Scenariusz chaosu - Piotr Langenfeld - ebook

41 osób właśnie czyta

Opis

Współczesny terroryzm jest narzędziem politycznym, ukrytą przed światem wielką grą. 

W brutalną walkę wielkich mocarstw jak zawsze uwikłana jest Rzeczpospolita. Jej tarczą i ostrzem są służby wywiadowcze oraz siły specjalne.

 

Adam Thomal, policjant z Centralnego Biura Śledczego Policji, zostaje wysłany na przymusowy urlop. Już w samolocie staje się, mimo woli, uczestnikiem międzynarodowej rozgrywki...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 536

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PIOTR LANGENFELD

Scenariusz chaosu

 

 

© 2019 Piotr Lan­gen­feld

© 2019 WAR­BO­OK Sp. z o.o.

 

 

Re­dak­tor se­rii: Sła­wo­mir Brud­ny

 

Re­dak­cja i ko­rek­ta ję­zy­ko­wa: Agniesz­ka Zub, Ewa Bar­czyk

 

eBo­ok:Ilo­na i Do­mi­nik Trze­biń­scy Du Châte­aux, ate­lier@du­cha­te­aux.pl

 

Ilu­stra­cja na okład­ce: To­masz Two­rek

 

ISBN 978-83-65904-39-3

 

Wy­daw­ca: War­bo­ok Sp. z o.o.ul. Bład­nic­ka 6543-450 Ustroń,www.war­bo­ok.pl

Scenariusz chaosu

Oko­licz­ność była ni­ja­ka. Sza­ra jak ten wi­docz­ny wo­kół zi­mo­wy świt, po trud­nej nocy. Mimo ko­lej­nych lat tkwie­nia w tej pra­cy trze­ba było wie­le sa­mo­za­par­cia i siły, by nie pod­dać się odrę­twie­niu. Nie po­zwo­lić so­bie na za­mknię­cie oczu. Choć­by na mo­ment, któ­ry z chwi­li ulgi prze­ro­dził­by się nie­bez­piecz­nie w bło­gi sen.

Ad­re­na­li­na wy­pa­li­ła się wie­ki temu i tyl­ko na po­cząt­ku każ­dej no­wej za­sadz­ki, ofi­cjal­nie – re­ali­za­cji, da­wa­ła kopa. Na krót­ko. Nie jak kie­dyś. Obec­nie była to ru­ty­na i za­pla­no­wa­ne dzia­ła­nie we­dle okle­pa­ne­go sce­na­riu­sza, albo wła­ści­wie – pro­ce­du­ry. Wpraw­dzie ela­stycz­ność była za­wsze wska­za­na, ale o chłod­nym brza­sku mar­co­we­go dnia trud­niej było się o nią wy­sta­rać.

Smęt­na ja­koś prze­dziw­nie mu­zy­ka, są­czą­ca się z na wpół ści­szo­ne­go sa­mo­cho­do­we­go ra­dia, prze­szła w ser­wis in­for­ma­cyj­ny. Głos spi­ke­ra był obo­jęt­ny, nie po­ma­gał, do­da­jąc swo­je trzy gro­sze do od­czu­cia obez­wład­nia­ją­cej apa­tii.

– Afe­ra ban­ko­wa, jak okre­śla­ją to nie­miec­kie me­dia, roz­cho­dzi się co­raz więk­szym echem po struk­tu­rach fi­nan­so­wych… – Głos mó­wił zu­peł­nie obo­jęt­nie, jak­by opo­wia­dał o wi­zy­cie u ciot­ki. – Nowe ma­te­ria­ły, pu­bli­ko­wa­ne wczo­raj w In­ter­ne­cie, ujaw­nia­ją za­trwa­ża­ją­ce prak­ty­ki Ko­lon­ner West Bank i nie tyl­ko. Tym­cza­sem sej­mo­wa ko­mi­sja śled­cza, gło­sem swe­go prze­wod­ni­czą­ce­go po­sła Hram­ki, pla­nu­je wy­stą­pić o udo­stęp­nie­nie ma­te­ria­łów, któ­re, jak wy­ni­ka z pu­bli­ka­cji, do­ty­czą wąt­ków trans­fe­rów… Po­sło­wie opo­zy­cji ocze­ku­ją dal­szych in­for­ma­cji, su­ge­ru­jąc po­wią­za­nia ca­łej tej sy­tu­acji z nie­od­po­wied­nim, w ich mnie­ma­niu, nad­zo­rem fi­nan­so­wym…

Póź­niej były wy­po­wie­dzi przed­sta­wi­cie­li kil­ku par­tii, ban­ków i księ­go­wych od więk­szych cy­fe­rek, któ­rych na­zy­wa­no eks­per­ta­mi. Jed­ni mó­wi­li z bo­jo­wym za­pa­łem i dumą, słusz­nie wę­sząc pre­zent od losu i nad­cią­ga­ją­cą roz­ró­bę, inni zaś nie­udol­nie ha­mo­wa­li na­stro­je, nie bar­dzo wie­dząc, jak się od­nieść do spra­wy, któ­ra mia­ła się roz­wi­jać. Jesz­cze póź­niej była po­go­da. Nic szcze­gól­ne­go – sza­re, zgni­łe przed­wio­śnie. I zno­wu mu­zy­ka.

Aspi­rant Adam Tho­mal słu­chał jed­nym uchem, nie bar­dzo za­in­te­re­so­wa­ny tym wszyst­kim. Zły, że ci tam, w ra­dio­sta­cjach wszel­kiej ma­ści, utrud­nia­ją ro­bo­tę jemu i aspi­ran­to­wi Hu­ber­to­wi Ko­wa­liń­skie­mu. Ziew­nął gło­śno i się­gnął do ra­dia, ostat­kiem na­dziei szu­ka­jąc na fa­lach ete­ru cze­goś skocz­niej­sze­go.

Hu­bert osu­nął się na fo­tel, chwy­cił dłoń­mi kie­row­ni­cę i z prze­chy­lo­ną na bok gło­wą pa­trzył pół­przy­tom­nie na oko­li­cę.

Nie było tu nic ła­pią­ce­go za ser­ce i po­ry­wa­ją­ce­go es­te­tycz­nie zmy­sły. Albo tyl­ko tak się zda­wa­ło, bo oby­dwaj przy­wy­kli. Kil­ka ulic obu­do­wa­nych sta­ry­mi wil­la­mi. Za­nie­dba­ny­mi albo od­re­stau­ro­wa­ny­mi z róż­nym skut­kiem. Domy z wiel­ki­mi okna­mi, oto­czo­ne ku­ty­mi pło­ta­mi, na­gi­mi te­raz ży­wo­pło­ta­mi i krze­wa­mi w ogro­dach.

Ada­mo­wi po­wra­ca­ła głu­pa­wa myśl, że to lep­sze niż gni­cie gdzieś w rynsz­to­ku, choć­by na gdań­skiej Prze­rób­ce, „kwit­nię­cie” pod­czas ob­ser­wa­cji ja­kie­goś me­ne­la.

Czuł, że to głu­pie, bo prze­cież nie było re­gu­ły. Ani tam, w ko­mi­sa­ria­cie re­jo­no­wym, wo­je­wódz­kim, czy te­raz w CBŚP.

– Wil­le, kur­wa! – fuk­nął sam do sie­bie ze zmę­cze­nia i znów ziew­nął. „Zbó­je” byli wszę­dzie i prze­ko­ny­wał się o tym do­bit­niej i bo­le­śniej z każ­dą ko­lej­ną spra­wą. To­nął w ba­gnie nie­koń­czą­cej się woj­ny i znów, jak nie­gdyś, albo i jesz­cze bar­dziej, mu­siał ucie­kać we wszyst­ko, co po­zwa­la­ło mu za­po­mnieć o ro­bo­cie, któ­rą niby lu­bił. Speł­niał się, do­cie­ra­jąc pra­wie tam, gdzie chciał, ale mimo to to­nął.

– Co mó­wisz? – Hu­bert ock­nął się. Pod­niósł gło­wę, pa­trząc na kum­pla du­ży­mi ocza­mi, osa­dzo­ny­mi wą­sko przy dłu­gim no­sie, na szczu­płej, zwy­kłej twa­rzy.

– Nic, tak tyl­ko… – Mach­nął dło­nią Tho­mal i pod­parł gło­wę dło­nią.

Uli­ca był ci­cha, bez­lud­na. Nie­wie­le aut par­ko­wa­ło w ich ulicz­ce i tej przed nimi. Lu­dzie mie­li swo­je ga­ra­że, mało kto zo­sta­wiał auto na chod­ni­ku.

– Pier­dzie­lę, już dupa boli – sap­nął Ko­wa­liń­ski, mosz­cząc się nie wia­do­mo któ­ry raz na sie­dze­niu. Adam spoj­rzał na nie­go na wpół zdzi­wio­ny, na wpół roz­ba­wio­ny. Oby­dwaj mie­li dość, albo się sta­rze­li. Choć do czter­dziest­ki zo­sta­ło im jesz­cze kil­ka wio­sen, Adam czuł się cza­sem jak sta­ru­szek, wy­mę­czo­ny tą całą go­ni­twą i tak na­praw­dę co­raz do­głęb­niej od­czu­wa­nym stre­sem.

– Przej­dę się – oznaj­mił na­gle Tho­mal, niby to od nie­chce­nia. Też miał do­syć, a ta cho­ler­na „ci­sza przed bu­rzą” mal­tre­to­wa­ła go okrut­nie. W ja­kiejś de­spe­rac­kiej pró­bie za­ję­cia czymś umy­słu spró­bo­wał na­wet przy­wo­łać w pa­mię­ci ostat­ni urlop. Bło­gie nic­nie­ro­bie­nie. Chciał na szczyt, to do­stał za swo­je. Go­ni­twa i roz­jaz­dy w ślad za mniej­szy­mi i więk­szy­mi żu­la­mi. Dał za wy­gra­ną, uzna­jąc, że to może „do­bić” go jesz­cze bar­dziej. To nie było naj­lep­sze, nie za pięć dwu­na­sta.

– Siedź – syk­nął kie­row­ca – czas za­raz… – Spoj­rzał na ze­ga­rek. – We dwóch pój­dzie­my, nie ma co ro­bić ru­chu. Jesz­cze za­uwa­żą.

– Do­bra… – mruk­nął Adam, zbyt­nio nie prze­ję­ty, lek­ce­wa­żąc do­bry po­mysł, jak mie­wał w zwy­cza­ju, kie­dy się uparł albo już nie da­wał rady z nudą. Nie­bez­piecz­nie, na kra­wę­dzi, pod prąd każ­de­mu prze­pi­so­wi. – Tak tyl­ko – uspo­ka­jał kiep­sko. – Pod okna­mi im nie będę… – uciął i zła­pał za klam­kę.

Nie­bo prze­cho­dzi­ło z czer­ni w ciem­ną sza­rość. Auto, nie naj­młod­szy mo­del For­da Fo­cu­sa, sta­ło prze­zor­nie w miej­scu, gdzie po­śród luk­su­so­wych sie­dzib wy­sia­dła la­tar­nia. Nad­cho­dził zim­ny dzień. Adam na­ło­żył za­raz weł­nia­ną, przy­du­żą czap­kę. Na­kry­cie gło­wy, nie­co zu­ży­te i nie­świe­że, do tego wy­tar­ty po­lar i roz­cią­gnię­te spodnie czy­ni­ły zeń po­spo­li­te­go prze­chod­nia. Bar­dzo po­spo­li­te­go. „Pan Wło­dziu ru­sza po ja­bo­la” – my­ślał pra­wie za każ­dym ra­zem, kie­dy dzia­łał pod ta­kim, nie naj­pięk­niej­szym przy­kry­ciem.

Upew­nił się, że skry­ta po we­wnętrz­nej stro­nie spodni ka­bu­ra nie zsu­nie się, a chwyt Gloc­ka nie wle­zie pod lek­ką ka­mi­zel­kę kulo­od­por­ną, któ­ra opi­na­ła mu cia­ło. Wci­snął do ucha słu­chaw­kę łą­czą­cą go z ra­dio­sta­cją i na­cią­gnął czap­kę ni­żej.

Par­ko­wa­li po­śród kil­ku tyl­ko in­nych aut, na wą­skiej uli­cy, opo­dal je­dy­ne­go do­mo­stwa, któ­re cią­gle prze­cho­dzi­ło re­mont. Rusz­to­wa­nia i ani ży­we­go du­cha.

Cel był przed nimi. Wi­dzie­li go. Pię­tro­wa wil­la po­kry­ta blusz­czem wpi­ja­ją­cym się w wy­bla­kłą pia­sko­wą far­bę. Nic szcze­gól­ne­go w po­rów­na­niu z oko­li­cą – na­wet brzyd­ki za­pusz­czo­ny klo­cek. Mie­li go po sko­sie, da­le­ko na po­przecz­nej uli­cy. Wła­ści­wie ob­sta­wia­li tyły celu, jako je­den z punk­tów kor­do­nu. Na wy­pa­dek, gdy­by ktoś wy­rwał się ty­łem, kie­dy za­cznie się za­ba­wa. Cho­ciaż oby­dwaj wie­dzie­li, że to ra­czej nie­re­al­ne, je­że­li wszyst­ko się zgra­ło. Poza tym, cała spra­wa mia­ła się dziać od dru­giej stro­ny tej plą­ta­ni­ny po­nie­miec­kich za­uł­ków. Tam sku­pio­na była cała uwa­ga „wo­dzów”.

Nie tyl­ko ta dwój­ka ster­cza­ła pół nocy, wpa­trzo­na w na wpół zruj­no­wa­ne do­mo­stwo. Było ich wię­cej, znacz­nie wię­cej. Ob­sta­wia­li spo­ry kwar­tał, z nie­wiel­ką tyl­ko po­mo­cą lo­kal­nej po­li­cji. Za­wsze tak ro­bi­li, kie­dy szło o taką ska­lę prze­stępstw i lu­dzi, któ­rzy je po­peł­nia­li. Zbyt duże ry­zy­ko, że tam­ci zbla­to­wa­li się z lo­kal­nym sze­ry­fem, któ­ry opo­wia­da im, co się wy­ra­bia w oko­li­cy. Po­dob­no fi­gu­ran­ci nie byli tu­tej­si, lo­ko­wa­li się prze­jaz­dem, ale i tak dmu­cha­no na zim­ne.

Tho­mal po­czuł, jak owład­nia nim prze­ni­kli­we zim­no. Efekt sie­dze­nia w au­cie i nie­wy­spa­nia, te­raz po­tę­go­wa­ny zią­bem po­ran­ka. Mach­nął ko­le­dze i wol­no, z rę­ka­mi w kie­sze­niach, po­sta­no­wił zro­bić nie­wiel­ki ob­chód.

Byli da­le­ko od obiek­tu, pra­wie nie­wi­docz­ni, a mimo to Adam cof­nął się w uli­cę za nim. Ob­szedł pół kwar­ta­łu, dwie za­spa­ne ci­che ulicz­ki. Szu­kał ko­lej­ne­go wozu albo bu­sów „nin­dżów”, ale nie miał pra­wa ich do­strzec. Dru­gi wóz ope­ra­cyj­ny krył się u wy­lo­tu na głów­ną dro­gę, a „czar­ni” – też w go­ści­nie – za­me­li­no­wa­li się w dróż­ce koło ja­kie­goś la­sku. Kon­spi­ra­cja jak się pa­trzy, i to przy ta­kim tłu­mie.

Adam do­tarł na zbieg dwóch uli­czek, ro­biąc sze­ro­ki łuk od auta i celu. Wy­chy­lił się za je­den z ostat­nich par­ka­nów z ką­tow­ni­ków, wpa­tru­jąc się w obiekt. Żad­ne­go ru­chu, dźwię­ku z tam­tej stro­ny. Zu­peł­na pu­sty­nia, ni­czym po ja­kiejś woj­nie ato­mo­wej. Tyl­ko krzak aka­cji za­szu­miał za ogro­dze­niem. Ada­mo­wi już zda­wa­ło się, że za dłu­go ster­czy w jed­nym miej­scu. Dość tej roz­grzew­ki. Zro­bił krok w tył, nie za­mie­rza­jąc wra­cać opo­dal celu. W słu­chaw­ce za­trzesz­cza­ło na prze­zna­czo­nym im ka­na­le.

– Od Si­kor­skie­go wjeż­dża w re­jon… Czer­wo­ny Peu­ge­ot me­ta­lic. Lo­kal­ny ja­kiś, DWR… Spraw­dzam – rzu­cił fa­cet od „czuj­ki” na obrze­żu dziel­ni­cy, kie­dy do uszu Ada­ma do­biegł dźwięk pi­ło­wa­ne­go ostro sil­ni­ka. Mą­cił ci­szę spo­koj­ne­go po­ran­ka, wy­peł­nia­jąc uli­ce. Szyb­ko się zbli­żał. Ostro brał za­krę­ty. Wy­le­ciał zza za­ło­mu ka­mie­ni­cy po pra­wej, śli­zga­jąc się po wil­got­nym as­fal­cie.

Adam po­czuł, jak zim­no opusz­cza jego cia­ło, a w to miej­sce wdzie­ra się nie­przy­jem­ny elek­trycz­ny dreszcz. Ten mo­ment, ta do­pa­da­ją­ca czło­wie­ka ab­so­lut­na pew­ność, że po­peł­nił błąd. Tho­mal za­trząsł się. Wściekł się na tę swo­ją fan­ta­zję, z któ­rą pod­cho­dził do na­ka­zów, choć za­wsze wy­mi­gi­wał się kło­po­tom. Pra­wie za­wsze. Za to, po każ­dym wy­czy­nie, okła­my­wał sie­bie, że już bę­dzie jak na­le­ży.

Gli­niarz wtu­lił się w siat­kę ogro­dze­nia, kie­dy czer­wo­ny Peu­ge­ot 308 zbli­żył się.

Wia­nie by­ło­by nie­mą­dre. Zwra­ca­ło­by uwa­gę. Ale uda­wa­nie byle dzia­dy­gi na spa­ce­rze też było bez sen­su. Adam sku­lił się. Tak, tam­ten go doj­rzał. Był wy­czu­lo­ny. Było cią­gle sza­ro, a auto mia­ło przy­ciem­nio­ne okna, albo tak się tyl­ko zda­wa­ło Ada­mo­wi. Nie­waż­ne. Mógł­by przy­siąc, że pa­trzą w nie­go bia­łe, ża­rzą­ce się, wście­kłe oczy.

Mie­rzy­li się, jak wy­da­ło się Ada­mo­wi, cały wiek, póki wóz nie znik­nął za do­mem.

– Kur­wa! – fuk­nął, na­raz olśnio­ny jak ra­żo­ny pio­ru­nem, i już wie­dział, że ła­two nie bę­dzie. Nie przy ta­kich zwie­rzę­tach, któ­re nie­raz po­ka­zy­wa­ły, że nie li­czą się z ni­kim. Zwłasz­cza z byle psem. – Do wszyst­kich. – Przy­su­nął mi­kro­fon w ka­blu słu­chaw­ki. – To ten cały „Ak­tor”! Skąd się tu wziął…? „Ak­tor” przy­je­chał! – wy­krzy­ki­wał pod­nie­co­ny, bez spe­cjal­ne­go ładu, sza­mo­cząc się z ka­bu­rą w spodniach. – Wcho­dzić, wcho­dzić, już wie­dzą! – do­dał za­raz. – Wcho­dzić! – Wy­cią­gnął pi­sto­let i prze­ła­do­wał. W tej sa­mej chwi­li usły­szał gło­śny pisk ha­mul­ców. Zgrzyt, i czer­wo­ny wóz za­czął co­fać. In­tu­icja go nie za­wio­dła. Za­czy­na­ło się.

Adam przy­sta­nął na rogu i ser­ce po­de­szło mu do gar­dła. Sa­mo­chód gnał z dzi­ką pręd­ko­ścią zyg­za­ka­mi, pra­wie obi­ja­jąc tych kil­ka aut, któ­re były tam za­par­ko­wa­ne. W in­stynk­tow­nym od­ru­chu, ćwi­czo­nym wcze­śniej ca­ły­mi go­dzi­na­mi, uniósł ra­mio­na, ści­ska­jąc w dło­niach broń i szy­ku­jąc się na to, co we­dług nie­go naj­pew­niej mia­ło na­stą­pić.

Nie zdo­łał na­wet wy­cią­gnąć lufy, kie­dy wóz ude­rzył w za­par­ko­wa­ne auto. Szo­fer był po­de­ner­wo­wa­ny i nie ra­dził so­bie z jaz­dą do tyłu. W ryku wy­ją­ce­go sil­ni­ka dziw­nie za­brzmiał brzęk tłu­czo­nej szy­by. Uła­mek se­kun­dy. Na­raz grzmot­nął strzał. Cała se­ria. Moc głu­che­go huku ro­ze­szła się po dziel­ni­cy, jak­by te wszyst­kie domy na­gle za­czę­ły się wa­lić. Dru­gi grzmot i Adam prze­stał sły­szeć wła­sne my­śli, czuć swój strach. Go­rą­cy wiatr za­świsz­czał mu nad gło­wą; sły­szał, jak coś ło­sko­cze na tro­tu­arze. Jak ry­ko­sze­ty od­bi­ja­ją się przy pło­cie. Po­chy­lił się, wci­snął gło­wę mię­dzy ra­mio­na, jak na­ka­zał mu wy­uczo­ny od­ruch. Czas się za­trzy­mał.

Strze­lił raz, dru­gi. Tam­ten był co­raz bli­żej. Se­ria z bro­ni au­to­ma­tycz­nej zda­wa­ła się nie koń­czyć. Z roz­trza­ska­nej szy­by w ba­gaż­ni­ku ział pło­mień. Dzie­wię­cio­mi­li­me­tro­we po­ci­ski, dziw­nie ci­che­go te­raz Gloc­ka, odłu­py­wa­ły skraw­ki la­kie­ru z sa­mo­cho­du. Za­ułek za­niósł się cuch­ną­cym dy­mem. Zro­bi­ło się go­rą­co od tną­ce­go po­wie­trze oło­wiu. Adam nie my­ślał – strze­lał. Po­je­dy­nek Da­wi­da z zie­ją­cym ogniem po­two­rem.

Peu­ge­ot wbił się w po­sta­wio­ny przy kra­węż­ni­ku wóz. Pal­ba uci­chła. Adam wie­dział, że ra­czej na pew­no nie uci­szył tam­te­go, ale wie­rzył, że przy­naj­mniej go tra­fił. Albo po pro­stu ban­dy­cie skoń­czy­ły się na­bo­je.

Tho­mal opróż­nił ma­ga­zy­nek pi­sto­le­tu do koń­ca, ru­sza­jąc wol­no w przód. Mia­ro­we puk­nię­cia i ob­łocz­ki dymu na ka­ro­se­rii. Jemu też koń­czy­ła się amu­ni­cja. Mo­men­tal­nie wy­pu­ścił ma­ga­zy­nek i się­gnął po dru­gi. Ką­tem oka doj­rzał, że przy obiek­cie na po­dwó­rzu ktoś się ru­sza. Nie miał cza­su przyj­rzeć się le­piej. Za­ła­do­wał i pru­jąc mia­ro­wo, biegł do za­par­ko­wa­ne­go auta, od­dzie­la­ją­ce­go go od zbó­ja. Wsko­czył na ma­skę, gnąc ko­la­na, wy­ce­lo­wał w miej­sce kie­row­cy po­dziu­ra­wio­ne­go Peu­ge­ota i strze­lił jesz­cze kil­ka razy. Z wy­bi­tej szy­by bły­snął ogień. Znów ten okrop­ny, głu­chy ja­zgot. Ada­ma prze­szedł dreszcz pa­ni­ki, ale wy­trzy­mał. Po­szedł w dół. Ruch ra­mie­nia i strze­lał w nowy cel. Tho­mal po­jął, że ma do czy­nie­nia z dwo­ma na­past­ni­ka­mi. Ryk klak­so­nu wy­brzmiał nie­przy­jem­nie i za­wisł nie­prze­rwa­nym ha­ła­sem. Tho­mal wstrzy­mał ogień.

Z ulgą do­strzegł nad­cho­dzą­cą po­moc. Po­sta­cie w pla­mia­stych uni­for­mach. Heł­my, dłu­ga broń. „Nin­dża” z busa ob­ja­wia­li się świa­tu. Ktoś się zbli­żał. Chy­ba szli mu na po­moc.

Adam ze­sko­czył na jezd­nię, choć nie od­wa­żył się opu­ścić lufy z celu. Je­den szyb­ki gest ko­goś w środ­ku. Mi­gnię­cie ja­kie­goś przed­mio­tu i szó­sty zmysł pod­po­wie­dział gli­nie, że nie jest do­brze. Że to wca­le nie ko­niec. Zdo­łał zro­bić unik. Za­to­czył się do tyłu. Spod wozu obok wy­rósł pło­mień i ryk­nę­ło wdzie­ra­ją­cym się w umysł ha­ła­sem, in­nym niż wszyst­ko, cze­go dziś do­świad­czył.

Go­rą­cy po­dmuch wy­rwał go w po­wie­trze i sma­gał odłam­ka­mi. Cia­ło po­li­cjan­ta spa­dło na chod­nik.

Sza­ry ob­łok, ko­lor ja­śnie­ją­ce­go nie­ba i ból. Do­kucz­li­wy pisk w uszach. Do­strzegł śmi­gło­wiec, wiel­ki, po­tęż­ny. Huk wró­cił. Krzy­ki. Bo­le­sne déjà vu. Już to kie­dyś prze­ra­biał, wi­dział. Mie­sza­ło się w nim to, co było w prze­szło­ści. Kie­dyś. Ko­niec cho­ler­nie skom­pli­ko­wa­nej spra­wy i bi­twa, naj­praw­dziw­sza bi­twa. Kłę­bi­ło się w nim od wspo­mnień, tam­tych lę­ków. Te­raz tu­taj też były i strach, i wal­ka o ży­cie.

Po­tra­fił się po­zbie­rać. Zdu­sił z wy­sił­kiem lęk w so­bie. Wstał. Mózg sam pod­po­wia­dał mu roz­wią­za­nia. Nic wię­cej nie za­przą­ta­ło jego gło­wy. Był jak ma­szy­na sku­pio­na na jed­nym celu. Na prze­trwa­niu.

Przy­kuc­nął i w dwóch su­sach ob­sko­czył po­trza­ska­ne odłam­ka­mi wozy. Nie spusz­czał lufy z celu, te­raz za­kry­te­go sza­rym dy­mem. Od­szedł od ma­ski czer­wo­ne­go wra­ku. Ja­kiś cień za kie­row­ni­cą, ruch na jezd­ni, jak ciem­ny duch w tym ob­ło­ku. Adam nie za­mie­rzał cze­kać. Za­ry­zy­ko­wał. Trzy strza­ły.

Ru­szył w przód. Szyb­ko, ja­koś dzi­wacz­nie zwin­nie. Ad­re­na­li­na, któ­rej to niby nie od­czu­wał, pły­nę­ła stru­mie­niem.

Za po­trza­ska­ną szy­bą le­ża­ło cia­ło z gło­wą na kie­row­ni­cy. Nie­groź­ne. I tyl­ko ten wy­ją­cy klak­son.

Dru­gi męż­czy­zna le­żał na uli­cy. Ka­far, w sza­rej, tu­ry­stycz­nej kurt­ce. Bro­dacz o przy­dłu­gich, zmierz­wio­nych wło­sach. Wił się, coś mam­ro­tał usma­ro­wa­ny­mi krwią usta­mi. Chciał wstać, ale noga za­kli­no­wa­ła mu się w sa­mo­cho­dzie obok fo­te­la. Słał Ada­mo­wi peł­ne mor­du spoj­rze­nie i gdy­by mógł, nie za­wa­hał­by się…

Tho­mal pod­szedł ostroż­nie z wy­cią­gnię­tą bro­nią, ce­lu­jąc w czo­ło bro­da­te­go klo­ca. Na­stą­pił na prze­gub jego wy­cią­gnię­tej dło­ni. Tam­ten syk­nął prze­cią­gle i za­czął gło­śno kląć, jak szewc. Adam do­ci­snął sto­pę, póki nie po­lu­zo­wał tam­te­mu pal­ców dło­ni. Tho­mal zła­pał dzier­żo­ny przez ban­dy­tę gra­nat. Ode­tchnął z ulgą, wi­dząc za­wlecz­kę na miej­scu. Do­pie­ro wte­dy do­strzegł, że na uli­cy robi się tłocz­no, że sły­szy sy­re­ny, i że boli. ■

Rozdział 1

Sal­ka ukry­ta w prze­past­nych ka­ta­kum­bach Ko­men­dy Głów­nej była ja­sna i pach­nia­ła no­wo­ścią po re­mon­cie. Okna za­sło­nię­to, by nikt po­stron­ny nie za­glą­dał tu z ze­wnątrz ani, tym bar­dziej, nie ze­chciał ro­bić zdjęć. Pra­cu­ją­cy w „fa­bry­ce” zna­li za­sa­dy, a zresz­tą, nic tu na ni­kim nie ro­bi­ło wra­że­nia, zwłasz­cza na tych z „ce­bo­siu”. Ale przy ta­kim sta­dzie pi­sma­ków i fo­top­stry­ków, ja­kie się zje­cha­ło, na­le­ża­ło być czuj­nym. Wol­na pra­sa mia­ła swo­je pra­wa, ale pań­stwo re­dak­to­rzy, zwłasz­cza ci szczy­le po wie­czo­ro­wych kur­sach, już nie raz udo­wod­ni­li, że ogól­ne za­sa­dy i ja­ka­kol­wiek współ­pra­ca dla więk­sze­go do­bra nie­wie­le ich ob­cho­dzą. Nie ist­nie­ją, za­stą­pio­ne żą­dzą zdo­by­cia ma­te­ria­łu na do­bry lead czy zdję­cia. Je­że­li nie do new­sa, to na póź­niej. Może się przy­da.

– Roz­bi­cie gan­gu nisz­czy­cie­li ban­ko­ma­tów… – to zda­nie wice­mi­ni­stra hu­cza­ło Ada­mo­wi w gło­wie naj­bar­dziej – jest wiel­kim suk­ce­sem, oku­pio­nym nie­ste­ty ofia­ra­mi, i efek­tem cięż­kiej, żmud­nej pra­cy oraz ko­ope­ra­cji mię­dzy­na­ro­do­wej… – „Wi­cek” mó­wił dum­nie, ale bez zbęd­nej eg­zal­ta­cji i wy­nio­sło­ści, co zda­rza­ło się czę­sto wyż­szym po­li­tycz­nym no­mi­na­tom. Fa­cet był kie­dyś w ja­kiejś służ­bie ocie­ra­ją­cej się o po­uf­ne, skry­te dzia­ła­nie, a poza tym wie­dział, że re­to­rycz­ne po­pi­sy na ni­kim tu nie ro­bią wra­że­nia, a i na ze­wnątrz są zby­wa­ne obo­jęt­no­ścią albo prze­łą­cze­niem ka­na­łu.

Lu­dzie cze­ka­li na szcze­gó­ły. Na mię­so, bo­ha­ter­skie czy­ny i opi­sy strze­la­nin, opo­wie­ści, jak to się ban­dzio­rom do­sta­ło. I wi­ce­mi­ni­ster to wie­dział. Nie mógł mó­wić wszyst­kie­go, ale po zwy­cza­jo­wym wstę­pie, peł­nym po­chwał, do­rzu­cił coś o trud­nej pra­cy ope­ra­cyj­nej i ak­cji na Dol­nym Ślą­sku, któ­ra jesz­cze da­wa­ła się ukryć pod opo­wiast­ką groź­ne­go star­cia. Star­cia kon­tro­lo­wa­ne­go i za­pla­no­wa­ne­go, choć może nie do koń­ca.

Adam i Hu­bert wraz z kil­ko­ma jesz­cze fa­ce­ta­mi cze­ka­li cier­pli­wie, aż te pe­any się za­koń­czą. Adam czuł się dzi­wacz­nie wo­bec ta­kiej for­my do­ce­nia­nia jego za­sług. Stał, jak resz­ta, ty­łem do go­ści, ubra­ny w mun­dur. Ły­pał na ko­men­dan­tów, na „Wic­ka” i cze­kał, za­sta­na­wia­jąc się, czy aby na pew­no fot­ka, choć­by i ro­bio­na od tyłu, to już nie za wiel­kie ry­zy­ko.

Salę wy­peł­nia­ły bły­ska­ją­ce co rusz fle­sze, rzu­ca­ją­ce w świe­tle dłu­gie cie­nie. Szum ze­bra­nych dzien­ni­ka­rzy i go­rą­co, na­ra­sta­ją­ce od tłu­mu, lamp ka­mer, a może też tre­my.

Mi­ni­ster skoń­czył. Nie mó­wił dłu­go. Na szczę­ście. Wraz z ko­men­dan­tem głów­nym pod­szedł do piąt­ki funk­cjo­na­riu­szy i za­czął de­ko­ra­cję.

– Ser­decz­nie, ser­decz­nie gra­tu­lu­ję. – Mi­ni­ster, jako że był niż­szy, pa­trzył na Ada­ma z dołu. Okrą­gła, ja­sna twarz lek­ko przy­cięż­ka­we­go pięć­dzie­się­cio­kil­ku­lat­ka wy­ra­ża­ła szcze­ry po­dziw. Choć we wzro­ku miał coś ba­daw­cze­go. Być może chęć za­pa­mię­ta­nia twa­rzy? Nie, on go roz­po­zna­wał. Wie­dział coś, ale nie było to miej­sce ani czas, by o tym mó­wić. – Ka­wał so­lid­nej ro­bo­ty, pa­nie aspi­ran­cie. – Mi­ni­ster moc­niej uści­snął dłoń Ada­ma, mó­wiąc zwy­cza­jo­wą for­muł­kę ja­koś cie­plej, po czym przy­piął od­zna­cze­nie i klep­nął po­li­cjan­ta w ra­mię. Wy­da­wa­ło się, że mru­gnął ocza­mi.

„Psia mać” – dwa sło­wa w my­śli. „Wła­ści­wie cze­mu psia mać? Kur­de, czło­wie­ku, nie w ta­kiej chwi­li” – Tho­mal to­czył ze sobą we­wnętrz­ny dia­log. Pew­ny, że to, co wie­dział, to, co prze­czu­wał on i pół gma­chu na Pu­ław­skiej, wy­le­zie na po­wierzch­nię. A to mru­ga­nie, praw­dzi­we czy nie, to po­ro­zu­mie­waw­czy znak, by się trzy­mał. Że bę­dzie do­brze. „Masz, co chcia­łeś, Adaś. Albo ci od­wa­la” – jesz­cze jed­no zda­nie we­wnętrz­ne­go mą­dra­li i po­li­cjant po­czuł, że do­bry na­strój za­czął go opusz­czać.

Ce­re­mo­nia prze­szła spraw­nie. Mi­ni­ster po­wie­dział jesz­cze kil­ka słów. Tak bar­dziej pry­wat­nie, w ocze­ki­wa­niu na przej­ście dzien­ni­ka­rzy do in­ne­go po­miesz­cze­nia. Na­stęp­nie ru­szył tam wraz z resz­tą „wo­dzów”, już mniej skrę­po­wa­ny obec­no­ścią „taj­nia­ków”, mó­wić o suk­ce­sach swo­je­go re­sor­tu.

Lu­dzie ode­tchnę­li.

– Je­zu­sie, ale się spo­ci­łem… – Hu­bert po­lu­zo­wał kra­wat. – Się nie przy­zwy­cza­ję.

– Uwa­żaj… nie bę­dzie do cze­go. – To­mek, ły­sie­ją­cy fa­cet o sze­ro­kich ra­mio­nach, szturch­nął go w bok z szel­mow­skim uśmie­chem. – Or­der masz, to… do ro­bo­ty, bo wię­cej nie da­dzą – da­wał upust ner­wom mar­ny­mi do­cin­ka­mi.

– Adam! – Głos na­czel­ni­ka Gó­ral­czy­ka po­zba­wił Tho­ma­la szan­sy za­mie­nie­nia kil­ku słów z Hu­ber­tem. Ten uniósł brwi i ga­pił się smut­no, jak­by chciał rzu­cić: „Nie wy­daj. Trzy­maj się” – albo jed­no z tych dwóch.

Tho­mal bez­wied­nie przy­gryzł war­gę.

– Tak jest?

Gó­ral­czyk był czło­wie­kiem do­rów­nu­ją­cym Ada­mo­wi wzro­stem, i chy­ba na­wet le­piej zbu­do­wa­nym, mimo si­wych, rzed­ną­cych z każ­dym mie­sią­cem wło­sów i po­nad pięć­dzie­się­ciu wio­sen na licz­ni­ku. Jego zsza­rza­łe ob­li­cze, na­zna­czo­ne dwie­ma głę­bo­ki­mi bruz­da­mi, mia­ło wy­da­wać się ra­do­sne. Ale sztu­ka ak­tor­ska u nad­ko­mi­sa­rza lek­ko ku­la­ła.

– Ja ro­zu­miem… – Adam moc­niej skrzy­wił war­gę, na­bie­ra­jąc po­wie­trza. Skró­cił męki i wy­głu­py sze­fa. Zer­k­nął na pu­deł­ko od or­de­ru i ob­ró­cił je w dło­niach.

*

Po­kój na­czel­ni­ka był pu­sty. Świe­ży, na­wet pra­wie no­wo­cze­sny ga­bi­net o nor­mal­nym stan­dar­dzie, któ­ry tak pa­so­wał Ada­mo­wi. Nie te po­ma­za­ne olej­ną far­bą klit­ki po re­jo­nów­kach.

– Daj mi tak… kwa­drans spo­ko­ju – rzu­cił przez drzwi do se­kre­tar­ki Gó­ral­czyk.

Wska­zał młod­sze­mu pierw­szy fo­tel przy ja­snym sto­le łą­czą­cym się z jego biur­kiem. Miej­scem nie­jed­nej na­ra­dy wy­dzia­łu.

– Kawy chcesz? Może wody? – za­py­tał z ofi­cjal­ną uprzej­mo­ścią, wska­zu­jąc kil­ka kar­nie cze­ka­ją­cych bu­te­lek.

Adam po­krę­cił prze­czą­co gło­wą i za­raz zga­sił kon­we­nan­se, oszczę­dza­jąc wszyst­kim cza­su.

– To jak bę­dzie? Idę się po­wie­sić? – Stę­żał przy tym na twa­rzy, jak­by nie ocze­ki­wał nie­po­myśl­nej od­po­wie­dzi, a cio­su.

Szef naj­pierw mil­czał, ga­piąc się w bok, z pal­ca­mi sple­cio­ny­mi na ciem­nej pod­kład­ce na biur­ku. Mil­czał dłu­go, bar­dzo dłu­go. Wresz­cie wy­cią­gnął się w skó­rza­nym fo­te­lu i po­ło­żył ręce na brzu­chu.

– Roz­wa­li­li­śmy gang. Tur­cy z Raj­chu, Al­bań­czy­cy, nasi. Pół roku przy tym bie­ga­łeś. Na­ro­bi­łeś się, ale do­brze się na­ro­bi­łeś. Wie­lu się na­dy­ga­ło – pe­ro­ro­wał, jak­by nie miał po­my­słu, jak za­cząć mo­ra­ły i hio­bo­we wie­ści. – Do­bry je­steś… – Spo­waż­niał i za­marł w bez­ru­chu, chy­ba poj­mu­jąc, że już star­czy tego cu­kru. Draż­nią­ce uszy ba­na­ły.

– Ale… – po­wie­dział gło­śno Adam i zre­zy­gno­wa­ny też wy­cią­gnął się wy­god­niej w sie­dzi­sku.

– Kur­de, Adaś… – wy­ce­dził pół­gęb­kiem na­czel­nik. – Pa­ra­gra­fy ole­wasz. Wiesz prze­cież. Ile razy ci ga­da­łem? – Jako taki spo­kój pod­in­spek­to­ra prze­ista­czał się ła­two w iry­ta­cję. – No i kur­de, masz… – Od­dy­chał ci­szej, ha­mu­jąc to, co mia­ło prze­ro­dzić się w re­gu­lar­ny opieprz. – Na chuj żeś lazł na tę uli­cę? Ktoś cię przy­uwa­żył i dał na pa­pier. OK, do­rwa­łeś zbó­jów, dziad z okna po­twier­dzi. Ale mówi, żeś sam lazł. I ja py­tam po co? Owsi­ki masz? I co, pew­nie po­wiesz, że Hu­ber­cik szedł obok? To obu was udu­pią. Jak on po­wie, że to była two­ja sa­mo­wo­la, to co, jesz­cze pięk­niej bę­dzie? Nie ma ma­new­ru – zro­bił pau­zę, cią­gle lu­stru­jąc mło­de­go, z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc się od praw­dzi­we­go ha­ła­su. Nie wy­pa­da­ło dziś, w taki dzień. – Tri­co­lo­res wie­dzą. Wiesz? Sły­sza­łeś? – rzu­cił okre­śle­niem, któ­rym cza­sem na­zy­wa­no wy­dział we­wnętrz­ny.

– Wiem – od­parł zwięź­le Tho­mal i za­ci­snął moc­niej pal­ce na udach. Skre­wił. To też wie­dział. Wy­bry­ki czy cho­dze­nie wła­sny­mi ścież­ka­mi były jed­nym. Taka wpad­ka to coś zu­peł­nie in­ne­go. Po­kło­sie cha­rak­te­ru, mimo lat nie za­wsze go­dzą­ce­go się na uzna­wa­nie hie­rar­chii. Taki ja­kiś fe­ler miał.

Ada­ma Tho­ma­la tu, w „fa­bry­ce”, trzy­ma­li i to­le­ro­wa­li. Choć nie, to złe okre­śle­nie. Nie był przy­błę­dą. Znał się na pra­cy, speł­niał się i miał wy­ni­ki. Do­bre wy­ni­ki. Jak kie­dyś w Gdań­sku. Dzia­łał w tym sa­mym, tyl­ko na więk­szą ska­lę i przy naj­gor­szych, naj­więk­szych mę­tach. Był może mło­dy, ale słu­żył kil­ka lat i do­świad­czał tej ca­łej „po­li­ty­ki”, za­sad. Do wo­je­wódz­kiej tra­fił po pro­tek­cji. To był fakt, choć Adam ni­ko­mu się z tego nie zwie­rzał. Miał pre­zent albo na­gro­dę za tę sza­lo­ną za­wie­ru­chę z ro­syj­skim sztan­da­rem, prze­bie­rań­ca­mi i całą ban­dą dzi­wacz­nych po­sta­ci. Za­wsze chciał iść wy­żej i każ­dy chy­ba ruch pod­po­rząd­ko­wy­wał tym sta­ra­niom. W wiel­kich fir­mach zdol­ni bez ple­ców gi­nę­li w tłu­mie. Mu­siał pla­no­wać, my­śleć trzy kro­ki w przód. Mię­dzy in­ny­mi pod ten cel do­bie­rał so­bie ko­bie­ty. Lu­bił je, bar­dzo. A one lgnę­ły do nie­go, wi­dzia­ły w nim „ko­goś”, choć żad­nym „kimś” nie był.

Ba­wił się, uwiel­biał to, od­prę­żał się, a je­że­li mógł jesz­cze coś ugrać? Nie­do­szły teść oka­zał się ele­men­tem tam­te­go baj­zlu, ale jego fir­ma, „abwe­ra”, się od­wdzię­czy­ła.

Mi­nę­ło kil­ka lat, przy­szło nowe, jak co ka­den­cję, dłuż­szą lub krót­szą, i oka­za­ło się, że ban­dy­tów trze­ba szu­kać le­piej, i jest ich wię­cej niż mniej. Do „sto­li­cy” Tho­mal tra­fił więc za wy­ni­ki, bo aku­rat szu­ka­li ta­kich wy­czy­now­ców jak on. Miał łeb na kar­ku, po­tra­fił my­śleć i to cał­kiem nie­prze­cięt­nie, choć co po­nie­któ­rzy uwa­ża­li, że in­te­li­gen­cję mar­nu­je na ko­lej­ne pod­ry­wy. Za­zdro­śni­cy.

An­gaż do ko­men­dy wo­je­wódz­kiej miał być ta­jem­ni­cą. Ale ta­kie ha­sło jest do­bre dla mo­tło­chu tam, na ze­wnątrz. Tu, w krę­gu pew­nych lu­dzi i in­sty­tu­cji, bla­dło. Ktoś wie­dział, co mu­sia­ło się dziać kie­dyś, i uznał za­trud­nie­nie mło­de­go tu­taj za po­wtór­kę. Do tego do­cho­dzi­ła za­wiść. Nie w ze­spo­le – tu każ­dy trwał przy swo­ich, ale po bo­kach zda­rza­li się tacy, któ­rzy naj­chęt­niej ko­goś by się po­zby­li i wci­snę­li w to miej­sce swo­je­go po­ciot­ka. Nie­koń­czą­ca się po­li­ty­ka i pro­tek­cja. Cią­gle, za­wsze, o każ­dej po­rze i w każ­dej kon­ste­la­cji. Te­raz Adam ro­bił ta­kim pre­zent. Mo­gli spró­bo­wać do­ci­snąć, je­że­li we­wnętrz­ni wska­żą kie­ru­nek.

– Dziad… – po­wie­dział w za­my­śle­niu Tho­mal.

Na­czel­nik nad­sta­wił ucha.

– Co? A tak. Udu­pi cię, udu­pi – wes­tchnął prze­cią­gle, ro­biąc minę zbo­la­łe­go.

Tho­mal nie miał ocho­ty na nie­go pa­trzeć i szu­kał ra­tun­ku w ka­len­da­rzu albo dy­plo­mach w ram­kach zdo­bią­cych ścia­nę.

– Wkrę­cam cię! – Gó­ral­czyk za­niósł się śmie­chem. – Kuź­wa, że­byś wi­dział swo­ją minę. – Kla­snął w dło­nie, pod­ska­ku­jąc w fo­te­lu. – O mamo! – Wstał, ob­szedł biur­ko i usiadł na bla­cie. – Pra­wie dzie­sięć lat bie­gasz w fir­mie. My­ślisz, że po­zwo­lę cię uto­pić? Kuź­wa! – W ko­micz­nym ge­ście zła­pał się za gło­wę. – Żeś ty ani razu nie do­stał tam, na uli­cy. – Po­krę­cił gło­wą, nie do­wie­rza­jąc, z za­tro­ska­ną miną. – Ty z pro­cą dzie­wiąt­ką, a oni do cię z ener­dow­skie­go ka­ła­cha! Dwa ma­ga­zyn­ki pra­wie opędz­lo­wa­li. To­bie tyl­ko dupę kil­ka okru­chów ef je­dyn­ki po­ka­le­czy­ło. Masz fart, masz, mło­dy, wiecz­nie fart. – „Mło­dy” draż­ni­ło, ale na­czel­nik rzu­cał nim do każ­de­go, kto nie do­ga­niał go wie­kiem. – Gdy­by nie two­je cho­dziar­stwo, to cho­le­ra wie, jak by to było. „Ak­tor” miał spie­przyć z kra­ju, ale za te bzdu­ry nie my od­po­wia­da­my. Sy­gnał był zza gra­ni­cy. Wiesz. To czub, po­jeb. Jak­by do­go­nił resz­tę, to po­strze­la­li­by się z ko­mi­nia­rza­mi. On lubi ta­kie hi­sto­rie. Zresz­tą, co ja ci będę… Ubi­li jed­ne­go u nas, Niem­ca. Cud, że tyle tych ma­szyn wy­wa­li­li i nikt ich nie do­rwał. Ge­niu­sze zbrod­ni, kuź­wa. – Mach­nął ręką. – No, ale wy­la­złeś i świr cię doj­rzał, sko­ja­rzył i nie po­tra­fił od­pu­ścić. Jak my­ślisz, prze­czu­wał, że się za­sa­dza­my, czy my­ślał, że na ra­zie re­con ro­bi­my? – Sta­ry był, ale uwiel­biał wtrą­cać te ame­ry­ka­ni­zmy po szko­le­niach za wodą. – Pier­do­li, że wie­dział, że ob­cza­ja­my te­mat, a na­praw­dę miał pe­cha. – Na­czel­nik lu­bił sam od­po­wia­dać so­bie na py­ta­nia. – Dzia­dem z okna się nie przej­muj. Ofi­cjal­nej skar­gi nie zło­żył. Zbyt prze­ra­żo­ny, ale i pod wra­że­niem. Choć cud, że ni­ko­go nie dra­snę­ło. Jak­by się ko­mi­nia­rze zwar­li z tam­ty­mi, toby się jak nic Sta­lin­grad zro­bił. Gło­śno było. Fakt, ale po­szło na ban­dę. Uwa­li­łeś „Che­mi­ka”, „Ak­tor” w ciur­mie. Pię­ciu pier­dzi w pa­siak. Ćwierć kilo tro­ty­lu, pół bań­ki pa­pie­ru. Do­brze jest. – Mru­gnął okiem. – Sor­ry za to stra­sze­nie. No nie mo­głem – znów za­niósł się śmie­chem, ale już nie tak dzi­kim. – Biu­rem się też nie de­ner­wuj. Ra­port jest ja­sny. Ja cię po­prę. Po to ta te­le­no­we­la dziś. „Mi­ni­stry” nie po­zwo­lą cię uwa­lić. Roz­ma­wia­li­śmy. Ro­zu­mie­ją. Jesz­cze mają dziś po­glę­dzić w te­le­wi­zo­rach, jaka to była faj­na ak­cja. To się na­zy­wa pre­sja albo pi­jar. Bę­dziesz, Adaś, kry­ty…

– Dzie… dzię­ku­ję – wy­stę­kał Tho­mal, czu­jąc, jak od­pusz­cza mu spię­ty do tej pory kark.

– Po­dzię­ku­jesz kie­dyś, po­dzię­ku­jesz… – Szef ści­szył głos i zszedł z biur­ka. Oparł się na pię­ściach o stół i po­chy­lił gło­wę. – Ale na „ba­da­nie” i tak pój­dziesz. Mó­wię, nic ci nie bę­dzie – za­brzmia­ło ja­koś nie­po­ko­ją­co. Nie było jed­nak tak ró­żo­wo. – Trze­ba, że­byś ład­nie po­opo­wia­dał. Coś se usta­li­my, żeby resz­ty nie ty­ka­li – znów umilkł, ba­cząc, czy mło­dy ro­zu­mie prze­kaz.

Ro­zu­miał. Tho­mal miał wziąć na sie­bie wszyst­ko. To było ja­sne, ale wi­dać na­czel­nik wo­lał być pe­wien. Nie­sub­or­dy­no­wa­ny ele­ment w wy­dzia­le to pro­blem, za­gro­że­nie. Nowy trop dla char­tów szu­ka­ją­cych luk w sys­te­mie. Zresz­tą, na­wet jak mia­ło być do­brze, to sam fakt wi­zy­ty w biu­rze mógł się do­kle­ić do nie­go i ścież­ki jego służ­by. Niby nic, nie te cza­sy, ale z tyłu gło­wy się plą­ta­ło.

– Spo­koj­nie, bę­dzie jak na­le­ży – Adam zdo­był się na zu­peł­ny spo­kój, żeby to za­brzmia­ło pew­nie. Si­ło­wa­li się chwi­lę na spoj­rze­nia, póki boss nie uznał, albo udał, że na­praw­dę jest, jak chce.

– Do­bra. – Wy­pro­sto­wał się. – Jak się czu­jesz? Trzy­masz się? – zmie­nił na­gle te­mat.

– Prze­ży­ję, ob­tłu­kło mnie tyl­ko. – Po­pi­sy­wał się, jak­by miał kil­ka­na­ście lat, a prze­cież cią­gle gdzie­nie­gdzie go łu­pa­ło.

– Spa­daj na zwol­nie­nie albo ja­kiś urlop zdro­wot­ny. Ju­tro po­ga­da­my, co ze­znasz. Mu­szę mieć pe­łen stan, bo jak bie­ga­li­ście za na­szy­mi sa­pe­ra­mi, to spraw w po­cze­kal­ni na­ro­sło. No, pa­nie Tho­mal – po­tarł bro­dę – bę­dzie tego, i to na gru­bo. – Wzro­kiem po­wę­dro­wał na biur­ko, na kil­ka świe­żych ar­ku­szy. – Skrza­ty mi mó­wią, że ten bur­del, co się za­czy­na za Odrą, do­trze i tu, i cza­su nie star­czy na tych wszyst­kich cwa­nia­ków księ­go­wych. – Mo­men­tal­nie zmar­kot­niał, chy­ba owład­nię­ty wi­zją spraw, wiel­kich spraw, któ­re już gdzieś się roz­po­czy­na­ły. Śledz­twa, co ocie­ra­ły się o po­li­ty­kę – taką czy inną, kra­jo­wą czy nie – były nie­bez­piecz­ne, bo nie wia­do­mo było, komu moż­na na­ci­snąć na od­cisk, a i po­win­ny być ro­bio­ne na wczo­raj. – Do­brze. – Gó­ral­czyk wy­da­wał się te­raz bar­dzo zmę­czo­ny. – Na dziś wy­star­czy, Adam.

*

Alej­ka w par­ku ską­pa­na była w przy­jem­nym, cie­płym, bia­łym świe­tle la­tar­ni. Nie draż­ni­ły oczu jak te daw­niej­sze, za­snu­wa­ją­ce wszyst­ko po­ma­rań­czo­wą łuną.

W po­świa­cie tań­czy­ły wol­no opa­da­ją­ce płat­ki śnie­gu. Zima nie mia­ła za­mia­ru od­pu­ścić. Było nie­omal ci­cho. Ży­wej du­szy w oko­li­cy i tyl­ko da­le­ki, rzad­ki szum aut na uli­cy.

Mało kto za­pusz­czał się w ten re­jon. Szcze­gól­nie nocą, ale i w dzień nie­wie­lu lu­bi­ło się tędy prze­cha­dzać. Zbyt dużo krę­ci­ło się tu róż­nych dzi­wa­ków, a od pew­ne­go cza­su rów­nież znu­dzo­nych mło­dych, bez za­ję­cia, któ­rzy na­pły­nę­li na­wet tak da­le­ko w głąb kra­ju.

Męż­czy­zna po­środ­ku alei przy­pusz­czał, że jest sam. Wsu­nię­ty za nagi krzew czuł się do­brze, choć prze­cież nie prze­pa­dał za spa­ce­ra­mi. Wyj­ście z domu, i to w taką po­go­dę, było dlań wiel­kim wy­czy­nem. Trud­no­ścią, któ­rą mu­siał po­ko­nać. Nie ro­bił tego dla byle bła­host­ki. Miał luk­sus, że mógł tak czy­nić.

Tej nocy marzł, dy­go­tał na ca­łym wą­tłym, chu­der­la­wym cie­le, ale ta cała oko­li­ca, wi­dok, jaki miał, ko­iły go, na­stra­ja­ły miło i go­tów był na­wet za­cząć my­śleć, że prze­chadz­ki, oczy­wi­ście ob­wa­ro­wa­ne pew­ny­mi wa­run­ka­mi, po­tra­fią być sym­pa­tycz­ne. Od­wykł od tego. Nie było go tu bar­dzo, bar­dzo dłu­go. Je­że­li nie miał od­po­wied­nie­go po­wo­du, nie zmu­szał się do po­ko­ny­wa­nia swo­ich fo­bii, któ­re w za­sa­dzie pie­lę­gno­wał i ka­zał uczyć się z nimi ob­cho­dzić wszyst­kim swym po­moc­ni­kom. Zwłasz­cza że te wszyst­kie cho­ro­bli­we dzi­wac­twa nie na­strę­cza­ły kło­po­tów w za­sad­ni­czej pra­cy.

Od za­cho­du usły­szał kro­ki na zmar­z­nię­tej zie­mi. Męż­czy­zna za­marł w bez­ru­chu, lek­ko za­nie­po­ko­jo­ny, czy to aby na pew­no ten, na któ­re­go cze­ka.

– Do­bry wie­czór, Mats. Uro­czy wie­czór, nie­praw­daż? – Głos był miły.

Męż­czy­zna za krza­kiem prze­su­nął ma­net­kę i jego elek­trycz­ny wó­zek wy­to­czył się bez­sze­lest­nie z ukry­cia. Odzia­ny był w lek­ko za duży płaszcz, gru­bą cza­pę i wiel­ki, dłu­gi szal, okry­wa­ją­cy szy­ję oraz pierś. Na twa­rzy Mat­sa za­go­ścił uśmiech.

– To praw­da, Klaus, praw­da. – Wy­cią­gnął chu­de, po­krzy­wio­ne ra­mię na dzień do­bry.

Gość, czło­wiek po sześć­dzie­siąt­ce, wy­so­ki, pro­sty i cią­gle trzy­ma­ją­cy for­mę, z si­wy­mi reszt­ka­mi wło­sów, od­wza­jem­nił uśmiech. Jego wzrok po­zo­sta­wał uważ­ny, jak i on sam. Roz­glą­dał się ostroż­nie, spo­zie­ra­jąc zza oku­la­rów w cien­kich srebr­nych opraw­kach, czy miej­sce jest przy­go­to­wa­ne.

Wie­dział, że dzię­ki ich „ko­le­gom” nic im ra­czej nie gro­zi, choć nie­bez­pie­czeń­stwo ist­nia­ło za­wsze. Wy­uczył się tego wie­le lat temu i trwał w tym prze­ko­na­niu ni­czym za­wo­do­wy pa­ra­no­ik.

– Mó­wi­my tu­taj? – Po­sta­wił koł­nierz czar­ne­go płasz­cza, roz­glą­da­jąc się wol­no po ciem­no­ści wień­czo­nej od­le­gły­mi świa­tła­mi mia­sta.

– Mo­że­my – Mats kiw­nął gło­wą. – Ale pew­nie za­mar­z­niesz. Przej­dzie­my się. – Wska­zał na alej­kę i nie cze­ka­jąc, ru­szył wóz­kiem.

– Miło cię wi­dzieć w do­brej kon­dy­cji. – Klaus zrów­nał się z po­jaz­dem. Mó­wił szcze­rze, ob­ser­wu­jąc kom­pa­na w taki spo­sób, aby ten nie oskar­żył go o nie­zdro­wą cie­ka­wość, a tym bar­dziej o li­tość. Ten nie­wiel­ki, sześć­dzie­się­cio­dwu­let­ni, nie­sym­pa­tycz­ny czło­wiek, „mały dia­beł”, jak cza­sem go na­zy­wa­no bez cie­nia sym­pa­tii, był bar­dzo wy­czu­lo­ny. Nie lu­bił swo­je­go cia­ła. Brzy­dził się po­krę­co­nym krę­go­słu­pem, przy­kur­czo­ny­mi koń­czy­na­mi. Ucie­kał w pra­cę, ob­da­rzo­ny – chy­ba jako za­dość­uczy­nie­nie od na­tu­ry – spraw­ną gło­wą i roz­wi­ja­nym la­ta­mi in­te­lek­tem.

Za­pa­dła, chu­da, ko­ści­sta twa­rzycz­ka, pa­su­ją­ca bar­dziej do wą­tłe­go na­sto­lat­ka, roz­pro­mie­ni­ła się. Okrą­głe, głę­bo­ko osa­dzo­ne oczy spoj­rza­ły na czło­wie­ka w płasz­czu. Wó­zek przy­sta­nął.

– Dzię­ku­ję. Trzy­mam się jesz­cze, jak wi­dzisz. – In­wa­li­da nie był­by sobą, gdy­by i zwy­kłe­go po­dzię­ko­wa­nia nie okra­sił uszczy­pli­wą nutą. – Nie­któ­rzy w moim sta­nie kor­ku­ją pręd­ko, ja zaś… jak wi­dać. – Chu­dzie­lec zro­bił pal­ca­mi znak na ser­cu.

Prze­by­li w mil­cze­niu kil­ka­na­ście mi­nut, nie­sko­rzy do szu­ka­nia ogól­nych, neu­tral­nych te­ma­tów. Klaus bał się ura­zić in­te­li­gen­cję sta­re­go zna­jo­me­go, dru­gi nie lu­bił mar­no­wać cza­su, choć w teo­rii miał go mnó­stwo.

– No więc co? – Mats za­czął wprost. Przy­sta­nął znów tuż za krę­giem świa­tła, ukry­ty w pół­mro­ku, co za­wsze lu­bił naj­bar­dziej.

Kosz­mar­nie chu­da twarz, po­chy­lo­na gło­wa i całe je­ste­stwo tego nie­wiel­kie­go, scho­ro­wa­ne­go czło­wie­ka ni­kło w cie­niu. Tyl­ko oczy, jak śle­pia głod­ne­go wil­ka, ża­rzy­ły się, od­bi­ja­jąc po­świa­tę ża­rów­ki. Ten „wilk” łak­nął in­for­ma­cji, chciał pe­anów i po­chwał. Po­trze­bo­wał wie­dzieć, że jesz­cze się przy­da, że jest po­trzeb­ny. Nie wie­dział tak na­praw­dę, ile bę­dzie mu jesz­cze dane mo­co­wać się z ży­ciem, ale jego skom­pli­ko­wa­ny umysł ra­do­wał się, że scho­dzą do nie­go z pie­de­sta­łu i będą py­tać. A on zro­bi, co moż­li­we, by po­móc. Ba­wił się tym, ra­do­wał i mógł za­po­mnieć o wy­glą­dzie. Po­tra­fił na­wet wy­przeć ze świa­do­mo­ści wstręt­ną myśl, że jest po pro­stu wy­god­ny. Po­trzeb­ny i wy­god­ny, bo od­cią­ga uwa­gę i czy­ni ręce in­nych czy­sty­mi.

– Gdzie zro­bi­li­ście błąd? Da­li­ście się po­dejść? – miast kon­cy­lia­cyj­nej opi­nii wy­pluł ko­lej­ny iro­nicz­ny przy­tyk. Nie po­tra­fił ina­czej.

– Zro­bi­li­śmy. – Klaus nie dał się wy­pro­wa­dzić z rów­no­wa­gi. Znał do­brze Mat­sa. Z nim tak się roz­ma­wia­ło. – Bę­dzie bu­rza, bę­dzie grad. Nie unik­nie­my tego, ale… – od­wa­żył się zaj­rzeć w wil­cze śle­pia czło­wie­ka na wóz­ku – moż­na mi­ni­ma­li­zo­wać stra­ty. Przy­naj­mniej pró­bo­wać. – Utrzy­mał spoj­rze­nie, usi­łu­jąc spra­wić, by nie wy­glą­da­ło zbyt bła­gal­nie.

– Tak, pró­bo­wać – po­wtó­rzył ci­cho Mats, ucie­ka­jąc my­ślą gdzieś da­lej. Roz­wa­ża­jąc. To było jego za­le­tą. My­śle­nie, ana­li­tycz­ne my­śle­nie i do­bie­ra­nie naj­wła­ściw­szych me­tod i roz­wią­zań w szyb­ki spo­sób. Do­bór lu­dzi, od­po­wied­nich i pew­nych, a tych miał mnó­stwo. Oce­niał ich na­wet le­piej niż nie­je­den psy­chia­tra po­trze­bu­ją­cy skom­pli­ko­wa­nych te­stów. On, ka­le­ka, po­tra­fił czy­nić to po jed­nym spoj­rze­niu. Wi­do­ku mi­mi­ki albo zdję­cia. Prócz wła­snych za­so­bów miał moż­li­wość uzy­ska­nia ci­chej, bo­ga­tej po­mo­cy z ze­wnątrz, a to czy­ni­ło in­wa­li­dę na wóz­ku ist­nym mo­ca­rzem, je­że­li po­wie­rzo­ne mu „pro­jek­ty” tego wy­ma­ga­ły.

– Jak za­zna­czy­łem, masz po­móc mi­ni­ma­li­zo­wać stra­ty. – Klaus scho­wał dło­nie w kie­sze­nie i za­czął krą­żyć wo­kół wóz­ka, uda­jąc, że nie sły­szy przy­ty­ku. – Na­le­ży wy­ko­nać ruch. Uciec do przo­du…

– Od­wró­cić uwa­gę? – Prze­ni­kli­wość my­śle­nia Mat­sa bu­dzi­ła re­spekt.

– Tak – od­po­wiedź był zwię­zła. Klaus przy­kuc­nął na śnie­gu i przy­sta­wił usta do gło­wy kom­pa­na. – Jest fun­dusz i wola. – Za­wa­hał się, czy na wstę­pie nie po­wie­dział za wie­le. Od­pę­dził wąt­pli­wość. Ufał temu nie­szczę­śni­ko­wi, wie­lu ufa­ło, bo ni­g­dy nie za­wiódł. Nie bał się pod­słu­chu, bo to, co no­sił w kie­sze­ni, za­głu­sza­ło na­gry­wa­nie, a i spra­wa była do­praw­dy gar­dło­wa.

– Mó­wisz… – Mats za­sę­pił się na mo­ment. Pa­trząc na de­li­kat­ne płat­ki śnie­gu sy­pią­ce się z nie­ba, my­ślał, mam­ro­cząc coś pod no­sem. – Tak, cią­gle mamy moż­li­wo­ści. – Ob­ró­cił gło­wę na cien­kiej szyi. – Co mi roz­ka­żesz? Moc­ne ude­rze­nie? – waż­kie py­ta­nie wi­sia­ło chwi­lę w po­wie­trzu bez od­po­wie­dzi.

– To bę­dzie two­je za­da­nie. – Klaus wa­żył sło­wa, z ulgą ucie­ka­jąc od od­po­wie­dzial­no­ści. Nie był w tym kon­kret­nym przy­pad­ku prze­wi­dzia­ny do pi­sa­nia sce­na­riu­szy. – Nikt nie da ci zle­ce­nia. Mó­wio­ne było ogól­nie, pół­słów­ka­mi, wiesz, jak to wy­glą­da. Mogę za­gwa­ran­to­wać ci wspar­cie. Co ze­chcesz, ile ze­chcesz, ale ka­na­łem zu­peł­nie po­bocz­nym, albo pro­ściej, tyl­ko prze­ze mnie lub po moim po­rę­cze­niu. Dzia­łasz w naj­ciem­niej­szym punk­cie cie­nia. Znasz to prze­cież, ale dziś z o wie­le więk­szy­mi moż­li­wo­ścia­mi ani­że­li do­tych­czas.

– A cze­góż mi brak? – Mats wy­dał z sie­bie chro­bo­tli­wy śmiech, przy­po­mi­na­ją­cy ka­szel. – Sta­ry już je­stem, scho­ro­wa­ny… – draż­nił się dla za­sa­dy, bo już mu się to wszyst­ko po­do­ba­ło. Sku­mu­lo­wa­na w jego chu­der­la­wym cie­le ener­gia mu­sia­ła gdzieś zna­leźć uj­ście, da­jąc jemu sa­me­mu sa­tys­fak­cję i… po­kaź­ne wy­na­gro­dze­nie, spo­re miesz­ka­nie oraz gwa­ran­cję, że nikt się o nim nie do­wie. Na­wet jego ka­mie­ni­ca na ulicz­nym wi­docz­ku na in­ter­ne­to­wej ma­pie zo­sta­ła „za­ma­za­na”.

– My­ślę tyl­ko tak… – Klaus roz­ka­zy­wał da­lej, uda­jąc, że sam to wy­kon­cy­po­wał. – Spra­wa musi być gło­śna. Moc­na i kom­pro­mi­tu­ją­ca w fi­na­le. Zresz­tą, do bu­do­wy nar­ra­cji mamy kil­ka hien. Po­tem nasi przy­ja­cie­le za­czną ostrzał ze swo­ich po­zy­cji.

– Nie za da­le­ko idziesz? – prze­rwał Mats. – Są pew­ne gra­ni­ce. Ja­kieś od­czu­cia, pa­trio­tyzm czy coś ta­kie­go. – Znów du­szo­ny ka­szel albo śmiech. – Nie mogą być zbyt agre­syw­ni.

– Wie­rzysz w to? – ko­le­ga pod­ła­pał i też za­niósł się krót­ko śmie­chem. – Jest po­rzą­dek, jak w woj­sku. Po­je­dyn­czy tak, będą się sta­wiać, ale nic nie zna­czą. A na­wet do­brze, bo dają rę­koj­mię. My­ślisz, że ktoś się za­sta­no­wi? Tu czy tam, lu­dzie w ma­sie są głu­pi i uwie­rzą w to, co In­ter­net im pod­su­nie. Zresz­tą, to aku­rat bę­dzie mój pro­blem. Zmon­tu­je się kil­ka sto­sów na po­kaz, żeby resz­ta nie pró­bo­wa­ła wy­cho­dzić przed sze­reg za da­le­ko i szła grzecz­nie. Kij, a może i mar­chew­ka. Dla oby­dwu stron. Dzie­lić, stra­szyć i rzą­dzić. W za­leż­no­ści od tego, co tam za­pro­po­nu­jesz, mają paść sami albo skom­leć o po­moc, a wte­dy nasi dziel­ni przy­wód­cy będą ich mie­li. Zresz­tą, u nas idzie na zmia­nę ster­ni­ka. A wła­ści­wie ster­nicz­ki. A nowy po­dob­no się po­do­ba. Więc cze­mu tego nie wy­ko­rzy­stać i nie utwier­dzać ich w prze­ko­na­niu… Pa­mię­taj – zro­bił się za­sad­ni­czy – ty masz wy­my­ślić coś pięk­nie du­że­go. Iskrę na proch. Cha­os.

– Tak w teo­rii – wciął się Mats, spla­ta­jąc na brzu­chu pal­ce – mam wol­ną rękę? Moi wszy­scy mi­lu­siń­scy mogą być uży­tecz­ni?

– Tak. Twoi, nasi – kogo wy­pa­trzysz. O kogo po­pro­sisz. „Har­cow­ni­cy”, jak ich na­zy­wasz, ja mó­wię o nich „re­ne­ga­ci”, choć po­wi­nie­nem wprost – „zdraj­cy”. Są po­tul­ni, od­kąd nie­któ­re struk­tu­ry zo­sta­ły prze­świe­tlo­ne. Ale nie chce­my za­bi­jać kury zno­szą­cej zło­te jaj­ka.

Mats był go­tów przy­siąc, że w tym na­bur­mu­szo­nym okre­śle­niu była skry­ta nuta sym­pa­tii do tam­tych, dzia­ła­ją­cych lata w głę­bo­kim ukry­ciu lu­dzi, któ­rych oka­za­ły się być całe set­ki.

– Przy­da­dzą się, ogrom­nie się przy­da­dzą – pra­wił da­lej Klaus. – Rób, co chcesz – pa­dła zwię­zła, twar­da od­po­wiedź. – I to nie teo­ria sta­ry, nie teo­ria. Czas jest trud­ny, a bę­dzie go­rzej. To całe gma­szy­sko – uniósł sze­ro­ko ra­mio­na, jak­by pod­trzy­my­wał wiel­ki cię­żar – za­cznie się chwiać i trze­ba ra­dy­kal­nych środ­ków. Trud­no. Ry­zy­ku­je­my okrop­nie, ale… kil­ka ta­kich ak­cji już było, praw­da? – za­dy­szał się chy­ba, a na jego twa­rzy za­go­ścił bla­dy, smut­ny gry­mas.

– No to musi być na­praw­dę nie­we­so­ło – Mats pierw­szy raz się za­sę­pił. Rze­czy­wi­ście zmar­twił się i prze­jął. Owład­nę­ła nim nie­po­ko­ją­ca myśl. Ze­zło­ści­ło go, że w przy­pły­wie do­bre­go na­stro­ju nie od­no­to­wał tego szyb­ciej. Prze­cież, przy ta­kim dzia­ła­niu, twór­ca sta­je się nie­bez­piecz­ny. Nie­po­trzeb­ny. A on, mimo że sła­by ka­le­ka, miał ocho­tę żyć i wy­dać tro­chę pie­nię­dzy. – My­śla­łeś o czymś tak cięż­kim ga­tun­ko­wo jak dzie­więć lat temu? Je­den po­waż­ny strzał, co się przy­tra­fił… – de­li­kat­nie i in­te­li­gent­nie pod­cho­dził Klau­sa.

Ten stę­żał na twa­rzy i wy­dął war­gi, nie bar­dzo wie­dząc, jak za­re­ago­wać.

– Nie – burk­nął wresz­cie. – Taka hi­sto­ria zbyt­nio wzru­sza. Kon­so­li­du­je lu­dzi w bólu. I jest na krót­ko. Moż­na to roz­wlec, ale roz­dra­py­wa­nie ran przy tylu ofia­rach bę­dzie kom­pro­mi­tu­ją­ce dla każ­de­go, kto się do tego do­rwie. Zwłasz­cza pi­sma­ka. – Zno­wu za­czął krą­żyć, ma­cha­jąc rę­ka­mi i wy­gła­sza­jąc wi­zję. – To musi być no­wo­cze­sne. Jak te wszyst­kie roz­ró­by za cza­sów RAF-u czy Car­lo­sa, ale na dzi­siej­szy czas. Live, na bie­żą­co, wci­ska­ne każ­de­mu do gar­dła i gril­lo­wa­ne, aż się spa­li. Żeby nie moż­na było uciec…

– A fi­nał? – Jesz­cze jed­no waż­ne py­ta­nie ka­le­ki za­wi­sło ma mo­ment w par­ku.

Klaus przy­sta­nął. Nie ru­szał się i tyl­ko pa­trzył z lek­ko roz­chy­lo­ny­mi usta­mi. Był za­dzi­wio­ny albo ra­czej spło­szo­ny. Bał się, bo ni­g­dy, na­wet sam so­bie, nie za­dał ta­kie­go py­ta­nia.

– Zro­bisz tak, żeby było do­brze. Znasz się – ba­nal­nie unik­nął bez­po­śred­niej od­po­wie­dzi. Oby­dwaj wie­dzie­li, że duży kry­zys wy­ma­ga moc­nych za­koń­czeń, je­że­li miał być opła­cal­ny, i je­że­li wszyst­kie po­wią­za­nia mia­ły zo­stać za­tar­te. – Będę szedł. – Klaus przy­gła­dził wło­sy i ści­snął koł­nierz płasz­cza u szyi. – Zim­no, cho­le­ra. – Co­fał się od dal­szej, kło­po­tli­wej dys­ku­sji. Roz­pra­wia­nie o lo­sie lu­dzi, tak wprost, prze­ra­ża­ło go, mimo wie­lu lat w nie­ła­twym za­wo­dzie. – Opła­ty przyj­dą w cią­gu ty­go­dnia. Pięć razy tyle co zwy­kle, je­że­li po­zwo­lisz.

– Po­zwo­lę. – Wzrok Mat­sa za­świe­cił ra­do­ścią. – Będę my­ślał i dam znać, co bę­dzie po­trzeb­ne.

– To co? Za ty­dzień w tym sa­mym miej­scu? – Klaus wy­cią­gnął dłoń na do wi­dze­nia.

– Do­kład­nie tak, sta­ry przy­ja­cie­lu. – Ka­le­ka po­dał od­cho­dzą­ce­mu wą­tłą pra­wi­cę, już za­do­wo­lo­ny na myśl o na­stęp­nym spa­ce­rze.

*

O tej po­rze roku szu­miał tam tyl­ko chłod­ny wiatr, nio­są­cy pu­styn­ny pył. Ka­wał wo­dosz­czel­nej maty chro­nił nie­co od zim­na cią­gną­ce­go od na­gie­go be­to­nu, na któ­rym le­ża­ła dwój­ka męż­czyzn. Umo­ści­li się wy­so­ko, na szczy­cie zruj­no­wa­ne­go domu. Kloc­ka o żół­tych ścia­nach. Wy­spie po­śród mo­rza ruin i pu­sto­sta­nów.

W świe­tle bla­de­go wciąż świ­tu miej­sco­wość wy­glą­da­ła jesz­cze bar­dziej po­nu­ro. Wręcz księ­ży­co­wo.

Po­rwa­ne ki­ku­ty ścian, po­dziu­ra­wio­ne pię­tro­we dom­ki ni­skiej tu, po­pu­lar­nej za­bu­do­wy nie stra­szy­ły i nie prze­ra­ża­ły tak bar­dzo jak wiel­kie, oto­czo­ne gó­ra­mi gru­zów roz­bi­te struk­tu­ry blo­ków w Alep­po albo Mo­su­lu, ale i tak da­wa­ły do my­śle­nia. Lu­dzie stąd ucie­kli, a je­że­li wra­ca­li, to ma­ły­mi grup­ka­mi, pew­ni, że to nie ko­niec. Że woj­na tu wró­ci. Z taką siłą, jak za Da­esh, choć to nie było moż­li­we, albo jako par­ty­zant­ka miej­ska, jak w cza­sach Ame­ry­ka­nów i no­wych rzą­dów bag­dadz­kich.

Ci nowi par­ty­zan­ci byli tu, czy­ha­li, li­żąc ran­ny. Garst­ki nie­do­bi­tych wa­ria­tów, któ­rym mało było po klę­skach z koń­ca 2017 roku i ak­cjach oczysz­cza­ją­cych, albo tych wszyst­kich raj­dach każ­dej chy­ba ze stron.

Dwóch lu­dzi na da­chu, ubra­nych jak tu­tej­si, jak arab­scy ba­za­ro­wi han­dla­rze pod­ra­bia­ny­mi ze­gar­ka­mi, z na­rzu­co­ny­mi ka­mi­zel­ka­mi ku­lo­od­por­ny­mi, mia­ło mieć na uwa­dze lo­kal tych fa­na­ty­ków. Je­den z kil­ku. Ulo­ko­wa­ny w kwar­ta­le tyl­ko na po­zór opusz­czo­nych bu­dyn­ków. Pia­sko­wych kloc­ków, z pa­ję­czy­ną pęk­nięć, z za­bi­ty­mi okna­mi.

Ob­raz w lu­ne­cie snaj­pe­ra, Jac­ka „Caro” Kow­nac­kie­go, był wy­raź­ny. Jego ob­ser­wa­tor, Wi­tek „Ski” Jan­kow­ski, miał jesz­cze lep­szy wi­dok. Dom, któ­ry wy­bra­li na sta­no­wi­sko nie bez przy­czy­ny, był wyż­szy od in­nych. Wy­bi­ta nocą szpa­ra w mu­rze z pu­sta­ków na pła­skim da­chu da­wa­ła im wgląd w „twier­dzę” świ­rów, jak na­zy­wa­li tam­tych, okre­śla­nych przez nie­ofi­cjal­ny słow­nik „bru­da­sa­mi”, albo i go­rzej. By­wa­ło to kło­po­tli­we, bo inni miej­sco­wi two­rzy­li – jesz­cze – so­jusz z ar­mia­mi Za­cho­du, któ­rych ofi­cjal­nie nie było za wie­le. Pol­ska, tu przy­naj­mniej, ucho­dzić mo­gła za iście za­chod­nią pań­stwo­wość, śląc w ten mało zro­zu­mia­ły, do­ga­sa­ją­cy kon­flikt swo­ich ko­man­do­sów. Jak kto wo­lał: na szko­le­nia czy na­wet gór­no­lot­niej – „za­bez­pie­cza­nie in­te­re­su Rze­czy­po­spo­li­tej”. Opie­ra­jąc się na ci­chych ukła­dach so­jusz­ni­czych.

Dwaj Po­la­cy na da­chu byli try­bi­ka­mi tej ukła­dan­ki. Każ­da ar­mia znaj­do­wa­ła się tu z ja­kie­goś kon­kret­ne­go po­wo­du. Za­zwy­czaj in­ne­go niż ofi­cjal­ne prze­ka­zy, je­że­li ta­ko­we były.

Cały taj­ny kon­flikt to­czył się bez ka­mer i szum­nych „niu­sów” w sie­ciach. Z wy­jąt­kiem kil­ku przy­pad­ków, do­ty­czą­cych dziw­nych hochsz­ta­ple­rów. Z za­sa­dą za­ka­zu ty­ka­nia sił nie­tu­tej­szych na­cji. Ci­cha woj­na w zmie­nia­ją­cych się so­ju­szach skła­da­ła się z po­ran­ków ta­kich jak ten. W ru­inach, bez zbyt wie­lu świad­ków. Lo­kal­nych wi­dzów nie po­win­no być. Za to swoi wie­dzie­li, co się dzie­je.

Ja­cek i Wi­tek mie­li nie­zgor­szy wi­dok. Dru­gi ze­spół, ulo­ko­wa­ny gdzieś znacz­nie da­lej, po dru­giej stro­nie celu, też wi­dział do­brze, obej­mu­jąc ob­ser­wa­cją prze­ciw­le­głą stro­nę.

Jed­nak naj­lep­szy, wręcz ba­jecz­ny ob­raz sy­tu­acji mia­ła ulo­ko­wa­na do­słow­nie u pro­gu domu, któ­ry mie­li „od­wie­dzić”, gru­pa dwu­na­stu lu­dzi o wy­glą­dzie sy­ryj­skich włó­czę­gów, tyl­ko że z heł­ma­mi typu FAST na gło­wach, wy­po­sa­żo­nych w broń i pół tony sprzę­tu ope­ra­cyj­ne­go.

Ro­bert „Mu­cha” Kra­wiec ster­czał przy ra­mie­niu po­rucz­ni­ka Ar­tu­ra Dzie­wiań­skie­go, wpa­trzo­ny w ekran „te­le­wi­zji prze­my­sło­wej”, dzię­ki któ­rej wi­dzie­li wszyst­ko, co dzie­je się na prze­strze­ni kil­ku­set me­trów. Na ca­łej uli­cy i kil­ku prze­czni­cach. Wi­dzie­li to w pod­czer­wie­ni, w do­sko­na­łej ja­ko­ści, jaką mo­gła dać tyl­ko no­wo­cze­sna opty­ka, wi­szą­ca hen, wy­so­ko, i łącz­ność z nią. Ko­lej­ne pary oczu, już bar­dziej do­kład­ne i pra­wie nie­wi­docz­ne, umiesz­czo­ne w nie­wiel­kich apa­ra­tach la­ta­ją­cych ,,za­glą­da­ły prze­ciw­ni­ko­wi do­słow­nie przez ra­mię”.

„Mu­cha” był do­świad­czo­nym już so­lid­nie żoł­nie­rzem, ale za każ­dym ra­zem, szcze­gól­nie ostat­nio, jego nie­wy­so­kie­go wzro­stu cia­ło przed ak­cją do­pa­dał ja­kiś stres. Nie, on nie miał wąt­pli­wo­ści, że po­do­ła. Ćwi­czył wszyst­ko, jak i resz­ta. W kół­ko. I gdy­by nie to, że ro­bo­ta spra­wia­ła mu fraj­dę, moż­na by po­wie­dzieć – do znu­dze­nia.

Cie­szył się na tę „wy­ciecz­kę”, w domu mó­wiąc, że bę­dzie szko­lił, choć sza­now­na mał­żon­ka chy­ba już nie wie­rzy­ła w ta­kie bzde­ty. Ma­new­ro­wa­nie ło­dzia­mi po fior­dach albo Za­to­ce Gdań­skiej ani na­wet kon­tro­l­ne, szko­le­nio­we abor­da­że na wy­ty­po­wa­ne stat­ki, któ­rych to ka­pi­ta­nom „za­pro­po­no­wa­no” udział w ćwi­cze­niach, nie rów­na­ły się z tym. Z woj­ną. Tym ca­łym pia­chem, ru­ina­mi i po­ukry­wa­ny­mi weń snaj­pe­ra­mi ISIS. I na­wet ło­mot, jaki usku­tecz­nia­li z kil­ko­ma ban­dzio­ra­mi na trój­miej­skich uli­cach, był jak po­ka­zów­ka przy tu­tej­szym bur­de­lu.

On i cała resz­ta szli do tej służ­by po to wła­śnie, by się spraw­dzać cią­gle i bez­u­stan­nie. Dzia­łać szyb­ko, spraw­nie, z naj­lep­szy­mi. I, choć pew­nie nikt ni­g­dy nie po­wie­dział tego pu­blicz­nie, by po­słać kil­ku gno­jów do pia­chu.

A mimo to w cia­ło wle­wał się dreszcz. Od­dech przy­śpie­szał.

„Sta­rość, kur­wa, sta­rość” – zży­mał się na sie­bie ten czter­dzie­sto­dwu­la­tek, za­sta­wia­jąc się, czy to aby nie ja­kiś znak od na­tu­ry, że szlus. Swo­je już wy­wal­czył.

– Do­brze – po­rucz­nik prze­mó­wił wresz­cie do za­ma­sko­wa­nych uczest­ni­ków ope­ra­cji. – Dwie mi­nu­ty i je­dzie­my – roz­ka­zał ofi­cer. Jego głos za­brzmiał dziw­nie do­nio­śle w ciem­nym, za­pusz­czo­nym po­ko­ju, peł­nym po­roz­rzu­ca­nych me­bli i sprzę­tów. To „do­brze” nio­sło ulgę. Na­dzie­ję, że nie idą w pu­łap­kę, o ja­kich się tu na­słu­cha­li. Że roz­po­zna­nie znów od­wa­li­ło do­brą ro­bo­tę.

– Kruk-1, tu Bra­vo – Ar­tur rzu­cał w eter do swo­ich z ze­spo­łu HUM­NIT, rów­nież ulo­ko­wa­nych gdzieś mię­dzy ru­ina­mi. Dzi­siaj kon­tro­lo­wa­li sy­tu­ację, wpa­tru­jąc się w oko­li­cę, w któ­rej roz­po­zna­li cele i przy­go­to­wa­li to wszyst­ko. – Daj nam dwie mi­nu­ty – mó­wił Po­lak. – Dzie­wiań­ski zdą­żył wy­ga­sić ekra­ny.

– Przy­ją­łem, Bra­vo… – W słu­chaw­kach włą­czył się „Mon­si­gno­re”. – Nasz „uber” bę­dzie cze­kał na LZ-1 za dwa­dzie­ścia mi­nut. Trans­port za­stęp­czy na LZ-2 do czter­dzie­stu mi­nut – Ka­mil „Mon­si­gno­re” mel­do­wał spo­koj­nie, jak­by ni­g­dy nic.

– Przy­ją­łem – po­twier­dził po­rucz­nik Dzie­wiań­ski i za­koń­czył tę część. – Bez od­bio­ru. – Odło­żył słu­chaw­kę do ple­ca­ka. – Do­bra, pany – po­rucz­nik oznaj­mił, jak mu się wy­da­wa­ło har­do, że to już. Wy­cią­gnął ner­wo­wo dol­ną war­gę i skrzy­wił usta, jak­by chciał splu­nąć. – Ma­ski! – roz­ka­zał pół­gło­sem.

Za­szu­mia­ło. Lu­dzie za­czę­li ścią­gać fa­sty, do­by­wa­jąc z gu­mo­wa­nych to­reb na udach czar­ne ma­ski prze­ciw­ga­zo­we. „Mu­cha” wcią­gnął swo­ją jako pierw­szy. Za­ci­snął pa­ski, wło­żył na po­wrót hełm i za­raz, jak na do­bre­go pod­ofi­ce­ra przy­sta­ło, po­czął spraw­dzać, czy resz­ta zro­bi­ła wszyst­ko jak na­le­ży.

– Jest OK – za­mel­do­wał wo­dzo­wi.

Ten uniósł kciuk w górę. Zza szyb­ki ma­ski pa­trzył chwi­lę na gołą ścia­nę przed sobą, wsłu­chu­jąc się w sy­czą­cy dźwięk od­de­chu.

„Mu­cha” trą­cił do­wód­cę w ra­mię.

– OK? – spy­tał ci­cho, naj­zwy­klej, jak po­tra­fił. Nie­wska­za­ne było, żeby resz­ta ze­spo­łu wy­czu­wa­ła roz­ter­ki sze­fa.

– Aha. Daję radę – sap­nął po chwi­li ofi­cer, na­pi­na­jąc się cały.

– Tre­ma, co? – „Mu­cha” klep­nął go raz jesz­cze, moc­niej, wy­gła­sza­jąc wy­mu­szo­ny, sła­by jak kon­struk­cja tego do­mo­stwa żart.

Dzie­wiań­ski naj­pierw spoj­rzał zdzi­wio­ny, nie ła­piąc, o co cho­dzi. Za­raz jed­nak po­krę­cił gło­wą i po­stu­kał się pal­cem w hełm.

– Tre­ma… – syk­nął zre­zy­gno­wa­ny, uwa­ża­jąc, by nie mó­wić wię­cej.

Po­pa­trzył w su­fit, jak­by chciał go prze­świe­tlić i doj­rzeć to, co wisi jak za­wsze nad nimi. Prze­ka­zu­jąc gdzieś da­le­ko kil­ku­na­stu wy­bra­nym oso­bom wszyst­ko, co ro­bi­li od po­ło­wy nocy. Usi­ło­wał wy­obra­zić so­bie, kto na nich pa­trzy u „ham­bur­ge­rów”, ale i w War­sza­wie. Dla pierw­szych taka mi­sja była pra­wie ru­ty­ną wpi­sa­ną w roz­pi­ski dnia na tym skraw­ku pu­sty­ni. Dla War­sza­wy – cią­gle wy­da­rze­niem. Zwłasz­cza dziś, przy tym celu i w tych oko­licz­no­ściach. Prze­cież to nie była zwy­kła młóc­ka.

Po­rucz­nik znów głę­biej na­brał po­wie­trza. Nie po­wi­nien zaj­mo­wać się czym in­nym niż to, co przed nim.

– OK, pa­no­wie – rzu­cił z jako taką we­rwą. – Pod­gląd! – za­żą­dał, wska­zu­jąc dło­nią w czar­nej rę­ka­wicz­ce ścia­nę przed nim. – Tań­czy­my – po­wie­dział krót­ko do ra­dia. – Del­ta-1 i -2. Hej tam, pla­żo­wi­cze, oczy otwar­te.

– Się wie – po­twier­dza­li ko­lej­no snaj­pe­rzy.

– Kruk-1, Bra­vo-1 i -2, idzie­my – mel­do­wał ope­ra­tor ra­dia. – Pil­nuj nas! – po­le­cia­ło w eter po­le­ce­nie do lu­dzi wła­da­ją­cych ob­ser­wa­cją nad ich gło­wa­mi.

– Bra­vo, ma­cie wol­ną dro­gę. Ci­cho i spo­koj­nie. – Głos opi­sał, co dzie­je się w oko­li­cy.

Wy­cho­dzi­li du­żym oknem ta­ra­su wy­zie­ra­ją­ce­go na ogród po­kry­ty wy­schnię­tą, prze­ro­śnię­tą tra­wą, w któ­rym sta­ła przy­ku­rzo­na pla­sti­ko­wa zjeż­dżal­nia. Sa­per jesz­cze nocą spraw­dził, czy nie ma tam min. Wróg lu­bił kryć nie­spo­dzian­ki w każ­dym do­słow­nie miej­scu. Upodo­bał so­bie do­mo­wej ro­bo­ty ła­dun­ki w wia­drach po far­bie, na­peł­nio­ne tro­ty­lem, gwoź­dzia­mi, z pro­stym, ale sku­tecz­nym za­pal­ni­kiem. Ale nie gar­dził mniej­szy­mi ła­dun­ka­mi, kry­jąc je w róż­nych przed­mio­tach – od za­ba­wek po sprzę­ty ku­chen­ne. Cza­sa­mi ca­ły­mi dzie­siąt­ka­mi.

Po­ra­nek od­ga­niał noc. Było zim­no. Wia­ło, nio­sąc nie­przy­jem­ny smro­dek od cen­trum.

Z resz­tek me­bli uło­ży­li ster­tę, coś à la dra­bi­nę, by prze­do­stać się na dru­gą stro­nę. Naj­pierw wszedł je­den. Ci­cho, jak kot po­lu­ją­cy na mysz. Po dru­giej stro­nie nie było już bez­piecz­nie. Ulicz­ka. Wą­ska, za­śmie­co­na gru­zem. I śle­pa ścia­na domu, któ­ry mie­li wziąć w po­sia­da­nie. Jed­ne­go z trzech, po­łą­czo­nych ze sobą, bro­nio­nych przez kil­ku dżi­ha­dy­stów. Da­lej, po obu stro­nach – prze­czni­ce. Gruz. Kil­ka wra­ków aut. Jesz­cze da­lej – coś na kształt im­pro­wi­zo­wa­nych ba­ry­kad prze­ciw­ko cięż­szym po­jaz­dom.

Szpe­racz dał znak, że nie wi­dzi ni­cze­go po­dej­rza­ne­go w ter­mo­wi­zyj­nej lor­net­ce. Żad­ne­go czło­wie­ka ukry­te­go w gru­zach, któ­re chro­ni­ły go przed sa­mym tyl­ko wzro­kiem.

Pierw­szy wsko­czył na szczyt muru i za­raz był na uli­cy. Resz­ta po­ru­sza­ła się rów­nie szyb­ko i bez­sze­lest­nie. Po­rucz­nik ski­nął po­ro­zu­mie­waw­czo na Ro­ber­ta i ru­szy­li.

Dwie gru­py ska­ka­ły rów­no­le­gle. „Mu­cha”, jako za­stęp­ca do­wód­cy, wiódł ze sobą sek­cje Bra­vo-2. Roz­mi­nę­li się z resz­tą, obie­ra­jąc kie­ru­nek na tył do­mo­stwa z po­dob­nym ogro­dze­niem i ukry­tym za nim po­dwó­rzem.

Dro­bi­li pręd­ko małe kro­ki, osła­nia­jąc się jak na ćwi­cze­niach. W od­stę­pach, z unie­sio­ny­mi w górę lu­fa­mi Hec­kler & Koch G-36K, za­ma­sko­wa­ni fan­ta­zyj­nym, od­po­wied­nim w wa­run­kach pu­styn­nych ko­lo­ry­stycz­nym ka­mu­fla­żem. Po­ci­li się, sa­piąc pod gu­mo­wy­mi na­kry­cia­mi.

„Mu­cha” szedł dru­gi, mie­rząc ostroż­nie w każ­dy ciem­ny oczo­dół zruj­no­wa­nych albo opusz­czo­nych do­mów. Mu­siał ba­czyć na skraw­ki ce­gieł, kop­ki gru­zu i prę­ty zbro­je­nio­we. Wie­dział, jak i resz­ta, że w tym cho­ler­nym kra­ju wszyst­ko, co ma u stóp, może być miną. Na samo wy­obra­że­nie ser­ce po­de­szło mu do gar­dła, ale po­tra­fił się opa­no­wać. Był za bar­dzo na­krę­co­ny i zbyt do­brze na­uczo­ny, jak okieł­znać lęk. Miał być sku­pio­ny i uważ­ny.

Omiótł wzro­kiem kil­ka naj­bliż­szych do­mów, wpa­tru­jąc się w nie przez so­czew­kę ce­low­ni­ka po­więk­sza­ją­ce­go. O jed­ną spra­wę mógł być ra­czej spo­koj­ny. W naj­bliż­szej oko­li­cy nie było praw­do­po­dob­nie wro­gich snaj­pe­rów. Ko­lej­nej pla­gi tego kon­flik­tu, zmu­sza­ją­cej każ­dy od­dział do prze­my­ka­nia na punkt wyj­ścia pod osło­ną ruin. Byle da­lej od uli­cy.

Sta­nę­li. Przy­kuc­nę­li ostroż­nie, nie spusz­cza­jąc oczu z do­mów po dru­giej stro­nie uli­cy. „Mu­cha” pod­szedł do pierw­sze­go. Wska­zał miej­sce. Wszyst­ko znów bez żad­ne­go zbęd­ne­go dźwię­ku. Jesz­cze pod­niósł gło­wę. Słu­chał, wszy­scy słu­cha­li. Spe­cjal­ny ze­staw w słu­chaw­kach zwie­lo­krot­niał dźwię­ki i po­zwa­lał wy­kryć wro­ga, je­że­li był w po­bli­żu.

Ro­bert po­pa­trzył na chło­pa­ków i ski­nął gło­wą, da­jąc znak, że ra­czej nikt ich nie śle­dzi, przy oka­zji szu­ka­jąc u nich po­twier­dze­nia, że się nie myli. Ku­ca­ją­cy obok sa­per uniósł kciuk.

– Na po­zy­cji – „Mu­cha” nadał krót­ką in­for­ma­cję do resz­ty. – Spraw­dzam.

– Przy­ją­łem – wró­ci­ło.

„Mu­cha” ski­nął na jed­ne­go ze swo­ich lu­dzi, któ­ry przy udzie tar­gał tor­bę skry­wa­ją­cą przy­dat­ną apa­ra­tu­rę. Coś jak nie­wiel­ki kom­pu­ter o trzech skrzy­dłach. Lek­ki, zie­lo­ny, z nie­wiel­kim ekra­nem. Chło­pak roz­ło­żył spraw­nie to cudo i przy­sta­wił do muru. Cze­ka­li chwi­lę, pa­trząc w ciem­ny ekran.

– Nic. – Po­krę­cił gło­wą nie­zbyt ra­do­śnie. – W ogro­dzie nic – uści­ślił, choć wszy­scy wie­dzie­li, co po­ka­za­ło urzą­dze­nie.

„Mu­cha” mach­nął, by pod­wład­ny skła­dał sprzęt i wra­cał.

– Bra­vo-1, tu Bra­vo-2. U nas ci­sza w ogród­ku. Wszy­scy w środ­ku. Żad­nych po­ga­du­szek. U was? – spy­tał pręd­ko Kra­wiec swe­go do­wód­cy.

– Tak samo – przy­szła zwię­zła od­po­wiedź. – Idziesz – do­tar­ła ko­men­da.

Znów ruch gło­wą i pa­lec Ro­ber­ta wska­zał miej­sce na mu­rze. Lu­dzie od­su­nę­li się bez jed­ne­go po­le­ce­nia, na­ucze­ni, co mają ro­bić. Czło­wiek tuż za Ro­ber­tem opu­ścił swo­je­go HK, za­wie­sza­jąc go na uprzę­ży na pier­si, i zdjął z ple­ców re­wol­we­ro­wy gra­nat­nik RGP-40. Od­bez­pie­czył.

Sa­per też nie cze­kał na spe­cjal­ny roz­kaz. Przy­padł do ścia­ny, zdjął nie­du­ży ple­cak i wy­do­był dłu­gi, pla­stycz­ny prze­wód. Dla pew­no­ści do­dał do ła­dun­ku dwie nie­wiel­kie pa­czusz­ki, mo­cu­jąc je rów­no­mier­nie mię­dzy prze­wo­da­mi.

– Go­to­we – po­wie­dział, upew­nia­jąc się, że prze­wód de­to­na­to­ra jest za­mo­co­wa­ny jak na­le­ży.

Wró­cił na miej­sce.

„Mu­cha” klep­nął go w ra­mię, da­jąc nie­mą ko­men­dę, i w tym sa­mym mo­men­cie coś trza­snę­ło. Gdzieś wy­żej, od góry. Chy­ba na da­chu.

Ro­bert zdę­biał, prze­szy­ty dresz­czem, i zda­ło mu się, że ser­ce, któ­re po­de­szło mu do gar­dła, za­mie­ra. Zła­pał sa­pe­ra za ra­mię, na­ka­zu­jąc, by się wstrzy­mał. Kie­dy pró­bo­wał doj­rzeć źró­dło ha­ła­su, w słu­chaw­kach ode­zwał się snaj­per.

– Je­den mniej. Za­raz się zo­rien­tu­ją.

– Je­dzie­my – rzu­cił „Mu­cha” i od­wró­cił gło­wę, jak resz­ta za­kry­wa­jąc uszy.

Wy­buch wlał się w bę­ben­ki i roz­szedł głu­chym ję­kiem po uli­cy, prze­obra­ża­jąc się we wzbi­ja­ją­cą się po­nad domy żół­tą chmu­rę dymu i ci­ska­jąc odłam­ka­mi ce­gieł. Nim zdą­ży­ły roz­sy­pać się po oko­li­cy, sie­dzą­cy za „Mu­chą” żoł­nierz dźwi­gnął się. Sko­czył spraw­nie w przód, ostroż­nie wy­zie­ra­jąc zza wy­rwy w mu­rze. Pod­niósł broń, wci­snął ją moc­no w ra­mię, pręd­ko upa­tru­jąc do­god­ne­go celu w ku­rzu i dy­mie. Dwa strza­ły w śro­dek, w reszt­ki okna. Szyb­ka ko­rek­ta. Jesz­cze dwa w pra­wo i tyle samo w lewo. Od­sko­czył za mur.

– Ła­du­ję. – Przy­kuc­nął i za­czął pa­ko­wać do ma­ga­zyn­ka gło­śniej­sze ła­dun­ki.

– Bra­vo-1, po­win­no dzia­łać – po­wie­dział „Mu­cha”, za­ci­ska­jąc pal­ce na chwy­cie ka­ra­bin­ka.

– Wcho­dzi­my – wy­brzmiał w uszach głos po­rucz­ni­ka.

Huk­nę­ło z prze­ciw­nej stro­ny. Krót­ka se­ria gdzieś na da­chu i spo­kój. Snaj­per chro­nił im tył­ki. Krót­ki, głu­chy zgrzyt ze środ­ka.

„Nie dzia­ła dzia­do­stwo”. – Stra­chli­wa myśl wpeł­zła w umysł Ro­ber­ta. Usi­ło­wał zło­wić wię­cej dźwię­ków. Nic.

– Do­bra, wcho­dzi­my – na­ka­zał i on.

Te­raz wszyst­ko dzia­ło się szyb­ciej. Prze­cho­dzi­li wy­rwę, roz­sy­pu­jąc się po ogro­dzie. Mie­rząc w dach i okna. Żad­nych drzwi. Wdra­py­wa­li się przez po­zba­wio­ne szyb otwo­ry. W środ­ku bły­snę­ły la­tar­ki. Uno­szą­cy się dym mi­go­tał w pro­mie­niu świa­tła i wą­skiej struż­ce la­se­ro­wych ce­low­ni­ków.

Zwy­kły dom. Ko­mo­dy, kil­ka ka­nap. Peł­no na­czyń. Reszt­ki je­dze­nia. Po­zo­sta­wio­ne w nie­ła­dzie ubra­nia, tro­chę ja­kichś skrzyń. Broń.

– Idzie­my, uwa­żaj­cie – ostrze­gał Dzie­wiań­ski.

– OK – po­twier­dził Ro­bert.

Pierw­sze­go zna­leź­li w prze­stron­nej, za­nie­dba­nej kuch­ni. Le­żał na po­sadz­ce. Przy nim ku­bek i roz­la­na kawa. Dy­go­tał. Śnia­dy, nie­mło­dy, z dłu­gą bro­dą, w zie­lo­nej kurt­ce kul­to­we­go wzo­ru M-65. Nie miał bro­ni, ła­dow­nic. Zszedł wi­docz­nie na śnia­da­nie. Wy­ba­łu­szo­ne oczy pa­trzy­ły zdzi­wio­nym wzro­kiem. Jesz­cze wi­dzia­ły po­chy­lo­ny nad nim cień z bro­nią.

– Przy­da się – rzu­cił „Mu­cha”, kle­piąc ko­le­gę w ra­mię.

– OK – od­parł tam­ten krót­ko i ru­szy­li do na­stęp­nych po­koi.

Lo­ka­to­rów było wię­cej. Pa­dli, gdzie sta­li. Na scho­dach, w ko­ry­ta­rzu.

„Mu­cha” li­czył. Czte­rech, sze­ściu.

Zwia­dow­cy ob­cho­dzi­li każ­dą wnę­kę, każ­dy po­kój i sza­fę, omi­ja­jąc ten cały chlew. Sta­re an­te­ny, pu­ste bu­tel­ki, pry­zmy su­che­go je­dze­nia, po­roz­bi­ja­ne do­nicz­ki. Zno­wu ja­kieś skrzy­nie, nie­któ­re z od­cho­dzą­cy­mi, mo­co­wa­ny­mi ta­śmą do ścian prze­wo­da­mi. Od każ­de­go le­żą­ce­go nie­ru­cho­mo czło­wie­ka od­su­wa­li no­ga­mi po­rzu­co­ną broń.

Spo­kój, żad­ne­go opo­ru, ru­chu. Tyl­ko te zdzi­wio­ne, otwar­te oczy w brud­nych, bro­da­tych twa­rzach. Na cia­łach roz­ma­ite ro­dza­je ubrań, ka­mu­fla­ży, po­mie­sza­nych z arab­ski­mi stro­ja­mi.

Lu­dzie „Mu­chy” prze­szli przez środ­ko­wy dom, kie­dy ich szef za­bie­rał się za dach. Zbli­ży­li się do szcze­li­ny w po­dwój­nej ścia­nie, dzie­lą­cej ich od ostat­nie­go ele­men­tu „twier­dzy”. Ro­bert dał znak ręką i ze­spół roz­sy­pał się po prze­stron­nym sa­lo­nie, za­bez­pie­cza­jąc okna i wyj­ście. Nie miał za­mia­ru ry­zy­ko­wać, idąc na rym­pał. Nie był pe­wien, czy śro­dek, któ­re­go uży­wa­li, wy­peł­nił szczel­nie całą bu­dow­lę. Dru­gi gest na znak, aby rzu­cić gra­nat. Sto­ją­cy naj­bli­żej wej­ścia żoł­nierz się­gnął do ła­dow­ni­cy. Wy­cią­gnął ła­du­nek, od­bez­pie­czył i ci­snął w głąb. Od­wró­ci­li gło­wy, za­ci­ska­jąc oczy. Krót­ki huk i go­re­ją­cy błysk. We­szli w ob­łok dymu, mie­rząc z ka­ra­bin­ków, go­to­wi ich użyć. We­wnątrz było jesz­cze wię­cej ru­pie­ci, sta­rych me­bli, ma­te­ra­cy, skrzyń, prze­wo­dów i ba­ła­ga­nu.

Wcho­dzi­li do po­miesz­czeń, prze­szu­ki­wa­li je pręd­ko, nie do­ty­ka­jąc ni­cze­go. Prze­szli przez par­ter. „Mu­cha” wska­zał trój­ce za sobą na su­fit. Pierw­szy ski­nął na znak, że ro­zu­mie, i po­szedł na pię­tro. Inny chło­pak za­trzy­mał sek­cję Ro­ber­ta przy scho­dach do piw­ni­cy. Tuż obok nie­do­mknię­tych drzwi. Wy­cze­ka­li, ufa­jąc so­bie na­wza­jem. Coś mu­sia­ło być nie tak, albo wy­ro­bio­ny in­stynkt da­wał ostrze­że­nie. War­to było mieć pew­ność.

Żoł­nierz ci­snął gra­nat hu­ko­wy. Wą­skie po­miesz­cze­nie spo­tę­go­wa­ło efekt. Zno­wu buch­nął dym. Po­la­cy ru­szy­li w dół. Ostroż­niej, cią­gle po­mni brzyd­kich nie­spo­dzia­nek. Oba­wia­jąc się, że te­raz coś może czy­hać pod stop­nia­mi.

Blask la­tar­ki roz­ja­śnił za­ku­rzo­ny mrok. Ro­bert otwo­rzył usta, wi­dząc w sno­pie świa­tła ist­ny ar­se­nał. Ster­tę zie­lo­nych skrzyń. Usta­wio­ne pio­no­wo, za­wi­nię­te w szma­ty ka­ra­bin­ki Ka­łasz­ni­ko­wa. Gra­nat­ni­ki RPG-22 w kar­nym rzę­dzie. Pró­bo­wał pręd­ko od­czy­tać cy­ry­li­cę na ła­dun­kach i zga­dy­wać, co kry­ją, ale miał co in­ne­go do zro­bie­nia. Mię­dzy pry­zma­mi le­żał ko­lej­ny fa­cet. Wy­so­ki, szczu­pły. Ubra­ny cie­pło, w czar­nej czap­ce na gło­wie.

– Ostat­nia nora, czy­sto – za­czął nada­wać star­szy cho­rą­ży. – Czy­sto. Same „wa­rzy­wa” – dy­szał do mi­kro­fo­nu.

– U mnie czy­sto – rzu­cił w eter Ar­tur i za­raz inni za­czę­li po­twier­dzać to samo. Ta­ras, pię­tro. Zdo­by­li dom. Żyli, bo byli spryt­niej­si i szyb­si.

– Pa­no­wie, zro­bić po­rzą­dek z tymi fa­jer­wer­ka­mi – zwięź­le roz­ka­zał po­rucz­nik. – Uwa­żać tyl­ko na sie­bie – do­dał nie­po­trzeb­nie, ale z tro­ską spo­wo­do­wa­ną scho­dzą­cym wol­no na­pię­ciem. Sa­pe­rzy od­wie­si­li broń, się­ga­jąc po na­rzę­dzia, by roz­bro­ić to, cze­go się oba­wia­no – ła­dun­ki, któ­ry­mi za­mi­no­wa­no kon­struk­cję na wy­pa­dek wy­kry­cia i ata­ku. Do ostat­nie­go sa­mo­bój­cze­go ude­rze­nia, tak cha­rak­te­ry­stycz­ne­go dla wa­ria­tów z Da­esh.

Kil­ku uczest­ni­ków ope­ra­cji ob­szu­ka­ło jeń­ców, po czym skrę­po­wa­li im nogi i dło­nie. Po­zo­sta­li, zgod­nie z za­sa­da­mi, ob­sta­wi­li dom od piw­nic po pię­tro, pil­nu­jąc sek­to­rów. W tym sa­mym cza­sie snaj­pe­rzy zwi­ja­li ma­nat­ki, szy­ku­jąc się do odej­ścia.

– Szu­ka­my na­sze­go chło­pacz­ka i kil­ku mą­drych – za­brzmia­ło dru­gie po­le­ce­nie ofi­ce­ra cho­dzą­ce­go po miesz­ka­niu.

– Kruk-1, tu Bra­vo-2. Obiekt za­ję­ty. Mamy kil­ku klien­tów. Cze­kaj­cie na zdję­cia. – Ar­tur zbiegł na par­ter i za­czął ob­cho­dzić do­mo­stwa z włą­czo­nym nie­wiel­kim ta­ble­tem, w gru­bej so­lid­nej obu­do­wie. Sta­wał przy każ­dym spa­ra­li­żo­wa­nym nie­bo­ra­ku, któ­ry nie po­tra­fiąc po­jąć, co się wła­ści­wie wy­da­rzy­ło i o co cho­dzi, za­le­gał na pod­ło­dze z tym nie­zmien­nie za­sko­czo­nym wy­ra­zem twa­rzy, z wol­na do­pie­ro czu­jąc, jak to coś mu od­pusz­cza.

Szef kro­czył od cia­ła do cia­ła, sta­wał nad twa­rza­mi i strze­lał fo­to­gra­fie ni­czym ja­kiś tu­ry­sta. Od razu wy­sy­łał je wy­żej, gdzie spe­cjal­ny al­go­rytm w kom­pu­te­rze, ob­słu­gi­wa­ny przez łeb­skie dzie­cia­ki, wy­szu­ki­wał dane ofiar w ogrom­nej ba­zie, zło­żo­nej z mi­liar­dów okru­chów wie­dzy. Zdjęć z sie­ci, fo­to­gra­fii ro­bio­nych te­le­fo­na­mi, mo­ni­to­rin­giem i w koń­cu w zbio­rach służb spe­cjal­nych wszyst­kich so­jusz­ni­czych kra­jów. Ar­tur do­tarł do ostat­nie­go, zro­bił zdję­cie i cze­kał. Na ekra­nie po­ja­wia­ły się pierw­sze po­twier­dze­nia.

– OK, pa­no­wie. Jak szóst­ka w to­to­lot­ku. Brać mi tego z kuch­ni. Ja­kiś duży Ah­med… – stresz­czał ży­cio­rys fa­ce­ta, któ­ry do­stał na ekran. – Ten ze środ­ko­we­go domu, ten grub­szy, też się przy­da. O! – pra­wie wy­krzyk­nął, szcze­rze za­do­wo­lo­ny. Stres opusz­czał go te­raz szyb­ciej, od­da­jąc pole po­trze­bie od­re­ago­wa­nia. – „Ja­siu”, sta­ry chu­ju – cmok­nął.

„Mu­cha” uniósł wzrok na sze­fa.

Twarz, któ­rą wi­dział Dzie­wiań­ski na zdję­ciu, róż­ni­ła się od tej na pod­ło­dze. Była gład­ka, lek­ko okrą­gła i bla­da. Na niej oczy – za­cię­te, pa­trzą­ce z wyż­szo­ścią , ale i znu­dzo­ne. Ca­ło­kształt ni­ja­ki. Jak na fot­ce z kla­so­wej zbiór­ki. Na­to­miast ten dru­gi, współ­cze­sny, no­sił rzad­ką blond bro­dę. Kil­ka dłu­gich kę­pek na li­nii żu­chwy, na już szczu­plej­szej twa­rzy. Ar­tur przy­kuc­nął i ścią­gnął ob­ser­wo­wa­ne­mu czap­kę. Brud­ne, tłu­ste, dłu­gie wło­sy. Tak, ten Po­lak, róż­nił się od tego na fot­ce, ale al­go­ryt­my się nie my­li­ły. Po­tra­fi­ły zna­leźć chy­ba z ty­siąc toż­sa­mych ele­men­tów, obo­jęt­ne na wszel­kie zmia­ny wy­glą­du.

– Co jest? – po­wie­dział gło­śno, ze wstręt­nie sa­dy­stycz­ną kpi­ną. – Nu­dzi­ło się w domu, pą­czuś? Nie le­piej było, Ja­siu, je­chać na wy­ciecz­kę albo babę se zna­leźć? – Mach­nął na „Mu­chę”. – Chcia­łeś wró­cić do do­mciu? No to patrz, nie­spo­dzian­ka. Mó­wisz – masz. – Roz­krę­cał się, co rusz sztur­cha­jąc chło­pa­ka nogą.

„Mu­cha” pod­szedł i bez sło­wa po­krę­cił gło­wą, pa­trząc spod ma­ski ga­zo­wej. Kum­pel nie po­wi­nien się za­pę­dzać. To nie było wska­za­ne. Ni­ko­go nie ob­cho­dzi­ło, że ma pro­ble­my. Każ­dy je miał, a im nie wol­no było dać tego po so­bie po­znać. Ina­czej ich ufor­mo­wa­no. Szko­da by było, żeby ktoś, kto tego słu­chał, po­słał go w „su­chy dok” na roz­mów­ki u psy­cho­lo­ga.

– Za­bie­ra­my Ja­sia. – Ar­tur na­raz się uspo­ko­ił. – Bę­dzie miał roz­mo­wę ży­cia – rzu­cił ostat­ni przy­tyk. Wy­pro­sto­wał się. Jego lu­dzie dźwi­gnę­li na wpół spa­ra­li­żo­wa­ne cia­ło z pod­ło­gi.

– Resz­ta? – „Le­cho” z er­ka­emem Mi­ni­mi za­dał za­sad­ni­cze py­ta­nie.

– Nie­po­trzeb­ni – wy­ja­śnił Ar­tur. – Koń­czy­my za­ba­wę i idzie­my. Śmi­gła cze­ka­ją! – Wszedł na scho­dy. Scho­wał elek­tro­ni­kę i się­gnął po Sig Sau­era p226. Prze­ła­do­wał, spo­so­biąc się do za­koń­cze­nia za­da­nia. – Kruk-1, tu Bra­vo. Sprzą­ta­my i koń­czy­my.

*

– Mó­wi­łem, że nie bę­dzie tak strasz­nie? – Gó­ral­czyk mó­wił pół­szep­tem, uda­jąc, że cze­goś szu­ka w no­te­sie. Swo­je w służ­bie prze­szedł, ale wi­dać te całe po­ga­dan­ki nad­wy­rę­ża­ły jego spo­sob­ność do za­cho­wy­wa­nia uprzej­me­go spo­ko­ju.

– Jest OK. – Adam Tho­mal po­pra­wił pa­sek u dżin­sów, jesz­cze pa­trząc na drzwi. – Olać ich. – Mach­nął dło­nią i ru­szył w głąb ko­ry­ta­rza. – Było, mi­nę­ło – po­zby­wał się resz­tek iry­ta­cji. Na­był tę umie­jęt­ność daw­no temu, co po­zwa­la­ło mu nie spa­lać się w roz­trzą­sa­niu na­wet naj­gor­szych wpa­dek.

– Wiesz, oni tak mu­szą. Po to ich tu po­sta­wi­li. – Gó­ral­czyk szedł za nim, z za­sa­dy wcho­dząc w rolę ad­wo­ka­ta dia­bła. Choć te alu­zje, py­ta­nia o to, czy wy­bryk Tho­ma­la był tyl­ko głu­pią wpad­ką, czy aby nie for­mą ostrze­że­nia dla gan­gu pi­ro­ma­nów, trud­no było znieść ze spo­ko­jem. A za­ska­ku­ją­ca dro­ga my­śle­nia, któ­rej nikt wcze­śniej nie su­ge­ro­wał, ob­ra­ża­ła wręcz sta­re­go gli­nę. Przy­naj­mniej spo­sób jej for­mu­ło­wa­nia. Taki do­bit­ny. Cóż, me­dial­ny za­chwyt mi­nął i we­wnętrz­ni po­czu­li krew. Uzna­li, że mogą, bo mają pra­wo.

– Pier­do­lić! – Na­czel­nik wal­nął nie­spo­dzia­nie ka­pow­ni­kiem w pa­ra­pet mi­ja­ne­go okna, wy­krzy­wia­jąc twarz, jak­by po­czuł smród. Do­bre za­cho­wa­nie po­szło w kąt, ale mu­siał so­bie ulżyć. – Nic nie zro­bią. Niech niu­cha­ją sępy, kuź­wa! – Przy­sta­nął i zła­pał Ada­ma za ra­mię. – Do­brze się spi­sa­łeś – stwier­dził w koń­cu za­do­wo­lo­ny, tak za­baw­nie, po­waż­nie pro­stu­jąc ple­cy i wy­cią­ga­jąc szy­ję, że prze­cho­dzą­cy obok ko­mi­sarz spoj­rzał za­cie­ka­wio­ny i lek­ko roz­ba­wio­ny. Na­czel­nik miał to głę­bo­ko gdzieś. Za­rzut, no może jesz­cze nie za­rzut, ale samo oskar­że­nie rzu­co­ne na jed­ne­go z jego lu­dzi było obe­lgą dla nie­go sa­me­go. Dla ca­łe­go wy­dzia­łu.

– Mó­wię ci, Adaś, od­szcze­ka­ją. Ale to po­trwa. Masz się nie przej­mo­wać! – rzu­cił to­nem roz­ka­zu.

Tho­mal uśmiech­nął się, nie­co za­że­no­wa­ny tym na­tar­czy­wym po­cie­sza­niem. Do­sko­na­le wie­dział, że in­ne­go wyj­ścia nie ma, ale w jego pod­świa­do­mo­ści zo­stał ja­kiś nie­smak.

– Udzie­lam ci urlo­pu. – Na­czel­nik kro­czył da­lej, mó­wiąc za sie­bie, bo te­raz Adam nie na­dą­żał. – Na­le­ży ci się. Wy­ku­ruj się, wy­grzej gdzieś ty­łek. Na­gro­dę przy­zna­li… – Za­dy­go­tał od śmie­chu, bar­dzo dum­ny z tego czar­ne­go żar­ci­ku. – Spo­żyt­kuj. Ko­bi­tę za­bierz na ja­kie lody. – Przy­sta­nął i pu­ścił oko. – No, to ci po­win­no wy­star­czyć. – Znów za­chwiał się od re­cho­tu.

W dzie­dzi­nie nie­wiast i ich zdo­by­wa­nia, lub bar­dziej ko­lek­cjo­no­wa­nia, uzna­wał skry­cie pry­mat Tho­ma­la i bar­dzo mu za­zdro­ścił tej ła­two­ści, z jaką przy­cho­dzi­ły mu ko­lej­ne pod­bo­je. Zde­cy­do­wa­nie spe­cy­ficz­ne, przez jego dość szorst­kie me­to­dy dzia­ła­nia. Tak, Adam ucho­dził w tym za­kre­sie za bez­wstyd­ne­go eks­per­ta.

– Złóż tyl­ko kwi­ty i wio! – Gó­ral­czyk klep­nął Ada­ma w ra­mię. – Jak chcesz, to dziś masz faj­rant. Ja wra­cam. – Po­dał pod­wład­ne­mu dłoń, któ­rą ści­snął moc­niej niż zwy­kle. – Nie damy się, chło­pie. – Po­pa­trzył mu głę­bo­ko w oczy peł­nym de­ter­mi­na­cji wzro­kiem, skra­ca­jąc dy­stans w nie­zwy­kły jak na prze­ło­żo­ne­go w tej ro­bo­cie spo­sób.

„Kur­de, chy­ba mnie zgred lubi” – przy­znał z sa­tys­fak­cją, nie wia­do­mo któ­ry raz Adam. Opie­prza­li go rów­no, ale – je­że­li trze­ba było – pil­no­wa­li, by nikt mu nie na­ro­bił w pa­pie­ry.

– Dzię­ku­ję – wy­dał z sie­bie nie­omal wzru­szo­ny głos. Od­pro­wa­dził wzro­kiem sze­fa, my­śląc chwi­lę, co zro­bić z tak „do­sko­na­le” roz­po­czę­tym dniem.

Zszedł po scho­dach, ska­cząc ocię­ża­le ze stop­nia na sto­pień. Miał tyl­ko je­den po­mysł. Bo co on, wiecz­ny ka­wa­ler, mógł ro­bić z wol­nym cza­sem w wiel­kim mie­ście? Nie miał ocho­ty od­wie­dzać ro­dzi­ców ani bra­ta z fa­mi­lią. Zresz­tą, był do­pie­ro co u nich wszyst­kich.

– Dwa mie­sią­ce? – po­wie­dział na głos i przy­sta­nął na schod­ku. Spoj­rzał w te­le­fon. Był już ma­rzec. – Ja pier­do­lę – gwizd­nął, uświa­da­mia­jąc so­bie, że to „do­pie­ro co” było w Boże Na­ro­dze­nie.

Oparł się cięż­ko o po­ręcz i za­my­ślił nad tym, co da­lej ro­bić. Wła­ści­wie uznał, że po­wi­nien ru­szyć czte­ry li­te­ry, ale… Od ży­cia też coś mu się na­le­ża­ło. W koń­cu dzwo­nił do sta­rych, kie­dy go od­zna­czy­li… Prze­cież unik­nął kul. W przy­pad­ku gdy­by gdzieś zro­bił błąd i pal­nął, że ze zbó­ja­mi się po­uma­wiał, tyl­ko coś nie wy­szło, w per­spek­ty­wie miał­by dal­sze „po­ga­dusz­ki” z tri­co­lo­res. Ko­lej­ne py­ta­nia i alu­zje. A prze­cież pro­ku­ra­tor uznał, że uży­cie bro­ni było w po­rząd­ku. Na­wet psy­cho­lo­ga za­le­ca­li, ale olał te­mat. Nie głu­piał od strze­la­nia się ze zbi­ra­mi.

– Pa­ra­no­ja, pa­ra­no­ja – wes­tchnął pew­ny, że spo­kój to te­raz jego pra­wo. „Myśl o so­bie, Adaś” – gor­sza część jego cha­rak­te­ru po­wta­rza­ła ego­istycz­ne roz­wią­za­nie. Nie opie­rał się dłu­go temu pod­szep­to­wi. Otwo­rzył li­stę kon­tak­tów w te­le­fo­nie i wy­szu­kał je­den nu­mer.

– Cześć – po­wie­dział prze­cią­gle, z szel­mow­skim uśmie­chem. Zwy­kle dzia­ła­ło. – Mo­żesz… Nie? Nie tym ra­zem? Ju­tro? Nie… – Ura­zi­ła go. – No to cześć.

Se­kun­da na­my­słu i jesz­cze je­den te­le­fon.

– Cześć, Ma­dzia! – Wlał w to po­wi­ta­nie tyle sło­dy­czy, ile po­tra­fił. Tam­ta tak lu­bi­ła albo tyl­ko pod­pusz­cza­ła Ada­ma. – Za­wa­lo­na ro­bo­tą? Nie. To fa­jo­wo. Wpadł­bym na kaw­kę, czy jak?

Tho­mal za­pu­kał w drzwi, choć nie mu­siał. Na­ci­snął klam­kę i wsa­dził gło­wę do spo­re­go po­ko­ju w wy­dzia­le ad­mi­ni­stra­cyj­nym, za­sta­wio­ne­go no­wy­mi me­bla­mi z ja­snej sklej­ki. Je­den ogól­no­kra­jo­wy styl od­na­wia­nia urzęd­ni­czych nor.

– Cześć – rzu­cił do wnę­trza, w stro­nę czte­rech za­sia­da­ją­cych tam ko­biet.

Dwie z nich były już nie­co star­sze. Nie jego tar­get. Z po­wo­du pe­se­lu, ale i nie naj­pięk­niej­szych, w jego ska­li, ga­ba­ry­tów. Dwie wy­fio­ko­wa­ne blon­dy­ny, już wy­pa­tru­ją­ce eme­ry­tu­ry, w gar­son­kach ku­pio­nych w roz­mia­rów­ce na za­pas. „Mer­ke­le” – znów nie po­tra­fił po­zbyć się ta­kie­go sko­ja­rze­nia.

Po­li­cjan­ta bar­dziej in­te­re­so­wa­ła dru­ga po­ło­wa tej eki­py. Były młod­sze, dużo młod­sze niż ich sze­fo­we. Przy­ku­te do tej pra­cy na lata i wy­raź­nie ocze­ku­ją­ce ja­kiejś zmia­ny, albo choć uroz­ma­ice­nia. Roz­po­zna­wał to w mig i po­tra­fił wy­ko­rzy­stać. Był jak dra­pież­nik po­lu­ją­cy na słab­sze ofia­ry. Czy­tał w nich jak w otwar­tych księ­gach, choć uda­wa­ły, gra­ły i przy­bie­ra­ły cza­sem ma­ski bo­jo­wych fe­mi­ni­stek.

– Cześć, Adaś – mło­de od­po­wie­dzia­ły z uśmie­cha­mi.

Tho­mal po­słał każ­dej dłu­gie spoj­rze­nie pro­sto w oczy. Bru­net­ka o peł­niej­szych kształ­tach wy­da­ła mu się rów­nie atrak­cyj­na jak głów­ny po­wód wi­zy­ty.

– Mogę cię pro­sić? – za­py­tał jed­nak, po­chy­la­jąc gło­wę ku Ma­dzi. – Je­że­li pani kie­row­nik ze­zwo­li. – Ukło­nił się jesz­cze głę­biej jed­nej z ma­tron. „Ober Mer­kel” – po­zwo­li­ła ła­ska­wie, uję­ta za­py­ta­niem i jed­nym z za­lot­nych uśmie­chów z ar­se­na­łu Ada­ma.

Mó­wi­li na nią Ma­dzia, choć na imię mia­ła Ma­tyl­da. Ory­gi­nal­nie. Zwłasz­cza jak na dziew­czy­nę gdzieś spod Gar­wo­li­na. Za­wsze le­piej niż Jes­si­ca.

Ru­szy­ła do sto­li­cy szu­kać szczę­ścia i nie­spo­dzie­wa­nie, jak na nią, „tra­fi­ła w to­to­lot­ka”, kwa­li­fi­ku­jąc się w po­śred­nia­ku do sta­żu tu, w ko­men­dzie. Po kil­ku mie­sią­cach do­sta­ła an­gaż i zo­sta­ła.

Obo­je więc byli „sło­ika­mi”, któ­rzy wy­ru­szy­li na pod­bój świa­ta.

Ma­tyl­da chcia­ła ucho­dzić za bar­dzo nie­za­leż­ną. Cza­sem wręcz wo­jow­ni­czą, wszak w opi­nii swo­jej ro­dzi­ny osią­gnę­ła wie­le już na star­cie. Ada­ma mniej ob­cho­dzi­ły te jej po­pi­sy. Znał ta­kie jak ona, roz­po­zna­wał je bez­błęd­nie i zdo­by­wał już kil­ka razy. Twar­de, buń­czucz­ne, sa­mo­dziel­ne, ale na po­kaz. W środ­ku – stę­sk­nio­ne za José Ju­sto z se­ria­lu, do cze­go się nie przy­zna­wa­ły. W domu trak­to­wa­no je jak słu­żą­ce, dla­te­go też ucie­ka­ły w świat, by nie zwa­rio­wać. Wma­wia­ły so­bie, że nie po­trze­bu­ją ni­ko­go na sta­łe i że to one ba­wią się fa­ce­ta­mi, ale Adam wie­dział, jak jest na­praw­dę. I bar­dzo go to cza­sem śmie­szy­ło.

Ma­tyl­da była pra­wie za­wsze, kie­dy miał na to ocho­tę. Two­rząc tyl­ko cza­sem at­mos­fe­rę wo­jow­ni­czej pa­nien­ki z pro­ble­ma­mi, z któ­rych mu­sia­ła się wy­spo­wia­dać. Nie miał za­mia­ru być dla niej an­ti­do­tum na roz­ter­ki i kom­plek­sy. To ona była atrak­cją, prze­ryw­ni­kiem i roz­ryw­ką. Fi­lo­zo­fia była pro­sta i Adam Tho­mal trzy­mał się jej z upo­rem, choć ostat­nio za­czy­nał mieć wąt­pli­wo­ści. Inne, nie­co już star­sze i na­praw­dę ży­cio­wo wy­ro­bio­ne, po­tra­fi­ły sta­wiać opór i nie szło mu tak ła­two. Albo nie był już dla nich ta­kim ślicz­nym mło­dzień­cem w ty­pie ma­cho jak kie­dyś. Znak, że na­le­ży wy­brać tę jed­ną i osiąść? Nie, jesz­cze da­wał so­bie tro­chę cza­su. Kil­ka szcze­bli ka­rie­ry… Pa­trzył więc bez­wstyd­nie, z tym pra­wie lu­bież­nym wy­ra­zem w oczach, któ­ry miał da­wać wy­raź­nie znać, co ma na my­śli. Ma­tyl­dzie to od­po­wia­da­ło, im­po­no­wa­ło na­wet. Ona sama nie­zmier­nie go raj­co­wa­ła. Nie była może w gu­ście ści­słej czo­łów­ki wy­ma­gań, ja­kie sta­wiał dziew­czy­nom, ale mia­ła to coś. Ory­gi­nal­ne imię. Gład­ką, wręcz je­dwa­bi­stą cerę. Przy czym ciem­niej­szą niż u in­nych. Pięk­ny od­cień opa­le­ni­zny, któ­ra trzy­ma­ła się cały rok. Była spo­ro od nie­go niż­sza, szczu­pła, a jej syl­wet­ce nie moż­na było ni­cze­go za­rzu­cić. Mo­del­ka o krą­gło­ściach nada­nych przez na­tu­rę do­kład­nie tam, gdzie Adam so­bie tego ży­czył, choć nie po­sia­da­ła nad­to ob­fi­te­go biu­stu, co lu­bił Tho­mal. Na do­da­tek cu­dow­ne spoj­rze­nie okrą­głych zie­lo­nych oczu, współ­gra­ją­ce z rzę­dem po­ka­zy­wa­nych w uśmie­chu bia­łych zę­bów i zwią­za­nych w ku­cyk wło­sów w od­cie­niu ciem­ne­go blon­du spra­wia­ło, że Adam za­po­mi­nał o każ­dej roz­ter­ce dnia co­dzien­ne­go. Au­to­ma­tycz­nie uru­cha­mia­ła się w nim opcja „Ca­sa­no­vy” i nic na to nie mógł po­ra­dzić.

– Część, pięk­na – po­wie­dział słod­ka­wo, cze­go te­raz nie uzna­wał za krę­pu­ją­ce, i mru­gnął okiem.

Ma­tyl­da, szcze­rząc pięk­ne, bia­łe ząb­ki, ro­zej­rza­ła się po ko­ry­ta­rzu. Upew­ni­ła się, że nikt z kil­ku prze­chod­niów nie pa­trzy, wspię­ła się na pal­ce i po­ca­ło­wa­ła po­li­cjan­ta z wiel­kim za­pa­łem. Jak na ko­bie­tę o po­zor­nie twar­dym cha­rak­te­rze i za­sa­dach, nie po­tra­fi­ła jesz­cze wprost oka­zać czu­ło­ści przy ob­cych, ale Adam miał to gdzieś. Wie­dział swo­je.

– Urlop mi wpadł – za­ko­mu­ni­ko­wał, mie­rząc spoj­rze­niem jej ciem­ny swe­ter i ob­ci­słe dżin­sy. – Może by­śmy dziś gdzieś, coś, ja­koś? Wy­sko­czy­li, co? – To „co?” za­brzmia­ło do­sad­nie i dwu­znacz­nie.

Dziew­czy­na przy­gry­zła te­atral­nie war­gę, stro­jąc minę nie­zde­cy­do­wa­nej. Ni­czym w ja­kiejś re­kla­mie. Tyl­ko jej oczy w nie­kon­tro­lo­wa­nym od­ru­chu za­bły­sły we­so­ło.

– Mo­gli­by­śmy… – Wsu­nę­ła kciu­ki w kie­sze­nie i wtu­li­ła gło­wę w ra­mio­na w za­baw­nym od­ru­chu. – Dziś, ale… – do­pa­dło ją ja­kieś prze­my­śle­nie – za­pro­po­nuj co nie­co – mu­sia­ła się po­sta­wić, za­ma­sko­wać tę swo­ją ra­dość. W jej mnie­ma­niu do­bre sa­mo­po­czu­cie było prze­cież ozna­ką sła­bo­ści.

– Ja­kieś, kino lep­sza ko­la­cja – rzu­cił au­to­ma­tycz­nie jak z pod­ręcz­ni­ka. – Po­tem… – nie chciał prze­sa­dzać i wyjść na de­spe­ra­ta.

– Co do po­tem – szturch­nę­ła go łok­ciem, sama pa­trząc ja­koś spro­śnie – to ewen­tu­al­nie ja będę mia­ła pro­po­zy­cje. Urlop, mó­wisz… Może by­śmy się gdzieś prze­mie­ści­li? – Gdzieś da­lej w ko­ry­ta­rzu skrzyp­nę­ły drzwi. – Do­bra, po­ga­da­my póź­niej. – Zła­pa­ła za klam­kę u drzwi swo­je­go po­ko­ju. – Po szes­na­stej za­dzwo­nię. Wy­bierz knaj­pę – nie­omal roz­ka­za­ła. – Film się ja­kiś wy­naj­dzie. – Po­sła­ła mu ca­łu­sa na do wi­dze­nia i znik­nę­ła w po­ko­ju.

*

Woj­ciech Ni­kom­ski stał przy oknie w swo­im ga­bi­ne­cie, opar­ty dłoń­mi o pa­ra­pet. Za­pa­trzył się na park, albo wła­ści­wie więk­szy ogród, roz­po­ście­ra­ją­cy się w dole, wo­kół rzą­do­we­go kom­plek­su. Nie było tego po­ran­ka ni­cze­go spe­cjal­ne­go w tym wi­do­ku. Kil­ka­na­ście na­gich drzew, cią­gle bru­nat­na tra­wa, oto­czo­na wit­ka­mi krze­wów roz­wle­czo­nych po skraw­ku te­re­nu chro­nio­ne­go so­lid­nym ogro­dze­niem.

Ni­kom­ski nie był czło­wie­kiem lę­kli­wym. Nie mógł, nie tu­taj, nie na tym sta­no­wi­sku. Ba­na­łem by­ło­by chwa­le­nie go, ale trze­ba przy­znać, że był do­świad­czo­ny, na­praw­dę wie­le prze­szedł i jesz­cze wię­cej wi­dział. Mimo to był ostroż­ny w są­dach, lek­ko wy­co­fa­ny i ob­da­rzo­ny do­sko­na­łym we wła­snym mnie­ma­niu, ale i w opi­nii róż­nych – by­łych i obec­nych – prze­ło­żo­nych zmy­słem ana­li­tycz­nym i in­te­li­gen­cją.