Ponikt - Piotr Langenfeld - ebook + audiobook + książka

Ponikt ebook i audiobook

Piotr Langenfeld

3,8

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Najnowsza powieść sensacyjna autora „Quadiry” i „Zaszłości”. Zimna wojna się rozpala. Europa podzielona jest „żelazną kurtyną”. Trwa niewidoczna, tajna wojna i starcie wywiadów. Walka wikła ludzi, zawiązują się spiski. Nikt nie jest tym za kogo się podaje… Charles „Greenman” Zielinsky - Amerykanin polskiego pochodzenia, pracownik CIA trafia do Berlina. Miasta będącego „stolicą szpiegów”. Ucząc się nowego terenu działań, nowych zadań poznaje piękną kobietę z przeszłością. Wokoło dzieje się wielka historia. Następują polityczne zmiany na styku dwóch systemów, a intryga sięga z Berlina aż do warszawskich gabinetów szefów bezpieki. Zawrotne tempo, nagłe zwroty akcji i historia, która mogła wydarzyć się naprawdę…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 321

Rok wydania: 2022

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 12 min

Rok wydania: 2022

Oceny
3,8 (49 ocen)
14
19
10
6
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Remas1992

Dobrze spędzony czas

ujdzie
00
pap3r_girl

Z braku laku…

DNF 2,5★ za pierwsze 40% Dalej nie dotarłam, ponieważ kompletnie mi nie siadło. Po 1,5 roku przerwy, nie wróżę, bym kiedykolwiek wróciła do lektury.
00
SlawekPluta

Nie oderwiesz się od lektury

Pinokio100

Z braku laku…

Odsłuchałem 2 godziny (całość 9 godzin) i wieje nudą. Liczyłem na dobrą sensację i akcję, ale się rozczarowałem. Umieszczenie w 2 godzinie odsłuchu postaci historycznej płka Józefa Ś. z MBP wcale nie zwiększyło atrakcyjności fabuły. Może za następne 2 godziny akcja rozwinie się, w takim razie moja strata ;) .
00
natiszon

Nie oderwiesz się od lektury

Lubicie wątki szpiegowskie w książkach? Charles Zielinsky pseudonim "Greenman" Amerykanin polskiego pochodzenia zostaje wysłany do Berlina miasta najważniejszych tajnych operacji "stolicy szpiegów", gdzie trafia w sam środek rozgrywającej się intrygi. Piotr Langenfeld zabiera nas w lata 50te XXw, gdzie Europa podzielona jest "żelazną kurtyną". W czasy, gdzie nie można nikomu ufać, a spisek goni spisek. Chociaż często sięgam po książki z wątkiem historycznym to temat zimnej wojny był dla mnie nowością. Początkowo czułam się trochę przytłoczona sporą ilością bohaterów i wątków, ale z czasem dałam się porwać akcji. Fabuła jest dynamiczna, przemyślana i dopracowana. Autor imponuje ogromną wiedzą historyczną i znajomością faktów, dzięki czemu świetnie oddaje klimat i scenerię powojenną. Dodatkowym plusem jest oparcie wydarzeń na prawdziwych zdarzeniach historycznych. "Jest wiele spraw, które nie zostały wyjaśnione czy ujawnione opinii publicznej, co daje autorom sensacji możliwość napis...
01

Popularność




Re­dak­cjaAdam Pod­lew­ski
Ko­rektaMał­go­rzata Pod­lew­ska
Pro­jekt gra­ficzny okładkiMa­riusz Ba­na­cho­wicz
Skład i ła­ma­nieMar­cin La­bus
Zdję­cia wy­ko­rzy­stane na okładce© Ole Arnt Thom­sen/Shut­ter­stock
© Co­py­ri­ght by Skarpa War­szaw­ska, War­szawa 2023 © Co­py­ri­ght by Piotr Lan­gen­feld, War­szawa 2023
Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki książki w in­ter­ne­cie
Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-83290-58-4
Wy­dawca Agen­cja Wy­daw­ni­czo-Re­kla­mowa Skarpa War­szaw­ska Sp. z o.o. ul. Bo­row­skiego 2 lok. 24 03-475 War­szawa tel. 22 416 15 81re­dak­cja@skar­pa­war­szaw­ska.plwww.skar­pa­war­szaw­ska.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Panu LT

PRO­LOG

Było po pro­stu ciemno. Nie tak jak w domu o tej po­rze roku, da­leko od tego miej­sca. Nie cho­dziło na­wet o lo­ka­li­za­cję, ale o sy­tu­ację i czas. Mrok był nie­omal jedną plamą, na któ­rej tylko cienka nieco bled­sza forma czerni na­zna­czyła gra­nicę mię­dzy nie­bem a zie­mią. Chmury za­cią­gnęły niebo po sam ho­ry­zont, tylko cza­sem jak na złość uchy­la­jąc rąbka gwiazd, by draż­nić wę­drow­ców zmu­szo­nych orien­to­wać się w po­ło­że­niu. Ciem­ność po­winna być sprzy­mie­rzeń­cem. Można było do niej przy­wyk­nąć i za­cząć roz­po­zna­wać kształty. Te wy­da­wały się dzi­waczne, choć w świe­tle dnia nie by­łyby ni­czym nie­zwy­kłym, tylko la­sami, wzgó­rzami, ciem­niej­szymi li­niami wą­wo­zów.

Bez względu na to, jak długo trwało szko­le­nie, ludzki umysł, pra­cu­jący te­raz na zwięk­szo­nych ob­ro­tach, sku­piony i wy­czu­lony, do­szu­ki­wał się pu­ła­pek. Jakby ktoś szep­tał w ludzką jaźń, że wszystko, co wi­dać jest nie­bez­pieczne. Ze ściany mrocz­nego lasu pa­trzą inne oczy, a w li­chych wcze­sną wio­sną tra­wach czai się ktoś go­tów sko­czyć ci do gar­dła.

Trzeba było umieć za­pa­no­wać nad lę­kiem. Sku­pić się. Iść da­lej i pa­mię­tać, co na­le­żało zro­bić. O tym dru­gim nie za­po­mi­nał, choć cel wy­da­wał się te­raz jesz­cze bar­dziej od­le­gły. To pierw­sze wy­da­wało się nie­moż­liwe.

– No i jak, do cho­lery, pa­nie Li? – wy­szep­tał przez zęby młody ubru­dzony męż­czy­zna z weł­nianą czapką na gło­wie, jakby prze­ko­nany, że w błot­ni­stym ro­wie pod noc­nym nie­bem ktoś go może pod­słu­chać. Młod­szy o dwa lata fa­cet dy­szał, peł­znąc po ziemi. Na jego po­czer­nio­nej twa­rzy od­ci­nały się szpary sko­śnych oczu.

– Wleką się, sir – od­po­wie­dział nie­na­ganną an­gielsz­czy­zną. Prze­cią­gnął, ak­cen­tu­jąc grzecz­no­ściowy zwrot, ja­kim zwra­cało się do ofi­cera. Byli dawno po imie­niu, ale nerwy i strach udzie­liły się też panu Li.

Wła­ści­wie na­zy­wał się ina­czej – Geo­rge Choa. Był ro­do­wi­tym Ame­ry­ka­ni­nem w pierw­szym po­ko­le­niu. Po­zo­stała dwójka też no­siła pseu­do­nimy nadane przez „duże nosy”[1], choć ich po­cho­dze­nie było zgoła od­mienne. Byli Chiń­czy­kami z Taj­wanu, ma­łego wy­spiar­skiego pań­stewka, które opie­rało się czer­wo­nym Chi­nom. Byli ochot­ni­kami, ale ich za­pał – który zresztą pod­czas szko­leń za­czął przy­ga­sać – dziś zo­stał do­dat­kowo nad­wą­tlony przez zwy­kłego pe­cha. Biały usły­szał sa­pa­nie i ci­che szepty nieco da­lej w ro­wie, który pro­wa­dził do lasu.

– Ku-Ni ma skrę­coną kostkę – za­czął przed­sta­wiać sy­tu­ację pan Li. Usiadł na ja­kiejś bryle błota, pod­su­nął weł­niane na­kry­cie głowy i otarł czoło. Biały nie­wiele wi­dział, ale z mowy ciała wy­czy­tał, że pan Li nie jest zbyt opty­mi­stycz­nie na­sta­wiony.

– Prze­pra­szam... – Ku-Ni, ni­ski, ale silny chłop, do­tarł wresz­cie i ostroż­nie po­ło­żył ple­ca­kową ra­dio­sta­cję. – To mu­siało być przy skoku. Ad­re­na­lina, nie czu­łem nic i do­piero po­tem...

– W po­rządku – prze­rwał biały. – I tak wy­trzy­ma­łeś z osiem mil. – Miało to za­brzmieć jak szczera po­chwała, ale wy­szło nie­na­tu­ral­nie. Mil­czeli więc dłuż­szą chwilę.

– Od­pocz­niemy chwilę, ale...

– Dam radę! – Ku-Ni prze­rwał sze­fowi. Mó­wił z prze­ję­ciem i za­pa­łem, ale biały coś po­dej­rze­wał. Nie był no­wi­cju­szem, wi­dział nie­jedno. Nie opo­wia­dał swoim pod­wład­nym o tych do­świad­cze­niach, przez to może nie trak­to­wali go zbyt po­waż­nie. Chiń­ska nie­chęć do „du­żych no­sów” nie da­wała się wy­ple­nić. Może tylko pan Li na­był za­chod­niej ogłady i oka­zy­wał sza­cu­nek ofi­ce­rowi. Biały moc­niej za­ci­snął dło­nie na ka­ra­binku M2.

– Skoro tak... – Przy­gryzł wargę, oce­nia­jąc w my­ślach szansę na po­wo­dze­nie. – A ty, Fang? – Wy­su­nął głowę w stronę naj­cich­szego i naj­młod­szego członka grupy. Fang był by­stry, uważny. Miał ży­la­ste mię­śnie i duże (jak na Azjatę) oczy. Lu­bił pa­trzeć, ale nie roz­ma­wiać. Po­dobno po­wo­dem tego był ja­kiś uraz z cza­sów ja­poń­skiej oku­pa­cji czy też wojny.

– Po­ra­dzimy so­bie, sze­fie – od­parł we­soło, i biały wy­obra­ził so­bie, jak Chiń­czyk robi minę twar­dziela.– Bę­dziemy nie­śli pu­dło na zmianę. – Stuk­nął lufą w ra­dio­sta­cję. – Noc ciemna i długa... Uda się do­trzeć na miej­sce. – Wy­da­wał się naj­spo­koj­niej­szy ze wszyst­kich.

To opa­no­wa­nie udzie­liło się do­wódcy. Wes­tchnął. Wiatr za­szu­miał na łące i po­mknął da­lej w las, ko­ły­sząc wierz­choł­kami drzew.

– Do­bra, trzeba by się zo­rien­to­wać w sy­tu­acji. – Biały się­gnął pod zło­żoną płachtę pe­le­ryny prze­ciw­desz­czo­wej. Z nie­wiel­kiego ple­caka wy­cią­gnął la­tarkę i za­fo­lio­waną mapę. Z pon­cza zro­bił okry­cie i za­czął stu­dio­wać swoje plany, kiedy reszta cze­kała cier­pli­wie.

– I jak? – Pan Li za­py­tał pierw­szy, kiedy szef wy­chy­lił głowę.

– Wy­gląda, że tak bar­dzo nie po­błą­dzi­li­śmy. Tam, przy szo­sie – biały wska­zał pal­cem za sie­bie, gdzie co rusz pod chwi­lowo bez­chmur­nym nie­bem po­ja­wiała się od­le­gła góra – jest wieś, na­wet spora. Obej­dziemy ją i we­sp­niemy się na tę cho­lerną skałę. Fang, masz ra­cję. – Uśmiech­nął się, pod­da­jąc na­głemu przy­pły­wowi wiary w moż­li­wo­ści grupy. – Ko­niec le­ni­stwa, pa­no­wie. Trzeba wy­grać tę wojnę – za­koń­czył nie­pa­su­ją­cym do sy­tu­acji pa­te­tycz­nym slo­ga­nem.

– Pa­nie Li... – Ski­nął na za­stępcę, da­jąc znak, że Chiń­czyk ma iść na szpicy. – Ro­wem, a po­tem do na­stęp­nego lasu – okre­ślił kie­ru­nek. Li tylko kiw­nął i przy­tu­la­jąc do sie­bie pi­sto­let ma­szy­nowy M3, zwany Gre­ase gun, ru­szył po bło­cie z oczami wpa­trzo­nymi w mrok.

Fang za­rzu­cił ra­dio i torbę z ba­te­rią na plecy, sa­piąc ciężko. Obie­cał po­móc, więc de­mon­stro­wał przed bia­łym swoje za­an­ga­żo­wa­nie. Prze­szli tak ko­lejną milę, wsłu­chu­jąc się w szum wia­tru i rzad­kie od­głosy dzi­kiej zwie­rzyny har­cu­ją­cej nocą. Rów był głę­boki, się­gał do piersi, więc kiedy szli schy­leni, mieli pew­ność, że są nie­wi­doczni. Byli cisi, uważni i sprawni jak na ze­spół pro­wa­dzący kon­tu­zjo­wa­nego. Ty­go­dnie szko­leń we­szły im w krew. Stali się stwo­rze­niami noc­nymi, wie­rząc, że zlali się z mro­kiem i nie da się ich wy­kryć.

Oko­lica wy­da­wała się zu­peł­nie pu­sta. Biały w krót­kiej chwili de­kon­cen­tra­cji uznał, że bom­bar­do­wa­nia za­ple­cza przy­no­szą dru­zgo­cące efekty. Ni­g­dzie na ho­ry­zon­cie nie było wi­dać na­wet po­je­dyn­czego świa­tełka. Mo­gło to świad­czyć o znisz­cze­niach, choć tu, na głę­bo­kiej pro­win­cji, trudno było zna­leźć war­to­ściowe cele dla sa­mo­lo­tów. „Za­ciem­nie­nie... – po­my­ślał. – Na­prawdę so­lidne za­ciem­nie­nie”. Po­krę­cił głową z nie­ja­kim po­dzi­wem dla miej­sco­wych. Rów do­cho­dził do szosy, a wła­ści­wie błot­ni­stego, choć cią­gle prze­jezd­nego duktu. Po­tem było znów roz­mo­kłe pole, po­cięte ro­wami na­wad­nia­ją­cymi. Li wy­szedł wolno na nie­wiel­kie pod­wyż­sze­nie te­renu i w wy­uczo­nym od­ru­chu przy­warł do kępy su­chych traw. Chiń­czyk na­słu­chi­wał, ale nie sły­szał za­gro­że­nia. Tylko wiatr chyba przy­bie­rał na sile. Li, jak miał w zwy­czaju, strzyk­nął ustami, by dać sy­gnał resz­cie. Trójka, ase­ku­ru­jąc ku­le­ją­cego Ku-Ni, prze­sko­czyła drogę i wpeł­zła do ko­lej­nego rowu. Tu było wię­cej wody. Błot­ni­sta maź się­gała do ko­stek. Nie­przy­jem­nie było ma­sze­ro­wać i skra­dać się ki­lo­me­trami w prze­mo­czo­nych bu­tach. Mun­dur i opo­rzą­dze­nie na­sią­kały wodą, odzież przy­kle­jała się do ciała, a sprzęt sta­wał się co­raz cięż­szy, co do­dat­kowo mę­czyło. Biały nie na­rze­kał, więc i oni mil­czeli. Wie­dzieli, na co się pi­szą. Na nie­wy­gody i na ry­zyko. Szli więc przed sie­bie, wy­pa­tru­jąc ko­lej­nych kry­jó­wek. Po­letko prze­cho­dziło w ni­ski, młody la­sek. Biały dał znak, by przy­sta­nęli. Znów stał się nie­spo­kojny. Prze­cież ten kraj miał być jed­nym wiel­kim gar­ni­zo­nem, a tym­cza­sem było ci­cho i spo­koj­nie. Po­dej­rza­nie ci­cho. Nie wia­domo który raz tej nocy mieli po­nure prze­czu­cie, że wcho­dzą w pu­łapkę. Biały za­czął my­śleć o tym jesz­cze w ba­zie, kiedy ła­do­wali się do sa­mo­lotu. Po­tem wró­ciły wspo­mnie­nia sprzed pra­wie dzie­wię­ciu lat. „Duży nos” sta­nął, wy­pro­sto­wał się i ro­zej­rzał. Od­ga­niał na­trętne stra­chy, ale wresz­cie zro­zu­miał, że każdy z za­gaj­ni­ków może być za­ma­sko­waną bazą, strze­żoną dzień i noc. Zwłasz­cza nocą.

– Nie idziemy do lasu – oznaj­mił, ku­ca­jąc.

– Jak to? – Pan Li nie zro­zu­miał.

– Pój­dziemy po­lami. W le­sie może być woj­sko. Skąd to za­ciem­nie­nie? Stąd, że w po­bliżu jest coś waż­nego.

Trzej Chiń­czycy byli wy­raź­nie skon­fun­do­wani z po­wodu na­głego upadku mo­rale do­wódcy. Po­parł go jed­nak pan Li.

– Ma to sens. Tyle że bę­dzie trzeba uwa­żać jesz­cze bar­dziej. – Zer­k­nął na pole, a po­tem na Ku-Ni. – Dasz radę?

– Dam – za­pew­nił młody.

– No to w po­rządku.

Biały za­rzu­cił ka­ra­bi­nek na plecy, zła­pał kępę traw na brzegu rowu i pod­cią­gnął się. Słu­chał, czy w po­bliżu ni­kogo nie ma. Już chciał roz­ka­zać, by reszta ru­szyła, kiedy w ciem­nej pla­mie wio­ski po­ja­wił się po­ma­rań­czowy ognik. Ofi­cer za­marł, nie wy­da­jąc z sie­bie słowa. Do ja­śnie­ją­cego punktu w dali do­łą­czyły ko­lejne. Wiatr przy­niósł dźwięk od­le­głych szme­rów. Świa­tła jakby przy­ga­sły, zro­biły się bled­sze. Biały zgar­bił się i cof­nął do rowu. Chciał coś po­wie­dzieć, ale usły­szał szczęk me­talu. In­stynkt po­łą­czony ze szko­le­niem i do­świad­cze­niem po­mógł roz­po­znać ten ha­łas. Od­ru­chowo pod­niósł broń. Pan Li był szyb­szy i uważ­niej­szy. Chiń­czyk z wrza­skiem za­mach­nął się sta­lową kolbą i za­sło­nił ofi­ce­rowi cel. Ku-Ni od­sko­czył gwał­tow­nie, krzyk­nął, ale nie opu­ścił pi­sto­letu. Strze­lił. Ten po­je­dyn­czy huk ame­ry­kań­skiej czter­dziestki piątki za­brzmiał w ci­szy mrocz­nej nocy jak ar­mat­nia salwa. Pan Li parł jak szar­żu­jący byk. Pod­bił broń tam­tego i po­wtó­rzył cios. Ku-Ni upu­ścił pi­sto­let. Pan Li wie­rzył, że wy­trąci prze­ciw­ni­kowi broń, za­nim ta wy­strzeli. Było jed­nak za późno. Ugo­dził młod­szego w oko­lice gar­dła, za­nim chło­pak spró­bo­wał od­bić cios. Padł na zie­mię. Fang krzyk­nął coś po chiń­sku i za­czął wspi­nać się na ścianę rowu. Biały, dep­cząc le­żą­cego zdrajcę, zła­pał pa­ni­ku­ją­cego pod­wład­nego za nogi i po­cią­gnął w dół. Za­raz też za­krył mu usta dło­nią.

Od wsi i od lasu na­ra­stał szum, a może, gdyby wie­rzyć roz­sza­la­łej wy­obraźni, do­cho­dziły na­wet głosy lu­dzi. Biały się­gnął po nóż. Czar­nego ostrza pra­wie nie było wi­dać. Dzier­żył broń przez dłu­gie se­kundy, jakby chciał bez słowa po­ka­zać panu Li, co trzeba ro­bić i że on po­trafi po­słu­żyć się tą za­bawką. Kie­dyś już był zmu­szony wal­czyć no­żem. Te­raz ostrze do­da­wało od­wagi Chiń­czy­kowi, który – jak się wy­da­wało – był wierny do­wódcy. Przy­naj­mniej w to chciał wie­rzyć biały. Pan Li kiw­nął głową i ob­ró­cił się do wierz­ga­ją­cego w bło­cie i du­szo­nego ko­la­nem zdrajcy. Ude­rzył Ku-Ni pię­ścią w twarz żeby prze­stał się sza­mo­tać. Sam wy­cią­gnął nóż i za­czął za­da­wać ciosy. Biały nie zwra­cał na to uwagi, miał swoje za­da­nie. Po­szło gładko. Fang był silny, ale jed­nak drobny. Po cio­sie pod że­bra i szty­chu w tcha­wicę znie­ru­cho­miał. Nie mo­gli po­zwo­lić so­bie na po­zo­sta­wie­nie zdraj­ców ży­wych, bo ci wie­dzieli za dużo. Fang osu­nął się bez­wład­nie w błoto, char­cząc ci­cho. Za­raz ucichł, pa­da­jąc obok ko­legi. Pan Li z nie­jaką wprawą i zło­ścią otarł klingę o rę­kaw. Splu­nął pod nogi. Wy­da­wało się, że jego oczy błysz­czą jak dwa naj­ja­śniej­sze punkty w po­bliżu. Pa­trzył na szefa i cze­kał na ko­lejne roz­kazy. Biały nie mu­siał nic mó­wić. Nie było też czasu na wza­jemne za­pew­nie­nia.

Od wsi do­cho­dziły co­raz gło­śniej­sze dźwięki. Ktoś się zbli­żał. Woj­skowy pa­trol czy tylko miesz­kańcy wy­czu­leni na ob­cych? Po­zo­stała przy ży­ciu dwójka wo­lała tego nie spraw­dzać.

Biały się­gnął po ra­dio­sta­cję. Był wyż­szy, sil­niej­szy, więc chciał wziąć ten cię­żar na sie­bie. Może jako za­dość­uczy­nie­nie za wspar­cie pana Li. Sta­lowy klo­cek wa­żył sporo. Jesz­cze prze­szło przez myśl ofi­cera, że Ku-Ni uda­wał od po­czątku, od chwili lą­do­wa­nia. Ta jego kon­tu­zja, opóź­nia­nie wszyst­kiego. Miałby od­po­wied­nio dużo czasu, by za­wia­do­mić tam­tych i wpro­wa­dzić grupę w za­sadzkę. Spiął szelki ba­gażu i pod­su­nął go wy­żej. Przy­ci­snął broń do boku, po­chy­lił się. Żeby wszystko so­bie po­ukła­dać, mu­siał naj­pierw wyjść z tego cało. Pan Li znów szedł na szpicy, nik­nąc pra­wie zu­peł­nie w mroku. Biały ru­szył jego śla­dem. Żwawo, ale tak ci­cho, jak po­tra­fił. Sły­szał tam­tych. Trzeba było uciec i prze­my­śleć, co da­lej. Na ciała dwóch zdraj­ców na­wet nie spoj­rzał.

ROZ­DZIAŁ 1

Rok póź­niej. Luty 1953

Zi­mowy przed­świt nocy był po­nury. Za­sło­nięte chmu­rami niebo nie chciało ja­śnieć, jak gdyby ko­lejny dzień miał nie wstać. Do tego znów lekko sy­pało śnie­giem. W sza­ro­ści koń­czą­cej się nocy na­wet brudne, pod­nisz­czone rzędy do­mów wy­da­wały się pięk­niej­sze w bia­łej sza­cie. Tej dziel­nicy na przed­mie­ściach Mo­na­chium wojna nie do­tknęła bar­dzo do­tkli­wie. Kwar­tały willi i se­ce­syj­nych ka­mie­nic stały jak kie­dyś, jak za ka­isera i füh­rera. Nisz­czył je za to czas, brak ma­te­ria­łów na re­mont i nie­re­gu­larne ogrze­wa­nie. Sta­wały się po­nure, szare. Te­raz, tuż przed świ­tem, za wo­alką le­ni­wie pa­da­ją­cych płat­ków śniegu cała ulica wy­da­wała się opusz­czona. Nikt nie od­śnie­żał pu­stych chod­ni­ków. Domy spały z czar­nymi otwo­rami okien. W końcu uliczki par­ko­wała cię­ża­rówka. Mimo kilku lat, ja­kie mi­nęły od końca wojny, taki wóz był cią­gle czymś nie­zwy­kłym. Zwłasz­cza tu­taj, z dala od cen­trum albo dziel­nic bar­dziej prze­my­sło­wych, gdzie auta cię­ża­rowe były bar­dziej przy­datne. W za­ułku stały jesz­cze tylko dwa sa­mo­chody. Stare, gar­bate li­mu­zyny, przy­kryte cza­pami śniegu i nie­uży­wane chyba od bar­dzo dawna. Cię­ża­rowy opel do­piero po­kry­wał się bia­łym pu­chem. Ciemna bryła po­jazdu zlała się z cie­niem ka­mie­nicy o po­pę­ka­nej ele­wa­cji. Kie­rowca wie­dział, ja­kie wy­brać miej­sce, by nie zwra­cać uwagi. Wie­dział też do­brze, że nie spo­tka wielu lu­dzi. Zi­mową nocą po ulicy bez spraw­nych la­tarni nie było roz­trop­nie spa­ce­ro­wać.

Kie­rowca cię­ża­rówki nie po­tra­fił jed­nak umknąć przed zim­nem. Był szczu­płym, na­wet bar­dzo szczu­płym, mło­dym męż­czy­zną o wą­tłej szyi i po­cią­głej twa­rzy z or­lim no­sem. W cza­sie wojny i po­wo­jen­nego nie­do­statku od­czu­wał chłód jakby bar­dziej. Sie­dział w weł­nia­nym płasz­czu z po­sta­wio­nym koł­nie­rzem, opa­tu­lił się sza­lem i co rusz po­cie­rał dło­nie w gru­bych, pod­bi­tych fu­trem rę­ka­wi­cach. Nie włą­czał mo­toru. Dud­nie­nie zu­ży­tego sil­nika przy­ku­łoby uwagę dba­ją­cych o swoje bez­pie­czeń­stwo miesz­kań­ców. Może na­wet ktoś do­niósłby na po­li­cję, a lo­kalny ko­mi­sa­riat mu­siałby wy­de­le­go­wać ja­kiś pa­trol. Szo­fer bar­dzo tego nie chciał. Cze­kał więc, mar­z­nąc po­tul­nie. Było już po pią­tej trzy­dzie­ści, nad­szedł znak, który wie­ścił ko­niec męki w wy­chło­dzo­nej bla­sza­nej puszce. W bocz­nym lu­sterku mi­gnęło da­leko świa­tełko la­tarki. Szo­fe­rowi wy­dało się naj­pierw, że ma przy­wi­dze­nia i z nie­wy­spa­nia wi­dzi coś, czego nie ma. Ale sy­gnał po­wtó­rzył się. Jak za­wsze dla pew­no­ści kilka razy. Kie­rowcy od razu jakby zro­biło się cie­plej. Mu­snął nogą star­ter w pod­ło­dze i ga­pił się w lu­sterko, czu­jąc, jak bi­cie serca przy­śpie­sza. Na bia­łej dro­dze po­ja­wił się oso­bowy sa­mo­chód. Je­chał wolno i nieco nie­równo. Męż­czyź­nie w cię­ża­rówce wy­da­wało się, że ocze­ki­wa­nie trwa całe wieki. Ni­gdy nie przy­wykł do tych krót­kich w su­mie, ale naj­bar­dziej emo­cjo­nu­ją­cych mo­men­tów.

Oso­bowy wóz nie­mal zrów­nał się z oplem. Noga kie­rowcy wdu­siła star­ter. To był naj­nie­bez­piecz­niej­szy punkt planu. Schło­dzony już sil­nik zmal­tre­to­wa­nego auta za­sko­czył do­piero za trze­cim ra­zem. Kie­rowca włą­czył ssa­nie i pod ma­ską za­bul­go­tało me­ta­licz­nie w sil­niku. Chło­pak spoj­rzał znad koł­nie­rza na mi­ja­jący go sa­mo­chód. Kie­ru­jący nim nie zwró­cił uwagi na ha­łas tuż obok. Nie zwol­nił ani nie przy­śpie­szył. Je­chał do domu. Chło­pak wrzu­cił bieg i skrę­cił koła. Jesz­cze mu­siał po­cze­kać. Oso­bowy wóz za­par­ko­wał krzywo, na­jeż­dża­jąc na kra­węż­nik. Sil­nik zgasł. Drzwi się otwo­rzyły, a z wnę­trza wy­siadł czło­wiek śred­niego wzro­stu. Miał nie­dbale na­rzu­cony płaszcz. Sza­lik mógł w każ­dej chwili zsu­nąć się na zie­mię, a ka­pe­lusz le­żał nie­równo na gło­wie. Fa­cet chwiał się. Za­trza­snął wóz i sta­rał się tra­fić klu­czy­kiem do zamka, było to jed­nak za­da­nie po­nad jego moż­li­wo­ści. Był zu­peł­nie pi­jany, co uspo­ka­jało szo­fera cię­ża­rówki. Tam­ten nie do­strzegłby na­wet świa­tła re­flek­tora.

Chło­pak uznał, że nad­szedł wła­ściwy mo­ment. Do­dał gazu i roz­pę­dził wóz. Kie­rowca prze­zor­nie po­chy­lił się za kół­kiem. Jego cel nie wy­da­wał się zdolny do obrony, ale pewne za­cho­wa­nia wcho­dziły w krew. Skrę­cił ku ce­lowi. Pi­jany do­piero w tym mo­men­cie się ob­ró­cił. Wresz­cie zro­zu­miał, co się dzieje. Chciał od­sko­czyć, ale po­śli­zgnął się na lo­dzie. Szo­fer cię­ża­ro­wego sa­mo­chodu do­stał pre­zent od losu. Ude­rzył w pi­jaka, a ten znik­nął gdzieś pod ko­łami. Szo­fer przy­ha­mo­wał do­piero kilka me­trów da­lej. Cię­ża­rówka za­tań­czyła na śli­skiej na­wierzchni. Kie­rowca zer­k­nął w lu­sterko i zo­ba­czył bryłę na ziemi. Wrzu­cił wsteczny i wy­co­fał po­śpiesz­nie. Auto pod­sko­czyło, kiedy po­now­nie prze­je­chało po ciele. Opel znów sta­nął, a kie­rowca od­dy­chał głę­boko i pa­trzył na czło­wieka na ulicy.

Z ciem­no­ści wy­ło­nił się trzeci osob­nik. Pod­biegł do ciała. Za­czął je prze­szu­ki­wać, ma­cać po kie­sze­niach, a szo­fer cze­kał cier­pli­wie. Był pe­wien, że jesz­cze nie przy­kuli uwagi miesz­kań­ców. Na­wet je­żeli, to było tak ciemno, że nikt nie do­strzegłby żad­nych szcze­gó­łów. Poza tym na­wet tu lu­dzie bali się mie­szać do po­dej­rza­nych spraw. Uda­wali, że nic nie wie­dzą, nie sły­szą i nie wi­dzą, tak jak uda­wali, że prze­szłość ich nie do­ty­czy. Ten przy ciele pod­niósł głowę, a po­tem ru­szył do wozu. Wła­do­wał się do szo­ferki. Nim za­trza­snął drzwi, opel ru­szył. Prze­je­chał po ciele po raz trzeci. Ten akt spra­wił sa­tys­fak­cję kie­rowcy, który ostatni raz rzu­cił okiem w lu­sterko.

– Dzięki, Krzy­chu. Po­szło klawo – mruk­nął szo­fer i uśmiech­nął się. Za­ci­skał palce na kie­row­nicy tak, że aż trzesz­czała skóra rę­ka­wi­czek.

– Gówno! – od­parł jego kum­pel, pra­wie nie otwie­ra­jąc ust. Szarp­nęło wo­zem, kiedy szo­fer ściął za­kręt. – Zwol­nij, do psiej nę­dzy! – Krzysz­tof miał po­wód, by dać upust zło­ści, którą wi­nien czuć do sie­bie. – Je­dziesz jak wa­riat. Uwagę zwra­casz.

– Nie pę­kaj. Kto nas w tej za­dymce bę­dzie ści­gał? – Kie­rowca nie lu­bił, jak go po­uczano. – Ale co się stało?

Przez dłuż­szą chwilę sły­chać było tylko ter­kot sil­nika i szum wia­tru nio­są­cego płatki śniegu na pu­stej ulicy.

– To nie ten – ci­cho po­wie­dział Krzysz­tof. – Nie ten! – do­dał gło­śniej, wa­ląc dło­nią w drzwi. Mimo mroku wi­dać było, jak jego okrą­gła twarz zmie­nia się i ciem­nieje od na­pły­wa­ją­cej w gnie­wie krwi.

– Jak to? – Szo­fer roz­dzia­wił usta i opadł na opar­cie. – Za­bi­łem...

– Nie bój się. Nie ubi­łeś nie­wi­niątka. – Krzysz­tof sta­rał się po­cie­szyć ich obu. – Wła­ści­wie to ja go skoń­czy­łem. – Pod­niósł mo­kry do­ku­ment i port­fel nie­bosz­czyka. Za­pa­lił za­pałkę. – Re­gner... Tak się te­raz na­zywa ten skur­wy­syn. To zna­czy na­zy­wał. – Po­trzą­snął do­wo­dem, le­gi­ty­ma­cją czy czym­kol­wiek był brudny pa­pier ze zdję­ciem. Kie­rowca wziął go w dłoń, wpa­trzony w fo­to­gra­fię, ale szybko od­rzu­cił jakby z obrzy­dze­niem.

– Kurwa, a ja się tak sta­ra­łem! – Za­czął go­rącz­kowo ma­cać kie­sze­nie w po­szu­ki­wa­niu pa­pie­ro­sów. Zna­lazł w we­wnętrz­nej po­miętą paczkę ame­ry­kań­skich ca­meli. Krzysz­tof mo­men­tal­nie za­pa­lił jesz­cze jedną za­pałkę. Sam się­gnął po pa­pie­rosa i znów za­mil­kli, zbie­ra­jąc my­śli w ty­to­nio­wym ob­łoku.

– Dia­bli by to wzięli!

– Bez sensu... – Kie­rowca my­ślał po­dob­nie. Chciał usły­szeć ja­kieś roz­sądne wy­ja­śnie­nie. – Ale jak do cho­lery?

– Nie wiem... – Krzy­chu wzru­szył ra­mio­nami. – Wszystko było jak trzeba. Jak spraw­dzi­li­śmy. Jak roz­po­zna­li­śmy. Czas, knajpa, sa­mo­chód. Pora. Fa­cet na­wa­lił się, wsiadł do wozu i ru­szył. „Hra­bia” dzwo­nił i był pe­wien. Sam wi­dzia­łeś. – Pro­sząco pa­trzył na kie­rowcę i roz­sie­wał po­piół z pa­pie­rosa. – Spraw­dzone. Sam my­śla­łem, że to ten gnój.

Sami mil­czał, gry­ząc wargę i ga­piąc się gdzieś w za­ka­marki wy­obraźni przy­mknię­tymi oczyma.

– W po­rządku – od­parł uspo­ka­ja­jąco. – Może „Hra­bia” spier­do­lił? – Do głowy przy­cho­dziło naj­prost­sze wy­ja­śnie­nie. Wrzu­cił bieg, ale nie ru­szył od razu.

– Ale on nie dzie­ciak. Swoje po­trafi. Ro­zu­miesz? Pan „pro­fe­ska”. – Krzysz­tof wciąż szu­kał przy­czyn po­rażki. Nie cho­dziło o to, że wziął udział w za­bój­stwie czło­wieka, na któ­rego jesz­cze nie było wy­roku. Gnio­tła go świa­do­mość, że dał ciała. Cho­lera, może rze­czy­wi­ście za pew­nie się już po­czuł i do­pa­dła go ru­tyna. Ru­tyna, prze­klęty wróg każ­dego fa­chu, nie mó­wiąc już o ich pro­fe­sji.

– Nie... – mruk­nął. Za­czął się gwał­tow­nie roz­glą­dać, prze­ko­nany chyba, że mar­twe, ciemne oczo­doły zruj­no­wa­nych do­mów wi­dzą go i śle­dzą. Pa­trzył w lu­sterko, pe­wien, że za­raz po­jawi się w nim po­goń.

– Je­żeli nie my, to kto nas tak wy­sta­wił? No kto? – za­py­tał Sami. Strach skrę­cał mu trze­wia.

– Nie wiem, po pro­stu nie wiem albo i nie chcę wie­dzieć.

– Nie chcesz wie­dzieć. Do­bre so­bie. To wszystko jest do dupy, Krzy­chu! Mó­wi­łem ci: trzeba się zmy­wać, za­nim przyj­dzie coś ta­kiego. Te­raz już, kurwa, za późno. Na­stęp­nym ra­zem to mo­żemy być my...

– Ty znowu o tym.

– Tak, znowu. I mia­łem ra­cję. Że­byś wie­dział... Że­by­ście wszy­scy wie­dzieli. Trzeba się scho­wać.

– Zwiać, to chcesz po­wie­dzieć? – za­py­tał ze smut­kiem Krzysz­tof.

– Tak. Trzeba wy­je­chać. Ja chcę wy­je­chać. – Szo­fer wje­chał w za­ułek i pa­trzył w żółty od­blask re­flek­to­rów na ścia­nie. To wy­zna­nie wiele go kosz­to­wało. Po­zor­nie przy­wykł do brud­nej ro­boty, ale w głębi du­szy wciąż się bał.

– To spa­daj. Przy­czaj się – od­parł pa­sa­żer, jak gdyby nic się nie stało. – Ju­tro się wi­dzimy. Bę­dziemy my­śleć.

Ści­snęli so­bie dło­nie, a Krzysz­tof wy­sko­czył na chłód po­ranka. Na­su­nął czapkę głę­biej na czoło i bez słowa ru­szył w mia­sto. Sami upew­nił się, że nie ma nic za au­tem. Nikt go nie śle­dzi. Wy­je­chał na drogę i po­mknął w swoją stronę, cią­gle ostrożny.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRZY­PISY

[1] Do­słowne tłu­ma­cze­nie chiń­skiego słowa Da­bizi – tak Chiń­czycy okre­ślają lu­dzi z Za­chodu