101 Reykjavík - Helgason Hallgrímur - ebook
NOWOŚĆ

101 Reykjavík ebook

Helgason Hallgrímur

4,0

43 osoby interesują się tą książką

Opis

Björn Hlynur ma trzydzieści trzy lata i mieszka z matką, czas spędzając głównie na oglądaniu porno i paleniu papierosów. Z pozoru samotny, egzystuje w swoim prywatny mikrokosmosie ograniczającym się do Reykjaviku w obrębie kodu pocztowego 101. Jednocześnie nurza się w bezkresie świata, do którego klucze to pilot satelitarnej telewizji i Internet.

Mimo trzydziestu trzech lat za wszelką cenę chce uniknąć dorosłości. Próby konfrontacji z rzeczywistością kończą się katastrofą. Rytm jego życia wyznacza przełączanie programów, wyprawy do nocnych klubów, wypalane papierosy, filmy wideo, pigułki ecstasy, zużyte prezerwatywy i kolejne eksponaty zdobyte do muzeum osobliwości. Sytuacja komplikuje się, gdy do jego domowego azylu wprowadza się piękna narzeczona jego matki.

Poruszająca, groteskowa opowieść o szaleństwie współczesnego świata, kultowa także dzięki adaptacji filmowej, równie słynnej co sama książka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 534

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Hallgrímur Helgason

101 Reykjavík

Przekład Jacek Godek ArtRage

Hlynurowi

U can’t B dead all the time.

Cary Leibowitz

Osoby:

Lolla – konsultantka uzależnień

Hlynur Björn – syn Berglind

Páll Níelsson – dentysta

Þröstur – ziomal Hlynura

Ellert – syn Pálla

Rósi, Gulli – pedały

Pastor

Marri, Reynir, Tímur – barmeny

Sigurlaug – żona Pálla

Katarína – węgierska księżniczka

Berglind – matka Hlynura

Hólmfríður – córka Pálla

Hafsteinn – ojciec Hlynura

Członkowie rodzin, taryfiarze, dostawcy narządów, barmani, bliźni, lud, dziewczyny, kurwy, sprzedawcy i sprzedawczynie, dziennikarze i dziennikarki i inni.

Rzecz dzieje się głównie w obrębie kodu pocztowego 101 w Reykjavíku.

1

JEDYNE,

CO WIEM,

TO

JA

W każdym razie. Zasadniczo staram się zbudzić, zanim się ściemni. Żeby załapać się na odrobinę światła dziennego, żeby się zameldować, podbić kartę. Słońce to zegar stemplowy. Tyle że człowiek nie jest w robocie, przy niej czy innych. Hej. System słoneczny, system ubezpieczeniowy.

Zawsze równie trudno się zbudzić. Jakby człowiek leżał strumniały przez czterysta lat i musiał wygrzebać się spod sześciu stóp ziemi. Każdego ranka. Przez zasłony sączy się jasność. Nagle mam wrażenie, że cyfry na radiobudziku to kalendarz. 1601. Budzę się całkiem wcześnie, mam się urodzić dopiero za niecałe czterysta lat. No cóż. Sięgam po balon z colą, łykam jednego bez gazu. Poranny kiss nieświeżego oddechu. Człowiek nie powinien całować dziewczyny następnego ranka, smakuje taką zgnilizną, jakby się zaczynała rozkładać, jakby sztywna była. Bo też przeważnie była sztywna. Człowiek nie powinien sypiać z. Sen to śmierć. Zmartwychwstanie każdego ranka. Zmartwychwstanie ciała. My man, zawsze powstaje pierwszy. W nogach znajduję pilota, jeszcze nie skumałem, jak go obsługiwać palcami stóp.

Kanał 52: wywiad z niemieckim browarnikiem. Nalewa trzy kufle. Chce mi się piwa. Ponownie sięgam po balon. Kanał 53: brytolskie ogrodnictwo. Kanał 54: studio nagrań w Madrycie. Kanał 36: hinduska piosenkarka (20 000). Kanał 37: prognoza pogody dla południowo-wschodniej Azji. Zanosi się na dobry weekend w Birmie.

Zatrzymuję się w dolnych rejonach skali. Żadnej pocierki. Dlaczego nie puszczają pornoli z rańca? Nigdy nie słyszeli o stwardnieniu porannym? Może wtedy by się człowiek obudził. The Morning Porn Show. My man, zawsze powstaje pierwszy. A może to specjalnie wykombinowali? Łatwiej resztę zerwać na nogi, kiedy on podniósł się z wyra. Mały olbrzym. Wyrzeźbiony jak jednooki bezkarki koksu. Z główką, ale bez mózgu, a może już mu się skończył, ciągle rzyga jasnoszarymi cellami. Nie wstaję, dopóki on nie wstanie. Chwytam go za kark i biję się z nim, on się nie poddaje, dopiero w kiblu. Wyciskam go i zakrywam drugą dłonią. Dlaczego wróżki nie czytają z mokrych dłoni tak jak z suchych fusów? Oto moje życie, rozmazane w mojej rąsi. Spływające korytem linii życia.

Papieros. Dzień jest jak papieros. Biała fajka i żar słońca sunący po niej przez obłoki dymu, aż umrze w żółtym jak wieczór filtrze. Słońce i szlug. Jedno i drugie równie rakotwórcze. Zaczyna się ściemniać. Nie opyla się odsłaniać. Przytraczam sikora, przykuwam się do czasu, obrotu Ziemi, Słońca i tego całego systemu, 16.16, i idę do kuchni. Seriosy. Już są w misce. O co tu kaman? Ktoś chce komuś pomatkować? Trochę za dużo. Za dużo w miskę nasypała. Prawidłowa liczba to 365 kółek. Szereguję je w sobie z pomocą mleka. Radio. Pierwszy kawałek nadaje dniu ton. Passion Roda Stewarta. Ale nie jestem całkiem pewien.

Patrzę w oczy Woody’ego Allena. Kiedy to wreszcie nastąpi? Na pewno już niedługo. Po to są plakaty. Odpalam maca. Macintosh wita. Powinna już być w domu. 1637. Tak. Jakbym na ręku miał kalendarz. Każdy dzień to historia ludzkości. Chrystuś rodzi się o północy, Imperium Rzymskie dogorywa na dzikim afterparty i potem o brzasku zjawiają się wikingowie, koło dziewiątej zaczynają gwałcić. Wiadomości w południe czytane z manuskryptów, „wielki pożar minionej nocy w Bergþórshvoll”, a po obiedzie sjesta, splin, zarazy, głód, pobudka o godzinie 1504 przy uderzeniach dłuta Michała Anioła. Odrodzenie. Shakespeare tworzy zapamiętale, musi zdążyć do kwadrans po szesnastej. Historia ludzkości to długi dzień. Wojna trzydziestominutowa. Wojna sześciosekundowa. Długi dzień pracy. Dochodzi siódma, kiedy wreszcie Edison zapala żarówkę. 1900: kolacja i wieczorne wiadomości. Nadeszła pora na wieczerzę w historii ludzkości, a może właśnie ją zjedliśmy, wszyscy syci i rozleniwieni, i niekończący się program. Czekamy na 2000. Myszkuję się do netu. Nic na stronie. Sprawdzam pocztę. Nic od niej. Stukam do niej:

Hi Kati.

Reykjavík calling. Hope you had a good day. We are getting up late here, running out of days. You know. Wintertime in Iceland. The Kingdom of Darkness. And everything Johnny Rotten. Went to the bar last night and then to some after-party. There was one girl there who had been in Budapest and she told me about a bar called „Roxy” or „Rosy”. Do you know it?

Bi. – Hlynur

Jestem wpółodziany, gdy dzwoni telefon.

– Hlynur – mówi Þröstur.

– Þröstur – mówię ja.

– I co powie?

– W kit. Nie przyszedłeś wczoraj?

– Nie. Coś było?

– Nie. Po poszliśmy do Jökulla.

– I co? Jak było?

– W kit. Rozsądnie raczej.

– Jakiś hajs?

– Tak, tak. Lóa była i Sóley, i dwie kolumny.

– Tronowe?

– Nooo. Jedna jakaś taka mediolaniara, druga bardziej wełna i opaska na głowie.

– I co? Są u ciebie?

– Nie. Telewizor. Ce-er?

– Elo, widziałem twojego tatę. Znaczy poleźliśmy do Kasztelu, z Marrim, i spotkaliśmy starego, trzymał fason.

– Świrujesz pawiana.

– Nie, trzymał fason, driny stawiał, a po zaprosił nas do siebie na chawirę.

– Poszliście?

– Nie. Żonglował dwoma adresami.

– Jesteś siur, że to był on?

– Hejka, Hlynur. Jakbym nie znał starego Siwobrodego.

– Jak wyglądał?

– Nie najgorzej. Na trzeci dzień.

– Kompletnie sztywny?

– Tak. W trzy dupy, ale wesoły, można się było uchachać.

– Ta.

– No. Dużo nawijał o twojej mamie… i o tobie. Powinieneś przemówić mu do męskości.

– Hm.

– Ale co tam? Obejrzymy sobie dzisiejszy wieczór?

– Nie wiem. Co knujesz?

– Normalny sejmik, K-bar albo po prostu Kasztel, to osłabiająca miejscówka, ziom, na pewno spotkasz tam starego.

– Kiedy tam byliście?

– Jakoś koło pierwszej.

– No, nie wiem.

– Słuchaj, kolnę.

– No.

– Hlynur.

– Þröstur.

*

Mama pracuje w Agencji Zakupów. Mama jest agencją zakupów. Mama nazywa się Berglind Sæmundsdóttir. Mama ma czerwone subaru. Mama wraca z pracy między piątą a szóstą. Czasem przyjeżdża z nią Lolla i je z nami. Lolla ma na imię Ólöf i nie pamiętam, czyją jest córką. Haraldura czy Hörðura. Lolla jest lesbijką. Jest nią od dawna. To znaczy jesienią obchodziła piętnastą rocznicę swojego lesbizmu. Zbliża się moment, kiedy otrzyma złoty zegarek Związku Lesbijek Islandzkich. Mama jest agencją zakupów. Mama zazwyczaj wraca do domu z czymś dla mnie. Podkoszulką, colą, paskiem, taśmą, popcornem, ciastkami. Dziś wraca do domu w roku 1735. Słyszę torby foliowe, a potem puka trzy razy, zanim zajrzy do pokoju.

– Cześć, kochanie, zobacz, czy ci się to nie przyda. Mieli takie w Bónusie. – Rzuca na łóżko trzy pary białych slipów w krzykliwym opakowaniu z plastiku, a ja odwracam się od kompa. Potem wchodzi do pokoju, przekłada slipki na stolik nocny i zaczyna ścielić łóżko. – Jak ci dziś było? Trochę tu u ciebie ciężkie powietrze, Hlynurku. Nie chcesz otworzyć okna?

– Co?

– Dawno chyba już nie prałam twojej pościeli. Mam ją zdjąć teraz? Nie, pranie robię dopiero jutro. Co ty, masz w łóżku butlę z colą? Przyniosłam świeżą, jak chcesz. Później wpadnie Lolla na kolację. Jak leci, kochanie?

– Co?

– Nie mówiłeś, że pracujesz dla Reynira?

– Mam lekkie opóźnienie. Czekam na dysk z sikłestem od niego.

Odwracam się do kompa.

– Tak, tak. Zobacz, czy chcesz te gatki. Mam nadzieję, że nie są za małe. Były tylko elki. To co, mam ci przynieść coli?

– Mamo.

Podchodzi do mnie i kładzie mi dłoń na ramieniu. Czuję jej piersi na karku.

– W porządku, kochanie. Nie przeszkadzam. Co ty, piszesz po angielsku?

– Mamo.

– Ojej, przepraszam. Jestem zbyt ciekawska.

Całuje mnie w czubek głowy i odchodzi.

– Kupiłam polędwiczki wołowe. Lolla wpadnie z butelką czerwonego wina. Chcemy, żeby dziś wieczorem było trochę odświętnie.

Polędwiczki wołowe to moje ulubione żarełko. Chyba chce mi pomatkować. Na coś się zanosi.

Bawię się pilotem, dopóki mnie nie zawołają. Quiz na La Manche, Channel TV: What’s on Television? Zawalam jedno pytanie. Co jest na Eurosporcie między dziesiątą a jedenastą rano? Muszę się wcześniej budzić.

Kiedy do nich wychodzę, rozmawiają o Heiðarze – Lolla mówi, że go fila. A ja filam Lollę. Ma poważne piersi i jest dowcipna. Bardzo śmieszna typiara. Wprawdzie zdarza się jej drzeć ze mnie łacha, ale często ma jaranie i wnosi w dom dobry filing. Mama jest fajniejsza, gdy ona jest. Zwłaszcza kiedy sobie z nami zajara. To ją trochę odmamia. Pasują do siebie, choć są tak niepodobne. Mama ma pięćdziesiąt sześć. Lolla – trzydzieści siedem. Poznały się na Wyspach Owczych. To znaczy Mama była tam na jakiejś bardzo włochatej konferencji. Mama to bardziej taka TV publiczna, a Lolla – niezależna: nie za bardzo ją znam, za dużo jej nie oglądałem, więcej w niej zakodowanych programów. Jest konsultantką uzależnień. Konsultantka uzależnień. Pełna pijackich opowieści, zwłaszcza kiedy jest uwalona. Pijackie opowieści nie brzmią tak, opowiadane na trzeźwo. Mieszkamy przy Bergþórugata i jemy w kuchni.

M: Slipki pasowały? Kupiłam mu dzisiaj slipy. W Bónusie.

L: Slipki z Bónusa? Szczęśliwa będzie ta, która wygra ich zawartość. I co, jest na nich logo z różową świnką?

J: Nie wiem.

M: Nie przymierzyłeś ich jeszcze?

J: Moms. Jest jeszcze czerwona kapusta?

L: Kutaski zawsze kojarzą mi się z różowym prosiaczkiem.

J: Jak to?

L: Tak to, takie słodziutkie… w smaku…

Śmieje się. Mama się uśmiecha. Ja szczerzę zęby jak J. R.

J: Wydawało mi się, że nie jesz świniny. Nie jesteś lesbą?

M: Ktoś chce loda?

L: Lecz. Bi. Nie, nie. Ja bardziej o tobie myślałam, Hlynurku… Taka świnka skarbonka…

J: O co ci chodzi?

L: Tak tylko. Przecież cały czas oszczędzasz, nie? Nie zauważyłam, żebyś trwonił małego na jakieś pierdoły. Chyba zbierasz dla tej jednej, prawdziwej?

J: A to co?

Lolla uśmiecha się do Mamy, która wstała.

M: No cóż. Może zjemy sobie po lodzie i porozmawiamy o czymś innym?

J: Elo, Moms, dolewasz jej czegoś do filiżanki? To człowiek już nie ma tu żadnej prywatności?

M: Ona się z tobą tylko przekomarza, Hlynurku. Lolla, na pewno nie chcesz więcej?

L: Nie, dzięki, jestem pełna…

J: …plotek. Gdzie „DV”? Może człowiek powinien sprawdzić rubrykę nieruchomości do wynajęcia?

L: Chyba się nie wyprowadzasz z domu?

J: Mamo, nie kupiłaś „DV”?

L: Nie jesteś na to za stary? Masz już trzydzieści trzy lata…

Oczyma duszy widzę sound and solid pokój, gdzie się nie puka do drzwi, lecz dzwoni. Ja i ja, ziomale dwa, przy kompie i TV, szesnastofilmowy weekend, cały Allen, z dala od lesb wszelkich. Jest coś w wyszczekanych babach, które są równie bystre jak faceci, takich zdzirach z jęzorem we właściwym miejscu. Nie cierpię ich. Człowiekowi brak odpowiedzi. Paraliżuje go. Zwłaszcza jeśli do tego mają piersi. Wtedy wygląda to na oszustwo. No cap. Kobiety górują nad nami figurą, to jest ich to. Myśmy za to mieli mózg dostać. Ale wiele z nich i ten narząd udomowiło. To co pozostało? One mają wszystko. Rozum i wygląd. My za to leżymy oniemiali z bezmózgim w dłoni i wyrzygujemy z siebie ostatnie celle.

Mama jest z innego pokolenia. Z tego, zanim rozpowszechniła się chirurgia mózgu. Mama stoi przy moim boku. Mama stoi bokiem przy mnie.

– No już, już, Lolla. Mój Linsi zostanie tu tak długo, jak będzie chciał.

Po lodach jaramy marychę. Lolla skręca. Dwa blanty. Ja jaram calaka. (Czasem opłaca się z nią podrażnić). Przenosimy się do salonu. Z dymkiem wiadomości są bardziej znośne. Zazwyczaj nie cierpię islandzkiej telewizji. Na okrągło tylko ryby i wszechobecne morze. Co za dżoker wpadł na pomysł, że to fajnie obgryzać jakieś zimne zakąski z dna morza? Trawka sprawia, że zaspy śnieżne smakują jak lody. Warstwowe zlodowacenia na północy kraju. Waniliowe w Vestfirðir. Nugat w Norðfjörður. A one już orbitują i znów zaczynają gadać o gaciach. Nie.

Moms: A nie mówiłeś, że brakuje ci slipek? Ciągle mu slipek brakuje, nie wiem, co on z tymi wszystkimi slipkami robi, wydaje mi się, że ciągle kupuję mu nowe. He, he.

Lols: Pewno po prostu zostawia je na mieście, kiedy… To podobno powszechne wśród singli, którzy nie chcą się wiązać. Specjalnie zostawiają slipki u damy, wszystkie tak… he, he… żółte od moczu i capiące. Wtedy im nie grozi, że taka będzie miała ochotę na ciąg dalszy…

Jas: Niektóre uwielbiają gullfossa, a do tego jeszcze gejzera. He, he. Nie wiedziałaś, Lolla?

Lols: Gejzera?

Jas: No. Gullfossa i gejzera. Nie wiesz? Nieaktywnego. Wali tylko smrodem.

Moms: Hlynur, no wiesz.

Jas: Nie, Mamo, nie powiedziałem, że zostawiam je u ciebie.

Lols: Aaaa… Beeerglind… He, he, he.

Moms: He, he. Co? O co ci chodzi?

Jas: W praniu.

Obie, już najarane, grzebią mi w gaciach i podpuszczają, żebym je przymierzył. Nie wiem, może jestem już tak wykrzywiony, że ciuchy się mnie nie trzymają. Nagle znów znajduję się w salonie, w jednych tylko bónusiakach. Przybieram pozy. One piszczą i świszczą jak niewiasty na chippendalesach. Kobiety inaczej przeżywają striptiz niż faceci. Włączają tryb zabawowy, do dechy. Faceci chowają się w sobie, włączają niskie obroty, poważnieją i połykają grdykę. Jabłko Adama. Lolla prosi, żebym się zbliżył, ciągnie za gumkę i puszcza, mówi, że pasują idealnie, i dodaje:

– W każdym razie w takim stanie, w jakim jest teraz.

I już obie skręcają się ze śmiechu na kanapie. Jednooki kretyn znajduje się na wysokości jej wzroku, a ja czuję – mimo obecności Mamy – że ma ochotę się rozciągnąć, żeby spojrzeć jej w oczy. Wybiegam do przedpokoju.

2315 – dzwoni Þröstur. Jesteśmy dobrze w przyszłości, gdy wyłączam telewizor i kompa. Zbliża się północ, a ja ciągnę w górę ulicy Laugavegur. Zimny mrok i śnieżystość, które są ani, ani, na pół niepamiętnym, niepoliczalnym czasem. Pierwotny nastrój i więcej starożytności, gdyż muszę iść taki kawał drogi, uszy sztywne i białe na wietrze, kruche uszęta z porcelany. I kiedy wchodzę do środka, jeszcze raz wróciliśmy do początków. Rok 0000.

Kasztel o północy. Nie całkiem osłabiająca miejscówka. Wbrew nazwie znajduje się w piwnicy. „Kazamaty” byłoby bardziej honorowo. Człowiek stopniami schodzi w przeszłość. Miejscówka oszczana bluesem beznadziejnych pijaków: mroczna, ponura jaskinia, na ścianach fejkowe kamienie obwieszone (fejkowymi?) mieczami i zbrojami. Muzyka rockowa z ostatniego wieku rozbrzmiewa z głośników, na wpół zdarta akustyka, jakby płyty znaleziono podczas wykopalisk: Black Sabbath, Deep Purple, Led Zeppelin. Wprawdzie Eye of the Tiger, kiedy wchodzimy, ja, Þröstur i Marri. Mityczna atmosfera. Czuję się jak w odcinku Quantum Leap. Starożytna Grecja, tyle że wszyscy w marynarkach. Bachus za barem z uniesionym pejczem, stary karbowy katów, gruby i złuszczony, smaga batogiem lud – dożywotnio skazanych na wódę z broczącymi ranami na grzbiecie – doskonale wyposażony: krany piwne niczym potencjometry narzędzi tortur, za każdym razem, gdy ich dotyka, pęta się zaciskają, a on śmieje się, pewny swego, ze swym arsenałem za plecami: hot shoty na półkach, Black Death, Grenades. Operuje flaszkami niczym bronią palną, celuje w stronę ofiar, dozowniki drinków jak tłumiki. Zębami otwiera flaszki z piwem i rzuca w salę niczym granaty, miesza koktajle Mołotowa. Polewa do szklanek, bulgocącą mieszankę kwasów w zatruty puchar, a klienci kwitują wydruki z kart, jakby podpisywali własne wyroki śmierci. Łatwopalna atmosfera. Pełne paliwa alki i wywracające się babsztyle, obnoszące swoje wzdęte gazem piersi. Jedna z nich (3500) podchodzi i o ogień prosi, spirtem na glanc upojona. Kiedy zbliżam do niej płomień, czuję się, jakbym to ją podpalał. Chucha mi w twarz i dziękuje mi całusem, czterdziestotrzyprocentowym całusem. Usiłuję się uchylić, ale nie udaje mi się uniknąć tranowego zapachu szminki.

Lokal jest podłużny. Bar dorównuje długością małemu odkrytemu basenowi na prowincji. W głębszym końcu najbardziej mokrzy ze wszystkich drapią w brzeg. Naprzeciwko baru ustawiono niskie fotele klubowe z jakiegoś nieznanego materiału, który zdaje się pochłaniać światło. Ludzie toną w nich jak w czarnych dziurach. Jedynym źródłem światła są tu butelki na szklanych półkach za szynkwasem – bursztynowy blask łychy: niczym bardzo skromny świt za górami, na Kamczatce – i trzy pary kolczyków po stronie foteli. Czasem jeszcze błyśnie ząb jeden czy drugi w uśmiechu.

– Nie zmejkam tego, ziom.

– Co jest, ziom, zaznajom się. Ty zawsze z tą swoją wrażliwością, Hlynur.

Þrös i Marr zdają się mieć do tego trzecie oko. Może nie mogę tego znieść, bo tata mógłby tu być. Mama mówi czasem o „chodzeniu na galery”. Nie wiem dlaczego. Może kiedyś było w tym więcej harówki. Ale to jest to. Kompletna galera. Niewolnicy na swoich solą mokrych ławkach, przykuci do baru, wiosłują przez ocean piwa, na głębiny łychy, każdy ze swoim wiosłem, swoją aurą, w swoich latach, ze swoim zapitym żywotem w ręku. Właściwie jak tylko człowiek tu wejdzie, dostaje choroby morskiej. Tak się tu ludzie przewalają.

Stawiamy się przy barze, znajdujemy trzy wolne stołki, ci, którzy na nich siedzieli, z pewnością leżą sztywni. To jak usiąść na krześle elektrycznym, które tego dnia nie będzie już używane. Þröstur jest długi, z ramionami i brodą. Trochę wyższy ode mnie. Ja mam metr osiemdziesiąt jeden. On ma podejrzaną bródkę, raczej rzadką i wyliniałą. Jakby z jego brody wystawało kilka końcówek nerwów. Typ raczej spięty. Ciągle w ruchu. Marri jest mniejszy od nas. Marri na imię ma Marel. To znaczy morze coś tam, coś tam. Trochę jest jak ryba na suchym. Oczy wybałuszone i taki tik. Oni są jak pies i wydra. A ja ni pies, ni wydra.

Zamawiamy trzy duże. Þröstur opowiada o różnicy między skokami na bungee a spadochronowymi. Mówi, że różnica jest taka, jak między seksem bez miłości a seksem z miłością. Nie całkiem to kumam. Przy ścianie szczytowej rysuje się sylwetka faceta, plecy jego, wydaje mi się, że leje. Facet obok nas ma na głowie bejsbolówkę, kurtkę ze skóry hipopotama, tak grubą, że sporo czasu mija, nim uda mu się do nas odwrócić. Nad górną warą rzęsy i grube wargi dookoła oczu. Młody jest, jeśli można użyć tego słowa. Pytanie:

– Co, chłopaki, dopieroście wyszli?

– Co? Nie, właśnie przyszliśmy.

W głośnikach dudni wiekowy kawałek Petera Framptona Show me the Way. Czuję się jak w islandzkim ogrodzie zoologicznym zamkniętym od dwudziestu lat. Wszystko wypchane i tonie w kurzu. Tyle że tu już wszyscy ten kurz nosem wciągnęli. Haj po takiej konsumpcji jest raczej stabilny. Ludzie wysychają i dostają twardych, szklanych oczu, mają takie wypchane miny. Wydobywa się z nich smar. Ktoś z kimś gada „nasmarowany”. Þröstur twierdzi, że kiedyś był tu magazyn części zamiennych do amerykańskich fur. Magazyn części zamiennych. Nic tego nie zmieni. Jeśli zdarzy ci się tu zesztywnieć, obudzisz się na stole kuchennym domu położonego na tyłach, przy ulicy Smiðjuvegur, z wyciętą jedną nerką i zatatuowaną raną.

Marri szturcha mnie palcem, pokazuje, żebym się odwrócił. Obok przepływa tata. To on. Ta twarz. Mina, którą wepchnął w Mamę. Przepływa obok. Jak zjawa. Jak duch z jakiejś dawnej dramy w Iðnó. Powoli dryfuje przez scenę, głęboko wtopiony w scenografię, i łokciem uderza w kurtynę, powodując jej falowanie. Nie widzi nas. Ciuchy w porządku, broda i włosy, papieros względnie prosty, za to drink wygląda na niezapłacony. Równowartość tysiąca dwustu koron w łyski. Jakoś tak widać, że to właśnie jest to, co przepełni miarkę kredytu. Jabłko, które zatopi okręt. Pociąga łyk, widzę, jak wlewają się w niego wycieraczki, dywan, parkiet, całe mieszkanie, firma, samochód.

– Musisz z nim pogadać.

– Nie. Teraz go nie zmejkam.

Nagle czuję zapach. To nie jest Pierre Cardin. Nie, to tata. Hafsteinn Magnússon. To ten sam stary Skinnbrejserek. Jak na ducha to i tak niezły zapach. Szturcha mnie szklanką w ramię, więc się odwracam. Uśmiech, który mnie stworzył. Uśmiech, który powalił Mamę. To było wiele zębów wstecz. Teraz jest sztuczny. Mimo to nieźle wygląda. Czerwień policzków pasuje do siwizny brody, jeśli w tej grocie ciemności można mówić o kolorach. Właściwie to on wygląda za dobrze na to miejsce. Co on tu robi? To nie jest jego sejmik.

– Cześć.

Mówi, jakby sam sobie cześć oddawał. Opowiadał, jak on się czuje. „Ść” aż dźwięczy.

– Elo.

– Oto i człowiek, z którym muszę pogadać.

To brzmi raczej jak kapowanie.

– Taa?

– Tak, muszę z tobą porozmawiać. Co pijesz? Ja stawiam, gdzieś tu siądziemy sobie, ty i ja, i pogadamy jak człowiek z człowiekiem.

Jak nawalony człowiek z człowiekiem. Kartą płaci za piwo dla mnie, a ja zostawiam chłopaków przy barze z ich czworgiem oczu i idę za tatą przez dżunglę w kąt. Toniemy, każdy na swoim dnie, pod jakąś plątaniną dzid na ścianie. Dwudziestotrzyletnie solo gitarowe rozchodzi się po lokalu, więc tata musi mówić głośno, zanadto zbliża się do mnie. Mogę go słuchać tylko jednym uchem. Zaczyna swoją mowę od długiego wstępu. Treść jest pokrótce taka, że ja jestem jego synem, a on ojcem moim.

– To w związku z twoją mamą. Wiem, że jesteśmy rozwiedzeni i tak dalej, i ty też to wiesz. Że. Wiem, że to w gruncie rzeczy nie moja sprawa, co ona teraz robi, tyle lat jesteśmy już po rozwodzie. Ale ja też. Ja też przeważnie myś… o tobie, a to jest w związku z tą jej przyjaciółką, tą, jak jej tam?

– Lolla?

– Tak się nazywa? No, tam, ta mała brunetka. Z pieprzykiem.

Lolla ma dość rzucający się w oczy pieprzyk na prawym policzku. Napęczniałe znamię z meszkiem. Widzę go oczyma duszy, tylko jego: duży jak paznokieć pieprzyk szybujący przede mną w powietrzu, zarośnięty, niczym homoseksualna mucha. Kiwam głową.

– Tak, wiesz, o czym mówię. W każdym razie ona jest lesbą.

– Tak.

– Tak, wiesz o tym, i dużo czasu spędzają razem, prawda, nie spędzają razem dużo czasu?

– No, ona czasem przychodzi i je z nami.

– No właśnie, tak i. Dużo czasu spędzają razem. Wybacz, że zapytam, ale czy czasem zostaje u was na noc?

Patrzę mu w twarz. Nie jesteśmy bardzo podobni. Ja jestem raczej taki, jakby jego twarz wystrugano w minie Mamy. Jestem na tyle podobny do Mamy, na ile tata stwarza okazję. On ma raczej duży nos. Ja mam mały, a okulary czynią go jeszcze mniejszym.

Patrzę mu w oczy. To są oczy, które patrzą wstecz. Przestały widzieć do przodu. Czy nie ma okularów dla ludzi, którzy nie potrafią „patrzeć życiu w oczy”? A może powinien po prostu nosić okulary słoneczne.

– Nie.

– Jesteś pewien? Jesteś pewien, że czasem nie zostaje u was na noc?

– Tak, czasem śpi ze mną.

– Co?!

– Żart.

– To, co ci chciałem powiedzieć, Hlynurze, to to, że myślę, że twoja mama jest lesbijką.

Kawałek akurat się kończy, kiedy on zbyt głośno wypowiada ostatnie słowo. Jeszcze raz patrzę na niego, po czym rozglądam się wokół. Jakiś wyglancowany na bal lachociąg o przetartej jak cerata twarzy (7000), pogrążony w fotelu, patrzy na nas i uśmiecha się do mnie, widzę, jak szminka się porusza, wydaje mi się mówić: Ale nie ja. Ja nie jestem lesbijką. Zatrzymuję wzrok na chwilę na jej piersiach, nim znów spojrzę na starego. Żadnych cudów. Tata staje się jakoś – mimo że pijany – kompletnym Hafsteinnem. Chwila pauzy i zaczyna się kolejny kawałek, Highway to Hell, w siedemdziesiątym dziewiątym doszedł do siedemnastego miejsca w Ameryce, tego lata, kiedy robiłem prawko, on mi pożyczył furę, albo raczej kazał mi się wozić, symboliczne? – i znów możemy zacząć rozmowę.

– Co ty na to?

– Nie wiem. Dlaczego tak mówisz?

– Po prostu tak myślę. Ona. Przyjaciółka Sary widziała je w barze dla homo. Tam przy Klapparstígur.

– I?

– I podobnież się penetrowały.

Czuję, jak czubek jego nosa dotyka mojego ucha. Mam wrażenie, że to jego kutas, nabrzmiały król, dotyka skraju małżowiny. Tata jest nabrzmiałym królem, niestojącym i też niesiedzącym – to nie jest żaden tron – po prostu nabrzmiałym. Z króla powstałeś… Tak. Palę prince.

– Nic nie mówisz.

Cisza AC/DC.

– Nic nie mówisz, może ci wszystko jedno, może uważasz, że to w porządku? Pomyśl tylko, ona zbliża się do sześćdziesiątki i nagle została lesbą! Jak gdyby nigdy nic.

– Lepiej późno niż wcale.

Stoimy w kolejce przed K-barem. Nowy bramkarz jeszcze nie dość dobrze odrobił lekcje. Nie zna nas. Wcześniej go nie widziałem, jedynie tatuaż, który ma na karku. Ciut więcej oryginalności proszę. Wprawdzie już jest godzina 200, ale my to w jakiejś epoce lodowcowej stoimy. To się nazywa wyjść, żeby się zabawić. Mam na sobie czarne dżinsy z kieszeniami pełnymi palców, biały golf i skórzaną marynarkę. Trudno zauważyć, w jakich jestem butach – ciasnota – ale wydaje mi się, że w tych czarnych. Dziewczyna (30 000) w kolejce przed nami mówi „haj”. Zadowalam ją skinieniem. Pracuje w wypożyczalni wideo przy Skólavörðustígur i wypożyczała mi pornosy. Marri częstuje mnie fają i usiłujemy się przy niej zagrzać, wpuścić trochę ciepła do płuc. Ale to jak kocher na biegunie północnym, bracia Amundsen. Czekamy dwanaście lat, zanim nas wpuszczą.

Skanujemy miejscówkę. Ścieram mgłę z okularów. K-bar to jeden pokój. Trzydzieści pięć metrów kwadratowych. Nabite. Jak dwadzieścia fajek w paczce. Wyciągam jedną, uwalniam trochę przestrzeni i toruję drogę do baru przez tańczący lud. Girls on Film. Duran Duran. Wyczuwam jakąś pierś pod łokciem i dwa razy mówię „haj” raczej kwaśno, zanim zostanę zassany do baru niczym kula Lotto, niespodziewanie stając się numerem wieczoru. I jedynym ważnym: ląduję obok Lóy (15 000).

Pierwsza gadka:

– Nie, no elo! Dzięki za wczoraj.

– Ach, tak, ty tam byłeś.

– Hej, nie udawaj, że nie pamiętasz.

To tylko jedno z szesnastu zdań, które są tu teraz wypowiadane. Lóa to taki kanał 68 na pilocie. Trzeba nacisnąć sześćdziesiąt osiem razy, żeby do niego dotrzeć. I zwykle nim człowiek się do niej zbliży, znajdzie po drodze coś ciekawszego. Dziś wieczór za barem stoi Keisi. Keisi Kremboy. Zamawiam u niego trzy duże. Lóa nadeszła. Żeby zostać.

– Ty pijesz? Myślałam, że ty nie pijesz, nigdy cię pijanego nie widziałam. Myślałam, że może jesteś nieczynny.

Znów to samo.

– Tak, jestem nieczynny, od urodzenia jestem nieczynny. Wprawdzie poczęty zostałem w czasie pijaństwa, ale od tego czasu nie biorę do ust. Może dlatego, że tata jest alką, a Mama lesbijką, a ja dziś wieczór wyszedłem z szafy i postanowiłem to uczcić, wiesz, pójść na całość, potwierdzić rodową przynależność.

– Wow.

Udaje mi się podać chłopakom piwo, nie mocząc nikogo, i znajdujemy wolny stolik. Znaczy wolne miejsca przy stoliku, na którym tańczą dwa kurcza (15 000 & 25 000). Siadamy i siedzimy. Wiodę wzrokiem w górę pomarańczowych rajstop, wypuszczając dym. Þröstur i Marri uśmiechają się do mnie, ten pierwszy nachyla mi się do ucha.

– How much?

Zawsze mnie wkurwia, kiedy ludzie gadają po angielsku. To takie obciachowe. Þrösturowi chodzi o to: ile tysięcy koron byłbym w stanie zapłacić za noc z tą w pomarańczowych rajstopach. To między nami, nasza skala, według której szacujemy niewiasty. Uważniej się jej przyglądam. Tam, gdzie kończą się rajstopy, zaczynają się blond włosy. Długie jak lata świetlne. I mózg wydaje się równie odległy. Choć spódniczka jest mini, przez ten taniec raczej trudno zawiesić wzrok na dolinie zaszczytu, ale piersi eleganckie, gruszki w puszcze, i nie przesłaniają twarzy wyciętej ze zdjęcia klasowego w handlówce, nic wielkiego się nie dzieje. To pony.

– Jakieś dwadzieścia pięć.

– Nie, więcej.

– Tak. Trzydzieści w nocy. Minus pięć za naukę.

– Hej li!

Þröstur niedawno kupił to powiedzonko ode mnie. Wcześniej zawsze mówił „Yes, sir!” albo „All right!”. Taksuję lokal. Znajomość w trzydziestu procentach. Reszta jakieś pesele. Jakieś ludziki z nowymi i lepszymi peselami. Eygló Manfreðs (75 000). Prezenterka. Ey Gló – Day Glow. Þröstur kiedyś powiedział, że oddałby za nią lewą rękę. Þröstur jest mańkutem. Nie jestem przekonany, czy Eygló Manfreðs ma słabość do jednorękich, choć po prawdzie tak wygodniej jest się „dotulić”. Sigrún zawsze chciała się „tulić”. Żadnych tulonek od tego czasu. Właściwie nigdy nie rozmawiałem z Eygló Manfreðs, ale raz dała mi wyjętą ze swoich ust żujkę. Dóra (25 000) też tu jest i Magga Sæm (30 000). I Tímur w kącie przy swoim stoliku, sadłobiorca, ze swoją brodą à la ZZ Top.

Filam K-bar, bo jest tak napchany, a muza zajebiście głośna. Człowiek nie musi ani tańczyć, ani gadać. Siedzimy. Scream. Majkel Dżekson. I Dżanet (3 500 000). Rozglądam się po lokalu. On się po mnie rozgląda. To jest Hertha Berlin (150 koron. To znaczy bilet na autobus. To znaczy bilet na autobus w tamtą stronę). Chce, żeby jej pozwolić z nami usiąść. Nie. Żadnego gadania! Gramoli się na stół i łokciami bezczelnie przesuwa pomarańczowe rajstopy na bok. Kurcza prawie spadają na Þröstura, ale udaje im się oprzeć o ścianę. Zbyt wielkie z nich pony, żeby wykopać stąd Herthę, więc przenoszą się na inny stolik. Obcas jednej z nich tonie w roztopionej świecy. Hertha Berlin siedzi na stoliku. Uda jej się rozdymają. Na szczęście ma na sobie dżinsy Levi’sa. Trzymają je do kupy. Szczerzy się szeroko. Czego chce? Żebym policzył jej zęby? Marri kiedyś ją gościł, u schyłku ostatniej dekady. Everybody’s got a hungry heart.

Druga gadka:

– Cześć, Hlynur. Słyszałam, że właśnie wyszedłeś z szafy. Zawsze tak podejrzewałam. Ty w ogóle byłeś kiedyś w związku?

– Tylko bezprzewodowym.

Idę do kibla. Droga prowadzi obok Hólmfríður, ona mówi „haj”, ja mówię „aj”. Sikam do pisuaru i patrzę na żółtą ścianę, oczyma duszy widzę na niej napis: „Moja Mama jest lesbijką”. Czy to możliwe? I czy to jest jakaś sprawa? Lolla.

Pierwsza, druga i trzecia gadka:

Droga powrotna prowadzi obok Hólmfríður. Nie wiem, co mam powiedzieć. „Co powiesz?” Ja mówię: „Ja? Co tu gadać”. Ona mówi: „Co się z tobą działo?”. Mnie się słyszy, że mówi: „Czy cię pojebało?”, i mówię: „Dlaczego tak mówisz?”. – „Co? Co mówię, nie mam pojęcia, pytałam cię, bo nie wiem, co się z tobą działo”. – „No, po prostu mnie pojebało. Pracowałem i takie tam”. – „Pracowałeś, ty pracujesz?” – „Tak, drobne takie zlecenia. Praca przy komputerze”. – „No-ho, czyli że w domu?” – „No”. – „Wydzwaniam do ciebie, nigdy nie odbierasz, nie odsłuchujesz sekretarki?” – „Taak, ale ona ostatnio była jakaś dziwna”. – „A co? Jakaś epidemia grypy?” – „No, jakieś gówno się przypętało”. – „Mam nadzieję, że to nic poważnego jednak, nie jakiś alzheimer”.

Rozmawiamy ze sobą jak sześcioletnie małżeństwo świeżo rozwiedzione, co jest bez sensu, bo spaliśmy ze sobą dwa, a może trzy razy, i to ostatnio dwa czy trzy tygodnie temu. To raczej tak wyglądało: spaliśmy na sobie.

Hólmfríður mieszka w Hlíðar. Sama na trzech pokojach. Dwa wypełniają marzenia. Jest na trzecim roku w Wyższej Szkole Pedagogicznej. Jej tata jest dentystą. Ona ma dwa pluszowe misie, a na ścianie wisi plakat Moneta, Maneta czy Menueta. To właściwie wszystko. Pomijam body. A nie, nie całkiem wszystko. Tu, w K-barze, wdzięczy się szpanem, z czerwonym kolorem włosów, kamieniem w nosie i zbyt dużymi ogrodniczkami, ale w domu czeka kraina czarów, Tivoli Laury Ashley, gdzie gust jest tak gustowny, że człowiek bez gustu nie zapaliłby nawet papierosa, gdzie jeden kolor nie obraża drugiego, gdzie paleta barw nie wymyka się poza stonowaną skalę, gdzie nawet zasłony pachną proszkiem do prania. Wszyscy mamy swoje ciemne strony. To jest jej ciemna strona, czysta i paniusiowata, jakby jej tatuś odessał wszystko ssakiem dentystycznym i odkamienił pożółkłe ściany szlifierką szybkoobrotową (celowo traktując je z pewną surowością), i wstrzyknął znieczulenie we wszystkie poduszki sofy, wszystko takie zdrowe i pozbawione uczuć. To jakby wejść w podniebienie wykorzystywane jako pomoc naukowa na zajęciach uniwersyteckich.

– Tu nic nie trzeba wiercić – powiedziałem za pierwszym razem, nieomalże kładąc buty na stoliku obok ceramicznej misy z drewnianymi jabłkami; nie miałem pojęcia, że ona jest córusią zębologa, a ona nie zrozumiała, podobnie jak wtedy, gdy dodałem: – Poza tobą.

– Ty zawsze mówisz jakimiś zdaniami – odparła na to i powtórzyła: – Ty i te twoje zdania. To też jest takie zdanie?

Moje życie w zdaniach. Life sentences.

Z kamieniem w nosie jest Hófí bardziej strejt. To kamień węgielny z błyszczącym herbem, dający kompletnie nieprawdziwy obraz budowli. Ona ma duszę w zwolnionym tempie. Człowiek zawsze ziewa, gdy ona usta otwiera.

Zapalają się światła, godzina 300, nastaje atmosfera jakby przed ścięciem. Jakby ostatni raz na planie filmowym krzyknięto „cięcie” i wszyscy, zdziwieni, zamarli w pozach po szaleńczych bójkach na stołach. Wszyscy normalnieją. Miałem jeszcze pół piwa, lecz ono rozprzestrzeniło się na cały stół, zanim do niego wróciłem. To Hólmfríður ma taki wpływ. Wszystko spłaszcza. Þröstur i Marri w rozmowie z jakimś specjalistą:

– Elo, Hlynur, widziałeś Naked Lunch, on twierdzi, że John Torture w nim nie grał.

– John Turturro – poprawiam.

– No to Turturro.

– Nie, mylimy go z Arizona Dream, nie, nie, z Raising Arizona, nie, czekaj, jak on się nazywał, ten film o scenarzyście w hotelu z tapetą i teges – zauważa specjalista.

– Tak, czekaj. Bracia Coen – mówię i odpalam mózg.

– No. Jak on się, kurwa, nazywał?

– The Farting Blink – mówię.

– No przecież.

– Nie, Barton Fink – poprawiam.

– Farting blink… he, he…

– No to kto grał w Naked Lunch?

– Nie pamiętam, jak się nazywa, ale to ten sam, co grał w Robocopie – wydaję werdykt.

Barton Fink? Gdzie ja go widziałem? No tak, w Londynie. Z Dórim. Dórim Leifs. John Goodman w jasnych płomieniach. Teraz brakuje Johna Goodmana w jasnych płomieniach, żeby człowieka ogrzał, bo stoimy przed K-barem w mroku średniowiecza i doktorskim stopniu mrozu. Jak pięćdziesięcioosobowy protest przed ambasadą mongoloidów w środku nocy. Hej. Jakby wszyscy mongoloidzi mieszkali w jednym kraju i byli osobnym narodem, bardzo groźnym, który instaluje broń atomową. Nadchodzi Reynir. Jest z osłabiającą damą (60 000). Wprawdzie wypomadowaną aż po sam rdzeń. Opowiada o klipie, który skończył. Dla Blöxill. Brzmi jak siedem innych klipów, które człowiek widział. Gdzieś w jego ciuchach jęczy komóra. Odbiera i mówi, że jest w drodze, z ekipą. W tym czasie jestem zmuszony zagadywać damę. Chwytam jakiś płatek śniegu z powietrza.

– Jesteś córką Kevina Costnera?

– Nie, dlaczego tak uważasz?

– Po prostu. Nadszedł czas.

– Nadszedł czas. Co chcesz przez to powiedzieć?

– Nadszedł czas, żeby to powiedzieć.

Słowa to płatki śniegu. Padają. W tym okamgnieniu padają 12 674 523 płatki śniegu w Reykjavíku. W każdej głowie śpiącej w szpitalu krajowym jest równie wiele zdań. W całym mieście, w kompach, na poduszkach, w sofach, w telefonach, w biblioteczkach, nad wszystkim unosi się cała droga mleczna przebijających się zdań, słów układających się w linie, które kiedyś trzeba będzie wyrazić. Ktoś będzie musiał je wypuścić. „Jesteś córką Kevina Costnera?” Ktoś musiał to wziąć na siebie. Nie moja wina. Sorry.

Reynir wie, gdzie jest domówka. Idzie Hófí, opsiapsiółkowiona. Na bejbskali ziomalki znajdują się szczebel niżej od niej, stoją oto po obu jej stronach, na drugim i trzecim stopniu podium, i wybałuszają w nią gały. Psiapsiółki. Zawsze jedna strawna i dwie niejadalne. Czy widział ktoś kiedyś dwie równie ładne przyjaciółki? Hófí chwyta adres uchem. Gada do wszystkich i nikogo, do śnieżynek i zimna, ale w rzeczywistości ze mną rozmawia. Wydmuchuję kłęby i zastanawiam się nad różnicą między dymem z papierosa a z zimna. Właściwie nie ma żadnej. Dym tytoniowy jest trochę bardziej matowy, więcej w nim koloru. Jest bardziej ludzki. Zanieczyszczenie środowiska jest ludzkie. John Goodman w jasnych płomieniach. I owszem, trochę człowieka rozgrzewa. Tu potrzeba taksówki. Rozgrzanej, z grubym kierowcą. Idąc w dół Skólavörðustígur, znajduję w skórzanej kieszeni pilota. Pilot wycieczki. Wyciągam go i kieruję w stronę oświetlonej furmany, naciskam stop. Stary trik. Taki żart. Śmieją się.

Trójwieziemy na Stangarholt 9. Dysponentem mieszkania jest Haukur Hauksson, fan Talking Headsów. Ani śladu tyrki. Chawira lekko zbyt elegancka jak na afterparty. Nastrój salemowy. Szklany blat stolika równie święty co Speaking in Tongues na winylu. Cedeki Davida Byrne’a w szklanej szafce, jak porcelana u babci.

Zaczynamy właściwie od pomylenia pięter, kierujemy się na dźwięk z piętra wyżej. Łoskot szalonego złomu (Metallica: Seek and Destroy) i do drzwi podchodzi około trzydziestoletni lamus, rzadkowłosy swetrzak. Zaprasza nas do środka, ale jest w tym coś pogiętego, tu nie ma nikogo, przejrzeliśmy tę sztuczkę: samotna dusza w dwurękim ciele wykorzystuje fakt, że w domu jest impra, i tworzy wrażenie, że to u niego. Niemniej siadam na moment i wspominam basistę Metalliki. Jeff czy Cliff Burton. Skreślony z mapy na jakimś szwedzkim countrysajdzie. W osiemdziesiątym szóstym, o ile pamiętam. Wysłany do wieczności na szwedzkim lodzie. Dziewczyny krążą z fajkami dookoła właściciela swetra. Wstaję i zaglądam do sypialni. On tam powinien zostać. To taki gość, który w ogóle nie powinien wychodzić z sypialni. Wnętrze przypomina teren odgrodzony na wykopaliska archeologiczne. Grób. Kurhan to się nazywa. Wygnieciona pościel, uformowana przez jego wielkie cielsko, jak wyżłobione kształty pozostałe po usunięciu kości. Kołdra z ziemi. Hej. Kołdra z ziemi. Właśnie tak czuję się co rano, jakby kołdra była pełna ziemi. Mam w kieszeni damskie perfumy – Tresor, ukradłem je na domówce u Lilji Waage (80 000) – i psikam troszkę na poduszkę. To go uziemi. Już nigdy stąd nie wyjdzie. Chce jednak iść z nami na dół, na imprezę, lecz przepięknie temu zapobiegam: rozpylam na niego perfumy i mówię: „Baba!”.

– Co za obrzydliwy perwers, ziom – mówi psiapsia Hófí (1690), kiedy wychodzimy na klatkę. – Widziałaś skarpetki na jego nogach…

– Nie – odpowiada psiapsia Hófí (1490).

– Normalnie były różowe. Miał różowe skarpetki. Czaisz to?

Wyciągam jedną zgniecioną z kieszeni i macham im przed oczami. Ten sam kolor.

– Fuj. Co ty, wziąłeś je? Zajumałeś mu skarpetki? Hej, Hlynur, o co ci właściwie kaman? Nie jesteś normalny?

– Już nie. Dzisiaj wieczorem wyszedłem z szafy, jeszcze nie słyszałaś?

Hólmfríður schodzi stopień niżej i się odwraca.

– Co?

– Nic. Hlynur Björn właśnie wyszedł z szafy.

Patrzy mi w oczy, a ja swoje powiększam, żeby mi całych nie zabrała. Żeby trochę białka mi zostawiła. Uśmiecha się, a potem odwraca do psiapsiółki, tej za 1490.

– Aj, to tylko jedno z tych jego zdań.

To afterparty u Haukura Haukssona, fana Taking Headsów, to absolutne pustki haszowskie. Ani śladu tyrki. Kiedyś wylądowałem na imprezie, gdzie była jakaś aktorka, jakaś taka brygantyna z grupy offowej, która jak tylko weszła, powiedziała: „Przyjacielu, czemuż ciągniesz mnie ze sobą do tego domu?”. Tak to już jest. Burning Down the House. Jakieś przedrogie dzieło przemocowe w ramie nad sofą. A na sofie w sztok pijane Ríó Tríó snuje harcerskie wspomnienia. Daj nam a brake. W kuchni kobieta piskliwie się śmieje, jakby chciała udowodnić, że zasługuje na to, by żyć. Obczajam ją. To pedorzyszka. 10 000. Zmuszony jestem spocząć w fotelu obok jakiegoś cymbalisty i naprzeciwko jednego ze Spielbergów tego miasta, który wietrzy akurat genialny pitch na scenariusz filmowy. Kosmici, którzy przybywają do kraju w kontenerach.

– …ale my nie wiemy, że oni znów mają samochód i zaczynają ich gonić. I wtedy mamy punch: to był statek kosmiczny. Statek kosmiczny, kumasz? Ha, ha. No wiesz, statek, Kosmiczny statek. I odpływają, czaisz? Niezłe? Niezłe!

Cymbalista mówi „tak”, lecz niespodziewanie się stąd oddamia. Nie. Spielbergen zwraca się do mnie. Musi jeszcze obgadać „stronę finansową” tego swojego spodziewanego dziełka. Ruby Tuesday. Nie mejkam rozmów z tymi ludźmi. Nie takich jeden na jednego. Takich w cztery uszy. A on patrzy mi w oczy. Nie patrz mi w oczy. Mógłby równie dobrze wbić w nie szpilki do dna. Odpalam flarę ratunkową.

– Elo, Hófí!

Jej twarz ożywa jak mleko polane na cornflakesy. Buzuje, kiedy przychodzi. Proszę ją o fajkę, mimo że mam. Akcja ratunkowa. Ona sadowi się na bocznym oparciu fotela. Helikopter straży przybrzeżnej. To jestem załatwiony. Wyląduję na ostrym dyżurze?

Idziemy Langahlíð. Godzina 600. Jeszcze pięćset lat do świtu. Ciekawe, czy wtedy Háteigskirkja już będzie atrakcją turystyczną. Jankesi w bermudach w upale wywołanym efektem cieplarnianym, czytający swoje foldery i podnoszący wzrok – „that’s really amazing” – i Japończycy z kamerami. Idę na chatę z Hólmfríður. Jeszcze jedna wycieczka w jesienne barwy przy Barmahlíð. Do domu, w zacisze sofy, w kolorową krainę szczęśliwości. Idę do domu w Dolinie Snu… Wygląda na to, że się z nią prześpię. Bierze mnie pod rękę. Nie. Nie, nie zmejkam tego. Z naprzeciwka mogłaby pojawić się fura, ledwo wybudzone oczy za kierownicą, a za nimi myśl: „Aaa, Hlynur Björn z tą…”. To nigdy nie będzie obiektywne. Dwie niespokrewnione jednostki biorą się do roboty. Dwoje cieśli w drodze do pracy. Nie, nie. Zawsze ta ręka na człowieku, nad nim, wokół niego zapleciona. I te szczere oczy. Jak pacjent na stole chirurgicznym usiłujący złapać kontakt wzrokowy z lekarzem. To tylko zabieg. W zasadzie kondomy powinny być sprzedawane z wyposażeniem dodatkowym: kitel, rękawiczki gumowe, czepek, maseczka. Wszyscy do domu z małą torbą lekarską, nocną apteczką. A dama – przykryta białym prześcieradłem z dziurką. Zabieg kliniczny. Żadnych doznań poza fizycznymi. Kobiety.

– Naprawdę zajumałeś tam te skarpety?

– Tak. Tylko jedną. On jest takim samotnikiem, że nie zasługuje na parę.

– Strasznie jakiś twardy jesteś.

– No. Pojęczysz jeszcze, zanim zmięknę.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

Chce, żebym zdjął buty. Jeszcze czego! Może mam też zdjąć okulary? Drobię na palcach po parkiecie jak pedał. Ona nie może wejść do salonu, zanim nie zaglądnie do: A. łazienki, B. sypialni, C. kuchni. Woła, czy chcę herbaty. Mówię „tak”, żeby nie mówić „nie”, i wypróbowuję pilota wycieczki na telewizorze. Trzy obrazy kontrolne. W jakim społeczeństwie człowiek właściwie żyje? Wyłączam. Ona ma już na sobie strój do gry na boisku domowym: wygodne szerokie spodnie z wełnianego dywanika łazienkowego i nocne polo. Rozczarowanie. Hamburger z reklamy i ten, którego człowiek potem dostaje w styropianowym pudełku. No cóż. Stawia tacę (taca – cała ona) z imbrykiem i dwiema filiżankami na stoliku, zapala świeczkę, gasi światło, kuli się obok mnie i rzecze:

– Dobrze chwilę odczekać, jest bardzo gorąca.

– Tak, właśnie. Strasznie nieprzyjemnie, jak człowiek poparzy sobie wargi gorącą herbatą i tak dalej.

Co ja właściwie pieprzę? Ja już nie jestem ja. Nie mówię tego żartem. Mogłem powiedzieć to tak, żeby zabrzmiało jak żart.

– Widziałeś już mój nowy imbryk? Mama i tata właśnie mi go podarowali.

– Nie. E. Gdzie go kupili? Za granicą?

– Tak. Dopiero wrócili z Meksyku.

– No tak.

– Byłeś kiedyś w Meksyku?

– Nie.

Może powinienem dodać „a ty?”, ale nie mejkam. Nie muszę zresztą.

– Byłam z nimi w zeszłym roku. Wizyta tam to coś wyjątkowego. Wszystko jest takie…

Pominę ciąg dalszy. Hófí w hotelu. Hófí na plaży. Hófí opalona. Hófí z nadwagą. Hófí w wolnocłowym. Staram się tym zainteresować. Pytam, czy nie dostali zatrucia pokarmowego. Tak, mama miała rozwolnienie. Staram się utrzymać konwersację przy temacie sraczki jej mamy i uśmiecham się pełen wewnętrznej rozkoszy (czuję pieszczące mnie ciepłe i miękkie, umiarkowanie gęste matczyne gówno), ale orientuję się, że to niestosowne. Hófí jest zbyt strejt, żeby śmiać się z maminego rozwolnienia. Halldór Kiljan! Co ja tu właściwie robię?

– A ty nigdy nie chciałeś pojechać do Meksyku?

– Nie.

Jestem w Meksyku. Chcę do domu.

Sięgam po imbryk i nalewam do filiżanki. Herbata lepsza od rozmowy. Ona nalewa do swojej, a ja patrzę na świeczkę, a potem na nią, ona na mnie, i wtedy ruszamy. Na ocean herbaciany, wyciągamy towary z ładowni.

Siorbanie fal rozbryzgane, dymiący kilwater pomewiany na biało myślami, mrokiem przygnębiony ocean złoci się herbatą, i śmiech w płucach, gorący uśmiech w brzuchu, i oko oceanu, siadające za krawędzią nieboskłonu, krawędzią filiżanki, białe jak zęby gorące grzywacze twinningsa pieszczą policzek.

English breakfast by the sea. You love me and I love tea.

Oj tak, tak. Takie to miłe.

Hólmfríður Pálsdóttir. Wkładam język gdzieś między te litery. W imieniu. Między m i f. (Nie ryzykuję wpychania go w patronimikę). M i f. Ona tak całuje. Miękko i fajnie. Ocieramy o siebie twarze. Przypominam, że ona ma kamień w nosie. – „Uwiera cię?” – „Nie, nie…” Ona się uśmiecha. Uśmiechamy się. I’m caught between a rock and a soft place. Jagger w święta w domu i Jerry Hall (200 000) z gorącym imbrykiem, lecz on nadal myśli o pony ze świętego Þorláka (240 000). Gorąco mi. Podniecony jak pastor, w białym golfie i skórze. Zdejmuję sutannę. I już moja dłoń wędruje pod koszulkę, na prawą pierś. Chciałbym spędzić starość, dotykając piersi. Jak dziewięćdziesięcioczteroletni staruszek, który ożenił się z Anną Nicole Smith (2 900 000). Zacząć przy piersi, skończyć przy piersi. Ona tu się nie chce rozebrać. Może nie chce obrazić jakichś wspomnień związanych z tą sofą, może z chwilą, w której wybierała ją z tatą w IKEA. Wprowadza mnie. Rozbieramy się osobno. Tak wolę. Ludzie sami powinni o siebie dbać. Jesteśmy nadzy, kiedy nagle przypominam sobie o kondomach w marynarce. Niczym centaur w okularach drobię na palcach przez parkiet. W oknach drzewa tańczą techno. Uwielbiam paradować ze stojącym po obcych mieszkaniach w mieście. Gdybym był włamywaczem, tylko to bym robił. „DV”: „Nagi mężczyzna włamał się do mieszkania przy Barmahlíð”. W drodze do salonu i z powrotem przyjaciel opada z czterdziestu pięciu do dziewięćdziesięciu stopni. To takie duże mieszkanie.

Kobiety. Jeszcze nie zdążyłem się dobrze położyć, kiedy on się prostuje. Czterdzieści pięć stopni w dwie sekundy. Wystarczy tylko, że usiądą obok ciebie, a on już staje na tylnych łapach i zaczyna się ślinić, jak wcześniej na imprezie. Nieważne, jaka to barka – może być i za pięćset koron. Jak tylko pojawia się na wodach terytorialnych, uruchamia się radar. Światło mrugające w spodniach. Bezmózgi nie pyta o cenę czy jakość. Psy przynajmniej najpierw obwąchują.

Kobiety chcą gry wstępnej, suportu muzycznego. Papar przed U2. Obmacuję Hólmfríður, podczas gdy ona mnie całuje. Ma białą, miękką skórę, którą filam, a która zyskuje w świetle latarni, sztywnej i drżącej na wietrze. Kobiety mają różne twarze, różne ciała, różne piersi, ale pizda… Nie wiem, ale dla mnie to zawsze ten sam porządek obrad, ta sama rana. Choć czasem człowiek musi ją rozdrapać. Nie teraz, ona jest otwarta. Hófí. Tak. Udaje mi się w środku pocałunku namacać kondom, rozgryzam opakowanie i wstaję. Ona przygląda się, jak go zakładam. Jestem stewardesą stojącą między rzędami foteli, demonstrującą, jak należy zakładać kamizelkę ratunkową. To jest kondom, który dała mi u siebie na imprezie Nanna Baldurs (45 000), dla jaj. Jest jasnoczerwony. Nagle odnoszę wrażenie, że to jej wargi na niego nanizuję. Nanna. Te jej małe, wąskie różowe usteczka, aż po lodziarską krtań. No cóż, droga Hólmfríður. Jesteś gotowa? Okej. No to jazda.

Wykonałem kilka ukłuć, kiedy ona się odzywa:

– Nie chcesz zdjąć okularów?

Ona mi je zdejmuje. Nie. Równie dobrze mogłaby zdjąć ze mnie nos. Przyciemnione szkła usunięte. Filtr oddzielający mnie od świata.

W związku z tym pozostała jedynie kwestia zakończenia. Próbuję je po prostu wymęczyć. Dwa tysiące prób do wytrysku. Tylko że nie ma już koncentracji. Nie ma dystansu, niczego między nami nie ma.

Znów jestem schowany za okularami. Spoglądam na sikora. 08.37. Zróbcie mi teraz zdjęcie. Jestem Stan z Flipa i Flapa. Głowa wysoko na poduszce, włosy wysoko w powietrzu, a na twarzy zbity pies. Nie zasnę. Nie śpię z. Ona śpi swym snem hólmfríðowym. Twarzą na poduszce. Jej lewe ramię spoczywa na mojej klacie i waży z sześćset kilo. Ławka do wyciskania. To jakaś figura małżeńska. Udaje mi się wyślizgnąć spod ramienia i wbić w bónusy, nie budząc jej. Wpycham się w nogawki i rękawy i zostawiam za sobą jedynie suchy kondom, niczym wąż skórę. Przebudza się, kiedy wiążę w przedpokoju buty. Udaję, że nie słyszę, gdy mówi „Hlynur?”, otwieram i elvis-has-left-the-building-zamykam drzwi wejściowe. Jak włamywacz. Uciekam z holmu fríðego, pięknego.

Przed domem ja to znowu ja.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Kontakt:

[email protected]

Z prozy współczesnej w ArtRage do tej pory ukazały się:

Verena Kessler

Duchy z miasteczka Demmin

w tłumaczeniu Małgorzaty Gralińskiej

Victoria Kielland

Moi mężczyźni

w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej

Nona Fernández

Strefa mroku

w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej

Aleksandra Pakieła

Oto ciało moje

Margaryta Jakowenko

Przemieszczenie

w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej

Charles Yu

Ucieczka z Chinatown

w tłumaczeniu Agi Zano

Andrea Abreu

Ośli brzuch

w tłumaczeniu Agaty Ostrowskiej

Linn Strømsborg

Nigdy, nigdy, nigdy

w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej

Mohamed Mbougar Sarr

Bractwo

w tłumaczeniu Jacka Giszczaka

Claudia Salazar Jiménez

Krew o świcie

w tłumaczeniu Tomasza Pindla

Jessica Au

Mógłby spaść śnieg

w tłumaczeniu Agi Zano

Kjersti Anfinnsen

Chwile wieczności

w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej

Jonas Eika

Po słońcu

w tłumaczeniu Macieja Bobuli

Aleksandra Tarnowska

Wniebogłos

Nick Cave

Gdy oślica ujrzała anioła

w tłumaczeniu Jerzego Łozińskiego

Sebastian Barry

Tysiąc księżyców

w tłumaczeniu Krzysztofa Cieślika

Adda Djørup

Kot Bułhakowa

w tłumaczeniu Zuzanny Zywert

Michał Michalski

Gruby

Linn Strømsborg

Kurwa, kurwa, kurwa

w tłumaczeniu Karoliny Drozdowskiej

Tytuł oryginału: 101 Reykjavik

Redaktor inicjujący: Michał Michalski

Redaktor prowadzący: Krzysztof Cieślik

Koordynacja produkcji: Szczepan Kulpa

Opieka promocyjna: Ewelina Lebida

Projekt okładki: Adam Walas

Projekt makiety: Mimi Wasilewska

Redakcja: Gabriela Niemiec

Korekta: Monika Paduch, Małgorzata Tarnowska

Copyright © Hallgrímur Helgason 1996

© Copyright for the Polish edition by Art Rage, 2024

© Copyright for the Polish translation by Jacek Godek, 2023

Published by agreement with Reykjavik Literary Agency, Iceland and Book/lab Literary Agency, Poland

© Copyright for the Polish edition by ArtRage, 2024

© Copyright for the Polish translation by Tomasz Pindel

Published by arrangement of Casanovas & Lynch Literary Agency S.L. Spain and Book/Lab Literary Agency, Poland

Wydanie pierwsze, Warszawa 2024

ISBN 978-83-67515-73-3

Wydawnictwo ArtRage

wydawnictwo.artrage.pl

Opracowanie ebooka: Katarzyna Rek