A nawet mężczyzna - Małgorzata Maj - ebook
Opis

Gizela Feredyńska to niebieskooka blondynka z głosem zapłakanej pogodynki i duszą jak burzowe niebo. Ma osobistego kota, kolekcję królików i słabość do brązowych oczu. Pracuje w laboratorium, ale jej życie dalekie jest od wszelkiej sterylności i porządku. Tuż po czterdziestce, po rozwodzie, od dawna nie szuka szczęścia u boku mężczyzny.

Jak to jednak z mężczyznami bywa, pojawiają się w najmniej spodziewanym momencie, niczym króliki z kapelusza. I do tego w wersjach bardzo zaskakujących. Tak jak Wojciech - bardzo przystojny, bezczelny, czarujący okulista. Młody lekarz zrobi wszystko, aby zdobyć Gizelę, mimo Drugiej...  

A nawet mężczyzna to pełna tajemnic, niebanalnych smaków i smaczków historia, gdzie zło jest tak złe, że aż śmieszne, miłość tak oczywista, że aż nudna, i przypadłość tak nieoczekiwana, że aż spełniona. Książkę mogą, ale na własną odpowiedzialność, przeczytać również mężczyźni, jednakże wówczas nic już nie będzie dla nich takie samo.  

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 467

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wszystkie osoby i zwierzęta pojawiające się w książce są zmyślone. Prawdziwe są prawie wszystkie miejsca. A może odwrotnie?

— Och, to pan jest singlem? — Tak, winylowym.

Rozdział pierwszy Wschód — północ

Co go tu spotka? „Kiedy mała woda zaleje kontynenty, będzie słońce”, kołatały w głowie słowa szeptuchy i jasnowidzącej. Czyli ma czekać na powódź? Ale jak się zorientował, w tym rejonie nie było powodzi od dwudziestu lat. A i wtedy zalało Ustronie Morskie, nie Kołobrzeg. Pewnie to jakaś przenośnia-przesłanie, które kiedyś zrozumie. Albo nie. Gusła i tyle. A wiadomo: kto wierzy w gusła, temu dupa uschła.

Z zainteresowaniem wyglądał przez okno. Celowo wybrał pociąg, żeby lepiej się przyjrzeć krajobrazom i wszystko przemyśleć, może się jeszcze wycofać. Myślenie o sprawach ważnych i jednoczesne prowadzenie samochodu nigdy mu się nie udawało. W tym był jednotorowy. Nudny krajobraz przewijał się przez projektor okna. Wyciągnął nogi.

— Albo taki gwizdek, kto teraz czajnika z gwizdkiem używa? Na gaz stawia? — zastanawiała się kobieta, stukając ugotowanym jajkiem o stoliczek przy oknie. — Kiedyś to niosło się po klatce aż miło, jak człowiek wracał z trzeciej zmiany, to wiedział, że się już towarzystwo pobudziło i rusza do pracy albo w miasto. Rozpoznawało się, kto ma jaki czajnik. Z NRD, od Ruskich czy z Olkusza. Tak, proszę pana, każdy inaczej gwizdał. A teraz co? Cisza. A zresztą, robotę ludzie potracili, to i po co wodę wstawiać od rana? — Skończyła obierać jajko, skorupki zawinęła w papierową serwetkę z McDonalda. Zastanawiała się chwilę, co zrobić z zawiniątkiem. Wyrzucić czy wziąć ze sobą.

— Pan wie, że skorupki dobrze robią kwiatkom? A tam! — zdecydowanym ruchem stuknęła wieczkiem kosza na śmieci. — Jeszcze sobie nagotuję. A może pan miałby ochotę na jajeczko? Samo zdrowie, od zielononóżki. Żółteczko jak słoneczko. — Odgryzła biały czubek. — Pan sam zobaczy.

— Nie, dziękuję.

— Że bez soli? Mam i sól, kto to widział w podróż bez soli? Bo wie pan, sól nie tylko do jajek dobra.

Niech mu da spokój, myśli pierzchały jak kuropatwy przed kombajnem. Kiedy woda…

— Sól też własnej roboty, samo zdrowie.

Pogrzebała w żółtej reklamówce wielokrotnego użytku z profilem murzynka w czapce z czerwonym kutasikiem. Wyciągnęła plastikową solniczkę w kształcie pomidora i energicznie zagrzechotała nad ugryzionym jajkiem.

— Jak to własnej roboty? — Milcząca do tej pory dziewczyna oderwała się od książki i na dłużej zatrzymała wzrok na kobiecie.

– A tak! — Amatorka jajek uśmiechnęła się zadowolona, że udało jej się zainteresować współpasażerkę. Nie to co ten cham w marynarce. Ani be, ani me, tylko się gapi w okno, myśliciel nieużyty. Może w końcu sobie porozmawia. Bo już od tej ciszy uszy bolą. — Syn robi.

— Syn?

Kobieta wyciągnęła z torebki gigantyczny kopertowy portfel. Odchyliła klapkę, przetarła mankietem pleksi przy minialbumiku.

— Gniewko — rzekła z dumą. — Mój najstarszy.

Ze zdjęcia uśmiechał się ubrany w piastokołodziejskie ciuchy postawny chłopak. Mieszał w zawieszonym na wygiętym pręcie, okopconym saganie. Pomarańczowe płomyki niewielkiego ogniska wspinały się po czarnym brzuszysku gara.

— Ładny chłopak — oceniła szczerze dziewczyna i uśmiechnęła się do kobiety.

— Ale szczęścia to on nie ma, oj nie ma…

— I z czego on tę sól gotuje?

Dziewczyna wpadła w sieć pociągowej rozmowy i on też zaraz się dowie wszystkiego o życiu Gniewka i jego braci, z pochodzeniem imienia włącznie. Reszta latorośli pewnie także ze słowiańskiego klucza: Mściwój, Bożydar czy inny Bolko. A córka — jeżeli jest — pewnie Dąbrówka. Zainteresowała go jednak kwestia soli. Nadstawił ucha.

— A ze źródełka. U nas biją słone źródła i bierzemy do kiszenia, do okładów, uzdrowiska do inhalowania, a Gniewko sól odzyskuje. — Zauważyła, że on też słucha, i zadowolona opowiadała dalej: — Gotuje, gotuje, gotuje, a sól się wytrąca i osadza na ściankach i jest. Tak warzyli jeszcze w średniowieczu, na Pomorzu. Stara sztuka warzelnictwa. Prymitywna, bo bez panwi, ale sól samo zdrowie, lepsza od tej z tybetańskich klasztorów.

Kobieta umilkła i wyraźnie coś sobie kalkulowała. Może jednak nadałby się na zięcia? A ta mała na synową?

— Chcecie zobaczyć? — rozbroiła pomidorka i pokazała różowawe kryształki.

Dziewczyna odruchowo wyciągnęła rękę, ale zawstydzona zaraz ją cofnęła.

— Pani da, nasypię. Śmiało. Też czasem podjadam, chociaż to wodę zatrzymuje w tkankach. A może jednak jajeczko? — kusiła.

— A właściwie to poproszę — skapitulowała dziewczyna.

— Bardzo proszę — kobieta podała jajko i serwetkę. — Czuje pani? A pan?

— Co mam czuć? — spytała zdziwiona dziewczyna, sypiąc skorupki na serwetkę z KFC.

— No właśnie że nie słychać zbukami! — zakrzyknęła triumfalnie z lisim uśmiechem.

— Faktycznie, chociaż wie pani co? Mnie zapach jajek na twardo, nawet w pociągu, akurat dobrze się kojarzy. — Uśmiechnęła się dziewczyna.

— Mnie właściwie też. — Dał znać o sobie. Jeszcze zdąży przemyśleć to i owo.

— Hm… to może to — sięgnęła do torby i wyciągnęła termos w kratę. Odkręciła kubek i z jazgotliwym skrzypieniem wyciągnęła zatyczkę. Nie musiała nawet podsuwać pod nos srebrzystego wnętrza. W całym przedziale natychmiast zapachniało trochę kawą, mocno herbatą i korkiem.

— Tak, tak, to jest to! — ucieszyła się dziewczyna. Kobieta nalała gorącego płynu do brązowawego w środku kubka. Zaparowało.

— Śmiało. Przydałoby się drożdżowe ciasto z jagodami i kruszonką, ale mam zgagę — przyznała dawczyni.

— A ja jem wszystko i nic mi nie je — wtrąciła prostodusznie wystrojona w nylonową chustkę „gazówkę”starsza pasażerka, która nabrała chęci do rozmowy.

Tego jednak było już za wiele. Przewidując, że zaraz zaczną się gadki o chorobach, służbie zdrowia i lekarzach łapówkarzach postanowił opuścić przedział. Szarpiąc za drzwi, przesunął je i przecisnął się przez wąską szczelinę. Wyszedł na korytarz.

Otworzył okno, podmuch wiatru przyniósł zapach naturalnego nawozu i ciepłych, nagrzanych czerwcowym słońcem traw. Tereny nawet, nawet. Grunt, że nie płaskie i nie zbytnio górzyste. Oczywiście północno-zachodni krajobraz nijak się miał do podlaskiego. Ani jednej cerkiewki pośród rozstajnych wierzb. Nawet małej kapliczki z frasobliwym świątkiem, co martwi się losem wieśniaczym. Uspokój się, chłopie, bo już nostalgiczne farmazony wymyślasz, jak szóste pokolenie Polonii w Brazylii. Wierzby rozstajne? Tfu, tfu, Jesienin się znalazł.

A przecież rozstał się z życiem tam, ze szpitalem, z ordynaturą na okulistyce. Z Dorotą. Bez zrozumienia i bez powrotu. Nie mogła znieść „tamtej”, „tego czegoś”, jak się o niej wyraziła, a on mimo miłości do Doroty nie był w stanie z niej zrezygnować. Nie była żadnym fizycznym zagrożeniem, nie zdradzał z nią jej ani żadnej innej kobiety, z którą próbował być. Każda w najlepszym razie stawiała twarde ultimatum. Albo-albo. Mimo wielu prób, postanowień i brutalnych zerwań z wyrzucaniem wszystkiego, co do niej należało, nie mógł odstawić Drugiej. Zawsze wracała, a on witał ją z ulgą i mimo wszystko zawsze z radością. Jej nigdy nie przeszkadzały jego kobiety, ani te, które kochał, ani te na jedną noc. Przeciwnie, była ich ciekawa i gotowa zaprzyjaźnić się z każdą z nich.

Był pewien, że niedługo pojawi się także w Kołobrzegu. Niech się tylko urządzi i zobaczy co i jak. Pójdą na zakupy, złupią sklepy z bielizną, butami i perfumerie.

Jego przedział był pośrodku korytarza. Na korytarzu było pusto. Czerwony neonik WC nad drzwiami zgasł, zaraz też rozszedł się zapach moczu, szarego mydła i potem wyraźniejszy nieznanych mu perfum. Patrzył trochę już znudzony. Do przedziału tuż przy drzwiach weszła drobna, szczupła blondynka. Nawet na niego nie spojrzała.

Szkoda, nie była do końca w jego typie, ale przyjemniej byłoby jechać w przedziale z nią i może już mieć pierwszą znajomą. Kobiet odbiegających od estetycznych upodobań nie brał pod uwagę. Od razu założył, że blondynka jest z Kołobrzegu. Czym prędzej postanowił spróbować zawrzeć znajomość. Najlepiej na sierotę. Duży, przystojny, silny i bezradny — to zawsze działało. Pod pretekstem skorzystania z toalety poszedł do korytarzyka przy ubikacji, do której za żadne skarby sanepidu by nie wszedł. Zerknął do przedziału. Zobaczył, jak blondynka uśmiecha się zmęczona do rozgadanej starszej pani. Zostały jeszcze dwie godziny jazdy. Zaraz pewnie wyjdzie na korytarz, żeby odpocząć od męczącej współpasażerki. Widać taka trasa.

Poszedł pod swoje drzwi i czekał. Nie miał nic innego do roboty. No wyjdź, sarenko, pogadamy. Może pokażesz mi miasto, a ja tobie mojego liska. Raz, dwa, trzy… Po minucie wyszła. Aha! Zlustrował ją jakby od niechcenia, lata praktyki i diagnostyki sprawiły, że nie musiał się natrętnie i po chamsku gapić, żeby mieć obraz całości. Mogłaby być trochę starsza i wyższa. Przydałoby się też zrzucić ze trzy kilogramy. Dosyć paskudny profil rekompensowały ładny wygląd en face i piękne włosy, do których idealnie pasowały śliczne dłonie, które przeczesywały naturalnie jasne pasma. Kobieta północna. A może półdzienna? Spojrzał w odbicie w szybie, pomrugał oczami, oblizał usta. Nie musiał wciągać brzucha.

— Dzień dobry pani.

— Dzień dobry — westchnęła i odwróciła się przodem.

Czyli wie, że ma zły profil, i zależy jej, żeby patrzył na nią z lepszej perspektywy. Znam to, sarenko, znam. Nie przejmuj się, reszta jest OK. Jak na północ.

— Przepraszam, że tak obcesowo pytam, ale czy pani zna Kołobrzeg?

— Jak zły szeląg — odrzekła z udawaną chmurnością. Spojrzała mu w oczy. I obrysowała wzrokiem sylwetkę. Przez twarz przeleciał lekki uśmieszek. Jakby wszystko wiedziała. Niemożliwe. Odruchowo potarł oczy i schował dłonie w rękawach lnianej marynarki. Szeląg, żartownisia.

— Czy ulica Dworcowa jest długa?

— To zależy. Dla pana jeszcze nie.

— Dlaczego? — Co ona sobie wyobraża? On tu jest od zadawania pytań.

— Bo jest pan sprawny, młody i trzeźwy — jawnie sobie z niego kpiła.

— Aha. — Zaskoczony zapomniał być bezradny. Dobrze pamiętał, gdzie jest Dworcowa, i wiedział, że rosną tam dęby, a także jaką ma ona długość. Od dworca do rzeki. Dziesięć minut spaceru.

— To jeszcze zależy od tego, jak długo zamierza pan tu zostać. Im dłużej, tym krócej. — Patrzyła rozbawiona jego niemądrą miną. — No wie pan, syndrom dorastania.

— Myślałem, że skraca się dopiero przy powrocie po latach — odpalił.

— W Kołobrzegu to nie działa. — Wyszczerzyła zęby w uśmiechu. Najwyraźniej nie miała już ochoty być pochmurna. — A więc? Na jak długo?

— Na razie dwa lata.

— Czyli nie kuracja?

— Nie.

Olejek weź wonny i lej przez lejek… — zaśpiewała torebka. Blondynka cmoknęła zniecierpliwiona.

— Nooo? Co?! O nieee — zajęczała. — Ja pierdolę, ale całkiem? Na amen? — Oparła czoło na brudnej ramie okna. Włosy szczelnie okryły profil. Słuchała. — To co mnie straszysz?! Na jedynkę sobie takie rzeczy pisz w tej swojej gazecinie. Oj, tak mi się powiedziało, wiem, że wam zmienia tytuły. Nie giezgaj się tak, ale mnie poniosło. Wiesz, ile mu zawdzięczamy. — Odsunęła od ucha telefon, z którego perorował kobiecy głos. Wojtek nie odróżniał słów. Może zaraz się dowie, o co chodzi.

— Da radę, trochę mu się pomoże i będzie git! — Blondynka odzyskała humor. — Nie, nie tylko ludziom, ciołeczku głupiutki. Niczego się nie uczysz, słowo daję. Muszę kończyć. Widzimy się jutro, bo dzisiaj zdycham. Ano tak, to już dziś. Wszystko mi opowiesz. I pamiętaj o kolorze. Pa, kochana, pa. — Zamknęła telefon i wrzuciła go do torebki. — Czyli do pracy? — Podjęła wątek. Nie miała zamiaru przekazać mu treści rozmowy, która tak ją wzburzyła.

— Yhym.

— Spodoba się tu panu.

— Tak?

Zaczęła go intrygować. Nie przeszkadzało mu, że jest od niego młodsza. Nie przeszkadzał mu także fakt, że miała obrączkę. Z mężatkami zawsze było prościej i bez większych komplikacji. Czysty układ. Zaraz się wymienią numerami telefonów. Niech tylko włączy w końcu tryb sierocy, a ona będzie mu przynosić obiad w trojakach. Zrobił bezradną minę, jak ukochany wnusio jedynak, który stłukł ulubioną filiżankę babci.

— Z pana zdolnościami na pewno — zrobiła bezradną, lustrzaną minę.

Przejrzała go. Pierwszy raz został zdemaskowany i do tego poinformowany. Fajna jest. Ciekawe, czy zdradza męża. Dalsze udawanie nie miało sensu. Trafiła kosa na kamień. Nie zmartwiło go to specjalnie.

— Na panią nie podziałało.

— Bo ja jestem odporna, ale przyznaję, ma pan potencjał. Poza tym kocham męża — stuknęła serdecznym palcem o szybę.

— Wojciech Beatowski. Łomża. — Skłonił się.

— Cóż, nie pana wina. Marta Kuterska. Kołobrzeg — Wyciągnęła rękę. Uścisnął ją krzepko.

— Masz coś przeciwko Łomży? — Uznał, że przeszli na ty. Na brudzia przyjdzie czas. Może nawet fajnego ma tego męża.

— Ależ skąd! Tak mi się tylko powiedziało.

— Aha.

Nie. Nie będzie z nią zaczynał, jest zbyt dziwna i nieobliczalna. Lubił ryzyko i nieobliczalne kobiety, ale nie na obcym terenie i do tego niewielkim. Nie miałby jednak nic przeciwko sympatycznej znajomości. W końcu nie znał tu nikogo. Człowieka, który miał go odebrać z dworca i dać klucze do wynajętego w ciemno mieszkania, też znał tylko ze słyszenia. Dosłownie. Kontakt dostał od Lucia Jodowskiego, zaprzyjaźnionego internisty ze szpitala, w którym pracował. Lucjan pochodził z Kołobrzegu, znał miasto i z czystym sumieniem polecił mu to miejsce.

— Jeżeli lubisz chłód i wichury, to Kołobrzeg będzie idealny — przekonywał.

Wojtek nie przepadał za chłodem i wichurami. Ale nie był też idealistą i nie wymagał od życia za wiele. Zminimalizował potrzeby i przeszedł w tryb czuwania. Nigdy nic nie wiadomo. Miał jeszcze do wyboru Zakopane i Warszawę. Duże miasta przytłaczały go, a góry zapierały dech i tak już skracany przez epizody astmy. Zdecydował się więc na Wybrzeże. Poza tym bywał tu jako mały chłopiec i uznał, że może być całkiem ciekawe sprawdzić, czy coś pamięta.

Lucio ucieszył się z jego wyboru.

— Nie pożałujesz. Zobaczysz, to szczęśliwe miasto. Trochę specyficzne, ale da się wytrzymać.

— A kobiety?

— Piękne — puścił oko.

— To jadę!

Spojrzał na zegarek, jeszcze jakaś godzina i będzie na miejscu. Pociąg zatrzymał się na większej stacji. Marta zniecierpliwiona wywróciła oczami.

— Białograd — przeczytał półgłosem. Nazwa zabrzmiała całkiem swojsko.

— Białogard! — poprawiła go Marta i fuknęła.

— Niedobre miejsce? — spytał ostrożnie. Miasteczko z okna pociągu wydało mu się interesujące.

— Dobre, ale jeszcze z godzinę do Kołobrzegu. Od teraz będzie się zatrzymywał na każdej stacji. Nie mam już siły.

Nie wyglądała na wykończoną. Zastanawiał się, jak musi wyglądać w olimpijskiej formie. Zrezygnował z komplementu.

— Daleko to?

— Trzydzieści parę kilometrów. Samochodem pół godziny.

— A do morza?

— Nie wiem, którędy najbliżej, ale ta dziura nie leży nad morzem.

— Aha.

Co go obchodzi jakiś Białogard, jest zorientowany na Kołobrzeg, na okolice przyjdzie czas. Tak jak teraz przyszedł czas na zadzierzgnięcie znajomości z Martą, a potem z jej mężem, znajomymi i ich znajomymi. Byle nie za dużo. Kilka kulek grona znajomych wystarczy. Z doświadczenia wiedział, że osiem osób to maksymalna liczba. Niekoniecznie tylko par. Zdawał sobie sprawę, że jako pojedynczy egzemplarz w nowym środowisku nie zostanie miło powitany ani przez mężów, którzy będą widzieli w nim zagrożenie dla małżeństw, ani przez singielki, które kosztem przyjaźni i damskiej solidarności zaczną zabiegać o jego względy. Nie wykluczał, że jakąś wybierze. Problem polegał na tym, że te, które się przed nim prężyły, nie wywoływały nawet śladu sprężystości, a te, przed którymi z chęcią on by się naprężył, były już zajęte albo tak doskonale udawały obojętność i niedostępność, że więcej przyjemności sprawiłoby mu zdobywanie Giewontu zimą w trampkach z bacą na plecach.

No i była jeszcze kwestia wieku. Od zawsze lubił starsze kobiety. Nie wynikało to zresztą z żadnych kompleksów czy zależności lansowanych przez psychologiczno-mitologiczne nurty współczesnej szkoły analizy postaw i zjawisk.

Kobieta starsza o sześć, osiem lat była ideałem, z którym chciał iść przez życie, być w dobrej kondycji, a w razie potrzeby i fanaberii wspomagać ją albo siebie skalpelem kolegów z kliniki urody. Do trzydziestych urodzin, zanim tamta rozgościła się na dobre w jego przestrzeni, bycie z kobietą przed czterdziestką nie było niczym zwracającym uwagę. Kobiety w tym wieku czuły się jeszcze dziewczynami, widziały same plusy wieku trzydzieści plus i żadnej nie musiał zapewniać, że są fantastyczne, idealne, piękne i że każda młodsza może im kroić ogórki na maseczki albo podawać piłki na tenisowym korcie. Z żadną jednak nie udało mu się być dłużej niż pół roku. Odchodziły do staruchów albo wracały do mężów czy pierwszych miłości z podstawówek czy liceów.

Z roku na rok coraz trudniej znajdował wysokie, szczupłe blondynki, najlepiej naturalne, pozbawione kompleksów, świadome swojej urody, wartości, inteligentne i samodzielne. Nawet na zjazdach i sympozjach okulistycznych, na których swoboda i atmosfera seksu wisiały w powietrzu jak kropla pilokarpiny nad okiem z jaskrą, trudno było kogoś wyłowić i przekonać. Mimo że wyglądał na starszego, i tak przez większość kobiet, które mu się podobały, był skreślany. Nie rozumiał dlaczego. Za każdym razem wkurzał się w sytuacjach, w których brzuchate, łyse gnomy zgarniały najpiękniejsze okazy.

— Wrzosowo. Zaraz będziemy — wyrwała go z zamyślenia Marta. — Jak masz dużo bagażu, to radzę się już powoli wyprowadzać z przedziału, żeby cię na bocznicę nie wywieźli.

— Na dwie ręce. Zdążę. A ty? Może ci pomóc?

— Nie, dziękuję.

Pociąg zaczął hamować w szczerym polu.

— Jak na miasto, to mały ten dworzec macie.

— To przedostatnia stacja.

Wystawił głowę za okno. Zaciągnął się wiejskim powietrzem. Znowu nawóz i ani śladu morskiej bryzy. Kiedy pociąg ruszył, przeczytał, że mikroskopijna budowla z pomalowanej na miodowo cegły to dworzec w Stramnicy.

Po paru minutach ukazały się pierwsze wieżowce i biało-czerwone rogatki. Nie wyglądało to obiecująco. Bloki jak wszędzie, szaropastelowa ohyda. Dobrze, że chociaż jego przyszłe mieszkanie znajdowało się w starej kamienicy. Miał nadzieję, że wyremontowanej.

— Miło było cię poznać. Jakbyś czegoś potrzebował — zrobiła bezradną minę — to dzwoń, coś się poradzi.

Dała mu wizytówkę. Na kartoniku z gołąbków i pierogów fantazyjny grafik ułożył napis „Jadłodajnia pod Kasztanami. Śniadania, obiady, desery. Także bez mięsa”.

Uśmiechnął się szeroko.

— Ależ jestem głodny, na pewno przyjdę. A to moja… — Przeszukał kieszenie i portfel.

— Puść mi strzałkę albo po prostu przyjdź. Cześć. — Poszła do swojego przedziału.

Wagony z ogłuszającym piskiem skończyły trasę. Na peronie stało kilkanaście osób. Kilka trzymało sfatygowane zalaminowane kartki z napisem WOLNE POKOJE. ZIMMER FREI. Nie zdążył stanąć na peronie, kiedy dopadła go blada, starsza pani w białej kapitańskiej czapce.

— Może pokoik potrzebny? Do morza dwa kroki — przymilała się.

— Panie, to nora, nawet szczury tam nie śpią, chodź pan do mnie. U mnie luks, łazienka, ciepła woda do jedenastej. I gościa można zanocować za pół ceny — mrugnął porozumiewawczo grubasek w białej, przybrudzonej czapce z daszkiem z napisem „Klimatyczny Kołobrzeg”.

— Sam pan jesteś szczur! — wrzasnęła pani kapitan i potruchtała do kolejnego wagonu, z którego wysiadła para młodych.

Oszołomiony Wojciech wziął bagaże i poszedł w kierunku głównego wyjścia, gdzie miał na niego czekać Jerzy Król, ortopeda ze szpitala, w którym wkrótce Wojciech zamierzał rozpocząć pracę. Pojęcia nie miał, jak go rozpozna, ale nie przejmował się tym zbytnio.

Stał na schodkach przed rozsuwanymi drzwiami i rozglądał się z ciekawością. Z rabatki przed gmachem wynurzała się kwietna foka, druga w całej okazałości czekała na koleżankę. Stalowe wąsy błyszczały w popołudniowym słońcu. Z koszy na śmieci jakby do kompletu połyskiwały druty niezliczonych pokiereszowanych parasoli. Ani śladu kolegi ortopedy. Już miał wyciągać komórkę, kiedy pod dworzec zajechało czarne audi i w otwartych drzwiach od strony pasażera zobaczył wysuwający się karton. Zaintrygowany przeczytał: „EG TA ŻĘ!”. Zaiste ciekawy to rejon. Kierowca szybko wysiadł i pomógł wygramolić się trzymającemu karton. „KOŁOBRZEG WITA ŁOMŻĘ!” Wojciech rozejrzał się dookoła. Marta ściskała dwóch identycznych kilkuletnich chłopców i tuląc się do ich większej kopii, szła w stronę minivana. Nikogo więcej nie było. Czyli chodzi o niego.

— Strasznie cię przepraszam. Jerzy Król — Wyciągnął rękę. — Uwierz mi, siła wyższa.

— Witamy na ziemi kołobrzeskiej — zakrzyknęła młoda czarnowłosa kobieta. — To jego wina, bo się nie chciał zgodzić na to. — Zamachała kartonem.

— Nic się nie stało. — Wojciech uśmiechał się szeroko.

— Jestem Weronika Król. — Zmrużyła zielone oczy. — Powiedz, czy to był zły pomysł?

— Nikt mnie jeszcze nie witał transparentem. To nawet miłe.

— A widzisz, widzisz? Mówiłeś, że narobimy wiochy. Wojtkowi się podoba — bez ceregieli przeszła z nim na ty. Jerzy umieścił walizkę i owinięty kocem spory zwierzęcy transporter w bagażniku. Weronika odstąpiła gościnnie miejsce obok Jerzego. Jak chce sierściucha wozić w bagażniku, to niech wozi. Nic mu się nie stanie.

— To wprawdzie dwa kroki stąd, ale zajedziemy z fasonem. Jak państwo — pytlowała.

Jerzy milczał i był wyraźnie zadowolony, że żona gada za nich dwoje.

Wojciech Beatowski nie należał do wylewnych i rozmownych mężczyzn, więc najchętniej wyłączyłby audio Weroniki i milczał przez parę dni, ale nie chciał wyjść na gbura ze wschodu.

— Wiem, dawno temu byłem tu z rodzicami na wczasach. Mieszkaliśmy na ostatnim piętrze bloku z widokiem na rzekę i chyba bibliotekę, ale dobrze nie pamiętam.

— Mogło tak być — zgodziła się Weronika. — Ale z tego mieszkania Parsęty raczej nie zobaczysz. Chociaż, może? Jerzy, widać stamtąd rzekę?

— Nie zwróciłem uwagi, ale chyba tak.

Kiedy mijali hotel, z parkingu, wymuszając pierwszeństwo, wystrzelił jak z procy zielony mini morris z brytyjską flagą namalowaną na całej powierzchni dachu.

— Kurwa mać! — wykrzyknął, ostro hamując, Jerzy.

— Piękności — zachwycił się modelem z roku 1970.

— Zdzira — uzupełniła Królowa.

— Skąd wiesz, że to była ona? I dlaczego od razu zdzira? — Jerzy wziął w obronę osobę kierującą jednym z najładniejszych samochodów, jakie widział.

— Też mi zagadka. — Weronika wsadziła głowę między przednie siedzenia. — Po pierwsze, to gówienko, jakkolwiek urocze, jest samochodem dla kobiet. Po drugie, widziałam jej blondgłówkę. I po trzecie, zrobiła to specjalnie, żeby poderwać kierowcę. Wszystkie one takie same. Automobilistki jedna z drugą. „Przeleć mnie, to takie romantyczne” — zacytowała.

Wojtka zatkało, zawsze myślał, że zazdrość w tak czystej postaci jest domeną mężczyzn. A tu ma wersję kobiecą i, co dziwne, wcale nie toksyczną. Nawet na swój sposób uroczą, bo to, że Jerzy świata nie widział poza przyciężkawą żoną, było jasne jak światło oftalmoskopu do badania dna oka.

— Kochanie, każdy się może zagapić. Jeszcze Wojtek sobie pomyśli, że jesteś zazdrośnica.

— Ja?! Nic podobnego, po prostu widzę więcej — oznajmiła pogodnie bez cienia focha.

Mężczyźni uśmiechnęli się równocześnie — wiedzieli, że się polubią. Wojtek jeszcze nie był pewny, czy polubi Weronikę. Z zachowania trochę przypominała mu Martę z pociągu, ale być może na północy kobiety po trzydziestce właśnie takie są — endemiczne oryginały.

Przed oflagowanym wejściem do mijanej poczty stała zapłakana kobieta, którą otaczała gromadka dziennikarzy. Błyskały flesze fotoreporterów. Twarz płaczącej przesłaniały dyktafony i mikrofony z kostkami z nazwami stacji radiowych i telewizyjnych. Na pierwszy rzut oka widać było, że otoczona miała ochotę czmychnąć, chociażby do skrzynki na listy.

— Ci wszyscy niedouczeni dziennikarze wszystko zrobią dla wierszówki — skomentował Wojciech.

Weronika poruszyła nosem. Zawachlowały skrzydełka.

— Lepiej zrobić wszystko dla artykułu — zaakcentowała słowo — niż nic dla pacjenta.

Niezły początek, nie ma co. Jerzy spojrzał przez lusterko na Weronikę, uniósł leciutko brwi. Nie jest dobrze, nie jest dobrze.

— Ale oczywiście jesteśmy ludźmi i każdy jest inny — wyczarowała promienny uśmiech, pilnując, by nie był protekcjonalny. — Są dziennikarze i dziennikarze oraz lekarze i — zerknęła na Jerzego — lekarze.

Ortopeda odetchnął. Za wcześnie.

— A nawet okuliści. — Patrzyła z tą swoją bezczelną miną, którą Jerzy tak lubił, ale na litość, nie teraz!

Uśmiechała się oczami i gapiła na Wojtka. Zielony przeciw piwnemu.

— Aj, aj — Wojciech zasłonił sobie usta ręką i uśmiechnął się zażenowany. — Strzeliłem fopasa, tak?

Fantastyczny początek. Teraz brnij, dyplomato z rady zakładowej.

— Malutkiego. — Nie można było poznać, czy Weronika jest obrażona, zła, czy jej to wisi. Neutralne pH.

— Ty czy rodzina? — domagał się ciosu.

— Ja, ale nie gniewam się, jednakowoż… — wzięła głębszy oddech. Jerzy już szykował mowę na przeproszenie Wojciecha. — Musisz mnie zrozumieć, gdyby ktoś najeżdżał ogólnie na lekarzy, też byś zareagował. Prawda, kochanie? — Położyła brodę z boku siedzenia kierowcy.

— Prawda i już koniec, dobrze?

— Dobrą miałeś podróż? — spytała słodko Weronika.

— Całkiem znośną.

Nie będzie udawał, że dwanaście godzin w upale to przejażdżka białą flotą po Loarze. Skoro zresetowała jego wyskok, to nie będzie się kajał.

Zaparkowali przed starą kamieniczką naprzeciwko poczty. Weronika wskazała okna na ostatnim piętrze.

— To te. Drugie są po tamtej stronie — pokazywała palcem.

— Numer mieszkania trzynaście. Ten od domofonu, ten od drzwi, śmietnika i skrzynki — instruował Jerzy, wręczając klucze z plastikowymi kolorowymi nakładkami.

— Jerzy pomoże ci wnieść bagaże i znikamy — zarządziła Weronika. — Nie będziemy ci mieszać w pierwszych wrażeniach. Po lewej jest Biedronka i knajpa, bibliotekę otwierają rano, poczta, wiadomo. Aha, jak się ściemni, będziesz miał niespodziankę — zasypywała go gradem informacji. — I najważniejsze: jakby co, to dzwoń!

W transportówce coś zaszurało. Weronika i Jerzy zignorowali kocie, jak przypuszczali, poruszenie. Nie przepadali za tym akurat przedstawicielem futerkowców. Jerzy wziął walizkę. Wojtek z powitalnym kartonem pod pachą chwycił opatulone pudło. Zwierzę nie wykazało już żadnej aktywności.

Rozdział drugi Kamienie w worku osierdziowym

— Robert dzwonił?

— Nie, mamo, nie dzwonił.

— Po co ja się pytam. Wiadomo, że nie zadzwoni, po tym, co usłyszał.

— Już ci się poskarżył?

— Poskarżył? — Spytała ulubionym prokuratorskim tonem. — On był zdruzgotany. Zdruz-go-ta-ny — sylabizowała dobitnie.

— Mamo, to już koniec.

— Wiem o tym! Bardzo dobrze wiem! — krzyknęła z pretensją. — Nigdy nie potrafiłaś docenić tego, co masz. Nigdy. Nawet moje poświęcenia traktowałaś jako coś naturalnego. A przecież to ja cię wydaliłam na świat.

— Mama mówiła, że miała cesarkę.

— Nie pyskuj mi!

Gizela nie miała siły na kolejną awanturę z matką, wobec której zawiniła tym, że się urodziła. W głębi poniewieranej duszy wierzyła, że kobieta, która ją urodziła, kocha ją, ale nigdy nie miała okazji, by się o tym przekonać. Jej laurki po wyśmianiu koślawych literek, niebieskich misiów i czerwonych drzew lądowały w koszu na śmieci. Te późniejsze, starannie kaligrafowane, ze zgodną już kolorystyką, także nie wywoływały nawet cienia uśmiechu. Ojciec nie miał śmiałości zachwycać się jej dziełami, które przechodziły przez biuro podawcze żony. Matka nigdy jej nie przytulała. Chyba że przy ludziach, z których zdaniem bardzo się liczyła. Doskonale wpisywała się w matrycę matki kwoki-kumpelki. Uwielbiała zachwycone, pełne aprobaty spojrzenia otoczenia, kiedy gładziła po jasnych włosach „kochaną Elunię” i tuliła do rozłożystych piersi wylewających się zza małego stanika. Duża, otyła, z dołeczkami w bułczanych policzkach, z dobrotliwym uśmiechem nieco wystających zębów. Przypominała gigantyczną zajęczycę opiekującą się drobniutką wiewiórką albinoską. Gizela nienawidziła tych chwil. Matka zawsze wzdychała przez uśmiechnięte usta, że jeszcze chwila tych czułości, a się porzyga. I ta „Elusia”. Gizela, imię wybrane przez ojca, było jedyną rzeczą, na jaką zgodziła się Małgorzata Feredyńska, ale nigdy się do niej tak nie zwracała. Niech się mężowi nie zdaje, że zwyciężył absolutnie. Chociaż i tak było jej obojętne, jakie imię wpisze do metryki. Mogła być Mąka, Zakąska czy Roleta. Och, gdyby wtedy sprawy potoczyły się inaczej, jej życie byłoby zupełnie inne. Nie musiałaby się użerać z tą chudą, wyblakłą kopią tego nieudacznika Władysława, farmaceuciny, który okazał się też niewdzięcznikiem i nieudacznym pisarzyną. Odszedł w samą porę. I bardzo dobrze. Niech się tamta, też nic niewarta, z nim morduje. Malareczka jedna, ze złamaną sztalugą. Niech sobie tworzą bohemę z dziurawym dachem. Banda i tyle.

Małgorzata ani przez chwilę nie żałowała, że jej małżeństwo rozpadło się jak kopnięty wiosną bałwan. Mimo przekroczonej sześćdziesiątki nie zamierzała zwalniać tempa życia i odmawiać sobie czegokolwiek. Chodziła na dyskoteki, parę razy w roku jeździła na wycieczki do egzotycznych krajów, w których za doładowania komórki wielobarwnych kochanków ładowała seksualne akumulatory. Często robiła weekendowe wypady do Włoch, Pragi czy Portugalii. Zawsze z przyjaciółką, prawie siostrą Mariettą, z którą poznała się w dziecięcym sanatorium w podziemiach Wieliczki. Pisały do siebie listy, wybłagiwały u rodziców odwiedziny i wspólne wakacje. W lipcu u Marietty w Wołominie, w sierpniu w Kołobrzegu u Małgorzaty. Od kilku dobrych lat wołominianka na parę miesięcy stawała się kołobrzeżanką. Kupiła apartament w jednym z klitkowców nad morzem i grasowała po mieście od czerwca do listopada, kiedy wichury stawały się nie do wytrzymania. Marietta, jak na lojalną przyjaciółeczkę przystało, nie lubiła Gizeli i kąsała ją, kiedy tylko nadarzała się okazja. Małgorzacie nie przeszkadzało, że córka nie obdarzyła jej choćby jednym wnukiem czy wnuczką. Nie interesowało jej też, czy Gizela nie może albo nie chce mieć dzieci, więc by dokuczyć córce, zmieniała taktykę. Raz robiła wyrzuty, że nie ma dzieci i że jak tak dalej pójdzie, to urodzi nienormalny tłumok, innym razem cieszyła się, że właściwie to dobrze, bo gdyby miało być takie jak matka, to lepiej, żeby nie powoływać na świat kolejnego nieszczęśnika. Najbardziej lubiła oferować jej pomoc w zapłodnieniu in vitro. Wina za bezdzietny stan była rzecz jasna po stronie Gizeli, bo ogier Robert zapładniał wzrokiem. A teraz stoi przed nią i z dumą oświadcza, że się rozstaje. I to z kim! Z najlepszą partią w mieście! Bajecznie bogatym przystojniakiem, z którym wczasowiczki robiły sobie zdjęcia na molo.

— Nie pyskuję. Tylko uważam, że…

— Królewna z kartonu coś uważa. No proszę — Małgorzata wykrzywiała twarz. — Teraz będziesz sama do końca życia. Czterdziestka już ci dawno weszła na ten twój chudy kark. Nikt cię nie zechce. — Gizela nawet nie czuła smutku, łzy już dawno przestały napływać do oczu podczas takich rozmów. Uodporniła się. Zamroziła. Ciekły azot na uczucia.

— Mamo, ale to ja jego nie chcę. Mam dosyć.

— A czego to masz dosyć? Noszenia na rękach? Wycieczek po świecie? Wysokiego standardu życia, o jakim inne kobiety mogą tylko pomarzyć na zakupach w biedadyskoncie? — wyraźnie się rozkręcała.

Gizela nie miała zamiaru ani się tłumaczyć, ani usprawiedliwiać czy przyznawać, co spowodowało, że skończyła z Robertem. Wreszcie, ostatecznie. Bez możliwości powrotu. Jednak patrząc na wściekłą matkę, postanowiła powiedzieć całą prawdę o cudownym Robusiu. Podeszła do barku i ignorując piorunujące spojrzenie Małgorzaty, nalała sobie koniaku. Upiła łyczek. Szkoda, że papierosy przestały jej smakować, mogłaby dodatkowo postawić się matce. Wiedziała, że byłaby to dziecinna zemstewka, i uśmiechnęła się do siebie.

— Niech mama posłucha — zaczęła spokojnie.

— A co ja innego robię? — warknęła Małgorzata i pociągnęła się za bluzkę. Typowy gest grubasów.

— On mnie nigdy nie kochał.

— I tu się mylisz. Bo kocha cię nadal. Chociaż, Bóg mi świadkiem, nie wiem za co.

— Między nami już nic nie ma. Wszystko robimy osobno. Byłam mu potrzebna, żeby dobrze wyglądać przy jego boku i ozdabiać zjazdy, konferencje i spotkania ze sponsorami.

— Zapomniałaś tylko dodać, że to wyglądanie było w stolicach świata, najlepszych hotelach, na pokładach jachtów i prywatnych odrzutowców. Wśród elity.

— Elita! Też mi coś, nienawistni, zadłużeni, zakłamani, pozorni. Upijali się jak świnie i klepali po tyłkach kelnerki i cudze żony.

— Ubyło ci?

— To było obleśne. Tak samo jak i Robert zresztą. Poza tym on… — Zagryzła wargi.

— Widocznie sobie na to zasłużyłaś!

— Gdyby mnie uderzył, nie byłabym z nim ani sekundy. Nie trzeba bić, żeby ranić, mamo.

— Znowu te twoje mądrości za dychę. O co ci znowu chodzi?

Zastanowiła się chwilę. Czy matka zrozumie, że starszy o kilkanaście lat Robert tresował ją sobie jak egzotyczną małpkę? Sztorcował na każdym kroku, a im większe miał audytorium, tym chętniej ją ośmieszał. Zazdrościł jej szybkiego kojarzenia i gasił po każdym zdaniu, bagatelizując jej poczucie humoru i efekt, jaki wywoływały jej celne riposty. Była lubiana w towarzystwie, podczas gdy on uchodził za gbura. Wmawiał jej niedostatki w wychowaniu, kulturze i ogładzie. Mało brakowało, a parę razy pouczyłby, jak się je nożem i widelcem i co zrobić z serwetką. Umiejętność, którą sam nabył na tajnych kursach u znajomego dyrektora hotelu, dawnego kierownika sali GS-u, w której za młodzieńczych lat przygrywał na organach marki Yamaha na potańcówkach i weselach. Za koncerty życzeń, na których grał wykupione kawałki na życzenie, brał więcej, niż wynosiła miesięczna pensja patroszącego śledzie pracownika Barki. Miał pieniądze i zmysł do interesów. Jako dziecko potrafił przehandlować wycięty z opakowania matchboksa model samochodu na prawdziwy czy na kilka gum balonowych Donald z historyjkami. Rzadko pozwalał sobie na żucie. Wolał je inwestować lub trzymać na czarną godzinę, kiedy trzeba było pójść na mszę, przepisać zeszyt z polskiego, wytrzepać dywan czy stanąć w kolejce po mięso. Różowa balonówka była najmocniejszą walutą, za którą kupował wykonanie zadań zlecanych przez matkę.

Kiedy jego firma rozrosła się i okrzepła na tyle, że konkurencja nie była już zagrożeniem, uznał, że czas na lalkę. Prawdziwą, rasową blondynkę, młodą i oczywiście dziewicę. Nigdy nie splamił się używanym samochodem i kobiety również nie zamierzał brać używanej. Kiedy postanowił zacząć pokazywać się z kobietą u boku, był dobrze po czterdziestce. Miał zamiar zdobywać rynki europejskie i azjatyckie, a tego bez damskiej ozdoby mógłby nie osiągnąć. Przyszli kontrahenci i partnerzy biznesowi zwracali uwagę na takie drobiazgi. Przeczytał o tym też w jakimś poradniku dla biznesmenów. Obawiał się, że bez kobiecego elementu będzie postrzegany jako pedał albo, co gorsza, kurwiarz. Chodził oczywiście do burdeli, zamawiał dziewczyny na telefon albo dzwonił na 0 700, teraz jednak chodziło o coś więcej.

Gizelę wypatrzył w Mysiej Dziurce, ekskluzywnych delikatesach, których właścicielką była jego dobra znajoma ze szkoły. Fakt, że zjawiskowo piękna dziewczyna była jej córką, a on mógłby być jej ojcem, nie stanowił przeszkody. Małgorzata z ulgą pozbyła się Gizeli z domu. Poza tym wydanie córki za najlepszą partię w okolicy było powodem do dumy i budziło zazdrość otoczenia. W ten sposób osiągnęła swój ulubiony stan ducha. Robert był przystojny, wysportowany i młodzieńczy. Nikt nie dawał mu więcej niż trzydziestki. Potrafił być czarujący, fantastyczny i tak przekonujący, że niespełna dwudziestoletnia dziewczyna uległa jego urokowi i zapewnieniom o miłości, szacunku, wyjątkowości i życiu usłanym bezkolcowymi różami. Od początku przeciwny małżeństwu był ojciec Gizeli. Widział, że Robertowi Szklanickiemu źle patrzy z oczu i orientował się w jego zwyczajach. Ale dla zauroczonej Gizeli jego ostrzeżenia były wyrazem zwykłej ojcowskiej troski i zrozumiałej męskiej zazdrości.

Z początku podobały jej się wyjazdy za granicę. Przeloty w biznesklasie, rejsy gigantycznymi wycieczkowcami, na których mąż podpisywał milionowe kontrakty. Lubiła też wylegiwać się na pokładach jachtów w towarzystwie żon, kochanek i flam wspólników Roberta. Jemu schlebiało, że była najlepszą sztuką, za którą oglądali się światowi potentaci motoryzacyjni, tuzy branży reklamowej i królowie pól naftowych. Niejeden kontrakt podpisał za samą możliwość wspólnej kolacji czy obietnicy czegoś więcej. Jednak nigdy nie posunął się do realizacji. Była jak samochód, a tego nigdy nikomu nie użyczał. Kiedyś podczas seksu na tylnym siedzeniu dostał zawału, a panienka, nie tracąc głowy, zsiadła z niego, przesiadła się za kierownicę beemki i zawiozła go na pogotowie. Lekarze, owszem, uratowali mu życie, ale samochód był już nie do użytku. Nie mógł się przełamać ani mentalnie, ani fizycznie. Wspaniałomyślnie oddał samochód dziewczynie. Lubił być nonszalancki i hojny. Im więcej osób widziało, na co go stać, tym lepiej. Obdarowywanym fundacjom, stowarzyszeniom i domom dziecka jawił się jako cudowny, szczerozłoty wybawca. Był łasy na komplementy i sławę. Chętnie pozował do zdjęć do lokalnych gazet i portali, udzielał wywiadów. Nie uznawał cichej dobroczynności. Uwielbiał błyszczeć i gdy się go bano. Potrafił poniżyć jednym gestem. Miał w sobie nienawistne nasienie, którego owoce sprawiały, że gardził ludźmi. W głębi pokręconego jestestwa wszystkimi, lecz okazywał to tylko słabszym i — co oczywiste — biedniejszym. Zanim Gizela zorientowała się, że coś jest nie tak, minęło kilkanaście lat. Dokładnie tyle, żeby dojrzeć, stać się prawdziwą kobietą. Z deklaracji o szacunku i miłości nie zostało nic. Nie traktował poważnie jej studiów ani osiągnięć w laboratoriach uczelni czy szpitalnych. Pierdzenie w stołek, gapienie się w mikroskop, każdy głupi potrafi. Politechnika Koszalińska to jest dopiero wartościowy kierunek. Biznes! A nie jakieś liczenie probówek z nie wiadomo czym na Akademii w Poznaniu u pyrusów. Do tego za grosze. Za największą hańbę człowieka uznawał biedę. Gizela zdecydowała się rozstać z Robertem z dnia na dzień. Jak wyniki na cito: akcja — reakcja — wykonanie. Ostatnie ziarenko w klepsydrze cierpliwości przesypało się, kiedy zobaczyła go rozwalonego w ich sypialni z przyssaną do krocza nastolatką. Nie chodziło jej o zdrady, które od dawna jej nie przeszkadzały, ani o to, że płacił kobietom za seks, którego między nimi właściwie nie było od kilku lat, bo uznał, że jest dla niego za stara i rutynowa. Raz po raz funkcyjnie łaskawie wypełniał obowiązek małżeński, przekonany, że robi jej święto rozkoszy. Kiedy nakryła go z tym prawie dzieckiem (nigdy nie zabierał się do nieletnich), dostrzegła, jaki jest żałosny i obrzydliwy. Z tym grymasem niezadowolenia, że śmiała mu przerwać w takiej chwili. Gestem wyrzucił ją z sypialni. Zatrzasnęło się. I teraz miałaby o tym mówić matce? Od tamtego popołudnia minęły trzy miesiące. Zdążyła kupić nowe mieszkanie w centrum miasta i wprowadzić się do niego. Przeprojektowała go para architektów, która w lot zrozumiała, o co jej chodzi. Mieszkanie miało więc powiększony kosztem pokoju balkon, powiększoną o część przedpokoju łazienkę i pomniejszoną o sypialnię kuchnię. Z ostatniego piętra wieżowca miała widok na rzekę, morze i pola usiane elektrowniami wiatrowymi. Urządziła się według własnego pomysłu, gustu i preferencji. Żadnych kafli poza łazienką. Zero połysku w kuchni. Nowy sprzęt i stare, zdekompletowane zastawy. Pełny ekumenizm wśród filiżanek, talerzy, spodków, miseczek i półmisków. Jedynie sztućce miała w komplecie. Te zabytkowe, srebrne, z misternym kwiatowym motywem, i nowoczesne, geometryczne Rosenthala. Nic nie przypominało jej wystroju ze wspólnego domu, nie powtórzył się też żaden element z domu rodzinnego. Czekała na zamówione według własnego projektu szafki do kuchni. Wykonania ich podjął się dopiero czwarty stolarz. Wszyscy odprawiali ją z kwitkiem, pukając się w czoło. Nikomu nie chciało się zrobić szafek z oknami ze starych wiejskich chałup czy poddaszy przedwojennych kamienic. Trumniarze i tyle. Tymczasem korzystała z prowizorycznych półkoszafek ze skrzynek na owoce i palet. Te proste konstrukcje z przyjemnością wykonał Władysław. Tym bardziej że córka była w końcu na swoim. Wolna od bogatego, znerwicowanego Roberta. Podleca i karierowicza. Uwolniła wszystkie króliki, które w tajemnicy przed Robertem kupowała na pchlich targach, sklepach z używaną odzieżą, u wiejskich i małomiasteczkowych artystów, w najdroższych galeriach. Jednak ze srebrnym, wykładanym diamencikami nie rozstała się mimo rozejścia się z Robertem. Wisiorek był jednym z niewielu prezentów, który kupił, kierując się jej pragnieniem.

Pluszaki pokotem leżały na kanapie i fotelach, figurki stały na półkach z książkami i parapecie. Co jakiś czas ganiła się za tę słabość, ale nie była w stanie się oprzeć. I w końcu też sprawiła sobie kota. Zawsze marzyła o kocie. Dużym, z mnóstwem kudłatej sierści, która fruwałaby po całym domu. Kocie, któryby posiadał psią naturę, to znaczy słuchał się i przychodził na wezwanie, lubił się miziać, okazywać radość, a także niezadowolenie, byle nie sikaniem do butów. Nie ceniła słynnej niezależności kotów, które łaskawie raz na kwartał dawały się pogłaskać w trakcie snu. Udało się. Franczeska, rasy brytyjskiej, nie była przesadnie kudłata, ale posiadała wszystkie inne fajne cechy. Nawet chodziła przy nodze bez zachęty. Jak kiedyś ona przy Robercie. Pies w futerku kota, ciekawe, jak sobie z tym radziła.

Gizeli nie obchodziło, co na ten temat mówiły matka i przyjaciółki. Wiedziała dobrze, że ani kot, ani zabawki nie były rekompensatą braku dzieci. Takiego braku nie da się niczym wypełnić.

— Zdajesz sobie sprawę, że nic nie dostaniesz po rozwodzie? — spytała słodko matka. — Paszła parcha won! — Przegoniła ocierające się o jej nogi zwierzę. Kotka spojrzała zdziwiona ma rozsierdzoną kobietę. Jak nie chce, żeby przestało ją siepać w kostkach, to nie. Wskoczyła na parapet, lepiej mieć ją na oku.

— Niczego od niego nie potrzebuję. — Gizela pogłaskała Franczeskę. — Mam wszystko, czego mi potrzeba.

— Tę klitkę nazywasz wszystkim? Jeden tylko salon waszej, o przepraszam, Roberta posiadłości jest wielkości całego tego tu… — prychała Malgorzata — tej tu, służbówki. Z balkonem.

— Ja jestem zadowolona. Mam fantastyczny widok, ciszę, spokój. Naprawdę jest mi tu bardzo dobrze, mamo. Zobaczysz, wszystko się jeszcze ułoży — perswadowała Gizela.

— A rób, co chcesz. — Zrezygnowana Małgorzata uderzyła rękami o uda. — Aha, i na moje pieniądze też możesz sobie pogwizdać, bo zamierzam wszystko przeputać przed śmiercią. A jak nie zdążę, to zapisałam wszystko Marietce. A jak ona nie zdąży… co ja za horrory wygaduję? — Obruszyła się na samą siebie. — My przecież nie umrzemy. Tak że wiesz…

— Zostanie mama na obiedzie?

— Ciasta bym zjadła — wyburczała.

— Może być z rabarbarem?

— Niech będzie.

Gizela wiedziała, że to jeszcze nie koniec, że matka nie podda się w wysiłkach, żeby sklecić jej małżeństwo i by jej dokuczać przy byle okazji. Może kiedyś pęknie i wytłumaczy, dlaczego tak się działo?

— Mogłabyś coś w końcu zrobić z tą kuchnią. — Małgorzata przejechała palcem po parapecie. — Ale chociaż czysto, może robaki tak szybko się nie zalęgną w tym bombajskim slumsie.

— Z cukrem pudrem? — Zignorowała te utyskiwania.

— Oczywiście.

Gizela odkroiła kwadrat ciasta wielkości okna piekarnika i ośnieżyła grubą warstwą cukru pudru.

— Proszę, mamo, na zdrowie.

— À propos, musisz mi zrobić wyniki.

— Przecież robiłam mamie dwa tygodnie temu. Wszystko, jak w książce. Wyniki jak złoto.

— Tak jak ruski tombak.

— Nie, jak złoto najwyższej próby.

— Nie pocieszaj mnie, wiem, że źle ze mną. — Małgorzata zapomniała, że jest nieśmiertelna.

Wygniatała piersi, brała głębokie wdechy i usiłowała charczeć. Wyszło tylko sapanie.

— Zaraz mama wpadnie w hiperwentylację. — Pokazy matki nie robiły na Gizeli wrażenia.

— Nie masz serca dla sta… matki. Dokrój jeszcze kawałek, chyba że mi żałujesz.

— Ależ skąd. Cieszę się, że mamie smakuje.

— Niedocukrzenie mam i tyle. Przez rozum jem. — Wgryzała się w ciasto, obsypując brodę i piersi cukrem pudrem. — A ty, dlaczego nie jesz? Przydałoby ci się trochę ciała, bo już zaczynasz wiotczeć — patrzyła na gładką, jędrną twarz córki. Niech ją szlag.

— A właściwie… — Gizela zastanowiła się i ukroiła solidną porcję, posypała cukrem i zatopiła w karmelu. Zajadała ze smakiem, przymykając oczy i wyciągając wysoko smukłą, gładką szyję.

— Tylko się nie udław, łykasz jak indor. — Patrzyła z zazdrością i niesmakiem matka. Łabądzica się znalazła. Boże, dlaczego mnie tak doświadczasz?

Rozdział trzeci Ciało obce

Małgorzata Feredyńska, nie mogąc znieść szczupłej figury córki, od zawsze futrowała ją jedzeniem tłustym, słodkim i na ogół bez większych wartości odżywczych. Za to często i dużo. Miała nadzieję, że kiedyś, najlepiej wkrótce, apetycik córki sprawi, że przestanie ona być wkurzającą, wiotką trzcinką. Niestety, im więcej Gizela jadła, tym bardziej stawała się podobna do ojca. Wysoka, szczupła, gładka. Nie do zniesienia. Zupełnie jakby niesprawiedliwa natura pozbawiła ją komórek tłuszczowych, których całe hurtownie posiadała Małgorzata. Nawet kiedy Gizela zaczęła dojrzewać, jej przemiana materii działała bez zarzutu. Mało tego, wraz z wiekiem metabolizm jeszcze przyśpieszył, pozbawiając ją resztek rzadkiej przychylności rodzicielki. Ile razy młoda Feredyńska szła do toalety, matka ciężkim krokiem sunęła za nią, mając nadzieję na odgłosy wymiotów. Nic z tego. Na próżno też wypatrywała koszmarnych zmian skórnych, którymi obsypana była jej babcia Stasia nazywana Drożdżówką. Tysiące różnej wielkości włókniaków, które jakimś cudem ominęły tylko ręce i nogi, przypominały kruszonkę albo morski brzeg po sztormie ze stosami kamieni i innego badziewia. Ta dość rzadka choroba była wprawdzie dziedziczna, ale ominęła Małgorzatę, jednak zawsze istniała pięćdziesięcioprocentowa szansa, że jej dziecko już obsypie. Niestety, podły los nie wysłał córce zaproszenia do zagrania w zespole Recklinghausena, jak lekarze nazywali tę jednostkę chorobową.

Babcia z pogodą ducha przyjmowała swoją przypadłość. Była inteligentną, ciepłą, czasami ironiczną osobą. Ze zdrowym dystansem do siebie i świata. Problemu z wypustek nie robił ukochany mąż, ale Małgorzata brzydziła się wystających ohyd babci i była przekonana, że gdyby to ją spotkało, pewnie poucinałaby sobie wszystkie nożyczkami tuż przy skórze albo po prostu skończyła ze sobą. Nie lubiła wiecznie uśmiechniętej babki Stasi. Jako dziecko ze złośliwą ciekawością wduszała babcine co większe pypcie i czekała, co się stanie. Odpadnie nos czy oczy wyjdą z orbit? Babcia znosiła zabawy wnuczki, bo tylko wtedy mała Gosia nie dręczyła zwierząt domowych i nie wydzierała się o byle co. Gizela jako dziecko nie rozumiała rozdrażnienia Małgorzaty. Jako nastolatka zaczęła się domyślać, że tłustawa matka zazdrości jej gibkości i szczupłości, że z trudem patrzy na jej gładką twarz, którą na jej nieszczęście ominął koszmar młodzieńczego trądziku. Parę okazów wągrów, jakie pojawiały się na jej zgrabnym nosie, nie zadowalały dziobatej matki. Aż któregoś dnia Gizela wpadła na genialny w swej prostocie plan. Zaczęła produkować pryszcze. Przy użyciu higienicznych chusteczek, strzępków waty, plakatowych farb, flamastrów, bezbarwnego lakieru do paznokci robiła fantazyjne ropnie, tłuszczaki, wykwity i wszelkiego rodzaju syfy. Matka dobrotliwie podsuwała jej acnosany i inne płukanki, zaznaczając, nie bez satysfakcji, że to i tak nie pomoże. Gizela przez parę dni obficie moczyła waciki i czyściła specyfikami biurko i wnętrze chińskiego piórnika. Doklejała warstwy pryszczy, a kiedy na czubku żółto-białej górki stawiała chińskim piórem kropkę, nadchodził czas na cudowne pozbycie się utrapionej narośli. Twarz na parę dni stawała się gładka i kiedy humory matki robiły się nie do zniesienia, a ilość sypanych do potraw ostrej papryki, chili i pieprzu pozbawiłaby tchu rodowitego Węgra z meksykańskimi korzeniami, oklejała policzki i czoło. Robiła to z troski o ojca, któremu pikantna kuchnia nie smakowała i rujnowała żołądek.

Potrzeba matczynej akceptacji i miłości nie była na tyle duża, żeby kaleczyć się trwale w widocznych miejscach. Nie robiła sznytów, nacięć czy paprzących się tygodniami wcierek z zapałek i saletry. Koleżanki z podwórka proponowały fachową pomoc, ale nigdy z niej nie skorzystała. Sztama, jaką trzymała z ojcem, chroniła ją przed tak głupimi krokami. Czułość, poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości, które dawał jej ojciec, sprawiały, że nie postrzegała matki jak macochy ze wszystkich bajek razem wziętych z braćmi Grimm na czele. Kiedy miała piętnaście lat, ustalili z ojcem, że Władysław rozwiedzie się, zamieszkają razem i zejdą wiecznie wściekłej Małgorzacie z oczu. Gizela wiedziała, że ojciec spotyka się z inną kobietą, którą zresztą lubiła. Władysław bardzo długo twierdził, że Anna to tylko koleżanka, dobra znajoma, ale Gizela wiedziała swoje. Na koleżankę tak się nie patrzy, nie mówi aż tak ciepłym tonem. Żeby nie stawiać ojca w kłopotliwej sytuacji, udawała, że wierzy w tłumaczenia o pomaganiu w domowych naprawach, wspólnych projektach wydawniczych, szkoleniach i warsztatach. Szybko pozbyła się poczucia, że jest nielojalna wobec matki, nic jej nie mówiąc o zdradzie, spotkaniach i drugim życiu ojca. Małgorzata i tak nigdy nie była zazdrosna o małżonka. Rozlazłe gacie, zimny budyń i naiwnego kretyna. Pisarzynę, aptekarza. Niestety, dbająca o pozory Feredyńska postawiła jeden warunek: owszem, da rozwód, ale Gizela ma mieszkać z nią. Mogą się widywać, ile i gdzie chcą, ale meldunek, nocowanie i tak dalej ma pozostać bez zmian. Gizela nie miała nic do gadania. Żadnych dylematów, „z kim wolisz mieszkać: z tatusiem czy mamusią?”. Informacja o rozwodzie nie zdziwiła Małgorzaty. Nawet nie była specjalnie wściekła na oczywiste zuchwalstwo, pożal się Boże, jeszcze męża. Tak zwanego mężczyzny. Ludziom powie, że w końcu wyrzuciła to to na zbity pysk i już. Właściwie to chyba nigdy go nie kochała. Może chwilami, na bardzo wczesnym etapie znajomości, zanim zaszła w ciążę, zdarzało jej się ciepło pomyśleć o Władku, którego miłość przyjmowała z łaską udzielnej księżnej. Pozwalała się kochać i zdarzało jej się nawet odwzajemniać miłe gesty męża. Jednak zawsze była z czegoś niezadowolona. Wiecznie poirytowana, zła na cały świat. Jakby ciągle jej czegoś brakowało. Nigdy nie było wiadomo, kiedy dostanie napadu furii, w której miotała najgorsze przekleństwa, wyzwiska i wulgaryzmamy. Po urodzeniu Gizeli nie miała już przerw na normalność. Wściekły, zimny grymas był jak makijaż klauna. Uśmiech nakładała, kiedy stawała za ladą, spotykała się z dostawcami czy załatwiała sprawy w urzędzie. Promieniała przed niektórymi mężczyznami. Robert działał na nią jak kuracja algami.

— Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. Gizela zostaje ze mną. Jeszcze by ludzie pomyśleli, że wygnałam jedyną córkę na poniewierkę. Że jej — skrzywiła się — nie kocham czy coś w tym stylu — mówiła głosem, który rozłupałby czaszkę kotu. Władysław z trudem zgodził się na ten warunek. Uznał jednak, że z dala od Małgorzaty i tak będzie mógł wspierać córkę, że nic się nie zmieni. Więcej, Gizela dostanie u niego azyl, do którego nie będzie miała wstępu wścieklica, była już żona. Matka oparła się pokusie oczerniania Władysława i wymyślania małżeńskich brudów, by winą za rozpad związku obarczyć Feredyńskiego, więc wszystko odbyło się podczas jednej rozprawy. Po kilku miesiącach od rozwodu ojciec przedstawił Gizeli Annę jako przyszłą żonę. Gizela, trzymając się roli łatwowiernej i naiwnej nastolatki, udała zaskoczenie i szczerze pogratulowała obojgu. Prawdziwa niespodzianka czekała ją dopiero podczas uroczystej kolacji, kiedy okazało się, że Herbert, syn Anny, jest jednocześnie synem Władysława! Tego nigdy by się nie domyśliła. W jeden wieczór zyskała prawie macochę i nieco brata. Dopiero gdy bliżej przyjrzała się siedmiolatkowi, zobaczyła podobieństwo do ojca, a nawet do niej. Ku wielkiej uldze Anny i Władysława istnienie przyrodniego brata Gizela przyjęła z entuzjazmem i radością. Nie była zaborcza i nie obawiała się rywalizacji o względy ojca. Sama z przyjemnością hołubiła i rozpieszczała braciszka. Mały Bert, wpatrzony w nią jak w obraz, wierzył we wszystko, co mówiła. Uwielbiała wciskać mu różne głupstwa, które brał na poważnie. Ot, chociażby to, że do zjeżdżania na sankach potrzebna jest karta sankowa, że od kichania rosną włosy albo że od jedzenia chleba ropieją oczy. Z czasem znaczenie różnicy wieku między rodzeństwem się zatarło. Zaprzyjaźnili się i ufali sobie bezgranicznie. Gizela wiedziała o wszystkich tajemnicach, kłopotach i wybrykach Berta. Orientowała się w jego nowych dziewczynach i związanych z nimi problemach. Podpowiadała, jakie prezenty będą najlepsze na przeprosiny, a jakie w ramach seksłapówki. Namówiała go, by poszedł na medycynę, ale ku jej niezadowoleniu wybrał pielęgniarstwo. Uznała to za czyste marnotrawstwo.

— Z twoim talentem i intuicją powinieneś zostać lekarzem. — Kręciła niezadowolona głową.

— Ciebie też szkoda na te analizy — odcinał się od razu. Żadne dziecko nie wybrało ukochanej przez ojca farmacji. Gizela nie zamieniłaby swojego zawodu na żaden lekarski doktorat z habilitacją i profesurą. Ceniła lekarzy i medycynę, ale wolała być przydatna przy mikroskopie. Wystarczała jej świadomość, że od jej spostrzegawczości, kojarzenia i oczywistej skrupulatności zależy życie i zdrowie pacjentów. Czasem nawet poczęcie. Herbert wiedział o wszystkich wypadach i przypadkowych znajomościach Gizeli. Nie lubił Roberta i z przyjemnością dostarczał siostrze alibi. Kiedy oznajmiała Robertowi, że jedzie na weekend na Kaszuby z bratem, Herbert wyjeżdżał z nią i wałęsał się po leśnych ostępach, nocował w sąsiednim domku albo wracał taksówką i przez trzy dni nie wychodził z mieszkania, żeby się nie natknąć na Szklanickiego. Z chęcią też poznawał ją ze swoimi kolegami i znajomymi, z czego Gizela skwapliwie korzystała, chrupiąc od czasu do czasu świeże ciasteczko. Rozumieli się bez słów. Wystarczyło jedno spojrzenie, żeby wiedział, co ją trapi. Czasem patrzył na nią tak przenikliwie, że czuła się nieswojo. Nie w sensie damsko-męskim. Chwilami miała wrażenie, że Herbert jest z innej gliny, nie kosmita, ale odrealniony, chociaż też i nie psychol. Miał w spojrzeniu jasnozielonych, prawie bezbarwnych oczu coś, co intrygowało, budziło jednocześnie respekt i jakąś czujność. Jak przed psem husky, którego przodkiem był wilk.

Rozdział czwarty Wszystkie barwy rzeki

Ta Weronika to mądra kobieta. Faktycznie nie chciał teraz nikogo widzieć, do nikogo się odzywać. Docenił też dyskrecję i takt nowego kolegi, który nie wpakował się za próg, tylko postawiwszy walizkę na szorstkiej, zielonej wycieraczce ze zdziwioną owcą, zniknął. A więc tak to wygląda. Stanął w przedpokoju i ostrożnie, nie zdejmując koca, postawił transporter na podłodze, zajrzał do środka — w porządku. Potem przytargał walizę. Wziął głęboki oddech. Pachniało wapnem, akrylowymi farbami i olejnicą. Wyciągnął z kieszeni marynarki krzyżyk od babci i trzymając go w otwartej dłoni, zaczął obchód. Sapnął z dezaprobatą, zawrócił i z bocznej kieszeni walizki wydobył sakiewkę z czarnego aksamitu. Przez chwilę stał niezdecydowany, jakby nie wiedział, co ma robić dalej. Rozpiął koszulę i zamontował jakoś krzyż na złotym łańcuszku. W rozchełstanej koszuli przystąpił do dalszych czynności. Zanurzył palce w woreczku i zaczął posypywać solą kąty korytarza.

— Od ognia. Od wiatru. Od złego. Od wody. Nie daj, aniele, uczynić tu szkody — mruczał.

W dużym pokoju z widokiem na ulicę stała wielka, narożna kanapa w kolorze zwymiotowanej czekolady z malinowym nadzieniem, na nieskazitelnie białych, gładzonych ścianach nie wisiały żadne obrazy, ale liczne gwoździe zachęcały do zrobienia z nich użytku. Pośrodku czarny, owalny stół z regulowaną wysokością i dwa krzesła. Pod ścianą sosnowa komoda stylizowana na Prowansję. Ktoś się musiał napracować, naklejając serwetki w lawendowe wiązki. Wysunął cztery szuflady, każda porządnie wyłożona flanelką. Na stole w kwadratowym wazonie z grubego szkła pachniał bukiet fioletowych i różowych piwonii. Domyślił się, że o ten szczegół musiała zadbać żona Jerzego.

— Od ognia, od wiatru, od złego, od wody. Nie daj, aniele, uczynić tu szkody… — posypywał kryształkami także i kanapę. Licho ją wie.

Z tego pomieszczenia najbardziej spodobała mu się podłoga. Grube, szerokie dechy bez śladu lakieru. Gładkie i przyjazne gołym stopom. Kiedy otwierał okno, zapach chemolaku stał się wyraźniejszy. Czyli okna też drewniane. Wyjrzał na ulicę. Może znowu przejedzie zielone cudeńko? Ale oprócz wypasionych jeepów, porządnych volkswagenów i nudnych toyot yarisów nie jechało nic. Naprzeciwko dużego pokoju była kuchnia. Przestronna, z murowanymi szafkami z firankami w paseczki zamiast drzwiczek. W kącie po prawej stronie, tuż przy drzwiach, stała węglowa kuchnia. Niebieskie i białe kafle ułożone w szachownicę lśniły czystością, wypucowane na błysk mosiężne relingi pasowały do czarnych, żeliwnych fajerek. Wzruszył się — podobne kuchnie miały babcia i ciocie na wsi. W podcieniu kuchni stał wypełniony węglem i szczapkami wiklinowy kosz, obok wiaderko na popiół. W metalowym stojaku z fajansową rączką w niebiesko-zieloną łączkę do kompletu stały pogrzebacz, szczypce, miotełka i szufelka. Mina mu zrzedła. Nie uśmiechało mu się palenie pod kuchnią. Sięgnął do sakiewki.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej.

Rozdział piąty Na ostrzu wstydu

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział szósty Człowiek-drzewo, kobieta-pudel

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział siódmy Ślepy los

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział ósmy Zakoch na wykonie

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział dziewiąty Kluchy w gaciach

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział dziesiąty Hurtownia z pretensjami

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział jedenasty Lilie i lizol

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział dwunasty Nowy adres

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział trzynasty Ukartowana sława

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział czternasty Horyzontalnie i nie tylko

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział piętnasty Nocne oczy

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział szesnasty Higiena i miłość

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział siedemnasty Kolor w kolor

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział osiemnasty Wulkanicznie

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział dziewiętnasty Oceanicznie

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział dwudziesty Cząstki piękna

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział dwudziesty pierwszy Raport spod oka

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział dwudziesty drugi Faun w malinach

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział dwudziesty trzeci Lis w toffi

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział dwudziesty czwarty Kordonek i kynologia

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział dwudziesty piąty Na rybkę

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział dwudziesty szósty Oczy na kaszę

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział dwudziesty siódmy Cebula kontaktowa

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział dwudziesty ósmy Cebula kontaktowa

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział dwudziesty dziewiąty Komu szumi buk

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział trzydziesty Bez odzewu

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział trzydziesty pierwszy Druga szafa

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział trzydziesty drugi Geny winy

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział trzydziesty trzeci Piąty smak

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział trzydziesty czwarty Szminką po ławkach

Dostępne w wersji pełnej.

Projekt okładki

Joanna Dąbrowska

Redaktor

Marta Dobrecka

Wydanie I

Copyright © by Małgorzata Maj, 2014

All rights reserved

ISBN 978-83-7785-544-7

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26

Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

[email protected]

www.zysk.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com