88% - Maren Uthaug - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

88% ebook i audiobook

Uthaug Maren

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Maren Uthaug wraca z drugą odsłoną trylogii zapoczątkowanej powieścią 11%.

88% światem nadal rządzą kobiety, a mężczyzn, traktowanych jak zagrożenie dla cywilizacji i bezpieczeństwa, izoluje się w Centrach. Od wydarzeń opisanych w pierwszej części minęło kilkadziesiąt lat i choć na kartach książki pojawiają się dobrze znane postaci takie jak Medea, Lars czy Eva, to akcja skupia się wokół nowych bohaterek: Wendy i Purr.

Dorosła już córka kapłanki Wikki, Wendy, fantazjuje o miłosnym zjednoczeniu z przyrodnim bratem, jej koleżanka, zakompleksiona strażniczka Purr, marzy o akceptacji i stabilizacji, a podstarzały mężon Lars cieszy się z ciepłej posady w zakrystii kościoła, gdzie świadczy usługi seksualne kapłankom. Do galerii postaci dołącza też Saamka Inga, która od wieków wciela się w kobiety i z bagażem doświadczeń wielu pokoleń, służy radą, podróżując po świecie.

W powieści Uthaug groteska łączy się z powagą, absurd sąsiaduje z celną diagnozą, a świat przedstawiony w krzywym zwierciadle skłania do refleksji nad istotą ról płciowych, relacji międzyludzkich i historii kobiecej emancypacji. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 364

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 6 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Anna Szymańczyk

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Maren Uthaug

88 %

z języka duńskiego przełożyła

Joanna Cymbrykiewicz

ArtRageWarszawa 2026

Inga

– Należy robić to, co każe Inga – mawiali ludzie. I mieli rację. Inga zawsze wiedziała najlepiej. Było tak, odkąd sięgała pamięcią.

– Wyczuwa kłamstwo nosem – mówili też.

– Smród unosi się we wszystkich miejscach, w których przebywają ludzie – odpowiadała, zapytana, czy to prawda.

Nie miała stałego miejsca zamieszkania. Podróżowała, kierując się porami roku, przeczuciem, koniecznością. Zawsze saniami zaprzęgniętymi w dwa renifery. W śniegu miała płozy; przy innej nawierzchni – koła. W trudnym terenie unosiła się w powietrzu.

Jej bagaż był skromny; gdy czarny kaftan wymagał czyszczenia, zmieniała go na drugi, trzymany w torbie na saniach. W miejscach, gdzie zatrzymywała się na nocleg, dawała do prasowania ciemny jedwabny szal, dopóki nie zaczął się strzępić na brzegach. Wtedy go niszczyła i owijała się nowym. W torbie zawsze miała dwa. Plus dodatkową parę bjekso, brązowych skórzanych kozaków ze skóry renifera. Na głowie nosiła saamską czapkę z filcu z dwiema starannie wyprasowanymi jedwabnymi wstążkami, zwieszającymi się po plecach aż do łydek. Gdy szła, wstążki za nią łopotały. Aktualnie, ze względu na jesień, nosiła czerwoną czapkę. Barwa zmieniała się wraz z porami roku. Jak pardwa, która wraz z pojawieniem się śniegu zmienia upierzenie z ciemnego na jasne.

Kiedy tak siedziała na saniach, zimno zaczęło ją szczypać w policzki, a powietrze było jakby naelektryzowane. Jeśli pozostanie na dalekiej północy jeszcze dłużej, do końca tygodnia czapka zrobi się biała.

Nikt nie znał wieku Ingi; nie miało to znaczenia. Mawiano, że gdy zanadto się starzeje, odradza się i kontynuuje życie w miejscu, w którym skończyła. Obecnie splecione w dwa warkocze włosy posiwiały i nieco się przerzedziły w porównaniu z ostatnią podróżą do Fanasgieddi, małej osady położonej nad rzeką na fińskiej granicy.

Najchętniej spędzała czas na szczycie świata, w rejonach Norwegii wysuniętych najdalej na północ, gdzie noc była ciemna jak śmierć, a lato jasne jak życie. Tu znajdowała się najbliżej gór, tu czuła się najlepiej i tu wszystko odczuwała najwyraźniej. Im bardziej oddalała się od gór, tym trudniej jej było usłyszeć, co mają do powiedzenia.

W ostatnich latach rzadko opuszczała północne tereny. Odradzała się nieopodal miejsca, w którym umarła, kiedy więc wiedziała, że ten moment się zbliża, wyjeżdżała na południe tylko w sprawach najwyższej konieczności. Wolała, by to świat przychodził do niej, jeśli miał taką potrzebę. O ile potrafił ją znaleźć. To Inga wiedziała, gdzie przebywają ludzie potrzebujący jej pomocy. Nie na odwrót.

Podczas poprzednich wcieleń często jeździła zarówno na południe, jak i wschód oraz zachód, próbując ulżyć w życiu kobietom, które musiały codziennie płakać. Dlatego wiele swoich istnień spędziła z dala od domu, a góry stanowiły w jej umyśle zaledwie cichą pieśń.

Renifer po prawej szedł dziś powoli. Kiedy Inga dotrze na miejsce, trzeba będzie go wymienić. W miejscach, w których nocowała, zazwyczaj nie mieli reniferów od ręki, ale Inga wyczuwała zbliżające się zmęczenie zwierzęcia i zawczasu dawała znać, że potrzebuje nowego. Renifery nigdy na dobre się nie przyjęły. Nikt inny nie korzystał z renów i sani, skoro istniało tyle innych, bardziej komfortowych środków transportu. Ale Inga nie przemieszczała się inaczej niż właśnie saniami zaprzężonymi w renifery. Mawiała, że to jedyny środek transportu, za którym potrafi nadążyć dusza. Po co pędzić w jakieś miejsce na złamanie karku, skoro i tak trzeba posiedzieć i poczekać, aż dusza nas dogoni?

To żaden problem, że renifery się nie przyjęły. One też robiły to, co kazała Inga.

W dolinie zapadł już jesienny zmrok, kiedy renifery skręciły saniami w dół stromego wzgórza w stronę rzeki. Inga przytrzymała hamulec, by nie uderzyć saniami pęcin zwierząt. Nad jej głową przeleciała wrona, po czym pofrunęła dalej, nad wzgórza i wodę. Inga z westchnieniem odprowadziła ją wzrokiem. Ptak kręcił się koło niej już od kilku dni. Z doświadczenia wiedziała, że lada chwila dołączy do niego drugi.

W barakach, w których Centrum trzymało samców, paliło się światło. Było to najbardziej na północ położone Centrum, jakie znała Inga. Leżało na takim odludziu, że miejscowi rzadko je odwiedzali. O to też chodziło, jeśli dobrze rozumiała. Centrum prowadziły dwie Dunki, którym pozwolono zabrać sporą grupę mężczyzn z ośrodka w Danii, gdzie pracowała wcześniej jedna z nich. Miała na koncie kilka nieudanych eksperymentów z mężczyznami i w poprzednim miejscu stała się zbyt niepopularna, by je kontynuować. Za to w odległych dolinach, gdzie odwiedzających było mało, a kontrolujących jeszcze mniej, można było sobie pozwolić na odważniejsze eksperymentowanie.

Istniało więcej miejsc, w których prowadzono doświadczenia na samcach. Robiła je większość Centrów. Taka sytuacja miała się utrzymać, dopóki nie uda się ustalić, dlaczego samce gatunku ludzkiego zostały stworzone jako uczuciowo bezduszne i wojownicze wobec samic.

Na początku, gdy te dwie kobiety otwarły Centrum, lokalną ludność, choć niezbyt liczną, ogarnął entuzjazm. Wreszcie dostąpią możliwości skorzystania z mężczyzn, zarówno do płodzenia dzieci, jak i w celach seksualnych. Istniało wprawdzie wiele łatwiejszych i dostępniejszych metod tworzenia potomstwa, ale wiele osób preferowało naturalny sposób. Powiadano, że dzięki niemu płody są silniejsze, dzieci mają wyrazistszą osobowość i jaśniejszy tok rozumowania. Choć medycyna temu zaprzeczała, trudno było się z tym mitem rozprawić. Od wielu pokoleń najlepsze posady i najatrakcyjniejsze krągłe dzielnice automatycznie otrzymywali ci, o których wszyscy wiedzieli, że narodzili się z zapładniającego jajeczko męskiego nasienia, bez uciekania się do niepotrzebnej ingerencji z zewnątrz.

Gdy ponad trzydzieści lat temu otwarto tu Centrum, odwiedzali je ludzie z gór, którzy przeprawiali się przez rzekę na granicy z Finlandią, a także mieszkańcy okolicznych osad; wszyscy chcieli wypróbować mężczyznę. Wiele osób nie miało dotąd ku temu okazji, stąd mało kto zadawał sobie trud, by zdać egzamin z „ciała”, wymagany przy wstępie do Centrum z mężczyznami. To do tego właśnie egzaminu uczono się, jak uzyskać najlepszy orgazm, jakie jego rodzaje istnieją i jak poszczególne typy orgazmów wpływają na zdrowie psychiczne i fizyczne. Oraz tego, w jaki sposób korzystać z męskiego ciała, by udoskonalić swoje orgazmy.

Na szczęście na dalekiej północy nie podchodzono do reguł nazbyt rygorystycznie, więc gości wnioskujących o mężczyznę wpuszczano do Centrum nawet bez zdanego egzaminu. Po upływie roku liczba odwiedzających spadła jednak tak drastycznie, że w ośrodku przestano liczyć na wizyty gości. Spadek zainteresowania nie wynikał wyłącznie z niskiej gęstości zaludnienia okolic i z trudności wiążących się z podróżą do ośrodka, ale też z faktu, że osoby odwiedzające nie czuły się w nim bezpiecznie. Uważano, że mężczyznom za bardzo się w nim pobłaża. Nie są mianowicie właściwie skategoryzowani, przez co znalezienie odpowiedniego dla własnych potrzeb samca nastręczało trudności. Kończyło się to przykrymi niespodziankami, na przykład kiedy odwiedzający chcieli zostać ukołysani do orgazmu, a zamiast tego wychodzili z ośrodka z podbitym okiem i śladami pogryzień. Nie mniejsze rozczarowanie przeżywali pragnący przeciwnych wrażeń, na przykład chcący osiągnąć orgazm podczas walki; ci z kolei wychodzili z centrum dopieszczeni i niezaspokojeni. Poza tym krążyły plotki, że mężczyźni biją się również między sobą, w wyniku czego obrażenia i zgony były wśród nich liczniejsze, niż wynikało to z naturalnych stosunków między samcami. Obie Dunki broniły się, że to właśnie część eksperymentu. Dziś nikt nie wiedział, co się dzieje za murami baraków, ale przeczucie podpowiadało Indze, że tym razem sprawy zaszły za daleko.

Nie żeby ktoś z osady lub Centrum się z nią kontaktował; to zdarzało się rzadko. Gdy po górach niósł się głuchy grzmot, Ingę ciągnęło w stronę harmidru i wtedy wiedziała, że jest potrzebna, by przywrócić światu naturalną równowagę. By możliwie jak najwięcej ludzi cieszyło się możliwie najlepszymi warunkami życia.

Z baraku wypadła wysoka kobieta, usiadła ciężko na kamieniu i ukryła twarz w dłoniach. Za nią wybiegła niższa, trzymając w ręku szmatkę, którą otarła usta wyższej. Wyższa płakała, ta druga krzyczała.

– Ha! Czyli sytuacja wymknęła się spod kontroli – stwierdziła Inga, parkując sanie tuż przed nimi. Renifery dyszały ciężko, wycieńczone całodzienną podróżą. Gdy wyruszyli dziś rano, na zewnątrz panowała jeszcze ciemność, a kiedy dotarli na miejsce, zdążył już zapaść zmrok, choć była dopiero czwarta po południu. Ale tak to wygląda w tych okolicach, gdy zima za pasem.

Kobiety spojrzały na nią ze zdumieniem. Przez długie okresy w historii świata Inga odchodziła w zapomnienie i ludzie nie mieli pojęcia, kim jest. Natomiast w innych czasach nie mieli żadnych wątpliwości.

– Jestem Inga – oznajmiła.

– Eva – przedstawiła się wyższa. Z jej kieszeni wyjrzał szczur, ale szybko ukrył się z powrotem.

– Benja – wyszeptała druga.

Inga porozumiewawczo skinęła głową.

– Sprawdzimy, co się tam święci? – Zbliżyła się do baraku, z którego dochodziły wrzaski i odgłosy bójki. – Otworzysz mi?

– Kim jesteś?

– Jestem Inga! Potrzebujecie mnie.

Eva wstała; z jej wargi wciąż płynęła krew. Gdy otwierała drzwi kluczem, trzęsły jej się ręce, więc pospiesznie schowała je z powrotem do kieszeni, do najwyraźniej uspokajającego ją szczura. Inga wkroczyła do środka tak autorytatywnie, jakby była właścicielką tego miejsca. Rwetes robiony przez mężczyzn był ogłuszający, ale wydawało się, że jej to nie przeszkadza. Nawet nie mrugnęła powieką, gdy w odległości zaledwie kilku centymetrów od jej głowy przeleciało koryto na karmę, przerzucone przez ogrodzenie. Stała przez chwilę, przyglądając się grupce okładających się na oślep mężczyzn. Potem odchrząknęła. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszyscy natychmiast przestali się bić i zaczęli wyczołgiwać się z masy męskich ciał z krwawiącymi nosami, czołami, wargami. Ich kończyny były powyłamywane, połamane, zwichnięte. Po podłodze walały się kępki wyrwanych włosów.

– Usiądźcie – zarządziła Inga. Nigdy nie przestała delektować się autorytetem, który dawała jej bliskość gór. Po przemierzeniu pierwszego morza w podróży na południe Europy nie było już tak łatwo.

Mężczyźni obijali się zarówno o tych stojących przed nimi, jak i z tyłu i z boku, oszołomieni walką. Pomrukiwali z niezadowoleniem, ale jednak zrobili sobie miejsce i usiedli w dwóch rzędach, po czym spojrzeli na Ingę wyczekująco. Eva i Benja przyglądały się temu zdumione, kierując spojrzenia to na Ingę, to na mężczyzn – i znowu na Ingę.

– Jak to zrobiłaś? – spytała Eva. – Próbowałam już wszystkiego.

Inga chwyciła się za nos, wciągnęła nim zapach i sceptycznym spojrzeniem omiotła od stóp do głów długie i kanciaste ciało Evy. Sama sięgała jej do pasa, ale za to była dwukrotnie szersza w biodrach.

– A więc to tak – powiedziała, mrużąc oczy i zatrzymując się wzrokiem na kroczu Evy.

– O co ci chodzi? – spytała nerwowo Benja, ale Inga straciła już zainteresowanie Evą i zwróciła się ku mężczyznom.

– Wszystkie samce oprócz jednego zaczęły odwrotnie zakładać kaftany, w sensie na lewą stronę – powiedziała Eva, popychając szczura, który się po niej wspinał, by zająć miejsce na ramieniu. – Nie wiemy, dlaczego to robią, ale podejrzewamy, że to z tego powodu rozpoczęły się walki. Nie przestają wkładać ubrań na lewą stronę, bez względu na nasze działania.

– Ciekawe – stwierdziła Inga z namysłem. – Tu na północy Saamowie wkładali kaftany na lewą stronę, gdy przeciwko czemuś protestowali. Widocznie mężczyźni wciąż mają to zakodowane. Wszyscy saamscy mężczyźni wkładali kaftany na lewą stronę po uwięzieniu na początku Ewolucji. Ich losy nie mogły oczywiście potoczyć się inaczej, ale bardzo przeżyli odebraną im wolność, bo nawykli do przebywania na rozległych przestrzeniach pod gołym niebem. – Inga się uśmiechnęła, co rozjaśniło pomieszczenie jak słońce jesienne ciemności.

– Zabawne, że wciąż noszą szwy na zewnątrz. To wręcz urocze, że nie zapomnieli dawnego zwyczaju, choć żaden z nich już nie wie, czym jest życie na wolności. – Benja próbowała się uśmiechnąć, ale z nikłym powodzeniem; otarła kolejną łzę. Ostatnie dni były naprawdę trudne.

– Zabrałyście ze sobą kilku mężczyzn, prawda? – podjęła Inga, znów poważnym tonem. – Tamten na końcu, w kącie, jest za wysoki, by mieć tutejsze północne geny. – Wskazała na tyczkowatego, jasnowłosego mężczyznę, który górował wzrostem nad pozostałymi, mimo że klęczał. Był jedynym, który nie nosił ubrania na lewą stronę. – To chyba Duńczyk?

– Z Centrum na Lolland zabrałyśmy stu dwudziestu mężczyzn, w większości Duńczyków z pochodzenia. Spośród nich przy życiu ostał się już tylko jeden.

– Tak – stwierdziła Inga.

– Przyjechałyśmy tu ponad trzydzieści lat temu, więc wielu Duńczyków zmarło ze starości. Mieli dobre życie – broniła się Benja.

Inga spojrzała na nią sceptycznie i zmarszczyła nos.

– Dobrze się opiekujemy naszymi mężczyznami. Zazwyczaj się nie biją.

Inga nabrała powietrza przez usta, by nie czuć zapachu, i ponownie wskazała na blondyna.

– Musicie go uśpić, zaburza rytm. Poza tym obie go faworyzujecie. Żal wam go. A nic bardziej nie zaburza rytmu natury niż sytuacja, w której kobietom jest kogoś żal. Szczególnie mężczyzn.

– Inni ciągle go prześladują. To cud, że jeszcze żyje – ciągnęła Benja. – Próbowałyśmy go izolować, ale wtedy jest jeszcze bardziej nieszczęśliwy. W końcu samce są stadne.

– Nie, on nie powinien żyć – orzekła Inga i na sekundę przed tym, jak z dachu popłynęła woda, odsunęła się w prawo.

– Macie też problemy z wodociągami – stwierdziła cierpko. Eva i Benja znów spojrzały po sobie.

– Mróz nas zaskoczył swoim nagłym powrotem, kiedy już myślałyśmy, że nadeszło lato – powiedziała zdezorientowana Benja, kręcąc głową. – I stare rury popękały.

– Mróz zawsze chyłkiem zakrada się z powrotem, gdy człowiek sądzi, że w danym roku udał się już na spoczynek.

– Co mamy zrobić, by nie odwracali ubrań na lewą stronę?

Inga wzruszyła ramionami z obojętnością.

– To tylko ubrania. Noszenie ubrań na lewą stronę nigdy nie robiło Saamom większej różnicy, więc niech się samce tym bawią. Ale outsidera musicie uśpić.

Benja otarła łzę.

– Wielu z nich jest nawet miłych.

Inga przeszła kilka kroków i oparła się o siatkę.

– To zaskakujące, że takim dwóm jak wy udaje się hodowla takich przystojnych Saamów. Muszę tu któregoś dnia zajrzeć, jak już będę młodsza, i znajdę się w odpowiedniej fazie cyklu. Mają równie wysoką potencję jak rdzenni Saamowie?

Eva skinęła głową.

– Codziennie dodajemy im do karmy rogu renifera.

– Dobrze – powiedziała Inga.

– Ale na mężczyzn przywiezionych z Danii to nie działało.

– Nie, rogi renifera w ogóle nie działają. – Inga roześmiała się głośno. – Po prostu saamscy mężczyźni zawsze cieszyli się lepszą potencją. Wilk też biega szybciej niż pies.

Sięgnęła do kieszeni.

– Proszę – powiedziała, podając Benji czerwonego cukierka. – Daj to samcowi z Danii, temu, którego ci żal. Zaśnie po tym spokojnie.

– Ale nie możemy go uśpić. Już tak długo tu z nami jest.

– Potraktuj to jak plewienie chwastów. Wszyscy mają uczucia, rośliny też, ale nie zawsze możemy mieć je na uwadze, chcąc utrzymać optymalne warunki do życia.

Inga odwróciła się plecami zarówno do mężczyzn, jak i do Evy i Benji, i ruszyła do drzwi.

– Ranni mężczyźni są niebezpieczni, podobnie jak ranne zwierzęta w dżungli – podjęła temat Inga. – Ich ruchy i tok myślenia stają się nieobliczalne.

– Idziesz już?

– Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że przestaniecie tyle czuć, a zaczniecie więcej myśleć.

– Nawet jeśli czujemy, że uśmiercenie go jest niewłaściwe? – spytała Benja przekornie.

Inga westchnęła.

– Sam fakt, że się coś czuje, nie czyni tego czegoś prawdziwym. – Przewróciła oczami. – Ech, kobiety – dodała z rezygnacją. – Nie powinnyście im dawać tyle wolności. Wiem, że waszym zdaniem to dla nich korzystne i że potrafią się nauczyć zarządzania wolnością. Szczególnie twoim zdaniem. – Inga spojrzała na Evę. – Na dłuższą metę wolni mężczyźni sprawiają, że wszystko, co funkcjonuje, ulega zniszczeniu.

Inga rozsiadła się na saniach.

– Przez tysiące lat mężczyźni mieli szansę pokazać, że pragną równego społeczeństwa. Pozwolono im nawet podejmować decyzję. Ale nigdy, ani razu dobrze się z tego nie wywiązali. Nadużywali swoich wpływów, podporządkowując wszystkich pozostałych swojej żądzy władzy i rozpasaniu. Byli owładnięci potrzebą decydowania o każdym centymetrze ciała kobiety i każdej jej myśli. Wymyślali nawet dziecinne bajeczki, w których zniekształcali rzeczywistość, by podkreślić własną wielkość. Najgorsze, że nierzadko udawało im się nakłonić nas, kobiety, do maszerowania u ich boku. Nie tylko dlatego, że mieli nad nami fizyczną przewagę, ale też dlatego, że poznali nasz najsłabszy punkt: skłonność do wybaczania, rozumienia i pozwalania im na powrót do władzy. Mimo że wykazali się rażącą niekompetencją. Powodem upadku kobiet był i nadal jest nasz nadmiar empatii. Nawet najsilniejszy, najbardziej dominujący samiec tyran potrafił sprawić, że robiło się nam go żal, i przekonać nas, że dzięki naszej miłości i zrozumieniu znów wyjdzie na ludzi. Ale nie wyjdzie. Mężczyźni nie wychodzą na ludzi. – Inga pokręciła głową. – Jakie waszym zdaniem stworzyłybyście społeczeństwo, dając im wolność? Samce zatruwają życie również innym samcom, jak same obserwujecie w waszym ośrodku. Mogą funkcjonować wyłącznie wtedy, gdy się ich bacznie nadzoruje i narzuca się im żelazne zasady.

Inga westchnęła.

– Dlatego to my, kobiety, musimy sprawować kontrolę i dzierżyć stery. W przeciwnym razie ludzkość ulegnie degeneracji. Naturę interesuje wyłącznie optymalizacja rozwoju gatunku ludzkiego i właśnie to jest naszym zadaniem.

Zakląskała i renifery ruszyły naprzód. Ten po prawej spojrzał na nią ze zmęczeniem.

– Jeszcze tylko pół godziny wzdłuż rzeki i dziś już się dalej nie ruszamy – powiedziała do zwierzęcia i zniknęła na oblodzonej drodze prowadzącej w dół, aż załopotały za nią dwie czerwone wstążki. Ze szczytu dachu uniosły się dwie wrony i w ciszy za nią podążyły.

Chłopiec

Chłopiec uniósł się z miękkiej trawy i spojrzał w stronę wrót, których otwarciu towarzyszyły trzy wysokie piknięcia, wzywające na wieczorne karmienie. Stosowano ten sam dźwięk przez wszystkie lata, które spędził w Centrum na Lolland. Na dziś koniec wybiegu. Poprawił krótki płócienny kaftan, mimowolnie powtarzając piknięcia i nucąc do tego krótką melodyjkę, jak zwykle. Podrapał się po siwej brodzie; nigdy przedtem nie miał zarostu i teraz mu on przeszkadzał. Ale z racji bardziej zaawansowanego wieku nie mógł już być Clausem, lecz Alfredem, musiał więc nosić brodę. Wszystkie Alfredy je nosiły. Żeby zostać uznanym za Alfreda, trzeba było mieć owłosienie na twarzy o długości minimum jednego centymetra. Jego owłosienie osiągnęło tę długość dwa dni temu i jeszcze tego samego wieczoru przeniesiono go do baraku Alfredów. Teraz otaczali go mężczyźni o siwych i białych brodach.

W jego przypadku kolor zanadto się nie zmienił. Od dzieciństwa włosy miał bardzo jasne, prawie białe. Dlatego fakt, że wiek wyssał resztki pigmentu z jego brody i włosów, nie wpłynął na jego wygląd. Za to wokół oczu zaczęły pojawiać się zmarszczki i zwiotczała mu skóra.

– W porównaniu z pozostałymi Alfredami wciąż jesteś przystojnym facetem – powiedziała zachęcająco strażniczka Alfredów, widząc, jak przegląda się w szybie i przesuwa ręką po świeżo zapuszczonej brodzie. Podobnie jak reszta strażniczek, nie miała włosów na głowie i jej czaszka lśniła w słońcu. On sam też nie miał już tylu włosów co kiedyś. Zaczął je tracić kilka lat temu i teraz pośrodku głowy widniał łysy placek. Miało go wielu Alfredów.

– Sporo ludzi lubi dojrzalszy look – powiedziała miła strażniczka, klepiąc go po lędźwiach. – Przed tobą jeszcze dużo dobrych lat.

Mówiła, jak to strażniczka, nie patrząc mu w oczy; nie oczekiwała też odpowiedzi. Strażniczki trudno było od siebie odróżnić. Wszystkie były ogolone do zera, ubrane w jednobarwne miękkie stroje, a na plecach nosiły długie zielone pałki w kształcie staroświeckiego parasola. Spiczaste na jednym końcu, który raził, i bardziej zaokrąglone na drugim, którym podawały zastrzyki ze środkiem uspokajającym. Ale ta strażniczka nie nosiła broni. Nigdy jej z nią nie widział. Musiała być albo odważna, albo po prostu głupia. Nawet stare Alfredy potrafiły chwycić się za łby lub zaatakować personel.

Strażniczka miała przyjazne oczy, tak jak Najstarsza o pomarszczonej skórze, z którą mieszkał przez pierwsze lata życia. Często o niej myślał. Mówiła, że zna się na magii i dlatego nigdy nie musi się niczego bać. On sam bał się przez większość czasu. Inne samce nigdy go nie lubiły. Oprócz Ke.

Nie mógł spytać strażniczki, dlaczego nie nosi broni. Rozmowa była jednostronna. Ale w tej strażniczce widział coś, co odróżniało ją od pozostałych. Jakąś łagodność. Jakby chciała się z nim zaprzyjaźnić. Łatwo mógł się jednak pomylić. Przez lata mylił się już w tylu sprawach.

***

Mało kiedyś brakowało, a nie zakwalifikowałby się jako Claus ze względu na niski wzrost i szczupłą budowę ciała. Zastanawiano się, czy nie skategoryzować go jako Pię, najmniejszego spośród wszystkich typów mężczyzn. Kilka opiekunek sugerowało też, że pasowałby do grupy przystojnych mężczyzn, bo miał symetryczne rysy. Z powodu mądrych oczu został jednak umieszczony z Clausami. Już teraz tęsknił za byciem Clausem, jako że w tej roli występował od osiągnięcia dojrzałości płciowej. Wiedział, kim jest Claus i dobrze się w tym sprawdzał. Claus jest uzdolniony i spokojny. Ale on nie zawsze był spokojny. Na początku, gdy przeniesiono go z baraku młodych samców do Clausów, buntował się i nie chciał dać się ujarzmić.

– Może to mini-Palle – mówiły lekarki, gdy dostał napadu wściekłości i zamierzył się na strażniczkę. Po trzech dniach spędzonych w baraku z Pallami zrozumiał, że długo nie pożyje, jeśli się nie podporządkuje i nie zostanie Clausem. Tak też zrobił i ze złamaną ręką i krwotokiem z nosa pokuśtykał z powrotem na oddział Clausów; miał spędzić jako Claus kolejne trzy dekady. Zabrano go od Pallów i dano jeszcze jedną szansę dzięki wysokiej kobiecie, na którą mówiono Eva. Inne lekarki na pewno pozwoliłyby go zatłuc na śmierć. Życie mężczyzny nie było warte zachodu; wiedzieli o tym nawet oni sami.

Clausy cieszyli się popularnością wśród odwiedzających i stanowili tę kategorię pogłowia samców, której najczęściej używano w sypialniach. Żyło im się więc lepiej niż wielu innym grupom. Dostawali większe porcje i dłuższe przerwy, a ich narządy płciowe badano, pielęgnowano i masowano olejami po każdym użyciu. Zdecydowana większość Clausów żyła wystarczająco długo, by stać się Alfredami. W przeciwieństwie do Pallów, którzy rzadko dożywali trzydziestki, choć też należeli do często używanych samców i dlatego cieszyli się lepszymi warunkami niż wiele innych kategorii mężczyzn. Jednak ze względu na specyficzną hodowlę i trening Pallowie miewali problemy behawioralne, przez które albo więdli w izolacji, albo zabijali się nawzajem w gwałtownych walkach.

Alfredów charakteryzowała szarość, zarówno jeśli chodzi o włosy, jak i sposób poruszania się. Kiedy któryś zachorował, zazwyczaj już nie wracał. Rzadko widywało się tu też ten błysk w oku i zabawne pomysły, do których przywykł wśród Clausów. Do Alfredów przenoszono też zbyt wielu spośród innych, mniej bystrych kategorii.

Chłopiec powlókł się w stronę innych samców, które powoli zmierzały ku otwartej bramie. Plusem bycia Alfredem było to, że nikt tu nie oczekiwał szybkiego działania.

Z tyłu nadszedł Ke i się z nim zrównał. Chłopiec uśmiechnął się do niego, a Ke odwzajemnił uśmiech. Przynajmniej miał jego. Znali się od młodych lat. Miał pewną trudność, aby przywyknąć do Ke w siwym wydaniu, miał on bowiem zawsze bujne ciemne włosy, opadające ciężkimi pasmami na plecy. Teraz większość włosów była siwa i przyklapnięta. Podbródek, wcześniej gładko ogolony, pokrył się siwym zarostem. Na szczęście wciąż miał to samo spojrzenie, a na widok Chłopca jego oczy jak zwykle rozbłysły.

Ke zawsze był Clausem; do Alfredów dołączył kilka miesięcy przed Chłopcem. Stadko Clausów, które zeszłej zimy przeniesiono do Alfredów, już nie istniało. Pogłowie samców znacznie przetrzebiła wiosenna infekcja.

Czasami widywał któregoś z tych, którzy nadal byli Clausami, stojącego nad wodą lub na trawniku. Mogli się widzieć, ale nie wchodzić ze sobą w kontakty. To było zabronione. Trudno było liczyć na to, że wszyscy zdążą zostać Alfredami, bo choć Clausy rzadko się biły, to konfliktów między samcami nie dało się uniknąć. Chłopiec nigdy nie inicjował walk, wspólnie z Ke starali się trzymać na uboczu. Żaden z nich nie nadawał się do bójek. Mimo to i tak zdarzało się, że wciągano ich w konflikt i wtedy mocno obrywali po głowach, a potem lekarki musiały oceniać, czy jeszcze nadają się do użytku w ośrodku, czy nie.

– Głodny – powiedział Ke, biorąc go za rękę. Chłopiec uścisnął mu dłoń, a Ke wtulił się głową w jego ramię. Chłopiec czuł, jak broda Ke łaskocze go przez kaftan po klatce piersiowej, a ciepła skóra dotyka mu ramienia. Cudownie, że nie jest jeszcze tak zimno, by musieli nosić kurtki. Dzięki temu mogli dotykać swojej nagiej skóry, kiedy tylko naszła ich ochota.

Jedzenie ładnie pachniało. Wielu samców musiało się hamować, by nie wpychać się przed kolejkę i móc szybciej zaspokoić głód. Gdyby zobaczyła to strażniczka, delikwenta wyciągnięto by z kolejki i dyscyplinowano, aż zdołałby udowodnić, że potrafi iść krok za krokiem, nie wpadając na innych. Wtedy na posiłek czekało się jeszcze dłużej.

Chłopiec objął Ke ramieniem i pogłaskał go po karku, wiedząc, że tamten to lubi.

– Au! – zawył Ke, gdy jakiś brutalny samiec mocno go popchnął. Ke upadł przed siebie, pociągając za sobą Chłopca, który z przestrachem uniósł wzrok. Nie było wątpliwości – to Palle. A przecież słyszał, że Pallowie nie trafiają między Alfredów. Pozostałe samce rozstąpiły się przerażone, gdy wparował między nie Palle. Nawet strażniczki spojrzały z uwagą na przybysza. Nikt sobie nie przypominał, by znajdował się tu jakikolwiek samiec z tej kategorii.

Palle napawał się zainteresowaniem, które budził. Podszedł szybkim krokiem do grupki dawnych Sofusów – wyjątkowo skłonnych do łez. Ci podnieśli lament, chwycili się za ręce i wycofali do kąta, a Palle zarechotał złośliwie. Potem odwrócił się do Chłopca i Ke, którzy zdążyli się podnieść i stali objęci. Palle spojrzał na nich z obrzydzeniem, zaciskając szczękę. Pallów, którzy najwierniej odwzorowywali staroświeckiego, patriarchalnego mężczyznę, trenowano tak, by nie przepadali za dotykającymi się nawzajem mężczyznami.

Jego nozdrza się rozszerzyły, a z gardła wyrwał się głęboki pomruk. Chłopiec i Ke przysunęli się do siebie bliżej, równocześnie się cofając, ale ukrywało się za nimi zbyt wielu mężczyzn. Chłopiec zanucił cicho, by uspokoić zarówno Ke, jak i siebie.

Niegdysiejszy Sune – typ, którego cechowało silne owłosienie i roztargnienie – niczego nie podejrzewając, wszedł między Chłopca, Ke i Pallego. Palle dostrzegł w tym szansę, by ukraść z jego tacy kawałek chleba. Odgryzł kęs i odrzucił go od siebie, rozzłoszczony, że to nie mięso. Tylko Pallowie dostawali mięso. Pozostali jedli wyłącznie posiłki wegetariańskie, by nie podsycać w nich żądzy krwi. Palle wsadził pięść do drugiej miski na tacy Sunego, który, zawodząc, starał się ratować jedzenie i szarpnął tacę do siebie. Zupa się rozchlapała i pociekła mu po brzuchu. Choć było już na to za zimno, Sune miał goły tors; pewnie zapomniał się ubrać, Sunem to się często zdarzało. Palle zaśmiał się ochryple, pochylił się do Sunego i szyderczo wyciągnął język, jakby chciał zlizać zupę. Sune rozpłakał się, załamany, a strażniczka, ta bez broni, musiała go wyprowadzić. Pozostali rozstąpili się na boki, pozwalając Pallemu dostać się do jedzenia jako pierwszemu. Tymczasem podbiegła inna strażniczka, niosąc kawałek mięsa. Nie dodano mu mięsa do diety, bo zapomniano, że na oddziale znajduje się Palle. Ten wyrwał mięso strażniczce, która sięgnęła po pałkę na plecach i cofnęła się, trzymając ją przed sobą ostrzegawczo. Samiec uśmiechnął się z wyższością i zaczął wyjadać karmę z tacy.

Męskość Ke zaświeciła się w spodniach i choć on sam nie spojrzał w dół, Chłopiec wiedział, że przyjaciel jest tego świadomy. Pierwsza, delikatna stymulacja rozpoczęła się w momencie włączenia światełka na kroczu. Ke mógł teraz przynajmniej przeskoczyć kolejkę i dostać posiłek przed pozostałymi. Spojrzał z niezadowoleniem na Chłopca, który upewnił się, że Palle jest zajęty jedzeniem, po czym pogłaskał Ke po włosach i delikatnym pchnięciem w plecy skierował go w stronę jedzenia.

Posiłki były jedynym czasem, kiedy mogli się cieszyć swoim towarzystwem. Strażniczki Centrum rzadko obserwowały ich podczas jedzenia, więc mogli bez zakłóceń wymienić kilka znanych im słów.

W kolejce po karmę wpadł na Chłopca jeden z najstarszych Alfredów, tak wiekowy i sfatygowany, że Chłopiec nie mógł nawet odgadnąć, do jakiej kategorii pierwotnie należał. Starzec spojrzał na niego pytająco, ewidentnie nie wiedząc, gdzie się znajduje. Z Alfredami często tak bywało, gdy zbliżał się ich koniec.

Chłopiec podniósł ręce w obronnym geście, a ubrana na różowo strażniczka wyciągnęła starego Alfreda z szeregu. Skołowany starzec rozejrzał się wokół; jego zmatowiałe oczy zdradzały, że nie wie, gdzie jest, nie słuchał też rozkazów strażniczki. Kobieta westchnęła i zanotowała jego numer.

Nie minie wiele dni, a już go nie będzie. Chłopiec nie podnosił wzroku, by nie zostać uznanym za nieobliczalnego. Co tydzień znikało wielu Alfredów, bo szkoda było ich utrzymywać przy życiu.

Ke skończył już jeść i wraz z innymi, którym świeciły penisy, udał się do łaźni, gdzie przygotowywano ich do łóżek. Na pewno nie zjadł za dużo, wiedząc, że posiłek, który czeka go już po wszystkim, będzie zdecydowanie smaczniejszy niż te serwowane w barakach. O ile się dobrze spisze, ale zazwyczaj się spisywał. Ke był bystrym i lubianym samcem użytkowym, zarówno jako Claus, jak i przez krótki czas bycia Alfredem. Miał właściwe proporcje, harmonijną twarz i piękną grzywę. Fakt, że już wyblakła, nie rzutował na zainteresowanie, jakim cieszył się wśród kobiet odwiedzających ośrodek.

Chłopiec usiadł ze swoją porcją przy stole, przy którym miejsca zajęło już kilku dawnych Dariów i Marvinów. Dariowie byli piękni, ale prości z natury. Stanowili spokojne stadko, które nigdy nie wszczynało burd. Marviny miały więcej werwy. Były szczuplejsze niż przeciętne samce, miały długie penisy i były skore do śmiechu. Jednak jako że z wiekiem ich ciała robiły się zbyt sękate, odwiedzające nieczęsto je wybierały. Dlatego gdy się starzeli, szybko ich ubywało.

Chłopiec nie został jeszcze wezwany do łóżek przez tych kilka dni, które spędził jako Alfred. Ale to nic. W młodszym wieku potrafił wpadać w desperację, jeśli między usługami świadczonymi kobietom mijało zbyt wiele dni. Wtedy odczuwał wdzięczność za leki, które go otumaniały. Teraz to co innego. Wciąż potrafił stanąć na wysokości zadania, jak zawsze. Ale teraz równie mocno podobało mu się siedzenie na miękkiej trawie, ciepło płynące od słońca i nucenie krótkiej melodyjki.

To Najstarsza nauczyła go śpiewać. Wtedy nauczyła go słów, ale nie pamiętał ich już zbyt wiele, więc melodię niosły po prostu uczucia.

Przywitał się z Dariami, którzy przyjaźnie się do niego uśmiechnęli i niemal od razu zaczęli go ignorować. Leżący obok Marvin, oparty głową o jednego z Dariów, zaśmiał się głośno z czegoś, co zobaczył na suficie. Chłopiec spojrzał w górę i choć nie widział, co to może być, też się roześmiał. Potrzebował przyjaciół.

Inga

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Kontakt:

[email protected]

Z prozy współczesnej w ArtRage do tej pory ukazały się:

Verena Kessler

Duchy z miasteczka Demmin

w tłumaczeniu Małgorzaty Gralińskiej

Victoria Kielland

Moi mężczyźni

w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej

Nona Fernández

Strefa mroku

w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej

Aleksandra Pakieła

Oto ciało moje

Margaryta Jakowenko

Przemieszczenie

w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej

Charles Yu

Ucieczka z Chinatown

w tłumaczeniu Agi Zano

Andrea Abreu

Ośli brzuch

w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej

Linn Strømsborg

Nigdy, nigdy, nigdy

w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej

Mohamed Mbougar Sarr

Bractwo

w tłumaczeniu Jacka Giszczaka

Claudia Salazar Jiménez

Krew o świcie

w tłumaczeniu Tomasza Pindla

Jessica Au

Mógłby spaść śnieg

w tłumaczeniu Agi Zano

Kjersti Anfinnsen

Chwile wieczności

w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej

Jonas Eika

Po słońcu

w tłumaczeniu Macieja Bobuli

Aleksandra Tarnowska

Wniebogłos

Nick Cave

Gdy oślica ujrzała anioła

w tłumaczeniu Jerzego Łozińskiego

Sebastian Barry

Tysiąc księżyców

w tłumaczeniu Krzysztofa Cieślika

Adda Djørup

Kot Bułhakowa

w tłumaczeniu Zuzanny Zywert

Michał Michalski

Gruby

Linn Strømsborg

Kurwa, kurwa, kurwa

w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej

Santiago Roncagliolo

Noc szpilek

w tłumaczeniu Tomasza Pindla

Cristina Morales

Lektura uproszczona

w tłumaczeniu Katarzyny Okrasko i Agaty Ostrowskiej

Sebastian Barry

Po stronie Kanaanu

w tłumaczeniu Katarzyny Makaruk

Merethe Lindstrøm

Dni w historii ciszy

w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej

Marta Hermanowicz

Koniec

Aki Ollikainen

Sielanka

w tłumaczeniu Justyny Polanowskiej

Chiang-Sheng Kuo

Stroiciel fortepianów

w tłumaczeniu Katarzyny Sarek

Jarek Skurzyński

Zły syn

Sebastian Barry

Czas starego Boga

w tłumaczeniu Agi Zano

Arturo Pérez-Reverte

Szachownica flamandzka

w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego

Michał Trusewicz

Plemię

Oliver Lovrenski

Jak byliśmy młodsi

w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej

Juan Cárdenas

Diabeł z prowincji

w tłumaczeniu Katarzyny Okrasko

Maren Uthaug

11%

w tłumaczeniu Joanny Cymbrykiewicz

Brenda Navarro

Prochy w ustach

w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej

Karina Sawaryna

Wynik negatywny

w tłumaczeniu Katarzyny Fiszer

Arturo Pérez-Reverte

Ostatnia zagadka

w tłumaczeniu Katarzyny Okrasko

Sebastian Barry

Tak daleko od domu

w tłumaczeniu Tomasza S. Gałązki

Louise Erdrich

Rzeka Czerwona

w tłumaczeniu Agnieszki Walulik

John Darnielle

Wilk w białej furgonetce

w tłumaczeniu Agi Zano

Natalka Suszczyńska

Wygoda

Sebastian Barry

Tymczasowy dżentelmen

w tłumaczeniu Agnieszki Walulik

Tytuł oryginału: 88%

Redaktor inicjujący: Michał Michalski

Redaktor prowadzący: Krzysztof Cieślik

Koordynacja produkcji: Szczepan Kulpa

Opieka promocyjna: Paula Czubaj

Projekt okładki: Ula Pągowska/p>

Projekt makiety: Mimi Wasilewska

Redakcja: Agnieszka Rzonca

Korekta: Aleksandra Orzechowicz, Hanna Trubicka

Copyright © Maren Uthaug, 2024

© Copyright for the Polish edition by ArtRage, 2026

© Copyright for the Polish translation by Joanna Cymbrykiewcz, 2026

Published by agreement with Copenhagen Literary Agency ApS, Copenhagen in cooperation with Book/lab Literary Agency, Poland

Książka wydana dzięki wsparciu Danish Arts Foundation

Wydawnictwo ArtRage

wydawnictwo.artrage.pl

Wydanie pierwsze, Warszawa 2026

ISBN 978-83-84320-47-1

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek