­wać w La Fin.

Minęła chwila, zanim się zorien­to­wa­łam, o co jej cho­dzi. Spoj­rza­łam na swoją teczkę i wsu­nięty pod pachę notat­nik z kar­to­no­wymi zakład­kami.

– O nie, nie szu­kam pracy – wyja­śni­łam pośpiesz­nie. – Zasta­na­wia­łam się nad loka­lem obok.

Życz­li­wość w oczach kobiety nagle ustą­piła miej­sca czuj­no­ści.

– W takim razie co pani tutaj robi? Nie są zamknięci. To miej­sce ni­gdy się nie zamyka. Nie zna pani drogi?

Nic nie rozu­mia­łam.

– Sły­sza­łam, że w oko­licy jest sklep do wyna­ję­cia – powie­dzia­łam wolno i zauwa­ży­łam, że kostki jej pal­ców zaci­śnię­tych na porę­czy krze­sła zbie­lały.

– A gdzie to pani sły­szała? – zapy­tała kobieta. – Od jed­nego z nich?

– Mm – wymam­ro­ta­łam. Cho­ciaż bie­gle posłu­gi­wa­łam się angiel­skim, nie był to mój język ojczy­sty, a kiedy roz­mowa nie prze­bie­gała zgod­nie z moimi ocze­ki­wa­niami, zda­rzało mi się gubić. Zaczę­łam się zasta­na­wiać, czy ta kobieta jest cał­kiem zdrowa na umy­śle.

Pochy­liła się do przodu i utkwiła we mnie ostry wzrok.

– Skoro pani nie wie, o czym mówię, pro­szę wyjść i poszu­kać gdzie indziej. – Każdą sylabę wyma­wiała wyraź­nie i pre­cy­zyj­nie. – W tym mie­ście jest dużo lokali do wyna­ję­cia. Zwy­czaj­nych. Jeśli mnie pani rozu­mie, pro­szę uprzej­mie o opusz­cze­nie tego miej­sca. Nie chcę kło­po­tów. Nie mogę sobie na nie pozwo­lić.

Wsparła się na lasce i dźwi­gnęła z krze­sła, po czym ostroż­nie weszła mię­dzy regały i znik­nęła na zaple­czu.

Patrzy­łam za nią, ana­li­zu­jąc jej słowa. Jedno wyda­wało się jasne: sąsiedni sklep rze­czy­wi­ście był tym, któ­rego szu­ka­łam. Zasta­na­wia­łam się, czy ta kobieta ma jakiś kon­flikt z jego wła­ści­cie­lem. Spory mię­dzy sąsia­dami potra­fiły być naprawdę zażarte.

Chcia­łam wie­rzyć w to pro­za­iczne wyja­śnie­nie, ale w rze­czy­wi­sto­ści nawet gdyby ta kobieta poin­for­mo­wała mnie, że w środku nocy z lokalu obok docho­dzą prze­ra­ża­jące krzyki, i tak zba­da­ła­bym sprawę. Może to brzmi absur­dal­nie, podob­nie jak bajki o głu­pich boha­ter­kach otwie­ra­ją­cych drzwi, któ­rych wprost zabro­niono im doty­kać. W takich opo­wie­ściach czę­sto pomija się fakt, że zwra­ca­nie uwagi na nie­ja­sne ostrze­że­nia sta­nowi przy­wi­lej osób zaj­mu­ją­cych wygodną pozy­cję w życiu.

Pode­szłam do sklepu z sza­li­kami i do niego zapu­ka­łam. Kobieta z księ­garni nie miała racji – lokal bez wąt­pie­nia był zamknięty. Spo­dzie­wa­łam się, że drzwi uchylą się ze skrzy­pie­niem i jakaś upiorna ręka zaprosi mnie do środka, ale po chwili ciszy usły­sza­łam jedy­nie cał­kiem zwy­czajne kroki, po czym w progu uka­zał się młody męż­czy­zna.

Miał około dwu­dzie­stu lat, dłu­gie, ciemne włosy, oliw­kową cerę i zanie­po­ko­jony wyraz twa­rzy. Uśmiech­nął się do mnie z ser­decz­no­ścią suge­ru­jącą, że ocze­ki­wał mniej przy­jem­nego gościa.

– Dzień dobry – powie­dział. – Chyba się nie znamy… Yan­nick Abrams, witam. Szuka pani cze­goś kon­kret­nego? Zapra­szam… Jest dość wietrz­nie, prawda? Nie musi pani pukać, wystar­czy po pro­stu wejść.

Wszystko to wyrzu­cił z sie­bie jed­nym tchem, a ja, cał­kiem zdez­o­rien­to­wana, wymam­ro­ta­łam coś na powi­ta­nie i weszłam do sklepu.

Zna­la­złam się w dużej, peł­nej echa prze­strzeni o cegla­nych ścia­nach i pod­ło­dze wyło­żo­nej kamien­nymi pły­tami w kolo­rze mgły. Od razu zauwa­ży­łam, że jest to zabyt­kowy budy­nek o nie­mal śre­dnio­wiecz­nym wnę­trzu, jak te pocho­dzące z cza­sów zało­że­nia mia­sta. Okna wyglą­dały jak z końca osiem­na­stego wieku, nato­miast mury praw­do­po­dob­nie liczyły sobie jakieś pięć­dzie­siąt lat. Kolejne war­stwy histo­rii były tu widoczne jak na sta­no­wi­sku arche­olo­gicz­nym. Zasta­na­wia­łam się, ile róż­nych skle­pów mie­ściło się w tym lokalu na prze­strzeni poko­leń. Jego wnę­trze oka­zało się pra­wie puste, ale w spo­sób suge­ru­jący, że zostało splą­dro­wane, a nie schlud­nie posprzą­tane. Pod ścia­nami stało kilka krze­seł i przy­pad­kowo roz­miesz­czo­nych, deli­kat­nie rzeź­bio­nych sto­łów. Na jed­nym leżały stosy kolo­ro­wych szali, na innym drew­niane wie­szaki. Na ladzie cią­gną­cej się wzdłuż fron­to­wych okien stała stara kasa fiskalna z ogrom­nymi kla­wi­szami w rodzaju tych, które po naci­śnię­ciu wydają nie­po­ko­jący dźwięk. Cha­otyczny wygląd całego miej­sca pod­kre­ślało słabe oświe­tle­nie. Cięż­kie zasłony były zacią­gnięte, a lampa naf­towa paląca się na jed­nym ze sto­łów rzu­cała dziwne cie­nie.

Zmarsz­czy­łam brwi. Co robił Yan­nick, zanim zapu­ka­łam? Sie­dział sam w ciem­no­ści?

W głębi sklepu, w pobliżu drzwi, które musiały pro­wa­dzić na zaple­cze, zoba­czy­łam duży, oso­bliwy piec wbu­do­wany w kamienną ścianę. Na jego widok poża­ło­wa­łam swo­ich wcze­śniej­szych myśli o baj­kach.

Yan­nick popra­wił schludny gar­ni­tur w ner­wowy spo­sób, jakby nie był przy­zwy­cza­jony do takiego ubioru.

– Co pani miała nadzieję zna­leźć? – spy­tał.

Dziw­nie sfor­mu­ło­wane pyta­nie.

– Prze­pra­szam – powie­dzia­łam. – Może źle mnie poin­for­mo­wano, ale sądzi­łam, że to miej­sce jest do wyna­ję­cia.

Twarz mło­dzieńca prze­szła nie­zwy­kłą serię prze­mian – od zasko­cze­nia, przez zro­zu­mie­nie i wąt­pli­wo­ści, po nagłą radość. Mimo dez­orien­ta­cji omal się nie roze­śmia­łam, bo jesz­cze ni­gdy nie spo­tka­łam osoby będą­cej lep­szą ilu­stra­cją okre­śle­nia „jak otwarta księga” niż ów Yan­nick Abrams.

– Ach, pro­wa­dzi pani sklep! – wykrzyk­nął. – Tak, mamy wolne miej­sce… To zna­czy: lokal jest wolny. Tak. Jakie rze­czy pani sprze­daje?

To pyta­nie zadał z nutą despe­ra­cji w gło­sie, jakby chciał odwró­cić moją uwagę od jego dziw­nej reak­cji. Byłam za bar­dzo zbita z tropu, żeby odpo­wie­dzieć na nie ina­czej niż wprost:

– Cóż, w pew­nym sen­sie koty. Pro­wa­dzę orga­ni­za­cję cha­ry­ta­tywną, która ratuje i reha­bi­li­tuje koty uliczne, po czym oddaje je do adop­cji. Naszym celem jest zmniej­sze­nie popu­la­cji bez­dom­nych zwie­rząt żyją­cych w mie­ście, jeśli uda nam się zebrać nie­zbędne środki. W schro­ni­sku pra­cuje tylko kilka osób: moja sio­stra, ja i kil­koro wolon­ta­riu­szy.

– Jak miło – rzekł Abrams, a ja wyraź­nie zauwa­ży­łam, że w jego gło­wie kłę­bią się myśli. Co dziwne, w żaden spo­sób nie zare­ago­wał na infor­ma­cję o kotach, ale wzmianka o orga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nej wzbu­dziła w nim wyraźną iskrę pod­eks­cy­to­wa­nia. – Od dawna działa pani w tej branży?

Przed­sta­wi­łam mu ogólny zarys histo­rii Les Amis des Chats, nie pomi­ja­jąc moich licz­nych pozy­tyw­nych refe­ren­cji, a także łagod­nego uspo­so­bie­nia naszych pod­opiecz­nych. Przez cały czas cze­ka­łam na nie­unik­nione. Yan­nick słu­chał z przy­jem­nym uśmie­chem, wyraź­nie zaab­sor­bo­wany jakimś wewnętrz­nym dia­lo­giem.

– Jest pan wła­ści­cie­lem tej nie­ru­cho­mo­ści, prawda? – zapy­ta­łam na koniec.

– Wła­ści­cie­lem? – powtó­rzył Abrams. – O nie. Jestem jego… jego przed­sta­wi­cie­lem.

Powie­dział to z tak oczy­wi­stym zado­wo­le­niem ze zna­le­zie­nia wła­ści­wej odpo­wie­dzi, że nie­mal zro­biło mi się go żal. Jed­no­cze­śnie mój nie­po­kój wyraź­nie wzrósł. Czy nikt ni­gdy nie powie­dział temu mło­dzień­cowi, że jego myśli są tak widoczne jak kawa­łek jedze­nia w kąciku ust?

– Chcia­łaby pani obej­rzeć lokal? – spy­tał z zapa­łem.

„Nie, dzię­kuję”, powie­dział mądry gło­sik w mojej gło­wie, ale go zigno­ro­wa­łam.

– Ja… Czy mogę naj­pierw zapy­tać o czynsz?

– Oczy­wi­ście! – powie­dział Yan­nick Abrams i podał kwotę o połowę mniej­szą od stawki pana Levas­seura.

Wytrzesz­czy­łam oczy.

– Za tydzień?

– Za mie­siąc. – Nagle na jego twa­rzy poja­wił się wyraz jesz­cze więk­szego niż do tej pory zatro­ska­nia, a raczej praw­dzi­wego nie­po­koju. – Wiem, że to nie­wiele, ale widzi pani, mamy trud­no­ści z utrzy­ma­niem najem­ców. Ostat­nia loka­torka, impor­terka sza­li­ków z całego świata, wypro­wa­dziła się bez uprze­dze­nia. Wcze­śniej był pie­karz, który nawet nie zadał sobie trudu, żeby zabrać ze sobą swoje cia­sta. Pew­nego ranka zna­leź­li­śmy je w witry­nie skle­po­wej, a po nim samym nie było śladu.

– Rozu­miem – bąk­nę­łam.

Cóż, przy­naj­mniej wyja­śniła się obec­ność pieca. Taką w każ­dym razie mia­łam nadzieję.

– Zapra­szam – powie­dział Yan­nick, znów cały w uśmie­chach.

Ruszy­łam za nim na tyły sklepu. Po dro­dze Abrams wska­zał na szale i zapew­nił mnie, że wszyst­kie zostaną spa­ko­wane i usu­nięte, zanim się wpro­wa­dzę. Kamienne płyty były tak nie­równe, że mia­łam wra­że­nie, jak­bym pró­bo­wała utrzy­mać rów­no­wagę na pokła­dzie statku. Chło­nę­łam wzro­kiem ogrom pod­łogi. Mogli­by­śmy wygod­nie zmie­ścić na niej co naj­mniej dzie­sięć dodat­ko­wych kla­tek i na­dal mieć dość miej­sca, żeby wolon­ta­riu­sze i goście swo­bod­nie się prze­miesz­czali, o nic się nie poty­ka­jąc.

Zatrzy­ma­łam się przy piecu cza­row­nicy i drgnę­łam, kiedy do moich noz­drzy dotarła woń masła. Cro­is­santy czy kru­che cia­steczka? Czy Yan­nick nie wspo­mniał, że przed sprze­daw­czy­nią szali urzę­do­wał tutaj pie­karz?

– Na­dal jest uży­wany? – zapy­ta­łam.

Yan­nick zer­k­nął na piec i zmarsz­czył brwi z dziwną iry­ta­cją.

– Nie. Powin­ni­śmy go zamu­ro­wać, bo tylko prze­szka­dza.

Na zaple­czu mie­ścił się mały salo­nik z kanapą, biur­kiem i rega­łem na książki. Okna wycho­dziły na wąski zaułek, za któ­rym znaj­do­wał się Parc Saint-Aimé, skwer z ogro­dami, drze­wami i ścieżką z obu stron ozdo­bioną latar­niami.

Dużą część pod­łogi zaj­mo­wał per­ski dywan w krzy­kli­wych kolo­rach.

– Pod spodem jest zapad­nia – poin­for­mo­wał mnie Yan­nick, wygła­dza­jąc stopą zagiętą kra­wędź dywanu. – Nie pró­bo­wał­bym tam scho­dzić. Piw­nica nie była sprzą­tana i jest dość nie­bez­pieczna. Wszę­dzie mamy pleśń. I szczury. Ogromne szczury! Wie pani, jak to jest w sta­rych budyn­kach.

Od razu zro­zu­mia­łam, że jeśli to miej­sce rze­czy­wi­ście nawie­dzają duchy albo coś gor­szego, piw­nica jest ich kró­le­stwem.

– Pro­szę się nie mar­twić – powie­dzia­łam z cał­ko­witą szcze­ro­ścią, bo nie byłam tak głu­pia jak boha­terki bajek. – Nie inte­re­suje mnie eks­plo­ro­wa­nie.

Abrams uśmiech­nął się do mnie pro­mien­nie.

Ruszy­li­śmy w górę po spi­ral­nych scho­dach, kolej­nym relik­cie minio­nej epoki, choć nie tak uro­czym jak inne. Nie miały porę­czy i były tak wąskie, że two­rzyły nie­przy­jemną, cia­sną, ciemną prze­strzeń. Miesz­ka­nie na pię­trze oka­zało się jed­nak przy­tulne, zachę­ca­jące. Par­kiet był pory­so­wany, a w środku pach­niało stę­chli­zną i paję­czy­nami, ale bez trudu mogło temu zara­dzić porządne wie­trze­nie. Wąski kory­tarz oddzie­lał dwie sypial­nie – obie prze­stronne i czy­ste – od dużego salonu z impo­nu­ją­cym sufi­tem, ele­gancką boaze­rią, oknami skrzy­dło­wymi o takiej wyso­ko­ści, że w każ­dym nali­czy­łam co naj­mniej dwa tuziny szyb, oraz małym bal­ko­nem z wido­kiem na park. Szkar­łatne fotele wyglą­dały na stare, ale dro­gie, tak że mogłam sobie wyobra­zić roz­par­tych w nich dawno zmar­łych ary­sto­kra­tów.

– Tro­chę to wszystko zaku­rzone – rzekł Yan­nick, marsz­cząc brwi. – Zadbam, by tu posprzą­tano, zanim pani się wpro­wa­dzi.

Następ­nie poka­zał mi małą kuch­nię oraz łazienkę z odsło­nię­tymi rurami, które nie­po­ko­jąco zabrzę­czały i zadrżały, kiedy odkrę­ci­łam wodę. Na górze nie było prądu, tylko grzej­niki ole­jowe i świecz­niki, ale pod każ­dym innym wzglę­dem lokal wyglą­dał bez porów­na­nia lepiej niż ten pana Levas­seura. Wręcz chło­nę­łam wzro­kiem to absur­dal­nie wykwintne wnę­trze.

– Prze­pra­szam – powie­dział Yan­nick i lekko potrzą­snął jedną z na­dal brzę­czą­cych rur. – Chyba wiem… to zna­czy, być może uda mi się to napra­wić. A raczej zrobi to hydrau­lik. Tak, wezwę hydrau­lika, żeby wszystko spraw­dził, zanim pani się wpro­wa­dzi.

Nic nie odpo­wie­dzia­łam. Mil­cza­łam, kiedy prze­cho­dzi­li­śmy z pokoju do pokoju. Mój nie­po­kój się pogłę­biał i nie­bez­piecz­nie zbli­żał do paniki. Przez cały czas mia­łam nadzieję, że znajdę jakieś wyja­śnie­nie – jakie­kol­wiek, nawet naj­gor­sze. Może kie­dyś miesz­kał tu mor­derca, który robił meble z kości swo­ich ofiar? Może lokal zasie­dlały trzy­dzie­sto­cen­ty­me­trowe kara­lu­chy, odporne na wszel­kie pułapki i tru­ci­zny wymy­ślone przez ludzi? Lecz w miarę upływu czasu nie poja­wiały się żadne szkie­lety ani potworne owady. Czu­łam się coraz bar­dziej nie­swojo.

– To już wszystko! – oznaj­mił Yan­nick, kiedy wró­ci­li­śmy na par­ter.

Przez zabyt­kowe okna wpa­dało przy­jemne jesienne słońce, a po bruku toczył się wózek z kwia­tami jak z pocz­tówki. Dosko­nale pamię­ta­łam, że kiedy szli­śmy na górę, zasłony były zacią­gnięte, a nie sły­sza­łam, żeby ktoś wcho­dził do środka.

– I co pani sądzi? – zapy­tał Abrams.

Jego spoj­rze­nie zdra­dzało tłu­mioną, ale dosko­nale widoczną eks­cy­ta­cję. Tylko na niego patrzy­łam, nie wie­dząc, co odpo­wie­dzieć. To miej­sce było ide­alne, tak. Nie­po­ko­jąco, zło­wrogo ide­alne. Mój instynkt krzy­czał jed­nak, że powin­nam grzecz­nie podzię­ko­wać Yan­nic­kowi, wyjść ze sklepu i ni­gdy wię­cej tu nie wra­cać. Czu­łam się jak liść zbli­ża­jący się do wodo­spadu – mia­łam wra­że­nie, że przy­ciąga mnie coś mrocz­nego i nie­ubła­ga­nego. Oczy­wi­ście mogłam to zro­bić. Po pro­stu wyjść, wró­cić do schro­ni­ska przy Rue Sainte-Rose­line, zająć się kotami i listami kon­tro­l­nymi. Posta­no­wić, że następ­nego dnia wzno­wię poszu­ki­wa­nia innego lokalu, któ­rego wła­ści­ciel zamknie mi drzwi przed nosem albo prze­prosi mnie z wes­tchnie­niem żalu.

Po czym powtó­rzyć ten pro­ces kolej­nego dnia i kolej­nego, aż nadej­dzie zima. A wtedy nie będzie już żad­nych drzwi, do któ­rych mogła­bym zapu­kać.

Odwró­ci­łam się do Yan­nicka.

– Kiedy mogę się wpro­wa­dzić?

Rozdział 5

Uświa­do­mie­nie sobie, że popeł­ni­łam fatalny błąd, zajęło mi około dzie­się­ciu minut.

Nie, to nie do końca prawda – od początku wie­dzia­łam, że to zro­bi­łam, ale uzna­łam, że była to mniej poważna kata­strofa niż utrata dachu nad głową. Ale czy rze­czy­wi­ście tak było? Idąc w kie­runku zacho­dzą­cego słońca, zatrzy­ma­łam się pół tuzina razy, gotowa wró­cić i oznaj­mić Yan­nic­kowi, że jego lokal nie nadaje się na schro­ni­sko dla kotów.

Naj­bar­dziej mar­twiła mnie magia.

Pomy­śla­łam o niej z powodu zasłon oraz wyraź­nej despe­ra­cji Abramsa, żeby zna­leźć jakie­go­kol­wiek najemcę. Podej­rze­wa­łam, że sklep był wcze­śniej domem magicz­nego loka­tora – może nawet tam­tego pie­ka­rza, który rzu­cał zaklę­cia na swoje cia­sta i bochenki chleba.

Nie wie­dzia­łam, czy to moż­liwe – jak więk­szość ludzi, nie­wiele rozu­mia­łam z magii, ponie­waż czar­no­księż­nicy nie byli zbyt skłonni dzie­lić się wie­dzą. Wszy­scy jed­nak wie­dzieli, że zaklę­cia są zwią­zane z przed­mio­tami. Cza­ro­dzieje nie tyle posłu­gi­wali się magią, co przy­wo­ły­wali ją z jakie­goś tajem­ni­czego innego świata i wią­zali z naszym za pomocą naczyń, które nazy­wali arte­fak­tami. Każdy czło­wiek mógł rzu­cić czar pole­ga­jący jedy­nie na wypo­wie­dze­niu słowa, aby uwol­nić magiczną moc z wisiorka, pier­ście­nia, książki czy karafki.

Było to jed­nak nie­bez­pieczne, ponie­waż zaklę­cia zwy­kłych śmier­tel­ni­ków koń­czyły się nie­po­wo­dze­niem dużo czę­ściej niż te rzu­cane przez magów. Cza­sem nawet powo­do­wały śmierć domo­ro­słego cza­row­nika.

Oczy­wi­ście to nie wystar­czało, by zdu­sić w ludziach chęć posia­da­nia magicz­nych przed­mio­tów. Z tego powodu han­del nimi był nie­le­galny w Mont­re­alu i więk­szo­ści innych cywi­li­zo­wa­nych miejsc. Mówiono, że poje­dyn­cze sklepy z arte­fak­tami na­dal dzia­łają, tylko że w tajem­nicy, choć bez wąt­pie­nia nie­które z nich pro­wa­dzili szar­la­tani sko­rzy do żero­wa­nia na głu­pich lub zde­spe­ro­wa­nych.

Coraz bar­dziej utwier­dza­łam się w prze­ko­na­niu, że tra­fi­łam na najbar­dziej praw­do­po­dobne wyja­śnie­nie. Tamto miej­sce było kie­dyś skle­pem z arte­fak­tami, a jego wła­ści­ciel pozo­sta­wił po sobie jakąś klą­twę, a może nawet kilka. Oka­zały się tak straszne, że nikt nie chciał długo tam prze­by­wać. Może poręcz scho­dów zamie­niała się o pół­nocy w głod­nego węża. Albo od kasy fiskal­nej robiły się bro­dawki na pal­cach. Moż­liwe też, że w rze­czy­wi­sto­ści w skle­pie nie cza­iło się żadne zło, ale sama jego repu­ta­cja wystar­czała, żeby odstra­szyć więk­szość roz­sąd­nych najem­ców.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Fran­cu­ski odpo­wied­nik wyra­że­nia „coś takiego” (przyp. tłum.). [wróć]