3i - Rafał Harer - ebook

3i ebook

Rafał Harer

0,0

Opis

Te zdjęcia kosmosu mogłyby przynieść sławę, ale zwiastują globalną katastrofę. Niszczycielska siła spoza Układu Słonecznego bowiem za kilka miesięcy unicestwi całą cywilizację. Tylko nieliczni o tym wiedzą i starają się coś uratować: siebie, życie, dorobek pokoleń, ludzkość. A jednocześnie nie zdradzić tajemnicy, bo dla pozostałych będzie lepiej, jeśli nie poznają prawdy. Niektórzy snują jednak własne plany. Bo katastrofa nie jest pewna. Bo katastrofa to świetna okazja. Bo inni też mają prawo wiedzieć.

Powieść Rafała Harera opowiada o katastrofie, która może się wydarzy. A może nie. O ludziach, którzy wiedzą, i o tych, którzy mają wątpliwości.

A przede wszystkim o tych, którzy wiedzą znacznie więcej. Którzy znają tajemnicę zaklętą w tajemnicy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 235

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Projekt okładki

Krzysztof Krawiec

W projekcie okładki wykorzystano obraz Odwieczna magia między nami autorstwa Krzysztofa Krawca.

Redakcja

Paulina Zyszczak – Zyszczak.pl

Skład i łamanie

Natalia Kocot – Zyszczak.pl

Korekta

Natalia Kocot – Zyszczak.pl

Przygotowanie wersji elektronicznej

Andrzej Zyszczak – Zyszczak.pl

Tłumaczenie rozdziału 4

Adrian Goretzki – PoNaszymu.pl

Copyright © by Rafał Harer, 2026

ISBN 978-83-962143-5-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora.

Wymieranie kredowe było ciężkie, globalne, szybkie i selektywne

Wikipedia, hasło „wymieranie kredowe”

O, ty moja piękna, moja wspaniała katastrofo

Tove Jansson, Opowiadania z Doliny Muminków

Jesteśmy przedmiotem eksperymentu, który niewiele mnie interesuje

Henry David Thoreau, Walden, czyli życie w lesie

1

Ride the Lightning

Romantyzm samotnych nocy wśród gwiazd, gdzie człowiek szczęśliwy swoim szaleństwem patrzy przez okular teleskopu i odkrywa nieznane przestrzenie, w moim przypadku sczezł w piwnicy mojego domu. Zamiast widoku nocnego nieba oglądałem wiszące na ścianach przyklejone skoczem zdjęcia paru mgławic, naderwaną mapę Księżyca, oprawiony dyplom oraz plakaty Metalliki i Halle Berry. Zamiast okularu na chaotycznie połączonych biurkach stały monitory, a szum wiatru wokół zmurszałego, porośniętego bluszczem obserwatorium zastąpił szmer wentylatorów kilku komputerów. Całość wystroju dopełniały: wyliniała kanapa, parę foteli w różnym stanie rozkładu, plątanina kabli, niesforny ekspres, czajnik, brudne kubki, drukarka, kilkadziesiąt książek i walające się wszędzie wydruki. Oraz zaglądający od czasu do czasu przez małe okno rudy kot sąsiadów i pająk co dzień tkający swoją pułapkę.

Moje oficjalne miejsce pracy tylko pozornie różniło się od piwnicy. Było czyściej, fotele były nowe, biurka – równo ustawione, nie zaglądał tam kot. Za to personelu było sporo. Ludzie od przekładu. Siedemnaście osób przekładających język teorii, pomysły, równania na poddające się komputerowej łapczywości kody, dzięki którym odrzucano co bardziej szalone pomysły i trawiono równie szalone idee.

Realizowałem w swojej piwnicy własną pasję kosmicznego odkrywcy. Wiedziałem, że czas samotnych stukniętych naukowców przeminął, że w tym świecie nie ma już miejsca dla Tesli czy Einsteina. Ale mała wydrukowana z Internetu fotografia przedstawiająca Giennadija Borysowa i leżące obok trochę większe zdjęcie rozpikselowanej srebrnej plamy iskrzącej się na czarnym tle oraz nieustająca satysfakcja z podejmowanych prób wciąż napędzały moje poszukiwania.

Ta rozpikselowana srebrna plama była zdjęciem kawałka gruzu o średnicy około osiemdziesięciu metrów, który przedostał się przez gęstą sieć komputerowej analizy i dał mi się odkryć. Teraz nosi moje imię i mknie po swojej mocno eliptycznej orbicie.

W kącie piwnicy stał teleskop. Rzadko go używałem i to nie on był źródłem moich poszukiwań. Moim źródłem były bazy danych kilku obserwatoriów. Miliony zdjęć. I parę wersji mojego programu analitycznego. Trochę wadliwego, ciągle wymagającego ujednolicenia, ale działającego. Najciekawsze jest to, czego nie można zobaczyć. Schowane kusi. Patrzenie tam, gdzie nie powinno niczego być, gdzie tylko wykraczający poza margines prawdopodobieństwa przypadek może przynieść coś interesującego. Cóż, znałem skrytki, lecz nie miałem żadnej pewności, że ktoś coś do nich powkładał. Szukałem tam, gdzie trudno coś znaleźć z niezachwianą wiarą, że jeśli coś tam jest, to ja to znajdę.

Moim najczęstszym celem był Strzelec i pewnego smutnego deszczem dnia coś zaczęło się dziać. To nie był dzień. To była noc, druga dwadzieścia. Sączyłem drinka, na którego sobie czasem pozwalałem. Siedziałem na wyliniałej kanapie i przenosiłem wzrok z Halle Berry na Metallicę. Obiekty westchnień mojej młodości. Tak trudno było mi uwierzyć, że w jakiś pokrętny sposób spędziliśmy razem tyle lat, że są niewiele, a jednak starsi ode mnie, że ta piękna kobieta dawno temu zachwyciła mnie swoją urodą i dała mi tyle szczęścia w łazience, czym nawiązałem nić porozumienia z byłym prezydentem USA.

Dopiłem, wstałem i zrobiłem parę kroków w stronę schodów, gdy na jednym z monitorów dostrzegłem pulsujący fragment okładki Ride the Lightning, czyli sygnał alarmu mojego programu analitycznego. Pochyliłem się nad biurkiem i po kilku kliknięciach miałem przed sobą serię fotografii, na których program oznaczył mały punkt, mdłą jasność. Sprawdziłem czasy wykonania zdjęć i zmiany kąta w stosunku do tła. Różnica jasności wywołała u mnie dreszcze. Bez obliczeń wiedziałem, że coś jest na rzeczy, że mam do czynienia z czymś bardzo nietypowym.

Przejrzałem katalog na Minor Planet Center, oblałem się potem i napisałem do szefa zespołu, że muszę wziąć dwa dni wolnego. Nad ranem określiłem przybliżoną orbitę, a ta była tak nieprawdopodobna, że zacząłem się śmiać. Powtórzyłem wszystko od początku, starając się nie pamiętać wcześniejszych działań oraz założeń, i wyszło mi coś podobnego. Będę albo sławny, albo martwy.

2

Miliony Hiroszim

Opowiadanie napisałem. „Niech ktoś się przejmie, niech ktoś coś zrobi” – pomyślałem. Ale nic. Cisza. Nikogo to nie obchodziło. Siedemnaście osób przeczytało. Próbowałem sobie wyobrazić ich nadzieję, ich umierającą nadzieję. Usilne próby. Cierpienie. Chwile, kiedy powoli zamarzali wpatrzeni w oddalającą się spowitą białymi chmurami niebieską planetę. Ich ostatnią szansę. Mogliśmy ich uratować. Mogliśmy. Ale koszty za duże. Problemy za duże. Lepiej oczy zamknąć. Nie widzieć, nie słyszeć. Bo co by to było? Innych przyjąć. Dach dać. Ukrywać czy pokazać światu. A może ich uratowali? Może wysłali jakiś statek i ich sprowadzili, ale ukryli gdzieś w niedostępnych górach, na pustyni, na jakiejś wojskowej wyspie, platformie wiertniczej? Mam czasami taką nadzieję. Nawet się domyślam, dlaczego by ich nie pokazali. Pozwolili im jednak umrzeć. Pozwoliliśmy.

Zużyli resztki energii. Mogli ją wykorzystać, aby podtrzymywać życie. Nawet gaz wypuszczali, resztki powietrza, żeby dać nam znać. A my co? „Anizotropowa emisja gazu o nieznanym pochodzeniu”. Nie wiem, czy lecieli do nas. Nie wiem, czy zwolnili, zanim coś zaczęło się psuć, czy może przemierzali pustkę przez tysiące lat. Nie wiem, jak wyglądali, byli jednak do nas podobni. Mieli marzenia, odwagę, wiarę w inne rozumne istoty i mieli nadzieję. Ale to wszystko się ulotniło, a oni skazani na śmierć, niemal zawróceni siłą przyciągania Słońca odlecieli w nieskończony kosmos. I umarli.

Tylko nazwa została. Symbol hańby. Może dlatego jest tak dziwna, trudna. Żeby nikt nie mógł zapamiętać, żeby zniknęła w zakamarkach pamięci, żeby opuściła obszar pamiętania. Oumuamua.

Nigdy nie byłem dobry z matematyki. W szkole średniej jeszcze dawałem radę, ale z wyższą matematyką nie mogłem sobie poradzić. Była zbyt abstrakcyjna. Nie szła w parze z wyobrażeniami o rzeczywistości. Rozumiałem, co się dzieje, jakie procesy zachodzą, pojmowałem fizykę zdarzeń, lecz nie potrafiłem przełożyć tego na język liczb i wzorów. Ani języka liczb i wzorów na procesy i zjawiska. I nie czułem tego, gdy robił to ktoś inny. Jakby obdzierał złożoność, zostawiając pusty szkielet, grzechocący i nijaki. Bezwartościowy. Nie to, że nie umiałem obliczyć prędkości, znając przyśpieszenie i czas. Raczej nie widziałem drogi elektronu w polu magnetycznym. Dlatego nie zostałem astrofizykiem ani astronomem. Ale chciałem być jak Ellie Arroway grana przez Jodie Foster. Tak to sobie wyobrażałem. O takim życiu marzyłem. Wiedziałem jednak, że to tylko filmowa wizja nakręcona na podstawie książki. Że nikt nie nawiązuje kontaktu, leżąc na masce samochodu, ze słuchawkami na uszach.

Lubiłem patrzeć w gwiazdy. Rozpoznawałem gwiazdozbiory, spędzałem noce z lornetką albo teleskopem i czytałem sporo książek popularnonaukowych. Miałem sześciocalowego Newtona i drugie miejsce w amatorskim konkursie astrofotografii na koncie.

Nigdy nie rozumiałem zamieszania z UFO. Pytanie, czy wierzę w UFO, usłyszałem chyba z tysiąc razy. Wierzyć można w krasnoludki. Gdy ktoś wchodził do mojego mieszkania, rozglądał się i od razu pytał, czy wierzę w UFO. I opowiadał, jak to kiedyś zdarzyło mu się coś bardzo, bardzo dziwnego, albo mówił o medycynie jakichś odległych mnichów, co to wyciągiem z jadu skorpiona, siedmiu ziół zebranych przy pełni i koniecznie o północy, zalanych wodą ze świętego źródła potrafią wyleczyć raka, jeszcze zanim wtranżolą śniadanie, czy o reinkarnacyjnych przygodach jego poprzedniego ja, do których miał wgląd poprzez długie wpatrywanie się we własne wnętrze. Albo twierdził, że zmieniał temat, i patrzył na mnie jak na niezbyt rozgarniętego, poczciwego dziwaka. A UFO to kwestia dowodu. To nauka. Ja nawet nie posługuję się tą nazwą. Mnie interesuje kontakt. Może droga do niego prowadzi przez niezidentyfikowane obiekty latające. Warto sprawdzać ten trop. Ale jest jednym z wielu. Najbardziej widowiskowym przejawem ewentualnej obecności. Dlatego tyle zdjęć w moim mieszkaniu. Przyklejonych taśmą obrazów latających spodków, rozmazanych świateł i artykułów z relacjami świadków. Przyglądam się im, analizuję i próbuję znaleźć w nich sens, cechy wspólne, zależności, logikę. Mimo że bardzo chciałbym, żeby były dowodem, wciąż mam zbyt wiele wątpliwości.

Moje mieszkanie to przerobiony strych. Jedna rozległa przestrzeń z widocznymi krokwiami, słupami i dwoma kominami. Kilka okien, w tym jedno duże, przez które obserwuję niebo. Wystarczy tu wejść, rozejrzeć się, popatrzeć na zdjęcia, na stare meble i już wielu osobom cisną się na język opowieści o paranormalnych przygodach. Lubię to miejsce. Lubię chaos tego mieszkania. Nieoczywistość skosów, skrzypienie podłogi, zakamarki, do których nie zaglądam, zapach i moje solidne, niemal stuletnie biurko, którego blat częściowo obito wyliniałym już zielonym suknem. Tylko stojący przed nim fotel przełamuje klimat wystroju swoją nowoczesnością. Trudno sobie wyobrazić coś wygodniejszego do siedzenia.

Tamtego wieczoru po raz nie wiadomo który przeglądałem zdjęcia z katastrofy tunguskiej. Wiadomość przyszła z anonimowego źródła. Niemal ją zignorowałem, ale nieznany mi nick nadawcy wzbudził moje zainteresowanie: Interstellar3i. Załącznik zawierał screeny paru maili i kilkanaście zdjęć. Na mniej lub bardziej ukrytych forach kojarzyłem wiele osób, z niektórymi często korespondowałem, ale nie pamiętałem nikogo, kto by się tak podpisywał. Pomyślałem, że to spam. Zdjęcia mało mówiły. Na każdym zaznaczono czerwonym pisakiem jakiś obiekt – plamkę, która nieznacznie zmieniała swoje położenie względem gwiezdnego tła. To oczywiście mogłoby być wszystko: satelita, jedna z tysięcy planetoid, kometa, jakaś odległa planeta karłowata. Tylko po co ktoś zadawałby sobie tyle trudu, żeby włamać się do komputera jakiegoś astronoma, zhakować jego skrzynkę i przesłać to do mnie? Nawet gdyby to była ogromna planeta schowana gdzieś w głębi, daleko za orbitą Plutona, to co ja mógłbym mieć z tym wspólnego? Ktoś musiał wiedzieć, czym się zajmuję i że będzie miało to dla mnie znaczenie. Wiedział, że 3I wzbudzi moje zainteresowanie. Może znał moje opowiadanie.

Zagłębiłem się w treść maili. Na początku nie rozumiałem, ale przy drugim przeczytaniu zacząłem łapać. W pierwszej wiadomości jeden nieznany mi koleś – namierzyłem go jako pracownika centrum obliczeniowego i astronoma amatora, odkrywcę jakiejś drobnej planetoidy – prosił pewną astrofizyczkę o potwierdzenie obserwacji. Mail zawierał „wstępne obliczenia orbity ciała niebieskiego, prawdopodobnie komety, której mały, lecz zauważalny (pomiędzy obserwacjami o niewielkim interwale czasowym) wzrost jasności oraz nieduże zmiany kąta sugerowały orbitę niemal styczną w momencie obserwacji do kierunku poruszania się Ziemi, a także prędkość znacznie przekraczającą prędkość ucieczki”. Obliczenia orbity „ze względu na zbyt mały materiał są obarczone znacznym błędem, niemniej wskazują, że obiekt powinien zostać zakwalifikowany jako NEO”. Ponadto „uwzględniając albedo na poziomie 0,1 i znając położenie, można założyć, że obiekt ma około 1 km średnicy”.

Astrofizyczka odpisała po tygodniu, że znalazła obiekt na innym zestawie zdjęć z nieco późniejszego okresu: „uwzględniając wcześniejsze obserwacje, czyli te, które mi przesłałeś, i te, do których dotarłam, wyznaczyłam bardziej precyzyjną orbitę. Wynika z niej, że obiekt minie Ziemię w odległości nie większej niż 1 mln km, ze znaczną prędkością (około 105 km/s z uwzględnieniem prędkości obiegowej Ziemi), co kwalifikuje go do PHA”. Kategorycznie stwierdziła, że „obiekt nie jest związany grawitacyjnie ze Słońcem, porusza się orbitą hiperboliczną o znacznym mimośrodzie”. Dodała, że jego „wielkość jest trudna do oceny i według mnie może się wahać od 200 m do 2 km”. Na koniec nadmieniła: „interstellar o takiej hiperbolicznej nadwyżce prędkości i orbicie niemal dokładnie wycelowanej w Ziemię jest nieprawdopodobieństwem wykraczającym poza moją zdolność tworzenia porównań”.

Trzeci korespondent, astrofizyk pracujący w Chile, na podstawie wcześniejszych wyliczeń orbity znalazł obiekt na trzecim zestawie zdjęć. Był wyraźnie zaniepokojony: „Uściśliłem orbitę. Według mnie impakt prawdopodobny (na pewno więcej niż 10%). Prędkość względem Ziemi w momencie ewentualnego zderzenia to 108 km/s. Średnicę oceniam na 1,5–2,5 km. Przy takiej prędkości to będziemy mieli problem. Nie chwaliłbym się odkryciem. Na razie. Raczej czynniki oficjalne. Ze względu na obecne położenie obiektu względem Słońca obserwacja niemożliwa”. I na koniec dodał: „Oprócz samego impaktu widzę jeszcze dwa problemy. To wygląda tak, jakby ktoś wystrzelił pocisk w Ziemię w taki sposób, aby nie można było go obserwować. Jakby to było dokładnie przemyślane, celowe. Jakby czekał na odpowiedni układ, żebyśmy nie mogli śledzić tego obiektu. Według moich wyliczeń obserwacja będzie możliwa na kilka dni przed impaktem. Wtedy będzie za późno na cokolwiek. Zgadzam się z Panią. To jakieś totalne nieprawdopodobieństwo. Wiem, że na przestrzeni miliardów lat we Wszechświecie dzieją się dziwniejsze rzeczy, ale to, że to wydarzy się tu i teraz, a nie mamy historycznych danych o podobnym zdarzeniu, to zakrawa na jakieś antropocentryczne szaleństwo czy inną antropiczną wariację. Ale zdjęcia nie kłamią”.

Ostatni mail był od astrofizyczki: „Założyłam impakt. Minimalna energia wejścia w atmosferę przekracza 1,2×106 MT TNT. To dziesiątki milionów Hiroszim i kilkadziesiąt tysięcy car-bomb. Jakbym miała do kogo się modlić, to już bym zaczynała”. W PS dopisała: „Pomimo niemal dokładnie znanej orbity nie znalazłam obiektu na innych zdjęciach właściwego obszaru. Wygląda na to, że mamy tylko te trzy sety. Może obiekt rotuje i ma nieregularny kształt. Nie wiem. Ale to dziwne. I dziwne jest to, że poza Twoim żadne programy go nie wykryły wcześniej, chociaż teraz robią to bez problemu. Strzelec jest dosyć gęsty, orbita nietypowa, zmiany kątowe niewielkie, ale bez przesady. Oczywiście to możliwe i nie jest to pierwszy raz. Zbiegi okoliczności się nakładają, co w skali kosmosu się zdarza, ale… kurwa, dlaczego za mojego życia?”.

Gdy w pełni uświadomiłem sobie znaczenie tych maili, zaczęły mi drżeć ręce. Dokładnie tak jak podczas wypadku, gdy wjechał we mnie ten napruty gość, mój pies wyleciał przez przednią szybę samochodu i wył połamany na asfalcie, a ja wysiadłem z rozbitym nosem i patrzyłem, bo nic nie mogłem zrobić, aż pies ucichł, zdechł. Wtedy wziąłem go na ręce. Był miękki, jakby wszystko w środku miał płynne. Stałem, ociekając krwią, aż przyjechały policja i straż. Wyjęto mi go z rąk, które trzęsły się, dopóki nie dostałem zastrzyku, od którego świat zawirował i zniknął.

3

Cztery gwiazdki

Patrzyłem na niego, starając się nadać twarzy surowy wyraz. Tylko że to nie była żadna cholerna pustynia czy inne kolczaste góry. Nie siedziałem w podskakującym wozie opancerzonym, usiłując ignorować odległą kanonadę i skupiać się na danych wypluwanych na emitującym zielony blask monitorze. Piłem kawę w wygodnym fotelu przed surowym biurkiem, na którym wszystkie przedmioty tkwiły dokładnie ułożone z zachowaniem kątów prostych i linii równoległych. Wpatrywałem się w ten zalatujący nerwicą porządek i próbowałem sobie przypomnieć słowa tego psychologa konowała, który chciał mi wmówić, że to właśnie nerwica – nerwica natręctw będąca manifestacją PTSD. Oderwałem wzrok od biurka i ponownie na niego spojrzałem. Czułem, że balansuję na krawędzi groteski, co w przypadku oficera, przełożonego nie jest dobrym pomysłem. Wszyscy wiedzieli, że to nie jest najlepsza pora na zawracanie mi dupy. Pomyślałem, że to zawracanie dupy spowoduje stężenie moich rysów.

– Tak?

– Muszę z panem porozmawiać, panie kapitanie.

– Proszę.

– Nie tu, panie kapitanie.

– Gdzie?

– Na dole, panie kapitanie.

Spojrzałem na zegarek.

– Za godzinę. Ósma czterdzieści pięć.

– Panie kapitanie, sprawa jest według mnie na tyle istotna, że sugerowałbym natychmiastowe spotkanie.

Podniosłem spojrzenie, które mimowolnie koncentrowało się na notatnikach i ołówkach. Był w cywilnym ubraniu. Z plakietki przypiętej do koszuli odczytałem stopień: młodszy chorąży. Wymoczek z przylizanymi włosami. Pewnie tatuaż na ramieniu. Jakieś sztuki walki dla inteligentów: ju-jitsu czy coś takiego. Dobry uniwersytet, siedem języków obcych, a jak przychodzi co do czego, to sra w majty przy zamawianiu herbaty i zamiast „poproszę herbatę” mówi w końcu spocony jak mysz: „Czy mógłby łaskawy pan przygotować mi herbatę? Bardzo proszę, jeśli można, i nie przeszkadzam”. Ten typ. Coaching, trener personalny i dieta bez tego, bez tamtego i o niskim, a czasami wysokim indeksie. Ten typ. Zbytnio wierzy w swoją inteligencję, a za mało w szczęście, jakie może spotkać kogoś podczas ostrzału.

Gdyby wybuchła wojna albo stało się coś równie istotnego, to dostałbym informacje z góry, a nie od młodszego chorążego. Przyszedł z własnej inicjatywy. Znalazł coś, co uznał za niezmiernie ważne, za sprawę niecierpiącą zwłoki. Nadgorliwy. Uważa, że jego odkrycie jest na wagę złapania bin Ladena.

– Mam nadzieję, że to naprawdę ważne.

Trzy piętra niżej i dziesięć metrów pod powierzchnią gruntu, otoczeni grubym żelbetonem i miedzianymi plastrami miodu, znaleźliśmy się w pomieszczeniu, którego nie lubiłem. Nie znosiłem. Przytłaczało mnie. Zamknięcie, brak możliwości ucieczki, pułapka. Znowu odezwał się we mnie głos psychologa konowała.

– Słucham. – Usiadłem.

– Panie kapitanie, sądzę, że mamy problem…

– Kto ma? – przerwałem mu.

– Wszyscy.

– Jacy wszyscy?

– No wszyscy. Ludzkość.

Pomyślałem, że to jakiś wariat. Że zaraz zacznie mi opowiadać o zmianach klimatu czy czymś równie znaczącym, co nie może poczekać godziny.

– Ktoś planuje rozpocząć trzecią wojnę światową?

– Nie.

– Proszę o konkrety.

– Przechwyciliśmy korespondencję w monitorowanej przez nas ciemnej sferze.

– Zamach?

– Nie. Pewien facet zajmujący się UFO przesłał do kilku mu podobnych wariatów szyfrowaną wiadomość o impakcie. Korespondencja między nimi narasta.

– Zostaniemy zaatakowani przez UFO?

– Nie. Przez meteoryt.

– Od tego chyba są inne służby. Obserwatoria, teleskopy, od czegoś chyba mamy astronomów.

– No właśnie. Myślałem, że to takie wymysły szaleńca, ale coś mnie tknęło, bo powoływali się na korespondencję jakichś naukowców. I wygląda na to, że w Ziemię uderzy meteoryt. Albo planetoida.

– Nie wiem, jaka jest różnica.

– Ja też nie wiem, ale to bez znaczenia. Zagrożenie jest poważne. Korespondencja pomiędzy naukowcami jest autentyczna. Obserwacje też.

– Skąd on to ma? Dlaczego dostał to wcześniej niż my? Dlaczego nie mamy żadnych sygnałów od sojuszników?

– Nie wiemy. Może ktoś na górze już wie, ale nie przekazuje tego niżej, bo to i tak nie ma żadnego znaczenia. Nic nie można z tym zrobić.

– Jak to: nie można? Nie możemy tego zniszczyć?

– Chyba nie.

– To co możemy zrobić?

– Ukryć się gdzieś głęboko.

– Jak głęboko? Tu jest wystarczająco?

– Może, nie wiem.

– Wyginiemy jak dinozaury?

– Tak to wygląda.

– Kto o tym wie?

– Od nas?

– Tak w ogóle.

– Kilku naukowców, kilku UFO-wariatów, pan, ja i jeszcze jeden młodszy chorąży, z którym nad tym pracowałem. Nie znaleźliśmy nic więcej. Na pewno ktoś musi o tym wiedzieć, ale to chyba zostało wrzucone do kategorii bardziej tajnej niż ściśle tajne.

– Jeśli to prawda, to ile mamy czasu?

– Trzy miesiące.

– Chce mi pan powiedzieć, że za trzy miesiące upadnie cywilizacja i wszyscy… wymrzemy?

– Coś takiego, panie kapitanie. Ta planetoida nie jest tak duża jak ta, która załatwiła dinozaury, ale zakładam, że ludzie są bardziej… jak by to powiedzieć… wrażliwi. Czyli pewnie ci, co łapią małpy i wpieprzają banany gdzieś tam nad Amazonką, może jednak ledwie zauważą, że coś się zmieni. Bardziej się zorientują, że nagle przestaną im zawracać głowę i wycinać drzewa dookoła, ale my… to znaczy ci, co jeżdżą samochodami, płacą kartami, latają samolotami i żrą sushi, mają przechlapane.

– Ma pan czterdzieści osiem godzin. Może pan sobie dobrać trzech zaufanych ludzi. Z nikim pan na ten temat nie rozmawia. Kategoria: ściśle tajne. Za czterdzieści osiem godzin chcę mieć pełny raport. Kto o tym wie, czy inne rządy czynią jakieś kroki, co się dzieje z tymi naukowcami i ufologami i co możemy zrobić, żeby cokolwiek ocalić. Nie wraca pan do domu, nie opuszcza tego budynku. Za kwadrans dostanie pan uprawnienia i oficjalne rozkazy.

4

Fto nafutruje psy, fto nafutruje koty*

Dwajścia lot choby psu w rzić. Tym ciulōm niy idzie wierzić. Życie rozdupiōne, zdrowie rozdupiōne. A ône wysztiglowane, choby na parada szli, ôbmamlane choby afy, charkajōm cygaństwami bez mrugniyńcio ôkym. Jak jakeś roboty zaprogramōwane na ôszyda. Dziesiyńć lot boju, dziesiyńć lot suchanio, że niy, że pewnikym ja, ale w dalekij prziszłości, że idzie spać spokojnie, że jeszcze dziecka bydōm mogły sam robić, że takich rzeczy przeca niy robi sie z dnia na dziyń, że mocy lot trza, coby wszyjsko doporzōndku narychtować.

Nikej im niy wierzōłch. Dycki coś mi rzadnie wōniało w jejich zdaniach, tak jak wōnioł jejich dych. Ciule jebane.

We zwiōnzkach robiōłch do tych mamlasōw, co jejich zdrok niy siōngo dalij aniżeli do telewizora i wypucowanych felgōw, a kerzi teroz sie ôdy mie ôdwrōciyli, potraciyli sie i siedzōm cicho. Ino poru zazwōniyło, ale i tak jakosi czułch, co bez przekōnanio. Że może ze mie je waryjot, bo dō nich czas marniōłch.

Zaczło sie ôd sōmsiada. Przilecioł zaroz po ôbiedzie we niydziela, że gruba zawiyrajōm. To jo mu godōm, że chyba go pofyrtało, że je niydziela i że prawie tydziyń tymu ta ugoda ôstała szrajbniynto. A ôn, że niy, że zawiyrajōm i że już policyjo je na miyjscu i żodnego niy wpuszczo. To jo na to, że jak je policyjo, przeca tam ludzie sōm, fedrōnek trwo. Ôn, że niy. Że żodyn na dōł ôd wczorej niy sjechoł. A teryn ôbtoczyli, i to nawet wojoki. Dokurziłch cygaryta, wstołch i poszli my hań.

I richtich. Gruba ôbtoczōno, policyjo, wojoki i tulma naszych, w kłōmbie i wkurwiōnych. Widza, co towarzistwo zaroz brukflostrym zacznie ciepać i bydzie haja, jakij downo niy było. Prōbowołch trocha uspokojić karlusōw, bo mie znajōm, ale usłyszołch, że jo ônych sprzedoł. Klacha poszła, że mie przekupiyli i żodnyj ugody niy ma, a jo ino czekōm, coby kajś uciyc, bo mi chaupa dali, geld i tako pynzyjo, że moga na Karaibach drinki pić do śmiyrci. Tuplikowołch, ale niy dociyrało. Wziōnch trzech kamratōw, co chocioż mi trocha ufali, to spod łeba ale nam mie spoziyrali, i poszli my do takigo jednego wojoka, co go ôbadołech, jak stoji i godo z jednym takim naszym dupnym majstrym, kery w życiu pod ziymiōm niy bōł, a wōngel to chyba ino na fotografijach widzioł. Z drugij strōny, to taki tyż taki idealista, co to sōm do roboty sie niy weźnie, ale tych, co robiōm, szanuje i brōni. Podeszli my, a ôni zaroz, cobymy sebrali porunostu karlusōw, to pōdymy do mynsy, poôzprawiōmy. Jo tukej widziołch, że godać niy ma ô czym, że zbałamuciyli, a teroz bydōm beblać, ale niy miołch wyjścio, bo wyglōndało na to, że krew sie zaroz poleje.

W mynsie było nos z dwudziestu. Tajla to by mie chyba zdrokym zabiyła. Wyklarowołch, że nic niy wiedziołch, ale widziołch, że niy wierzōm. Czekali na nos dyrechtōr, jakiś wojok, policyjōn i nawet tyn ciućmok wiceminister, co to dycki galotkami trzōns, jak do nos na ôzprowki przijyżdżoł. Ôni, cobmy siedlii i że możno kafyj abo tyj. To jo, coby gruba ôddali. Ôni, że zawiyrajōm, nogło decyzyjo, że niyryntowno i że wōngel słaby, wszyjsko niyekologiczne, a cołke to wydobycie ô rant rzici roztrzaś i niy ma na co czekać. Jo na to, że mioł być ôkres przechodni, plan, poleku, że za poranoście lot, a niy tak z dnia na dziyń. Że teroz wszyjscy myślōm, że jo ôszydnik je żech, że pijōndze pod stołym żech wziōn. Ôni, że musieli decyzyjo zmiynić, że tam było nawet napisane w ugodzie w jednym pōnkcie, że to je możliwe, kożdy prawnik to potwiyrdzi. Jo, że prawniki mogōm sie potwiyrdzać, co chcōm, jo na ôzprowkach bōłch, słowa słyszołch, dokumynta widziołch. Gruba mo fungować i tyla, a my do roboty jutro na szōsto przichodzymy, ôkrōm tego po co ludzi policyjōm i wojskym nerwować, że my tyn wōngel niy do siebie fedrujymy, że sam zaroz ludzie zacznōm sie z biydy zabijać. A ône na to, że niy ma mowy, bo kożdy ôdprowa dostanie i zaroz tyż pynzyjo i dopłaty do tego i siamtego, a nawet pōmiyszkanie abo chaupa kajś daleko, kejby chciołch sie stōnd iś raus, co tyż ône sugerujōm, bo bydzie rekultywacyjo. Nasze pōmiyszkania ôdkupiōm po cynie, jako w stolice by zapłaciyli, tōż bydymy mogli jak kreple w maśle sie żyć. Jo żodnym kreplym być niy chciołch, wiym, jak to sie skōńczy: ôdprowy dostanōm i geld co miesiōnc za leżynie, to zaroz sie zacznie ôżyrstwo i haje. Ône na to, że to doprowdy lepij sie wykludzić, nowe strzodowisko znojś do siebie i bajtli, że możno przekwalifikować sie, ôni na to geld majōm i dajōm. A kej padły kwoty, to ażech siednōł, bo stołch do tego mōmyntu, bo mi tak wygodnij godać. To już wiedziołch, że karlusy ôstawiōm to. Że suszczōnce banknoty jejim wszyjsko przesłoniyły i sie w nowych fōrach widzōm. Jo wiym, że to ino tak słodko wyglōndo, a potym z nudōw bydōm żōny ciulać i słepać, ale niy tōnie wina, ino whisky jakeś i wyjdzie gynau na to samo. Już czułch, że sprawa przegrano. Że przeca i tak zawrzōm, tōż czy to ważne, eli teroz, eli niyskorzij – a kej teroz i z takimi pijyndzmi, to sie powykludzōmy, bajtle wybildujymy i już niy trza bydzie ciaprajstwa spod pazurōw wydubywać ani dychać tym marasym naôbkoło. Nawet mōj sōmsiod jakigoś szmyrgla dostoł, że ôn to nad morze wyjedzie i tam sie chaupa kupi, i w dal bydzie patrzoł, jodym dychoł, a synka jedynego to do oxfordów pośle, niy na gruba, jak miało być.

Nic niy pōmōgło. Godołch, ale coroz słabij i coroz mynij było mie słychać. Godołch, że niy ino pijōndze sōm ważne, niy ino wōngel, że społeczność, że wszyjscy razym, że jedyn za drugigo, że to kultura naszo ôd grubiorzōw, że zdrowie my grubie ôddali, że to dziynki nōm ludzie ciepło w dōmach majōm, że tak niy idzie, że dobre, zawiyrejcie, ale poleku; niych ludzie czymś inkszym sie zacznōm zajmować, jakeś nowe, choby ekologiczne fabryki postawiōm – robotne to my sōm, nawet te wiatroki bydymy budować, ale niy coby dać pijōndze i wyciepnōńć na hasiok, że tak to dycki potrzebni, barbōrki i dyplōmy, a niyskorzij „mocie gled i idźcie w pierōny”.

Wartko sie uwijali. Już we wtorek trzi familije wyjechały. Wojsko jejim ciynżarōwki podstawiyło, wojoki cołki jejich statek pōmōgli zapakować, a na wieczōr ôd jednych SMS-a dostołch z fotografijami, że piykne pōmiyszkanie. A we sztwortek to istny exodus. Sōmsiod z rana prziszoł i godo, że wyjyżdżo i cobych sie zastanowiōł, bo teroz płacōm za pōmiyszkanie, ale może im sie ôdwidzieć i sōm tukej ôstana. A jo, że ôstana, że to mōj plac i mōj dōm i luksusōw niy potrzebuja. Faktycznie, płaciyli prawie – ze sztyry razy wiyncyj, aniżeli normalnie na rynku by sie wziōnło. Co prowda na kupno za wiela chyntnych sam niy było, tōż tyż przedować niy ma kōmu. A geld z ôdprowy to w pyńdziałek był już na kōncie. Zaroz z piyrszōm pynzyjōm. W życiu takigo geldu niy widziołch. Tyla majōm, coby zawrzić, a ani ceskim niy ciepli, coby uretować. Nojsrogsze larmjyrze, co to już kamynie w rynkach mieli, teroz autym sie asiyli – nowym, wyglancowanym, zaroz za ciynżarōwkōm połnōm meblościanek i zofōw. Ruszali i tyla jejich widziołch. Z trzidziystu szejściu pōmiyszkań ino sztyry ôsoby sie ôstały. Jo, gdowa po starym Hyńku, co była ôsiymdziesiōnt lot staro i jeji już blank wszyjsko jedno było, i małżyństwo z klotki kole mie: ôn w retownictwie robiōł, poradziesiōnt ôsōb ôd śmiyrci pod ziymiōm wybawiōł, a ôna flyjgerkōm w lazarycie była i karlusōw do piōnu stowiała. Godoł, że życie ryzykowoł do tyj gruby jebanyj i że synsu to niy miało żodnego. Na pynzyji ôba już byli, ale tyż ôd nich chcieli kupić, świadczynia dzwignōnć i pijōndze jakeś ekstra dać, coby poszli raus. No i ôd psōw i kotōw ôroz sie zaroiyło na ulicy, bo ludzie powypuszczali i ôstawiyli. Ta gdowa po Hyńku cołke gorce warziła do tych kotōw i psōw. Aże strach bōł patrzeć, jak zaroz z rana wyciōngała futer na plac i sie slatywały we zgodzie i psy, i koty, coby jyść to, co tam ôna uwarziła, a wczaśnij na na kole prziwiezła, a prowadziyła te koło z piyńć kilōmetrōw ôd nojbliższego sklepu. W kōńcu zaczōn żech jeji sprowōnki kabaniny robić do tych zwiyrzōw, co to je ludzie ôstawiali.

Dziwacke rzeczy to sie pod kōniec drugigo tydnia zaczły dzioć. Bo mie zaroz coś z tym wojskym niy pasowało. Na zaczōntku jejich porudziesiyńciu było, a teroz cołko armijo sie sjechała. Ciynżarōwki jakeś specjalistyczne, kōntynyry, masziny – wszyjsko mi pod ôknym ulicōm dziyń i noc jeździyło w ta i nazod, a ludzi na grubie i naôbkoło kryńciyło sie tyla, że wiyncyj jejich było jak za rekordōw wydobycio. Ino to żodni grubiorze. Tyn retownik dō mie zagodoł, że podle niego ôni to sie wymyślyli, że ściepki z elektrykowni atōmowych bydōm sam składować za ciynżke pijōndze, co barzij sie kali aniżeli wydobycie wōnglo, bez to tak wartko chcieli ludzi wyciepać. Możno to i recht. Ale po mojimu coś inkszego sie świynciyło, bo naswozili tyla dziwackigo sprzyntu, że już skryć sie go niy dało i widziołch, jak palety stały na ulicy, przed wrotami. To niy do składowanio sprzynt. Pōmyślołch, że może coś ôdkryli, uran jakiś i zaroz to zajōnli, coby żodyn sie niy przewiedzioł, wojsko na tym rynka położyło, ale tyż mi to jakosi niy pasowało. Bo to sprzynt wydobywczy to niy bōł. Jo tam na tym trocha sie znōm.

Pod kōniec trzecigo tydnia ôd zawarcio gruby trzech gizdōw w mōndurze wrynczyło mi przikoz eksmisyje. Uzasadniynie: nogły wzrōst zagrożynio tōmpniynciym, kere może skutkować powożnym uszkodzyniym budōnku. Niy było już ô co walczyć. Przegrołch.

* Polską wersję tego rozdziału można znaleźć na samym końcu książki.