Afganistan. Dotknąłem wojny.  - Piotr Langenfeld - ebook

Afganistan. Dotknąłem wojny. ebook

Piotr Langenfeld

4,0

Opis

Piotr Langenfeld, dziennikarz i publicysta, przebywał dwukrotnie w Afganistanie w charakterze korespondenta wojennego, przydzielony do 10 Dywizji Górskiej oraz 25 Dywizji Piechoty. Jako jeden z nielicznych Polaków przemierzał z żołnierzami US Army bezdroża prowincji Chost i Logar.  Nie zwiedzał wyłącznie bezpiecznych baz, wręcz przeciwnie. Brał udział w patrolach i konwojach, przeżył kilka potyczek z talibami, rozmawiał z prostymi żołnierzami, a także z wyższymi oficerami dowodzącymi bazami. Spotkał tu zwyczajnych ludzi, którzy walczą o przetrwanie, i prawdziwych bohaterów niełatwej afgańskiej codzienności. Był świadkiem przejmujących scen w ogarniętym wojną kraju. Próbuje zrozumieć Afganistan.  O swoim przeżyciach i wrażeniach opowiada w niniejszej książce, pełnej akcji, często humoru, ale i refleksji, z której wyłania się prawdziwe oblicze wojny.  To miał być spokojny patrol. Nic szczególnego. Mieliśmy obejść dwie najbliższe wsie. Po kilkunastu minutach byliśmy na miejscu.  
– Jim, weź dwóch ludzi i biegiem na tamten pagórek – Boston nawet nie patrzył w stronę żołnierzy, wydając rozkaz. Kątem oka dostrzegłem trzy pochylone sylwetki, biegnące pod niewielkie wzniesienie.
 – Bailey – Boston przywołał do siebie jednego ze strzelców – znajdź sobie spokojne miejsce w którymś z zabudowań, żebyś miał nas na oku. Pastor pójdzie zaraz za mną. Kapelan poprawił kamizelkę i odruchowo sprawdził ładownicę. – Zapomniałbym – Boston chwilę trzymał w palcach niezapalone cygaro. – Peter – wskazał palcem na mnie – masz się trzymać radiotelegrafisty i mnie. Zawsze idziesz za dowódcą, w środku formacji. Jasne? Janett, pilnuj go, żeby nam tu nie udawał kowboja. Radiotelegrafista lekko klepnął mnie w ramię. Na oko był młodszy ode mnie, i niższy. Popatrzyłem na niego z góry. – Słuchaj, nie będę… – zacząłem.
 – OK – Janett zignorował mnie zupełnie. Splunął i dokończył: – Idziesz za mną...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 260

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (23 oceny)
8
9
5
1
0

Popularność




PiotrLangenfeld

AFGANISTAN

DOTKNĄŁEM WOJNY

Dla Diany

Od Autora

Afganistan. Polakom w większości nic to nie mówi.

Wojna w tym odległym kraju pojawia się w serwisach informacyjnych, kiedy ktoś tam zginie, coś wybuchnie. Czasem jacyś młodociani myśliciele z arafatką na szyi wygłoszą kilka antywojennych frazesów, zarzucając NATO zbrodniczą działalność. Wielu zaczyna bronić talibów, jakby bili się oni o własną ojczyznę, broniąc jej przed hordami zachodnich armii. Przeczytałem kiedyś w komentarzu internetowego „specjalisty”, że taliban jest jak polska partyzantka z czasów drugiej wojny światowej. Pewien naukowiec wręcz potępiał NATO, stając w obronie talibów jako może nie najlepszych na świecie bojowników, ale mających swoje racje.

Co łączy wszystkie te grupy, wyspecjalizowane w tworzeniu opisów Afganistanu?

Nigdy tam nie byli. Nigdy nie widzieli Pasztuna, a co dopiero taliba. Ci, którzy byli w Afganistanie i poznali ten kraj, giną w tłumie gadających głów czerpiących wiedzę z mediów lub lepszych bądź gorszych raportów.

Czym jest Afganistan? Jak wygląda ta wojna? Te pytania męczyły mnie od 2001 roku, kiedy zaczęła się wojna z terroryzmem. Jako że w życiu napisałem kilka artykułów, kolega z US Army zaproponował mi, żebym jako korespondent poprosił o przydział do którejś z jednostek w Afganistanie. Rzecz zupełnie powszechna wśród zachodnich dziennikarzy. Miałem sam się przekonać, jak tam jest, bez większych ograniczeń i problemów. Amerykanie to otwarty naród, gotowy pokazać swoje działania zgodnie z prawdziwie demokratycznymi zasadami.

– Nawet jeśli napiszesz o nas źle i same bzdury, będziesz mógł tu wrócić – powiedział mi jeden z oficerów. – Otwartość na media to jeden z filarów naszej pracy.

To wojna inna niż te znane nam z podręczników historii. To wojna dziwna, w której nie ma – jak by nie patrzeć – ludobójstwa i hekatomby. Zachodnie armie mimo błędów walczą ostrożnie. Czasem wydaje się, że surowe zasady walki wzbudzają politowanie wśród wrogów. NATO nie walczy jak Sowieci, nie równa z ziemią całych wsi. Uważam, że dzięki takiej ostrożnej taktyce rebelianci są w stanie do dziś stawiać opór.

W walkach w Afganistanie zginęło mniej żołnierzy NATO niż w jednej przeciętnej bitwie drugiej wojny światowej. A wojna trwa już dziesiąty rok. Walczymy z wrogiem daleko, odsuwając niebezpieczeństwo od naszych granic, jednocześnie szkoląc armię w najtrudniejszych warunkach, w prawdziwej walce.

Smuci brak spójności, pomysłu, a czasem i woli walki sprzymierzonych. Zwłaszcza rządy europejskie, poddawane krytyce lewackich środowisk, nie palą się do posyłania swych wojsk w ogień walki. Ten brak jedności może kosztować NATO porażkę.

W tej wojnie lwią część działań prowadzą siły zbrojne USA. O nich głównie jest ta książka. Wojna to nie tylko wybuchy i śmierć. Niewielkie bazy gdzieś górach stają się ośrodkami pomocy dla zacofanych wsi, nierzadko atakowanych i zastraszanych przez talibów i ich popleczników.

Wielu ludzi z wymienionych przeze mnie grup powie: „Propaganda!”. Nie, to nie propaganda. To współczesny Afganistan. Pełen biedy, korupcji, ale też dobrych i dzielnych ludzi. Tego nie pokazują stacje telewizyjne, tego próżno szukać w portalach internetowych. Szkoły, meczety, książki, zwyczajne życie – to zajmuje na co dzień Afgańczyków. Potem bezpieczeństwo, egzekucje i skorumpowana policja. Ale cóż, o tym domorośli eksperci nie mogą czerpać wiedzy z telewizora.

Nie twierdzę, że poznałem Afganistan. Ale byłem, widziałem, mam swoje zdanie.

Wstęp

To miał być spokojny patrol. Nic szczególnego. Mieliśmy obejść dwie najbliższe wsie. Droga początkowo prowadziła wąskim i płytkim parowem, który mimo wszystko dawał nam poczucie ochrony przed wścibskimi oczami. Po kilkunastu minutach byliśmy na miejscu.

– Jim, weź dwóch ludzi i biegiem na tamten pagórek – Boston nawet nie patrzył w stronę żołnierzy, wydając rozkaz.

Kątem oka dostrzegłem trzy pochylone sylwetki, biegnące pod niewielkie wzniesienie.

– Bailey – Boston przywołał do siebie jednego ze strzelców – znajdź sobie spokojne miejsce w którymś z zabudowań, żebyś miał nas na oku. Pastor pójdzie zaraz za mną.

Kapelan poprawił kamizelkę i odruchowo sprawdził ładownicę.

– Zapomniałbym – Boston chwilę trzymał w palcach niezapalone cygaro. – Peter – wskazał palcem na mnie – masz się trzymać radiotelegrafisty i mnie. Zawsze idziesz za dowódcą, w środku formacji. Jasne? Janett, pilnuj go, żeby nam tu nie udawał kowboja.

Radiotelegrafista lekko klepnął mnie w ramię. Na oko był młodszy ode mnie i niższy. Popatrzyłem na niego z góry.

– Słuchaj, nie będę… – zacząłem.

– OK – Janett zignorował mnie zupełnie.

Splunął i dokończył:

– Idziesz za mną.

Boston włożył cygaro do ust i ruszyliśmy do wsi.

Budynki o wysokich murach wyglądały na zniszczone i opuszczone. Dopiero kiedy znaleźliśmy się między zabudowaniami, pojawili się jacyś ludzie. Kilka kobiet prało w strumieniu. Gdy wyszliśmy na otwartą przestrzeń, w ułamku sekundy zasłoniły twarze.

Z drugiej strony do osady wkroczył patrol afgańskiej armii. Żołnierze szybko zaczęli o coś wypytywać mieszkańców. Od razu zebrała się wokół nich spora grupka gestykulujących ludzi. Dopiero teraz zauważyliśmy na jednym z domów antenę satelitarną.

– Hej, Alik – porucznik wezwał tłumacza. – Pędź do tych z ANA i powiedz, że chcemy wejść do domu z anteną.

Parę minut później byliśmy w środku. Na małym stoliku leżało kilka telefonów komórkowych.

– Popatrz, kurwa – Janett, który wcisnął się za mną do pomieszczenia, nie przebierał w słowach. – Jeden sygnał, jeden dzwonek i ktoś gdzieś bierze nas na muszkę. Albo odpala ładunek i lecimy w kawałeczkach do nieba…

– Rimpley, Scott, biegiem do drogi – Boston nie tracił czasu na gadanie. – Szukajcie spotera, obserwatora. Pewnie gdzieś się tu kręci.

Zatrzymali go szybko. W chacie pojawili się kolejni afgańscy żołnierze. Ich porucznik tylko czekał, żeby zacząć przepytywać podejrzanego. Wycofaliśmy się na zewnątrz. Wiedziałem, że tutaj nie będzie ławy przysięgłych

– Wyciągną z niego wszystko, bez obaw – Boston stanął koło mnie. – Kilka tygodni temu talibowie zmasakrowali rekrutów do ANA. W ładunkach były gwoździe i odłamki szkła. Wielu z żołnierzy tego patrolu – wskazał na ludzi otaczających domek z anteną – straciło wtedy braci i kuzynów. Nie odpuszczą mu.

Ktoś sięgnął do manierki, ktoś zapalił papierosa. Milczeliśmy. Wreszcie ruszyliśmy w kierunku domu z zielonymi okiennicami. Spostrzegłem Baileya, który zmieniał stanowisko. Dom stał na skraju wsi i z jego dachu bardzo dobrze widać było „Cherokee”. Kilka tygodni temu rebelianci wypędzili mieszkańców, tworząc z ich gospodarstwa fortecę. Ustawili moździerz i zaczęli ostrzał. Amerykanów uratował członek starszyzny. Pokonał strach i przybiegł na posterunek prosić o pomoc.

Zapukaliśmy do domu.

– Jeszcze nigdy nie widziałeś tak zaskoczonego człowieka – Boston pokazał uchylające się drzwi.

Faktycznie – na oko sześćdziesiącioletni mężczyzna patrzył na nas w niemym zdumieniu. Boston zaśmiał się głośno.

– Zapytaj go, to powie, że nic się tu nie dzieje, nic się nie wydarzyło. A on nigdy nie był u nas w bazie. Uratowaliśmy mu dom i prawdopodobnie życie, a on udaje, że w ogóle nas nie poznaje.

Bailey ulokował się na niewielkiej glinianej obórce i osłaniał nas swoim M14. Trochę dalej przy drodze ułożył się strzelec z M240. Ruszyliśmy do kolejnych domów.

Przed jednym z nich siedzieli ojciec i syn. Pastor wraz z naszym tłumaczem zapytał ich o mułłę, wskazując na Koran, który starzec trzymał na kolanach. Boston nieszczególnie interesował się rozmową; całą uwagę skupił na zachowaniu młodszego z Afgańczyków, który nerwowo rozglądał się po okolicy. Wokół nas zrobił się tłok. Ludzie podeszli, żeby przysłuchać się rozmowie pastora ze starcem.

– Szefie – żołnierz mówił cicho, aby nie przerywać toczącej się rozmowy. – Musi pan to zobaczyć – wskazał dwóch żołnierzy stojących koło kontrolowanego samochodu.

Jeszcze nie zdążyliśmy podejść w tamtą stronę, gdy do porucznika zbliżył się ubrany na biało młody Afgańczyk. Na głowie miał kolorową czapkę wyszywaną cekinami. Ukucnęli pod rachitycznym drzewem

– Chcę przejechać – powiedział łamanym angielskim i pokazał na stojący trochę na uboczu stary odrapany samochód.

– Czemu pytasz o pozwolenie? – Boston był zaskoczony.

W oddali pojawił się motocyklista. Afgańczyk próbował wstać.

– Co ty kombinujesz? – Boston chwycił go za ramię, uniemożliwiając mu wyprostowanie się. – Boisz się?

– Nie – odparł uśmiechnięty Afgańczyk. – Jestem mężczyzną jak i ty i nie boję się.

– Jesteś pedałem, a nie mężczyzną – przywalił Boston. – Przekombinowałeś z tą czapką.

Afgańczyk rozejrzał się niespokojnie.

– To jak, mogę? – zapytał po chwili.

– Coś ci źle z oczu patrzy! Gdzie masz wóz? Sprawdzimy cię, kolego.

Paręset metrów dalej przy niskim murku stały dwie toyoty. Pierwsza należała do człowieka w czapce – to ten samochód przed chwilą sprawdzali nasi ludzie. Kierowcą drugiego pojazdu był młody facet z dwójką dzieci i jakimś starcem na tylnym siedzeniu. Wyraźnie trząsł się ze strachu. Na polecenie Bostona wyszedł z samochodu, dygocząc. Podeszliśmy ostrożnie. Kilku żołnierzy stanęło wokół samochodu. Nawet nie wiem, kiedy dotarł pastor z tłumaczem. Zajrzeli do wnętrza.

– Boston, wzywaj saperów – usłyszałem stłumiony krzyk z samochodu.

Scotti podbiegł, nie pytając o nic. Po chwili też byłem przy aucie.

– O pierdolec – mój opiekun wytarł czoło dłonią. – Jebany pierdolec – powtarzał.

Z kratki nawiewu wystawały kable, widać było kolejny przewód przypięty do podłogi i ciągnący się wzdłuż progu – pewnie aż do wyładowanego materiałem wybuchowym bagażnika.

– Nie my mieliśmy być celem – Boston pokazał żołnierzy afgańskich przed domkiem z anteną satelitarną. – To oni mieli zginąć.

Nie do końca rozumiałem, skąd Boston miał tę pewność. Dopiero teraz zobaczyłem, że trzymał w ręku jakiś dokument, a nasz tłumacz coś mu szybko wyjaśniał. Okazało się, że kierowca miał podróbkę oficjalnej, urzędowej przepustki, która pozwalała mu przejeżdżać przez policyjne posterunki. Celem ataku miał być posterunek policyjny lub wojskowy.

– Już po tobie – Boston popchnął Afgańczyka na ziemię.

– Możecie mnie tylko zabić – rzucił po angielsku, patrząc gdzieś ponad nami.

– Nie, kolego, nawet nie wiesz, jak bardzo się mylisz – porucznik wyciągnął palec w jego kierunku. – My uwiniemy się z tobą szybko. Ale potem oddamy cię ludziom z ANA.

– Oni nie są, oni nie są… – widać było, że szukał brakujących słów. – Oni są Tadżykami – wyrzucił wreszcie jednym tchem. – To swołocz!

– No tak – rzucił Boston. – A ty zabiłeś ich rodaków.

Część pierwsza Wiosna

△ Afganistan

Bagram i Chost

Ze snu wyrwały mnie gwałtowne turbulencje. Spojrzałem za okno – przelatywaliśmy przez gęstą warstwę chmur. Rozejrzałem się po kabinie, próbując jednocześnie coś zrobić z nogami. Cholera, przecież to nic nie da, pomyślałem. Ile nowych pozycji można znaleźć, siedząc ciągle w tym samym miejscu? Sprawdziłem, jak daleko jest wyjście awaryjne. Moje stawy krzyczały. Byłem gotów wysiąść natychmiast.

W co ja się wpakowałem, po co mi to było – przeszło mi przez głowę. Zamknąłem oczy, ale nie mogłem zasnąć. Przypominała mi się każda minuta z kilkudziesięciu minionych godzin.

Ponad dwadzieścia godzin spędziłem w Dubaju, w terminalu drugiej kategorii obsługującym loty do dzikich krajów, takich jak Bangladesz czy właśnie Afganistan. Oj, nie była to luksusowa część słynnego portu lotniczego w stolicy Emiratów. Już zawsze Dubaj będzie mi się kojarzyć z ciepłą wodą mineralną, równie ciepłą colą, zapachem potu malezyjskich robotników i wszechobecnym pyłem…

Potem był lot afgańskimi liniami Pamir – jedynymi, w których bilet dało się zabukować przez internet. Wysłużony boeing, zaledwie kilkunastu pasażerów i załoga ze środkowej Azji, która nie bardzo rozumiała angielski.

Samolot poderwał się do lotu, trochę tylko mocniej trzęsąc i wolniej niż zwykle reagując na polecenia pilota. Ale poza tym wszystko wyglądało normalnie. Była nawet instrukcja na wypadek katastrofy i pasy.

– Loteria, wielka loteria dla naszych drogich pasażerów! – kilkanaście minut później steward rozdarł się, jakby przekrzykiwał klientów na wielkim bazarze.

Błyskawicznie zebrał karty pokładowe, każdą z nich umieścił w plastikowym opakowaniu i wrzucił je wszystkie do czarnego worka.

– Zamieszamy i wybierzemy szczęśliwca, który wygra sto dolarów – perorował dalej. – To nagroda za lojalność i zachęta do latania naszymi liniami.

Jego ręka cały czas mieszała w worku. Co chwila podnosił go tak, by wszyscy mogli zobaczyć, że nic nie wypadło.

– A teraz nasza radość niech będzie waszą! – krzyknął steward i wyciągnął z worka jedną z kart.

– Wygrywa, wygrywa… – słowo ciągnęło się w nieskończoność między kilkunastoma pasażerami. Aż wreszcie zamieniło się w nazwisko, by w którymś z rzędów wyrwać z fotela starszego mężczyznę. „Wyrwać” to jednak za dużo powiedziane, raczej „dostojnie podnieść”. Mężczyzna nie był specjalnie zaskoczony. Dumnie przyjął studolarowy banknot i zaszczycił nas wyniosłym spojrzeniem, po czym zagłębił się na powrót w fotelu. Wraz z nim z kabiny ulotnił się steward.

– Pewnie to lokalny urzędnik – odezwał się po angielsku ktoś za mną.

– Albo celnik – dopowiedział jego sąsiad.

Za oknem spod towarzyszącej nam od startu warstwy chmur pokazały się ośnieżone szczyty gór, meandrujące koryta rzek, małe poletka oraz mniejsze i większe zabudowania. Z rozważań wyrwał mnie skandowany szkolnym angielskim komunikat: Proszę zapiąć pasy, samolot podchodzi do lądowania!

Stolica

Port lotniczy w Kabulu z zewnątrz sprawiał całkiem dobre wrażenie – kilka samolotów, dużo śmigłowców (głównie ONZ-u), maszyny wojskowe i dość nowoczesny budynek odpraw. Po wyjściu z samolotu czekała nas przesiadka do starego autobusu i krótki przejazd pod terminal.

Wnętrze budynku wyglądało już inaczej. Małe, ciemne pomieszczenie pełne było dopiero co przybyłych podróżnych, którzy w zniecierpliwieniu czekali na odprawę. Amerykanie, Kanadyjczycy; poza tym Arabowie i Pasztunowie.

Stanąłem na końcu kolejki. Przede mną ustawili się inni pasażerowie z naszego samolotu, było też kilka osób, których nie zauważyłem wcześniej.

Strażnikom granicznym bynajmniej się nie spieszyło, bardzo przykładali się do pracy, wesoło sobie rozmawiali. Mimo to wszyscy ci, którzy stali przede mną, w miarę przesuwania się kolejki wydawali się coraz mniejsi. Krok za krokiem pochylali się coraz niżej. Nie tylko Afgańczycy. Kiedy przyszła moja kolej, podając dokumenty, starałem się patrzeć tylko na własne sznurówki. Wreszcie upragniona trójkątna pieczątka znalazła się w moim paszporcie; mogłem ruszać dalej.

Telefon, muszę dostać się do telefonu, pomyślałem gorączkowo i rozejrzałem się po sali przylotów. Łatwo powiedzieć… Europejskie telefony tu nie działają. Poprosiłem w końcu o pomoc policjanta, okazało się jednak, że nie zna angielskiego. Siedział na koszu na śmieci i z dziwnym wyrazem twarzy wpatrywał się w mój list potwierdzający akredytację, jaką dostałem od Amerykanów. Wreszcie zawołał kolegę, który umiał powiedzieć coś po angielsku. Trafiłem do naczelnika. Siedział za ogromnym biurkiem, zajmującym prawie całe pomieszczenie. Moi opiekunowie już z daleka mu salutowali, a potem dumnie ściskali dłoń. Szybko i grzecznie wyjaśniłem sprawę. Naczelnik tylko przelotnie rzucał na mnie okiem, właściwie odniosłem wrażenie, że parująca przed nim szklanka herbaty była ważniejsza. Po krótkiej i zupełnie dla mnie niezrozumiałej wymianie zdań do pokoiku wcisnął się kolejny policjant.

– Który raz w Afganistanie? – zapytał, wyciągając palec w moim kierunku.

– Pierwszy – odpowiedziałem.

– Mhm, pierwszy – powtórzył i dalej kartkował mój paszport.

– Poland – wycedził wolno. – Dobra – rzucił po chwili – jesteś pierwszy raz, to mogę ci pomóc. Zadzwonię do Amerykanów.

Rozmowa trwała kilkadziesiąt sekund. Miałem wziąć taksówkę.

..............................

Stałem potem przed terminalem i zastanawiałem się, skąd niby mam tutaj wziąć taryfę. Teren lotniska otoczony był płotem. Przede mną rozciągał się betonowy plac i coś, co mogłoby być trawnikiem, gdyby ktoś regularnie to podlewał, trochę dalej widać było bramę i ulicę prowadzącą do miasta, a na jej końcu – pomnik z sowieckiego szturmowego Suchoja. Noga za nogą powlokłem się w kierunku bramy. Po kilku krokach pot lał się ze mnie strumieniami, a kurz zatykał mi usta i nos. Mój Boże, co ja tutaj robię, myślałem, maszerując. Jeszcze sto metrów i musi coś być. Oczami wyobraźni widziałem już nawet klimatyzację i zimne napoje. Wszystko to w taksówce, która na pewno czeka tu specjalnie na mnie. Dotarłem do ogrodzenia. Dopiero teraz zobaczyłem grupę starszych mężczyzn leniwie opartych o samochody.

Najpierw pieniądze. Uświadomiłem sobie, że nie mam afganów, tylko dolary. Chwilę jeszcze krążyłem po betonie na granicy omdlenia z upału, wreszcie między samochodami dostrzegłem kolorowy parasol i trochę więcej głów. Mały straganik. Brodaty staruszek siedział pod starym parasolem Coca-Coli, przy gablotce podobnej do takiej, z której w Krakowie sprzedaje się obwarzanki. Wewnątrz miał karty telefoniczne i komórki wszelkiej maści, wszystko wyłożone niemal na jezdni, w niesamowitym ruchu i hałasie. Sto dolarów to jakieś pięć tysięcy afgani. Schowałem je do portfela; dopiero teraz zauważyli mnie brodacze przy samochodach. Spomiędzy tłumu wybijał się właściciel fantazyjnie narzuconej na ramiona arafatki.

– Pan idzie tu, pan idzie tu – wyraźnie najmłodszy wśród nich, krzyczał i żywo gestykulował dłońmi.

Patrzyłem, który spośród zdezelowanych samochodów wskaże. Wybór był prawie żaden. Chyba tylko w Hawanie znalazłbym starsze auta.

– My jesteśmy legalna firma, my zawieziemy pana bezpiecznie. Pan idzie tu – naganiacz machał mi przed oczami zalaminowanym kartonikiem z mocno rozmazanym zdjęciem.

Z rezygnacją pokiwałem głową i wsiadłem do czegoś, co kiedyś było toyotą corrolą. Kierowca bacznie przyglądał mi się we wstecznym lusterku. Bezczelnie robiłem to samo. W końcu ruszyliśmy.

Przed nami rozciągał się Kabul. Tumany kurzu spowijały każdą ulicę. Ruch kołowy wydawał się niekontrolowany przez nikogo. Budynki stare, odrapane, niektóre zniszczone. Śmieci i przydrożne stragany, na których leżały poćwiartowane zwierzęta, słodycze, telefony, telewizory, owoce – istne mydło i powidło. Auta wjeżdżały w każdą lukę, nikt nie czekał na swoją kolej, omijali się, wjeżdżając bez ostrzeżenia na lewy pas, wykorzystując nawet coś, co przypominało chodnik. Nieustanny jazgot klaksonów przerywały wrzaski kierowców i przechodniów. Piesi jak zwierzyna łowna uciekali wprost spod zderzaków. Skłonny byłem się założyć, że przynajmniej raz w ciągu dnia ktoś tu przejeżdża komuś po nogach. Minęliśmy amerykańską ambasadę. Betonowe zapory, drut kolczasty, posterunki, a w nich uzbrojeni po zęby żołnierze. Wyglądało to prawie jak średniowieczna forteca.

Zobaczyłem pierwszy patrol NATO, który przejechał tak szybko, że nie zdołałem rozpoznać, jaka to armia. Kilka ulic dalej wyprzedziła nas kolumna czarnych aut terenowych z przyciemnionymi szybami. W ostatnim siedziała ochrona, wypatrująca zagrożeń przez otwartą tylną szybę. W tumanie kurzu błysnął promień celownika laserowego.

Wreszcie opuściliśmy śródmieście dziurawą jak sito drogą. Setki ciężarówek upstrzonych frędzelkami, gwiazdkami i płytami CD utrudniały nam podróż. Mój szofer nie robił sobie z tego wiele. Wymijał poboczem lub środkiem, nie zważając na policjanta z drogówki, a gdy coś mu stanęło na drodze, trąbił lub mrugał światłami. I pomyśleć, że tak jeździ tu większość kierowców.

Co kilkaset metrów pojawiały się kolejne posterunki – tym razem były to „tylko” umocnione stanowiska karabinów maszynowych i ukryte z tyłu małe budki. Nad nimi dumnie powiewały afgańskie flagi. Gdyby nie one, zabudowania przypominałyby przydrożne stragany.

Naboje, granaty, AK-47, wyobrażałem sobie przez moment zachwalającego swój towar kupca. Pan szanowny kupi, dołożę semtex gratis…

Nagle zahamowaliśmy tak gwałtownie, że walnąłem głową w oparcie przedniego fotela. Mój kierowca coś krzyczał i gwałtownie gestykulował, ale przynajmniej na moment zwolnił. Przed nami wyrósł konwój Armii Afgańskiej. Wśród pojazdów wyróżniały się lśniące nowością cysterny. Kawalkadę osłaniało kilkunastu żołnierzy w pick-upach. Twarze mieli obwiązane chustami, na oczach gogle, w rękach broń. Uprzejmość uprzejmością, ale czas to pieniądze; nasz samochód wyrwał nagle poboczem i, nie zważając na klaksony i nerwowe wymachiwanie bronią, zaczął slalom między wojskowymi pojazdami.

– Stop, stop! – krzyknąłem, kiedy zauważyłem, że jeden z żołnierzy nie bez żartów wycelował w nas karabin.

– Don’t worry, don’t worry – zanucił pod nosem kierowca i na kilka minut zajął miejsce w konwoju. Kilka minut potem znów rwaliśmy poboczem, wykorzystując chwilową nieuwagę żołnierzy. Kolejne ciężarówki i posterunki. Za nami, przed nami i wokół nas nieustannie wznosiła się chmura pyłu.

– Zamknij okno – krzyknąłem do pogwizdującego kierowcy.

Kiedy poklepywanie w ramię sprawiło, że tylko przyspieszył, poważnie rozważałem zmasakrowanie mu potylicy. Nagle dostrzegłem ludzi tuż przed nami, wprost na naszej drodze. Ułamek sekundy później złapałem się na tym, że wciskam nogę w podłogę, szukając pedału hamulca, a ręce nerwowo zaciskam na przednim fotelu. Zahamowaliśmy tak gwałtownie, że znów walnąłem głową w oparcie fotela. Przez moment nie widziałem nic, wreszcie dotarło do mnie, co się stało.

Przed maską samochodu stał policjant. Nawet na nas nie patrzył. Odruchowo sięgnąłem po paszport. Mundurowy powiedział coś do kierowcy, który machnął do mnie ręką, mówiąc:

– Sorry.

Po ponad godzinie dotarliśmy do amerykańskiego posterunku. Nie było w nim żołnierzy, tylko najemnicy jednej z firm. Wszyscy mieli zasłonięte twarze, tak by nikt z miejscowych ich nie rozpoznał. Za dodatkowy napiwek kierowca użyczył mi telefonu. Mogłem zadzwonić do bazy.

Nadal siedziałem w taksówce i obserwowałem sznur starych rosyjskich ziłów i kamazów, które zwoziły do bazy cegły i żwir. Każdy z nich musiał odstać swoje, zanim dostał zgodę na wjazd. Czułem się jak dziecko, które liczy barany. Kwadrans za kwadransem. Czekałem na łącznika. Wreszcie pojawił się.

Podjechała biała furgonetka, a z niej wyszedł niski i krępy amerykański żołnierz w pełnym oporządzeniu. Na rękawie widać było charakterystyczną naszywkę 101 Dywizji Powietrznodesantowej, słynnych Krzyczących Orłów. Ta dywizja lądowała w Normandii w 1944 roku, broniła Bastogne w Ardenach, walczyła w Wietnamie i Zatoce Perskiej. Dziś jest dywizją areomobilną – jej narzędziem walki są śmigłowce.

Kilka szybko rzuconych słów i załadowałem torby do jego samochodu. Zamknąłem drzwi i przez chwilę poczułem się jak w Europie. Klimatyzacja…

Wjechalismy do Bagram, dawnej sowieckiej bazy lotniczej. Mimo tylu wojen nadal stoją tu budynki wzniesione przez Rosjan. Życie toczyło się tu ustalonym wojskowym rytmem. Nad naszymi głowami schodził do lądowania owiany legendą śmigłowiec szturmowy AH-64 Apache, pogromca czołgów Saddama Husajna z wojny w Zatoce Perskiej, najgroźniejszy wróg talibów i ich sprzymierzeńców, uzbrojony w 30-milimetrowe działko, wyrzutnię rakiet niekierowanych i pocisków Hellfire 2. Zaraz za nim wylądował samolot szturmowy A-10, właściwie armata ze skrzydłami. Jego wnętrze kryje sześciolufowe 30-milimetrowe działko z wielkim bębnem z zapasem amunicji. Silniki nie zmieściły się do środka, więc konstruktorzy ulokowali je na bokach ogona, co nadało tej maszynie charakterystyczny wygląd. Działko A-10 wydaje specyficzny dźwięk podczas strzelania, a jego pociski ze zubożonym uranem są w stanie przebić każdy pancerz.

W oddali podnosił się kurz startujących maszyn. Patrol za patrolem, dwadzieścia cztery godziny na dobę, żeby nie dać chwili wytchnienia talibom i ich sojusznikom.

Miasteczko na Dzikim Wschodzie

Jechaliśmy główną ulicą bazy nazywaną Disney Drive. Wąska asfaltowa droga, chodnik, kilka drzewek rosnących w kilkudziesięciometrowych odstępach. Przeciskaliśmy się między przysadzistymi terenowymi humvee, pokracznymi minoodpornymi MRAP-ami, jakimiś ciężarówkami i wszelkiej maści pojazdami, jakie tylko armia amerykańska zdołała tu ściągnąć. Ona sama lub jej współpracownicy i sojusznicy.

Polacy, Francuzi, Brytyjczycy. Pełno tu mundurów. Wielu mężczyzn biegało, inni grali w koszykówkę lub snuli się pomiędzy budynkami i P/X-ami – te świetnie zaopatrzone sklepy Amerykanie budują w swoich bazach na całym świecie.

– To jest wojna? – zastawiałem się głośno, kiwając głową z powątpiewaniem. – To jakiś obóz dla turystów – tłumaczyłem sam sobie, przechodząc koło sklepów Adidasa i Harleya-Davidsona. Minąłem Green Beans Coffee.

Wkrótce dotarło do mnie, że są jeszcze siłownie, sale kinowe, nawet salon fryzjerski dla kobiet. Gdzieś w tle, w scenerii sennego amerykańskiego miasteczka lądowały samoloty transportowe, ktoś jechał na patrol, a od czasu do czasu przebijał się do publicznej wiadomości komunikat o kolejnych kontrolowanych eksplozjach…

Dziwne? Może na pierwszy rzut oka, i to tylko dla Europejczyka. Amerykanie traktowali to jak coś absolutnie normalnego. Tak było od zawsze, czyli od drugiej wojny światowej. Zasada jest prosta: warunki mają być jak najbardziej zbliżone do tych w domu.

..............................

Przez pierwsze dwa dni wszystko wydawało mi się ciekawe, ale z biegiem czasu zrobiło się nudno. W końcu przyszła dobra wiadomość: jutro o trzeciej rano zbiórka. Pojadę do prowincji Chost na wschodzie Afganistanu. Dostałem przydział do wysuniętej bazy operacyjnej Salerno.

Niewielka salka terminalu lotniczego wypełniona była po brzegi żołnierzami US Army lecącymi w najróżniejsze strony Afganistanu: Kandahar, Dżalalabad itd. Żołnierze służby czynnej, rezerwiści, „doradcy”, reporterzy. Grupa lecąca do bazy Salerno liczyła jakieś dwadzieścia osób. Wszyscy siedzieliśmy na niewielkich, zakurzonych krzesełkach w poczekalni. Wczesnym rankiem, koło szóstej wydano nam paszporty, które wcześniej zostały zabrane do kontroli. Każdy dostał rozkaz podróżny, żeby był dowód, że ktoś opłaca nasze przeloty wojskowymi maszynami. Przed startem zostaliśmy pouczeni o konieczności noszenia kamizelek kuloodpornych i hełmów. Wojskowy autobus dowiózł nas pod sam samolot.

Wielki, czterosilnikowy samolot transportowy C-130 Hercules był zapakowany paletami z jakimś sprzętem i skrzyniami. Zajęliśmy miejsca tuż za ładunkiem, na niewygodnych krzesełkach z rurek i materiału. Obok mnie usiadło dwóch korespondentów i dość wiekowy żołnierz sił specjalnych, który – jak twierdził – „teraz tylko doradza”. Wyglądał jak święty Mikołaj z dużym brzuchem i siwą brodą, tylko zamiast worka z prezentami miał karabinek M4.

Samolot rozpoczął kołowanie, przyśpieszył, wszystkimi szarpnęło dość nieprzyjemnie i już byliśmy w powietrzu. Lot trwał tylko czterdzieści minut. I zakończył się równie niespodziewanie, jak rozpoczął. W maszynach wojskowych nie ma czasu na finezje znane z linii cywilnych. Poczuliśmy tylko rosnące ciśnienie w uszach i kilka minut później maszyna uderzyła w ziemię. Przez moment z nerwowym napięciem spoglądaliśmy wszyscy na liny zabezpieczające ładunek… Puszczą, nie puszczą – kołatało się w naszych głowach. Wytrzymały. A ja byłem na miejscu, w bazie Salerno.

△ CHOST

Nariza

Długi ziemny pas startowy otoczony był płotem i drutem kolczastym. Dalej ciągnęły się zabudowania bazy, wieże strażnicze, a wokół bazy – góry. W drewnianym budynku terminalu było tłoczno, wielu żołnierzy czekało na loty do wysuniętych baz operacyjnych i posterunków.

◊ Prowincja Chost z lotu ptaka; mieszanina nieurodzajnych pustyń, gór i zielonych pól nawadnianych przez miejscowych rolników. Wioski ciągną się tu kilometrami, a niemal każdy dom budowany jest jak mała forteca.

Jeden z poruczników złościł się, że nie przygotowano lotu dla niego i jego ludzi. Ledwo opanowywał nerwy.

– Mam gdzieś, że nie ma miejsca w śmigłowcu – pluł na wystraszonego kaprala. – Czekamy na lot już trzy dni. Masz znaleźć miejsce, rozumiesz? – wpatrywał się w rozmówcę przekrwionymi ze złości oczami.

– Tak jest, sir. Tak jest – powtarzał wystraszony żołnierz. – Zaraz się tym zajmę.

– Cholerne miejsce! – krzyknął na koniec oficer, wznosząc ręce ku niebu.

Przywitał nas major Gregory organizujący przydziały dla korespondentów w tym rejonie. Baza była spora, choć nie tak jak Bagram. Mieszkało w niej około trzech tysięcy ludzi, a mimo to wydawała się pusta i cicha. Co jakiś czas tylko na lotnisku lądowały śmigłowce. To baza 1 Batalionu 501 Pułku, 4 Brygady Powietrznodesantowej z 25 Dywizji Piechoty. Było tu wszystko, od zwyczajowego P/X-a po kawiarnie, siłownie, centrum rozrywki, ba – nawet bazar pełen podróbek i lokalnego rękodzieła. Niestety, ciupagi nie udało mi się znaleźć.

Około 19.30 zaczęły się nocne ćwiczenia na strzelnicy. Serie broni maszynowej odbijały się echem od gór, podobnie jak okrzyki amerykańskich żołnierzy. Około szóstej rano gdzieś na skraju linii obrony słychać było eksplozje, najprawdopodobniej granatu moździerzowego. Otaczające bazę szerokim pierścieniem posterunki są atakowane co jakiś czas przez młodych zapaleńców, którzy nie wiedzą chyba, że nie są w stanie zagrozić placówce. Wciąż jednak wracają i raz za razem próbują – pytanie, kto kogo przechytrzy i trafi na słabszy moment. Chwilę potem wystartowały śmigłowce szturmowe AH-64, które przez prawie dwie godziny wyszukiwały pozycje rebeliantów, żeby je potem ostrzelać. Tu śmigłowce pełnią rolę odstraszającą. Startują parami kilka razy na dobę i latają nad szeroką doliną, w której leży Salerno. Rebelianci się ich boją.

..............................

Któregoś dnia rano zaczepił mnie sierżant Burns. Wpadł do baraku, w którym mieszkałem, z okrzykiem:

– Za dziesięć minut czeka na ciebie dowódca bazy!

– Jasna cholera – pomyślałem. – Masz ci niespodziankę.

Odszukałem notes i zacząłem wymyślać pytania. Nie mogłem przecież wyjść na zupełnego kretyna. Burns czekał w swojej toyocie i grzał silnik.

TOC, Tactical Operation Center, centrum dowodzenia, usytuowane zostało przy skrzyżowaniu dróg prowadzących na lotnisko oraz do parku maszyn, w jednym z najruchliwszych miejsc w bazie. Wewnątrz przywitał nas sierżant major batalionu i od razu zaprowadził do biura podpułkownika Smitha. Dowódca wpadł do pokoju w przepoconym podkoszulku, spodenkach i adidasach, prosto z porannego joggingu. Szczupły, wysportowany i pełen energii.

– Witaj – uścisnął mi rękę. – Jak masz na imię?

– Peter – w ostatniej chwili przypomniałem sobie radę niemieckiego fotografa Simona, że angielska wersja mojego imienia będzie prostsza do wymówienia.

Biuro było obite boazerią. Usiadłem w fotelu obok stolika, na którym stał jakiś kolorowy sztuczny kwiat z gatunku ozdób modnych w Polsce kilkanaście lat temu.

– Prezent od gubernatora – uśmiechnął się Smith – nie mogę go wyrzucić…

– Niezły ma gust – zażartował Burns, siadając obok mnie.

– Musi tu stać, bo się obrażą, choć sam nie wiem, co to jest – podpułkownik otworzył laptopa i wziął do ręki jakieś papiery. – A więc jesteś z Polski?

– Tak jest – odpowiedziałem szybko, przejęty sytuacją.

Podpułkownik, jak wielu oficerów, był bezpośredni.

– Polacy to nasi najlepsi sojusznicy, dobrze walczą. To znaczy mamy wielu sojuszników w NATO, ale wy, Polacy, macie zapał do walki – mówił z kurtuazją.

Zajrzał zza biurka do pokoju obok, jakby chciał się upewnić, że nikt nie podsłuchuje.

– A Francuzi to cipy! – dodał z poważną miną.

Burns wzdrygnął się i aż podskoczył zaniepokojony. Uśmiechnąłem się.

– Jesteś pierwszy raz w kraju?

– Tak – potwierdziłem, ściskając notes i czekając, kiedy będę mógł zadać pytanie. Choć wcale się do tego nie paliłem.

△ Birds are coming – ptaki nadlatują. Śmigłowce CH-47 Chinook oraz maszyny „Ginle Air” to najszybsza i najpewniejsza forma transportu i zaopatrywania baz w dolinie Chostu, ale i w całym Afganistanie.

– Pij dużo. Mamy więcej ofiar z odwodnienia niż od kul nieprzyjaciela – zaśmiał się.

Burns jakby zapadł w letarg, bo przestał się ruszać. Myślałem przez moment, że zasnął.

– Miałeś jechać do jednostki saperów. Zmieniłem zdanie. Pojedziesz do piechoty w Kompanii D. Robią świetną robotę i nie jest nudno – wskazywał mi jakieś punkty na mapie.

– Słyszałem, że dużo się tu strzela – przerwałem. – Rebelianci atakują zewnętrzne posterunki?

– Cały czas – podpułkownik otworzył szerzej oczy. – Ciągle im mało. Po to mamy apacze, żeby ich odstraszać – dodał z pewnością w głosie.

Zamilkł i rzucił okiem na moją teczkę.

– Stowarzyszenie Big Red One? Jesteś w stowarzyszeniu 1 Dywizji Piechoty? – zapytał niepewnie.

– Tak jest.

Oficer ożywił się.

– Sam byłem w Big Red One!

– Moja grupa zajmuje się rekonstrukcjami historycznymi, jeździmy na rocznice w historyczne miejsca, organizujemy inscenizacje, jesteśmy największym takim zespołem w Polsce. Za dwa miesiące D-Day…

– Wiem – prawie krzyknął. – Normandia. Pointe du Hoc, Omaha...

– Burns – wskazał na sierżanta, który wystraszony podskoczył w fotelu. – Byłeś kiedyś w Normandii?

– Nie, sir.

– To masz pojechać. Zobaczyć to miejsce. Ten klif, te białe krzyże – rozpędzał się oficer. – Byłem dowódcą kompanii w Big Red. Stowarzyszenie... he – odłożył teczkę i spojrzał na mnie. – Będziesz miał, co zechcesz. Za dwa tygodnie polecisz na air assault w góry.

– Dziękuję.

– Jutro z rana lecisz do Narizy. Uważaj na siebie – uśmiechnął się i podniósł z krzesła, wyciągając dłoń.

Opuszczając sztab, byłem zadowolony. Air assault, desant przeprowadzony przez piechotę na śmigłowcach, to nie lada gratka. Nawet ekipom CNN trudno się dostać na taką misję.

Puma

Słońce wschodziło nad górami, coraz mocniej przygrzewając. Wiosna była w pełnym rozkwicie, drzewa już się zazieleniły, podobnie jak trawa gdzieniegdzie przebijająca spod kamienistej ziemi. O piątej rano z bagażami, ubrany w kamizelkę kuloodporną, siedziałem na schodach. Wielki C-130 zniżył lot, podchodząc do lądowania, i w ostatniej chwili odpalił serię pułapek termicznych, które miały zmylić ewentualne rakiety typu ziemia–powietrze. Kolejny dzień pracy na lotnisku. Żołnierz, który dowiózł mnie do PAX, terminalu pasażerskiego, był albo zaspany, albo za często stykał się z haszyszem. Miał tępawy wzrok, snuł się flegmatycznie i leniwie, mówił wolno i w ogóle wyglądało na to, że zaraz zaśnie lub zemdleje i potłucze swoje grube okulary.

– O ósmej przyleci śmigłowiec. Wiesz, taki duży, zielony – mówił spokojnie, prostymi słowami, jak nauczyciel do dziecka w pierwszej klasie. – Jakby były problemy, to tu masz mój numer – podał mi kartkę, pożegnał się i szybko zniknął za rogiem.

Śmigłowiec Puma prywatnej firmy Presidential Airways wylądował na lotnisku, wyrzucając w górę chmurę kurzu. Technik – grubszy facet, zapewne były wojskowy – odziany był w kamizelkę kuloodporną, nieodzowny element wyposażenia każdego, kto pracuje w Afganistanie. Twierdził, że za chwilę ruszymy, ale musi zatankować maszynę i poczekać na pozwolenie kontroli lotów. Było koło ósmej, więc już mieliśmy opóźnienie. Przy poczekalni kręciło się kilkunastu żołnierzy czekających na lot do swoich nowych baz operacyjnych, paru reporterów i jacyś cywilni pracownicy.

Słońce grzało coraz mocniej. Naciągnąłem czapkę na czoło. Wyciągnięta z zamrażarki woda w butelce nie chciała się szybko rozpuścić. Amerykanie śmiali się i dowcipkowali. Było ich siedmiu. Lecieli do FOB Clark, Forward Operating Base, wysuniętej bazy operacyjnej. Do Narizy było stamtąd około czterdziestu kilometrów, czyli jakieś dwie, może dwie i pół godziny drogi tutejszymi drogami.

Cysterna odjechała, technik nie bez trudu załadował bagaże pasażerów. Było tego trochę i sporo ważyło. Torby, skrzynie z kamerami.

Znów trzeba było zatkać uszy. Wirniki nad naszymi głowami rozkręcały się coraz szybciej, by już po kilku minutach przytłoczyć nas narastającym łoskotem potężnych łopat mielących rozgrzane powietrze. Gdyby nie stopery, chyba od razu bym ogłuchł. Łyknąłem trochę wody, oparłem ręce o kolana i zacząłem podziwiać widoki za oknem.

Z powietrza widać było całe Salerno – miejsca postojowe śmigłowców, patrole wyjeżdżające za ogrodzenie, otaczające bazę góry, okoliczne wsie. Pewnie z którejś z nich ostrzeliwano przez ostatnie noce outposty, wysunięte posterunki na północy. Przelatywaliśmy nad bardzo biedną okolicą. Gliniane chatki, wyschnięte rzeki, choć miejscami sporo zieleni. W śmigłowcu było niemiłosiernie ciasno, dobrze, że lot nie trwał długo. Po około pięciu minutach byliśmy w Clark. Z oddali już widzieliśmy parkingi i MRAP-y udające się na patrol. Panował spory ruch. Rozładunek trwał kilka chwil i znów lecieliśmy kilkaset metrów nad ziemią. Krajobraz zmieniał się z każdym kilometrem. Szerokie, wyschnięte koryta rzek służyły miejscowym za drogi, widzieliśmy na ich dnie ślady opon. Tu nie było nic zielonego, wszystko szare lub brązowe. Lecieliśmy na wschód. Dwójka Afgańczyków patrzyła z zaciekawieniem na przelatujący śmigłowiec. Kilka glinianych domków, a potem już tylko pustynia i góry.

– Nariza za 30 sekund! – krzyknął mi do ucha technik. Kiwnąłem głową, rozpiąłem pas i chwyciłem swoje rzeczy.

..............................

Puma wylądowała, drzwi delikatnie się otworzyły, wyskoczyłem na betonową płytę. Kilku nowych pasażerów czekało już na swoją kolej, by wejść na pokład, ja ruszyłem dalej. Byłem w COP Nariza. To nawet nie baza, to Command Outpost, stanowisko dowodzenia. Przywitał mnie kapitan i jeden z sierżantów. Zaprowadzili mnie do drewnianej chaty obłożonej workami z piaskiem i zaporami wypełnionymi ziemią i kamieniami, pełnej żołnierzy, z którymi miałem zamieszkać. Byli mili, ale jak na razie obojętni. Wybrałem łóżko w kącie. Za chwilę miałem stawić się w dowództwie.

TOC – to podobna do innych chata zbita z drewnianych płyt, chroniona workami z piaskiem. Wyróżniała ją tylko spora liczba anten na dachu i kolejna duża antena stojąca przy wejściu. W środku były komputery, ekrany ciekłokrystaliczne, mnóstwo kabli, a na ścianie pamiątki po poprzednich gościach w tym kraju. Wisiał tam sowiecki karabinek AK-47 i brytyjski karabin Lee-Enfield. Widziałem elektroniczne mapy i zdjęcia satelitarne.

– Tylko nie rób zdjęć sprzętu – poinstruował mnie sierżant sztabowy.

– OK, nie mam zamiaru.

Kapitan przedstawił mnie ludziom.

– Peter będzie mieszkał z nami przez kilka tygodni. Poruczniku Kittle – niski młody oficer siedział przed jednym z ekranów, udając, że go nie ma – zajmij się gościem.

– Porucznik Kittle, dowódca 2 Plutonu Kompanii D 501 Pułku 4 Brygady – przedstawił mi go kapitan.

– Dlaczego ja? – zaczął marudzić porucznik, ale urwał, kiedy napotkał wzrok przełożonego.

△ Ta góra to już Pakistan. Nariza leży niecałe pięć kilometrów od granicy.

– Masz swoją stronę w internecie? – spytał inny oficer.

Podałem mu adres portalu, dla którego napisałem kilka tekstów. Amerykanin wklepał adres.

– No! – uśmiechnął się. – Panowie, nie ma obaw. Zaczyna się od seksu i erotyki. To strona dla normalnych facetów. Da się z nim żyć.

Posterunek Nariza był naprawdę mały, jego załoga liczyła osiemdziesięciu dwóch Amerykanów i kilkunastu funkcjonariuszy afgańskiej policji granicznej. Ci ostatni mieszkali w namiotach na zachodnim końcu bazy. Afgańczycy przywitali się ze mną serdecznie.

– Jeszcze trochę, a zaproszą cię na boisko – mój opiekun pokazał grupę miejscowych walczących pod siatką.

Afgańczycy polubili siatkówkę, więc armia zbudowała im boisko. Grali co wieczór przy dźwiękach lokalnych przebojów. Sport ma swoje uroki i wymagania, ale te przeboje… naprawdę fascynujące… tylko głowa od nich pękała.

..............................

Oprócz małej afgańskiej ligi jedyną atrakcją w tej zapomnianej przez Boga dziurze były posiłki. Porucznik Kittle zabrał mnie na pierwszy w bazie obiad. Drewniany barak na końcu posterunku ukryty był gdzieś pod murem. Najpierw obowiązkowe mycie rąk wodą z baniaka i mydłem w płynie. Weszliśmy do środka, paru Amerykanów podniosło głowy na nasz widok. Nie było wielu ludzi, dopiero się schodzili. Po prawej był niewielki kontuar, a raczej dziura w ścianie ze sklejki. Zmęczony Kittle oparł się o deskę.

– Głodny? – zapytał rutynowo kapral po drugiej stronie.

– Co się głupio pytasz. Co masz?

– Kurczak w dwóch wersjach. Barbecue albo curry – odpowiedział kucharz, wpatrując się w porucznika.

Nie czekając na odpowiedź, chwycił talerz i zaczął grzebać w jednym z naczyń. Nagle o czymś sobie przypomniał i dodał:

– Poruczniku, liczę na pańską wolę podejmowania ryzyka i pragnienie przygody – zawiesił głos, jakby prowadził teleturniej. – W sumie ryzykuje pan tylko rozwolnieniem.

Przy pobliskich stolikach gwałtownie zamilkły rozmowy i wszyscy wpatrywali się w mojego przewodnika.

– Curry – powiedział porucznik bez ochoty do żartów w głosie.

– Dobry wybór, wiedziałem, że pan mnie nie zawiedzie! – krzyknął kucharz, a z sali doszedł nas śmiech.

Kiedy usiedliśmy przy zbitym z desek stole, wielki żołnierz, po którym widać było, że lubił zjeść, mrugnął, popijając sprite’a z puszki i uśmiechnął się.

– To co? – zwrócił się do oficera. – Teraz chodzicie razem? – zapytał z szerokim uśmiechem.

– Nie przejmuj się, oni są po prostu nienormalni – porucznik machnął tylko ręką i wpakował do ust łyżkę ziemniaczanego purée.

Bankiet przy bramie

Czasem w COP Nariza mieliśmy gości.

Tłumacz, który od dawna pracuje z Amerykanami, przyprowadził kiedyś dwóch mężczyzn, ubranych w jasne sukmany i ciemne kamizelki. Przynieśli arbuza zapakowanego w foliową torbę. Byli niespokojni i płoszył ich widok aparatu. Tłumacz dobrze ich znał. Był zadowolony, bo przed kilkoma dniami kupił sobie żonę, choć jeszcze nie widział jej w całej okazałości. W kurtce, sportowym dresie i czarnych okularach przypominał mi drobnego złodziejaszka wyrywającego radia z aut. Za to jego angielski był doskonały.

– Hello, man! – krzyknął na powitanie porucznika Kittle'a, wyciągając dłoń przed siebie.

Pozostałych dwóch było bardziej powściągliwych. Oficer zaprosił wszystkich do stojącego obok namiotu na małą uroczystość. Dżahab, młodszy z przybyłych, który do tej pory pomagał przy pracach w obrębie COP, odbierał angaż na pełen etat. Dżahab wydawał się szczęśliwy, podobnie jak towarzyszący mu starszy kuzyn. Tłumacz powoli przeczytał im kolejne podpunkty umowy, dokładnie omawiając strefy bazy, w których wolno będzie przebywać Dżahabowi. Nowy pracownik z uśmiechem wyciągnął rękę do porucznika i siedzącego obok żołnierza.

– Dla uczczenia tego wydarzenia zjemy arbuza – powiedział tłumacz i wolno zaczął kroić owoc wielkim nożem.

– Chciałem przynieść coś, co można zjeść wspólnie – powiedział przez tłumacza Dżahab.

Z torby wyciągnął jeszcze uzgodniony wcześniej prezent.

– Oto dwie czapki – obwieścił dumnie, prezentując dwa nakrycia głowy, baseballówki made in China. Porucznik z trudem powstrzymał grymas niezadowolenia na twarzy i zerknął na sierżanta.

– Co to kurwa jest? Miały być pakule – wycedził przez zaciśnięte zęby.

Odwrócił się do tłumacza i z uśmiechem od ucha do ucha powiedział:

– Dziękuję, naprawdę doceniam wasz prezent.

Dżahab, jego kuzyn i cała reszta zatrudnionych w bazie Afgańczykow to najlepsi informatorzy sił koalicji. Ale, jak potem się przekonałem niejeden raz, informatorzy ograniczonego zaufania.

Po posiłku zaczęła się mniej oficjalna rozmowa. Przynieśli informacje o dwóch obcych, którzy pojawili się w Narizie. Nikt ich tu wcześniej nie widział i nie znał. Wypytywali miejscowych o bazar w Choście, o to, kto pracuje w bazie, czy Amerykanie często odwiedzają okoliczne wioski.

△ Przygotowanie do wyjazdu. Trzeba było czekać ponad godzinę, zanim TOC wyda pozwolenie na wymarsz. Wojna – dziesięć procent walki, reszta to nuda i czekanie.

– Rozmawialiśmy z nimi ostrożnie. Nie sposób rozpoznać, kto jest „złym”.

– Nawet ja tego nie potrafię – dodał tłumacz.

Ale „źli” byli tutaj. Trzy dni temu dom jednego z pracujących w bazie Afgańczyków został ostrzelany z granatnika RPG, o czym doniósł Amerykanom szef lokalnej policji. Pocisk zniszczył jedną ze ścian, lecz nikomu nie stała się krzywda. Afgańczyk się nie przestraszył i jak na razie przychodził do pracy. Gdzie indziej talibowie w nocy wysadzili w powietrze dopiero co wybudowaną szkołę. Cała trójka gości pytała kilkakrotnie, czy zdjęcia, które im robię, pokazywane będą w Afganistanie.

– Jeśli ktoś zobaczy moją fotografię, przyjdą i utną mi głowę – tłumacz wsparł swą wypowiedź wymownym gestem.

Dżahab zarzekał się, że chce dobra mieszkańców jego wsi i współpracy z Amerykanami. Twierdził, że przynosi im informacje i niczego za to nie oczekuje, choć sam opłaca swoich informatorów, którzy często podróżują po górach. Podobno miesiąc temu informował o ładunku IED (Improvised Explosive Device, improwizowany ładunek wybuchowy), który został umieszczony przy drodze i eksplodował pod jedną z ciężarówek, ale nikt nie zareagował. Nie wiedziałem, czy to prawda i nie ufałem w to, co mówił. Zwłaszcza że za informację o nowych przybyszach chciał dostać trochę paliwa. Nie wierzył mu też żołnierz, który przysłuchiwał się rozmowie.

– Oni zawsze czegoś chcą w zamian, więc przynoszą informacje, nawet niesprawdzone. My musimy im ufać – przynajmniej oficjalnie, żeby ich nie zrazić. Kto wie, może współpracują z każdą ze stron lub z tą, która aktualnie jest silniejsza i może dać więcej? Aby pozyskać sobie tych ludzi, trzeba jednak obdarzyć ich zaufaniem, inwestować w ich rozwój i zbierać informacje, które pomogą uniknąć nieszczęścia.

..............................

Dni mijały jeden po drugim. W Narizie sprawdzała się reguła, że wojna to jedynie dziesięć procent akcji. Reszta jest oczekiwaniem. Na posiłek, wyjazd na patrol, telefon do domu, wizytę kapelana lub nowy film na DVD. Czas zabija się na wiele sposobów, ale tylko minuty płyną wtedy szybciej – godziny nadal wloką się w nieskończoność.

Po kilku dniach przyszedł czas na pierwszy patrol. Potężne terenowe RG-31 miały wywieźć nas w góry w stronę granicy.

Pierwsza wycieczka

O dziewiątej rano zapakowaliśmy się do MRAP-ów. Wszyscy w kamizelkach kuloodpornych, z hełmami na głowach. Załogi założyły interkomy. Wewnątrz strasznie dudniło i szumiało. Strzelec karabinu maszynowego Browning 12,7 usadowił się na ruchomym siedzisku wieży. Patrol miał ruszyć na północ, przejechać przez kilka górskich wiosek, zatrzymać się w jednej z nich, rozdać pomoc materialną i wrócić do bazy. W Choście, jak w wielu innych miejscach, pomoc rzeczowa to jedna z najważniejszych form współpracy z cywilami. Ważniejsza od walki, bo buduje zaufanie, choć rzadko pojawia się w telewizji.

..............................

W patrolu brał udział Farooz Omaid – tłumacz, który wyjechał z Afganistanu po wojnie z Sowietami w wieku kilkunastu lat. Widział na własne oczy i wie najlepiej, jakie są różnice między Rosjanami a NATO.

△ MRAP-y RG-31 stanowiły wyposażenie dwóch plutonów w posterunku Nariza. Poczciwymi humvee nikt już nie odważyłby się wyjechać za bramę. Pojazdy pierwszego plutonu po powrocie z patrolu.

– To była zupełnie inna wojna. Oni mogliby spalić wieś. Nie mieli pojęcia o pomaganiu ludziom. Amerykanie? Bez porównania. Łatwiej im zaufać.

Farooz mieszkał w San Francisco. Ostatni rok przed przyjazdem do Afganistanu był dla niego bardzo trudny. Nie miał stałej pracy. W końcu musiał przyjąć ofertę, którą przysłał mu urząd pracy. Wysoki, łysiejący mężczyzna rysami odróżniał się od innych Afgańczyków. Cóż, prawie dwadzieścia lat hamburgerów zrobiło swoje. Siedział w Narizie już czwarty miesiąc i wciągnął się w swoją pracę. Tak jak inni miał mundur, hełm i kamizelkę.

Drugim tłumaczem był Joe, przypominający mi dresiarza, przy którym trzeba pilnować portfela.

Farooz był ciekawy świata, dopytywał o Polskę, ceny mieszkań w Warszawie czy Gdańsku. A przede wszystkim był inteligentny, lubił historię i kochał swoją ojczyznę. Naprawdę chciał i pewnie na swój sposób i możliwości robił wszystko, aby w jego kraju zapanowała prawdziwa demokracja.

– Oto różnica pomiędzy Afganistanem a USA. Wielu byłoby naprawdę wkurzonych na mnie, gdyby dowiedzieli się, że jako muzułmanin jem i rozmawiam z chrześcijaninem. A przecież na tym to musi polegać, na zwyczajnej rozmowie i tolerancji wobec przybyszów – powtarzał wiele razy w czasie naszych spotkań.

◊ Wspólny patrol. Amerykanie i afgańska policja graniczna przemierzali pola i niewielkie wioski. Wszędzie, gdzie się pojawialiśmy, wzbudzaliśmy duże zainteresowanie, zwłaszcza wśród dzieci. W Choście ludność była raczej przychylna, choć nigdy do końca nie wiedzieliśmy, co kryło się pod przydrożnym kamieniem…

Zawsze starałem się trzymać blisko Farooza podczas patroli. Był nieocenionym przewodnikiem i kopalnią wiedzy o zwyczajach, lokalnych stosunkach i życiu, jakie wiodą jego rodacy.

Ale wracajmy na patrol. O godzinie 9.27 uformowała się kolumna: cztery MRAP-y, RG-31E i dwa pick-upy Forda Afgańskiej Policji Granicznej pośrodku. Gdyby ford wjechał na minę, niewiele by z niego zostało. Kiedy byłem w Salerno, czasem słychać było komunikat: Shemron RED, I say again, Shemron RED – co znaczyło, że do bazy leci śmigłowiec z rannymi i droga do szpitala musi być przejezdna. Zwykle medevac, śmigłowiec ewakuacji medycznej, przywoził Afgańczyków, policjantów lub żołnierzy, którzy na patrol wyjechali właśnie na pick-upach. Tych, którzy mogli chodzić, zszywano lub opatrywano i wypuszczano jak najszybciej, choć takich było niewielu.

– Czy oni się nigdy nie nauczą? – zapytała pewna lekarka w szpitalu w Salerno.

– Proszę pani, oni jeżdżą zwyczajnymi terenówkami, czego mają się uczyć? – odpowiedział jej wzburzony takim podejściem Joe, mój amerykański kolega, dziennikarz z „Popular Mechanics”.

Jednak do 2009 roku straty amerykańskie były nieznaczne, bo wynosiły około siedmiuset zabitych po ośmiu latach wojny, a Afgańczycy stracili o wiele więcej ludzi. W 2009 roku te liczby miały rosnąć szybciej, ale wiosną jeszcze nikt o tym nie wiedział.

Ruszyliśmy, wolno mijając bramę i ostrożnie biorąc zakręty na krętej drodze przed wałem ochronnym, który prowadził do ostatniego check pointu z ustawionym tam HMMWV, który pełnił funkcję ruchomej barykady i stanowiska karabinu maszynowego. Nikt by nie odważył się ruszyć tym pojazdem na patrol. Był zbyt delikatny, jego płaska podłoga nie rozpraszała siły wybuchu, drzwi się blokowały nawet w wersjach opancerzonych, a zbiorniki paliwa mogły się rozszczelnić.

△ COP Nariza; szkoła podstawowa we wsi Nariza. Każdy wyjazd patrolu to wielkie wydarzenie.

MRAP trząsł się cały na wyboistej drodze. Był może bezpieczny i z klimatyzacją, ale za to cholernie niewygodny. Złapałem za uchwyt pod sufitem i przypomniałem sobie, że te pojazdy lubią się wywracać. Po co czytałem te branżowe pisma z doniesieniami na temat użycia MRAP-ów? Minęliśmy dwie szkoły, których boisko do tak popularnej tu siatkówki pełne było machających do nas dzieciaków. Świat widziałem przez dwie pancerne zielone szyby. Załogi RG-31E z 2 i 3 Plutonu Kompanii D, które udawały się na patrole, zapewniały, że w pojeździe tego typu czują się o wiele bezpieczniej niż w HMMWV i odczuwają o wiele większy komfort psychiczny. Rzeczywiście – siedzi się prawie półtora metra nad ziemią, pancerz jest naprawdę solidny. Dwóch żołnierzy ulokowało się obok mnie, a trzeci w wieży, do obsługi nkm, najcięższego karabinu maszynowego. Przy większej ilości bagażu, plecaków, skrzynek z amunicją i dodatkowej broni załoga wozu siedziała ściśnięta i dodatkowo skrępowana pasami bezpieczeństwa. W takich warunkach obserwacja terenu przez kuloodporne szyby z tyłu pojazdu była dość trudna. Dowódca i kierowca z przodu wpatrywali się w drogę i wskazania GPS-u.

MRAP w warunkach górskich sprawiał jeszcze więcej problemów. Zwłaszcza ci mniej doświadczeni kierowcy musieli sporo się namęczyć, by nie wypaść z drogi lub by pojazd nie osunął się na sypkim podłożu. Pokonywanie nierównego terenu pełnego rozpadlin, dziur i rowów nie wpływało najlepiej na komfort jazdy, a kierowcy stawali się obiektem najwymyślniejszych wyzwisk. Są takie górskie ścieżki, na które MRAP wdrapać się nie może lub na których się po prostu nie mieści. Załoga MRAP-a zostaje wtedy spieszona. Musi wytyczać pojazdowi inną drogę lub sprawdzać, czy na wąskiej ścieżce nie szykuje się zasadzka, z której by nie mógł wyjść. Wypatrywanie niebezpieczeństw to zadanie strzelca w wieżyczce, który przypięty jest specjalną uprzężą uniemożliwiającą wypadnięcie z pojazdu podczas eksplozji IED.

Droga patrolu biegła wzdłuż granicy, choć nikt tak naprawdę nie wiedział dokładnie, gdzie ona jest. MRAP-y jechały wolno, omijały większe głazy i wyboje. Ścieżki, bo nie można ich nazwać drogami, były koszmarne – pełne kamieni, wąskie, ograniczone albo urwiskami, albo murkami otaczającymi niewielkie poletka. Z gór spływał strumień, który rozlewał się na kiełkujące zboże i był chyba jednym z niewielu źródeł wody dla tutejszych rolników, bo koryta rzek wyschnięte były na pieprz. Bieda i pustkowia. W nielicznych wioskach, które mijaliśmy, ludzie ustawiali się w drzwiach domów i obserwowali. Patrzenie to chyba ich narodowa rozrywka.

..............................

Wjechaliśmy do wsi Nariza. To, co wyglądało na zwarcie zabudowaną wioskę, okazało się dziesiątkami domostw otoczonych kamiennymi murami i rozrzuconych na przestrzeni wielu kilometrów. Droga była coraz gorsza. Wspinaliśmy się pod górę. Przez szybę widziałem urwisko i wyschniętą rzekę pod nami. MRAP musiał dobrze przyśpieszyć, by wjechać na kilkudziesięciometrowe wzniesienie. Nie udało się. Trzeba było cofnąć i próbować jeszcze raz. Słyszeliśmy kamienie uderzające o podwozie. W środku mimo pracującej klimatyzacji zrobiło się ciepło i żółto od kurzu, tak jak poza pojazdem.

..............................

Jechaliśmy już ponad godzinę, a to dopiero kilka kilometrów. Kolejna wioska – Szabu-kel. Domy z kamienia, mury wzdłuż trasy przejazdu i wszędzie sterty drewna. Pośrodku wsi malutki staw z brudną żółtą wodą, z którego piły zwierzęta. Odgłos silników ściągnął ludzi z całej okolicy, przyszły dzieci i starsi – obserwowali. Najmłodsi machali nam, śmiejąc się przy tym głośno. Dwóch staruszków siedzących na progu glinianego domku patrzyło na nas obojętnym wzrokiem. Wyglądali jak pradziadkowie Sandokana, którzy widzieli już w życiu wszystko. Oczywiście, nie było widać kobiet, które czasami nieśmiało zerkały znad muru, przytrzymując burki. Kobiety w tym kraju mają naprawdę trudne życie, prawie tak jak za talibów, którzy pozwalali im tylko rodzić dzieci i czytać Koran.

◊ Wieś Szabu-kel – i strategia Key Leaders Engagments w praktyce. Wieś ochraniały posterunki afgańsko-amerykańskie. Sierżant Mark Krist z 2 Plutonu wraz ze swoją drużyną osłaniał wieś od południa.

Zatrzymaliśmy się na moment, a mieszkańców wokół nas przybywało. Odważniejsi starali się podejść bliżej. Postój wydłużył się do piętnastu minut. Amerykanie w moim MRAP-ie niecierpliwili się, ziewali i dopytywali strzelca, co się dzieje. Ten cały czas uważnie lustrował okolicę. W końcu kierowca cofnął wóz, wpasowując się idealnie między dwie sterty ściętego drewna.

Zmieniliśmy szyk. Minęły nas pozostałe pojazdy. Afgańczycy zostali w środku kolumny. Znów ruszyliśmy w górę wąskiej kotliny. Na drodze pojawiła się upstrzona frędzlami ciężarówka, która dodatkowo zagrodziła drogę. Minęła kolejna godzina, krajobraz z kamiennego zmienił się na bardziej zielony. Widać było więcej drzew i zielonej trawy. Kolumna wjechała na polanę, łagodnie opadającą w stronę rozległej doliny. Gdzieś za wzniesieniem na jej drugim końcu leżała COP Nariza. Przypomniała mi się organizacja husyckich taborów z XV wieku. Nie ma to jak sprawdzone wzorce. Pojazdy ustawiły się jak do obrony okrężnej. Stanęliśmy na skraju łąki, kilkadziesiąt metrów od glinianych zabudowań.

– Wysiadamy – powiedział siedzący obok mnie kapral, który przypominał Indianina. – Załaduj broń – dodał po chwili, repetując swojego wyborowego M14, podobnie jak jego młody kolega wyglądający, jakby dopiero co skończył liceum.

..............................

Byliśmy w kolejnej wsi, tuż przy granicy – to Jemade-kal. Bieda. Kilka domów z gliny i kamienia pośród zielonych pół, pasące się kozy, przechadzające osły. Gdyby ktoś chciał dowiedzieć się, jak wyglądała ziemia w czasach biblijnych, powinien przyjechać tutaj, a nie do Izraela. Cicho i spokojnie, jakby wszyscy uciekli lub ukryli się w domach.

Nagle kolo nas pojawił się wysoki mężczyzna. Błyskawicznie ruszył w jego kierunku Tadża-li, komendant policji granicznej. Przywitali się uprzejmie. Wysoki okazał się moszronem, czyli starszym wioski. Ważniejsi od moszronów są tylko spingiri („sinobrodzi”). Amerykanie wolą rozmawiać z moszronami, ponieważ są młodsi, lepiej wykształceni, a przede wszystkim – wybierani w głosowaniu.

△ Tadża-li, dowódca posterunku policji granicznej z Narizy, prowadził rozmowy ze starszyzną plemienia, moszronami. Amerykanie nie uczestniczyli w rozmowach, chcąc pokazać, że lokalne siły porządkowe są odpowiedzialne za współpracę z ludnością. Ogromna większość udzielanej pomocy pochodziła ze środków amerykańskich. Każdy amerykański dowódca kompanii dysponował funduszem przeznaczonym na pomoc lokalnym społecznościom.

Z domów wychodziło coraz więcej ludzi. Zaczęły nas też otaczać miejscowe dzieciaki. Byłoby całkiem normalnie, gdyby nie brak kobiet. Te jak zwykle zostały w domach i pewnie obserwowały nas zza okien. Gdy Afgańczycy rozmawiali, porucznik Kittle i jego sierżant szef plutonu rozstawiali ludzi. W krzakach od strony pakistańskiej granicy i gór sierżant ulokował karabin maszynowy. Dwóch ludzi zablokowało obie drogi, które przechodziły przez osadę. Porucznik z tłumaczami rozmawiał z władzami wsi.

Mężczyźni usiedli w kole przy murze chronionym przez kolejny karabin maszynowy. Zabezpieczenie terenu to podstawa, tym bardziej że Amerykanie byli tu po raz pierwszy i nie czuli się pewnie, podobnie jak i ja.

Rozejrzałem się, szukając miejsca dla siebie, kiedy zobaczyłem idącego w moim kierunku sanitariusza. Zerwał mi torbę z ramienia i dwoma szybkimi ruchami zakleił czerwony krzyż. Popatrzyłem na niego za zdziwieniem.

△ Tego serwisy telewizyjne nie pokazują często. Ciężka i żmudna praca u podstaw. Wiele patroli rozwoziło pomoc humanitarną. Najpierw dzieci dostawały cukierki. Przyzwyczajone do podarków, kiedy tylko widziały Amerykanów, krzyczały: pen! lub candy!.

△ Mężczyźni i chłopcy usiedli w kręgu, cierpliwie czekając na prezenty. Zwyczajny proszek, mydło czy papier toaletowy mogły okazać się prawdziwym skarbem.

– Byłbyś pierwszym celem, gdyby padły strzały – wręczył mi papierową torbę z cukierkami. – Idziemy – zakomenderował.

Zostałem niańką. Biegła za nami gromada dzieci, prosząc o cukierki i długopisy.

– Pen, pen!

– To poważne zadanie. Kiedy dowództwo rozmawia, zawsze pilnujemy, by dzieci nie przeszkadzały i nie podsłuchiwały.

Cukierki skończyły się szybko, a o ostatni długopis rozgorzała prawdziwa walka. Ci bardziej zaradni starali się zyskać przychylność Amerykanów, mówiąc kilka słów po angielsku. Rozmowy z miejscowymi przeciągały się i momentami stawały głośne.

– Nie podoba mi się ta wieś – powiedział jeden z żołnierzy, co jakiś czas patrząc na góry przez celownik w swoim karabinku M4. – Nie wiemy, co o nas myślą. Słowa i gesty nic nie znaczą.

Kilkaset metrów dalej na polanie od początku siedziało kilku mężczyzn i obserwowało całe to zamieszanie. Na drodze pojawiło się białe kombi i wszyscy powoli skierowali broń w jego kierunku. Afgański policjant pokazał jednak, że wszystko jest w porządku i samochód pojechał dalej.

Nastawienie starszyzny było dobre. Już po kilkunastu minutach widać było, że nikt nie ma zamiaru robić nic złego ani przeszkadzać wojsku czy policji w pracy. Mimo że moszronów było kilku, w rozmowie uczestniczyło tylko dwóch. Reszta słuchała i szeptała coś lub podpowiadała swoim przedstawicielom. Wreszcie dyskusje dobiegły końca. Miejscowi „komendanci”, jak mówią o nich Amerykanie, zgodzili się na współpracę – będą informowali o przybyszach i o „złych”. Zapraszają Amerykanów w każdej chwili. Dowódca plutonu nie rozmawiał z mieszkańcami wiosek osobiście, żeby tubylcy widzieli, że Amerykanie mają zamiar wspierać miejscowe władze. Amerykanie unikali gestów, które mogłyby zrazić gospodarzy. Obie strony wymieniły się numerami telefonów, co dla mnie było nieco dziwne, bo mój afgański telefon tu już nie działał.

Czas na drugą część wizyty. Grupa dzieci i dorosłych usiadła w kolejce na środku polany obok policyjnego forda. Mężczyźni uciszyli rozbrykaną młodzież i kazali zamknąć w domu ujadającego psa, który przeszkadzał w rozmowie. Afgański policjant wyciągnął z auta kilka foliowych worków i tekturowych pudełek – to prezenty. Starsi chętnie przyjęli saszetki z przyborami toaletowymi, nie kryjąc przy tym radości. Tęgi brodacz śmiał się głośno, szczerząc białe zęby i porównując zawartość swojej torby z prezentami, jakie dostali koledzy. Dla dzieci też były podarki i to wcale nie zabawki – nie wiedziałyby, co z nimi robić. Zamiast tego afgański policjant rozdał pasty i szczoteczki do zębów, proszki do prania, chustki, dezodoranty.

– Z pastami do zębów i szczotkami nie ma problemu, bo miejscowa policja pokazuje, jak tego używać – mówił sierżant Harmon, sanitariusz plutonu. – Zgłasza się do mnie dużo osób ze schorzeniami dziąseł czy fatalnym uzębieniem.

Dzieci dopytywały tłumacza, do czego służy dezodorant w sztyfcie czy nawilżana chusteczka higieniczna. Na koniec policjant rozdzielił po kawałku białego materiału wycinanego z beli, który miał posłużyć jako ręczniki. Większość zrobiła sobie z niego turbany i z dziką radością zaczęła hasać po polance. Jeszcze tylko ostatni prezent – piłka dla dzieciaków, przez którą omal nie wybuchły małe zamieszki.

Moszroni poprosili, by Amerykanie przeszli przez wieś i pokazali się tym, którzy prawdopodobnie ze strachu ukryli się w domach. Zapewne chodziło o mały pokaz siły. Jak wynikło z rozmów ze starszyzną, kilka dni wcześniej we wsi zabito człowieka, który pracował dla Amerykanów. Talibowie obcięli mu głowę. To okrutni ludzie. Czasami zdarzały się też „nocne listy”. Talibowie przychodzili nocą i do drzwi meczetu lub domu kogoś ważnego przybijali list z brutalną polityczną agitką. Informowali, jak źli są Amerykanie i ludzie Zachodu i ilu cierpień mogą przysporzyć. Bo zabijają cywilów, gwałcą kobiety, palą domy i chcą zniszczyć islam. Przede wszystkim jednak listy zawierały ostrzeżenie, że współpraca z niewiernymi zawsze skończy się źle.

W innych częściach kraju zdarzało się, że talibowie wchodzili do domu, w którym był telewizor i kazali go wyrzucić. Jeśli zobaczyli, że ktoś oglądał telewizję dwa dni, tydzień czy miesiąc później, grozili, że gospodarza pozbawią głowy przy całej rodzinie.

..............................

Wieś, która popiera Amerykanów, musi być chroniona. By pokazać mieszkańcom, że pozostają pod opieką amerykańskiego posterunku, konieczny był mały pokaz siły i wysłanie patrolu.

Wybraliśmy się do wsi. Kilka osób wyszło przed domy. Patrzyli na nas w milczeniu. Pozostali cieszyli się prezentami i nie zwracali na nas większej uwagi. Pluton w formacji Diamond (romb) przeszedł między domami i wspiął się pod górę po polach. Mimo że słońce zasłoniły chmury, było gorąco i parno. Pot lał się po plecach. Co jakiś czas któryś z chłopaków podnosił do oka lunetkę M4 i obserwował góry. Każda droga prowadząca do wsi była zablokowana, ale okolica wydawała się spokojna.

Po piętnastu minutach znów załadowaliśmy się do MRAP-ów. Spędziliśmy we wsi kilka godzin. Czas do domu.

..............................

Droga do COP była równie długa i wyboista jak wcześniej. Tym razem ominęliśmy jedną ze wsi przy najkrótszej drodze do bazy. Wieści rozchodzą się szybko, a wioska ponoć świetnie nadawałaby się na zasadzkę.

Deszcz zaczął padać, gdy pojazdy zaparkowały pod zachodnią ścianą w COP, skąd po zatankowaniu miały wrócić na miejsce postoju. Ubrania były mokre od potu; trzeba było je wyprać. Wody nie brakowało, ale tylko butelkowanej. Coca-Cola robiła tu niezły biznes, bo jej wyroby były wszędzie. Należały zresztą do niej rozlewnie napojów w Kabulu i w Bagram, o czym przeczytałem na etykietach i puszkach. Wielki świat! Ale czy wojna nie jest motorem rozwoju? A może raczej – kapitalizmu?

..............................

Dwa dni później przyszedł czas na kolejny patrol. Znów MRAP-y, wyboiste drogi, góry i wypatrywanie zagrożenia. Tym razem droga była pusta, nie mijaliśmy żadnych wsi ani ludzi. Dotarliśmy do położonej u stóp wielkiej góry, wybudowanej na kamienistym terenie wioski Szauba-kel. Nazwa była na tyle podobna do ostatniej, że dowódca plutonu lekko zgłupiał i nerwowo sprawdzał notatki. Kittle był młody i czasami gubił się w swoich decyzjach. W jego oczach widać było niepewność. O ile dobry był z niego żołnierz, o tyle polityk i negocjator kiepski. Odciążał go w tym sierżant szef plutonu McQuery, doświadczony żołnierz, który mógłby być ojcem Kittle’a.

We wsi stała szkoła wybudowana za amerykańskie pieniądze, a patrole czasami tu zaglądały. Mimo to wydawało się, że mieszkańcy byli tu bardziej nieufni niż w wiosce, którą patrol odwiedzał jako pierwszą. Znów tuż obok mieliśmy granicę z Pakistanem. MRAP-y ponownie rozstawiły się w obronę okrężną, a piechota dyskretnie zablokowała ścieżki prowadzące do wsi.

Starszy mężczyzna przywitał się serdecznie z tłumaczami i przepraszał, że nie może nas poczęstować czymkolwiek, bo wieś jest bardzo biedna. Rzeczywiście widać było tylko kamienie, kilka drzewek i parę osłów. Za moment otoczyły nas dzieci. Czekaliśmy na moszronów, których znów zaprosił na rozmowy Tadża-li.

Szkoła okazała się zadbanym sporym budynkiem z pięknym ogrodem. W jej salach uczyło się na dwie zmiany sześciuset uczniów, a nauczycieli było tylko trzynastu. Dzieci tłoczyły się przy głównej bramie, która ze względów bezpieczeństwa pozostawała zamknięta, póki na jej otwarcie nie pozwolił dyrektor. Tu chyba nie mieli problemów z wagarowiczami.

◊ Kolejna wieś pod ochroną posterunku w Narizie. Tutejszy klan Senaki potrafił skutecznie bronić się zarówno przed talibami, jak i przed plemieniem Waziri, atakującym jego ziemie zza granicy pakistańskiej.

Dzieci przyglądały się nam zza metalowych prętów, inne krzyczały radośnie. Pojawił się dyrektor, który zaprosił nas do środka. Lekcje już się kończyły i uczniowie szli do domów – niechętnie, bo woleliby zostać i pooglądać Amerykanów. Tadża-li i tłumacze rozmawiali z dyrektorem na dziedzińcu szkoły. Amerykanie obserwowali teren, a tylko Kittle robił jakieś zapiski. Po piętnastu minutach opowieści o problemach w szkole dołączyli do nas moszroni i spingiri. Dyrektor Fateh-han zaprosił nas wszystkich do gabinetu. Zajmował to stanowisko chyba od zawsze. Był podczas wojny z Sowietami, waśni plemiennych, rządów talibów. Przez osiem lat pracował za darmo, nakłaniając rodziców, by posyłali dzieci do szkoły.

– Ten kraj zdobędziesz piórem, nie karabinem – mówił.

Dopiero od 2002 roku on i jego nauczyciele zaczęli dostawać rządowe pensje. To prawdziwy bohater, który poświęcał się sprawie, w którą wierzył. Widać było, że uczniowie i nauczyciele odnoszą się do niego z szacunkiem.

Sześciu starszych mężczyzn z twarzami pooranymi głębokimi zmarszczkami przywitało się z nami uprzejmie i przejęło rolę gospodarzy, zapraszając nas do pokoju. Niewielki gabinet ze ścianami obklejonymi plakatami z alfabetem pasztu, półka z książkami i sześć biurek, które ledwo mieściły się w pomieszczeniu.

– Nie bójcie się, okolica jest bardzo spokojna – Farooz tłumaczył słowa dyrektora.

Rzeczywiście, talibów nie było tu od bardzo dawna, lecz okolica borykała się z innymi problemami, o których próżno szukać informacji w europejskiej prasie. Tereny te zamieszkuje plemię Senaki, które sąsiaduje z plemionami Durnami i Ariz. Senaki to zwarta społeczność licząca kilka tysięcy ludzi. Nie boją się obcych i pomagają sobie nawzajem. Ich wioski ustaliły między sobą, że jeśli ktokolwiek rozpocznie współpracę z talibami lub nie doniesie o ich obecności, poddany będzie karze. Karą ma być spalenie domu i grzywna w wysokości 400 tys. afgani (5 tys. afgani to około stu dolarów).

Tutaj największym problemem nie są jednak talibowie. Granica przebiega wzdłuż Linii Duranda, nieuznawanej przez Pasztunów. Wytyczyli ją Brytyjczycy w 1893 roku, oddzielając Indie od Afganistanu, którego nie mogli podbić. Pasztunowie przyjmują, że granica biegnie znacznie dalej, w głębi terytorium Pakistanu, i sięga w okolice Isalmabadu. Miejscowi rozpoznają Linię Duranda, ponieważ wyznaczona została od szczytu do szczytu kolejnych gór, by łatwiej było ją respektować. Po jej wschodniej stronie żyje duże plemię Wasiri. Jego największa osada liczy aż szesnaście tysięcy mieszkańców. Senaki i Wasiri od lat pozostają w konflikcie, tocząc ze sobą regularną wojnę. Kiedy rozmawialiśmy w szkolnym gabinecie, w górach słychać było głośne dudnienie – to pakistańska artyleria. Nie wiadomo było tylko, do kogo strzelała. Senaki twierdzą, że Pakistańczycy od wielu lat przesuwają granicę, budując posterunki Straży Granicznej już na ich terenie. Co ciekawsze, Pakistan zaopatruje Wasari w broń (kałasznikowy, granatniki RPG), a nawet udziela wsparcia artyleryjskiego. W prowincji podczas jednego z ostrzałów strefy nadgranicznej przez pakistańską artylerię zginęło czterdzieści pięć osób.

Jeden z moszronów chciał nam pokazać pocisk, który wylądował w jego obejściu, a przyleciał rzekomo z drugiej strony granicy. Senaki przywykli bronić się własnymi siłami, chronić stada owiec i niewielkie plony. Tutejsi ludzie są twardzi, ale i pozbawieni pomocy rządu. Można odnieść wrażenie, że Kabul o nich zapomniał. Poprosili o pomoc przy remoncie meczetu, w którym nie da się odprawiać ceremonii pogrzebowych.

△ Fateh-han, prawdziwy bohater. Przez osiem lat prowadził szkołę i nakłaniał mieszkańców okolicznych wsi, by ich dzieci mogły się uczyć. Po przepędzeniu talibów z pomocą Amerykanów zbudował szkołę z prawdziwego zdarzenia.

– Spełnijcie jedną obietnicę, a tutejsi ludzie będą po waszej stronie – powiedział dyrektor szkoły. Przypomniał, że dziś przypada 27 kwietnia.

– Czarny dzień w naszej historii – powiedział o rocznicy przewrotu komunistów. – Ale jutro wielkie święto. Święto pokonania największego szatana na świecie – komunistów! Dzień Mudżahedina! – z poważną miną uniósł palec do góry. – Będziemy świętować.

Kittle przysłuchiwał się rozmowom, ale był nieco zagubiony. Kiwał głową, notował coś i zadawał proste pytania. Obiecał wystarać się o pomoc z puli dowódcy kompanii, którą mógł uzyskać szybciej i bez większych problemów, jednak niczego nie był w stanie zagwarantować. Tylko dwóch moszronów zabierało głos, reszta siedziała wpatrzona w gości, dłubała w drewnianych blatach lub skubała kartki leżące przed nimi. Dobrnęliśmy do końca spotkania.

Komendant policji, porucznik i starszyzna wymienili się telefonami, a Senaki obiecali informować o przybyszach z gór. Rozmowy ciągnęły się tak długo, że porucznik Kittle popełnił poważny błąd i zapomniał o podarkach dla mieszkańców. Widać było, że jest na siebie zły. Mieszkańców zjawiło się kilku i najwyraźniej liczyli na jakieś prezenty. Nie było na to już czasu, robiło się ciemno, a powrót do COP po zmroku nie wchodził w rachubę.

Ruszyliśmy przez góry, wyschnięte potoki i pola. Pojazdy skrzypiały i tak miło bujało, że człowieka zaraz ogarniała senność. W bazie było już dawno po kolacji i nie pozostawało nam nic innego, jak iść spać. Ściemniało się i znów zaczął padać ten cholerny deszcz.

..............................

28 kwietnia wszystkie wyjazdy za bramę wstrzymano. To Dzień Mudżahedina – dzień radosnej zabawy dla mieszkańców okolicznych wsi, ale też pracowity czas dla lokalnej policji. Wielu młodych, którzy urodzili się za późno i nie mieli szansy zdobyć chwały w walkach z sowieckim okupantem lub w późniejszych bojach, chciało tego dnia nadrobić zaległości. Można się było spodziewać fali zamachów na siły amerykańskie, afgańską armię i policję. Jeszcze przed południem Farooz przyniósł wiadomości z TOC-u o tym, że policja w Tani ma pełne ręce roboty z zamachowcami. W Narizie jednak nic się nie działo, cisza. Dzień jak wszystkie inne: posiłek, włóczenie się po bazie, kilka godzin przy komputerze z powolnym internetem.

◊ Kolejne patrole, góry, głębokie urwiska i wąskie drogi. Przebycie kilkunastu kilometrów zajmowało czasem pół dnia. Nie daj Boże pomylić drogę lub wejść w zasadzkę. Uspokajało nas to, że miejscowa milicja arbakai, sprzymierzona z Amerykanami, chroniła górskie drogi przed nieproszonymi gośćmi z Pakistanu.

..............................

Nazajutrz 3 Pluton miał wyruszyć do Tani z jakimiś rzeczami dla miejscowej szkoły. Wyjazd o ósmej rano. Wsiadłem do pierwszego w kolumnie MRAP-a. Z tyłu ze mną siedział miły gość, który bez przerwy dopytywał się, czy wszystko jest w porządku. W wieży siedział strzelec 12,7-milimetrowego Browninga M2, wielki Murzyn, którego buty miały chyba rozmiar pięćdziesiąty. Odpowiednia postura do dźwigania cholernie ciężkiego nkm-u. Na podłodze pełno było skrzynek z amunicją do M2 powiązanych ze sobą sznurkami, tak żeby na wybojach nie obijały się po pojeździe. Fotele w RG-31 nie zaliczały się do najwygodniejszych, wszystko wewnątrz było zakurzone, a na podłodze i metalowych półkach z radiostacją zalegały skrzynki, plecaki i butelki wody.

W końcu dostaliśmy pozwolenie na wyjazd i ruszyliśmy w stronę bramy – cztery MRAP-y i dwa pick-upy. Ruszyliśmy w innym kierunku niż ostatnio. Zostawiliśmy góry i zjechaliśmy w dolinę drogą prowadzącą z COP do Tani. Gołym okiem widzieliśmy, że coś jest nie w porządku. Patrol zboczył z drogi po zaledwie kilkuset metrach i wjechał między kamieniste góry. MRAP-em zaczęło trząść jak na kolejce górskiej w wesołym miasteczku. Jechaliśmy z góry dość szybko, a kierowcy próbowali omijać największe głazy i szczeliny. Co kilkaset metrów pojawiał się rów lub wyschnięty strumień czy murek. Potężny MRAP o dużym prześwicie bez większych trudności pokonywał te przeszkody, wyrównując przejazd dla kolejnych wozów. Pogoda była piękna, niebo bez chmur. Nasza kolumna przypominała obrazki z Afryki, gdzie terenowe auta przemierzają bezdroża podczas safari, wzbijając w górę tumany kurzu. Jechaliśmy równolegle do drogi, na której czasami pojawiał się samochód osobowy albo niewielka furgonetka. Zostawialiśmy dwa ślady kół na szarobrązowej ziemi łagodnie opadającego wzgórza. Wysokie góry oddalały się coraz szybciej.

Patrol zwolnił raptownie i zatrzymał się. Pierwszy wóz skręcił w stronę drogi, przejechał przez rów obok małej, ubogiej stacji benzynowej i wjechał na utwardzoną szutrową drogę. Poczekaliśmy na pozostałych, a gdy i oni znaleźli się na drodze, kolumna szybko ruszyła w stronę Tani. W dolinie wiedzieliśmy więcej trawy, drzew, pasących się krów i zielonego o tej porze roku zboża na niewielkich, ogrodzonych glinianymi murkami polach. Domów było niewiele. Stacja benzynowa, którą mijaliśmy, stała niemal pośrodku otwartego pola, a składała się z budki zbudowanej z glinianych cegieł i jednego dystrybutora. Podróż po wyboistych polach okazała się przynajmniej ciekawa. W miarę równa droga i obrazy za oknem sprawiły jednak, że razem z kolegą zaczęliśmy zapadać w sen. Przez jakieś piętnaście minut nasze pojazdy toczyły się do celu, zwalniając tylko w pobliżu zabudowań. Minęliśmy kolejną osadę, która niczym specjalnym się nie wyróżniała, kilka domów otoczonych murem i nic więcej. Za ostatnimi zabudowaniami, nasz MRAP ostro zahamował. Skrzynki z amunicją podskoczyły, by zaraz spaść z hałasem na metalową podłogę. Amerykanin, który siedział naprzeciwko mnie, zaczął rozglądać się nerwowo po okolicy i dopytywać przez interkom:

– What the fuck?!

△ Kiedy droga, a raczej kamienista ścieżka zwężała się tak, że nawet osioł się nie mógł przecisnąć, czas było opuścić MRAP-y i ruszać dalej piechotą. Na zdjęciu widać, jak ogromny jest RG-31

△ Do najwyżej położonych wsi i osad dojechać można było tylko pick-upami policji afgańskiej. Te z Narizy służyły jako taksówki, wożąc nas do szkoły wysoko w górach. Taka przejażdżka po kompletnych bezdrożach była jak wizyta w wesołym miasteczku.

◊ Szczyt góry obstawiono posterunkami. W palącym słońcu czuliśmy się jak na patelni, zero cienia i choćby ożywczego podmuchu wiatru. Dalej w dolinie widać było już pakistańskie wsie.

△ Nawet w Afganistanie wielbłąd był wielką atrakcją. Każdy chciał zdjęcie.

△ 29 kwietnia; wczoraj obchodzono Dzień Mudżahedina. Miejscowe władze i Amerykanie mieli sporo pracy, choć w Narizie zawieszono patrole.

△ Kiedy w końcu wyjechaliśmy za bramę, dla bezpieczeństwa pojazdy nie poruszały się drogami.

Na drodze stał stary pasterz o siwej brodzie i machał w naszym kierunku chudymi rękami. Tadża-li, który jechał w pierwszym pick-upie, wyskoczył z auta prawie w biegu. Jego ludzie ruszyli za nim, odbezpieczając broń. Policjant podbiegł do staruszka, przywitał się z nim i zaczęli gorączkowo rozmawiać. Starzec wskazał kijem coś na drodze, a Tadża uniósł w stronę dowódcy pierwszego MRAP-a zaciśniętą pięść, która oznaczała sygnał „stój”. W radiu usłyszałem:

– Mamy IED sto metrów przed pierwszym wozem.

Amerykanin siedzący obok mnie uśmiechnął się nerwowo.

– Mój drugi – powiedział.

Załogi wyszły z wozów i otoczyły je na wypadek ataku. Celowniczy rozstawili swoje M240 i SAW-y, a strzelcy w wieżach jeszcze uważniej zaczęli przyglądać się okolicy. Dowódca patrolu upewnił się, że to nie pomyłka, a przed nami rzeczywiście został zakopany improwizowany ładunek wybuchowy. Pasterz opowiadał, że dziesięć minut wcześniej na drodze zatrzymał się nieznany czerwony samochód. Wysiadło z niego dwóch mężczyzn i z bagażnika wyciągnęło łopaty. Szybko zaczęli kopać dziurę, w której coś schowali.

– Ciekawe, czy ukryli gdzieś drugi? – zapytał Amerykanin z naszego MRAP-a.

Pojazdy ruszyły wolno, skręcając w pole i szerokim łukiem objeżdżając ładunek. Na samym środku białej szutrowej drogi widać było świeżą żółtą ziemię – ślad, że niedawno ktoś tam kopał. Gdy MRAP ruszył, stary pasterz po prostu odszedł ze swoim stadem, nie oglądając się za siebie.

Cała okolica wydawała się opuszczona. Łąki ciągnęły się niemal do samych gór. Kilka kęp drzew i dwa, może trzy domy majaczyły gdzieś daleko. Dookoła nie było nikogo. Ludzie wiedzieli, co się szykuje, i woleli pochować się w domach. Pojazd, w którym siedziałem, zatrzymał się za ładunkiem, dalej stał kolejny MRAP. Wozy policji ustawiły się na flankach na łące.

– No, to poczekamy teraz – westchnął ciężko Amerykanin, klnąc pod nosem.

– Długo? – zapytałem.

– Musimy czekać na saperów z Salerno. Nie mogą przylecieć śmigłowcem. Choć sam nie wiem czemu, do jasnej cholery. Jadą tu w konwoju, co zajmie jakieś dwie godziny.

◊ Chost nie był jednak tak bezpieczny, jak się mogło wydawać. Tu też trwała wojna. Być może prosty pasterz ocalił nam skórę? Dziesięć minut przed naszym przyjazdem obcy zakopali coś na środku drogi. Trzy godziny czekania i z Tani nadjechali „saperzy” – kilku policjantów i cywilów, którzy z marszu postanowili zdetonować IED..

– No to pięknie! Możemy zapomnieć o lunchu – westchnąłem, a mój kolega kiwnął głową na potwierdzenie.

Wszyscy wpatrywaliśmy się w okolicę, szukając najmniejszego ruchu. Amerykanin obok mnie wskazywał strzelcowi browninga ewentualne cele. Coś ruszyło się w krzakach albo jakiś samochód przejechał daleko oddali. Czas mijał wolno, a my byliśmy zamknięci na kilku metrach kwadratowych. Klimatyzacja pracowała cały czas, ale mimo to zaczęło robić się gorąco.

– Przepraszam, ale muszę się wysikać – jeden z żołnierzy odwrócił się, chwytając butelkę po wodzie.

Jakiś czas było pusto, ale potem po okolicy zaczęły kręcić się dzieci, pasterze, stada wychudzonych kóz. Policjanci bezskutecznie usiłowali odpędzać dzieciaki, ale te obchodziły ich bokiem i zaczynały kręcić się niebezpiecznie blisko ładunku. W końcu weszły na drogę. Przyglądały się miejscu, gdzie duszmeni, rebelianci, zakopali prezent dla nas. Kilku chłopców, dokazując głośno, zaczęło machać do nas i pukać do drzwi.

– Pen! Pen! – domagali się długopisów jako prezentów.

Było z tym ciężko, bo prezenty leżały na pakach pick-upów. Zrobiliśmy zrzutkę – kilka pisaków, jakiś breloczek, guma do żucia i oranżada w proszku. Dowódca wozu uchylił drzwi i usłyszał wyuczone słowa powitania po angielsku. Najstarszy z chłopców przejął prezent, jak zwykle nie dziękując. Słowa „dziękuję” jakoś nie potrafili się nauczyć. Nie był zadowolony i gestem ręki dał do zrozumienia, że liczył na coś więcej.

Drogą z północy zbliżały się samochody. Jechały szybko, wzbijając chmurę kurzu, przez którą nie można ich było rozpoznać. Dwa pojazdy zatrzymały się naprzeciw mojego MRAP-a. Prawie dwie godziny po odkryciu ładunku nadjechali afgańscy policjanci z Tani.

Ich radiowozy wyglądały jak wesoły autobus. Na zakurzonych samochodach ledwo się mieścili policjanci i jacyś cywile, kurczowo trzymający się burt. To byli saperzy.

Z pierwszego auta wysiadł krępy oficer, od razu widać było, że to dowódca, komendant. Miał olbrzymi brzuch, czarną brodę, gęste krzaczaste brwi, zielony mundur i okrągłą czapkę z daszkiem – zaczęliśmy żartować, że interweniować będzie sam Fidel Castro. Obok „Castro” szli jacyś cywile i dwóch policjantów. Jeden z cywilów w wieku około czterdziestu lat, z siwiejącą brodą i brązowym pakulem na głowie, zatrzymał się obok MRAP-a. Zdusił nogą niedopałek papierosa, mrugnął do nas i krzyknął, unosząc kciuk do góry:

– OK!

Cała delegacja spotkała się z dowódcą patrolu Faroozem i Tadżą-li. Ustawili się wokół zakopanego ładunku. Nikomu nie przeszkadzało, że dookoła kręcą się dzieci.

– Nie przejmuj się. Ja już przestałem – powiedział mi kolega.

Całe zbiegowisko oddaliło się na dobre sto metrów, a przy ładunku został tylko mężczyzna w brązowym pakulu. Pogrzebał chwilę nogą przy ładunku, po czym wyciągnął coś z kieszeni i wetknął w ziemię. Odchodząc, odgonił dzieci, które znów zaczęły się zbliżać. Nic się nie wydarzyło. Minęło kilka minut, więc mężczyzna ruszył znowu na drogę. Był zły. Podszedł drugi raz do miny, znów koło niej pogrzebał, wymachując przy tym rękami i krzycząc w złości tak głośno, że słychać to było w MRAP-ie. Saper odszedł od ładunku, tym razem nie tak daleko. Eksplozja zabrzmiała jak bliskie uderzenie pioruna. Najpierw wstrząs, tak silny, że podskoczyłem, uderzając głową w sufit opancerzonego wozu. Potem chmura kurzu, kamienie wyrzucone wysoko w powietrze i głośny huk.

Mój kolega zaczął się śmiać nerwowo.

– Semtex! Poczułem semtex!

Afgańczyk bez specjalistycznego amerykańskiego sprzętu po prostu włożył w ziemię zapalnik czasowy, który spowodował eksplozję. Tak się to załatwia w tym kraju. Kiedy kurz opadał, za pobliską wsią podniosła się kolejna chmura i doszedł nas odgłos wybuchu. Kolejny IED, jak się potem dowiedziałem, zdetonowany przez armię. Komendant zamienił jeszcze parę zdań z Amerykanami, po czym razem ze swoimi ludźmi ruszył w drogę do Tani. Nasz patrol tam już nie dotarł. Pojazdy osiągnęły granicę zasięgu, każdy kilometr dalej uniemożliwiłby im powrót do bazy.

Wróciliśmy do Narizy i jeszcze nie zdążyliśmy na dobre rozprostować kości po wyjściu z pojazdów, gdy MRAP-y tankowano już przed kolejnym patrolem. Gotowość operacyjna trwała tutaj dwadzieścia cztery godziny na dobę.

..............................