Maitsoverde - Rafał Harer - ebook + książka

Maitsoverde ebook

Rafał Harer

4,3

Opis

Gdzieś na peryferiach Układu zamordowano inżyniera. Ta śmierć odsłania pogmatwaną rzeczywistość wielkich finansów, władzy, skrywanych namiętności, wiary i tajemnic. Wiele wskazuje na to, że za zbrodnią stoją potężne siły, ale na Maitsoverde nic nie jest pewne. Poszlaki się plączą, dowody zamiast pomagać utrudniają dochodzenie, a każdy kolejny krok nie przybliża, lecz oddala od zakończenia śledztwa.

 W trzeciej powieści Rafała Harera przenosimy się w odległy Kosmos. Widzimy racjonalny, stechnicyzowany świat, który odsłania drugie oblicze pełne uczuć, słabości, nienawiści, szaleństwa i postępującego rozkładu. Ten nieusuwalny dualizm ukazuje obraz człowieka Kosmosu stworzonego na podobieństwo człowieka Ziemi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 461

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (3 oceny)
2
0
1
0
0
Sortuj według:
Ewelina_R

Nie oderwiesz się od lektury

genialne!
00

Popularność




Projekt okładki

Krzysztof Krawiec

Skład i łamanie

Sławomir Drachal

Redakcja

Paulina Zyszczak, eKorekta24

Korekta

Małgorzata Stempowska

Copyright © by Rafał Harer, 2020

ISBN 978-83-942113-9-4

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora.

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Selamat malam hadirin sekalian, selamat berpisah dan sampai bertemu lagi dilain waktu

Ilyas Harun

Voyager Golden Record

dla Diny

1

Oczy. Ból eksplodujący mu w głowie był niczym w porównaniu z bólem oczu. Jakby ktoś wkręcał korkociąg w siatkówkę. Miał wrażenie, że jeszcze kilka chwil i gałki rozsadzą mu czaszkę. Znał to uczucie, ale nigdy nie cierpiał tak bardzo.

Zczołgał się z łóżka, dowlókł do prysznica, nachylił głowę i czekał na strumień zimnej wody. Wiedział, że poleci letnia i będzie głównie powietrzem. Odrobinę pomogło. Przemył twarz, usiłując usunąć twarde grudki z zaropiałych oczu. Sięgnął do lodówki po kilka kostek lodu, wyciągnął się na podłodze i położył je na powiekach. Czuł, jak woda spływa mu po skroniach i spada na podłogę. Pomogło na tyle, że mógł wstać i podejść do lustra. Zobaczył własne odbicie i prawie się zaśmiał. Czerwone, zapuchnięte oczy wciąż łzawiły. Na skórze widać było nieregularne plamy, źrenice nie chciały się zmniejszyć i przypominały dwa czarne kratery. Tęczówki prawie zniknęły. Powieki miał sine i spuchnięte. Z nosa kapała mu nieokreślona wydzielina.

Wyjął buteleczkę z pigułkami, które miały mu pomóc. Antidotum na grzechy nocy. Nie mógł zebrać myśli. To nie było zwyczajne rozkojarzenie, ale prawdziwa bomba w jego umyśle. Zdarzenia z ostatnich kilkunastu godzin pulsowały, znikały, mieszały się ze sobą, splatały z jakimiś dawnymi historiami i rzeczami, które nigdy się nie wydarzyły. Nie był w stanie poskładać tego wszystkiego w jedną sensowną całość. Spojrzał na łóżko i zdziwił się, że jest puste. Żadnej kobiety, żadnego faceta. Próbował przypomnieć sobie, co zażył i co wypił, ale zrezygnował. Popatrzył na zegarek, ale godzina nic mu nie mówiła. Nie pamiętał, o której wrócił do domu, podobnie jak z kim – jeśli z kimś. Jeszcze raz zerknął na łóżko. Wziął kolejne proszki.

Alkohol i wiadra legalnych oraz nielegalnych substancji psychoaktywnych wypitych, wciągniętych, połkniętych i wsmarowanych wyłaziły każdym porem ciała. „Substancje psychoaktywne” – tak je nazywali w pracy. Nawet nie wiedział, skąd to wszystko wzięło się na imprezie. Miał nadzieję, że nie z ich własnego magazynu, bo mógłby być z tego niezły kanał. Wszystko tam jest ściśle ewidencjonowane. Przypomniał sobie, że ten, który prowadzi ścisły rejestr, też był na imprezie.

Podszedł do biurka i wcisnął magiczny przycisk blokujący wszystkie kanały. Nikt i nic nie mogło się z nim skontaktować. Miał ochotę na papierosa, ale bał się zapalić – bał się, że to tylko nasili ból głowy. Położył się na łóżku i czekał, bo jedynie to mu pozostało. Oczy wciąż łzawiły, a z nosa nadal sączyła się nieokreślona wydzielina. Musiał wytrzymać jeszcze kilka godzin. Jeszcze kilka cholernych godzin, zanim to zacznie mijać i będzie mógł zebrać myśli.

Był bohaterem. Przez ponad pół roku tropił, węszył i szukał zabójcy trzech prostytutek i pewnego mężczyzny, który korzystał z ich usług – i jak się okazało, zabijał – zanim został zbity. Okrutne morderstwa. W mieście, w którym było kilkaset tysięcy kamer, w którym niemal każdy krok każdego człowieka, psa, kota i chomika dało się odtworzyć co do sekundy na kilka miesięcy wstecz, ktoś wymyślił i realizował plan mordowania prostytutek. W mieście, z którego nie było wyjścia, w mieście, w którym nie można było się ukryć, w którym każdy był automatycznie monitorowany, ktoś przez siedem miesięcy robił z kilkunastu policjantów idiotów. Ale w końcu on, bohater, go złapał. Bohaterowi nie pomogły kamery, chociaż obejrzał setki, jeśli nie tysiące, godzin materiału, nie pomogły mu czipy, które każdy z nich miał gdzieś pod skórą i które w razie potrzeby pozwalały dowiedzieć się, kto, kiedy i jak pierdnął. Pomogły mu łut szczęścia i policyjny nos.

Podziwiał tego mordercę. Nawet tu, w Mrowisku, w mieście, w którym każdy ma pobrane próbki DNA, wzór siatkówki, odciski palców, zrobione zdjęcia i wszczepionego czipa, zdarzały się ciężkie zbrodnie. Rzadko, ale się zdarzały. Kilka ostatnich to działania pod mocnym wpływem gdzieś pomiędzy barem a penetracją. Odnalezienie sprawcy zajmowało średnio osiem godzin. Często był aresztowany, zanim dowiedział się, że kogoś zabił. Jeden skubaniec urządził prawdziwe przedstawienie z pościgiem, barykadowaniem, próbą wycięcia czipa, a na koniec ucieczką z Mrowiska na Pustynię. Policjanci znaleźli go na wpół żywego po prawie trzech dniach od zdarzenia. Jeden z funkcjonariuszy podczas pierwszej próby aresztowania delikwenta stracił oko. Skurczybyka namierzyli w knajpie, a ten zamiast grzecznie położyć się na podłodze z rękami na karku, wbił najbliższemu gliniarzowi widelec w oko i wyciągnął je jak ślimaka ze skorupy. I zwiał, zanim dwaj pozostali odzyskali władzę w ciele. Ale był cyrk. Dostał najwyższy wymiar kary: dwanaście lat w ciężkim obozie pracy na Pustyni, później kolejne dwanaście w obozie o złagodzonym rygorze. I dopiero po dwudziestu czterech latach będzie się mógł starać o zwolnienie i powrotne przeniesienie do Mrowiska, pod warunkiem dodatkowej elektronicznej kontroli. Takie prawo.

Nasz bohater leżał i czekał. Oczy znowu mu zaropiały, a z nosa wciąż kapało jakieś świństwo. Zaczął się pocić. Śmierdział. Czuł ten chemiczny zapach, trochę detergentów, trochę apteki. Tylko bardziej intensywny. Musiał przetrwać jeszcze kilka godzin. Pomimo obezwładniającego bólu głowy próbował ułożyć plan. Za kilka godzin weźmie prysznic. Odczeka pół godziny i weźmie następny. Zapali papierosa. Wypije coś na wzmocnienie, jakieś witaminy, minerały, kofeinę. Zadzwoni do M.

M. ma wszystko, legalne i nielegalne. M. jest pod policyjną protekcją i dobrze mu się żyje. Sprawy niedozwolonych środków odurzających znajdują się na ostatnim miejscu listy priorytetów policji. Czasami musieli zrobić jakąś pokazówkę, gdy podnosiły się głosy, że tak dalej być nie może. Ale i tak tego nikt nie kontrolował. Dziś jeden środek był legalny, jutro nie. Inny od zawsze był zakazany, a tu rano okazuje się, że jest prawnie dozwolony. Jeden wielki burdel. Zadzwoni do M. i poprosi o porządny zastrzyk w dupę. Supermieszankę, która zneutralizuje całą chemię z nerek, wątroby, krwi i mózgu. Wtedy zacznie nowy dzień. Ale do tego czasu zostało jeszcze kilka godzin, które będzie musiał przeżyć. A później dwutygodniowy urlop.

Na samym początku imprezy szef wzniósł toast pierwszym drinkiem i obiecał mu urlop. Pamiętał to doskonale. Dopiero później wszyscy się upodlili. Dwa dni odpocznie, mała impreza, a później pojedzie na Pustynię do jakiegoś ośrodka z plażą, jeziorem, drinkami, dziewczynami w bikini i bez, niekończącym się burdelem i dobrym żarciem. I niech to wszystko kosztuje majątek. Żyjąc tylko w Mrowisku, można zwariować.

Snucie planów przerwał telefon. Pomyślał, że to omam, nagły i chwilowy powrót odlotu. Zacisnął powieki. Monotonny dźwięk wbijał się w jego czaszkę. Nie mógł się uwolnić. Wiedział, że to niemożliwe, by tak wyraźnie słyszał dzwonek z sąsiedniego mieszkania. Pamiętał, że się odciął, ale zaczął wątpić, czy to odcięcie nie nastąpiło we śnie. Miał wrażenie, że nie potrafi odróżnić tego, co wydarzyło się naprawdę, od tego, co działo się w jego głowie. Telefon nie przestawał dzwonić. Wstał i podszedł do aparatu. Wydłubał grudki z oczu i patrzył. W końcu zrozumiał. Jakby znad odległego horyzontu przypłynęła myśl, że to jest możliwe, że to nie cud, że to dzieje się naprawdę. Kontakt alarmowy, którego nie obchodziły żadne blokady. Ostrożnie odebrał.

– Treks?! Treks, żyjesz? Włącz wizję – odezwał się w słuchawce szef.

– Co jest, szefie?

– Słabiutki masz głosik, komisarzu. Włącz wizję.

Treks poszukał właściwego przycisku. Na monitorze ukazała się nalana twarz szefa. Prezentował się świeżo, jakby wczoraj nic się nie wydarzyło. Też jest przyjacielem M. Wszyscy są przyjaciółmi M.

– Nie wyglądasz najlepiej, Treks.

– Tak się czuję.

Szef wydawał się trochę zmieszany, ale próbował ukryć konsternację pod maską profesjonalizmu. Znali się od kilkunastu lat, komisarz Treks widział i wyczuwał to w głosie inspektora Trodona. Nie wróżyło niczego dobrego.

– Daliśmy popalić.

– Daliśmy, szefie. Co się stało, że dzwonisz na czerwoną? Tylko nie mów, że nici z urlopu.

– Kiedy ostatnio miałeś badania?

– Przecież wiesz. Masz dostęp do akt. Dwa miesiące temu.

– To były pełne badania?

– Tak.

Pomimo nieustępującego bólu głowy Treks czuł, że mózg wkręca się mu na pełne obroty. Zimny, nieprzyjemny dreszcz przebiegł mu po plecach. W badaniach nie wyszło nic niepokojącego. Żadnych podejrzeń. Był zdrowy. Sprawnościówka i układy w normie. Nie mogli nic przed nim ukryć. Mogli znaleźć jakieś śladowe ilości substancji, ale nie wyniknęły jeszcze z tego powodu jakiekolwiek kłopoty. Chyba że potrzebowali kozła ofiarnego. Ale Treks był bohaterem, więc był słabym kandydatem na kozła.

– Treks. – Szef nie mógł już ukryć zdenerwowania. Jakby się bał komisarza.

– Tak?

– Muszę odwołać urlop.

Z Treksa zeszło powietrze. Od kilku chwil spodziewał się tego i w końcu to usłyszał. Ale nie potrafił zrozumieć. Nie był jedynym śledczym. W policji mieli jeszcze kilku z głową na karku. To musiałby być prawdziwy pech, gdyby pojawił się kolejny wariat w Mrowisku, jakiś pierdolony naśladowca. Mogłoby to oznaczać, że wszyscy znowu dostaną świra.

– Co się stało? – dopytywał Treks.

– Powinieneś być zadowolony. Trochę pracy, ale przy okazji sobie odpoczniesz i może poderwiesz jakieś miejscowe dziewczyny.

– Jakie miejscowe dziewczyny? – Komisarz zbladł.

Inspektor spojrzał na zegarek.

– Słuchaj, Treks, nie mamy czasu. Masz pół godziny, żeby się spakować. Bagaż minimum. Przyjedzie po ciebie uprzywilejowany pojazd specjalny. Lecisz do Zieleńca. Odlot za godzinę. Mieli lecieć dwie godziny temu, ale czekają na ciebie.

Treks poczuł, jak nagle serce zaczyna mu walić.

– Jakiego pierdolonego Zieleńca? – Wiedział jakiego.

– Zieleniec jest pod naszą jurysdykcją. Nie mogą sobie poradzić. Morderstwo.

– Weź kogoś innego. Weź Weltora.

– Weltor nie przeszedł wydolnościówki układu. Nie powinienem ci tego mówić. Tajemnica. Nie masz wyjścia. Ja też nie mam. Muszę kogoś wysłać. Naciski z góry.

– Sprzęt?

– Już w drodze. Zabrzmiało, jakbyś się zgadzał.

– A mam wyjście?

– Nie masz. Obiecuję ci: załatw to szybko, dostaniesz premię, ośrodek na koszt policji, miesiąc urlopu na polepszenie kondycji fizycznej i psychicznej. Co tylko chcesz. Za dwa tygodnie będziesz z powrotem.

– Nie przekonuj mnie. Nie mam wyjścia.

– Pośpiesz się.

Treks się rozłączył. Wziął prysznic. Ubrał się. Wrzucił do torby kilka ciuchów, zestaw bezpieczeństwa, skrzynkę kontaktową z bramką szyfrującą, broń, wielofunkcyjny scyzoryk i paralizator. Połknął kolejne proszki, chociaż adrenalina zabiła ból głowy. Nadal bolały go oczy. Zapalił papierosa i wtedy usłyszał dzwonek. W drzwiach stało dwóch zwalistych policjantów. Nie znał ich. Inny wydział: służby specjalne policji – z trudnością odczytał identyfikator. Wyglądali jak para bliźniaków.

– Dzień dobry, komisarzu.

– Witam, chłopaki.

– Jedziemy.

– Możecie zaczekać, aż skończę palić?

– Może pan skończyć w pojeździe.

– Okej.

Mieli pełną synchronizację.

– Muszę jeszcze odebrać przesyłkę – powiedział Treks.

– Nie mamy czasu. Mamy polecenie zawieźć pana bezpośrednio na pole startowe.

– Przesyłka jest związana ze sprawą. Muszę ją odebrać.

– Niestety…

– To jest absolutnie konieczne.

– Jesteśmy zmuszeni odmówić.

– Gówno prawda. Macie mnie zawieźć po tę pierdoloną przesyłkę. To niemal po drodze.

Jeden z nich coś wklepał na klawiaturze. Po chwili się odwrócił.

– Okej. Gdzie?

Treks podał adres M. Bliźniacy synchronicznie spojrzeli po sobie. Ponownie postukali w klawiaturę i maszyna wystrzeliła do poziomu plus osiemnaście. Po chwili pojazd się zatrzymał.

– Proszę się pośpieszyć – ponaglił jeden z nich.

– Będę się starał.

M. był wysoki, chudy, miał kręcone rudawe włosy. Nie sposób było go nie lubić. Otworzył drzwi w swoim służbowym szlafroku. Siedział w tym interesie od lat, ale rzadko był na mocnym haju. Sprzedawał, czasami nawet coś wytwarzał, ale testował wszystko, co przechodziło przez jego ręce. Był chemikiem. Miał nieskalaną reputację. Wśród dealerów stanowił prawdziwą perełkę. Ale też nie zaopatrywał byle kogo.

– Cześć, Tirex – przywitał komisarza. Treks nie wiedział i nigdy nie spytał, dlaczego M. i tylko M. tak go nazywa. – Co cię sprowadza w moje skromne progi bez ostrzeżenia, i to z samego rana? Zostanę w końcu aresztowany? Nie mogę się doczekać.

– Cześć, M. Szybka akcja. Po pierwsze potrzebuję porządnego zastrzyku. Czegoś, co mnie postawi na nogi.

– Wyglądasz całkiem dobrze.

– Chwilowo.

– Co brałeś?

– Wszystko.

– Na ostro?

– Ostro.

– A ja, głupi, zastanawiałem się, po co wczoraj Kapar wykupił całą moją skrytkę. Złapaliście skurwiela?

– Złapaliśmy. Sorry, M., nie mam czasu na gadki.

– Okej. Idę szykować miksturę.

– Ma mi też pomóc przetrzymać odlot.

– Co!?

– Wylatuję.

– Na zawsze?

– Nie. Tydzień, może dwa.

– Gdzie?

– Zieleniec.

– O kurwa! To będzie trudniejsze.

– Co?

– Mikstura.

– Będę potrzebował zapasu na dwa tygodnie. Albo lepiej na trzy, na wszelki wypadek.

– Czego?

– Bez ekstrawagancji. Na rozluźnienie. I nie mam kasy.

– Ojoj. – M. się uśmiechnął.

– Płatne po powrocie.

– Nie mam wyjścia?

– Nie masz. Ja też nie. Ale dorzucę coś ekstra.

M. zniknął za drzwiami. Treks rozglądał się po pokoju, w końcu usiadł w fotelu i próbował myśleć. Minęło więcej niż pięć minut, zanim M. pojawił się z paczuszką i strzykawką.

– Gdzie wolisz: w dupę czy w ramię? – zapytał.

– A gdzie lepiej?

– W dupę.

– To w dupę.

Komisarz opuścił spodnie, a M. fachowo wykonał zastrzyk. Odkaził i przykleił plaster. Już po kilku sekundach Treks poczuł ulgę. Jakaś siła rozchodziła się po jego ciele i układała wszystkie porozrzucane klocki.

– Mam nadzieję, że nie odpłyniesz. To mocna mieszanka – ostrzegł M.

– Też mam nadzieję. Spadam. Cześć.

Wziął paczuszkę i wyszedł. Nogi miał jak z waty. Czuł, jakby szedł po kobiercu puszystego mchu. Świat lekko wirował. „Żeby tylko dojść do pojazdu”. Doszedł.

– Długo to trwało – skomentował jeden z niemal bliźniaków.

– Jestem gotowy – powiedział sztywno Treks. Język wysychał mu w ustach. Zamknął oczy i wsłuchał się w szum we własnej głowie. Nic nie wiedział o Zieleńcu. Prawie nic.

Maszyna ruszyła. Lekko kołysało i chciało mu się rzygać. Niedobrze.

Zatrzymali się przed budynkiem odlotów. Czekało na nich kilkanaście osób. Wszystko działo się poza Treksem. Poprosili go o oddanie broni. Oddał. Wiedział, że taka jest procedura: nikt poza członkami specjalnych jednostek nie może mieć broni na pokładzie. Gdzieś go prowadzili. Zabrali mu bagaż. Przebrali go w kombinezon. Zmierzyli parametry organizmu, zainstalowali czujniki funkcji życiowych, przypięli go do fotela. Przewieźli do promu. Usłyszał jeszcze wyrzut, że przez niego mają czterogodzinne opóźnienie. Wszystko to zajęło nie więcej niż dziesięć minut. Uruchomił się zegar odliczający czas do startu. Zaczął od minuty. Treks wpatrywał się w ubywające sekundy. Jak on tego nienawidził. Nienawidził tego uczucia, które miało go ogarnąć już za chwilę. Dziesięć sekund. Poczuł lekkie wibracje. Przymknął oczy. Start. Zaczął zapadać się w fotelu, krew odpłynęła mu z twarzy. Wskazówka zegara przekroczyła zero i kontynuowała pomiar. Treksowi obraz całkowicie się rozmył. Widział tylko wirujące różnokolorowe plamy.

Kilka minut później poczuł nieważkość i usłyszał w słuchawce:

– Procedura startu zakończona. Proszę pozostać w fotelu. Dokowanie do stacji za osiem minut.

Żołądek mu wariował. Wiedział, że musi wytrzymać. Rzyganie w stanie nieważkości to zły pomysł. Musiał na czymś skupić uwagę. Uruchomił monitor i zobaczył wypełniający niemal cały ekran obraz planety. Morze szarości, kawałek niemal doskonałej czerni i zaokrąglona granica pomiędzy nimi – strefa światłocienia, strefa życia, obszar, na którym czternaście hermetycznie zamkniętych miast podobnych do Mrowiska dawało schronienie dwudziestu sześciu milionom ludzi. Próbował dojrzeć chociaż jedno z nich.

Nagły wstrząs wyrwał go z tępego wpatrywania się w monitor. Zacumowali. Po chwili znowu jakieś ręce odpięły pasy, znowu gdzieś go prowadzili. Zadawali jakieś pytania, których sensu nie rozumiał, ale na które odpowiadał automatycznymi, dawno nieużywanymi zdaniami. Po pięciu minutach umieścili go w kolejnym promie. Tu już mógł działać. Usiadł we wskazanym fotelu, zapiął pasy, po chwili ponownie poczuł nieważkość, kolejny wstrząs, gdy prom odłączył się od bazy. Suchy głos w słuchawce:

– Startujemy. Przewidywany czas lotu do bazy beta8: osiemdziesiąt trzy godziny. Przewidywany zakres przyśpieszeń: osiem dziesiątych do jeden i trzy dziesiąte. Proszę pozostać na miejscach do następnego komunikatu.

Treks patrzył na unoszący się w powietrzu długopis. Spróbował go dosięgnąć, ale znajdował się poza jego zasięgiem. Odwrócił się, ale nie było kogo ostrzec. Wgniotło go w fotel. Długopis spadł.

– Stabilne przyśpieszenie w podanym zakresie. Można odpiąć pasy. Z prawej strony państwa foteli znajdują się informacje o procedurach bezpieczeństwa. Proszę się z nimi zapoznać. Mogą tam też państwo znaleźć wszelkie informacje na temat lotu, trasy i pozycji naszego statku. Mamy do pokonania ponad sto milionów kilometrów, więc w drogę. Miłego lotu.

Odpiął pasy i pobiegł do toalety. Uklęknął przy muszli i zwymiotował. Poczuł ulgę. Torsje nie ustawały, a on wyrzucał z siebie kolejne porcje na wpół strawionych posiłków. Cuchnęły. On też cuchnął. Wstał i podszedł do umywalki. Uważnie przeczytał napis informujący, że nie jest możliwe korzystanie z tej toalety w stanie nieważkości. Uśmiechnął się do szarej twarzy w lustrze, przepłukał oczy i usta i poszedł do swojej kajuty. Liczył, że będzie miał własną łazienkę. Spodziewał się czegoś małego, ale nie aż tak małego. Zwykła kapsuła do spania, do której mógł się tylko wczołgać. Obok drzwi szafka, w której powinny być jego rzeczy. Tylko nie wiedział, jak się do niej dostać. Postanowił poszukać kogoś z obsługi. W końcu znalazł młodego, ponurego faceta jedzącego czekoladę.

– Nie wiem, jak się dostać do swojej szafki. Co można z tym zrobić? – zapytał nieskładnie.

– Nie wiem – odpowiedział tamten.

– A kto wie?

– Nie wiem. Ja jestem z działu technicznego. Mam przerwę.

– Już?

– A co, statek sam się przygotuje do lotu? To nie jest statek pasażerski. To prom towarowy.

– Ale ktoś musi wiedzieć, jak się można dostać do szafek. Chyba nie jestem jedynym pasażerem.

– Nie wiem, może jesteś. Skontaktuję się z kimś.

Treks czuł, że jeszcze kilka minut i zemdleje. Musi wziąć prysznic, musi się czegoś napić i musi się położyć.

– Mam tu tego delikwenta, przez którego czekaliśmy. Nie może się dostać do swojej szafki – odezwał się do słuchawki technik. Treks nie usłyszał odpowiedzi. – Którą masz kajutę? – spytał komisarza.

– A3.

– A3 – powtórzył do słuchawki. – Masz kartę? – zapytał po chwili Treksa.

– Jaką kartę?

– Pokładową kartę.

– Nie dostałem.

– Nie dostał. – Znowu chwila ciszy. – Idź do jadalni, ktoś tam przyjdzie.

– Gdzie jest jadalnia?

– Tam. – Machnął lekceważąco ręką w bliżej nieokreślonym kierunku, najprawdopodobniej wskazując korytarz w lewo.

– Dzięki.

– Nie ma za co.

Treks zaczął iść, ale po kilku krokach musiał się położyć na zimnej metalowej podłodze. Korytarz falował. Ściany zaciskały się wokół niego. Wziął kilka głębokich wdechów, wstał i ruszył dalej. W końcu trafił do jadalni. Kilkanaście czteroosobowych stolików. Podszedł do automatu z kawą. Nie mógł zapłacić osobistym czipem.

– Musisz mieć kartę pokładową – rozległ się głos za jego plecami. Odwrócił się i zobaczył przy stoliku w kącie pulchnego uśmiechniętego faceta.

– Co?

– Musisz mieć kartę pokładową. Tu nic nie można kupić. Po prostu podkładasz kartę i dostajesz, co chcesz.

– Nie mam karty.

– To nie będziesz pił, jadł ani srał. – Wstał i podszedł do Treksa. Był niski i łysy, nie licząc dwóch kępek włosów nad uszami. Wyglądał śmiesznie. – Kawy?

– Chętnie. Treks. – Wyciągnął rękę.

– Jestem Alwar. – Odwzajemnił uścisk. – Już myślałem, że lecę sam.

– Jest nas co najmniej dwóch. Dzięki za kawę.

– Nie ma sprawy. Jedzenie będziesz musiał jakoś inaczej załatwić. Siądźmy.

Alwar okazał się inżynierem i miał zastąpić zamordowanego. Specjalizował się w separacji izotopowej. Miał czteroletni kontrakt na Zieleńcu.

– Dobrze płacą i miałem już dość Mrowiska – powiedział Alwar. – Wiesz, co się tam stało, na Zieleńcu? Słyszałem, że mojego poprzednika zabili.

– Nie mam pojęcia, ale dowiem się.

– Uuuu. Grubsza sprawa, jeśli wysyłają psa z Mrowiska.

– To się okaże. Był tu ktoś?

– Nie. Siedzę tu od godziny. Myślisz, że szybko go znajdziesz?

– Kogo?

– Mordercę.

– To nawet nie musiało być morderstwo. Mógł być wypadek.

– Jasne. Szybko?

– Za dwa tygodnie chcę być z powrotem. Mam urlop.

– To urlop spędzisz na naszej zielonej planecie.

– Twojej. Ja za dwa tygodnie będę pił piwo w knajpie pod dachem.

– Wątpię. Pomiędzy naszym Szarakiem a Zieleńcem promy załogowe kursują nie częściej niż raz na miesiąc. Ten, którym lecimy, załadują i odleci, więc jak nie uwiniesz się w dwadzieścia cztery godziny, to zapomnij, że wrócisz wcześniej niż za półtora miesiąca. Ta łajba wraca przez Pistację. Na Szaraku będzie najwcześniej za dwa tygodnie. To przez ciebie opóźniono start?

– Nie żartuj. Nie mam zamiaru spędzić tam cholernego miesiąca – niemal warknął komisarz.

– Musi być poważna sprawa, skoro po pięciu minutach zawrócili transportera. Kosztowało to trochę forsy. Z milion kilometrów do nadrobienia. Nie żartuję. Na Zieleniec nie lata się często. Głównie bezzałogowy transport specjalistycznych narzędzi, elektroniki i odbiór uranu, plutonu, wodoru i tlenu.

Treks spojrzał na zegarek. Minęło pół godziny i nie pojawił się nikt z obsługi. Nie spodziewał się, że zwykła kawa postawi go na nogi, ale czuł się całkiem nieźle. Tylko pot go zalewał. A może było to działanie cudownego zastrzyku M. Potrzebował prysznica. Chciał zdjąć kombinezon i włożyć własne ubranie. Zmienić majtki. Przestać śmierdzieć. Niewiele wiedział o miejscu, do którego leciał. Próbował ułożyć to sobie w głowie. Wiecznie zielona planeta, kopalnia uranu, woda. Nawet nie wiedział, jak duża jest to kolonia. Żadnych szczegółów.

– Co wiesz? – spytał zwięźle inżyniera.

– O czym?

– O Zieleńcu.

– Niewiele. Po prostu kilka dni temu dostałem propozycję kontraktu. Świetna pensja, więc ahoj, przygodo.

– Pan Treks? – rozbrzmiał obcy głos. Komisarz odwrócił się i zobaczył stojącego przy wejściu do jadalni jednego z oficerów pokładowych.

– Tak. – Wstał.

– O co chodzi?

– Nie mogę się dostać do swojej szafki.

– A jak dostał się pan do swojej kajuty?

– Była otwarta.

– A skąd pan wiedział, że to pana kajuta?

– To jakieś przesłuchanie? Obok wejścia wyświetlało się moje nazwisko.

– Nie ma pan karty pokładowej?

– Nie mam.

– Proszę za mną.

Treks posłusznie ruszył za mężczyzną.

Szli w milczeniu. Stanęli przy kajucie i oficer przystawił swoją kartę, a następnie wprowadził trzyznakowy kod. Szafka była pusta.

– Gdzie są moje rzeczy? – zapytał zaskoczony Treks.

– A skąd mam wiedzieć? – odparował sucho oficer.

– A kto ma wiedzieć?

– Panie Treks, miałem otworzyć szafkę, więc ją otworzyłem. Nie jestem od pakowania pańskich rzeczy.

– A kto jest?

– To nie jest prom pasażerski.

– Jaki masz stopień?

– Widać na naszywkach. Nazwisko też. I co, złożysz skargę?

– Gdzie jest moja broń i moja elektronika?

– Nie można mieć broni na pokładzie.

– Kurwa, wiem, że nie można, ale chciałbym wiedzieć, czy w ogóle jest, czy w ogóle gdzieś są wszystkie moje rzeczy. Muszę skontaktować się z bazą, muszę pobrać dane, muszę przygotować się do pracy…

– To nie jest nasz problem. Jakby pan przestał krzyczeć, byłoby sympatyczniej.

– Nie chcę, żeby było sympatyczniej. Chcę odzyskać swoje prywatne rzeczy i chcę odzyskać rzeczy, które są własnością policji, i chcę wiedzieć, że jak wyląduję, odzyskam też swoją broń.

– To nie moja sprawa. Nasz prom ma pana zawieźć do bazy beta8.

– Ale dacie mi jeść czy będę głodował przez najbliższe cztery dni?

– Niecałe cztery dni – poprawił oficer.

– A czy ktoś może jest na tyle władny, rozgarnięty i niezawalony robotą, żeby mógł się czegoś dowiedzieć?

– Wie pan co, szczerze powiedziawszy, pana problemy mnie gówno obchodzą. Ale zrobimy tak: pan się uspokoi i poczeka w swojej kajucie. Ja spróbuję się czegoś dowiedzieć. Może pana superważne rzeczy gdzieś są.

– Muszę się wykąpać.

– To niech się pan wykąpie. Czy może mam przysłać kogoś, żeby umył panu plecy?

– Daruj sobie. – Treks wiedział, że jest na straconej pozycji, że z nim, z nimi nie wygra. Wiedział też, że jak się uprze, to później może im trochę nabruździć. Nazwisko i numer służbowy oficera komisarz zapisał w pamięci. Jeżeli na statku nie prowadzono śledztwa, to był zwykłym pasażerem, cywilem. – Zgarnęli mnie z akcji. Nie miałem czasu na nic. Śmierdzę i muszę się umyć. – Zaczął żałować swojego błagalnego tonu.

– Jasne, że z akcji. Zawsze podczas akcji tyle ćpacie?

Po tej uwadze niewiele już mieli sobie do powiedzenia, ale Treks wiedział, że teraz musi być mięciutki, musi przyjmować ciosy i za żadne skarby nie atakować, nie oddawać. Wiedział, że tamten musi poczuć smak zwycięstwa, satysfakcję, utwierdzić się w swojej przewadze, w swoim dowcipie, odwadze i umiejętności pokonywania przeciwnika.

– Zawsze – odrzekł, patrząc w oczy rozmówcy. – Gdzie są prysznice?

– Prosto, po lewej stronie. Dziesięć metrów.

– Gdzie mogę kupić ręcznik i jakieś ubranie?

– Wspominałem już, że to nie jest statek wycieczkowy…

– Nie. Wspominał pan, panie oficerze, że nie jest to statek pasażerski.

– Nie ma sklepu, basenu, kortu tenisowego, ruletki, dziwek i dragów.

– Doskonale. Odrobina wytchnienia jest wskazana. Wezmę prysznic i będę cierpliwie czekał w swoim łóżeczku.

Oficer odwrócił się i odszedł. Treks poszedł do łazienki. Zrzucił z siebie cuchnące ubranie i wziął prysznic. Jeżeli nadmuch powietrza z mgiełką wody można nazwać prysznicem. Znalazł szafkę z ręcznikami, owinął jeden wokół bioder i zostawiając mokre ślady, wrócił do swojej kajuty. Położył się i zamknął oczy wsłuchany w szum wentylacji. Wciąż się pocił, ale przestały go boleć oczy i tylko trochę doskwierało pulsowanie w głowie. Usnął.

***

Po dwóch godzinach obudził go dzwonek. Był głodny, nadal niewyspany i chciało mu się pić. Odebrał połączenie. Proszono go, aby pojawił się w sali N14, obok jadalni. Poprawił ręcznik, włożył buty i pięć minut później siedział w małej sali konferencyjnej naprzeciwko wojskowego oficera.

– Dzień dobry, panie Treks, świetny strój.

– Dzień dobry, panie Dilof. – Treks wiedział, jak wojskowych potrafi denerwować pomijanie ich stopni.

Kapitan Dilof… „Ciekawe, co on tu robi” – pomyślał.

– To oczywiście nie pana wina, że mieliśmy małe zamieszanie – ciągnął Dilof.

– Czy to jakaś oficjalna rozmowa?

– Nie. To przyjacielska rozmowa. Co pan wie o sprawie?

– Jakiej sprawie?

– Sprawie prawdopodobnego morderstwa.

– A pan?

– Czyli nie ma pan ochoty na przyjacielską rozmowę?

– Nie bardzo.

– Szkoda.

– Ja nie żałuję. Po co tu przyszedłem?

Dilof się uśmiechnął. „Na pewno nie jest często spotykanym wojskowym tłukiem” – pomyślał komisarz.

– Mam dla pana paczkę i kilka informacji – oznajmił kapitan.

– Jakich informacji?

– Złych.

– A paczka?

– Świeżutki kombinezon, bielizna, zastępcza karta pokładowa i bonusowo szczoteczka do zębów.

– Kombinezon? – zdziwił się Treks.

– Śliczniutki wojskowy kombinezon bez dystynkcji i nazwiska. Mam nadzieję, że rozmiar będzie odpowiedni.

– A moje rzeczy?

– To jest jedna z informacji dla pana. Niestety pana rzeczy zostały na orbicie Szaraka.

– Rozumiem, że to nie jest żart.

– Nie jest.

– Wszystkie?

– Wszystkie trzy paczuszki.

– To świetnie. A kto za to będzie odpowiadał?

– Podejrzewam pośpiech. Ktoś pana lubi, bo doślą panu sondą autonomiczną. Tyle zamieszania dla pary majtek, pukawki i telefonu. Mogę udostępnić kilka moich zabawek.

– Dostanę pana wielki karabin?

– Nie. Będzie pan mógł pobrać kilka przydatnych informacji, ale oczywiście nie uzyska pan dostępu ani do naszej bazy, ani do bazy policji. Nic na to nie poradzimy.

– Kiedy wyślą sondę?

– Niedługo. Kilka godzin, kilka dni. Nie opłaca się wysyłać samych majtek. Pukawka też jest do zastąpienia, ale osobisty komunikator to już inna sprawa. Zastanawiają się, co jeszcze może nam się przydać.

– Nam? Panu też zostawili majtki?

– Na szczęście nie.

– To proszę wysłać wiadomość, żeby wstrzymali się z wysyłaniem sondy. Może będę jeszcze czegoś potrzebował. A teraz idę spać. Dziękuję, kapitanie Dilof.

– Nie ma sprawy, komisarzu Treks.

– Tak z ciekawości: pan leci tak sobie czy też czeka pana lądowanie na Zieleńcu?

– Rzadko latam „tak sobie”… – Dilof wyraźnie zaakcentował te dwa słowa. – …i żeby było panu raźniej, będę z panem lądował.

– To świetnie. Na pewno będzie mi raźniej. Nie lubię lądowań.

– Ja też nie.

Komisarz wrócił do kajuty, położył się i zasnął niemal natychmiast.

2

Spał dwanaście godzin. Obudził go głód. W ustach czuł kwaśny, nieprzyjemny smak – pozostałości wymiocin. Na wpół obudzony wziął prysznic. Otworzył hermetycznie zapakowaną paczkę. Włożył wojskową bieliznę, która okazała się całkiem wygodna. Kombinezon był trochę za duży, ale na szczęście zestaw zawierał pasek, więc spodnie nie spadały z tyłka. Spojrzał w lustro. „Wyglądam jak prawdziwy trep”. Długo szczotkował zęby. W końcu poczuł się jak człowiek: czysty, w świeżym ubraniu, bez rozsiewanego wokół smrodu. Miał lekką delirkę odstawienną, ale w porównaniu z ostatnią dobą jego samopoczucie było wyśmienite.

Podreptał do jadalni i tym razem zastał sporo osób. Przy jednym ze stolików siedział samotnie inżynier z niesłabnącym uśmiechem na twarzy. Dalej Dilof z czterema żołnierzami. Wyglądali na zgraną drużynę. Bezpieczniej mieć ich po swojej stronie. Treks nie przepadał za ich wyluzowaniem. Był już świadkiem, jak żołnierz w ułamku sekundy porzucił swoje odprężenie, zmieniając się w myślącą maszynę do zabijania i pozbawiając przytomności jakiegoś głupka w barze. Tak, zdecydowanie lepiej mieć ich po swojej stronie. Przy dwóch stolikach miejsca zajmowała obsługa. Dwóch z tych ludzi Treks znał. Reszty nie miał ochoty poznawać. Machnął do nich ręką i podszedł do żołnierzy.

– Dzień dobry, kapitanie Dilof. Dzień dobry, panowie. – Każdemu podał dłoń. Czuł na sobie spojrzenia obsługi promu. Nie wiedział jeszcze, jakie są stosunki pomiędzy nimi a żołnierzami, ale miał nadzieję, że nie najlepsze.

– Witam pana, panie Treks. – Kapitan delikatnie skinął głową.

Odwrócił się i spostrzegł uśmiechniętego Alwara zapraszającego do stolika. Podszedł, przywitał się.

– Wezmę coś do jedzenia – powiedział szybko do inżyniera i podszedł do lady.

– Ryba jest wyśmienita.

Komisarz lubił ryby. Posiłki wydawał chudy, wysoki kucharz. „Patykowaty” – pomyślał Treks i poprosił o rybę, sałatkę, frytki, sok i kawę.

– Się robi, szefie. Mocna kawa?

– Mocna i duża. Dziękuję.

– Jeszcze karta.

– Jasne.

Wracając z posiłkiem, Treks dostrzegł wciśniętą w kąt, zagłębioną w lekturze kobietę. „Afroazjatka, a nie kundle jak wszyscy pozostali” – skonstatował. Usiadł naprzeciwko Alwara.

– Nasza pani medyk – poinformował inżynier konspiracyjnym szeptem.

– Kto?

– Ta miła pani w kącie.

– Jedyna kobieta na pokładzie?

– Nie. Są co najmniej dwie. Druga to nasza przewodniczka, pani życia i śmierci, czyli dowódczyni tej łajby. Widzę, że poznał pan już naszych żołnierzyków. Ciekawe, co się wydarzyło na naszej zielonej planecie, że szaraki wysyłają wojsko, lekarza i najlepszego psa. Nie obrazi się pan, jak tak od czasu do czasu pana nazwę?

– Nie. Lubię psy.

– Nie za dużo psów mamy na Szaraku.

– Nie za dużo. Jednych i drugich.

– Drużyna szybkiego reagowania. – Spojrzał na żołnierzy. – Jak dla mnie, to złowieszcza obecność. Chyba to nie była taka dobra oferta.

Alwar miał sporo racji. Nawet taka marginalna kolonia jak Zieleniec, jedna z siedemnastu w tym układzie, musi mieć lekarzy, wojsko i policję. Szczególnie, gdy nie zajmuje się produkcją pomidorów, tylko wydobywaniem uranu, produkcją plutonu i jest ważnym dostawcą wody. Treks wiedział, że musi się czegoś więcej dowiedzieć o tej planecie. Był na siebie trochę zły za swoją ignorancję. Zjadł posiłek i zamówił jeszcze jedną kawę.

– Pięciu żołnierzy to nie jest wielka armia – rzucił do Alwara.

– To zależy, z kim lub z czym mają walczyć.

– A mają z kimś lub czymś walczyć?

– Nie wiem, ale na pewno po coś ich wysłali. Jest pan policjantem, może pan coś wywęszy.

– Co pan wie o Zieleńcu? – zapytał Treks, podnosząc filiżankę.

– Już zadawał pan to pytanie. Niewiele. Pewnie tyle co pan.

– A o zamordowanym?

– Zawsze pan pracuje?

– Od czegoś muszę zacząć.

– Był inżynierem tak jak ja. Próbowałem się czegoś dowiedzieć, ale wie pan, wszystko jest chronione. Prywatność. Pięćdziesiąt parę lat. Dwanaście na Zieleńcu. Znaleziony martwy na zewnątrz bazy. Raczej gwałtowna śmierć. Z tej samej branży, ale nie poznałem go osobiście. Chyba wcześniej pracował przy syntezie na naszej wspaniałej Alfie. Tyle.

– Był pan na Alfie?

– Mieszkałem kilka lat.

– Dlaczego przeniósł się pan na Szaraka? Alfa wydaje się przyjemniejszym miejscem – drążył komisarz.

– Nie lubiłem Alfy. A pan?

– Przyzwyczaiłem się do Mrowiska. Pogadam z żołnierzami.

Treks podszedł do wojskowych.

– Widzę, że jest wolne miejsce. – Treks wskazał na krzesła zwolnione przez dwóch żołnierzy. – Czy można?

– Proszę. – Dilof się uśmiechnął.

– Potrzebuję sporej ilości danych. Poufnych.

– Nie mogę, panie Treks.

– Ja nie mogę stracić dwóch dni. Muszę się czegoś dowiedzieć – naciskał komisarz.

– Niech pan pyta.

– Po co w ogóle panów wysłali?

– Dla wsparcia miejscowego oddziału. A w dalszej perspektywie relokacji oddziałów.

– Relokacji? – Treks uniósł brwi.

– My zostaniemy, a kilku odleci sobie gdzie indziej.

– Dlaczego nie mogę sobie poradzić z miejscowymi siłami: policyjnymi, wojskowymi i… – Wskazał głową na kobietę w kącie. – …medycznymi?

– Widzę, że zauważył pan naszą panią doktor.

– Naszą?

– Służyła w armii.

– Lekarz wojskowy. Jakiej specjalności? Bo domyślam się, że nie jest specjalistką od kataru.

– Choroby wywoływane przez czynniki nietypowe. Tak to się chyba oficjalnie nazywa.

– Czyli pani od kosmicznych przeziębień.

– Mniej więcej.

– Ilu jest wojskowych na Zieleńcu?

– Ośmiu.

– Żartuje pan?

– Ośmiu. Plus dwóch, trzech tajniaków.

– Czyli zwiększacie liczebność wojska o pięćdziesiąt procent.

– Na to wygląda.

– Co się tam wydarzyło?

– Faceta znaleziono parę metrów od lasu z przebitą głową. Nie wiadomo, co przebiło mu głowę.

– Przebitą głową?

– Tak. Coś wbiło mu się w głowę. Wleciało trochę pod okiem, a próbowało się wydostać potylicą. A właściwie razem z potylicą.

– Próbowało?

– Próbowało. Ale bez sukcesu.

– Bez sukcesu – powtórzył bezmyślnie Treks. – Sekcja?

– W planach.

– Czyli facet wyszedł sobie na spacer i ktoś odstrzelił mu głowę.

– No właśnie.

– To w czym jest problem, że potrzeba wojska, lekarki wojskowej od kosmicznych przeziębień i mnie?

– W tym, że nie ma możliwości, żeby strzał padł z broni, która znajduje się na tej planecie – wyjaśnił kapitan. – Jeżeli to był strzał z broni. Po sprawdzeniu zapisów pobytowych okazało się, że w chwili śmierci najbliższa osoba znajdowała się w odległości ponad dwustu metrów.

– Można chyba komuś odstrzelić głowę z dwustu metrów?

– Można, ale najbliższa broń znajdowała się kilometr dalej.

– Z kilometra też można.

– Można. Ale broń nie była użyta w tym czasie.

– Można się włamać do logów broni?

Dilof zwrócił się do siedzącego obok żołnierza:

– Poruczniku…

Treks spodziewał się zwykłego żołnierza. Powiedzmy: w stopniu plutonowego. To nie była przeciętna drużyna wojskowych.

– Porucznik Nemeg – przedstawił się oficer.

– Treks.

– W zasadzie można, ale to ciężka sprawa – zaczął tłumaczyć porucznik. – Trzeba mieć dostęp do broni, więc trzeba też się włamać do szafy. Żeby się włamać do szafy, trzeba się dostać do pomieszczeń wojskowych albo policyjnych. Czyli trzeba złamać trzy różne szyfry. Następnie trzeba wgrać nowe spójne logi, i to tak, aby logi z poprzednich użyć broni synchronizowały się z rzeczywistymi logami i zewnętrzną bazą. A potem trzeba zatrzeć ślady na wszystkich trzech poziomach. To jednak nie załatwia sprawy, bo wpisy o ingerencji też zostają. Ich usunięcie także zostawia ślad. I tak w nieskończoność. No i nie da się tego wszystkiego zrobić zdalnie, co trochę komplikuje zabawę.

– Gdyby jednak komuś się chciało, to tego wszystkiego nie widać na pierwszy rzut oka? – drążył Treks.

– Brak synchronizacji logów wywołuje automatyczny alarm, ale wykrycie reszty wymaga grzebania.

– I pan jest od grzebania?

– Dokładnie.

– Dlaczego nie zrobiono sekcji? – Treks zwrócił się tym razem do Dilofa.

– Tego nie wiem – odpowiedział. – Decyzja centrali. Pewnie nasza pani doktor chciała być przy tym obecna.

– Gdybym potrzebował danych żołnierzy z Zieleńca, to mogę się do panów zwrócić? – upewnił się komisarz.

– Myśli pan, że to któryś z nich? To byłoby najprostsze.

– Jeszcze nic nie myślę.

– Jakie ma pan zaszeregowanie dostępu?

– Tajne, zgodne z zapotrzebowaniem.

– Czyli dostaje pan z automatu, ale w razie czego musi pan udowodnić związek z prowadzoną sprawą?

– Tak. Panowie to pewnie wyższa półka?

– Raczej tak.

– Na Zieleńcu są inni wojskowi o tym statusie?

– Muszę milczeć. – Dilof poprawił się na krześle. – Spodziewam się, że wiele cywilnych osób na Zieleńcu jest objętych podobną klauzulą.

– Czyli to nie będzie łatwe śledztwo.

– Nie.

– Ekstra. Proszę wysłać informację, że oprócz moich paczuszek chcę wszystko, cały komplet. Pełne wyposażenie psa tropiącego.

– Zrobi się.

– A w czym specjalizują się pozostali panowie? – dopytywał Treks.

– Porucznik Spino to specjalista od broni. I dwóch nieobecnych, jeden od walki partyzanckiej i systemów przetrwania, drugi od wojskowych zagadnień medycznych.

– Gotowi na wszystko. A pan, panie Dilof?

– Ja jestem po trosze specjalistą od wszystkiego. – Po chwili dodał: – Proszę o nas nie plotkować.

– Okej. Teraz chyba powinienem przedstawić się naszej pani doktor.

Komisarz wstał i podszedł do stolika, przy którym wciąż siedziała lekarka. Podniosła głowę. Podobała mu się jej niemal na zero ostrzyżona głowa. Mogła mieć czterdzieści, czterdzieści pięć lat. Sprawiała wrażenie chłodnej, wycofanej, surowej i jednocześnie kompetentnej. Budowała dystans bez słów, postawą, spojrzeniem i gestami.

– Może napiłaby się pani kawy? – zaproponował.

– A powinnam, komisarzu?

– Tak.

– Czarną, dużo cukru.

Komisarz przyniósł dwie filiżanki. Usiadł.

– To dziwne uczucie, gdy wszyscy wiedzą, kim ja jestem, a ja nic nie wiem o tych wszystkich – zaczął.

– To faktycznie musi być dziwne. Co pana, panie Treks, do mnie sprowadza?

– To samo, co panią powinno sprowadzić do mnie. Pewien inżynier, któremu prawie urwało głowę.

– A to pech. Mamy wspólnego znajomego.

– Na to wygląda.

– Czyli to nie jest nasze ostatnie spotkanie?

– Nie.

– Abel. – Podała mu drobną dłoń z długimi palcami i paznokciami pomalowanymi na czarno.

– Miło mi. Treks. To co się stało naszemu wspólnemu znajomemu?

– To już pan wie. Zmarł.

– Jak pani myśli: co połączyło nasze doborowe towarzystwo?

– Wspólny znajomy.

– Prowadziłem już kilka śledztw w swoim życiu, ale zazwyczaj nie miały asysty wojskowej i towarzystwa lekarki od nietypowych chorób.

– Co pan brał? – Nagle zmieniła temat.

– Widać?

– Widać.

– Wszystko.

– Niedobrze.

– Ja się nie przejmuję. Proszę się podzielić swoją wiedzą na temat naszego martwego przyjaciela.

– Niewiele wiem. Oglądałam tylko zdjęcia. Coś wbiło mu się w głowę i odebrało ochotę do życia.

– Coś?

– Coś. Nietypowa rana. Chce pan obejrzeć zdjęcia?

– Nie teraz. Czym mogłoby być to coś?

– Tego wszyscy razem musimy się dowiedzieć.

– Nie. Ja muszę się dowiedzieć, kto to zrobił. To, czym i jak, może mi oczywiście bardzo w tym pomóc. Nie uważa pani, że coś tu nie gra?

– Dlatego wysłali całą naszą paczkę, pana, mnie, tamtych tam zabijaków, tego inżyniera i sporo sprzętu.

– Inżynier leci w zastępstwie.

– A ja myślę, że nie tylko.

– Dlaczego?

– Przeczucie. Na jak długo pana wysłali?

– Aż schwytam mordercę. – Komisarz się uśmiechnął.

– To na długo.

– Zobaczymy. Dziękuję za wspólną kawę. Było mi bardzo miło.

– Mnie również. Gratuluję ostatniego sukcesu.

– Wiadomości się szybko rozchodzą. Dziękuję. A nie wie pani przypadkiem, gdzie mogę poczytać na temat Zieleńca?

– Proszę skorzystać z mojego sprzętu. Przez kilka godzin nie będzie mi potrzebny.

Komisarz włożył sieciowy informator Abel do kieszeni.

Wrócił do swojej kajuty. Położył się na łóżku i zaczął przeglądać ogólnodostępne dane. Zieleniec. Potoczna nazwa księżyca szóstej planety krążącej wokół układu dwóch gwiazd. Podręcznikowa nazwa: Maitsoverde. Nieliczna kolonia. Znajdują się na nim wyłącznie stacje badawcze oraz kopalnia uranu wraz z przemysłem towarzyszącym. Liczba mieszkańców: około trzydziestu tysięcy. Na Maitsoverde jest bogate życie roślinne i zwierzęce. Niemal dziewięćdziesiąt dziewięć procent lądu pokrywa las. Wody stanowią około trzydziestu procent powierzchni. Atmosfera jest odpowiednia do oddychania bez sprzętu. Klimat tropikalny wilgotny. Średnia temperatura: około trzydziestu dwóch stopni. Małe amplitudy temperatury zarówno dobowe, jak i roczne. Życie o strukturze białkowej zbliżonej do ziemskiej.

Pięć lat wcześniej doszło do usterki w systemie chłodzenia reaktora. Zginęło jedenaście osób, czterdzieści trzy odniosły rany, siedemdziesiąt jeden zostało napromieniowanych. Była to najpoważniejsza awaria elektrowni rozpadu w całym Układzie od ponad pięćdziesięciu lat. Unieruchomiła blok na ponad trzy miesiące. Na Zieleńcu żyje więcej mężczyzn niż kobiet. Treks przypomniał sobie tamten wypadek. Ten news krążył przez wiele dni. Kopalnia na Maitsoverde jest pierwszą pod względem pozyskiwania uranu-235 w całym Układzie. Wypadek wynikał z nieodpowiedniego składu izotopowego paliwa w reaktorze.

Krótka informacja sprzed roku głosiła, że w pobliżu Maitsoverde planowano stworzenie największej elektrowni opartej na syntezie. To były o tyle dziwne projekty, że w pobliżu nie istnieje żadna duża kolonia, a przesyłanie energii na duże odległości stanowi kłopot. Instalację uznano za nieopłacalną. Ktoś sugerował, że ma to być wstęp do Trzeciego Wielkiego Skoku. Według niezależnych ekspertów potencjał kolonizacyjny Układu jest tak wysoki, że kolejny Wielki Skok nie ma obecnie większego sensu. Informacja sprzed czternastu lat zawiera spekulacje, że na Zieleńcu jest inteligentne życie zdolne do tworzenia cywilizacji technicznej. Gdy Treks próbował znaleźć coś więcej na ten temat, trafił na komentarz sprzed kilku lat, z którego wynikało, że po góra dwudziestu latach obecności człowieka na Zieleńcu nie odnotowano „absolutnie żadnych” przesłanek mogących potwierdzić tę sugestię. Zaczął szukać czegoś o sprawach kryminalnych, ale poza kilkoma wzmiankami nie było niemal niczego. Kolonia na Zieleńcu zajmuje powierzchnię trzystu czterdziestu dwóch kilometrów kwadratowych. Składa się z pięciu wydzielonych stref: reaktora i zespołów towarzyszących, kopalni, lądowiska, szklarni i części mieszkalnej. Komisarz spojrzał na mapę kolonii. Obszar trochę przypominał kształtem literę X, w której centrum znajdowała się kopalnia. Dwa odnóża litery były wydłużone i bardziej rozwarte od pozostałych: lotnisko i reaktor. Komisarz nie natknął się na szczegółową mapę Zieleńca ani na żadne dane o stacjach badawczych. Wokół Maitsoverde krążyła przeładunkowa stacja beta8.

Spojrzał na swoje ręce. Trzęsły się coraz bardziej. Odstawienie. Przeżywał to już kilka razy i wiedział, że objawy będą się nasilały. Potrzebował farmakologicznego wsparcia. Zerknął na zegar. Zbliżała się dwudziesta godzina lotu. Włączył film, przerzucił obraz na sufit, położył się i zaczął śledzić rozgrywającą się na Ziemi akcję kryminału. Gdy film się skończył, Treks włączył następny – tym razem przyrodniczy, o życiu na Szaraku, koncentrujący się na rzadkich i dziwacznych organizmach żyjących poza strefą światłocienia, na ekstremalnie zimnych i ciepłych terenach. Później obejrzał dokument o wielkich kotach na Ziemi.

Kilka godzin później wstał i postanowił poszukać pani doktor. W jadalni jej nie znalazł, ale jakiś oficer pokładowy wskazał mu drogę do jej kajuty – jak się okazało, większej i wygodniejszej od kapsuły komisarza.

Treks spojrzał na Abel. Była co najmniej o głowę niższa od niego i szczupła, na granicy chudości. Afroazjatycka uroda przypadła komisarzowi do gustu. Prócz krótkiej fryzury podobały mu się ciemne, niemal czarne oczy kobiety.

– Niech pan siada, panie Treks – zaproponowała.

– Proszę mi mówić po prostu Treks.

– Co cię sprowadza?

– Po pierwsze chciałbym oddać sprzęt.

– A po drugie?

– Potrzebuję lekarstw.

– Przeziębiłeś się? W tej sprawie należy się zwrócić do lekarza pokładowego – ironizowała.

– Nie. Muszę przetrwać odstawienie.

– Rączki troszkę fruwają, jak widzę. No dobrze, to powiedz wreszcie: co brałeś?

– Wszystko. Prochy legalne i nielegalne, alkohol.

– Aspiryna?

– Kiepski żart.

– Nie mam całej apteki, ale coś znajdę. Dużo bierzesz?

– Nie. Okazjonalnie. Ale najczęściej jeden, dwa specyfiki. Ostatnie spotkanie było jednak wyjątkowe.

Abel pogrzebała w torbie i w końcu wyjęła dwie pigułki.

– Weź to i się połóż. – Podała mu leki. – Powinno pomóc.

– Dzięki. A tak przy okazji: co pani wie o zwierzątkach na Zieleńcu?

– Opisane gatunki są raczej niewielkie, powiedzmy, wielkości kota, ssakopodobne i trudne do złapania.

– Właśnie oglądałem film o tygrysach i lwach. Ma pani na myśli takie koty?

– Abel. Będzie prościej.

– Okej.

– Wielkości kota domowego. Największe złapane zwierzę lądowe na Zieleńcu ważyło siedem kilogramów.

– A nieopisane?

– Kilka niepotwierdzonych obserwacji trochę większych zwierząt.

– O ile większych?

– Z opisów, które czytałam, maksymalnie osiemdziesiąt kilogramów. Ale te opisy to raczej wytwór wyobraźni, ktoś widział coś dużego, jakiś cień, który przemknął w lesie i zniknął. Oczywiście nie wykluczam, że w takim ekosystemie, i to tak słabo zbadanym, może być coś większego. Poza tym wiele niessakopodobnych zwierząt. Ciekawe są wężowce, takie skrzyżowanie węży z gąsienicą. Złapano kilka sztuk. Jeden miał ponad cztery metry długości.

– Brzmi nieciekawie.

– Można się bać, ale raczej nie jest groźny dla człowieka. Długi, ale w najgrubszym miejscu ma średnicę, powiedzmy, taką jak moje przedramię. Na Zieleńcu nie odnotowano ataków miejscowych zwierząt na ludzi. Ta hipoteza jest mało prawdopodobna.

– Jaka hipoteza?

– Ta, że naszego przyjaciela zabiło jakieś zwierzę.

– Będę traktował ją jako rezerwową. Długo służyłaś w armii?

– Formalnie jako wojskowy cztery lata. Ale nadal współpracuję.

– Z iloma przypadkami ataków na ludzi ze strony zwierzyny pozaziemskiej się spotkałaś?

– Jeśli chodzi o większe zwierzęta, to z kilkoma. Jednym śmiertelnym. Częściej z atakami stadnymi małych zwierzaków. Opisałam też kilka chorób wywoływanych przez zupełnie małe stworzonka.

– Śmiertelnych chorób?

– Łatwo wyleczalnych. Ale nieleczone mogą zakończyć się zejściem.

– Dobrze wiedzieć. A teraz idę się kurować. Dziękuję, Abel.

– Nie ma sprawy. Weź sobie stację. Może jeszcze coś obejrzysz.

– Dzięki.

Treks wrócił do siebie. Połknął tabletki, popił wodą i się położył. Poszukał jakiegoś filmu o faunie Zieleńca, ale niczego nie znalazł, więc w zastępstwie włączył film o rekinach. Po kilku minutach zasnął.

3

Ze snu wyrwał go alarm: dzwonek, pulsujące czerwone światło i informacja o konieczności natychmiastowego przemieszczenia się do sali manewrowej. Za chwilę usłyszał dzwonek do drzwi.

– Już idę! – krzyknął.

Po minucie siedział przypięty w swoim fotelu. W głośniku rozbrzmiał głos:

– Jak się państwo domyślają, jesteśmy w połowie drogi i nie pozostaje nam nic innego jak rozpocząć hamowanie. Co, jak wszyscy wiemy, oznacza, że przełączamy ciąg i obracamy moduły. Przez jakiś czas sobie polewitujemy. Procedura zajmie około piętnastu minut. Proszę o potwierdzenie swojej obecności poprzez przyłożenie kciuka do czytnika… Okej. Wszyscy na miejscach. Zostały cztery minuty.

Treks patrzył na zegar. Zamknął oczy i czekał. Był głodny i spragniony. Te kilkanaście minut dłużyło się niemiłosiernie. Komisarz miał wrażenie, że mijają godziny. Mógł tylko siedzieć i patrzeć przed siebie. Kontemplował każdą zmianę: powolną utratę ciężkości, chwile stanu nieważkości, czuł drgania podczas obrotu modułów, a później to nagłe wgniecenie w fotel, które momentalnie zelżało. Wszystko przebiegło podręcznikowo. W końcu zapaliła się zielona lampka, blokada pasów została zdjęta i z głośników można było usłyszeć:

– Dziękuję państwu. Procedura zakończona. Na miejscu będziemy za niespełna czterdzieści dwie godziny.

Treks sięgnął po broszurę bezpieczeństwa, żeby sprawdzić, gdzie są kapsuły ratunkowe, alarmowe zestawy tlenowe i kapsuły ciśnieniowe na wypadek dekompresji promu. Znalazł całe mnóstwo informacji, dzięki którym mógł się czuć bezpiecznie. Przypomniał sobie ostatnią poważną awarię. Dwanaście lat wcześniej na promie towarowym podobnym do tego, w którym się obecnie znajdował, zginęło jedenaście osób. Jedna przeżyła, ale zwariowała. Dziwne są takie historie. Ludzie je przeżywają przez dni, tygodnie, współczują ocalonemu, a później wszystko cichnie i tylko nieliczni wiedzą, co się z nim dalej działo, czy wyzdrowiał, czy wrócił do latania, czy w ogóle żyje.

Odpiął pasy i poszedł do jadalni. Oprócz pijącego kawę porucznika Spino nikogo nie zastał.

– Witam, poruczniku – rzucił Treks na jego widok.

– Cześć, komisarzu. Jak śledztwo?

– Doskonale. Już jestem na tropie.

Treks podszedł do lady, postał chwilę, ale nikt się nie pojawił.

– Niech pan zadzwoni – poinstruował go Spino.

Nacisnął przycisk i po chwili pojawił się patykowaty kucharz.

– Dzień dobry. Co szef dzisiaj proponuje? – zagadnął człowieka za ladą.

– Na razie nic. Na obiad zapraszam za dwie godziny. Obok automatu z kawą są kanapki.

Treks wziął jedną z łososiem, drugą z kurczakiem, szklankę soku i kawę. Nie przysiadł się do porucznika, który studiował coś skoncentrowany i nie wyglądał na kogoś spragnionego towarzystwa. Gdy jadł, przypomniał sobie kosmiczną fermę kurczaków. To było dziwne. Tysiące ptaków grzebiących w ściółce, gdaczących, srających w wielkiej obracającej się beczce. Stał pomiędzy zwierzętami, podnosił głowę i widział nad sobą kolejne setki grzebiących, gdaczących i srających ptaków. Jedenaście tysięcy czterysta dwadzieścia cztery. Tyle ich było. Jakoś ta liczba zapadła mu w pamięć. Wśród nich cztery dni wcześniej znaleziono martwego pracownika fermy. Samobójstwo. Tak wykazało śledztwo. Ale gdy komisarz czasami wspominał tamtą sprawę, w jego umyśle pojawiały się wątpliwości.

Na ogólnodostępnym komputerze zaczął szukać czegoś na temat wypadku promu sprzed dwunastu lat. Zawiódł system wykrywania i niszczenia kosmicznego gruzu. Maszyna z prędkością około tysiąca stu kilometrów na sekundę trafiła w czterdziestogramową bryłkę. Uderzenie rozerwało statek na kilkanaście części. Oficer techniczny znajdował się w jedynym ocalałym module, w którym akurat wykonywał pomiary czujników promieniowania. Na jego szczęście w tamtej części znajdowały się kapsuły ratunkowe. Moduł był nieszczelny i miał niewielkie zapasy powietrza. Oficer wystrzelił się w kapsule, cylindrycznym opakowaniu, w którym można leżeć, a w najlepszym wypadku usiąść, i które zawiera zapas powietrza, energii, jedzenia i wody na mniej więcej dziesięć dni. Kapsuła ma też małe okienko, nadajnik, sygnalizator alarmowy optyczny i radiowy. Ten człowiek przez jedenaście dni wpatrywał się w to okienko. Później ze względu na niedobór tlenu stracił przytomność. Następnego dnia odnalazła go automatyczna sonda ratunkowa, co stanowiło nieprawdopodobny zbieg okoliczności, zważywszy, że żadnemu z członków załogi nie dawano nawet najmniejszych szans na przeżycie. Sondy wysyłano, aby odnajdywały złom. System wykrywania i niszczenia kosmicznego gruzu to właściwie dwa niezależne i w pełni automatyczne systemy z osobnymi zasilaniami, sterowaniem i sekwencjami pracy. Prawdopodobieństwo wystąpienia awarii obu naraz właściwie jest zerowe. Właściwie. Gdy oficer odzyskał przytomność, przez kilka dni był całkowicie poza kontaktem. Badania nie wykazały uszkodzeń mózgu. Dopiero po jakimś czasie zaczął pojmować znaczenie wypowiadanych do niego zdań. Zazwyczaj na tym historia się urywała. Można jeszcze było odszukać jakieś wzmianki o śledztwie, ale nic nowego o tym oficerze.

Treks się uśmiechnął – przypadkiem trafił na informację, że tamten prom przewoził zamrożone kurczaki i ryby na budowaną stację beta8. Wyobraził sobie tysiące kurczaków, łososi, pstrągów i sumów lecących w pustce. Rój. Zlepione mogłyby utworzyć nawet małą planetoidę. To mógłby być niesamowity widok.

Odwrócił się, gdy usłyszał kroki.

– Zapraszam – powiedział, zobaczywszy przed sobą znajomą twarz.

Abel wzięła sok i się przysiadła.

– Dzień dobry, Treks. Dobrze się spało?

– Wyśmienicie. Prawdę powiedziawszy, nie tego się spodziewałem, ale czuję się świetnie.

– Jakieś sny?

– Żadnych. Czarna otchłań. Co się wydarzyło podczas mojej nieobecności?

– Nic wartego wzmianki. Lodowy deser cię ominął.

– Smaczny?

– Doskonały.

– A jakieś nowe informacje o naszym wspólnym znajomym?

– Już zawsze będziemy tak o nim mówić? Przekopałam się przez dokumentację na temat życia na naszym celu. Świat zwierzęcy i roślinny jest słabo opisany. Wiele informacji, które do mnie docierają, to raczej ciekawostki bez naukowego opisu. Według niektórych ocen prawidłowo opisanych zostało nie więcej niż pięć procent życia na Maitsoverde. Jest jeden organizm, który zwrócił moją uwagę. Coś pomiędzy rośliną a zwierzęciem.

– Taki pies z liściem?

– Raczej paprotka z łapami. Poluje.

– Z tego, co pamiętam, to się zdarza. Polujące rośliny.

– Ale rzadko z wyodrębnionym sercem i mózgiem, z zębami i pazurami. No i w tym wypadku to dosyć aktywne zwierzątko.

– Próbuję to sobie wyobrazić. Masz jakieś zdjęcie, film?

Abel pokazała mu obraz.

– No cóż, dla mnie to skrzyżowanie fretki z pawiem – orzekł Treks tonem znawcy.

– Coś w tym jest.

– Jak poluje?

– Niewiele wiadomo o jego trybie życia. Właściwie to nic. Jest trochę niesymetryczne. Jedną z łap ma zakończoną kolcem.

– Jakiej jest wielkości?

– Złapany osobnik, prawdopodobnie dorosły, ważył cztery kilogramy.

– Co się z nim stało?

– Zdechł.

– Pięknie. Czyli w miejscowym zoo nie będę miał okazji go podziwiać. Według ciebie to bardziej zwierzak czy roślina?

– Musielibyśmy zbadać, czy wyewoluowało ze świata zwierząt, czy ze świata roślin.

– Jak łazi i skacze, to zwierzę.

– Nie byłabym taka pewna. Może się okazać, że to roślina stała się zwierzakiem, a nie zwierzak rośliną.

– Może od razu było coś pośredniego.

– Możliwe, ale oczywiście mamy za mało danych.

– I pani mi to wszystko wytłumaczy, jak się już dowie.

– Jak się dowiem i jak ładnie poprosisz.

– A jakie najdziwniejsze zwierzę badałaś?

– Nie jestem biologiem, tylko lekarzem, pamiętaj o tym.

– Mamy wojskowych, inżyniera, lekarza i psa tropiącego. Brakuje biologa.

– Może kogoś przyślą. Przypominam sobie pewne niewielkie zwierzę żyjące na Alfie. Przez jakiś czas wszyscy myśleli, że to pięć różnych gatunków. Badania genetyczne pokazały, że jednak nie. Pierwsze teorie mówiły, że to coś jak pies i wilk, jednak wyniki wskazywały, że to powinien być jeden gatunek. Różnice genetyczne były minimalne i bardzo schematycznie umieszczone. Okazało się, że to jeden gatunek, a te pięć form to po prostu różne płcie.

– Co? – Treks otworzył szerzej oczy.

– Różne płcie. Gatunek pięciopłciowy. Do rozmnażania konieczny jest udział każdej z pięciu form i każda forma przekazuje jedną piątą materiału genetycznego.

– Niezła orgia. Jak to wygląda? Jedna samica i cztery różne samce?

– Trudno tu mówić o samicach i samcach.

– Próbuję to sobie wyobrazić.

– Podeślę ci artykuł.

– Opowiedz mi.

– Strasznie musi ci się nudzić. – Westchnęła. – Najpierw jest szybciutki numerek pomiędzy osobnikiem A i B. W B przez kilka dni rozwija się coś, nazwijmy to zarodkiem, co ma dwie piąte materiału genetycznego. Po mniej więcej ośmiu, dziewięciu dniach B spotyka osobnika D, który wcześniej spotkał C i który ma analogiczne dwie piąte.

– Robi się ciekawie.

– Teraz B i D szukają E i bawią się we trójkę. Końcowa ciąża może się rozwijać w E, B i D. Według niektórych badaczy cała zabawa może się też odbywać w innych konfiguracjach i wszystkie są dozwolone.

– Czyli E może spotkać B, pobawić się, a w tym czasie A będzie bawiło się z C, a D dołączy na koniec?

– Też, ale może być tak, że A, B, C spotkają się na początku i przyjmą materiał genetyczny od D i E.

– Może to i przyjemna metoda, ale jakoś wygląda mi na kiepską strategię przetrwania gatunku.

– Ale gatunek trwa. Prawdopodobnie w razie nieobecności któregoś z partnerów wszystko może zostać załatwione przez cztery, a nawet trzy płcie. Każda płeć według naszej terminologii jest hermafrodyczna: może przekazywać materiał genetyczny na zewnątrz, jak również może się w nim rozwijać nowy organizm. Czytałam artykuł, który zakładał, że możliwe jest samozapłodnienie, gdy w okolicy nie ma pozostałych form. Autoklonowanie.

– Nieźle. Chyba już czas na obiad. – Spojrzał na zegarek.

– Jakie propozycje?

Treks podszedł do lady i głośno przeczytał menu:

– Zupa, ryba, fryty, surówka. Zupa, kurczak, ziemniaki, surówka. Zupa, kotlet serowo-warzywny, fryty, surówka.

– Trójkę poproszę.

– Robi się.

Komisarz przyniósł dwa takie same zestawy. Zjedli w milczeniu.

– Kawy? – zaproponował, odsuwając pusty talerz na bok.

– Tak. I szklankę soku pomarańczowego.

– Na obiedzie nie było naszego inżyniera – zauważył, wracając z napojami.

– Z niego taki inżynier, jak ze mnie tancerka.

– Nie jest inżynierem?

– Jest fizykiem. Inżynierem też, ale przede wszystkim fizykiem.

– Czyli trochę tańczysz. Same tajemnice. Niedługo okaże się, że jestem tak trochę komisarzem, ale przede wszystkim baletnicą.

– Nic takiego na twój temat nie znalazłam.

– A szukałaś?

– Jak wszyscy, sprawdzałam wszystkich.

– Czyli ja jestem w najgorszej sytuacji. Najmniej wiem. Obiecuję, że nadrobię zaległości.

– Nie wiem tylko, czy wiedza na nasz temat w czymkolwiek pomoże. Nie my go zamordowaliśmy.

– Osobiście byłoby trudno. Ale wasza obecność nie jest przypadkowa. Co według ciebie się tam wydarzyło?

– Ktoś go zamordował i zatarł ślady. Wbił mu kołek w głowę, wyjął i spalił, wyrzucił albo zakopał.

– Prozaiczne.

– Nie spodziewam się niczego więcej. Może masz ochotę na odwiedziny w naszej promowej sali kinowej? – Abel zmieniła temat.

– Nawet nie wiedziałem, że tu jest. A co grają?

– Co chcesz. Mam ochotę na Obcego w trójwymiarze.

– Może być strasznie, ale pewnie widziałaś na żywo gorsze przypadki.

– Jeszcze nie.

– Którą część?

– Czwartą.

– Wchodzę w to.

***

Po filmie Treks wrócił do siebie z jeszcze jednym proszkiem od Abel i z mocnym postanowieniem przespania tego niekończącego się lotu. Tym razem obudził się po trzynastu godzinach. Została doba. Próbował zasnąć ponownie, ale po półgodzinnej walce wstał, ubrał się i poszedł do stołówki. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz czuł się tak wypoczęty. Po bólu oczu, głowy i całej chorobie odstawiennej nie pozostał ślad.

Coraz mniej podobała mu sytuacja, w jakiej się znalazł. Podobała mu się za to Abel, jej egzotyczna uroda i krótkie włosy, jej drobna postura. Tylko że kobieta budowała wokół siebie jakąś barierę, do której łatwo było dotrzeć, ale której nie sposób przekroczyć.

Jedząc kanapkę i pijąc kawę, rozmyślał, gdzie się podział Alwar i dlaczego nie wspomniał o fizyce. I dlaczego przedstawia się jako inżynier. Z drugiej strony albo to nie ma znaczenia dla śledztwa, albo wszyscy oni wiedzą o czymś, o czym nie wie Treks, i zakładają, że się nie dowie. Ciekawe jest także to, że wysłali siedem osób o raczej niestandardowych profesjach, a tylko jednego policjanta. Przydałby się patomorfolog czy genetyk kryminalistyczny. Istnieje szansa na wykorzystanie wojskowych, szczególnie Spino i Nemega, ale co innego mieć ich w swoim zespole, a co innego prosić o przysługę lub odbywać pogawędki na nieformalnych spotkaniach przy kawce. „Zdecydowanie zostałem wepchnięty w szambo i mam tylko nadzieję, że szybko wypłynę na powierzchnię, wrócę na Szaraka, pojadę do ośrodka i będę bzykał wszystkie zainteresowane bzykaniem kobiety” – skonkludował i zagłębił się w lekturze najnowszych wiadomości z kolonii. Poza rozbiciem bezzałogowego lądownika nic się nie wydarzyło. Znalazł nawet wzmiankę o sobie i relację, udramatyzowaną i niespójną, ze śledztwa, które niedawno skończył. Dowiedział się, że jest na zasłużonym i odwlekanym urlopie. Czyli jego misję utajniono. Ale tego się akurat spodziewał.

Dopił kawę, spojrzał na zegar i poszedł do sali kinowej. Postanowił zabić czas maratonem filmowym. Zaczął od dokumentu o konstrukcji i budowie promów kosmicznych. Później obejrzał program naukowy o elektrowni atomowej, następnie jakąś staroć podkręconą do 3D. Tylko na tyle miał samozaparcia. Zgłodniał, więc wrócił do jadalni i tym razem zastał tam drużynę żołnierzy. Przywitał się i zjadł kanapkę z kurczakiem. Przeżuwając mięso, wyobrażał sobie rój kurczaków albo kurczakową kometę. Skończył jeść i zaczął zwiedzać statek.

Przypadkowo trafił do siłowni i zobaczył zlanego potem Alwara zawzięcie pedałującego na rowerku.

– Witam pana inżyniera.

– Dzień dobry, panie komisarzu – odparł zasapany inżynier, obejrzawszy się na moment.

Treks usiadł na ławeczce i zaczął wiosłować. Na pewno nie ćwiczył z takim zaangażowaniem jak Alwar, ale po chwili czuł, jak zastane mięśnie łapią rytm. Żałował, że dopiero teraz trafił do siłowni. Gdy już porządnie się namachał, wszedł na bieżnię i truchtał kilkanaście minut. Alwar nie przestawał pedałować. Komisarz nie spodziewał się, że ten niski, łysiejący fizyk ze znaczną nadwagą ma taką kondycję. Gdy wychodził, Alwar z niesłabnącą żarliwością naciskał na pedały.

Wrócił do swojej kajuty, rzucił się na łóżko, poczytał chwilę, przekręcił się na bok i zasnął.

***

Tym razem już po kilku godzinach był z powrotem na nogach. Powlókł się do jadalni. Samotnie zjadł obiad i wypił kawę. Nie mógł odpędzić się od myśli o Abel. Nie tylko o niej samej, jako osobie, kobiecie, Afroazjatce, ale też o jej roli w tym bałaganie. Ktoś musiał mieć jakieś podejrzenia, skoro ją wysłali – ale nie tylko ją, także drużynę wojskowych specjalistów i inżyniera-fizyka. Nie miał żadnych wytycznych, żadnych rozkazów, żadnych informacji. Wstał od stołu z postanowieniem znalezienia lekarki. Zajrzał do sali kinowej, do jej kajuty, szwendał się po korytarzach, zajrzał do sali N14 i w końcu odnalazł ją ćwiczącą na bieżni. Przez chwilę przyglądał się jej spoconym ramionom. Miała na sobie szorty i obcisłą koszulkę, które podkreślały jej niespotykaną urodę.

– W końcu cię znalazłem – powiedział do niej zamiast powitania.

– Dlaczego mnie szukałeś? – odparła zdyszana.

– Przez jedno proste pytanie, które kołacze mi się po głowie.

– Słucham.

– Czy dostaliście jakiś rozkaz, z którego wynika, że nasza ósemka ma tworzyć zespół, grupę dochodzeniową czy coś takiego?

– Ja nie dostałam i nic na ten temat nie wiem.