Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 340 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Życie na zamówienie - Karolina Wilczyńska

Przypadkowe odwiedziny całkowicie zmieniły jej życie…

Miłka trafiła do "Kawiarenki za rogiem" zupełnym przypadkiem. W pierwszej chwili poczuła się zniechęcona - mrukliwy barman i niemiła kelnerka nie nastrajali pozytywnie do tego miejsca. Wtedy jednak dziewczyna skosztowała pysznej herbaty jaśminowej w towarzystwie pewnej wróżki, poznała egzotycznego bluesmana Bogdana, a także zaprzyjaźniła się z kotem Włóczęgą.

No i stało się – Miłka zdecydowała się zostać w Kawiarence na dłużej. Co z tego wyniknie? Kobieta wciąż musi uporać się z prześladującym ją Rafałem, zmierzyć z rodzinną tajemnicą powierzoną jej przed śmiercią babci, a także przekonać się, jakie miejsce w jej życiu zajmie mały Franek.

"Życie na zamówienie, czyli espresso z cukrem" to opowieść pełna miłości, ważnych życiowych problemów i rodzinnych tajemnic.

Opinie o ebooku Życie na zamówienie - Karolina Wilczyńska

Fragment ebooka Życie na zamówienie - Karolina Wilczyńska

Pięć dni wcześniej…

Wiewiórka przemknęła tuż przed stopami dziewczyny i zatrzymała się na brzegu trawnika. Zwierzątko patrzyło wyczekująco maleńkimi, podobnymi do szklanych paciorków oczkami i przechylało główkę to w jedną, to w drugą stronę.

– Basia! – powiedziała, bo tak wołano w Busku do tych sympatycznych rudzielców. – Nie mam nic dla ciebie, musisz poszukać gdzieś indziej. Ale zaczyna się nowy turnus, więc niedługo kuracjusze wyjdą na spacer. Na pewno przyniosą ci jakieś smakołyki.

Ruda kitka poruszyła się kilkukrotnie, jakby zwierzę rozumiało, co do niego mówi, a potem w kilku susach wiewiórka przemierzyła trawnik i dopadła do najbliższego drzewa. Wystarczyło kilka sekund i znikła w zielonej koronie.

Miłka wstała i z westchnieniem spojrzała na parkową ławeczkę. Chętnie posiedziałaby jeszcze chwilę wśród drzew, ale wiedziała, że musi wracać. W pensjonacie było zawsze coś do zrobienia, a mimo pomocy pani Stasi przyda się każda dodatkowa para rąk.

Jeszcze przez moment patrzyła na piękny budynek sanatorium Marconi – wizytówkę jej rodzinnego miasta. To tutaj przyprowadzała zawsze nowych gości, bo charakterystyczna fasada niezmiennie wzbudzała zachwyt, ale i stawała się punktem orientacyjnym dla kuracjuszy w pierwszych dniach pobytu. Te cykliczne spacery były tą częścią jej obowiązków, którą lubiła najbardziej, bo Park Zdrojowy urzekał ją swoim pięknem o każdej porze roku. Czasami żałowała, że nie jest gościem któregoś z pensjonatów i nie może beztrosko spacerować alejkami, ale z drugiej strony cieszyła się, że mieszka w tak urokliwym miejscu i nie musi opuszczać go po kilku tygodniach.

Owszem, prowadzenie pensjonatu wymagało dużego zaangażowania i, co tu kryć, ciężkiej pracy. Kilkunastu gości to nie przelewki. Sprzątanie, przygotowywanie posiłków, zakupy – to wszystko zajmowało czas. Jednak Miłka nie narzekała. Przywykła do tego od dziecka i właściwie grafik sanatoryjnego życia stał się także jej rytmem. Zresztą czuła, że praca daje jej satysfakcję. Zadowolenie pensjonariuszy i podziękowania za miły pobyt były nagrodą, sprawiały, że czuła się doceniona.

Wspomagała rodziców zawsze, ale odkąd skończyła studia, jej zajęcia nabrały innego wymiaru.

– Co zamierzasz robić dalej? – Pamiętała pytanie ojca, które padło, gdy już nacieszyli się wynikami obrony pracy magisterskiej.

– Chyba to, co wszyscy – odpowiedziała. – Poszukam pracy, zacznę na siebie zarabiać.

– Zrobisz, co zechcesz, ale może chciałabyś pracować z nami? I tak przecież kiedyś przejmiesz ten interes. – Choć z pozoru mówił zupełnie obojętnie, to dostrzegła w jego spojrzeniu nadzieję, że córka przyjmie propozycję. – Po co masz pracować u obcych? A wiesz, że tu pomoc potrzebna.

Zgodziła się, bo jak miała odmówić rodzicom? Poza tym argumenty ojca były racjonalne i kiedy jeszcze dodał, że będzie jej wypłacał wynagrodzenie – nie miała powodu, żeby szukać czegoś innego. I w ten sposób od dwóch lat wspólnie z matką i ojcem prowadziła rodzinny biznes.

Znała w pensjonacie każdy kąt, wiedziała wszystko o kuchni, pralni, pokojach i ogrodzie. Odpowiadało jej takie życie, bo przy rodzicach czuła się bezpiecznie, a do codziennych obowiązków była przyzwyczajona, nie traktowała ich jak pracy, ale jak część życia rodziny. Nawet czasami miała wyrzuty sumienia, że bierze za to pieniądze. Może nie tak duże, jak rodzice płaciliby, gdyby zatrudnili kogoś z zewnątrz, ale przecież miała wikt i mieszkanie za darmo, więc nie było powodów do narzekania. Zresztą i tak odkładała większość pieniędzy, bo nie bardzo wiedziała, na co je wydawać. Jedyną jej słabością były książki i to na nie przeznaczała część comiesięcznej wypłaty. Lubiła szczególnie powieści o kobietach, które potrafiły sobie poradzić w trudnych chwilach, i często się zastanawiała, co ona zrobiłaby w podobnych sytuacjach. Nawet teraz, wracając do domu, myślała o ostatniej lekturze. Tak pochłonęły ją losy bohaterki, że w pierwszej chwili nie do końca dotarły do niej słowa matki.

– Babcia jest w szpitalu – powtórzyła kobieta, widząc, że córka patrzy nieco nieprzytomnym wzrokiem. – Zaraz po twoim wyjściu bardzo źle się poczuła i musiałam wezwać karetkę. Powinnam była jechać za nimi, ale goście… – Przerwała i zacisnęła wargi.

– Ja pójdę – zadeklarowała szybko Miłka. – I poczekam, aż mnie zmienisz.

Matka spojrzała na nią z wdzięcznością i nadzieją.

– Naprawdę? Dobrze, leć. Przyjdę, gdy tylko tutaj skończę.

Popatrzyła na córkę, która chwyciła leżące w wiklinowym koszyku jabłko i ruszyła w stronę drzwi.

– Tylko zadzwoń do mnie zaraz, kiedy czegoś się dowiesz – krzyknęła za nią. – Będę czekała.

– Dobrze, mamo. Dam znać.

*

Trudno lubić szpitale. Nawet te nowe albo wyremontowane mimo pastelowych kolorów i nowoczesnego sprzętu w nikim nie wzbudzają dobrych skojarzeń. Bo chociaż to miejsca, w których leczy się ludzi i ratuje życie, to jednak więcej tu cierpienia, bólu i smutku niż radości.

Kiedy tylko weszła na szpitalny korytarz, od razu przypomniała sobie wszystkie opowieści kuracjuszy, którzy bardzo często dzielili się z gospodarzami historią swoich chorób i leczenia. Miłka wzdrygnęła się na myśl o zabiegach i operacjach, które opisywali niekiedy bardzo szczegółowo. Nie mogłabym być lekarzem – pomyślała, patrząc na ludzi spacerujących po korytarzach i leżących na białych łóżkach. Chociaż ich nie znała, to serce ściskało jej się ze współczucia. Najchętniej uciekłaby z tego miejsca, ale przecież nie mogła.

Babcia Hela – matka jej matki, zwyczajna kobieta, ale dla Miłki niezwykle ważna. Spędzały razem sporo czasu, zwłaszcza gdy była dzieckiem, a rodzice musieli się zajmować pensjonatem. Później, kiedy Miłka dorastała, to właśnie babcia uczyła ją wszystkiego i to pod jej okiem wnuczka wykonywała swoje pierwsze obowiązki. Trzeba przyznać, że była wymagającą nauczycielką, ale i sprawiedliwą. Miłka ceniła jej pochwały, szczególnie że zwykle towarzyszył im jakiś słodki smakołyk.

Od kilku lat babcia już nie pomagała w pensjonacie. Podupadła na zdrowiu i coraz więcej czasu spędzała w swoim pokoju albo w ogrodzie, gdzie wypoczywała w towarzystwie gości. Miłka często z troską przyglądała się staruszce, a czasami, gdy pomyślała, że kiedyś…

Teraz też odsunęła tę myśl, choć widok bladej twarzy babci sprawił, że z trudem powstrzymała napływające do oczu łzy.

– Jak się czujesz, babciu? – zapytała, siadając na szpitalnym taborecie.

– Muszę przyznać, że niezbyt dobrze.

– Rozmawiałam z lekarzem i powiedział, że wszystko jest kwestią czasu. Podadzą leki, umiarowią twoje serce i wrócisz do domu – mówiła szybko, żeby babcia się nie zorientowała, że trochę nagina fakty. Owszem, doktor mówił o umiarowieniu, ale też podkreślał, że stan babci nie jest najlepszy. Jej organizm kolejny raz nie zareagował na farmaceutyki, a na dodatek waga kobiety utrudniała sprawę.

Mam to chyba po niej – pomyślała Miłka. – Zjem byle co i od razu przybywa mi kilogramów. Ja przynajmniej się ruszam, pracuję, ale babcia od dłuższego czasu nawet niewiele chodzi, więc trudno jej schudnąć. A nadwaga i cukrzyca, na która staruszka chorowała od dawna, nie ułatwiały lekarzom zadania.

– Mama przyjdzie do ciebie, kiedy tylko podadzą gościom obiad. – Wygładziła kołdrę i spojrzała na babcię. – Potrzebujesz czegoś? Może kupić ci coś do picia? Nic nie mam, bo przybiegłam, jak mogłam najszybciej.

– I dobrze. – Babcia pokiwała głową. – Bo chciałabym z tobą porozmawiać.

– Ale może najpierw powinnaś odpocząć…

– Na odpoczynek to ja będę miała całą wieczność.

– Babciu! – Głos jej zadrżał, bo nie chciała nawet myśleć o tym, co sugerowała staruszka.

– Ludmiłko, ty się nie oburzaj. I nie płacz. Po prostu mnie wysłuchaj, dobrze?

Przywołana do porządku Miłka posłusznie zamilkła.

– Są takie rzeczy, których nie powinno się zabierać ze sobą do grobu. – Babcia poprawiła się na poduszce. – Nawet jeżeli trzeba postąpić wbrew woli innych.

Miłka spojrzała z zaciekawieniem, ale jednocześnie poczuła jakiś dziwny lęk. Taki początek nie zapowiadał niczego dobrego.

– Miałam dużo czasu, żeby wszystko przemyśleć – kontynuowała tymczasem babcia. – I doszłam do wniosku, że powinnaś się o tym dowiedzieć. Tak będzie uczciwie. – Westchnęła i złożyła ręce na brzuchu. – Przysuń się trochę, bo trudno mi mówić głośno – poprosiła.

Miłka przesiadła się na brzeg łóżka i wysłuchała wszystkiego, co babcia Hela miała do powiedzenia. A potem, nie czekając na matkę, wyszła ze szpitala.

*

Po raz drugi tego dnia poszła do parku, ale po raz pierwszy w życiu nie zwróciła uwagi na jego piękno. Tak naprawdę w ogóle na nic nie zwracała uwagi. Usiadła na jednej z ławeczek i siedziała tak aż do czasu, gdy poczuła dreszcze. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że jest już wieczór i chociaż majowy dzień był bardzo ciepły, to nocny chłód przenikał przez skórę i miała wrażenie, że dotarł już do serca.

Może tak byłoby najlepiej – pomyślała. – Szkoda, że to nie zima. Zamarzłabym i nie czułabym już niczego.

Było jednak inaczej. Czuła. I akurat chłód nie był najgorszy. Sprawił tylko, że odzyskała zdolność myślenia, bo przez kilka ostatnich godzin tkwiła w jakimś niebycie. Nie potrafiła sobie przypomnieć, czy ktoś siadał obok niej, straciła poczucie czasu i miała wrażenie, jakby jej mózg wyłączył się zupełnie.

Teraz powróciła do rzeczywistości, a pierwsze, o czym sobie przypomniała, to słowa babci. I po raz kolejny poczuła przejmujący ból, jakby ktoś wbijał jej ostrze prosto w serce. Nadal nie mogła uwierzyć, że to wszystko może być prawdą. Ale, z drugiej strony, babcia na pewno jej nie oszukała. Nie miała powodu, żeby kłamać. Przeciwnie, chciała przecież wyznać prawdę, żeby odejść z czystym sumieniem. To było dla staruszki najważniejsze, nawet jeżeli miałoby przynieść wnuczce ból. Miłka zdawała sobie z tego sprawę.

Zaplotła ręce i roztarła zmarzniętą skórę ramion. Było coraz zimniej i wiedziała, że musi wrócić do domu. Poszła niechętnie w kierunku pensjonatu. Nie miała wyboru. Weszła najciszej, jak potrafiła. Na szczęście nikogo nie spotkała i po chwili z ulgą zamknęła za sobą drzwi od pokoju.

Wiedziała, że nie zaśnie. Usiadła na tapczanie, oparła łokcie na kolanach i ukryła twarz w dłoniach. Poczucie, że jest w bezpiecznym miejscu i nikt jej tu nie zobaczy, sprawiło, że mogła dać upust emocjom.

Płakała tak długo, aż wreszcie zabrakło jej łez. Mimo to nie poczuła ulgi. Nadal miała w głowie gonitwę myśli, nad którymi trudno jej było zapanować. Mieszanka smutku, żalu i gniewu kotłowała się w niej niczym ogromna paląca kula. Miała ochotę krzyczeć, ale żaden głos nie wydostałby się ze ściśniętego z nerwów gardła.

Zdawała sobie sprawę, że już nic nie będzie takie jak do tej pory. To było najgorsze. Cały jej świat, dotąd stosunkowo bezpieczny i znany, teraz okazał się jednym wielkim kłamstwem. Wszystko nie było takie, jakim się wydawało. I nie mogła udawać, że nic się nie stało.

Doskonale wiedziała, że musi coś zrobić. I że nie będzie to łatwe. Tak naprawdę Miłka bardzo się bała. Przyszło jej do głowy, że wolałaby o niczym się nie dowiedzieć. Czy babcia musiała zapewnić sobie spokój jej kosztem? To niesprawiedliwe. Skoro milczała przez tyle lat, to mogła tak robić nadal – pomyślała.

Ale stało się. I się nie odstanie. Wszystko zostało powiedziane, a teraz ona musi coś zrobić. Nie może przecież udawać, że o niczym nie wie. Nie da się, nie będzie potrafiła.

Chodziła nerwowo po pokoju – cztery kroki w jedną stronę, cztery w drugą. I jeszcze raz, i jeszcze. Po którymś z kolei stanęła przed toaletką i spojrzała w lustro.

– Jestem Miłka – powiedziała cicho do swojego odbicia. – Jestem Miłka? – powtórzyła pytająco.

Czy to możliwe? A jeśli tak, to dlaczego wcześniej się nie domyśliła? Nie, przecież powinnam była coś zauważyć – myślała, wpatrując się w dziewczynę z warkoczem odbijającą się w szklanej tafli. – Może babcia to wymyśliła?

Chwyciła się tej nadziei. Przecież nie raz miała do czynienia z gośćmi, którzy z racji wieku albo dolegliwości mówili rzeczy niemające nic wspólnego z faktami. Jednak natychmiast przywołała samą siebie do porządku. Nie, babcia Hela była może chora, ale psychikę z pewnością miała w porządku.

A skoro tak, to Miłka musiała zastanowić się nad swoim życiem. Tym minionym i tym przyszłym. I postanowiła zrobić to zaraz. Wiedziała, że i tak nie zaśnie, więc nie było na co czekać.

Kiedy zaczęło świtać, wiedziała już, co powinna zrobić. Jedynym wyjściem była konfrontacja. Ukrywanie, że wszystko wie, nie miało sensu. Wiedziała, że będzie to najtrudniejsza rozmowa w jej życiu, i bardzo się jej bała, ale nie znalazła innego rozwiązania. Ostre starcia nie leżały w jej naturze, zwykle unikała sytuacji, które mogłyby być trudne dla niej czy dla kogoś innego. Tym razem musiało być inaczej.

To nie moja wina – pomyślała. – Gdyby to ode mnie zależało, wolałabym żyć tak jak dotychczas.

Ale nie mogła. I z tą myślą zapadła w sen.

*

Obudziła się po kilku godzinach. Spojrzała na różowy budzik stojący na stoliczku przy łóżku i zerwała się na równe nogi. Powinna była już dawno być w kuchni i pomagać przy śniadaniu.

Poczucie obowiązku i wieloletnie przyzwyczajenie sprawiły, że zadziałała instynktownie. Prysznic później – pomyślała. Jeszcze nie całkiem rozbudzona, założyła pierwszą z brzegu sukienkę, przygładziła włosy, ciesząc się, że ciasno spleciony warkocz wytrzymał noc, i zbiegła po schodach. Dopiero w hallu przypomniała sobie, co wydarzyło się poprzedniego dnia.

Stanęła, starając się zebrać myśli. Nocne postanowienie wymagało zmiany zachowania, ale z drugiej strony myśl o gościach i ich planie dnia sprawiła, że Miłkę dopadły wątpliwości.

Teraz mam z nimi porozmawiać? Przecież nie mają czasu – tłumaczyła sobie samej. – Nie można zostawić obowiązków ot tak. Może lepiej poczekać na odpowiednią chwilę?

Tylko kiedy ona miałaby nastąpić? Później będzie czas zakupów i obiadu, potem sprzątanie i kolacja. I tak w kółko, każdego dnia. Jakiś nowy głos w jej głowie, którego wcześniej nie znała, podpowiadał jej, że nie powinna czekać.

Oni nie znaleźli czasu przez dwadzieścia osiem lat – ta myśl sprawiła, że żal i złość znowu wzięły górę. – Jak długo jeszcze mam czekać?

Nabrała powietrza w płuca i otworzyła drzwi kuchni z zamiarem rozpoczęcia rozmowy natychmiast.

– Słuchajcie. – Przekroczyła próg pomieszczenia z poczuciem, że za chwilę stanie się coś ważnego. – Babcia…

Przerwała, bo jeden rzut oka wystarczył, by zrozumiała, że jest inaczej niż zwykle. Pani Stasia, jak co dzień, kończyła układać chleb i bułki w wiklinowych koszyczkach wyłożonych serwetkami, na blatach stały półmiski z wędlinami i serem, nawet twarożek był gotowy. Niby żadnej zmiany, ale jednak coś było nie tak.

– Gdzie mama? – zapytała Miłka, przenosząc spojrzenie na ojca.

Mężczyzna stał oparty o blat jednej z szafek. Przez chwilę sprawiał wrażenie, jakby nie słyszał pytania. Dopiero po kilku sekundach oderwał wzrok od podłogi i spojrzał na córkę.

– Jest w sypialni – powiedział z pozoru spokojnie, ale zbyt dobrze go znała, żeby dać się nabrać.

– Zachorowała?

Nie odpowiedział.

Pani Stasia odłożyła ostatnią bułkę i podeszła do dziewczyny. Bez słowa przytuliła Miłkę i pogłaskała ją po głowie. Dziewczyna poczuła, że lodowata dłoń strachu zaciska jej się na sercu. Wyswobodziła się z objęć kobiety i zrobiła dwa kroki w tył.

– Co się stało? – Spojrzała pytająco na ojca. – Powiesz mi wreszcie?!

Nigdy wcześniej nie podniosła na niego głosu. Dlatego przez ułamek sekundy widziała w jego oczach zaskoczenie, które jednak od razu ustąpiło miejsca smutkowi. I wtedy Miłka zrozumiała, że zna odpowiedź na swoje pytanie.

Nie myliła się.

– Babcia zmarła dziś nad ranem. – Ojciec westchnął głęboko. – Dzwonili ze szpitala. Musimy pojechać, żeby załatwić wszystkie formalności. Mama chyba nie da rady…

Miłka słuchała, co mówi ojciec, ale miała wrażenie, jakby mówili o czymś zupełnie nierealnym. Prawdziwy sens tych informacji nie docierał do niej, odbijał się od jakiejś zapory w mózgu. Babcia zmarła, trzeba coś załatwiać, mama nie da rady – jasne komunikaty, ale zupełnie pozbawione emocji. Zupełnie jakby dotyczyły kogoś innego, nieznanego.

Podeszła do stołu i odsunęła jedno z krzeseł. Usiadła na miękkiej poduszce i starała się zebrać myśli.

Co miała teraz zrobić? Cały jej plan legł w gruzach.

– Źle się czujesz? – Pani Stasia pochyliła się nad nią z troską. – Może dać ci coś na uspokojenie? Mam takie ziołowe tabletki, sama czasami biorę, kiedy…

– Nie trzeba. – Miłka jej przerwała.

Znowu zrobiła coś inaczej niż dotychczas. Zaprotestowała i nie pozwoliła komuś dokończyć zdania. I po raz kolejny dostrzegła zdziwione spojrzenie ojca.

Pani Stasia też je zauważyła, bo pospieszyła z wyjaśnieniem.

– Była tak związana z babcią. Na pewno jest w szoku. Takie nagłe wydarzenia robią z ludźmi różne rzeczy. – Podeszła do ojca i poklepała go uspokajająco po ręce.

Żeby wiedziała, jakie nagłe wydarzenie spotkało mnie wczoraj – pomyślała Miłka. – To dopiero by się zdziwiła. Pewnie zaproponowałaby mi całe opakowanie tych ziołowych tabletek.

– To kiedy jedziemy? – zapytała, wstając.

– Jak najszybciej. – Ojciec oderwał się wreszcie od drewnianego blatu.

– Chyba powinnaś się przebrać – zasugerowała pani Stasia, patrząc na jej błękitną sukienkę.

Dla babci to nie ma żadnego znaczenia – pomyślała, ale tym razem zachowała to dla siebie. Pokiwała głową na znak zgody i poszła na górę.

Kiedy zeszła, ubrana w czarne spodnie i granatową bluzkę z białym kołnierzykiem, ojciec już czekał przy drzwiach, nerwowo bawiąc się kluczykami od samochodu.

– Ciągle płacze – powiedział, a Miłka wiedziała, o kim mówi. – Zajrzysz do niej po powrocie? Na pewno lepiej ci pójdzie niż mnie, wiesz, kobiety bardziej się znają na pocieszaniu.

– Spróbuję – obiecała.

– To dobrze. – Odetchnął z ulgą. – Wiem, że też przeżywasz tę sytuację, bo przecież to twoja babcia, ale sama rozumiesz… Strata matki to ogromny ból… – Mówił trochę nieskładnie, powoli dobierał słowa.

Miłka czuła, że powinna mu jakoś pomóc, ale nie mogła. Rozumiała, że ciężko mu mówić o uczuciach, zdawała sobie sprawę, że przecież także cierpi. Tylko jak miała go wesprzeć, skoro sama była w zupełnej rozsypce? Ledwie udawało jej się zapanować nad tym wszystkim, co odczuwała. Nie mogła odnaleźć się w nowej sytuacji.

Miało być zupełnie inaczej – myślała, wsiadając do samochodu. – Gdyby to wszystko zdarzyło się przedwczoraj, teraz pewnie siedziałabym przy mamie i starała się ją pocieszyć. Ale teraz… Co ja mam robić? Jak się zachowywać?

Jechali w milczeniu. Żadne z nich nie miało ochoty na rozmowę. Bo co można powiedzieć w takiej sytuacji?

– Pani Helena zmarła we śnie – powiedziała pielęgniarka, która wydawała im rzeczy babci. – Wiem, że to żadna pociecha, ale odeszła w spokoju i bez bólu.

– Powiem żonie. – Ojciec pokiwał głową.

Tak, odeszła w spokoju – pomyślała Miłka, patrząc na zielony sweter babci. – Bo cały ból zostawiła mnie.

*

Na tej ławeczce najbardziej lubiła siedzieć – pomyślała Miłka. – Obserwowała z niej ogród i cieszyła się każdym nowym kwiatem.

Babcia Hela, oprócz innych obowiązków, dbała o otoczenie pensjonatu. To ona wytyczała klomby i ścieżki, wybierała rośliny, pielęgnowała je i podlewała. Lubiła ogrodowe prace i często opowiadała Miłce o wymaganiach poszczególnych roślin, tłumaczyła, jak je podcinać, przesadzać czy robić zaszczepki.

Co za ironia losu. – Dziewczyna pokręciła głową. – Co roku najbardziej bała się zimnych ogrodników. Okrywała co bardziej wrażliwe rośliny i mówiła, że tak trzeba, żeby zdradliwe przymrozki ich nie uśmierciły. A sama zmarła akurat w świętego Pankracego. Na dodatek pogrzeb odbył się właśnie dziś, piętnastego maja, nazywanego zimną Zośką.

Zreflektowała się, że w tym roku nikt nie zabezpieczył kwiatów. Babcia nie przypomniała. Miłka wstała z żeliwnej ławeczki i obeszła ogród. Na szczęście chyba temperatura nie spadła w nocy poniżej zera, przynajmniej w ich okolicy. Wyglądało na to, że rośliny nie ucierpiały i latem będzie można cieszyć się ich pięknem. Ale babcia już tego nie zobaczy – otarła zdradziecką łzę. – Zresztą ja też nie.

Ostatnie cztery dni minęły jak jakiś dziwny sen. Matka postanowiła, że goście nie powinni się o niczym dowiedzieć, więc codziennie robiła wszystko tak, jakby nic się nie stało. Sprzątała, gotowała, prasowała. I tylko czerwone oczy i ciemne cienie pod nimi zdradzały, że ma za sobą nieprzespane i przepłakane noce.

Miłka przez cały ten czas zastanawiała się, co powinna robić. Starała się pomóc rodzicom, wykonywała swoje obowiązki, ale bez przerwy jej myśli krążyły wokół ostatniej rozmowy z babcią i decyzji, którą podjęła.

Jednak kiedy patrzyła na smutek i zmęczenie matki, czuła, że nie będzie potrafiła powiedzieć jej prawdy. Śmierć babci była ogromnym przeżyciem i Miłka nie chciała dokładać kobiecie jeszcze więcej zmartwień. Było jej żal matki, bardzo jej współczuła, ale z drugiej strony, była trochę na nią zła. Zresztą na ojca również.

Dlaczego żadne z nich nie pomyślało, że ja też cierpię? – zastanawiała się, poprawiając gałązki dzikiego wina, które pięło się po ścianie pensjonatu. – Nawet pani Stasia zauważyła, że byłam z babcią zżyta, a oni nic. Żadne nawet słowem mnie nie wsparło, nie pocieszyło. Matka tak tuliła Wiktorię, a mnie nawet nie pogłaskała. Jakby uważała, że mniej czuję albo nie mam prawa do smutku. Pewnie gdyby nie to, co wiem, to nawet nie zwróciłabym na takie sytuacje uwagi, ale teraz wszystko układa się w logiczną całość.

Wiedziała, że najbliższy czas będzie trudny. Ukrywanie żałoby przed gośćmi na pewno odbije się na atmosferze w domu. Zresztą ojciec też tak uważał.

– Miłko, musimy teraz szczególnie zadbać o mamę. Postarajmy się jak najbardziej ją odciążyć. Rozumiesz, że jest jej ciężko… – powiedział, kiedy wrócili po pogrzebie do domu.

A mnie jest lekko? – pomyślała, ale nie powiedziała tego głośno.

Teraz patrzyła na ogród, pustą ławeczkę i budynek, który przez całe życie nazywała swoim domem. Myślała o ludziach, którzy w nim mieszkali, o tych latach, które spędzili wspólnie, i o wielkim kłamstwie, którego dotąd nie była świadoma.

Może powinna być na nich wściekła, może powinna wykrzyczeć wszystko, ale jakoś nie potrafiła. Bo czy można w jednej chwili przestać kogoś kochać? Ona nie umiała. A nawet jeżeli miała do nich żal i nie mogła zrozumieć, dlaczego tak ją oszukiwali, to nie potrafiła teraz jeszcze bardziej ich zasmucać.

Są w życiu chwile, które trzeba uszanować. Bez względu na wszystko – stwierdziła. – Nawet obcy ludzie mają prawo do spokojnego przeżywania żałoby.

Nie chciała nikogo krzywdzić, nawet jeżeli sama czuła się skrzywdzona. Ale nie umiała też udawać, że nic się nie zmieniło. I chociaż nie było jej łatwo, postanowiła, że jednak musi coś zrobić. Nieco zmieni swój plan, ale jego zasadniczą część pozostawi bez zmian.

– Nie gniewaj się, babciu – powiedziała w kierunku pustej ławeczki. – Powiedziałaś mi to wszystko, żeby spokojnie odejść, więc musisz zrozumieć, że ja muszę odejść, żeby uporządkować swoje życie. Zawsze myślałam, że jesteśmy podobne, że wiele po tobie odziedziczyłam, ale teraz już wiem, że tak nie jest. Nie jestem taka jak ty. Nie sprawię komuś bólu, żeby zyskać spokój. Pokazałaś mi, że to nie jest dobre rozwiązanie. Rozegram to po swojemu. Żegnaj, babciu.

*

Tak jak się spodziewała, nie było łatwo.

– Jak to? Nic nie rozumiem! – Matka patrzyła z rozszerzonymi ze zdumienia oczami. – Gdzie ty chcesz wyjechać?

– Powiedziałam przecież. Jadę do Kielc. Chcę zacząć samodzielne życie. Uznałam, że najwyższa pora, żeby to zrobić. Nie mogę siedzieć u was bez końca.

– I akurat teraz tak zdecydowałaś?! – Ojciec nie ukrywał gniewu. – Nie sądzisz, że to nie jest najlepszy moment na takie zmiany? – Spojrzał znacząco na żonę.

– Czasami nie wybiera się momentów. – Miłka przełknęła nerwowo ślinę. Chciała za wszelką cenę doprowadzić sprawę do końca, ale bała się, że może ulec pod wpływem presji ojca i smutnego spojrzenia matki. – One po prostu przychodzą. A ja mam już prawie dwadzieścia osiem lat…

– Nie dwadzieścia osiem, tylko dwadzieścia siedem – ojciec swoim zwyczajem był bardzo skrupulatny. – Zresztą co to ma za znaczenie, skoro zachowujesz się jak dziecko.

– Właśnie chcę to zmienić. Mam zamiar stać się samodzielną, dorosłą osobą.

– Ale dlaczego? – Matka nadal niczego nie rozumiała. – Przecież dotychczas nie wspominałaś o takich planach.

– Bo ich nie miałam. A teraz już mam.

– To ma związek z… babcią? – Matka zamrugała oczami, chcąc powstrzymać łzy.

– W pewnym sensie. – Nie miała zamiaru niczego tłumaczyć, ale nie chciała też kłamać.

– Każdemu z nas jest trudno. – Ojciec wstał i zaczął nerwowo przechadzać się po pokoju. – Ale mamie najbardziej. To chyba nie jest w porządku, że zostawiasz ją w takiej chwili. Nie tak cię wychowaliśmy.

Ostatnie zdanie sprawiło, że w Miłce coś pękło. Poczuła się tak, jakby ojciec wymierzył jej policzek. Niezasłużony.

– Masz rację – potwierdziła, wstając z fotela. – Przykro mi, że was rozczarowałam. Ale mimo to wyjadę. Jutro rano.

Wychowaliście mnie na idealną służącą, która bez protestów będzie wykonywała obowiązki. Najlepiej do końca życia. I będzie wdzięczna za waszą miłość – pomyślała i wygładziła sukienkę. – Ale okazuje się, że nie można sobie kogoś kupić. Nie ma uczuć na zamówienie. Dlatego wyjeżdżam.

Podniosła głowę, patrząc ojcu prosto w oczy. Potem spojrzała na matkę. Wiedziała, że nie rozumieją, co się dzieje. A najgorsze było to, że wyjaśnienia sprawiłyby im jeszcze większy ból.

– Dam znać, jak się jakoś urządzę – powiedziała i poszła na górę.

Przed drzwiami jej pokoju czekała Wiktoria.

– Naprawdę wyjeżdżasz? – zapytała szeptem. – Dlaczego?

– Opiekuj się rodzicami. Pomagaj im, bo teraz będą mieli tylko ciebie. – Popatrzyła na młodszą siostrę i westchnęła. – Może kiedyś ci wszystko wytłumaczę.

Minęła dziewczynę i weszła do pokoju. Spakowała najpotrzebniejsze rzeczy do sportowej torby i położyła się do łóżka. Nikt do niej nie przyszedł, nikt już o nic nie pytał. I nikt już nie próbował jej zatrzymać.

1

Jak na pierwszy dzień nowego życia, Miłka czuła się raczej mało euforii. Bliżej jej było do płaczu.

Kiedy rano wychodziła z domu, słyszała głosy w kuchni, ale nie zajrzała tam nawet. Wiedziała, że matka z panią Stasią przygotowują śniadanie, a Wiktoria pewnie próbuje po raz kolejny wymigać się od zjedzenia trzeciej kanapki, tłumacząc, że musi dbać o linię, bo nie chce wyglądać tak jak starsza siostra. Miłka słyszała ten argument każdego poranka i chociaż z czasem w pewnym sensie się do niego przyzwyczaiła, starając się traktować słowa Wiktorii jako zwykłe siostrzane przekomarzanie, to dzisiaj wspomnienie jej słów znowu zabolało mocniej.

Nie chciała przeżywać tego po raz kolejny, zresztą jak by to miało być? Weszłaby do kuchni, usiadła przy stole i zjadła śniadanie? A potem powiedziała „do widzenia” i wyszła? To nie miało sensu. Zresztą wyglądało na to, że nikt się z nią pożegnać nie chciał. Przyjęli do wiadomości jej odejście i ich życie toczyło się dalej. Jakby nigdy nie istniała. Może odczują jej brak, gdy będzie szczególnie dużo pracy albo pojawią się bardziej absorbujący goście, ale wtedy ojciec znajdzie kogoś do pomocy.

Westchnęła smutno, poprawiła torbę na ramieniu i wyszła. Klucze zostawiła na stoliku przy drzwiach.

Kielce przywitały ją bezchmurnym niebem i ciężkim od upału powietrzem. Nie była tu od czasu zakończenia studiów, ale znała miasto, przecież spędziła w nim pięć lat. Trochę odwykła od ruchu, bo w Busku było dużo spokojniej, więc po wyjściu z busa szybko poszła w stronę parku. Miała nadzieję, że wśród zieleni uda jej się uporządkować myśli i ustalić jakiś plan działania.

Ławka niedaleko ptaszarni wydała jej się dobrym miejscem. Widok na Pałacyk Tomasza Zielińskiego z charakterystyczną wieżyczką w murze, którą nazywano „Plotkarką”, zawsze jej się podobał. Wiele razy przychodziła tu po egzaminach, bo parkowe alejki i ćwierkanie ptaków sprawiały, że czuła się jakby bliżej domu, za którym tęskniła.

Teraz było inaczej. Znalazła się tu, bo z własnej woli opuściła miejsce, w którym żyła do tej pory. Nie miała już za czym tęsknić, więc wspomnienia sprawiły, że zachciało jej się płakać.

Nie mogę tu siedzieć – zdecydowała. – Bo zamiast zrobić coś konkretnego, znowu będę się smucić. A przecież muszę zorganizować sobie przynajmniej jakiś nocleg.

Prawda była taka, że jej plan kończył się na momencie przyjazdu do Kielc. Potem były już same ogólniki: znalezienie mieszkania, szukanie pracy, samodzielność i niezależność. Łatwo się o tym myślało, tylko że teraz musiała zmierzyć się z rzeczywistością.

Hotel stanowił rozwiązanie ostateczne, ale wolała z niego nie korzystać. Zabrała co prawda swoje oszczędności, jednak nie były tak duże, żeby wystarczyły na takie ekstrawagancje. Szczególnie, że nie wiedziała, jak szybko uda jej się znaleźć jakąś pracę. Nie liczyła na nic wielkiego, byle coś złapać na początek. Na razie jednak najważniejszy był nocleg.

Miłka poszła w stronę ulicy Sienkiewicza. Żeby skrócić sobie drogę, przeszła przez bramę prowadzącą na dziedziniec Instytutu Dizajnu, a potem przecięła ulicę Zamkową i plac przed Pałacem Biskupów. Minęła wycieczkę nastolatków, którzy robili sobie selfie na tle zabytkowej budowli, i szybkim krokiem doszła do skrzyżowania przy pomniku ks. Popiełuszki.

Taki marsz w upale sprawił, że sukienka zaczęła lepić się do pleców. Czasami się zastanawiała, czy szczupli ludzie też tak się pocą. W takich chwilach przeklinała każdy zbędny kilogram i naprawdę nie lubiła swojego ciała.

Muszę znaleźć chociaż odrobinę cienia – pomyślała. – Bo inaczej za chwilę się rozpuszczę.

Wybrała trasę przez ulicę św. Krzyża, a potem skręciła w Wesołą. Tu wysokie kamienice rzucały trochę cienia i słońce nie piekło w policzki. Na pewno jestem cała czerwona – pomyślała z niechęcią. – I wyglądam jak rak wrzucony do wrzątku. I jeszcze ta torba! – Pasek wżynał się w ramię, więc postanowiła nieść ją w ręku. – Jeżeli zaraz gdzieś nie siądę, to chyba padnę.

Przystanęła i położyła bagaż wprost na chodniku. Sięgnęła do torebki, wyjęła z niej paczkę chusteczek higienicznych i jedną z nich otarła spoconą twarz. Chciało jej się pić, była wykończona, a przecież nie minęło nawet południe. Co będzie dalej? – pomyślała.

I właśnie wtedy, w chwili gdy odrzuciła warkocz na plecy i schyliła się po torbę, usłyszała pisk hamulców. Opel zatrzymał się tuż obok niej, a dosłownie spod jego kół wyskoczył duży szary kot.

– O, matko! – Nie potrafiła powstrzymać krzyku.

Kierowca opla zaklął głośno i odjechał. Pozostali przechodnie, którzy odwrócili głowy na dźwięk hamulców, też zajęli się swoimi sprawami. Ale Miłka nie potrafiła tak po prostu odejść. A jeżeli zwierzęciu coś się stało? Może potrzebuje pomocy? Co prawda biegło szybko, ale mogło być w szoku.

Wizja okaleczonego kota, który zostanie bez pomocy, była nie do przyjęcia. Miłka wiedziała, że nie będzie spokojna, dopóki się nie upewni, że wszystko z nim w porządku. Spojrzała na ciemną czeluść bramy, do której umknął zwierzak, potem na ścianę kamienicy, i przeczytała wiszący nad przeszklonymi drzwiami szyld. „Kawiarenka za rogiem”.

Tego lokalu nie było, kiedy studiowałam – pomyślała. – Ładna nazwa. Może w środku też jest przyjemnie? I na pewno mają coś zimnego do picia. Ale najpierw kot – zdecydowała.

Głośne miauknięcie rozwiązało problem. Duży szary kocur siedział przy wejściu do kawiarni i patrzył wprost na nią.

– Czy wiesz, że się o ciebie martwiłam? – powiedziała z wyrzutem. – A ty sobie siedzisz jak gdyby nigdy nic. Uważaj następnym razem, bo ktoś może mieć słabsze hamulce.

Kot wydawał się mieć za nic jej uwagi. Miauknął jeszcze raz, a potem odszedł powoli z postawionym ogonem.

Skoro nic mu się nie stało – pomyślała – to mogę pozwolić sobie na odpoczynek. Mam nadzieję, że w środku będzie chłodniej.

Podniosła torbę i pchnęła drzwi kawiarni.

*

Usiadła przy pierwszym stoliku, zaraz obok drzwi. Rzut oka wystarczył, żeby zobaczyć, że w sali jest tylko jedna klientka. Miłka nie lubiła wchodzić do takich pustych miejsc, bo cała uwaga personelu skupiała się na niej. Deprymowało ją to, bo wiedziała, że nie jest modelką i nie ma co liczyć na podziw czy zachwyt, ale raczej na ciche, w najlepszym razie pobłażliwe komentarze. Właśnie dlatego zajęła najbliższe krzesło i wpatrywała się w plastikowy blat, na którym ktoś narysował czarnym flamastrem serduszko przebite strzałą, które z kolei ktoś inny próbował bez większego powodzenia zmyć, a w efekcie rozmazał tylko kontury i teraz wyglądało to tak, jakby serce rozpływało się z gorąca.

Zupełnie jak ja – pomyślała Miłka. – Też zaraz się rozpłynę.

– Słucham?

Podniosła głowę na dźwięk kobiecego głosu i zobaczyła wysoką dziewczynę, której proste czarne włosy, mocny makijaż i czerwone usta wywołały skojarzenie z Morticią Addams.

– Chciałabym coś zimnego do picia.

– Fanta, pepsi, 7up? – wyliczyła pytająco kelnerka z obojętnym wyrazem twarzy.

– A coś bez gazu?

– Kawa. Podać?

Nie miała śmiałości, żeby powiedzieć, że kawę trudno zaliczyć do zimnych napojów.

– Poproszę – zdecydowała, że lepsze to niż nic.

Dziewczyna odwróciła się i poszła w kierunku baru, prezentując przy tym niezwykle krótką i obcisłą spódniczkę opinającą się na wąskich biodrach i długie, opalone na czekoladowo nogi.

Gdybym miała takie, też zakładałabym mini – pomyślała z zazdrością Miłka.

– Kawa na jedynkę. – Kelnerka przekazała zamówienie do baru.

– Jedynka chyba nie jest nakryta – odpowiedział chudzielec stojący za ladą z czerwonej cegły.

– No to nakryj. – Czarnowłosa wzruszyła ramionami i wyciągnęła w jego kierunku palec zakończony długim czerwonym paznokciem. – Bo chyba nie próbujesz mi rozkazywać?

– Gdzieżbym śmiał. – Wymuszony uśmiech na twarzy barmana nie pozostawiał wątpliwości co do łączących tę dwójkę relacji.

Kiedy dziewczyna znikła na zapleczu, Miłka przypomniała sobie, że nie powiedziała jej o mleku do kawy. Nigdy nie piła czarnej, wydawała jej się zbyt gorzka. Przez chwilę rozważała podejście do baru i uszczegółowienie zamówienia, ale zrezygnowała. Trudno, najwyżej więcej posłodzę – zdecydowała i pożałowała w myślach, że nie jest tak pewna siebie jak niektóre jej koleżanki.

Na przykład Aga. Ona zawsze wiedziała, co powiedzieć. Na pewno nie przepuściłaby tej kelnerce i dała do zrozumienia, co sądzi o takim lekceważącym traktowaniu klienta. Tak, ona potrafiła przygadać w taki sposób, że rozmówcy poszłoby w pięty.

Wspomnienie koleżanki z roku sprawiło, że Miłka nabrała otuchy. Dlaczego wcześniej na to nie wpadłam! – pomyślała. – Zadzwonię do Agi, ona na pewno coś wymyśli.

Sięgnęła do torebki i wyjęła z niej telefon. Oby nie zmieniła numeru!

– Aga? Mówi Miłka…

– Dziewczyno! To ty żyjesz?

Tak, to właśnie była Agnieszka. Już sam jej głos sprawił, że Miłka poczuła się pewniej.

– Co to się stało, że przypomniałaś sobie o koleżance?

– Właśnie przyjechałam do Kielc i planuję zostać dłużej, więc pomyślałam, że do ciebie zadzwonię – mówiła najciszej, jak się dało. Nie chciała przeszkadzać kobiecie przy sąsiednim stoliku.

– I dobrze zrobiłaś. Wieki się nie widziałyśmy, musimy to nadrobić. – Aga nigdy nie przepuszczała okazji do towarzyskich spotkań i najwyraźniej wcale się nie zmieniła. – To kiedy się widzimy?

– Może dzisiaj? – zapytała z nadzieją.

– Nie widzę problemu. Gdzie mieszkasz?

– Właśnie w tym problem, że jeszcze nigdzie…

– A, rozumiem, jakieś kłopoty, co?

– Właśnie – potwierdziła krótko, bo nie miała zamiaru opowiadać o swojej sytuacji teraz, kiedy wszyscy słyszeli każde jej słowo.

Agnieszka natychmiast wyczuła, że koleżanka nie może rozmawiać.

– Czyli ja pytam, ty odpowiadasz?

– Tak – powiedziała z ulgą. Zawsze dobrze się rozumiały, chociaż tak bardzo różniły się temperamentem.

– Szukasz chaty?

– Tak.

– OK, zaraz popytam. Ale tak na szybko to może być trudno…

– Wiem.

– Dobra, teraz nie mogę dłużej gadać. Kończę zmianę o siedemnastej i możemy się spotkać. Pasuje ci?

– Oczywiście – odpowiedziała zgodnie z prawdą. I tak przecież nie miała gdzie iść.

– To gdzie? Na Rynku?

– Dobrze.

– W takim razie do zobaczenia. Buziaki!

– Pa.

Odłożyła telefon i się zamyśliła. Miała przed sobą ponad sześć godzin czekania. Tylko na co? Przecież nie może liczyć, że dawna koleżanka przyjdzie i jak dobra wróżka rozwiąże jej problemy. Skoro chciała być samodzielna i niezależna, to nie mogła ciągle oczekiwać pomocy od innych. Nie była dzieckiem czy nastolatką, ale dorosłą kobietą. Wiele znajomych w jej wieku miało już dwójkę dzieci. A ona?

Poczuła, że zaraz się rozpłacze. Co się ze mną dzieje? – pomyślała. – Przecież jakoś tu żyłam przez pięć lat. Teraz też sobie poradzę.

Tyle że wtedy miała opłacony przez rodziców pokój, pieniądze na życie i w każdy piątek wracała do domu na weekend. A teraz?

Teraz nie mam już domu i nie mam rodziców – pomyślała.

– Przepraszam, może pani zabrać telefon? – Głos barmana wyrwał ją z zamyślenia.

– Tak, oczywiście. – Czuła, że się rumieni. Czym prędzej chwyciła smartfona i wepchnęła go do torebki.

W tym czasie mężczyzna rozłożył trzymany w rękach obrus i rozmazane serduszko znikło pod materiałem w drobne kropki.

– Podać coś słodkiego do tej kawy? – zapytał, ale w jego głosie wyczuła raczej rutynę niż troskę o zadowolenie klienta.

– Dziękuję, nie trzeba – odpowiedziała, starając się, żeby nie zadrżał jej głos. – Ale gdyby mógł pan dolać do niej mleka…

– Oczywiście. – Odszedł, nie oglądając się za siebie.

Przynajmniej tyle udało się uzyskać. Może niewiele, ale Miłka i tak była zadowolona. Pierwszy sukces w nowym życiu – kawa z mlekiem. To śmieszne – stwierdziła w myślach. – Jak tak dalej pójdzie, to okaże się, że naprawdę do niczego się nie nadaję. I powinnam być wdzięczna, że ktoś w ogóle chciał mnie przez te dwadzieścia kilka lat.

– Trzeba było zamówić sobie szarlotkę. Mają tutaj bardzo dobrą. Biorą z najlepszej cukierni. Wiem, bo widuję dostawcę.

Kobieta z sąsiedniego stolika przerwała niewesołe rozmyślania Miłki.

– Nie mam ochoty na słodkości – odpowiedziała, z nadzieją, że rozmówczyni da jej spokój.

– A mnie się wydaje, że jest zupełnie przeciwnie.

Miłka się zawstydziła. Jak zawsze, kiedy ktoś robił aluzję do jej wyglądu. Nie mogła pojąć, jak zupełnie obcy ludzie tak bez żadnych oporów potrafią prawić złośliwości. Nie raz już znosiła podobne przytyki.

Ale przecież od dziś miało być inaczej – pomyślała z desperacją. – Moje życie miało się zmienić. I to na lepsze, a nie na gorsze. Dość tego!

– Naprawdę wydaje się pani, że nie wiem, jak wyglądam? – Odwróciła się w stronę kobiety i spojrzała na nią z wyrzutem. – I myśli pani, że takie złośliwości są miłe?

– Ależ ja nie miałam nic złego na myśli! – Blondynka pomachała rękami. – Nawet mi do głowy nie przyszło, że może pani tak odebrać moje słowa. Chodziło mi o to, że wygląda pani na zasmuconą. A w takich chwilach dobrze jest zjeść coś słodkiego. To poprawia humor.

– Przepraszam. – Teraz Miłce zrobiło się głupio. – Rzeczywiście, mam dzisiaj kiepski dzień. Może dlatego zareagowałam niezbyt grzecznie. Mam nadzieję, że się pani nie gniewa?

– Oczywiście, że nie. – Kobieta się uśmiechnęła. – To co? Po ciasteczku?

Miłka skinęła głowa.

– Panie Remku, prosimy dwie szarlotki – krzyknęła w stronę baru. – I jeszcze jedną herbatę jaśminową dla mnie, dobrze?

– Jasne! – Dobiegło zza baru.

– Proszę się nie przejmować. – Kobieta machnęła ręką. – Oni tak zawsze.

– Pani tu czasem bywa – bardziej stwierdziła niż zapytała.

– Codziennie – potwierdziła rozmówczyni. – Lubię to miejsce. Może nie jest to najlepsza kawiarnia w mieście, ale cenię spokój i ciszę.

Miłka przyjrzała się dyskretnie kobiecie. Wydawało się, że jest mniej więcej w wieku jej matki, ale równie dobrze mogła mieć kilka lat więcej. Trudno było to stwierdzić, ale bez wątpienia dbała o siebie. Świadczył o tym delikatny makijaż i staranny manicure. Mimo to Miłka nie nazwałaby jej elegancką kobietą. Wcale nie dlatego, że była źle ubrana. Po prostu to określnie nie pasowało do długiej spódnicy w kolorowe kwiaty i bluzki z szerokimi rękawami, haftowanej w misterny wzór. Całości dopełniała duża błękitna chusta, którą kobieta okrywała ramiona, i kilkanaście sznurów koralików. Gdyby nie burza kręconych blond włosów, Miłka porównałaby ją do Hiszpanki z jakiegoś kostiumowego filmu.

– Skoro mamy razem jeść szarlotkę, to może przesiądzie się pani do mnie? – zaproponowała kobieta, a kiedy Miłka usiadła obok niej, wyciągnęła dłoń. – Mam na imię Wera.

– A ja Miłka.

– To zdrobnienie od Ludmiły?

– Tak, ale nie lubię tego imienia. Jest takie staroświeckie…

– Kto je dla pani wymyślił?

– Nie wiem. – Wzruszyła ramionami. I zdała sobie sprawę, że nigdy o to nie pytała.

Czy to nie dziwne? Oni też nic nie wspomnieli – pomyślała.

– Widzę, że coś panią dręczy – zagadnęła znowu pani Wera. – Może mogę jakoś pomóc?

– Dziękuję, ale raczej nie.

– Nie chcę być wścibska, ale wypytuję, bo wygląda pani na sympatyczną osobę. Na długo pani przyjechała?

– Słyszała pani moją rozmowę? – Miłce nie spodobało się to, że kobieta mogła podsłuchiwać.

– Nie, ale widzę torbę podróżną. Zazwyczaj ludzie, gdy wracają z podróży, idą do domu, żeby odpocząć. Chyba że właśnie przyjechali i nie mają dokąd… – Urwała i spojrzała pytająco.

Miłka musiała przyznać jej rację. Wystarczyło uważniej spojrzeć, żeby się domyślić, w jakiej jest sytuacji.

– Rzeczywiście, dziś przyjechałam. Na zawsze. Można powiedzieć, że dosyć… spontanicznie. – Uznała, że to będzie dobre słowo. – Ale dzwoniłam już do koleżanki i obiecała pomoc. Mam nadzieję, że coś zorganizuje, a dalej już dam radę sama.

Przerwała, bo barman postawił przed nimi ciastka i kawę.

– Dziękujemy. – Pani Wera spojrzała na Miłkę, a potem na mężczyznę. – Czy to ogłoszenie jest nadal aktualne?

– Jakie ogłoszenie? A, to o pracy? – Machnął ręką. – Przecież pani wie, że ono jest aktualne bez przerwy. I pewnie zawsze będzie.

Kiedy odszedł, kobieta pochyliła się w stronę Miłki.

– Bo widzi pani, oni tutaj szukają kelnerki. I od dłuższego czasu nie mogą znaleźć nikogo odpowiedniego. Domyślam się, że nie płacą zbyt wiele, ale na początek mogłoby być, prawda?

– Myśli pani o mnie? – Miłka się zdziwiła.

– Ja się raczej nie nadaję. – Pani Wera mrugnęła okiem. – Sądzę, że myśleli o kimś młodszym.

– Chyba ja też nie za bardzo. – Miłka wzruszyła ramionami. – Nie sądzę, żebym tu pasowała. – Pomyślała o długonogiej kelnerce. – Wydaje mi się, że preferują nieco inny typ urody.

– Jak pani to delikatnie powiedziała. – Pani Wera klasnęła w ręce. – To co? Jemy?

Szarlotka rzeczywiście była pyszna. Kawa nieco gorsza, ale Miłka nigdy nie wybrzydzała. Poza tym nie znała się na kawie, więc może wcale nie miała racji. Najważniejsze było to, że wreszcie mogła się czegoś napić.

Nowa znajoma okazała się bardzo sympatyczna. Miło było z kimś porozmawiać, tak po prostu. Zdała sobie sprawę, że właściwie od dnia, gdy babcia zachorowała, nie prowadziła takiej zwyczajnej rozmowy. A chyba bardzo tego potrzebowała, bo ani się spostrzegła, a już opowiedziała o swoich studiach, o pracy w pensjonacie, o gościach i o tym, że właśnie podjęła decyzję o rozpoczęciu nowego życia.

– Kiedyś trzeba się usamodzielnić, prawda? Nie można całe życie siedzieć pod skrzydłami rodziców. – W sumie powiedziała prawdę, choć nie zdradziła, że jej decyzja zapadła w dość niecodziennych okolicznościach. Wolała, żeby pani Wera widziała w niej odpowiedzialną i poważną osobę.

– Tak, zawsze przychodzi taka chwila, chociaż czasami nie wtedy, gdy byśmy tego chcieli. – Kobieta pokiwała głową. – Wiem coś o tym. I życzę pani powodzenia. Bo start w nowe życie bywa trudny.

– Mam nadzieję, że sobie poradzę. – Mimo jej starań, nie zabrzmiało to wesoło. Próbowała się uśmiechnąć, ale też nie bardzo się udało. Znowu poczuła smutek i wszystkie obawy wróciły. – Przepraszam, ale muszę już iść. Mówiłam, że mam spotkanie z koleżanką. – Doskonale wiedziała, że ma jeszcze mnóstwo czasu, ale obawiała się, że dłużej nie da rady udawać zadowolonej i szczęśliwej.

Sięgnęła do torebki i wyjęła portfel.

– Proszę to schować. Przecież ja panią namówiłam na to ciastko, więc ja zapłacę.

– Ale…

– Pani Miłko, proszę nie protestować. Kawa i szarlotka to naprawdę mała cena za tak sympatyczną rozmowę. Spędziłam z panią miłe przedpołudnie, proszę mi więc pozwolić za to podziękować.

– To ja dziękuję.

– Nie ma za co. – Pani Wera się uśmiechnęła . – Tylko niech pani nie zapomina o ogłoszeniu. Absolutnie nie nalegam – uniosła dłonie – ale jakby co…

– Jakby co – będę pamiętała – odpowiedziała przez grzeczność, bo nie miała najmniejszej ochoty ubiegać się o posadę w tym lokalu. – Do widzenia.

– Do zobaczenia – odpowiedziała kobieta.

*

Stały od lat rytm dnia dał o sobie znać, gdy tylko wyszła z kawiarni. Nie musiała patrzeć na zegarek, bo żołądek dawał wyraźne sygnały, że minęła piętnasta. W domu zawsze o tej porze jedli obiad. Najpierw podawali go gościom, a potem sami mieli czas na posiłek.